Część pierwsza - Wschód
Rozdział pierwszy
Pochodzę z Des Moines. Ktoś musi.
Kiedy pochodzisz z Des Moines, to albo się godzisz z tym faktem bez szemrania, żenisz się z miejscową dziewczyną o imieniu Bobbi, dostajesz pracę w fabryce Firestone i zostajesz w tym mieście do końca życia, albo przez cały okres dorastania nieustannie jęczysz, w jakiej strasznej dziurze przyszedłeś na świat, i nie możesz się doczekać, kiedy dasz stamtąd nogę, a potem się żenisz z miejscową dziewczyną o imieniu Bobbi, dostajesz pracę w fabryce Firestone i zostajesz tam na zawsze.
Prawie nikt nie wyjeżdża z Des Moines. A to dlatego, że Des Moines to najsilniejszy środek hipnotyczny, jaki zna ludzkość. Pod miastem stoi wielka tablica z napisem: WITAMY W DES MOINES. TAK WYGLĄDA ŚMIERĆ. To znaczy nie ma takiej tablicy, właśnie ją wymyśliłem, ale Des Moines potrafi nieźle człowieka usidlić. Ludzie, którzy nie mają z tym miastem nic wspólnego, zjeżdżają z autostrady międzystanowej, by kupić benzynę albo hamburgera, i zostają w nim na zawsze. Niedaleko domu moich rodziców mieszka pewne małżeństwo z New Jersey. Od czasu do czasu można ich zobaczyć, jak spacerują po okolicy, nieco zdezorientowani, ale z dziwnie błogimi minami. W Des Moines wszyscy mają dziwnie błogie miny.
Jedyną znaną mi osobą, która nie czuła się w Des Moines błogo, był pan Piper. Ten sąsiad moich rodziców, podejrzliwy idiota z twarzą w kolorze wiśni, ciągle rozbijał samochód o słupy telefoniczne. Na każdym kroku widziało się słupy telefoniczne i znaki drogowe niebezpiecznie pochylone na pamiątkę stylu jazdy pana Pipera. Demolował je w całej zachodniej części miasta, trochę jak pies obsikujący drzewa. Pan Piper, najwierniejsza ludzka kopia Freda Flintstone'a, aczkolwiek bez jego wdzięku, był także masonem i republikaninem - spod znaku Nixona - i najwyraźniej uważał za swoją życiową misję szerzenie buractwa. Jego ulubioną rozrywką, poza upijaniem się i rozbijaniem samochodu, stanowiło upijanie się i obrażanie sąsiadów, zwłaszcza nas, którzy głosowaliśmy na demokratów, choć był również gotów obrażać wyborców republikanów, jeśli akurat nie miał nas pod ręką.
Kiedy w końcu dorosłem i wyjechałem do Anglii, pana Pipera zirytowało to ponad wszelką miarę. To przecież było gorsze niż głosowanie na demokratów. Podczas każdego mojego pobytu w mieście pan Piper podchodził, żeby mnie skarcić.
- Nie wiem, co ty tam robisz u tych Angoli - mówił prowokacyjnie. - To nie są porządni ludzie.
- Panie Piper, pan nie wie, o czym pan mówi - odpowiadałem z przerysowanym angielskim akcentem. - Jest pan kretynem.
Można było tak mówić do pana Pipera, ponieważ (1) rzeczywiście był kretynem i (2) nigdy nie słuchał tego, co się do niego mówi.
- Dwa lata temu, kiedy Bobbi i ja pojechaliśmy do Londynu, w naszym pokoju hotelowym nie było nawet łazienki! - kontynuował pan Piper. - Jeśli chciałeś się odlać w środku nocy, musiałeś przejść jakieś pół mili korytarzem. Higieniczni ludzie tak nie żyją.
- Panie Piper, Anglicy są wzorem higieny. To powszechnie znany fakt, że zużycie mydła na głowę ludności jest tam najwyższe w Europie.
Ale on prychnął na to szyderczo.
- To guzik znaczy, chłopcze, że są bardziej higieniczni od bandy szkopów i makaroniarzy. Rany boskie, nawet pies jest bardziej higieniczny niż szkopy i makaroniarze. I powiem ci coś jeszcze: gdyby tatuś Johna F. Kennedy'ego nie kupił mu głosów Illinois, nigdy by go nie wybrali na prezydenta.
Mieszkałem koło pana Pipera dostatecznie długo, aby się nie dać zbić z tropu tą nagłą zmianą tematu. Kradzież prezydentury w 1960 roku należała do jego ulubionych biadoleń, wplatanych do rozmowy co dziesięć do dwunastu minut, niezależnie od jej bieżącego kierunku. W 1963 roku, podczas pogrzebu Kennedy'ego, ktoś w Waveland Tap walnął pana Pipera w nos za tę uwagę, a ten tak się wściekł, że natychmiast wyszedł i rozbił samochód o słup telefoniczny. Pan Piper już nie żyje - jest to okoliczność, na którą Des Moines dobrze człowieka przygotowuje.
Kiedy dorastałem, wmawiałem sobie, że bycie człowiekiem urodzonym w Des Moines ma przynajmniej tę zaletę, że skoro pochodzisz stamtąd, to nie przyszedłeś na świat w innym miejscu stanu Iowa. Według kryteriów Iowa Des Moines to mekka kosmopolityzmu, dynamiczny ośrodek zamożności i wykształcenia, gdzie ludzie chodzą w trzyczęściowych garniturach i ciemnych skarpetkach, nierzadko jednocześnie. Podczas dorocznego licealnego turnieju koszykówki, kiedy w mieście gromadziły się na cały tydzień buraki z całego stanu, mieliśmy zwyczaj podchodzić do nich w centrum i proponować, że ich nauczymy, jak się jedzie ruchomymi schodami albo przechodzi przez drzwi obrotowe. Nie zawsze było to takie surrealistyczne, jak mogłoby się wydawać. Gdy mój przyjaciel Stan miał szesnaście lat, musiał na jakiś czas zamieszkać u kuzyna w zapadłej, cuchnącej gnojówką wsi o nazwie Dog Water, Dunceville czy jakoś tak - miejscowości, w której wszyscy wybiegali z zaciekawieniem na ulicę, kiedy ciężarówka przejechała psa. Zanim upłynął tydzień, chory z nudów Stan zaczął namawiać kuzyna, aby pojechali do oddalonej o pięćdziesiąt mil stolicy hrabstwa Hooterville w poszukiwaniu jakiejś rozrywki. Poszli do kręgielni z krzywymi torami i obtłuczonymi kulami, a potem wypili napój czekoladowy i pooglądali w trafice "Playboya". Po drodze do domu kuzyn westchnął z ogromnym zadowoleniem i powiedział: "O jeny, dzięki, Stan. W życiu się tak dobrze nie bawiłem!". Była to szczera prawda.
Musiałem kiedyś pojechać do Minneapolis i wybrałem boczną drogę, żeby pozwiedzać okolicę. Nie było tam jednak nic do oglądania - płasko, gorąco, sama kukurydza, soja i trzoda chlewna. Od czasu do czasu napotykałem jakąś farmę albo wymarłe miasteczko, gdzie najwięcej życia miały w sobie muchy. W pewnym momencie, gdy miałem przed sobą kilkumilową, mieniącą się w słońcu wstęgę jezdni, zauważyłem obok drogi brązową kropkę. Podjechałem bliżej i okazało się, że to mężczyzna siedzący na skrzynce przed swoim domem w złożonej z sześciu budynków miejscowości o nazwie Kran albo Pisuar. Rzecz jasna, on sam obserwował mój samochód z bezbrzeżnym zainteresowaniem. Patrzył, jak śmigam obok niego, a ja zobaczyłem w lusterku wstecznym, że odprowadza mnie wzrokiem, dopóki nie zniknąłem w rozedrganym od upału powietrzu. Trwało to chyba z pięć minut. Nie byłbym zaskoczony, gdyby od czasu do czasu do dzisiaj o mnie wspominał.
Na głowie miał czapkę bejsbolową. W Iowa trudno było kogoś przeoczyć, ponieważ każdy nosił czapkę bejsbolową reklamującą traktory John Deere albo karmę dla zwierząt hodowlanych, a także dlatego, że na skutek wieloletniego jeżdżenia w palącym słońcu traktorem John Deere kark takiego człowieka był pokryty głębokimi bruzdami. (Miało to też niezbyt dobry wpływ na jego mózg). Wyróżniał go również fakt, że wyglądał idiotycznie po zdjęciu koszuli, bo jego szyja i ramiona były czekoladowobrązowe, a tors biały jak podbrzusze maciory. W Iowa nazywali to opalenizną farmera. Jeśli dobrze pamiętam, stanowiła ona powód do chluby.
Niemal wszystkie kobiety w Iowa miały imponującą nadwagę - można je było zobaczyć każdej soboty w Merle Hay Mall w Des Moines. Spocone i mięsiste, w szortach i koszulkach na ramiączkach, trochę przypominały ubrane w dziecięce ciuchy słonie i wrzeszczały na swoje pociechy, wykrzykując ich imiona, takie jak Dwayne czy Shauna. Jack Kerouac, czyli ostatni człowiek, po którym bym się spodziewał takich upodobań, uważał, że kobiety z Iowa są najładniejsze w całym kraju, śmiem jednak podejrzewać, że on sam nigdy nie poszedł w sobotę do Merle Hay Mall. A mimo to nastoletnie córki tych grubasek - rzecz absolutnie przedziwna - były wprost zachwycające, miękkie, cudownie zaokrąglone i pachnące naturalną świeżością, niczym koszyk pełen owoców. Nie wiem, jakie zachodziły tutaj procesy, ale musiało to być okropne ożenić się z jedną z tych ponętnych ślicznotek, mając świadomość, że wewnątrz niej znajduje się tykająca bomba, która po nieokreślonym czasie, przypuszczalnie bardzo szybko i bez zapowiedzi, uczyni z niej rozdęte monstrum, jak samopompująca tratwa ratunkowa, z której wyrwano zawleczkę.
Nawet bez tego czynnika motywującego opuściłbym Iowa. Już jako mały chłopiec nie czułem się tam dobrze. Mniej więcej w 1957 roku dziadkowie kupili mi na urodziny gogle Viewmaster i pakiet dysków zatytułowany "Iowa - nasz wspaniały stan". Pomyślałem sobie wtedy, że kolekcja ta nie rzuca na kolana. Z braku walorów krajobrazowych, parków narodowych, pól bitewnych czy miejsc urodzenia sławnych ludzi jej autorzy musieli uruchomić wszystkie swoje przestrzenne talenty twórcze. Jeśli dobrze sobie przypominam, kiedy nałożyłeś gogle i pokręciłeś białą korbką, mogłeś obejrzeć miejsce urodzenia Herberta Hoovera, imponująco trójwymiarowe, a następnie drugi wielki skarb Iowa, Little Brown Church w Vale (inspiracja dla piosenki, której melodii dzisiaj nikt już nie pamięta), most nad rzeką Missisipi w Davenporcie (wszystkie samochody zdawały się pędzić w stronę Illinois), pole falującej kukurydzy, most nad Missouri w Council Bluffs i znowu Little Brown Church w Vale, ujęty pod innym kątem. Już wtedy pomyślałem, że życie z pewnością ma mi do zaoferowania coś więcej.
Aż pewnego szarego, niedzielnego popołudnia, kiedy miałem mniej więcej dziesięć lat, obejrzałem w telewizji dokument o robieniu filmów w Europie. W którymś momencie Anthony Perkins podążał o zmierzchu schodzącą w dół szosą w dużym mieście. Nie pamiętam, czy chodziło o Rzym, czy Paryż, ale wybrukowana kocimi łbami ulica lśniła od deszczu. Kroczył nią ubrany w prochowiec, przygarbiony Perkins, a ja pomyślałem: "Hej, c'est moi!". Wtedy zacząłem czytać - nie, pożerać - "National Geographic", z zamieszczanymi tam zdjęciami przyjaznych Lapończyków, otulonych mgłą zamków i starożytnych miast o nieziemskim uroku. Od tamtej chwili chciałem być chłopcem europejskim. Chciałem mieszkać naprzeciwko parku i patrzeć z okna sypialni na krajobraz gęsto inkrustowany wzgórzami i dachami domów. Chciałem jeździć tramwajami i rozumieć obce języki. Chciałem mieć przyjaciół o imionach Werner i Marco, którzy nosiliby krótkie spodnie, grali na ulicy w piłkę, i bawili się zabawkami z drewna. Sam nie mam pojęcia dlaczego. Chciałem, żeby matka wysyłała mnie po długie bochenki chleba do sklepu z drewnianym preclem nad wejściem. Chciałem wyjść za próg własnego domu i być gdzieś.
Gdy dostatecznie dorosłem, wyjechałem. Zostawiłem za sobą Des Moines, Iowa, Stany Zjednoczone, wojnę w Wietnamie i Watergate, aby osiąść na drugim końcu świata. A kiedy wracałem do Ameryki, był to już dla mnie obcy kraj, pełen seryjnych morderców i drużyn sportowych nie w tych miastach, co trzeba (Indianopolis Colts? Toronto Blue Jays?), i z przystojnym starym pierdołą na fotelu prezydenta. Moja matka znała tego przystojnego starego pierdołę jeszcze z czasów, kiedy jako dziennikarz sportowy Dutch Reagan pracował w stacji radiowej WHO w Des Moines. "Był tylko miłym, sympatycznym i trochę głupkowatym facetem", opowiadała.
Jest to zresztą całkiem niezły opis większości mieszkańców Iowa. Nie zrozumcie mnie źle, bo wcale nie sugeruję, że mieszkańcy tego stanu są niedorozwinięci umysłowo. Absolutnie nie - to dość inteligentni i rozsądni ludzie, którzy mimo wrodzonego konserwatyzmu zawsze potrafili się zdobyć na wybór uczciwego, jasno myślącego liberała zamiast jakiegoś konserwatywnego kretyna (pana Pipera doprowadzało to do szaleństwa). Z dumą również informuję, że w Iowa jest najwyższy w kraju wskaźnik alfabetyzacji: dziewięćdziesiąt dziewięć i pół procent dorosłych mieszkańców tego stanu potrafi czytać. Kiedy więc powtarzam za matką, że są głupkowaci, oznacza to, iż są ufni, przyjaźni i otwarci. Z pewnością nie można im przypisać zbyt wielkiej lotności umysłu - gdy opowiesz któremuś z nich dowcip, jesteś świadkiem wyścigu między jego mózgiem a wyrazem twarzy - nie dlatego jednak, że nie jest zdolny do szybkich procesów myślowych, ale z uwagi na to, iż nie ma na nie zbyt wielkiego popytu. Mieszkańcy Iowa są odurzeni swoją prostoduszną, zdrową wiarą w Boga, ziemię i bliźniego.
Ludzie w tym stanie są przede wszystkim przyjaźni. Kiedy na Południu wchodzi do restauracji obcy człowiek, zapada cisza i wtedy przybysz zdaje sobie sprawę, że tubylcy patrzą na niego takim wzrokiem, jakby szacowali szanse związane z zamordowaniem go, zabraniem mu portfela i zakopaniem zwłok w płytkim grobie na bagnach. Tymczasem w Iowa ktoś taki znajduje się w centrum uwagi, bo jego przyjazd tutaj jest najciekawszą rzeczą, jaka się wydarzyła w mieście od czasu, kiedy w maju poprzedniego roku tornado porwało starego Franka Sprinkela wraz z jego traktorem. Każdy, kogo spotyka, z radością oddaje mu swoje ostatnie piwo i pozwala mu się przespać z własną siostrą. Wszyscy są szczęśliwi, przyjaźni i przepełnieni dziwną błogością.
Podczas ostatniego pobytu w domu poszedłem do Kresge's w centrum i kupiłem plik pocztówek, żeby je wysłać do Anglii. Wybrałem najbardziej idiotyczne: zachód słońca nad tuczarnią, farmerzy używający z brawurą ruchomych schodów, podpisani: "Jechaliśmy ruchomymi schodami w Merle Hay Mall!", i dalej w tym samym guście. Były one do tego stopnia absurdalne, że kiedy je kładłem przed sobą przy kasie, wstydziłem się tak bardzo, jakbym kupował pisemka dla dorosłych. Za wszelką cenę starałem się stworzyć wrażenie, że nie są dla mnie. Tymczasem kasjerka obejrzała każdą z nich z zainteresowaniem i zamyśleniem - z drugiej strony kasjerki zawsze w taki sposób oglądają pisemka dla dorosłych.
W końcu podniosła wzrok i spojrzała na mnie zamglonymi oczami. Miała na nosie okulary w kształcie skrzydeł motyli i tapirowany kok w stylu z lat sześćdziesiątych. "Są naprawdę piękne" - powiedziała. "Wiesz co, skarbie, byłam już w wielu stanach i poznałam wiele miejsc, ale powiem ci, że ten stan jest chyba najśliczniejszy ze wszystkich, jakie widziałam".
Naprawdę użyła słowa "najśliczniejszy" i mówiła to ze szczerego serca. Ta biedna kobieta znajdowała się w stanie nieuleczalnej hipnozy. Zerknąłem na pocztówki i ku swojemu zdumieniu nagle zrozumiałem, co miała na myśli. Musiałem się z nią zgodzić, bo pocztówki były śliczne. Razem tworzyły małe towarzystwo milczącej adoracji. Przez jedną upojną, beztroską chwilę sam byłem niemal w błogim nastroju. To dziwne uczucie szybko się jednak ulotniło.
