Prolog
W latach osiemdziesiątych XVIII wieku Arthur Poole, młody człowiek o wielkich ambicjach, wsiadł na statek płynący przez Atlantyk. Podróż
zawiodła go na skaliste, smagane wiatrem i falami wybrzeże Maine, do
Nowego Świata, który szybko uznał za własny.
Tu pracował, uczył się i rozwijał.
Jako chłopak z wizją, zajął się budową łodzi, tworząc podwaliny
przedsiębiorstwa szkutniczego. W trosce o jego przyszłość wżenił się w zamożną, wysoko postawioną rodzinę.
Z czasem, niczym kwiat na ugorze, w jego małżeństwie rozkwitła miłość.
Z myślą o dalszych latach i następnych pokoleniach konsekwentnie budował
trwałe, solidne przedsiębiorstwo. A na urwisku ponad wzburzonym,
huczącym morzem postawił wielki -?tak samo trwały i solidny -?dom o kamiennych, krytych drewnem ścianach, z wieżyczkami wzniesionymi ku
niebu i potężnymi drzwiami z najszlachetniejszego mahoniu.
Jako miłośnik morza, zadbał o to, by na dachu domostwa znalazł się
taras. Stojąc na nim, śledził wzrokiem wyprodukowane w jego firmie
statki, sunące po kapryśnych wodach Atlantyku.
To tu, w tej posiadłości, przychodziły na świat, a potem bawiły się,
biegały po ogrodach, wędrowały po pobliskim lesie, uczyły się jeździć
konno i żeglować jego dzieci.
Arthur Poole był z siebie zadowolony. Wiedział, że odniósł sukces -?nie
tylko jako przedsiębiorca, który z nędzy doszedł do bogactwa i mieszka w rezydencji górującej nad miasteczkiem nazwanym od jego nazwiska, lecz
również jako spełniony mąż i ojciec. Że jest nie tylko głową rodziny,
lecz przede wszystkim w pełni oddanym jej człowiekiem.
Był dumny ze swoich dzieci, w szczególności z pierworodnego syna -
jednego z bliźniaków -?który zdobył serce i starał się o rękę uroczej (i zamożnej) panny.
Collin Poole miał się ożenić z Astrid Grandville nie ze względu na awans
społeczny czy pieniądze, lecz z miłości.
Pewnego chłodnego, jesiennego dnia, który miał się okazać ostatnim dniem
jego życia, Arthur jechał konno przez las, rozmyślając -?jak to często
bywało -?o przyszłości. Snuł wizję udanego ślubu syna -?najpiękniejszej
i najelegantszej uroczystości, jaką miało oglądać miasteczko Poole's
Bay. Planował też rozbudowę domu, by zapewnić miejsce i wygodę przyszłym
wnukom.
Nie wiedział jeszcze, że nie będzie mu dane ich poznać, ani nawet
uczestniczyć w uroczystości zaślubin syna. Że w ten chłodny, jesienny
dzień padnie ofiarą wiedźmy gotowej posunąć się do wszystkiego, byle
dostać w swe ręce jego własność.
Nie chodziło jej jednak ani o rodzinę, ani o firmę, ani nawet o majątek.
Gra toczyła się o dom. W dążeniu do tego, by zostać panią Domu Poole'ów,
Hester Dobbs nie miała zahamowań.
Ci zaś, którzy znali i kochali Arthura Poole'a, nie mogli odżałować
tego, co go spotkało -?tragicznego w skutkach upadku z konia.
Gdy się okazało, że śmierć Arthura Poole'a nie przyniesie Hester Dobbs
tego, czego pragnęła, wiedźma z zimną krwią zamordowała Astrid
Grandville Poole w dniu jej ślubu.
Ponieważ bestialski mord, krew Poole'ów na rękach i na języku, a obrączka Astrid na palcu również nie wystarczyły, Dobbs rzuciła klątwę
na upragniony dom wraz z całą jego przyszłością.
Odtąd miała w nim zginąć panna młoda z każdego pokolenia Poole'ów.
Uciekłszy spod stryczka, obłąkana wiedźma powróciła do domu, na którego
punkcie miała obsesję. Gdy zegar wybił trzecią w nocy, pod bielejącą nad
ciemnym morzem pełną tarczą księżyca przypieczętowała klątwę własną
krwią.
Rzuciła się z murka okalającego urwisko.
Kamienny dom przez ponad dwa stulecia górował nad bezkresem morza. Jego
mury były świadkami pierwszych i ostatnich tchnień. Zgodnie z zamierzeniem Arthura Poole'a wychowywały się w nim jego wnuki, ich
dzieci, a potem ich dzieci i wnuki.
W każdym pokoleniu dochodziło jednak do tragedii: panna młoda padała
ofiarą bezlitosnej Hester Dobbs.
Miało się tak dziać aż do czasu, gdy zginie ich siedem, a na palcach
wiedźmy zalśni siedem ślubnych obrączek.
W murach tego domu uwięzione były teraz ich duchy. Pozostawał tu także
duch Dobbs oraz duchy innych ludzi, którzy albo sami postanowili tu
zostać, albo nie znaleźli dotąd sposobu, by się stąd wydostać.
Błądzili więc po jego korytarzach, pracowali i obserwowali.
Trwali w oczekiwaniu na kogoś, kto zdejmie klątwę.