Mój ojciec lubił Iowa. Mieszkał tam przez całe życie, a teraz spędza wieczność na cmentarzu Glendale w Des Moines. Co roku ogarniało go jednak nieodparte pragnienie wyrwania się z Iowa i wyjazdu na wakacje. Każdego lata, niekiedy niemal bez zapowiedzi, pakował auto po sam dach, wpychał nas do środka, ruszał do jakiegoś odległego celu, niedaleko granicy stanu zawracał po portfel i znów ruszał do jakiegoś odległego celu. Każdego roku było tak samo. Każdego roku było strasznie.
Najbardziej zabójcza była nuda, Iowa leży bowiem na największej równinie po tej stronie Jowisza. W dowolnym miejscu stanu mogłeś wejść na dach i nie zobaczyć niczego poza jednostajną połacią kukurydzy. Najbliższe morze było oddalone o tysiąc mil, najbliższa góra o 400 mil, wieżowce, rabusie i inne ciekawe rzeczy o 300 mil, a ludzie, którzy nie mieli zwyczaju wsadzać sobie palca do ucha i obracać nim w ramach wstępu do odpowiedzi na pytanie zadane przez obcą osobę - o 200 mil. Aby dotrzeć z Des Moines samochodem do czegoś, co zasługiwałoby na choćby przelotne zainteresowanie, trzeba było wyruszyć w podróż, która w innych krajach uchodziłaby za wielką wyprawę. Oznacza to ocean nieustępliwej nudy w niemiłosiernie rozgrzanej, stalowej kapsule na bezkresnej szosie.
Jeśli dobrze pamiętam, na wakacje zawsze jeździliśmy wielkim niebieskim ramblerem kombi. To szkaradne auto - tata zawsze miał szkaradne auta, dopóki nie przeszedł andropauzy i nie zaczął kupować rączych czerwonych kabrioletów - miało tę zaletę, że było bardzo przestronne. Brat, siostra i ja, którzy siedzieliśmy z tyłu, byliśmy tak bardzo oddaleni od siedzących z przodu rodziców, jakbyśmy przebywali w innym pokoju. Dzięki nielegalnym wtargnięciom do koszyka piknikowego szybko odkryliśmy, że jeśli w jabłko albo ugotowane na twardo jajko wbije się kilkanaście zapałek Ohio Blue Tip, żeby przypominało jeżozwierza, a potem dyskretnie wyrzuci je przez okno, osiągnie się efekt bomby. Jabłko (bądź jajko) wybuchnie z niewielkim hukiem i zaskakująco dużym rozbłyskiem błękitnych płomieni, w wyniku czego jadące za nami samochody wykonają zabawny manewr ratunkowy.
Mój tata, który, jak wspomniałem, był od nas oddalony o wiele mil, nigdy nie wiedział, co się dzieje z tyłu, i nie potrafił zrozumieć, dlaczego kierowcy wyprzedzających nas aut przez cały dzień wykonywali w jego stronę wściekłe gesty i odjeżdżali w siną dal.
- O co mu chodziło? - pytał matkę zranionym głosem.
- Nie wiem, skarbie - odpowiadała matka łagodnie. Mówiła tylko dwie rzeczy: "Nie wiem, skarbie" albo "Chcesz kanapkę, kotku?". Od czasu do czasu podejmowała nieśmiałe próby przekazania ojcu pewnych informacji, typu: "Czy to światełko na desce rozdzielczej powinno się tak jarzyć, skarbie?" bądź: "Myślę, że potrąciłeś tego psa/człowieka/niewidomego tam z tyłu, kotku", ale na ogół wystarczało jej mądrości, aby trzymać język za zębami. To wszystko dlatego, że na wakacjach mój ojciec był człowiekiem opętanym. Jego największa obsesja dotyczyła oszczędności. Zawsze nas zabierał do najpodlejszych hoteli lub moteli i do tych przydrożnych lokali gastronomicznych, w których naczynia myto raz w tygodniu. Z poczuciem nieuchronności losu zawsze wiedzieliśmy, że zanim skończymy jeść, na talerzu albo między zębami widelca odkryjemy resztki cudzego jajka. To oczywiście oznaczało biegunkę i długą śmierć w męczarniach.
Ale nie to było najgorsze. Na ogół musieliśmy urządzać piknik na poboczu, a ojciec miał nieomylny zmysł do wybierania w tym celu fatalnych miejsc - na obrzeżu zatłoczonego parkingu dla ciężarówek albo w małym parku, który, jak się później okazywało, leżał w samym sercu jakiejś enklawy nędzy, wskutek czego podchodziły do nas grupki dzieci i stały w milczeniu wokół naszego stołu, aby popatrzeć, jak konsumujemy herbatniki i karbowane chipsy ziemniaczane. A gdy tylko przestawaliśmy jeść, rozpętywała się potworna wichura i moja matka do samego końca pory obiadowej musiała gonić za papierowymi talerzami na obszarze o powierzchni mniej więcej akra.
W 1957 roku ojciec zainwestował dziewiętnaście dolarów i dziewięćdziesiąt osiem centów w przenośną kuchenkę gazową, której zmontowanie przed każdym użyciem trwało godzinę i w dodatku była ona tak niezwykle kapryśna, że my, dzieci, zawsze otrzymywałyśmy polecenie, aby odsunąć się na bezpieczną odległość, kiedy ojciec zapalał gaz. Te środki ostrożności nigdy jednak nie były potrzebne, ponieważ kuchenka budziła się do życia tylko na kilka sekund, po czym gasła. Ojciec przez wiele godzin obracał kuchenkę w różne strony, by osłonić ją przed wiatrem, a jednocześnie zwracał się do niej cichym, wzburzonym tonem, który zazwyczaj towarzyszy chronicznemu obłąkaniu. Przez cały ten czas brat, siostra i ja prosiliśmy go, żeby zabrał nas do jakiegoś lokalu z klimatyzacją, lnianymi obrusami i kostkami lodu stukającymi w szklankach czystej wody. "Tato - błagaliśmy - jesteś człowiekiem sukcesu. Zarabiasz dużo pieniędzy. Jedźmy do Howarda Johnsona". On jednak nie chciał o tym słyszeć. Był dzieckiem wielkiego kryzysu i jeśli w grę wchodził uszczerbek kapitału, zawsze przybierał udręczoną minę zbiega, który słyszy dobiegające z oddali ujadanie psów gończych.
Kiedy słońce stało już nisko na niebie, ojciec w końcu podawał nam zimne, na wpół surowe i śmierdzące butanem hamburgery. Po jednym gryzie odmawialiśmy dalszej konsumpcji, więc tracił panowanie nad sobą, wrzucał wszystko do samochodu i pełnym gazem wiózł nas do jakiegoś przydrożnego lokalu, gdzie spocony mężczyzna w filcowym kapeluszu palił haszysz, a na jego grillu tańczyły jęzory płonącego tłuszczu. Później, gdy panującą w samochodzie ciszę wypełniały gorycz i niezaspokojone podstawowe potrzeby, przez pomyłkę zjeżdżaliśmy z głównej drogi, gubiliśmy się, a potem lądowaliśmy w jakiejś beznadziejnej dziurze o nazwie Draino, w stanie Indiana, albo Tapwater, w stanie Missouri. Wynajmowaliśmy pokój w jedynym hotelu - z gatunku tych, w których jeśli chcesz pooglądać telewizję, musisz usiąść w recepcji i podzielić się miejscem na spękanej sofie ze skaju ze staruszkiem z wielkimi kołami potu pod pachami. Staruszek ów miał z reguły tylko jedną nogę, a często również inną rzucającą się w oczy usterkę, jak brak nosa albo zapadnięte czoło, co z kolei wiązało się z tym, że choć bardzo chciałeś obejrzeć Laramie albo Our Miss Brooks, twoje spojrzenie bezwiednie i ukradkowo uciekało w stronę spoczywającego obok ciebie nietuzinkowego, nadgryzionego ciała - nie potrafiłeś się oprzeć. Od czasu do czasu okazywało się, że mężczyzna nie ma języka, ale i tak usiłuje cię wciągnąć w ożywioną dyskusję. Wbrew pozorom, nie sprawiało nam to wszystko przyjemności.
Po mniej więcej tygodniu udręki docieraliśmy nad jakąś błękitną, roziskrzoną taflę jeziora, otoczoną górami porośniętymi lasem sosnowym. Było to miejsce pełne huśtawek, rozrywek i radosnych krzyków pluskających w wodzie dzieci, miejsce, które niemal nam wynagradzało przeżyte cierpienia. Tata robił się dowcipny i ciepły, niekiedy zabierał nas nawet do restauracji z gatunku tych, gdzie nie trzeba było patrzeć, jak przygotowują dla ciebie jedzenie, a na podanej ci szklance wody nie widniał autograf namalowany szminką. To było życie. To był upojny przepych.
Na tym właśnie trudnym i chaotycznym tle ogarnęło mnie nieodparte pragnienie powrotu do krainy młodości i odbycie tego, co autorzy notatek na skrzydełkach książek nazywają podróżą do korzeni. Żyjąc na oddalonym o cztery tysiące mil kontynencie, poczułem tęsknotę za domem, która ogarnia człowieka wtedy, gdy osiągnie on półmetek życiowej drogi, a jego ojciec niedawno zmarł, i człowiek ten sobie uświadamia, że ojciec zabrał ze sobą cząstkę jego samego. Chciałem wrócić do magicznych miejsc swojej młodości - na Mackinac Island, w Góry Skaliste, do Gettysburga - i sprawdzić, czy sprostają moim wspomnieniom. Chciałem usłyszeć rozcinający nocną ciszę długi, basowy dźwięk lokomotywy na Rock Island i cichnący w oddali stukot. Chciałem zobaczyć robaczki świętojańskie i usłyszeć cykady, chciałem zanurzyć się cały w tej upalnej, doprowadzającej do szaleństwa sierpniowej pogodzie, która sprawia, że bielizna przykleja się do ciebie jak lateks, a spokojni zazwyczaj ludzie wyciągają w barach pistolety i rozświetlają noc kanonadą wystrzałów. Chciałem się rozejrzeć się za tablicami z reklamami Ne-Hi Pop i Burma Shave, pójść na mecz, posiedzieć w kawiarni z marmurowymi blatami i przejechać samochodem przez małe miasteczka z gatunku tych, w których mieszkali w filmach Deanna Durbin i Mickey Rooney. Chciałem podróżować. Chciałem zobaczyć Amerykę. Chciałem wrócić do domu.
Poleciałem więc do Des Moines i kupiłem cały plik map drogowych, które potem studiowałem na podłodze salonu. Wyrysowałem ogromną okrężną trasę, mającą mnie poprowadzić przez ten dziwny, wielki i na poły obcy kraj. Kiedy matka przynosiła mi kanapki, a ja zadawałem jej pytania o nasze wakacje w dzieciństwie, mówiła: "Och, nie wiem, skarbie". Wreszcie o świcie któregoś wrześniowego dnia w trzydziestym szóstym roku życia wymknąłem się z domu mojej młodości, wśliznąłem za kierownicę podstarzałego chevroleta chevette, którego pożyczyła mi moja dobroduszna i ufna matka, i ruszyłem płaskimi, pogrążonymi we śnie ulicami miasta. Sunąłem pustą drogą - jedyny człowiek z misją w mieście z 250 tysiącami śpiących dusz. Słońce stało już wysoko na niebie, co było zapowiedzią niemiłosiernie upalnego dnia. Miałem przed sobą około miliona mil kwadratowych szemrzącej z cicha kukurydzy. Na skraju miasta włączyłem się w autostradę stanową 163 i z lekkim sercem pomknąłem w stronę Missouri.
Rozdział drugi
W Wielkiej Brytanii był to rok bez lata. Deszczowa wiosna niepostrzeżenie zmieniła się w ponurą jesień i przez wiele miesięcy niebo rozpinało nad wyspą płaski, szary dach. Czasem padało, ale na ogół było po prostu smętnie. Kraj bez cieni, tak jakby człowiek mieszkał w plastikowym pojemniku na jedzenie. A tutaj słońce oślepiło mnie nagle z całą mocą. Iowa lśniła kolorami i światłem: przydrożne stodoły promieniały błyszczącą czerwienią, a niebo głębokim, hipnotyzującym błękitem. Przede mną ciągnęły się musztardowozielone pola, zaś na jezdni tańczyły iskierki miki. Tu i ówdzie potężne elewatory zbożowe - te katedry Środkowego Zachodu, okręty na morzu prerii - przyciągały światło słońca i odbijały w postaci czystej bieli. Nienawykły do takiego blasku, zmrużyłem oczy i pojechałem do Otley.
Miałem zamiar powtórzyć trasę, którą ojciec zawsze zabierał mnie do domu dziadków w Winfield - przez Prairie City, Pellę, Oskaloosę, Hedrick, Brighton, Coppock, Wayland i Olds. Wszystkie te miasta były wytatuowane w tej właśnie kolejności na skórze mojej pamięci. Wcześniej zawsze jechałem tędy jako pasażer, nie zwracałem zatem większej uwagi na drogę. Teraz z zaskoczeniem stwierdziłem, że natrafiam na dziwne zakręty i niespodziewane skrzyżowania, żądające ode mnie, abym w jakimś miejscu pojechał parę mil w lewo, potem kilka mil w prawo i w końcu znowu w lewo. Znacznie prościej byłoby pojechać autostradą 92 do Ainsworth, a później na południe, do Mount Pleasant. Nie potrafiłem sobie wyobrazić, jaka metoda rozumowania doprowadziła mojego ojca do wyboru tej właśnie trasy, i oczywiście nigdy nie miałem się tego dowiedzieć. Było mi trochę żal, zwłaszcza że ojciec niczego nie lubił bardziej, niż zaścielać stół w jadalni mapami i zastanawiać się nad wariantami różnych tras. Pod tym względem przypominał większość mieszkańców Środkowego Zachodu, w których życiu kierunki odgrywają ważną rolę. Ludzie ze Środkowego Zachodu mają wrodzoną potrzebę orientowania się w przestrzeni, nawet wtedy, gdy opowiadają anegdoty. Każda historia snuta przez mieszkańca Środkowego Zachodu w pewnym momencie zbaczała w gęstwinę monologu wewnętrznego, który przedstawiał się z grubsza tak: "Zatrzymaliśmy się w hotelu osiem przecznic na północny wschód od legislatury, nie, na północny zachód. I chyba nie osiem, tylko dziewięć przecznic. I ta kobieta, która nie miała nic na sobie, naga jak ją Pan Bóg stworzył, z wyjątkiem czapki z futra szopa pracza, biegła w naszą stronę z południowego zachodu... a może południowego wschodu?". Jeśli w jakimś gronie znajdowało się dwóch mieszkańców Środkowego Zachodu i obaj byli świadkami tego właśnie incydentu, reszta mogła porzucić wszelkie nadzieje, że usłyszy, co się wydarzyło, bo ta dwójka przez resztę popołudnia będzie się spierała o kierunki świata i już nigdy nie uda się powrócić do przerwanej opowieści. Małżonków ze Środkowego Zachodu można było poznać w Europie po tym, że stawali na wysepce pośrodku ruchliwego skrzyżowania, patrzyli na mapę wyrywaną im przez wiatr i kłócili się o to, w którą stronę jest zachód. Europejskie miasta, z ich nieuporządkowanym i niezdyscyplinowanym układem ulic, doprowadzały mieszkańców Środkowego Zachodu do szaleństwa.
Ta geograficzna obsesja przypuszczalnie wiązała się w jakiś sposób z brakiem punktów orientacyjnych w całej środkowej Ameryce. Zdążyłem już zapomnieć, jak tu jest płasko i pusto. Niemal w każdym punkcie w stanie Iowa wystarczyło stanąć na dwóch książkach telefonicznych, aby mieć rozległy widok. Z miejsca, w którym się wtedy znajdowałem, widziałem obszar mniej więcej wielkości Belgii. Nie było tam jednak nic, oprócz kilku oddalonych od siebie farm, zagajników i dwóch wież wodnych, olśniewających srebrnych błysków, które wskazywały, że w danym miejscu jest miasto. Gdzieś na środkowym planie chmura pyłu goniła za samochodem na pol-nej drodze. Z całego krajobrazu wybijały się tylko elewatory zbożowe, lecz one też były jednakowe, toteż nic nie pozwalało odróżnić jednego widoku od drugiego.
Poza tym było bardzo cicho. Nie licząc nieustanego szelestu kukurydzy, do uszu nie dobiegał żaden dźwięk. Gdyby w oddalonym o trzy mile domu ktoś kichnął, na pewno bym to usłyszał ("Na zdrowie!". "Dziękuję!"). Ludzi chyba doprowadzało do szaleństwa to, że żyli w otoczeniu pozbawionym jakichkolwiek doznań, gdzie nie przyciągał spojrzenia żaden przelatujący samolot i nie trąbiły klaksony samochodów, a czas czołgał się tak wolno, że nie zdziwiłbym się, gdyby wciąż oglądali w telewizji Ozzie and Harriet i głosowali na Eisenhowera. ("Nie wiem, jak daleko zaszliście w tym całym Des Moines, ale u nas, w hrabstwie Fudd, mamy dopiero 1958 rok").
Ubogo wyposażone w znaki szczególne były również małe miasteczka. Właściwie jedyną rzeczą, która je od siebie odróżniała, była nazwa. Zawsze miały stację benzynową, sklep spożywczy, elewator zbożowy, sklep ze sprzętem rolniczym i nawozami oraz coś tak nieoczekiwanego, jak przedstawicielstwo handlowe producenta kuchenek mikrofalowych albo pralnię chemiczną, dzięki czemu przejeżdżający przez tę miejscowość człowiek mógł spróbować odpowiedzieć sobie na pytanie, do czego mieszkańcy Fungus City potrzebują pralni chemicznej. Co czwarta albo piąta miejscowość była stolicą hrabstwa. Każde z nich miało swoją siedzibę przy rynku, gdzie stał urodziwy budynek sądu z armatą z czasów wojny domowej oraz pomnikiem poległych po jednej stronie, a po drugiej lokowały się prywatne biznesy: sklep z tanimi artykułami, bar przekąskowy, sklep żelazny, dwa banki, księgarnia z wydawnictwami chrześcijańskimi, balwierz, dwa zakłady fryzjerskie i sklep z odzieżą męską, którą włożyłby na siebie tylko mieszkaniec bardzo małej miejscowości. Co najmniej dwie z tych placówek nazywały się Vern's. Na samym środku placu znajdował się maleńki park z grubymi drzewami, estradą, masztem z amerykańską flagą i ławkami, na których siedzieli staruszkowie w czapkach John Deere i rozprawiali o czasach, kiedy mieli do roboty coś innego, niż tylko siedzieć na rynku i rozmawiać o czasach, kiedy mieli do roboty coś innego. W takich miejscach czas posuwał się do przodu ze zgrzytem.
Najlepszą stolicą hrabstwa w Iowa była Pella, czterdzieści mil na południowy wschód od Des Moines. Miasto założyli imigranci holenderscy, w związku z czym w maju każdego roku nadal odbywało się tam wielkie święto tulipanów, na które zapraszali kogoś ważnego, na przykład burmistrza Hagi, aby przyleciał i pochwalił ich cebulki. Lubiłem Pellę, kiedy byłem mały, ponieważ wielu tamtejszych mieszkańców stawiało przed domami wiatraczki, a wtedy miasteczko wyglądało prawie interesująco. Nie powiem, że wyjątkowo interesująco, ale człowiek od małego uczył się doceniać wszelkie przyjemności, na które natrafiał podczas podróży przez Iowa. Poza tym na skraju miasteczka znajdowała się filia Dairy Queen, przy której mój ojciec czasami się zatrzymywał, żeby kupić nam lody w wafelku w polewie czekoladowej. Już choćby dlatego zawsze miałem słabość do Pelli. Kiedy więc przyjechałem tam w ten pogodny wrześniowy poranek, z zadowoleniem zauważyłem, że przed wieloma domami nadal wirują wiatraczki. Zatrzymałem się na rynku i wysiadłem rozprostować nogi. Z racji tego, że była niedziela, staruszkowie z rynku mieli wolne - przez cały dzień pełnili śpiący dyżur przed telewizorami - ale pod każdym innym względem Pella była równie idealna, jak ją zapamiętałem. W parku tłoczyły się drzewa i gazony rozżarzonych szałwii i margerytek. W każdym rogu stał wiatrak, zielony z białymi łopatami, niemal pełnowymiarowy. Sklepy wokół rynku reprezentowały architekturę w stylu "pudełko z płatkami śniadaniowymi" preferowaną w miasteczkach na całym Środkowym Zachodzie, ale tutaj były przyozdobione gzymsami jak w chatce z piernika i innymi radosnymi ornamentami. Wszystkie zakłady miały solidnie brzmiące holenderskie nazwy: Pardekooper's Drug Store, Jaarsma Bakery, Van Gorp Insurers, Gosselink's Christian Book Store, Vander Ploeg Bakery. I wszystkie były obowiązkowo zamknięte. W takich miejscowościach jak Pella nadal rygorystycznie przestrzegało się zasady, że niedziela jest dniem wolnym od pracy. Zresztą w całej miejscowości panował ten rodzaj nieziemskiej ciszy, który każe ci się zastanawiać, jeśli jesteś histerykiem, czy mieszkańcy nie padli przypadkiem ofiarą wycieku jakiegoś bezwonnego gazu - w tym momencie podstępnie przejmującym władzę nad twoim ośrodkowym układem nerwowym - przez co Pella zmieniła się w Pompeje na prerii. Na moment stanął mi przed oczami obraz ludzi zjeżdżających ze wszystkich stron, aby popatrzeć na ofiary i szczególnie zachwycić się widokiem młodego mężczyzny w okularach i z zafrasowaną miną, który stoi na rynku i po kres czasów trzyma się za gardło, usiłując otworzyć drzwi samochodu. Wtedy jednak dostrzegłem na drugim końcu rynku człowieka, który wyprowadzał na spacer psa, i uświadomiłem sobie, że zagrożenie minęło.
Nie miałem zamiaru pozostać w Pelli na dłużej, ale poranek był tak cudowny, że ruszyłem na spacer jedną z odchodzących od rynku ulic. Po drodze mijałem schludne domy z muru pruskiego, z kopułkami, ścianami szczytowymi i gankami, na których skrzypiały na wietrze dwuosobowe huśtawki. Oprócz tego słyszałem tylko chrzęst suchych liści pod stopami. Na końcu ulicy znajdował się Central College, niewielka placówka prowadzona przez Holenderski Kościół Reformowany - budynki z czerwonej cegły otaczały jeziorko z łukowatą drewnianą kładką. Panował tam taki spokój, jak po podwójnej dawce valium. College wydawał się porządną, przyjazną, purytańską uczelnią, na której mógłby studiować Clark Kent. Przeszedłem przez kładkę i na drugim końcu kampusu znalazłem kolejne dowody na to, że nie jestem jedyną żywą osobą w Pelli. Z wysokiego okna na jednym z górnych pięter akademika dobiegał dźwięk włączonej o wiele za głośno wieży stereo. Łoskot trwał jeszcze chwilę - chyba kawałek Frankie Goes to Hollywood - a potem z jakiegoś nieokreślonego miejsca rozległ się dudniący głos, który powiedział: JEŚLI NATYCHMIAST NIE WYŁĄCZYSZ TEGO ZASRANEGO RADIA, TO PRZYJDĘ TAM I ROZWALĘ CI CZASZKĘ! Właściciel tego głosu musiał być pokaźnej postury - pomyślałem, że nosi pewnie przydomek Łoś. Pella na powrót pogrążyła się we śnie.
Jechałem dalej na zachód, przez Oskaloosę, Fremont, Hedrick, Martinsburg. Nazwy były znajome, ale same miejscowości nie przywoływały zbyt wielu wspomnień. Dawniej na tym etapie podróży leżałem na podłodze w stanie spowodowanego przez nudę odrętwienia i w piętnastosekundowych odstępach wołałem: "Ile jeszcze? Kiedy dojedziemy? Nudzę się. Kiedy dojedziemy?". Wydawało mi się, że rozpoznaję zakręt drogi w pobliżu Coppock, bo zaskoczeni przez śnieżycę, w oczekiwaniu na pług śnieżny, spędziliśmy tam kiedyś cztery godziny, a także kilka miejsc, w których się zatrzymaliśmy, żeby moja siostra mogła zwymiotować, między innymi na stacji benzynowej w Martinsburgu, gdzie wyskoczyła z samochodu i obficie bryzgnęła wymiocinami w kierunku kostek chłopaka z obsługi (żebyście widzieli jego taniec!), a drugi raz w Wayland, gdzie ojciec o mało nie zostawił mnie przy drodze, kiedy do niego dotarło, że w ramach zabijania nudy odkręciłem wszystkie plastikowe osłony tylnych drzwi, odsłaniając ciekawy mechanizm wewnętrzny, a wskutek tych działań zarówno same drzwi, jak i okno zostały na zawsze wyłączone z użytku. Jednak dopiero wtedy, gdy dojechałem do zjazdu na Winfield - tuż za Olds, w którym mój ojciec ogłaszał z bezbrzeżną radością, że już prawie dojechaliśmy - poczułem dreszczyk rozpoznania. Nie jechałem tą drogą od kilkunastu lat, ale łagodne zbocza i porozrzucane farmy wyglądały tak samo znajomo, jak moja lewa noga. Serce o mało nie wyskoczyło mi z piersi. To było jak powrót do przeszłości. Za chwilę znowu miałem być chłopcem.
Pobyt w Winfield zawsze był radosnym przeżyciem. Ojciec zjeżdżał z autostrady 78, po czym telepał się razem z nami nierówną gruntową drogą jadąc zdecydowanie za szybko. Wyrzucał do góry kłęby białego pyłu i zawsze niezawodnie wzbudzał w matce paniczny strach, pędząc jak wariat w stronę torów kolejowych za ślepym zakrętem drogi i komentując z powagą: "Mam nadzieję, że nie nadjeżdża pociąg". Dopiero po latach mama odkryła, że tymi torami jeździły tylko dwa pociągi na dobę, oba w środku nocy. Na opuszczonym polu za torami stał samotny wiktoriański dwór przywodzący na myśl karykatury Charlesa Addamsa z "New Yorkera". Od kilkudziesięciu lat nikt tam nie mieszkał, ale pod wilgotnymi płachtami nadal stały meble. Razem z siostrą i bratem wchodziliśmy tam przez rozbite okno, aby przejrzeć zawartość skrzyń z zatęchłymi ubraniami, starymi egzemplarzami czasopisma "Collier's" i fotografiami ludzi, którzy mieli dziwnie zmartwione miny. Jak twierdził brat, w sypialni na górze leżało zasuszone ciało ostatniego mieszkańca, kobiety, która zmarła na zawał, kiedy narzeczony porzucił ją przy ołtarzu. Nigdy nie weszliśmy do tego pokoju, ale raz, kiedy miałem jakieś cztery lata, brat zajrzał przez dziurkę od klucza, zawył, krzyknął: "Ona idzie!", po czym zbiegł na dół na łeb na szyję. Człapałem za nim, szlochając i co krok pryskając moczem. Za dworem ciągnęło się szerokie pole z czarno-białymi krowami, a jeszcze dalej stał dom moich dziadków, ładny, biały, ocieniony baldachimem drzew, z wielką czerwoną stodołą i wieloma akrami trawnika. Dziadkowie zawsze czekali w bramie. Nie wiem, czy widzieli, jak nadjeżdżamy, i pospiesznie zajmowali pozycje, czy też po prostu stali tam godzinami. Całkiem możliwe, że to drugie, bo - powiedzmy sobie szczerze - nie mieli zbyt wiele do roboty. Potem następowało cztery albo pięć dni zabawy. Dziadek miał forda t, którym pozwalał nam jeździć po podwórzu, ku utrapieniu kur i starszych kobiet. Zimą przywiązywał do niego sanki i zabierał nas na długie, mroźne przejażdżki ośnieżonymi drogami. Wieczorami wszyscy graliśmy w karty przy kuchennym stole i do późna w nocy nie kładliśmy się spać. W domu dziadków zawsze było Boże Narodzenie, Święto Dziękczynienia, 4 Lipca albo czyjeś urodziny. Spędzane tam chwile nieodmiennie były szczęśliwe.
Po naszym przyjeździe babcia dreptała po domu, żeby wyjąć z piekarnika jakieś danie. Zawsze jej się udawało czymś nas zaskoczyć. Była jedyną znaną mi osobą - być może nawet jedyną w dziejach ludzkości - która przyrządzała różne rzeczy według przepisów z opakowań. Potrawy te miały nazwy w stylu Rice Krispies 'n' Banana Chunks Upside-Down Cake albo Del Monte Lima Bean 'n' Pretzels Party Snacks i na ogół składały się z podejrzanie dużych ilości produktów danego producenta, zazwyczaj w połączeniach, które nikomu by nie przyszły do głowy, chyba że w okresie klęski głodu. Trzeba jednak przyznać tym potrawom, że były nowatorskie. Kiedy babcia stawiała przed tobą jeszcze ciepły kawałek ciasta, tak naprawdę mogło ono zawierać wszystko: kukurydzę Niblets, wiórki czekoladowe, mielonkę, pokrojoną w kostkę marchewkę, masło orzechowe. Rzadko się zdarzało, by nie było w nim Rice Krispies, gdyż babcia miała do nich szczególną słabość i dodawała je do każdego dania, nawet jeśli przepis tego nie wymagał. Wśród kucharzy, którzy nie stwarzają bezpośredniego zagrożenia dla życia, mogłaby uchodzić za jedną z najgorszych.
Wszystko wydaje się teraz tak odległe - a raczej nie wydaje. To było tak dawno temu, że moi dziadkowie mieli wtedy telefon na korbkę, który wisiał na ścianie, a po zakręceniu korbką mówiło się do słuchawki: "Mabel, połącz mnie z Gladys Scribbage. Chcę ją zapytać, jak ona robi Frosted Flakes 'n' Cheez Whiz Party Nuggets". Okazywało się jednak, że Gladys Scribbage już podsłuchuje albo na linii jest ktoś, kto wie, jak się robi Frosted Flakes 'n' Cheez Whiz Party Nuggets. Wszyscy podsłuchiwali. Babcia często podsłuchiwała, kiedy w domu niewiele się działo. Zasłaniała mikrofon dłonią i przekazywała reszcie domowników udramatyzowane relacje o lewatywach, wypadniętych macicach, mężach, który uciekli do Burlington z barmanką pracującą w Vern's Uptown Tavern i Supper Club Vern oraz innych kryzysach w tym małomiasteczkowym życiu. W domu musiało być podczas owych sesji cicho jak makiem zasiał. Nigdy nie potrafiłem do końca zrozumieć dlaczego, bo jeśli zaczynało się robić naprawdę pikantnie, babcia często włączała się do rozmowy. "Myślę, że Merle to straszna świnia" - mówiła. "Tak, dobrze usłyszałaś, mówi Maude Bryson. Chcę tylko powiedzieć, że moim zdaniem tylko kompletny gnojek mógł zrobić coś takiego biednej Pearl. I dodam jeszcze, Mabel, te biustonosze z fiszbinami można kupić taniej w Columbus Junction". W 1962 roku firma telekomunikacyjna założyła w domu dziadków normalny telefon, bez funkcji telekonferencji, zaś babcia wpadła w wielki dołek, z którego już nigdy się do końca nie wygrzebała.
Raczej nie oczekiwałem, że dziadkowie będą teraz na mnie czekali przy bramie, ponieważ oboje od wielu lat nie żyli. Miałem jednak mglistą nadzieję, że w ich domu mieszka jakieś sympatyczne starsze małżeństwo i zaproszą mnie do środka, bym się rozejrzał i podzielił swoimi wspomnieniami, a może nawet przysposobią mnie na swojego wnuka. Spodziewałem się co najmniej tego, że dom moich dziadków będzie wyglądał jak wtedy, gdy widziałem go po raz ostatni.
Spotkało mnie rozczarowanie. Droga prowadząca do domu wciąż była wysypana lśniącymi gipsowymi kamyczkami i wyrzucała do góry przyjemne kłęby pyłu, za to przepadły tory kolejowe - zniknęły bez śladu. Zniknął również wiktoriański dwór, zastąpiony budynkiem w stylu ranczerskim, z samochodami i butlami propanu, które były rozstawione po podwórzu niczym zabawki małego dziecka. Co gorsza, na polu, gdzie dawniej pasły się krowy, znajdowało się teraz osiedle pudełkowatych domów. Dawniej dom moich dziadków stał spory kawałek od miasteczka, okolony cienistą wyspą drzew na oceanie pól. Teraz ze wszystkich stron otaczały go niewysokie budynki. Wstrząśnięty zauważyłem, że nie ma już stodoły. Jakiś głupek zburzył moją stodołę! Jeśli chodzi o sam dom - to była rudera. Farba schodziła z niego wielkimi płatami, krzewy powyrywano bez potrzeby, a drzewa zostały wycięte. Wysoka trawa była zaśmiecona tym, co wysypało się z domu, bo się w nim nie zmieściło. Zatrzymałem samochód przed bramą i patrzyłem na to wszystko z rozdziawionymi ustami. Nie potrafię opisać uczucia straty, które mnie ogarnęło. Po chwili w drzwiach pojawiła się otyła kobieta w różowych szortach, która rozmawiała przez telefon z nieskończenie długim kablem i gapiła się na mnie tak samo, jak ja na nią.
Pojechałem do miasta. Kiedy dorastałem, przy głównej ulicy Winfield znajdowały się dwa sklepy spożywcze, jeden sklep z różnościami, knajpa, sala bilardowa, redakcja gazety, bank, fryzjer, poczta, dwie stacje benzynowe, czyli to, czego można się spodziewać w dobrze prosperującej miejscowości. Mieszkańcy robili zakupy na miejscu; wszyscy się znali. Teraz zobaczyłem tylko knajpę i punkt sprzedaży sprzętu rolniczego. Po zburzonych obiektach zostało kilka porośniętych łatami trawy pustych działek, bo nie powstało tam nic nowego. Większość stojących jeszcze budynków była zabita deskami, a w środku nie paliło się światło. Poczułem się jak na dawno porzuconym planie filmowym.
Nie mogłem zrozumieć, co się tutaj stało. Ludzie musieli teraz jeździć trzydzieści mil po bochenek chleba. Pod knajpą kręciła się grupa młodych, osiłkowatych motocyklistów. Miałem zamiar się zatrzymać i spytać, co się przydarzyło ich miastu, ale jeden z nich, kiedy zobaczył, że zwalniam, bez żadnego powodu pokazał mi środkowy palec. Miał około czternastu lat. Natychmiast dodałem gazu i pojechałem w stronę autostrady 78. Mijałem po drodze farmy i łagodne zbocza, które znałem tak dobrze, jak własną lewą nogę. Pierwszy raz w życiu odwróciłem się plecami do jakiegoś miejsca ze świadomością, że nigdy więcej go nie zobaczę. Wszystko to było nad wyraz smutne, ale teraz myślę, że okazałem się bardzo naiwny. Jak zwykle mawiam do Thomasa Wolfe'a, w życiu są trzy rzeczy, których nie da się zrobić: wygrać z firmą telekomunikacyjną, zwrócić na siebie uwagę kelnera, dopóki on sam nie zechce nas zauważyć, i tak naprawdę wrócić do domu.