I oto przybyła -?kobieta, w której żyłach płynęła krew Poole'ów, choć
ona sama nie miała o tym pojęcia. Nie wiedziała też, że jej ojciec miał
brata bliźniaka ani że po śmierci ich matki, która tuż po porodzie padła
ofiarą klątwy Hester Dobbs, dzieci zostały w okrutny sposób rozdzielone.
Nie była świadoma obecności duchów, istnienia złego czaru ani roli, jaką
sama miała odegrać w tej sprawie.
Lecz z czasem o wszystkim się dowiedziała.
Przybyła do domu samotnie, choć nie miała samotna pozostać. Poznała
nieobecną dotąd w jej życiu rodzinę, jej historię, a także przyczynę,
dla której jej ojciec został brutalnie wyrwany z rodzinnego gniazda.
Jak to możliwe, że choć przed tragiczną, przedwczesną śmiercią nigdy nie
gościł w tym domu, sportretował go na obrazie? I jakim cudem, choć nigdy
nie poznał swego bliźniaka, narysował lustro w ramie rzeźbionej w drapieżne zwierzęta, a w jego tafli -?odbicie swego sobowtóra?
Chodząc po domu, żyjąc w nim i pracując, Sonya stopniowo poznawała
odpowiedzi na te pytania.
Kiedy poczuła zew zwierciadła, przeszła przez nie na drugą stronę.
Trafiła do przeszłości, gdzie na jej oczach rozegrały się sceny śmierci
siedmiu panien młodych. Opłakała je. Będąc świadkiem kradzieży siedmiu
obrączek, przysięgła je odzyskać.
To, co Sonya MacTavish uznawała dotąd za niemożliwe, stało się teraz jej
codziennością. Zrozumiała, że aby zdjąć klątwę z Domu Poole'ów i na
zawsze przepędzić z niego Hester Dobbs, musi zdobyć obrączki siedmiu jej
ofiar.
Ze względu na wszystkich, którzy żyli tu przed jej przybyciem, ze
względu na miejsce, w którym odnalazła prawdziwy dom i ze względu na
siedem nieszczęsnych panien młodych -?obiecała sobie, że tu zostanie. Że
będzie szukać i walczyć.
Że wytrwa, mimo że wszędzie wokół czaiła się śmierć.
Rozdział 1
Umarli wypełniali swą obecnością dom, ale nie w sposób, do którego Sonya
przywykła i który w pewnym sensie nawet polubiła. Teraz wypełniali go
krwią, okaleczonymi ciałami, agonią i rozpaczą.
Sonya zaś, patrząc na powiększającą się czerwoną plamę na białej sukni
Astrid Poole i spoglądając na kołyszące się na stryczku ciało pierwszego
Collina Poole'a, przeżywała ich ból i przerażenie niczym własne.
U stóp schodów obok ciała pierwszej panny młodej w nienaturalnej pozycji
leżało zalane krwią ciało tej ostatniej -?Johanny Poole. Obok niej, z dłonią na jej dłoni, spoczywał Collin Poole, który, przeżywszy żonę o kilka dekad, zmarł po upadku z tych samych okazałych schodów.
Choć umierał jako człowiek dużo starszy niż jego bliźniak, Sonya
rozpoznawała w jego twarzy rysy ojca. Teraz oprócz bólu i strachu
malował się na niej smutek -?raptowny i niespodziewany.
Chcąc poczuć ciepło i życie, Sonya odruchowo chwyciła Treya za rękę.
-?To Collin. Brat mojego taty.
-?Tak. Leży dokładnie tak jak wtedy, gdy go znalazłem.
Dla Treya, czyli Olivera Doyle'a III, prawnika z trzeciego pokolenia
Doyle'ów, przyjaciela i kochanka Sonyi, Collin Poole był człowiekiem tak
bliskim jak członek rodziny. W odruchu współczucia Sonya przytuliła się
do mężczyzny.
-?Jest mi tak strasznie przykro, Treyu. Tak przykro. -?Mocno zacisnęła
powieki. -?Boże, słyszycie ich? Słyszycie ich wszystkich?
-?Słyszę. Owenie! -?Trey odwrócił się do przyjaciela, kuzyna Sonyi.
-?Trudno słyszeć cokolwiek innego, oczywiście prócz wycia psów.
-?Postaw mnie już. -?Cleo szturchnęła Owena w pierś, by odstawił ją na
ziemię. -?Upuściłam szklankę. Uważajcie pod nogi, wszyscy jesteśmy boso.
Podeszła do Sonyi, wzięła ją za rękę i stwierdziła, że dłoń przyjaciółki
jest tak samo lodowata jak jej własna.
-?Ja posprzątam. -?Owen się zgłosił na ochotnika.
Cleo spiorunowała go spojrzeniem.
-?Ani mi się waż stąd ruszać. Ani mi się waż.
-?Musimy coś zrobić. -?Sonya nie wytrzymała i zakryła uszy rękami. -?Ona
ich torturuje. Musimy to ukrócić.
-?Pamiętajcie, Dobbs się karmi strachem -?przypomniała im Cleo. -?Ze
wszystkich sił staram się nie dać jej ani odrobiny, ale... -?zawiesiła
głos i skierowała spojrzenie na schody. -?O, mój Boże. Nie!
Stała tam Johanna w towarzystwie jakiejś niewyraźnej postaci. Mimo
hałasu wyraźnie usłyszeli chrupnięcie, towarzyszące gwałtownemu ruchowi
jej głowy, i bezwładne ciało kobiety runęło w dół po schodach -?tak samo
jak w dniu jej ślubu.
-?Ponownie je zabija. Wszystkie, jak leci. Każda umiera powtórnie.