Rozdział trzeci
Z pustką w głowie pojechałem do Mount Pleasant, gdzie zatrzymałem się na kawę. Miałem ze sobą niedzielny numer "New York Timesa" - jednym z najwspanialszych świadectw postępu ludzkości od czasu, kiedy wyjechałem, było to, że na takim zadupiu jak Iowa można teraz kupić w automacie "New York Timesa" w dniu publikacji, co stanowiło godne podziwu osiągnięcie w dziedzinie dystrybucji prasy - w związku z czym siadłem w kącie i rozłożyłem gazetę przed sobą. Uwielbiałem niedzielny "New York Times". Pomijając jego liczne zalety jako dziennika, dawał on poczucie pewności już samą swoją objętością. Numer, który miałem przed sobą, ważył chyba dziesięć albo dwanaście funtów i zatrzymałby kulę wystrzeloną z odległości dwudziestu jardów. Czytałem kiedyś, że na jedno niedzielne wydanie "New York Timesa" potrzeba siedemdziesiąt pięć tysięcy drzew, ale było ono warte każdego drżącego listka. Co z tego, że nasze wnuki nie mają czym oddychać? Chrzanić je.
Najbardziej lubiłem czytać te ukryte między ważnymi sprawami świata nudne i mętne rubryki, które budziły we mnie jakąś hipnotyczną fascynację, na przykład rubrykę o domowych remontach ("Wszystko, co warto wiedzieć o śrubach i mocowaniach") i filatelistyczną ("Znaczki na dwudziestą piątą rocznicę aeronautyki"). A już wprost uwielbiałem dodatki reklamowe. Gdyby zapytał mnie jakiś Bułgar, jak wygląda życie w Ameryce, odpowiedziałbym bez wahania, żeby sobie nazbierał dodatków reklamowych do "New York Timesa". Obrazowały one amerykańskie życie w całym jego bogactwie i różnorodności, które przekraczały najśmielsze wyobrażenia większości cudzoziemców.
Jakby dla zilustrowania mojej tezy numer, który miałem przed sobą, zawierał katalog prezentów nowojorskiej firmy Zwingle Company, oferujący dziesiątki produktów z kategorii "Nie miałeś pojęcia, że tego potrzebujesz": grające prawidło do buta, parasol z radiem tranzystorowym w rączce czy elektryczny młotek do gwoździ. Cóż za wspaniały kraj! Najbardziej spodobała mi się niewielka elektryczna płyta grzejna do postawienia na biurku, żeby kawa nie wystygła. To musiała być prawdziwa gratka dla ludzi z uszkodzonym mózgiem, którzy po zrobieniu sobie czegoś do picia zawsze o tym zapominali i szli na spacer. Nie mniejszą wdzięczność musieli odczuwać epileptycy z całej Ameryki. ("Droga Zwingle Company, nie zliczę, ile razy mi się zdarzyło, że po napadzie drgawkowym leżałem na podłodze i myślałem sobie: "O rany, kawa na pewno znowu mi wystygnie""). A tak na serio, któż to wszystko kupował: srebrne wykałaczki, majtki z monogramem i lusterka z napisem "Człowiek roku"? Często sobie myślałem, że gdybym kierował jedną z tych firm, wyprodukowałbym tabliczkę z politurowanego mahoniu z mosiężną blachą, na której wygrawerowany byłby napis: "A co sądzicie o mnie? Za ten absolutnie bezużyteczny szajs zapłaciłem dwadzieścia dwa dolary i dziewięćdziesiąt pięć centów". Jestem pewien, że takie tabliczki sprzedawałyby się jak świeże bułeczki.
Choć w głębi serca wiedziałem, że tego pożałuję, w przypływie chwilowego szaleństwa kupiłem sobie kiedyś jedną rzecz z takiego katalogu, a mianowicie przypinaną do książki lampkę do czytania, żeby nie przeszkadzać śpiącej obok osobie. Pod tym względem lampka była bardzo udana, bo prawie nie działała - dawała absurdalnie nikłe światło (w katalogu wyglądała na taką, którą można by dawać sygnały statkom, jeśli jeden z nich zabłądziłby na morzu) i oświetlała tylko dwie pierwsze linijki; zdarzało mi się widzieć bardziej luminescencyjne owady. Po mniej więcej czterech minutach wątły strumyczek światła zatrzepotał i zgasł. Od tamtej pory już nigdy nie używałem owego urządzenia. W całej tej historii istotne było jednak to, że od początku wiedziałem, jak to się skończy, i że gorzko się rozczaruję. Po namyśle stwierdziłem, że gdybym kierował taką firmą, wysyłałbym ludziom puste pudełko z następującą informacją: "Postanowiliśmy nie sprzedawać panu zamówionego przedmiotu, ponieważ, jak doskonale panu wiadomo, nie działałby jak należy i tylko by się pan rozczarował. Niech to będzie zatem dla pana nauczka na przyszłość".
Od katalogu Zwingle Company przeszedłem do reklam żywności i artykułów gospodarstwa domowego. Zazwyczaj było tam mnóstwo tych jasnych i błyszczących prób nakłonienia czytelników do wypróbowania nowych, ekscytujących produktów z takimi nazwami, jak Hunk o' Meat Beef Stew 'n' Gravy ("Z tłustymi i mięsistymi kawałkami włókna o konsystencji wołowiny"), Sniffa-Snax ("Fascynująca nowa przekąska, którą wciąga się nosem!") albo Country Sunshine Honey-Toasted Wheat Nut 'n' Sugar Bits Breakfast Cereal ("Teraz wzbogacone w witaminy i zamiennik rodzynek w polewie czekoladowej!"). Te nowatorskie artykuły spożywcze niezmiernie mnie zachwycały. W swoim niekończącym się poszukiwaniu nowych wrażeń smakowych producenci i nabywcy amerykańskiego śmieciowego jedzenia jakiś czas temu przekroczyli pewną barierę wrażliwości. Trochę przypominali w tym zdesperowanych ćpunów, którzy wypróbowali wszystkie znane narkotyki i w ramach walki o jeszcze bardziej intensywne doznania muszą sobie wstrzykiwać do żył płyn do czyszczenia toalet. W całej Ameryce można było napotkać niezliczone małżeństwa z obwisłymi pośladkami, skrzętnie przeglądające półki w supermarketach w poszukiwaniu nowych kombinacji smaków i mające nadzieję znaleźć jakiś nieznany sobie jeszcze produkt, który zaświerzbi ich w ustach i choć na krótką chwilę pobudzi ich ołowiane kubki smakowe.
W tej branży panowała zażarta konkurencja. Wkładki reklamujące żywność nie tylko proponowały pięćdziesiąt centów rabatu, ale też obiecywały, że jeśli konsument odeśle producentowi danego towaru dwie albo trzy etykietki, dostanie w zamian ręcznik kąpielowy Hunk o' Meat Beach, fartuch i rękawicę kuchenną Country Sunshine albo płytę grzewczą Sniffa-Snax, która służyła do tego, aby kawa nie wystygła, kiedy wskutek nadmiaru cukru we krwi co jakiś czas traciłbyś przytomność. Co ciekawe, bardzo podobnie wyglądały reklamy karmy dla psów, poza tym, że niewiele było gatunków karmy o smaku czekoladowym. Właściwie każdy produkt - od cytrynowych płynów do czyszczenia muszli klozetowej po worki na śmieci o zapachu sosnowym - obiecywał krótki odlot. Nic dziwnego, że tak wielu Amerykanów chodziło po świecie ze szklanymi oczami. Byli kompletnie naćpani.
Pojechałem autostradą 218 do Keokuk. Na mojej mapie odcinek ten zaznaczono jako trasę krajobrazową, była to jednak sprawa dyskusyjna. Z trasami krajobrazowymi w południowo-wschodniej części stanu Iowa było jak z dobrym albumem Barry'ego Manilowa: musiałeś pójść na pewne ustępstwa. W porównaniu z popołudniem spędzonym w ciemnym pokoju nie było źle, ale na przykład w konfrontacji z nadbrzeżną drogą na półwyspie Sorrentino głowy nie urywało. Przyznam, że odcinek ten nie wydawał mi się ani mniej, ani bardziej malowniczy od innych dróg, którymi jechałem tego dnia. Keokuk to miejscowość nad rzeką Missisipi, w miejscu gdzie nad szerokim zakolem rzeki spotykały się Iowa, Missouri i Illinois. Kierowałem się w stronę Hannibal w Missouri i miałem nadzieję, że po drodze do mostu na południu zwiedzę również to miasto. Zanim się jednak zorientowałem, byłem na moście prowadzącym na wschód, do Illinois. Tak mnie to zdeprymowało, że tylko rzuciłem okiem na rzekę - połyskującą brązową smugę, która ciągnęła się w dwóch kierunkach - i z rozpaczą w sercu wjechałem do Illinois. Tak bardzo cieszyła mnie myśl, że znowu zobaczę Missisipi. Przejazd przez tę rzekę w dzieciństwie zawsze był przygodą. Tato wołał: "Jest Missisipi, dzieci!", a my przyciskaliśmy twarze do okien i znowu byliśmy niemal w chmurach, tak wysoko, że zapierało nam dech, a srebrna rzeka daleko, daleko pod nami powoli toczyła swoje szerokie, majestatyczne wody. Widok ciągnął się całymi milami - w Iowa było to nowe doświadczenie. Widać było barki, wyspy i nadrzeczne miasteczka. Coś pięknego. A potem nagle znajdowałeś się w Illinois, płaskim i pełnym kukurydzy. Z ciężkim sercem zdawałeś sobie sprawę, że to koniec przygody, a doznań wzrokowych sprzed chwili musi ci wystarczyć na cały dzień. Miałeś przed sobą kolejne setki mil jednostajnych pól kukurydzy, które nie dawały nadziei nawet na ślad przyjemności.
Teraz też byłem w Illinois, płaskim, pełnym kukurydzy i nudnym. Dziecięcy głos w mojej głowie zawołał: "Kiedy dojedziemy? Nudzę się. Wracajmy do domu. Kiedy dojedziemy?". Wcześniej planowałem, że na tym etapie podróży będę w Missouri, i atlas drogowy miałem otwarty na tym właśnie stanie, toteż z pewnym rozdrażnieniem zjechałem na pobocze, aby dokonać kartograficznej korekty. Tablica przede mną informowała: ZAPIĄĆ PASY. W ILLINOIS, TO JEST OBOWIĄZKOWE. Najwyraźniej nie obowiązywała tam jednak znajomość interpunkcji. Ze zmarszczonym czołem studiowałem mapę. Gdybym skręcił w Hamilton kawałek drogi dalej, mógłbym pojechać wzdłuż wschodniego brzegu rzeki i przeprawić się do Missouri w Quincy. Ten odcinek również był zaznaczony na mapie jako trasa krajobrazowa. Pomyślałem, że być może moje pobłądzenie wyjdzie mi na dobre.
Na wspomnianej drodze trafiłem na Warsaw, zaniedbane, nadrzeczne miasteczko. W stronę rzeki opadało strome zbocze, ale potem na powrót zrobiło się płasko, w związku z czym Missisipi tylko od czasu do czasu migała mi przed oczami. Bez zapowiedzi krajobraz rozpłaszczył się w rozległą równinę zalewową, tymczasem słońce zaczynało już opadać za horyzont. Po lewej stronie wznosiły się wzgórza porośnięte drzewami, które zaczynały przybierać jesienne kolory, po prawej zaś okolica była płaska jak stół. Brygady pracujących do późna kombajnów, jak to w porze żniw, jeździły przez pola, wzbijając pył. Widoczne z daleka elewatory zbożowe łapały gasnące słońce i żarzyły się opalizującym, białym kolorem, jakby były podświetlone od wewnątrz. Gdzieś tam, poza zasięgiem wzroku, płynęła rzeka.
Jechałem dalej. Po drodze nie było absolutnie żadnych drogowskazów. Brak oznakowania nie należał w Ameryce do rzadkości, zwłaszcza na wiejskich drogach, prowadzących znikąd donikąd. Musiałeś polegać na własnej orientacji w terenie, która w moim przypadku, nie zapominajmy, całkiem niedawno temu przywiodła mnie do niewłaściwego stanu. Wykalkulowałem sobie, że jeśli będę jechał na południe, to słońce będę miał po prawej (doszedłem do tego w ten sposób, że wyobraziłem sobie siebie samego w maleńkim samochodzie poruszającym się po wielkiej mapie Ameryki), ale droga wiła się i lawirowała, więc słońce droczyło się ze mną, przeskakując z jednej jej strony na drugą. Po raz pierwszy tego dnia miałem poczucie, jakbym się znajdował pośrodku ogromnego kontynentu, na kompletnym odludziu.
Szosa nagle zmieniła się w polną drogę. Gipsowe kamyczki, wyszczerbione jak groty strzały, z potwornym łoskotem uderzały o podwozie. Oczyma duszy widziałem popękane rury, pryskający na wszystkie strony rozgrzany olej i siebie samego, jak zatrzymuję się na tej drodze przy akompaniamencie buchającej pary. Rozbrykane słońce właśnie osiadało na horyzoncie, zachlapując niebo jasnoróżowymi plamami. Z duszą na ramieniu jechałem dalej i szykowałem się na noc pod gwiazdami, w towarzystwie psopodobnych zwierząt obwąchujących mi stopy, tudzież węży szukających ciepła w mojej nogawce. Przód zbliżającej się burzy pyłowej przybrał postać pikapa, który wyminął mnie z piekielną prędkością, obsypując moje auto kamiennymi pociskami, dudniącymi o drzwi i odbijającymi się z trzaskiem od szyb. Znowu byłem sam, tyle że w chmurze pyłu. Brnąłem dalej, gapiąc się bezradnie w półmrok. Pył rozwiał się w samą porę, abym dwadzieścia stóp przed sobą mógł zobaczyć skrzyżowanie ze znakiem stop. Obiema stopami nacisnąłem na hamulec, a kiedy samochód wpadł w poślizg, wydałem z siebie odgłos jak Tarzan, kiedy ten nie zdołał chwycić się liany. Za znakiem stopu moje auto przesunęło się bokiem na asfaltową szosę i stanęło na niej, rozkołysane. Po chwili dobiegło do mnie potężne trąbienie gigantycznego tira - orgia srebrnych klaksonów i migających światełek - który śmignął obok mnie i na nowo rozkołysał moje auto. Gdybym ześliznął się na szosę trzy sekundy wcześniej, samochód zostałby zgnieciony do rozmiarów kostki rosołowej. Zjechałem na pobocze i wysiadłem, by obejrzeć uszkodzenia. Wyglądało to tak, jakby auto zostało zbombardowane w nalocie dywanowym workami z mąką; spod zdartej farby wyzierały plamy gołego metalu. Westchnąłem, bo poczułem się zagubiony i oddalony od domu, po czym zauważyłem drogowskaz w stronę Quincy. Całe szczęście, że auto przynajmniej obróciło się we właściwą stronę.
Uznałem, że jak na jeden dzień wystarczy. Trochę dalej znajdowało się miasteczko, które nazwę Dullard, bo gdyby jego mieszkańcy rozpoznali się w tej opowieści, mogliby mnie pozwać do sądu albo przyjść do mojego domu i zmasakrować mnie kijami bejsbolowymi. Na skraju miasteczka stał stary motel. Wyglądał dość zapyziale, ale fakt, że nie walały się przed nim spalone meble, wskazywał, iż lokuje się on o szczebel wyżej w porównaniu z tymi, które wybierał mój ojciec. Zaparkowałem auto na żwirowym podjeździe, a potem wszedłem do środka. W recepcji siedziała około siedemdziesięciopięcioletnia kobieta. Miała na nosie okulary w kształcie motyli i włosy upięte w tapirowany kok w stylu lat sześćdziesiątych. Pochylała się nad jednym z tych zeszytów z łamigłówkami, w których z gąszczu liter trzeba wyłowić słowa. Jeśli dobrze pamiętam, wydawnictwo to nosiło tytuł "Zagadki słowne dla tępaków".
- Słucham? - burknęła, nie podnosząc wzroku.
- Chciałbym wynająć pokój.
- To będzie trzydzieści osiem dolarów i pięćdziesiąt centów - odparła, a jej długopis łapczywie zakreślił słowo YUP.
Byłem skonsternowany. Za moich czasów pokój w motelu kosztował dwanaście dolarów.
- Ja nie chcę kupić pokoju, tylko przespać w nim jedną noc - wyjaśniłem.
Spojrzała na mnie z powagą znad oprawek okularów.
- Pokój kosztuje trzydzieści osiem dolarów i pięćdziesiąt centów. Za noc. Plus podatek. Bierze pan czy nie?
Miała przykro brzmiący akcent i do każdego słowa dodawała jedną nadprogramową sylabę.
Oboje wiedzieliśmy, że do najbliższego motelu mam kawał drogi.
- Tak, biorę - powiedziałem pełnym skruchy tonem, po czym wpisałem się do księgi gości i z chrzęstem poszedłem po żwirze do swojej suite du nuit. Nie widziałem żadnych innych klientów. Wszedłszy z torbą podróżną do pokoju, rozejrzałem się wokół. Czarno-biały telewizor odbierał tylko jeden kanał, a na rurce w szafie wisiały trzy wygięte wieszaki. W łazience było spękane lustro i zasłony prysznica nie do pary. Deskę klozetową przepasywała wstęga papieru z napisem: "Zdezynfekowane dla twojego bezpieczeństwa", ale w muszli pływał niedopałek otoczony wianuszkiem tytoniu. Pomyślałem, że ojcu by się tutaj spodobało.
Wziąłem prysznic - ściślej mówiąc, z zamontowanej w ścianie słuchawki skapało mi na głowę trochę wody - a potem poszedłem obejrzeć miasteczko. W restauracji o pasującej do otoczenia nazwie Chuck's zamówiłem chrząstkę i pieczoną piłeczkę do palanta. Nie sądziłem, że gdziekolwiek na Środkowym Zachodzie można dostać tak niedobre jedzenie, ale w Dullard to się udało. Nigdy wcześniej nie jadłem czegoś tak okropnego, a pamiętacie przecież, że mieszkam w Wielkiej Brytanii. Danie miało wszelkie cechy gumy do żucia. Do tej pory czuję w ustach jego smak, kiedy mi się odbije.
Później przespacerowałem się po miasteczku. Nie było tam zbyt wiele do oglądania, bo Dullard składało się z jednej ulicy, silosu zbożowego i torów kolejowych na jednym końcu, mojego motelu na drugim i paru stacji benzynowych oraz sklepów spożywczych pośrodku. Wszyscy przyglądali mi się z zainteresowaniem. Sporo lat temu, w kwiecie mojej młodości, kiedy wiele rzeczy robiło jeszcze na mnie wrażenie, przeczytałem mrożące krew żyłach opowiadanie Richarda Mathesona o zapadłej wiosce, której mieszkańcy czekali każdego roku na przybycie samotnego, obcego człowieka, żeby go zjeść w ramach corocznego grilla. Ludzie tutaj patrzyli na mnie grillowymi oczami.
Zakłopotany, wszedłem do ciemnego lokalu o nazwie Vern's Tap i zająłem miejsce przy barze. Byłem jedynym klientem, nie licząc siedzącego w kącie staruszka, który miał tylko jedną nogę. Barmanka była uprzejma. Na jej nosie tkwiły okulary w kształcie motyli, a tapirowane włosy były upięte w kok w stylu lat sześćdziesiątych. Natychmiast dało się poznać, że mniej więcej od 1931 roku działała na lokalnym rynku usług erotycznych. Hasło "Gotowa na seks" miała wypisane na twarzy, choć cała reszta raczej do tego nie zachęcała. Jakimś cudem barmanka zdołała wcisnąć swój obfity zadek w czerwone szorty i naciągnąć na piersi przylegającą bluzkę. Wyglądało to tak, jakby przez pomyłkę włożyła ubranie swojej wnuczki. Miała około sześćdziesięciu lat, więc było to okropne. Zrozumiałem, dlaczego staruszek z jedną nogą postanowił usiąść w najodleglejszym kącie sali.
Zapytałem ją, jak mieszkańcy Dullard spędzają czas wolny.
- Masz na myśli coś konkretnego, skarbie? - spytała i rzuciła mi sugestywne spojrzenie.
Szyld "Gotowa na seks" zamigotał, co głęboko mnie rozstroiło. Nie byłem przyzwyczajony do tego, by kobiety robiły mi propozycje, ale zawsze przeczuwałem, że kiedy to już nastąpi, to na głębokiej prowincji Illinois, z sześćdziesięcioletnią babcią.
- Myślałem o czymś takim, jak teatr albo międzynarodowy turniej szachowy - zaskrzeczałem z cicha. Gdy już jednak ustaliliśmy, że moja miłość do barmanki może mieć charakter wyłącznie platoniczny, ta zrobiła się całkiem rozsądna, a nawet urocza. Z wielką szczerością i licznymi szczegółami opowiedziała mi o swoim życiu, którego kanwą była oszałamiająca parada kolejnych małżonków. Siedzieli oni teraz w więzieniu albo zostali zastrzeleni. Kobieta raczyła mnie intymnymi wyznaniami w rodzaju:
- Jimmy zabił swoją matkę, nie mam pojęcia dlaczego, ale Curtis nigdy nikogo nie zabił, to znaczy raz przez przypadek, w czasie napadu na stację benzynową, kiedy pistolet sam mu wystrzelił. Floyd, mój czwarty mąż, też nigdy nikogo nie zabił, ale jak ktoś go wkurzył, to Floyd łamał mu ręce.
- Pewnie masz ciekawe spotkania rodzinne - zasugerowałem uprzejmie.
- Nie wiem, co się stało z Floydem - ciągnęła. - W tym miejscu na brodzie miał mały dołeczek. Wyglądał z nim jak Kirk Douglas. Naprawdę był śliczny, ale potrafił się nieźle wściec. Po tym, jak ciachnął mnie szpikulcem do lodu, mam na plecach bliznę o długości dwóch stóp. Chcesz zobaczyć?
Zaczęła podciągać bluzkę, ale ją powstrzymałem. Gadała i gadała godzinami, tymczasem facet w kącie, który ewidentnie podsłuchiwał, od czasu do czasu obnażał w uśmiechu wielkie żółte zęby. Podejrzewam, że Floyd urwał mu nogę w przypływie dobrego nastroju. Po zakończeniu rozmowy barmanka spojrzała na mnie spod oka, jakbym próbował zrobić ją w konia, i spytała:
- Skąd przyjechałeś, skarbie?
Nie miałem ochoty opowiadać jej historii swojego życia, więc odparłem tylko:
- Z Wielkiej Brytanii.
- To muszę ci przyznać, kochaneczku, że jak na cudzoziemca mówisz całkiem nieźle po angielsku.
Zaopatrzywszy się w sześciopak piwa, w końcu wróciłem do motelu. W pokoju dokonałem odkrycia, że w moim łóżku jeszcze całkiem niedawno leżał koń. Do tego wniosku skłonił mnie charakterystyczny zapach oraz wgniecenie w materacu, tak głębokie, że aby widzieć cały ekran telewizora na drugim końcu łóżka, musiałem maksymalnie rozłożyć nogi. Noc była gorąca, a klimatyzator, stary Philco, zużywał tyle energii na robienie industrialnego hałasu, że jedynie od czasu do czasu wydmuchiwał odrobinę chłodnego powietrza. Leżałem z sześciopakiem na piersi, skutecznie unieruchomiony, i po kolei wypijałem piwa. Tymczasem w telewizji leciał talk-show prowadzony przez jakiegoś odpicowanego gogusia w blezerze; nie uchwyciłem jego nazwiska. Na liście priorytetów tej kategorii mężczyzn wysokie miejsce zajmuje dbałość o włosy. Ten przerzucał się bredniami z szefem kapeli, który oczywiście miał srebrzystą kozią bródkę, a potem odwrócił się do kamery i powiedział poważnym tonem: "Żarty na bok, kochani. Jeśli mieliście kiedyś jakiś problem osobisty, kłopoty w pracy albo po prostu nie wychodzi wam w życiu, z pewnością bardzo was zainteresuje, co ma wam dziś wieczorem do powiedzenia nasz pierwszy gość. Panie i panowie: doktor Joyce Brothers".
Kapela zagrała radosną melodię, a na scenę wkroczyła Joyce Brothers. Wyciągnąłem głowę na maksymalną wysokość, na jaką pozwalało łóżko, i zawołałem: "Joyce! Joyce Brothers!", jak do starej znajomej. Nie mogłem w to uwierzyć. Nie widziałem Joyce Brothers od lat, lecz ona wciąż była taka sama. Ani jeden włos na jej głowie nie zmienił położenia od czasu, kiedy w 1962 roku widziałem ją po raz ostatni, a ona ględziła coś o menstruacji. Wyglądało to tak, jakby przez dwadzieścia pięć lat trzymali ją w jakimś pudełku. Ze wszystkich moich życiowych doświadczeń to było najbardziej zbliżone do podróży w czasie. Patrzyłem szeroko otwartymi oczami, jak Joyce Brothers i pan picuś gawędzą o zazdrości o penisa i jajowodach. Z napięciem czekałem, kiedy prowadzący powie do niej: "A teraz, Joyce, pytanie, którego oczekuje ode mnie cała Ameryka: co robisz, żeby zachować tak młody wygląd? Kiedy wreszcie zrobisz coś z tą fryzurą? I czym tłumaczyłabyś fakt, że gospodarze talk-show, tacy jak ja, wciąż cię do siebie zapraszają?". Powiedzmy sobie szczerze, Joyce Brothers była dosyć nudna. Jeśli włączyłeś Johnny Carson Show i zobaczyłeś ją wśród gości, mogłeś mieć absolutną pewność, że całe miasto poszło na jakąś balangę albo premierę. Joyce Brothers to ucieleśnienie najgłębszej prowincji Illinois.
Ale podobnie jak w przypadku większości niezwykle nudnych osób, było w tej kobiecie coś cudownie uspokajającego. Jej pogodne oblicze w rozżarzonym pudle w nogach mojego łóżka sprawiło, że zrobiło mi się dziwnie ciepło na sercu i poczułem się pogodzony ze światem. W tym zapyziałym motelu, pośrodku wielkiej, pustej równiny, po raz pierwszy czułem się jak w domu. Coś mi mówiło, że kiedy się obudzę, zobaczę ten obcy kraj w nowym, lecz dziwnie znajomym świetle. Z radością w sercu zasnąłem i miałem piękny sen o południowym Illinois, leniwie toczącej swoje wody Missisipi i doktor Joyce Brothers. W końcu ilu ludzi mogłoby powiedzieć coś takiego o sobie?
Rozdział czwarty
Rano przekroczyłem Missisipi w miejscowości Quincy. Z jakiegoś powodu rzeka nie wyglądała na tak wielką ani majestatyczną, jak ją zapamiętałem, owszem, była dostojna i imponująca, ale też w pewien sposób drętwa i nudna. Missouri wyglądało dokładnie tak samo jak Illinois, które wyglądało dokładnie tak samo jak Iowa. Z tą jednak różnicą, że tablice rejestracyjne były w innym kolorze.
W pobliżu Palmyry zatrzymałem się w przydrożnej restauracji na śniadanie i zająłem miejsce przy kontuarze. O tej godzinie, tuż po ósmej rano, w lokalu roiło się od farmerów. Jeśli było coś, co farmerzy uwielbiali robić, to jechać do miasta i spędzić pół dnia (w zimie cały dzień) na siedzeniu przy kontuarze z bandą innych farmerów, piciu kawy i debilnym droczeniu się z kelnerką. Myślałem, że o tej porze roku są najbardziej zapracowani, ale oni nie sprawiali wrażenia, by im się gdzieś spieszyło. Od czasu do czasu jeden z nich kładł na kontuarze ćwierćdolarówkę, wstawał z miną człowieka, który właśnie zatankował do żołądka sześć galonów kawy, mówił Tammy, żeby nie robiła niczego, czego on by nie zrobił, i wychodził. Chwilę później słyszeliśmy na podjeździe chrzęst żwiru pod kołami jego pikapa, ktoś wygłaszał na jego temat jakąś szczerą uwagę, po czym rozmowa leniwie wracała do wieprzy, polityki albo futbolu, a kiedy Tammy znalazła się poza zasięgiem słuchu, do upodobań seksualnych różnych ludzi, w tym jej samej.
Mój sąsiad miał tylko trzy palce u prawej dłoni. Ludzie na ogół nie są świadomi, że większości farmerów brakuje jakiejś części ciała. Kiedy byłem mały, mocno mnie to rozstrajało. Długo wiązałem te ubytki z zagrożeniami typowymi dla rolniczego życia, bo w końcu farmerzy mieli do czynienia z mnóstwem niebezpiecznej maszynerii. Ale kiedy się nad tym dogłębnie zastanowić, wielu ludzi ma do czynienia z niebezpieczną maszynerią, lecz jedynie niewielki odsetek z nich doznaje trwałych obrażeń. Na Środkowym Zachodzie trudno było spotkać farmera powyżej dwudziestego roku życia, któremu jakaś maszyna rolnicza nie urwałaby palca czy kończyny i nie rzuciłaby jej na sąsiednie pole. Moim zdaniem farmerzy robili to specjalnie. Pracując dzień po dniu koło tych potężnych młockarni i snopowiązałek ze zgrzytającymi trybami, paskami klinowymi i skomplikowanymi mechanizmami, być może dawali się trochę zahipnotyzować całemu temu hałasowi i ruchowi. Stali, gapili się na wirującą maszynerię i myśleli sobie: "Ciekawe, co by się stało, gdybym wsadził tam palec". Wiem, że to się wydaje bez sensu, ale musicie sobie uświadomić, iż farmerzy nie przejawiali w tych kwestiach zbyt wiele rozsądku, ponieważ nie czuli bólu.
Nie zalewam. Na łamach "Des Moines Register" codziennie można było przeczytać reportaż o farmerze, który niechcący urwał sobie ramię i spokojnie pokonał sześć mil do najbliższego miasta, by dać je sobie z powrotem przyszyć. W materiałach tych zawsze można było przeczytać: "Ściskając w dłoni ucięte drugie ramię, Jones powiedział do swojego lekarza: "Chyba sobie odciąłem to moje durne ramię, doktorku"", a nie: "Tryskając na wszystkie strony krwią, Jones podskakiwał histerycznie przez dwadzieścia minut, zemdlał, a potem próbował biegać we wszystkie cztery strony świata naraz", tak jak to by się działo z wami albo ze mną. Farmerzy po prostu nie czuli bólu. Nie przemawiał do nich ten cichy głos w głowie, że nie powinieneś tego robić, bo to jest głupie i będzie potwornie bolało, a przez resztę życia ktoś inny będzie ci musiał kroić jedzenie. Mój dziadek był dokładnie taki sam. Kiedy naprawiał samochód, auto często zsuwało się podnośnika, a on kogoś wołał, żeby je znowu podniósł, ponieważ sam miał kłopoty z oddychaniem, albo przejeżdżał sobie kosiarką przez stopę, albo dotykał kabla pod napięciem, wywalając korki w całym Winfield, ale wychodził z tego bez szwanku, nie licząc szumu w uszach i utrzymującego się przez dłuższy czas swądu spalonej skóry. Jak większość mieszkańców wiejskiego Środkowego Zachodu, dziadek był praktycznie niezniszczalny. Farmera mogły zabić tylko trzy rzeczy: piorun, traktor i starość. Mój dziadek zmarł ze starości.
Pojechałem czterdzieści mil na południe i poszedłem zobaczyć dom rodzinny Marka Twaina, zadbany, bielony budynek z zielonymi okiennicami, który odstawał od reszty zabudowań w Hannibal. Zapłaciłem dwa dolary za wstęp, lecz przeżyłem rozczarowanie. Mówiono, że udało się wiernie zrekonstruować oryginalne wnętrza, ale w każdym pokoju widać było kable i spryskiwacze. Poza tym bardzo wątpię, by w pokoju młodego Samuela Clemensa było linoleum od Armstronga (z zaciekawieniem stwierdziłem, że miało ten sam wzór, co w kuchni mojej matki) i by w pokoju jego siostry znajdowało się przepierzenie ze sklejki. No i do domu nie można było wejść, wnętrza oglądało się tylko przez okna. Przy oknie nagrany głos informował zwiedzającego jak idiotę, że "to jest kuchnia. Tutaj pani Clemens gotowała posiłki dla rodziny". Wszystko wyglądało dosyć tandetnie, co nie byłoby nawet takie złe, gdyby dom należał do jakiegoś niedofinansowanego, miejscowego stowarzyszenia literackiego, które w ramach swoich skąpych środków starało się, jak mogło. Tymczasem był on własnością Hannibal i przyciągał rocznie 135 tysięcy gości, przez co stanowił dla miasta prawdziwą kopalnię złota.
Szedłem od okna do okna za łysym grubasem, który dzięki obfitym wałkom tłuszczu wyglądał tak, jakby pod koszulą nosił cały asortyment rurek.
- Co pan o tym, myśli? - spytałem go. Odwrócił się do mnie z tą natychmiastową życzliwością, którą Amerykanie potrafią bez problemu zapałać do obcych. Jest to ich najbardziej ujmująca cecha.
- Myślę, że to jest świetne. Przychodzę tutaj zawsze, kiedy jestem w Hannibal, dwa, trzy razy w roku. Czasem nawet nadkładam drogi, żeby obejrzeć ten dom.
- Naprawdę?
Starałem się nie zdradzać swoim głosem osłupienia.
- Tak. Byłem tutaj już chyba ze dwadzieścia albo trzydzieści razy. To jest prawdziwa świątynia.
- Uważa pan, że dom jest dobrze zrekonstruowany?
- Jasne, że tak.
- Sądzi pan, że wygląda tak samo, jak Twain opisał go w swoich książkach?
- Nie wiem - odparł ten człowiek zamyślonym głosem. - Nie czytałem żadnej jego książki.
Przylegające do domu muzeum było lepsze. Stały w nim dwie gabloty z pamiątkami po Twainie: pierwsze wydania jego książek, maszyna do pisania, fotografie, trochę listów. Jednak niemal żaden eksponat nie wiązał go z tym domem ani z miastem. Warto pamiętać, że Twain wyniósł się z Hannibal i w ogóle z Missouri najszybciej, jak tylko mógł, i nie chciał tam wracać. Wyszedłem się rozejrzeć. Koło domu stało białe ogrodzenie, na którym wisiała tablica z napisem: PŁOT TOMA SAWYERA. W TYM MIEJSCU STAŁ PŁOT ZE SZTACHET, KTÓRY TOM SAWYER MIAŁ ZA ZADANIE POMALOWAĆ, ALE POWIEDZIAŁ SWOIM KOLEGOM, ŻE ODSTĄPI IM TĘ PRZYJEMNOŚĆ, JEŚLI MU ZAPŁACĄ. TOM SIEDZIAŁ I PILNOWAŁ, ŻEBY NIE SPARTACZYLI ROBOTY.