Musimy coś z tym zrobić -?oznajmiła Sonya. -?Pieprzyć ten cholerny
strach. -?Ścierała łzy z policzków, czując, że narastający gniew wypala
jej przerażenie. -?Każe im to przeżywać jeszcze raz, dręczy je na
naszych oczach, a na nas wywiera presję.
Kiedy mówiła, pierwszy Collin Poole ze stryczkiem na szyi skoczył ze
schodów. Dało się słyszeć trzaśnięcie sznura podobne do chrupnięcia jego
karku.
-?Brutalne -?mruknął Owen. -?Jeśli chodzi o pieprzenie strachu, jestem
cały na tak.
-?Tworzymy krąg, złapcie się za ręce! -?rozkazała Cleo.
-?Dlaczego?
-?Słuchaj, Owenie, wiem, że jestem amatorką, ale w jedności siła.
Przypomnij sobie, co zrobiłeś, kiedy Pye popędziła pod drzwi Złotego
Pokoju podczas napadu wściekłości tej jędzy?
-?Pobiegłem za nią.
-?I zacząłeś śpiewać. Więc śpiewajmy, do cholery. No, już. Wszyscy razem
-?śpiew.
-?Co? -?zdumiał się Trey. -?Mam teraz śpiewać?
Cleo wzruszyła ramionami.
-?Lepsze to niż tylko stać i patrzeć, i dalej słuchać. Clover
porozumiewa się z nami za pomocą muzyki, więc dlaczego by nie.
-?Dobra, śpiewamy, tylko co? -?zastanowił się Owen, mocno ściskając
dłonie Cleo i Sonyi, podczas gdy Astrid Poole z ręką przyciśniętą do
krwawiącej rany chwiejnie schodziła po schodach.
-?Cholera, nie mam pojęcia. Nic mi nie przychodzi do głowy.
-?Jesteśmy wkurzeni! -?zawołał Trey, a jego twarz wykrzywiła się z wściekłości, gdy ciało mężczyzny, którego kochał jak drugiego ojca,
stoczyło się po schodach.
-?Jesteśmy, i to jak! -?Choć łzy spływały po jej policzkach, Sonya
powtórzyła: -?Jesteśmy cholernie wkurzeni.
-?W takim razie lecimy z tym koksem. -?Trey przekrzykiwał płacz, szlochy
i wycie. -?Keep you in the dark, you know they all pretend (Nie
mówiłem ci, ale wiesz, że wszyscy udają) -?zaśpiewał piosenkę Foo
Fighters.
Jego głos -?głos dawnego lidera licealnej kapeli z siedzibą w garażu -
zabrzmiał mocno i czysto. Natychmiast podłapał go Owen.
Sonya odszukała w pamięci te upiorne słowa i wraz z Cleo włączyła się w śpiew.
-?"Dawaj tu swoje szkielety".
Piosenka piekielnie dobrze pasuje do okoliczności, pomyślała. Śpiewali o oporze i wyzwaniu, z mocą wykrzykując słowa, w których nie wybrzmiewał
nawet cień strachu.
Światła zapalały się i gasły, drzwi otwierały się i zamykały z trzaskiem. Ale koszmarne odgłosy udręki powoli, stopniowo cichły.
Kiedy doszli do refrenu, a później zaśpiewali dalej o "ręce, która cię
zniszczy", Sonya wczuła się w tekst całym sercem.
Gdy skończyli, w domu zapanowała cisza. W holu przy schodach nie leżało
żadne ciało; nikt nie kołysał się na stryczku nad ich głowami.
-?Foo Fighters. -?Owen i Trey stuknęli się pięściami. -?To był
natchniony wybór.
-?Uznałem, że The Pretender (Uzurpator) będzie idealny, bo tym
właśnie jest Dobbs. Uzurpatorką, której się zdaje, że jest panią tego
domu. -?Uniósł dłoń Sonyi do ust. -?Dobrze się czujesz, skarbie?
-?Nie, ale zaraz się poczuję. -?Dziewczyna się schyliła, by pogłaskać
Yodę drepczącego u jej stóp. -?Ale się wystraszyłeś, co? Wszystkie się
wystraszyłyście, pieski.
-?Moja dama też -?rzekła Cleo, gdy czarna kotka prześlizgnęła się między
jej nogami, a potem otarła o łydkę Owena. -?Całej czwórce przyda się
krótki spacer. Sama też chętnie odetchnę świeżym powietrzem.
-?Tylko nie zamykaj drzwi -?poprosiła Sonya. -?Niech się trochę
przewietrzy. A ja posprzątam szkło.
-?Daj, ja to zrobię. -?Trey zgłosił się na ochotnika. -?Ty idź się
przejść z Cleo.
Kiedy Sonya zagoniła na dwór Yodę, Mookiego -?psa Treya oraz Jonesa,
nieodłącznego towarzysza Owena, Trey ruszył do kuchni po szczotkę.
Wróciwszy, zastał Owena wpatrzonego w miejsce, gdzie przed chwilą leżał
Collin.
-?Widziałeś, jak spadał -?rzekł Trey.
Owen skinął głową.
-?Tak. Zawsze się obawiałem, że mogła to być jego własna decyzja, że
miał dość życia bez Johanny. Albo jeszcze gorzej -?że Dobbs mu to
zrobiła.
-?A on się zwyczajnie potknął. Też podejrzewałem to co ty, ale nie, on
się potknął. Był na wpół przytomny, wyrwany ze snu.
-?Od paru dni męczyło go przeziębienie.