Taka informacja z pewnością potrafiła rozbudzić zainteresowanie literaturą piękną! Tuż obok domu i muzeum Marka Twaina - mówiąc "tuż obok", mam na myśli drzwi w drzwi - znajdował się lokal o nazwie Mark Twain Drive-In Restaurant and Dinette z małymi zatoczkami parkingowymi pełnymi aut, których pasażerowie jedli z przymocowanych do okien tac. Takie rozwiązanie gastronomiczne dodawało całemu kompleksowi prestiżu. Zacząłem rozumieć, dlaczego Clemens nie tylko wyjechał z Hannibal, ale też zmienił nazwisko.
Pospacerowałem trochę po dzielnicy biznesowej miasteczka. Nie było tam nic oprócz sklepów z częściami samochodowymi, pustych domów i niezabudowanych działek. Zawsze sądziłem, że wszystkie miejscowości nadrzeczne, nawet te biedne, mają w sobie coś - jakąś wypłowiałą elegancję czy zawadiacki klimat - dzięki czemu są bardziej interesujące od innych, i że rzeka, która łączy je z wielkim światem, wyrzuca na brzeg ciekawsze i bardziej wyrafinowane śmieci. Ale nie w Hannibal. Z pewnością miasteczko przeżywało kiedyś lepsze chwile, ale nawet wtedy raczej nie powalało na kolana. Hotel Mark Twain był zabity deskami. Smutny widok - wysoki budynek z każdym oknem zasłoniętym płytą paździerzową. Wyglądało na to, że każdy zakład w mieście próbuje zarabiać na Twainie i jego książkach: Usługi Dekarskie Mark Twain, Kasa Oszczędnościowa Mark Twain, Motel Tom 'n' Huck, Camping i Tor Gokartowy Indianin Joe, Centrum Handlowe Huck Finn. Można było nawet pójść do Kliniki Zdrowia Psychicznego Mark Twain, by leczyć nerwicę - podejrzewam, że po każdym kolejnym dniu spędzonym w Hannibal stałoby się to koniecznością. Miasteczko było smętne i okropne. Planowałem zostać tam na obiad, lecz kiedy pomyślałem, że postawią przede mną burgera Tom Sawyer albo colę Indianin Joe, odebrało mi apetyt zarówno na jedzenie, jak i na całe Hannibal.
Wróciłem do samochodu. Każde zaparkowane przy głównej ulicy auto miało tablicę rejestracyjną z napisem Missouri - the Show Me State. Przemknęło mi przez głowę, że jest to być może skrót od "Pokaż mi drogę do jakiegoś innego stanu". W każdym razie długim, wysokim mostem przekroczyłem Missisipi - wciąż błotnistą i dziwnie mało imponującą - po czym bez żalu odwróciłem się plecami do Missouri. Tablica za mostem mówiła: ZAPNIJ PASY. TO JEST, OBOWIĄZKOWE W ILLINOIS. Na stojącej tuż za nią kolejnej tablicy widniał napis: NADAL NIE ZNAMY ZASAD INTERPUNKCJI.
Zostawiłem za sobą granicę stanu i skierowałem się na wschód, w stronę Springfield, stolicy stanu Illinois, oraz New Salem, zrekonstruowanej wsi, w której mieszkał za młodu Abraham Lincoln. Ojciec nas do niej zabrał, kiedy miałem jakieś pięć lat, i bardzo mi się tam wtedy spodobało, więc chciałem zweryfikować to wrażenie. Miałem zamiar również zobaczyć, czy Springfield w jakimkolwiek sensie zasługuje na miano miasta idealnego, którego szukałem w trakcie tej podróży. Zawsze żyłem w przekonaniu, że gdzieś w Ameryce musi istnieć miasto idealne. Gdy byłem mały, WHO TV w Des Moines każdego popołudnia puszczała stare filmy i podczas gdy inne dzieci po szkole kopały na zewnątrz puszkę, łapały ropuchy albo nakłaniały Bobby'ego Birnbauma do jedzenia glist (robił to zaskakująco chętnie), ja siedziałem w pokoju z zaciągniętymi zasłonami przed telewizorem, zatopiony w swoim własnym świecie, z talerzem ciasteczek Oreo na kolanach i migoczącą na moich okularach hollywoodzką magią. Wtedy sobie tego nie uświadamiałem, ale w WHO wyświetlano głównie klasyczne filmy: Najlepsze lata naszego życia, Pan Smith jedzie do Waszyngtonu, Never Give a Sucker an Even Break, Ich noce. Jedynym stałym elementem tych filmów była sceneria, bo fabuły zawsze rozgrywały się w tej samej miejscowości, zadbanym i pełnym słońca miasteczku, z wysadzaną drzewami główną ulicą, pełną przyjaznych sprzedawców ("Dzień dobry, pani Smith!"), placem sądowym i zielonymi dzielnicami, w których piękne domy drzemały w cieniu urodziwych wiązów. Chłopak na rowerze zostawiał na gankach gazety, a dobroduszny stary pierdoła w białym fartuchu zamiatał chodnik przed swoją drogerią, przepuszczając dwóch mężczyzn, którzy szybkim krokiem mijali jego sklep. Te dwa stałe rekwizyty zawsze miały na sobie garnitury i nigdy nie spacerowały ani nie człapały, tylko maszerowały idealnie zsynchronizowanym krokiem. Były w tym naprawdę dobre. Niezależnie od tego, co się działo na pierwszym planie - Humphrey Bogart rozwalał jakiegoś bandytę z czterdziestki piątki, Jimmy Stewart z powagą przedstawiał swoje życiowe ambicje Donnie Read, W.C. Fields palił nierozwinięte z celofanu cygaro - w tle zawsze roztaczała swoje uroki ta ponadczasowa, spokojna miejscowość. Nawet w trakcie najstraszniejszych kryzysów, kiedy na ulicach grasowały monstrualne mrówki albo na skutek jakiegoś niedorzecznego eksperymentu naukowego przeprowadzanego na uniwersytecie stanowym waliły się budynki, wciąż można było zauważyć chłopca zostawiającego na gankach gazety i dwóch facetów w garniturach maszerujących jak bliźnięta syjamskie. Ci ludzie byli absolutnie nie do ruszenia.
Dotyczyło to nie tylko kina. W tym raju klasy średniej mieszkali wszyscy bohaterowie telewizyjni: Ozzie i Harriet, Wally i Beaver Cleaverowie, George Burns i Gracie Allen. Podobnie jak ludzie z reklam w czasopismach i telewizji, a także z obrazów Normana Rockwella zreprodukowanych na okładkach "Saturday Evening Post". Tak samo było w książkach. Pożerałem kiedyś kryminały z Hardy Boys. I to nie ze względu na same opowieści, o których już jako ośmiolatek wiedziałem, że są kompletnie niewiarygodne ("Powiedz mi, Frank, nie sądzisz, że ci goście z dziwnym akcentem, których widzieliśmy wczoraj nad Moose Lake, to nie rybacy, tylko niemieccy szpiedzy, a ta dziewczyna na dnie ich kajaka, z bandażem zawiązanym wokół ust, tak naprawdę nie cierpiała na paradontozę, tylko była córką doktora Rorschacka? Być może ci goście mogliby nam powiedzieć parę rzeczy o zaginionym paliwie rakietowym!"). Nie, czytałem te książki ze względu na uruchamiające wyobraźnię, aczkolwiek marginalne opisy (autorstwa Franklina W. Dixona) Bayport, rodzinnego miasta Hardy Boys, miejscowości niewyobrażalnie malowniczej, w której domy z huśtawkami na gankach i parkanami kładły się cieniem na błękitnej tafli zatoki, pełnej żaglówek i barkasów. Było to miejsce nieustanych przygód i bezkresnego lata.
Zaczęło mi doskwierać, że nigdy nie widziałem tego miasta. Każdego roku jechaliśmy setki mil przez kraj w ramach obłąkańczego poszukiwania wakacyjnego szczęścia, telepaliśmy się przez niebieskie wzgórza, brązową prerię, niezliczone mieściny i miasta, ale nigdy nie napotkaliśmy czegoś choćby zbliżonego do owego idyllicznego zakątka z filmów. Przejeżdżaliśmy przez upalne, zakurzone miejscowości, pełne wyliniałych psów, zamkniętych kin, zapyziałych knajp, tudzież stacji benzynowych, którym sprawiłoby pewnie radość dwóch klientów tygodniowo, nie opuszczała mnie jednak myśl, że ta bajeczna miejscowość musi gdzieś istnieć. Bo dlaczego naród tak niezłomnie przywiązany do małomiasteczkowych ideałów, tak konsekwentnie wypisujący te ideały na swoich sztandarach, nie miałby zbudować idealnego miejsca - miejsca harmonii i pracowitości, miejsca bez galerii handlowych i parkingów w rozmiarach oceanu, bez fabryk, bez kościołów drive-in, bez komercyjnej tandety i naciągactwa od góry do dołu. W tym ponadczasowym miejscu Bing Crosby byłby księdzem, Jimmy Stewart burmistrzem, Fred Macmurray dyrektorem liceum, natomiast Henry Fonda kwakierskim farmerem. Walter Brennan prowadziłby stację benzynową, chłopięcy Mickey Rooney dowoziłby artykuły spożywcze, a z otwartego okna któregoś z domów dobiegałby głos śpiewającej Deanny Durbin. Na drugim planie jak zawsze zobaczyłbym młodocianego gazeciarza na rowerze i tych dwóch maszerujących dziarskim krokiem mężczyzn. Miejsce, którego szukałem, byłoby amalgamatem wszystkich miasteczek napotkanych przez mnie w filmowej i literackiej fikcji. Całkiem niewykluczone, że taką właśnie nosiłoby nazwę - Amalgamat w Ohio albo Amalgamat w Dakocie Północnej. Mogło istnieć prawie wszędzie, ale gdzieś istnieć musiało. Podczas tej podróży miałem zamiar je odnaleźć.
Jechałem i jechałem przez płaski rolniczy kraj i małe, pozbawione życia miasta: Hull, Pittsfield, Barry, Oxville. Na mojej mapie Springfield znajdowało się mniej więcej dwa cale na prawo od Hannibal, ale miałem wrażenie, że potrzeba wielu godzin, aby tam dotrzeć. I nie było to wrażenie bezpodstawne. Dopiero zaczynałem się dostrajać do kontynentalnych rozmiarów Ameryki, z jej stanami o wielkości kraju. Illinois było prawie dwa razy większe od Austrii i cztery razy większe od Szwajcarii. W Ameryce było wiele pustki, wiele przestrzeni między miastami. Przejeżdżałeś przez jakąś małą miejscowość, a skoro tamtejszy lokal gastronomiczny wyglądał na zatłoczony, myślałeś sobie: "Na kawę zatrzymam się w Fuddville, ponieważ to jest o rzut beretem stąd". Potem jednak wjeżdżałeś na główną drogę i widziałeś tablicę z napisem: FUDDVILLE 102 MILE. No i uświadamiałeś sobie poniewczasie, że masz do czynienia z zupełnie inną skalą geograficzną. Towarzyszył temu brak szczegółów na mapach. Na mapach brytyjskich sumiennie zaznaczało się każdy kościół i pub, a śmiesznie małe rzeczki, które można przestąpić jednym krokiem, stanowiły ważne elementy topograficzne, znane w promieniu wielu mil. Na amerykańskich mapach brakowało całych miast. Miejscowości ze szkołami, zakładami i setkami dusz po prostu rozpływały się w powietrzu.
Z kolei sieć drogowa była zasygnalizowana tylko z grubsza. Patrzyłeś na mapę i wydaje ci się, że dostrzegasz skrót między Weinerville i Bewilderment, prostą szarą linię lokalnej trasy, która pozwoli ci skrócić podróż o trzydzieści minut. Ale po zjeździe z głównej drogi wpadasz w niezaznaczony gąszcz bocznych szlaków, który rozchodzi się po okolicy niczym pęknięcia na rozbitej szybie.
Poza głównymi drogami orientacja w terenie stała się bardzo frustrującym zadaniem. W pobliżu Jacksonville przegapiłem zjazd na Springfield i musiałem nadłożyć wiele mil, żeby znaleźć się tam, gdzie chciałem być. W Ameryce było to na porządku dziennym, gdyż zarządcy dróg żywili dziwną niechęć do dzielenia się użytecznymi informacjami, na przykład gdzie się znajdujesz albo jaką trasą jedziesz. Było to tym bardziej zaskakujące, że z wielką chęcią dostarczali przeróżnych danych pobocznych: wjeżdżasz do OKRĘGU OCHRONY GLEBY HRABSTWA BUBB, NARODOWA STACJA WYLĘGOWA SZPROTEK 5 MIL, ZAKAZ PARKOWANIA ŚRODY W GODZ. 3-6, UWAGA NA NISKO PRZELATUJĄCE GĘSI, WYJEŻDŻASZ Z OKRĘGU OCHRONY GLEBY HRABSTWA BUBB. Na wiejskich drogach regułą były skrzyżowania bez drogowskazów, wskutek czego musiałeś niekiedy przejechać dwadzieścia mil albo i więcej, nie mając pojęcia, gdzie jesteś. A potem bez ostrzeżenia wyłaniałeś się zza zakrętu i znajdowałeś się na ośmiopasmowym skrzyżowaniu z czternastoma światłami i niemożliwym do odcyfrowania gąszczem drogowskazów, ze strzałkami we wszystkich kierunkach. LAKE MAGGOT STATE PARK W TĘ STRONĘ. CURTIS DRIBBLE MEMORIAL EXPRESSWAY TAM DALEJ. AUTOSTRADA 41 NA POŁUDNIE. AUTOSTRADA S3 NA PÓŁNOC. DROGA MIĘDZYSTANOWA 11/78. DZIELNICA BIZNESOWA W TĘ STRONĘ. DEXTROSE COUNTY TEACHERS' COLLEGE W TAMTĄ STRONĘ. SKRZYŻOWANIE 17 NA ZACHÓD. SKRZYŻOWANIE 17 NIE NA ZACHÓD. ZAKAZ ZAWRACANIA. LEWY PAS TYLKO DO SKRĘTU W LEWO. ZAPNIJ PASY. USIĄDŹ PROSTO. SZCZOTKOWAŁEŚ DZIŚ RANO ZĘBY?
Zanim zdążyłeś sobie uświadomić, że powinieneś być trzy pasy dalej w lewo, światła się zmieniały i sznur samochodów porywał cię tak, jak rwąca rzeka wciąga spławik. Takie rzeczy ciągle przytrafiały się mojemu ojcu. Jeśli dobrze pamiętam, nigdy się nie zdarzyło, żeby przejeżdżając przez naprawdę duże i ważne skrzyżowanie, nie został wessany na nie ten pas, co trzeba - do czarnej dziury jednokierunkowych ulic, na ekspresówkę prowadzącą na pustynię, na długi i drogi płatny most na jakąś wyspę, co wymagało kompromitującego i kosztownego powrotu. ("Psze pana, czy pan nie jechał minutę temu w przeciwną stronę?"). Najmocniejszym punktem mojego ojca była umiejętność kompletnego zagubienia się bez utraty z oczu samego celu podróży. Dojeżdżając do parku rozrywki czy innej atrakcji turystycznej, zbliżał się do niej z kilku różnych kierunków, jak pilot, który testuje podejście do nieznanego lotniska. Tymczasem siostra, brat i ja, podskakując na tylnym siedzeniu, widzieliśmy rzeczony obiekt po drugiej stronie autostrady i wołaliśmy: "Tam jest! Tam jest!". Minutę później dostrzegaliśmy go pod innym kątem, za cementownią. Potem za szeroką rzeką. I w końcu znowu za autostradą. Niekiedy od celu podróży dzieliło nas tylko wysokie ogrodzenie z drucianej siatki. Szczęśliwe, beztroskie rodziny po drugiej stronie parkowały samochody i szykowały się na cudowny dzień. "Jak oni tam dotarli?!" - wołał tata, a żyłki na jego czole energicznie pulsowały. "Na litość boską, czy nie mogliby postawić jakichś drogowskazów? Nic dziwnego, że nie sposób tam trafić" - dodawał, dyskretnie przemilczając fakt, że osiemnaście tysięcy innych osób, a część z nich o zdecydowanie ograniczonej sprawności umysłowej, bez większych problemów zdołało się przedostać na drugą stronę drutu kolczastego.
Springfield mnie rozczarowało, jednak zbytnio nie byłem tym zaskoczony. Gdyby to było ładne miasto, ktoś by mi powiedział: "Słuchaj, powinieneś tam pojechać, to naprawdę ładne miasto". Jeśli wiązałem z nim spore nadzieje, to tylko dlatego, że wiele obiecywała jego nazwa. W okolicy, w której tak wiele miejscowości miało zgrzytliwe i obco brzmiące nazwy, pełne twardych spółgłosek: De Kalb, Du Quoin, Keokuk, Kankakee, ta brzmiała zgoła poetycko i podsuwała obrazy trawiastych łąk oraz chłodnych strug. W rzeczywistości nie było tam nic z tych rzeczy. Jak wszystkie niewielkie amerykańskie miasta, Springfield miało centrum z parkingami i dosyć wysoką zabudową, otoczone całymi połaciami centrów handlowych, stacji benzynowych i barów. Nie raziło, ale też niczym się nie wyróżniało. Trochę pojeździłem po mieście, a mimo to nie znalazłem niczego, co by uzasadniało dłuższy postój w tym miejscu. Pojechałem więc do New Salem, dwanaście mil na północ.
New Salem miało krótką i niezbyt szczęśliwą historię. Pierwsi osadnicy zamieszkali nad rzeką, aby czerpać zyski z handlu. Te jednak mają to do siebie, że odpływają, tak jak odpływa rzeka, w związku z czym miasto niewiele na tym handlu skorzystało. W 1837 roku zostało porzucone i bez wątpienia zupełnie zniknęłoby z map, gdyby nie fakt, że w latach 1831-1837 mieszkał tam młody Abraham Lincoln. Z tego właśnie powodu odbudowano New Salem na obszarze o powierzchni 620 akrów. Miasto wyglądało teraz tak, jak w czasach, kiedy przebywał w nim Lincoln, dzięki czemu można było osobiście się przekonać, dlaczego wszyscy tak ochoczo stamtąd zmykali. Z drugiej strony trzydzieści albo czterdzieści chat z bali na leśnych polanach tworzyło całkiem ładny widok. Było cudowne, jesienne popołudnie, ciepły wietrzyk i łagodne światło słońca przenikały przez korony drzew, więc wszystko wyglądało niemiłosiernie cukierkowo i uroczo. Do domów nie wolno było wchodzić, można było tylko zajrzeć przez okna albo drzwi, aby wyrobić sobie zdanie, jak się w nich mieszkało. Warunki na pewno nie były zbyt komfortowe.
Na każdej chacie wisiała tablica z informacjami o jej mieszkańcach. Przeprowadzono niezwykle rzetelną kwerendę historyczną, jednak problem tkwił w tym, że po chwili wszystko zaczynało się powtarzać. Po obejrzeniu przez okna wnętrz czternastu chat z bali do numeru piętnastego zbliżałeś się z odrobinę przygasłym entuzjazmem, a kiedy osiągnąłeś numer dwadzieścia, brnąłeś dalej wyłącznie z uprzejmości. Skoro tyle się namęczyli, żeby postawić te wszystkie chaty i przeczesać cały kraj w poszukiwaniu starych nocników oraz foteli bujanych, uważałeś za swój obowiązek przynajmniej pokonać całą trasę i udawać zainteresowanie każdym obiektem. Jednak w głębi serca myślałeś sobie, że będziesz bardzo szczęśliwy, jeśli do końca życia nie zobaczysz już ani jednej chaty z bali. Byłem pewien, że tak właśnie pomyślał sobie Lincoln, kiedy pakował walizki i postanowił, że nie będzie już kupcem na zadupiu, lecz zajmie się wyzwalaniem Murzynów i pełnieniem funkcji prezydenta, bo taka kariera bardziej go satysfakcjonowała.
Na drugim końcu kompleksu spotkałem starsze małżeństwo, które szło w moją stronę ze zmęczonymi minami. Mijając mnie, mężczyzna rzucił mi współczujące spojrzenie i powiedział: "Zostały jeszcze tylko dwie". W głębi ścieżki, którą przyszli, widziałem jedną z dwóch pozostałych chat, odległą i małą.
Zaczekałem, aż małżeństwo zniknie za zakrętem, po czym siadłem pod drzewem, krzepkim dębem, którego liście były delikatnie ozłacane przez pierwsze oznaki jesieni. Poczułem, że spada mi z ramion jakiś ciężar, i zadałem sobie pytanie, dlaczego to miejsce tak bardzo mnie zauroczyło, kiedy miałem pięć lat. Czyżby w tamtych czasach dzieciństwo było aż tak nudne? Wiedziałem, że gdybym przywiózł tutaj swojego małego synka, rzuciłby się na ziemię, z trudem chwytając powietrze, ponieważ zdałby sobie sprawę, że półtora dnia siedział jak kołek w samochodzie tylko po to, by zobaczyć jakieś nudne chaty z bali, a ja nie mógłbym mieć do niego pretensji. Przez kilka chwil roztrząsałem kwestię, co jest gorsze: mieć tak nudne życie, że wszystko potrafi cię zafascynować, czy mieć życie tak pełne wrażeń, że wszystko cię nudzi.
Potem jednak przyszło mi do głowy, że takie filozoficzne rozważania to strata czasu, poszedłem więc sprawdzić, czy nie uda mi się gdzieś znaleźć batonika Baby Ruth - to dużo sensowniejsze zajęcie.
Po wyjeździe z New Salem dotarłem do autostrady międzystanowej 55 i przez półtorej godziny jechałem w stronę St. Louis. To było bardzo nużące. Na tak prostej i szerokiej drodze, jak amerykańska trasa międzystanowa, pięćdziesiąt pięć mil na godzinę to zdecydowanie za wolno. Człowiek miał wrażenie, jakby szedł na piechotę, a zbliżające się z drugiej strony auta i ciężarówki podróżowały na jednym z tych taśmociągów, które widuje się na lotniskach. Kiedy te pojazdy jednostajnym tempem przesuwały się do przodu, ich kierowcy ogarniali zamglonym wzrokiem całe swoje życie. Nie było tutaj mowy o prowadzeniu samochodu. Wystarczyło tylko od czasu do czasu delikatnie skorygować kurs, a poza tym można było się zająć różnymi użytecznymi czynnościami: przeliczyć pieniądze, uczesać się, posprzątać w aucie, za pomocą lusterka wstecznego wydusić pryszcze, przejrzeć mapy, poczytać przewodniki albo się przebrać. Jeśli miałeś tempomat, mogłeś się położyć na tylnym siedzeniu i zdrzemnąć. W każdym razie bardzo łatwo było zapomnieć, że dowodzisz dwiema tonami pędzącego metalu i dopiero kiedy zaczynałeś roztrącać pomarańczowe słupki robót drogowych albo słyszałeś trąbienie tira, któremu zajechałeś drogę, wracałeś do rzeczywistości i zdawałeś sobie sprawę, że chyba jednak nie powinieneś opuszczać miejsca za kierownicą, aby poszukać czegoś do jedzenia.
W każdym razie kierowca, który korzystał z amerykańskiej autostrady, miał dużo czasu na przemyślenia. Mnie przychodziły do głowy różne pytania. Na przykład jak to jest, że drzewa przy drogach nigdy nie rosną? Część z nich stoi tam już od czterdziestu lat, a mimo to dalej mają nie więcej niż sześć stóp i zaledwie czternaście listków. Może to jakieś mniej skomplikowane odmiany? I kolejne pytanie: dlaczego nie produkuje się pudełek na płatki śniadaniowe z dziubkami do sypania? Czyżby jakiś facet w General Foods zrywał boki na myśl, że za każdym razem, kiedy ludzie sypią sobie do miski kornfleksy, część z nich ląduje na podłodze? No i dlaczego, kiedy myjesz zlew, niezależnie od tego, jak długo leje się woda i jak pracowicie szorujesz gąbką, zawsze zostaną jakieś włosy i mokre paprochy? I wreszcie dlaczego Hiszpanów tak bardzo kręci muzyka flamenco?
Żeby całkiem nie pomieszało mi się w głowie, w końcu włączyłem radio, ale potem sobie przypomniałem, że amerykańskie programy radiowe robi się dla ludzi, którzy już mają pomieszane w głowie. Pierwszą rzeczą, na którą trafiłem, była reklama kawy Folger's. Prezenter szepnął konfidencjonalnie: "Jesteśmy w słynnej Napa Valley Restaurant w Kalifornii i nic nie mówiąc klientom, zamiast tego, co zazwyczaj podają w tym lokalu, zaserwowaliśmy im kawę rozpuszczalną Folger's. Ukryte mikrofony wychwyciły ich reakcje". Potem rozległy się słowa pochwały dla rzeczonego napitku: "Hej, ta kawa jest fantastyczna!", "Nigdy nie piłem tak aromatycznej kawy!", "Ta kawa jest tak pyszna, że aż nie do wytrzymania!". Następnie prezenter wyskoczył z zaplecza, oznajmił klientom restauracji, że pili kawę Folger's, i wszyscy się pośmiali, wdzięczni za tę ważną lekcję na temat zalet spożycia wysokogatunkowej kawy rozpuszczalnej. Szybko poszukałem innego kanału. Jakiś głos powiedział: "Do dyskusji o męskości powrócimy za sześćdziesiąt sekund". Znowu obróciłem pokrętłem. Piosenkarka country zaświergoliła:
Dłonie ma malutkie
A ramiona krótkie
Ale się go mocno trzymam
Bo na dziecko kasy nie mam.
Kolejny ruch pokrętła. Jakiś głos informował: "Tę część wiadomości zawdzięczacie zakładowi fryzjerskiemu na lotnisku w Biloxi". Potem leciała reklama wspomnianego zakładu fryzjerskiego, a następnie trzydzieści sekund wiadomości, dotyczących wyłącznie zgonów w wypadkach samochodowych, pożarach i strzelaninach w Biloxi w ciągu ostatniej doby. Nie pojawiła się nawet najmniejsza sugestia, że poza granicami miasta może istnieć jakiś szerszy i jeszcze bardziej brutalny świat. Później nadali kolejną reklamę zakładu fryzjerskiego na lotnisku, na użytek wyjątkowych kretynów, którzy zapomnieli o tej placówce podczas trzydziestosekundowych wiadomości. Wyłączyłem radio.
W Litchfield zjechałem z autostrady międzystanowej, poprzysiągłszy sobie, że jeśli to tylko będzie możliwe, już na nią nie wrócę, i drogą stanową Illinois 127 pojechałem na południe, w stronę Murphysboro i Carbondale. Życie niemal od razu zrobiło się ciekawsze, gdyż mogłem sobie popatrzeć na farmy, domy i małe miasteczka. Nadal poruszałem się z prędkością pięćdziesięciu pięciu mil na godzinę, ale miałem wrażenie, że całkiem żwawo posuwam się naprzód. Krajobraz szybko uciekał do tyłu i był teraz bardziej wciągający, pofałdowany i różnorodny, a listowie przybrało ciemniejszy odcień zieleni. Szyldy pojawiały się i znikały: TEE PEE MINI MART, B-RITE FOOD STORE, BETTY'S BEAUTY BOX, SAV-A-LOT FOOD CENTER, PINCKNEYVILLE COON CLUB, BALD KNOB TRAILER COURT, DAIRY DELITE, ALL U CAN EAT. Pomiędzy tymi świątyniami dysleksji i wolnej przedsiębiorczości rozciągały się polany na zboczach wzgórz, gdzie stały domy farmerów. Prawie wszyscy mieli na podwórzu antenę satelitarną, wycelowaną w niebiosa, jakby zasysała z nich jakąś życiodajną siłę. I w pewnym sensie tak chyba było. Między wzgórzami szybciej robiło się ciemno. Z zaskoczeniem zauważyłem, że jest już po szóstej, i uznałem, iż powinienem poszukać noclegu. Jak na zawołanie, przede mną pojawiło się Carbondale.
Dawnymi czasy, kiedy wjeżdżałeś na obrzeża małego miasta, widziałeś stację benzynową, Dairy Queen i może parę moteli, jeśli miejscowość znajdowała się przy ruchliwej drodze albo był w niej college. Teraz każde miasto, nawet skromnych rozmiarów, mogło się pochwalić około milą barów szybkiej obsługi, lokali gastronomicznych dla zmotoryzowanych, outletów i galerii handlowych - z obrotowym szyldem o wysokości trzydziestu stóp i parkingami o powierzchni hrabstwa Shropshire. Wydawało się, że w Carbondale nie ma nic innego. Wjechałem do miasta drogą, która przerodziła się w dwumilowy ciąg centrów handlowych i stacji benzynowych, K-Marts, J.C. Penneys, Hardees i McDonald's. A potem nagle znowu znalazłem się na wsi. Zawróciłem i pojechałem z powrotem przez miasto równoległą ulicą, dokładnie taką samą, tylko z odrobinę inaczej skonfigurowaną ofertą, po czym na powrót byłem na wsi. Miasto nie miało centrum. Pożarły je centra handlowe.
Wziąłem pokój w Heritage Motor Inn, a potem podjąłem na nowo poszukiwania Carbondale. Daremnie. Byłem więc skonsternowany i czułem gorycz rozczarowania. Zanim wyruszyłem w tę podróż, często leżałem w nocy w łóżku w Anglii i wyobrażałem sobie, jak każdego wieczoru zatrzymuję się w małomiasteczkowym motelu, wychodzę pospacerować chodnikami i w Betty's Family Restaurant na rynku zamawiam danie dnia, a potem czyszczę zęby aromatyzowaną wykałaczką i znowu idę na spacer po miasteczku, być może zaglądam do Vern's Midnite Tavern na parę piw i partyjkę bilarda z chłopakami, oglądam film w kinie Regal albo kibicuję podczas meczów Śródtygodniowej Ligi Fryzjerów w kręgielni Val-Hi, zanim ukoronuję wieczór grą na flipperze i sandwichem z grillowanym serem. Nie było jednak ani rynku, ani Betty's, ani potraw dnia, ani Vern's Midnite Tavern, ani kina, ani kręgielni. Słowem, nie było miasta, tylko sześciopasmowe drogi i centra handlowe. Nie było nawet chodników. Jak się przekonałem, spacer po Carbondale był przedsięwzięciem niedorzecznym i niewykonalnym, musiałem bowiem przechodzić przez parkingi i stacje benzynowe i ciągle trafiłem na pomalowane na biało murki wyznaczające granice między, powiedzmy, Long John Silver's Seafood Shoppe i Kentucky Fried Chicken. Aby przejść z terenu tego pierwszego na teren tego drugiego, należało wspiąć się na murek, zeskoczyć, wdrapać się na porośnięty trawą nasyp i przebrnąć przez gęstwinę zaparkowanych samochodów. Zapytacie może, po co ludzie się tak męczą. Otóż wcale się nie męczą. Ja poruszałem się na piechotę, ale sądząc po spojrzeniach, którymi mnie częstowano, kiedy bez tchu wczołgiwałem się na nasyp, nikt nigdy nie próbował przedostać się z Long John Silver's Seafood Shoppe do Kentucky Fried Chicken o własnych siłach. Od każdego oczekiwano, że wsiądzie do samochodu, przejedzie na oddalony o dwanaście stóp w prostej linii parking i wysiądzie. Przygnębiony dotarłem do Pizza Hut i wszedłem do środka. Kelnerka posadziła mnie przy stole z widokiem na parking.
Dookoła mnie ludzie jedli pizze o rozmiarach kół autobusu. Dokładnie naprzeciwko, w samym centrum mojego pola widzenia, około trzydziestoletni mężczyzna z nadwagą wkładał sobie do ust całe trójkąty pizzy, niczym połykacz mieczy. Menu oszałamiało różnorodnością i ciągnęło się przez wiele stron. Proponowali tyle rodzajów i rozmiarów pizzy, tyle możliwych zestawień, że poczułem się zagubiony. Pojawiła się kelnerka.
- Chce pan złożyć zamówienie?
- Przepraszam, ale potrzebuję jeszcze trochę czasu.
- Oczywiście, proszę się nie spieszyć. - Zniknęła mi z oczu, policzyła do czterech i wróciła. - Teraz jest pan gotowy?
- Przepraszam, ale naprawdę potrzebuję jeszcze trochę czasu.
- Okej.
Oddaliła się i tym razem policzyła może nawet do dwudziestu. Ale po jej powrocie nie byłem ani trochę lepiej rozeznany w setkach możliwości, które stały otworem przed klientami Pizza Hut.
- Trochę pan powolny, prawda? - rzuciła życzliwym tonem.
Zawstydziłem się.
- Przepraszam. Nie jestem na czasie. Bo... właśnie wyszedłem z więzienia.
Wybałuszyła oczy.
- Naprawdę?
- Tak. Zamordowałem kelnerkę, która mnie poganiała.
Z niepewnym uśmiechem wycofała się i dała mi całe mnóstwo czasu na podjęcie decyzji. W końcu wziąłem średnią pizzę pepperoni na grubym cieście z dodatkową cebulą i pieczarkami - to kombinacja, którą mogę z czystym sumieniem polecić.
Żeby uwieńczyć udany wieczór, przedostałem się do pobliskiego K-Martu i pospacerowałem między półkami. K-Mart to sieć mocno nieciekawych dyskontów. Nawet Matka Teresa wpadłaby w przygnębienie, gdyby ktoś ją tam zabrał. Nie chodzi o same K-Marty, lecz o ich klientów. Zawsze było tam pełno ludzi, którzy dali swoim dzieciom rymujące się imiona: Lonnie, Donnie, Ronnie, Connie, Bonnie. Ludzi rezygnujących z wyjścia z domu, aby obejrzeć Rodzinę Potwornickich. Wszystkie kobiety miały co najmniej czwórkę dzieci, które nieodmiennie wyglądały tak, jakby każde z nich spłodził inny mężczyzna. Kobieta w K-Marcie zawsze ważyła 250 funtów, tłukła jedno z dzieci i wrzeszczała: "Jeśli nie będziesz grzeczny, Ronnie, to cię tu więcej nie przywiozę!", tak jakby myśl, że już nigdy nie odwiedzi K-Martu, budziła w Ronniem przerażenie. K-Mart to sklep, do którego szedłeś, jeśli chciałeś kupić wieżę stereo za mniej niż trzydzieści pięć dolarów i nie obchodziło cię, że muzyka będzie brzmiała tak, jakby wydobywała się ze skrzynki na listy znajdującej się na dnie jakiegoś odległego jeziora. Jeśli robiłeś zakupy w K-Marcie, to miałeś świadomość, że sięgnąłeś dna. Mój tata lubił K-Marty.