-?Ach, więc tym bardziej. Ale coś go zbudziło, zaskoczyło. Myślę, że
widział...
-?...Johannę -?dokończył Owen. -?U stóp schodów. Nie wiem, czy naprawdę ją
widział, czy tylko ją sobie wyobrażał, czy sobie przypomniał, że ją tam
znalazł -?w każdym razie wytrąciło go to z równowagi.
-?Nie sądzę, by to była sprawka Dobbs. Collin zwyczajnie potknął się,
upadł i runął.
-?Trzymał dłoń na dłoni Johanny. Teraz, kiedy go widzieliśmy. Raczej nie
zrobił tego celowo, ale myślę, że było mu przyjemnie. Dobbs popełniła
błąd, że nam to pokazała, bo dzięki temu czuję się lepiej. Kiedy wiem,
że stracił równowagę i spadł ze schodów, ale ostatecznie było mu
przyjemnie. Pokonamy ją, Owenie.
-?To nie ulega wątpliwości, bezsprzecznie tak. -?Owen wyszczerzył zęby.
-?Odkrywam w sobie niekończące się pokłady muzycznych natchnień.
Clover, szósta panna młoda i zarazem babcia Sonyi, puściła utwór Rihanny
Don't Stop the Music (Nie wyłączaj muzyki).
-?Się robi, laska. A idąc dalej tym tropem, zjadłbym jakieś śniadanie.
Za godzinę i tak trzeba by było wstawać. -?Owen zerknął na otwarte
drzwi. -?Jak myślisz, jaka jest szansa, że namówię Cleo do zrobienia nam
omletów przed świtaniem?
-?Sam powinieneś wiedzieć, to ty z nią sypiasz.
-?Szacuję, że pięćdziesiąt procent, a jeśli będę na nią czekał z kawą,
to nawet więcej.
Trey ze szczotką i śmietniczką pełną odłamków szkła wrócił do kuchni.
-?Rób tę kawę -?poradził. -?Wszyscy potrzebujemy chwili na ochłonięcie.
To było zupełnie coś innego niż zwykła świadomość, że mieszkamy pod
jednym dachem z duchami. Patrzyliśmy, jak umierają. Słyszeliśmy to. I czuliśmy.
-?Dobbs ucichła. Przygotowanie tego widowiska kosztowało ją sporo
energii.
-?Chciała ich skrzywdzić. Wszystkich, którzy przebywają w tym domu,
żywych czy umarłych. Jedynym sposobem jej unieszkodliwienia jest
odnalezienie obrączek. Odebranie ich. Zdjęcie klątwy. Wtedy stąd
zniknie.
-?A Sonya widziała już wszystkie siedem panien młodych. Ich śmierć.
-?Właśnie. Od tej chwili będzie tylko trudniej, Owenie. -?Trey, który
siedział przy kuchennej wyspie, wbił rękę w zmierzwione włosy. -?Nie
możemy przecież tu być dwadzieścia cztery godziny na dobę. A dziewczyny
tu mieszkają. Pracują.
Włączywszy ekspres do kawy, Owen wyjął jajka, ser i bekon. Uznał, że
jeżeli nie uda mu się nakłonić Cleo do zrobienia śniadania, sam coś
skleci.
-?Rozumiem, co masz na myśli. Też się martwię. Ale tak szczerze? -
Rzucił przyjacielowi krótkie spojrzenie. -?Nie znam dwóch innych kobiet
-?co tam kobiet, ludzi! -?którzy radziliby sobie z czymś takim lepiej
niż one.
-?Zwierciadło, kiedy się pojawi, nie zostawia wyboru. Sonya musi przez
nie przejść. To silniejsze od niej.
-?A ty nie możesz iść z nią. -?Owen, mierząc Treya stanowczym
spojrzeniem zielonych oczu Poole'ów, podał mu kubek z kawą. -?Za to ja
mogę. O ile tu jestem. Ale ty i Cleo musicie zostać po tej stronie.
Rozumiem, jakie to trudne do przełknięcia dla faceta, który ma w naturze
pomaganie ludziom i naprawianie świata. I ma do tego wszelkie
predyspozycje.
-?Powiem ci, że za każdym razem coraz trudniej jest mi wierzyć, że
stamtąd wrócicie.
-?Oto, co myślę. -?Owen wziął do ręki kubek z kawą. -?Ponieważ rama
lustra rzeźbiona jest w drapieżniki, człowiek odruchowo myśli, że zaraz
pożre go żywcem. Ale na zdrowy rozum musi być odwrotnie: lustro jest po
naszej stronie, bo inaczej po co pokazywałoby Sonyi, co ma robić, by
pozbyć się tej wiedźmy?
-?Też to sobie powtarzam. Z tego, co wiemy lub uznajemy za prawdę,
Collin i ojciec Sonyi nawiązywali ze sobą kontakt. Może nigdy tak
naprawdę nie pojmowali, jak to możliwe ani dlaczego.
-?Ojciec Sonyi raczej nie pojmował, ale Collin musiał do tego dojść -
zwłaszcza po tym, jak twój tata opracował drzewo genealogiczne Poole'ów.
Kiedy się dowiedział, że ma brata bliźniaka, z którym go rozdzielono i którego oddano do adopcji, musiał to rozpracować.
-?A kiedy to rozpracował i postanowił się skontaktować z Andrew
MacTavishem, ten już nie żył.