Wszedłem się rozejrzeć. Z półki wziąłem opakowanie jednorazowych maszynek do golenia i kieszonkowy notes, a potem postanowiłem zaszaleć i dołożyłem do tego jeszcze paczkę Reese's Peanut Butter Cups w rozsądnej cenie dolara i dwudziestu centów. Zapłaciłem i wyszedłem. O wpół do ósmej wieczorem nad parkingiem zaczynały pojawiać się gwiazdy. Byłem sam z paczką okropnych słodyczy w najnudniejszym mieście Ameryki i użalałem się nad sobą. Potem przelazłem przez murek, przemknąłem przez drogę do minimarketu Kwik-Krap, kupiłem sześciopak piwa Pabst Blue Ribbon, aż w końcu wróciłem do swojego pokoju, gdzie oglądałem telewizję kablową, piłem piwo, jadłem Reese's Peanut Butter Cups, wycierałem dłonie w pościel i próbowałem pocieszać się myślą, że w Carbondale, w stanie Illinois, lepiej się bawić nie można.
Rozdział piąty
Rano ponownie ruszyłem autostradą 127 w kierunku południowym. Na mojej mapie ten odcinek był zaznaczony jako trasa krajobrazowa i w tym przypadku mapa nie kłamała. Droga prowadziła przez ładną okolicę ze wzgórzami w kolorze butelkowozielonym, dostatnimi farmami i gęstymi, dębowo-bukowymi lasami. Choć jechałem na południe, listowie przybrało bardziej jesienne barwy - zbocza wzniesień tworzyły urodziwą paletę złożoną z koloru musztardowego, ciemnopomarańczowego i jasnozielonego, a przejrzyste, rozświetlone powietrze miało w sobie przyjemną rześkość. Pomyślałem, że mógłbym mieszkać pośród tych wzgórz.
Upłynęła dłuższa chwila, zanim się zorientowałam, czego brakuje w tym krajobrazie: tablic reklamowych. Kiedy byłem mały, szerokie na trzydzieści i wysokie na piętnaście stóp tablice stały przy każdej drodze, a w takich stanach jak Iowa czy Kansas stanowiły jedyne doznania wzrokowe. W latach sześćdziesiątych w ramach jednej z tych poronionych kampanii, w które zawsze angażują się żony prezydentów, Lady Bird Johnson zainicjowała program upiększenia amerykańskiej sieci drogowej, polegający między innymi na usunięciu większości przydrożnych tablic reklamowych. W Górach Skalistych z pewnością przyniosło to korzystny efekt, ale tutaj, pośród tej bezkresnej monotonii, tablice można było uznać wręcz za instytucję użyteczności publicznej. Zobaczywszy taką tablicę z odległości wielu mil, rozbudzałeś w sobie zainteresowanie jej treścią, po czym patrzyłeś zabsorbowany, jak zbliża się do ciebie, a następnie znika za plecami. W kategorii przydrożnych rozrywek można to było porównać do wiatraczków w Pelli, ale lepszy rydz niż nic.
Wypasione tablice reklamowe zawierały element trójwymiarowy - stercząca głowa krowy zachwalała nabiał, a przestrzenna kula roztrącająca kręgle zapraszała do kręgielni. Czasami tablice informowały o jakiejś zbliżającej się atrakcji. Nad słowami: ODWIEDŹ UPIORNE PIECZARY! WIELKA ATRAKCJA RODZINNA OKLAHOMY! ZALEDWIE 69 MIL! majaczyła postać ducha. Parę mil dalej stała następna tablica, która obiecywała MNÓSTWO DARMOWYCH MIEJSC PARKINGOWYCH PRZY UPIORNYCH PIECZARACH, ZALEDWIE 67 MIL STĄD! Kolejne tablice zapowiadały najbardziej fascynujące i edukacyjne popołudnie, jakie może wspólnie spędzić rodzina, przynajmniej w Oklahomie. Obietnice te ilustrowano obrazami onirycznie oświetlonych podziemnych komnat o wielkości katedry, ze stalaktytami i stalagmitami magicznie wplecionymi w kształty chaty czarownicy, bulgoczących kotłów, latających nietoperzy i przyjaznego duszka Kacpra. To wszystko strasznie kusiło, więc my, dzieci, przystępowałyśmy na tylnym siedzeniu do skoordynowanej kampanii nacisków. Szczerym i błagalnym tonem mówiłyśmy po kolei: "Och, proszę, tato, och, prooooszę!".
Przez następne sześćdziesiąt mil stosunek ojca do sprawy przechodził przez kilka wyćwiczonych faz. Zaczynało się od stanowczej odmowy uzasadnionej argumentem, że na pewno będzie drogo, a poza tym od śniadania zachowywaliśmy się tak skandalicznie, że nie zasłużyliśmy na żadne atrakcje. W fazie drugiej, która trwała do jedenastu minut, tata ostentacyjnie ignorował nasze prośby. Potem zniżonym głosem pytał matkę, co sądzi o tym pomyśle, i otrzymywał wymijającą odpowiedź. Jeszcze później nie zwracał na nas uwagi w nadziei, że zapomnimy o swojej zachciance i przestaniemy go nękać (minuta i dwanaście sekund). Następnie mówił, że możemy tam pojechać, jeśli zaczniemy się odpowiednio zachowywać i wytrwamy w tym z grubsza do końca życia. Potem słyszeliśmy, że na pewno tam nie pojedziemy, bo znowu się kłócimy, a przecież nawet nie dotarliśmy na miejsce. W końcu ogłaszał - czasem rykiem desperata, niekiedy szeptem człowieka leżącego na łożu śmierci - że dobra, pojedziemy. Zawsze dawało się poznać, iż tata zaraz skapituluje, bo szyja robiła mu się czerwona. I zawsze wyglądało to tak samo, w końcu się zgadzał. Nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego od razu nie przystanie na nasze żądania i nie oszczędzi sobie trzydziestu minut szamotaniny. W fazie ostatniej dodawał szybko: "Ale jedziemy tylko na pół godziny i niczego nie kupicie. Zrozumiano?". Formułka ta prawdopodobnie przywracała mu poczucie, że to on tu rządzi.
Przez ostatnie dwie albo trzy mile tablice zapowiadające Upiorne Pieczary stały co paręset jardów, wzmagając w nas podniecenie. Wreszcie napis na tablicy o wielkości okrętu wojennego mówił, żebyśmy skręcili w prawo i jechali osiemnaście mil. "Osiemnaście mil!", krzyczał chrapliwie tata, a żyłki na jego czole zaczynały pulsować w ramach przygotowań do nieuchronnego odkrycia, że po osiemnastu milach telepania się polną drogą z głębokimi koleinami nie będzie drogowskazu kierującego do Upiornych Pieczar, a po dziewiętnastu milach droga zaprowadzi nas do skrzyżowania na odludziu, gdzie tata, pozbawiony jakichkolwiek wskazówek, dokona błędnego wyboru. A kiedy Upiorne Pieczary nareszcie się znajdą, okażą się mniej rewelacyjne niż na reklamach - ba, będą zupełnie nieciekawe. Zatęchłe i kiepsko oświetlone jaskinie, cuchnące dawno zdechłym koniem, będą mniej więcej wielkości garażu, a stalaktyty i stalagmity w niczym nie będą przypominały domku wiedźmy i duszka Kacpra. Będą wyglądały jak... stalaktyty i stalagmity. Jedno wielkie rozczarowanie. Rozczarowanie, które dawało się złagodzić tylko w jeden sposób: w sklepie z pamiątkami ojciec musiał kupić każdemu z nas gumowy nóż bowie i paczkę plastikowych dinozaurów. Siostra i ja padaliśmy na ziemię i wydawaliśmy z siebie żałosne dźwięki, aby mu przypomnieć, jak okropny potrafi być nieutulony smutek dziecka.
Kiedy więc nad brązową płaszczyzną Oklahomy zachodziło słońce, spóźniony o kilka godzin w stosunku do harmonogramu podróży tata przystępował do trudnego zadania polegającego na tym, żeby nie znaleźć noclegu (sprawnie mu w tym pomagała matka, która źle odczytywała mapy i błędnie uznawała każdy zbliżający się budynek za potencjalny motel), a my spędzaliśmy czas na hałaśliwych i krwiożerczych bójkach na noże, przerywanych w regularnych odstępach czasu, abyśmy mogli się wypłakać, złożyć raport o doznanych obrażeniach, poskarżyć się na głód oraz nudę i zgłosić potrzebę skorzystania z urządzeń sanitarnych. To było piekło za życia. Tymczasem teraz nie było przy drogach niemal żadnych tablic reklamowych. Po prostu tragedia.
Obrałem kurs na Cairo, które wymawiało się jako Kay-ro. Nie wiem dlaczego. Na Południu i Środkowym Zachodzie często się to słyszało. W Kentucky Athens wymawiało się jako AY-thens, a w Versailles jako Vur-SAYLES. Bolivar w Missouri to BAW-liv-er. Madrid w Iowa to MAD-rid. Nie wiem, czy mieszkańcy tych miast wymawiali te nazwy w ten sposób dlatego, że byli zacofanymi, niewykształconymi burakami i nie znali prawidłowej wymowy, czy też znali prawidłową wymowę, ale mieli gdzieś, że wszyscy ich wezmą za niewykształconych buraków. I raczej nie było to pytanie, które można by im zadać, prawda?
W Cairo zatrzymałem się po benzynę i mimo wszystko spytałem starszego pana, który wytoczył się ze środka, aby napełnić mi bak, dlaczego wymawiają Cairo tak, jak wymawiają.
- Bo tak się nazywa - wyjaśnił mi jak komuś głupiemu.
- Ale to w Egipcie wymawia się Kej-ro.
- Tak słyszałem - zgodził się ze mną staruszek.
- I większość ludzi na widok tej nazwy ma w głowie Kej-ro, prawda?
- Nie w Kay-ro - odparł odrobinę rozgorączkowanym tonem.
Nie widziałem zbyt wielkiego sensu w drążeniu tej kwestii, w związku z tym nadal nie wiem, dlaczego ludzie mówią na Cairo Kay-ro. Nie wiem również, z jakiego powodu jakikolwiek obywatel wolnego kraju chciałby mieszkać w takiej dziurze, niezależnie od tego, jak się wymawia jej nazwę. Cairo leżało w miejscu, gdzie wcale niemała rzeka Ohio wpływała do Missisipi i podwajała jej imponującą szerokość. Można by pomyśleć, że u zbiegu dwóch tak potężnych rzek powstanie wielkie miasto, tymczasem Cairo było małą mieściną z sześcioma tysiącami mieszkańców. Przy drodze, którą do niego wjechałem, stały rozpadające się domy i dawno nieodnawiane kamieniczki czynszowe. Wiekowi czarni mężczyźni siedzieli na werandach na starych sofach i fotelach bujanych, czekając na śmierć albo kolację, zależnie od tego, co przyjdzie pierwsze.
Widok ten mnie zaskoczył. Na Środkowym Zachodzie nie spodziewałeś się zobaczyć kamieniczek czynszowych ani werand pełnych czarnych ludzi - w każdym razie poza wielkimi miastami, takimi jak Chicago i Detroit. Potem jednak sobie uświadomiłem, że tak naprawdę to nie jestem już na Środkowym Zachodzie, bo mowa południowego Illinois bardziej przypominała dialekt Południa niż Środkowego Zachodu. Znajdowałem się prawie na szerokości geograficznej Nashville. Do stanu Missisipi miałem tylko 160 mil, a zaraz za rzeką zaczynało się Kentucky. Przejechałem teraz przez nią długim, wysokim mostem. Od tego miejsca aż po Luizjanę Missisipi była bardzo szeroka, i choć wyglądała niegroźnie i leniwie, w rzeczywistości była niebezpieczna, bo każdego roku tonęły w niej dziesiątki ludzi. Farmerzy, którzy szli na ryby, gapili się na wodę i myśleli sobie: "Ciekawe, co by się stało, gdybym wsunął do wody kawałek palca", a potem, zanim się obejrzeli, ich ciała podskakiwały na falach Zatoki Meksykańskiej, rozdęte, ale dziwnie błogie. Missisipi była zdradliwa i dzika. Kiedy w 1927 roku wystąpiła z brzegów, zalała obszar wielkości Szkocji. Z nią nie było żartów.
W Kentucky powitały mnie niezliczone tablice reklamowe z napisem FAJERWERKI. W Illinois fajerwerki były zakazane, a w Kentucky nie. Jeśli więc mieszkałeś w Illinois i chciałeś urwać sobie rękę, jechałeś na drugą stronę rzeki do Kentucky. Kiedyś było znacznie więcej takich zjawisk. Jeśli w jednym stanie obowiązywała niższa akcyza na papierosy niż w sąsiednim, na dachach wszystkich przygranicznych stacji benzynowych i restauracji stały wielkie tablice z napisem: PAPIEROSY WOLNE OD PODATKU! 40 CENTÓW ZA PACZKĘ! BEZ PODATKU! Mieszkańcy sąsiedniego stanu przyjeżdżali załadować samochód po dach papierosami po okazyjnej cenie. Wisconsin zakazało kiedyś sprzedaży margaryny, aby chronić swój przemysł mleczarski, więc wszyscy mieszkańcy tego stanu, nie wyłączając pracowników przemysłu mleczarskiego, jechali do Iowa, gdzie wszędzie stały wielkie tablice z napisem: SPRZEDAJEMY MARGARYNĘ! Z kolei wszyscy mieszkańcy Iowa udawali się do Illinois, gdzie w ogóle nie było podatku od sprzedaży, albo do Missouri, bo tam była niższa o pięćdziesiąt procent akcyza na benzynę. Inne rozpowszechnione zjawisko stanowił brak koordynacji między poszczególnymi stanami, jeśli chodzi o czas letni, wskutek czego w lecie Illinois mogło funkcjonować dwie godziny za Iowa i godzinę za Indianą. Wszystko to było trochę zwariowane, ale pozwalało sobie uświadomić, w jakim stopniu Stany Zjednoczone to tak naprawdę pięćdziesiąt niezależnych krajów (wtedy to było czterdzieści osiem). Od tego czasu wiele się pod tym względem zmieniło, co również napawało mnie smutkiem.
Jechałem przez Kentucky, z żalem rozmyślając o tych wszystkich utraconych rzeczach, i nagle sobie przypomniałem o najboleśniejszej stracie - Burma Shave. Burma Shave to był krem do golenia w tubce. Nie wiedziałem, czy nadal jest produkowany, co więcej, nigdy nie znałem nikogo, kto by go używał, jednak firma Burma Shave stawiała przy drogach zmyślne reklamy. Pięć znajdujących się blisko siebie tablic składało się na krótkie wierszyki: IF HARMONY/IS WHAT YOU CRAVE/THEN GET/A TUBA/BURMA SHAVE. Albo: BEN MET/ANNA/MADE A HIT/NEGLECTED BEARD/BEN-ANNA SPLIT1. Świetne, co? Ale już w latach pięćdziesiątych tablice reklamowe Burma Shave odchodziły do lamusa. Przejechaliśmy tysiące mil, lecz z tego, co pamiętam, widziałem tylko kilka takich reklam. A przecież jako przydrożna uciecha były znakomite, dziesięć razy lepsze od billboardów i wirujących wiatraczków w Pelli. Pod względem rozrywkowym przewyższały je tylko karambole z porozrzucanymi na szosie zwłokami.
Kentucky w dużym stopniu przypominało południowe Illinois - było pagórkowate, słoneczne i piękne, ale stojące daleko od siebie domy wyglądały mniej schludnie i dostatnio niż na Północy. Widziałem mnóstwo lesistych dolin i żelaznych mostów nad krętymi potokami, a także obfitość wprasowanych w asfalt martwych zwierząt. W każdej dolinie stał mały kościół baptystów, a wzdłuż drogi mogłem zobaczyć tablice z napisami, które mi przypominały, że znajduję się w Pasie Biblijnym: JEZUS ZBAWIA. CHWALMY PANA. CHRYSTUS JEST KRÓLEM.
Zanim się obejrzałem, miałem już Kentucky za plecami. W części zachodniej stan stopniowo się zwężał, a ja przeciąłem go w miejscu, w którym miał zaledwie czterdzieści mil szerokości. W mgnieniu oka - to znaczy w amerykańskiej skali czasu podróży - znalazłem się w Tennessee. Nieczęsto miało się możliwość przejechania przez cały stan w mniej niż godzinę. Tennessee nie zatrzymało mnie na wiele dłużej. Swoim kształtem stan ten przypominał mocno rozciągnięty na boki trapez. Ze wschodu na zachód miał ponad 500 mil, ale z północy na południe tylko sto. Pod względem krajobrazowym niewiele się różnił od Kentucky i Illinois - była to bezbarwna rolnicza kraina z domieszką rzek, wzgórz i fanatyków religijnych - ale kiedy zatrzymałem się na obiad w Burger Kingu w Jackson, zaskoczył mnie tamtejszy upał. Termometr w banku drive-in po drugiej stronie ulicy wskazywał osiemdziesiąt trzy stopnie Fahrenheita, czyli dobre dwadzieścia stopni więcej niż przed południem w Carbondale. Tablica na dziedzińcu kościoła tuż obok mówiła: ODPOWIEDZIĄ JEST CHRYSTUS, co potwierdzało, że nadal znajduję się w Pasie Biblijnym. (Pytanie, na które szukałem odpowiedzi, brzmiało oczywiście: co należy powiedzieć, kiedy człowiek walnie się młotkiem w kciuk?). Wszedłem do Burger Kinga. Dziewczyna za kontuarem spytała: Kin I hep yew? Trafiłem do innego kraju.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 "Jeśli pragniesz harmonii, kup tubkę kremu do golenia Burma". "Ben poznał Annę, zwalił ją z nóg, zaniedbał brodę i się rozstali" (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).