-?Tak, nie żył, więc zapisał dom jego jedynej córce. Ty się w niej
zakochałeś. Ona sprowadziła tu swoją kumpelę, w której zakochałem się
ja. Widzę tu pewną symetrię. Nie mam pojęcia, co ona ma oznaczać, ale
nie da się ukryć, że istnieje.
Doszły do nich odgłosy wbiegających do domu psów.
-?Zobaczmy, czy zakochała się we mnie na tyle, by mi zrobić omlet.
Zanim Cleopatra Fabares przeprowadziła się z Bostonu do Maine, wschody
słońca zdarzało jej się obserwować wyłącznie po zarwanych nocach -?czy
to na imprezowaniu, czy na pracy twórczej.
Jeśli zaś chodzi o szykowanie śniadań -?lub w ogóle jakichkolwiek
posiłków -?to zdecydowanie nie zdarzało jej się to nigdy.
Ale to było kiedyś. A teraz się zmieniło.
Cleo przyjęła propozycję Sonyi, by wprowadzić się do jej domu w Maine, i bez chwili wahania zaanektowała studio malarskie Collina Poole'a w wieżyczce. Postawiła jednak warunek, że zajmie się zakupami i kuchnią.
Opanowanie sztuki kulinarnej kosztowało urodzoną w Luizjanie plastyczkę
sporo zachodu, ale powiodło się. I co więcej, dawało Cleo mnóstwo
frajdy.
A ponieważ ostatnia pobudka o trzeciej nad ranem i późniejsze mocne
przeżycia, które po niej nastąpiły, pobudziły również jej apetyt, o zrobienie omletów nie trzeba było jej długo prosić.
Teraz zebrała w koczek burzę karmelowych loków i wysłała Owena do
ogródka po pietruszkę i estragon. Po czym zabrała się do pracy.
Cieszyła się, że ma się czym zająć, a co ważniejsze -?wiedziała, że daje
przyjaciółce czas na wyciszenie emocji.
W Sonyi nadal kipiał gniew, a Cleo była ostatnim człowiekiem, który
chciałby go stłumić. Zauważyła jednak, że Sonya pobladła, a widoczne w jej ciemnozielonych oczach zmęczenie spowodowane jest czymś dużo
poważniejszym niż nieprzespana noc.
To ona dźwigała na sobie największy ciężar. A oni -?pozostała trójka -
mogli jej w tym pomóc, lecz nie mogli wziąć jej brzemienia na siebie.
Pomagamy, jak możemy, pomyślała Cleo. Robiąc śniadanie, dotrzymując
towarzystwa, wykonując rutynowe czynności.
Trey i Sonya nakarmili zwierzaki, a Owen rozstawił naczynia na stole.
Zamieszanie, zwyczajne życie, bycie razem -?to wszystko niosło ulgę.
Brzęknął timer. Sonya wyjęła bekon z piekarnika, a Trey, który akurat
wkładał chleb do tostera, podniósł na nią wzrok.
Boi się, że Sonya się rozsypie, pomyślała Cleo, zsuwając trzeci z czterech omletów z patelni na talerz i wkładając go do nagrzanego
piekarnika, by nie wystygł.
Ale ona się nie rozsypie.
W każdym razie nie bardziej, niż rozsypaliby się Trey czy Owen po
przymusowym oglądaniu na żywo śmierci kogoś bliskiego.
Żaden z nich by się nie rozsypał.
Kiedy ostatnia porcja masła spieniła się na patelni, Cleo wylała na nią
masę jajeczną z serem i ziołami.
-?Chyba pójdę dziś malować w ogrodzie na tyłach domu. Może jakiś sielski
widoczek. O, wiem! Namaluję wisterię na pergoli.
-?Ze względu na mnie nie musisz trzymać się blisko domu, Cleo.
-?Ale mogę, jeśli akurat mam na to ochotę. A czuję, że chce mi się
malować w ogrodzie i tyle. Chyba że namówię cię na wspólny rejs moją
śliczniutką łódeczką? Hm? Nie chciałabyś przewietrzyć głowy?
-?Muszę zrobić parę rzeczy w związku z kampanią dla Ryder Sports. Nie,
dziś nie daję sobie wolnego.
-?To co, w najbliższy weekend?
Sonya się uśmiechnęła, ale jej oczy patrzyły z powagą.
-?W weekend chętnie, rzecz jasna.
Kiedy ostatni omlet wraz z bekonem i tostem wylądował na talerzu,
usiedli razem przy stole, a wszystkie cztery zwierzaki zapadły w poranną
drzemkę.
-?Cleo, wspaniałe te omlety -?powiedziała Sonya.
-?Uwierzę ci, jak zobaczę, że jesz.
-?Będę jadła. Przepraszam, jestem dziś trochę... przyciężkawa.
-?Nie jesteś -?zaprotestował Trey.
-?Ale tak się czuję. Widziałam... widziałam wprawdzie zdjęcia, a Collin w chwili śmierci był dużo starszy niż mój tata, ale... nie wiem, jakoś nie
byłam przygotowana na to podobieństwo. Dla ciebie i Owena musiało to być
jeszcze gorsze doświadczenie, wiem, ale sama nie mogę się na razie z tego otrząsnąć. A od wczoraj wieczorem, kiedy skończyła się impreza, nie
słyszeliśmy w ogóle Clover. A przecież ona ma zawsze tyle do
powiedzenia. Teraz się martwię, że...
Kiedy to mówiła, tablet leżący na kuchennym blacie zagrał I'm Still
Standing (Ciągle się trzymam) Eltona Johna.
Do oczu Sonyi napłynęły łzy, a Trey wyciągnął do niej rękę.
-?Nie, nie, już mi lżej. Właśnie to potrzebowałam usłyszeć. My też się
trzymamy, Clover. -?Nadziała na widelec kawałek omleta i włożyła do ust.
Kiedy się uśmiechnęła, zrobiła to całą sobą. -?Cleo, jest tak świetny,
na jaki wygląda.
Ludzie jedli, zwierzęta spały, a tablet grał. Jakby się wcześniej
umówili, nie rozmawiali o tym, co się zdarzyło w nocy. Na razie.
Wiedzieli, że przyjdzie na to czas, lecz na razie sprawa musiała się
odleżeć.
-?Ech, Lafayette, ty to masz talent. -?Owen pochłonął ostatni kęs
omleta.
-?No, na to wygląda.
-?Ale dziś wieczorem dajemy ci wolne -?odezwał się Trey. -?Co wy na to,
żebyśmy przywieźli coś na wynos?
-?Moje uczucia na tym nie ucierpią -?zapewniła go Cleo. -?Będę miała
więcej czasu na malowanie. Kiedy już zadecyduję, czy to będzie lekka
akwarelka czy mocny olej.
-?A w jaki sposób decydujesz? -?zaciekawił się Owen.
-?Spontanicznie. -?Spojrzała na niego zmrużonymi oczami. -?Uwielbiam iść
przez życie na spontanie.
-?Bardzo się cieszę, że robisz sobie wolne, żeby malować. -?Sonya wzięła
do ręki kubek z kawą i odchyliła się na oparcie krzesła. -?I zobaczysz,
twoja jesienna wystawa w Bay Arts zrobi furorę.
-?O tym się dopiero przekonamy, ale tak, ja też się cieszę. A kiedy lato
minie, znów będę gotowa ilustrować. Boże, zapomniałam ci powiedzieć, że
dostałam przeuroczy liścik od Burta Springera, któremu wysłałam
egzemplarz ukochanej książki jego wnuczki z autografami -?moim i autorki.
-?Burt jest przemiłym gościem. Naprawdę uwielbiam z nim współpracować.
Ja nie żyję ani nie pracuję na spontanie, ale freelancerka zawiodła mnie
w zupełnie nowe miejsca. Rok temu nie wyobrażałam sobie, że będę
prowadzić własną firmę graficzną.
-?I to z jakim sukcesem -?rzucił Trey, a ona się do niego uśmiechnęła.
-?Tak. W życiu sobie tego nie wyobrażałam. Ani też tego, że zamieszkam
we wspaniałym, ogromnym, nawiedzonym wiktoriańskim domu na wybrzeżu
Maine. Ani że będę mieć ulubionego kuzyna -?dodała, unosząc kubek z kawą
w stronę Owena. -?Ani też że będę z tobą, prawnikiem w trzecim
pokoleniu, który będzie mi przywoził kolację z miasteczka i utwierdzał
mnie w przekonaniu, że daję radę. -?Sonya odrzuciła do tyłu włosy i westchnęła. -?Żadne numery Dobbs tego nie zmienią. Ona nas nie
powstrzyma. Cleo już to mówiła, i to prawda. Nasycamy ten dom światłem i życiem. I nie przestaniemy.
-?Połowa roku to wcale nie za wcześnie, by zacząć planować wielką
imprezę świąteczną, prawda?
Sonya wycelowała palcem w przyjaciółkę.
-?Nie. Ani odrobinę nie za wcześnie.
-?I znowu nas zaprzęgną do dźwigania mebli, stary. -?Owen wstał. -?Będę
się zbierał, ale najpierw ogarnę naczynia. Domyślam się, że Molly też ma
za sobą ciężką noc.
Cleo wstała razem z nim, położyła dłonie na jego pociemniałych od
wczorajszego zarostu policzkach i z entuzjazmem go pocałowała.
-?Należysz do wytrawnych facetów, Owenie, ale masz w sobie akurat tyle
słodyczy, ile trzeba. Słońce może i wstało, ale ja? Kładę się spać.
-?Po takim śniadaniu i czekaj... ilu kawach? Dwóch?
-?Nie ma takiej siły, która powstrzymałaby Cleo od spania, jeśli Cleo
chce spać.
-?W przeciwieństwie do mojej przyjaciółki, która już rusza do pracy,
mimo że nie ma jeszcze szóstej.
-?Robota czeka, klienci muszą być zadowoleni.
Z tabletu dobiegły dźwięki utworu Johnny'ego Casha i June Carter Cash
Time's a Wastin' (Nie ma czasu do stracenia).
-?Nie wydaje mi się, żeby to była piosenka o pracy. -?Owen spontanicznie
objął Cleo, przegiął ją do tyłu i z zapałem pocałował.
-?Cóż, zależy, co kto ma na myśli.
-?Zawsze mam to na myśli, ale Jones i ja też mamy huk roboty i klientów,
których też trzeba zadowolić.
-?Wpiszcie i mnie na tę listę. -?Trey wstał. -?Pomogę Owenowi i też
znikam. Wykąpię się i przebiorę u siebie. Wrócę z kolacją. Jakieś
specjalne zamówienia?
-?Nie, zaskocz nas -?poprosiła Sonya.
-?Nie ma sprawy.
Teraz ona ujęła jego twarz w dłonie i zajrzała mu w jaskrawobłękitne
oczy.
-?Przeszłabym przez to i bez ciebie, bo nie miałabym wyjścia. Ale cieszę
się, że nie musiałam.
Otoczyła go ramionami i przytrzymała.
-?Naprawdę się cieszę. -?Przycisnęła wargi do jego ust. -?Idę na górę,
trochę się ogarnę i siadam do pracy.
-?Dzwoń, gdyby coś się działo.
-?Jasne.
-?Idę wypuścić Pye i Yodę, a potem się kładę. W razie czego szukaj nas
na górze.
Wszystkie cztery czworonogi chętnie wybiegły na dwór, a Cleo przystanęła
w otwartych drzwiach.
-?Och, to będzie idealny dzień na malowanie en plain air. Sonya da
sobie radę -?dodała, nie odrywając spojrzenia od trawnika, ogrodu i ciemnej ściany lasu. -?Przywiązała się do tego miejsca, a kiedy Sonya
jest czemuś oddana, naprawdę trudno ją do tego zniechęcić.
Odwróciła się.
-?Właśnie dlatego trzymała się Brandona, mimo że miała wątpliwości, czy
powinna za niego wychodzić. A kiedy nakryła go w łóżku z kuzynką? -?Cleo
pstryknęła palcami. -?Nastąpił koniec. Gdyby ten dupek okazał skruchę,
może by mu wybaczyła, ale na pewno by do niego nie wróciła. Przytaczam
jego przykład tylko po to, żebyś się o nią tak strasznie nie martwił.
To, że Sonya się nie podda, to jedno. A to, że się wyrwie, jeśli ją
przyprzeć do muru, to drugie. Ostatnia noc to był błąd. -?Cleo wskazała
palcem w górę, na Złoty Pokój i Hester Dobbs. -?Potężny błąd.
-?Co konkretnie masz na myśli? -?spytał Owen, przerywając ładowanie
zmywarki.
-?To, co ta zołza uczyniła siedmiu pannom młodym. Będzie musiała za to
zapłacić. Trzeba ją powstrzymać. Ale to wszystko przeszłość. Mimo że
Sonya przeszła na drugą stronę lustra i widziała to na własne oczy, te
rzeczy już się wydarzyły. Kiedyś. Dawno. A wczorajsza noc? Wczoraj Dobbs
skrzywdziła ludzi, którzy są nam drodzy. To się zdarzyło tu i teraz. I było wymierzone w nas.
-?Sonya musiała się otrząsnąć ze smutku i odnaleźć w sobie żar.
Cleo uśmiechnęła się do Treya.
-?Znasz ją. Mówię to jako ktoś, kto ją zna i kocha dłużej niż ty. Że ona
się nie złamie. Nie podda.
-?Czasem strasznie mnie to martwi.
-?Potrzebuje tego domu i wszystkiego, co go stanowi -?z jednym
wyjątkiem, oczywiście -?a ten dom i wszystko, co go stanowi, potrzebuje
jej. Moc jest po naszej stronie. Trzeba w to wierzyć.
-?Mogę cię o coś prosić? Trzymaj się dziś w pobliżu.
-?Jasne. A teraz wpuszczę Yodę i Pye, żebyście mogli spokojnie odjechać.
A potem idę spać. Brak snu szkodzi na urodę.
Wychodząc, przeciągnęła palcem po policzku Owena. Ten zaś, patrząc za
nią, pokręcił głową.
-?Ech, brachu, wpadłem na całego. Ta kobieta ma mnie w małym paluszku. I wiesz co? Ona się nie myli. We wszystkim, co powiedziała, ma rację.
-?Wiem. Dam radę z tym żyć. Ty też.
-?Pewnie, że ja też. Napisz mi, jak będziesz gotowy jechać po żarcie, to
się spotkamy.
Kiedy po długim, gorącym prysznicu Sonya wyszła z łazienki, zastała w sypialni Yodę, a na schludnie pościelonym łóżku -?parę legginsów do pół
łydki i luźny tiszert.
Głęboko wzdychając, powstrzymała łzy.
-?Dzięki, Molly. Z przyjemnością się w to ubiorę.
Młoda irlandzka pokojówka z dawno minionych czasów nie przestawała jej
usługiwać. I robiła to raczej z miłości niż z obowiązku -?Sonya nie
tylko to wyczuwała, lecz szczerze w to wierzyła.
Te same motywy kierowały Jackiem -?chłopcem, który zmarł w tym domu, nie
mając nawet dziesięciu lat -?kiedy po kryjomu bawił się z Yodą. A także
Jerome'em, który czuwał nad całą posiadłością i dbającą o domową zieleń
Eleanor.
Ich duchy -?wraz z duchami innych, których imion Sonya nie znała -?były
tu nadal obecne i stanowiły część Domu Poole'ów, tak samo jak szyby w oknach i deski podłóg.
Sonya miała wobec nich zobowiązania -?tak wobec nich, jak i wobec
siedmiu panien młodych: Astrid, Catherine, Marianne, Agathy, Lisbeth,
Clover i Johanny. To dla nich -?jeszcze bardziej niż dla siebie i dla
Cleo -?pragnęła zachować ten dom.
Dom, który miał pozostać i pozostanie Domem Poole'ów -?czyli tym, czym
był od początku.
To dla nich -?myślała, ubierając się -?zostanę tu, będę tu pracować i walczyć. Odbiorę jędzy skradzione obrączki i złamię jej klątwę.
Jeśli ma to oznaczać pobudki o trzeciej nad ranem -?czyli o godzinie, o której Hester Dobbs rzuciła się z urwiska, by własną krwią
przypieczętować klątwę -?będę wstawać o trzeciej. Jeśli ma to oznaczać
ciągłe przechodzenie na drugą stronę lustra, by być świadkiem koszmarów
-?będę przechodzić przez lustro.
I znajdę wreszcie sposób, by zdjąć z palców martwej wiedźmy wszystkie
nienależące do niej obrączki.
Mimo snucia tych myśli Sonya wcale nie wiedziała, jak tego dokona.
Zamiast od razu wysuszyć włosy, zaplotła je w warkocz. Trudno, gdyby
zdarzyło jej się spotkanie online, skorzysta z awaryjnego zestawu do
makijażu, który trzymała w biurku.
Gdy ruszyła do drzwi, Yoda zerwał się, przebiegł przez salonik i razem z nią wyszedł na korytarz. Zauważyła, że drzwi sypialni Cleo są lekko
uchylone. To pewnie dla Pye, by mogła do woli krążyć w tę i z powrotem.
Ponieważ doskonale znała swoją przyjaciółkę -?w akademiku dzieliły wszak
pokój -?spodziewała się, że Cleo pośpi co najmniej do południa.
Żałowała, że sama tak nie potrafi.
Nie pozostawało jej nic innego, jak tylko pójść do odległej wieżyczki,
mieszczącej bibliotekę, w której urządziła sobie gabinet.
Rzuciwszy okiem na tablicę inspiracji, usiadła za biurkiem ustawionym na
wprost szerokich drzwi.
Ależ tu cisza, pomyślała, gdy Yoda mościł się u jej stóp, by dotrzymać
towarzystwa w pracy. Zza okien dobiegał tylko huk morza. Sonya pokochała
już odgłos fal z impetem uderzających o skały. Do pokoju wpadało poranne
słońce. Na parapecie kwitła na różowo Xena -?fiołek afrykański,
podarowany jej przez Cleo pierwszego dnia na uczelni.
Tu, w dwupoziomowej bibliotece, otaczały ją książki, piękno i historia.
Pracowało jej się tu doskonale -?twórczo i skutecznie -?wiedziała, że to
się nie zmieni. Wykonała tu już kawał dobrej roboty -?i wykona jeszcze
niejeden.
Ten gabinet, ten dom oraz wszystko, co się w nim znajdowało, należało
teraz do niej. Podobnie jak duże pieniądze, dzięki którym mogła żyć i pracować na własnych warunkach, ponieważ Collin Poole przekazał jej,
córce swego brata, cały majątek. Jego śmierć przyniosła jej nowe życie.
A ona nie mogła przestać o tym myśleć.
Włączyła komputer.
Najpierw mejle -?przeczytać i odpowiedzieć. Wprowadzić zmiany i poprawki
do dotychczasowych, rozpoczętych już projektów. I dopiero przejść do
tych bieżących.
Nagle przycisnęła palce do oczu.
-?Boże, Clover. Muszę to powiedzieć i mam nadzieję, że mnie teraz
słuchasz. Strasznie się z tym czuję, że zafundowała ci taki koszmar.
Potwornie mi żal wszystkich panien młodych, ale ciebie najbardziej. Ona
odebrała życie tobie, lecz Charlie sam je sobie odebrał. Ukradła ci nie
tylko ślubną obrączkę, lecz także wszystkie marzenia. Dom, który
chcieliście z Charliem tu stworzyć. Sztukę, która miała tu powstać.
Ogród, który pragnęliście uprawiać. I dzieci, które mogły się wam
jeszcze urodzić.
Zrobiła głęboki wdech, by się uspokoić.
-?A zeszłej nocy, kiedy to wszystko słyszałam, widziałam i czułam -
jednocześnie -?nagle coś do mnie dotarło i skleiło się w całość. Gdyby
te straszne rzeczy nie przytrafiły się tobie, wam wszystkim, począwszy
od Astrid, a skończywszy na Johannie, mnie by tu nie było. -?Zamilkła. -
Nie miałabym tego, co mam. Czasu cofnąć nie mogę, ale przysięgam, że
znajdę sposób, aby to naprawić. Żeby nie wiem co, wynagrodzę to tobie,
wam wszystkim. Zrobię to dla ciebie. Bo jesteś matką mego ojca. Moją
najbliższą rodziną. I jestem ci to winna.
Tablet zagrał piosenkę Invisible String (Niewidzialna nić) Taylor
Swift.
Sonya otarła łzę. Obiecała sobie, że to już ostatnia, która stoczyła się
dziś po jej policzku.
-?Tak, tak, to prawda. Właśnie to nas łączy. Nas wszystkich. I przysięgam, że jej nie zerwę. Graj nam dalej, dobrze? Co tylko chcesz.
Myślę, że muzyka służy nam obu.
Wreszcie uspokojona otworzyła pierwszy mejl i przystąpiła do pracy.
Rozdział 2
Pierwszą przerwę zrobiła, kiedy kotka weszła do gabinetu, usiadła i wlepiła w nią wzrok.
-?Co? Pora na dwór? No cóż. Skoro wychowało się kota na psa, trzeba
ponieść konsekwencje. Ale dobra, przyda mi się zastrzyk kofeiny.
Idziemy, futrzaki.
Zeszła na dół i wypuściła Yodę i Pye frontowymi drzwiami. Postała chwilę
na cudownym słońcu, spoglądając na morze i sunące po nim łodzie i statki.
Wróciła do kuchni po colę, po czym stanęła z nią przy tylnym wyjściu, by
nacieszyć się widokiem trawnika, ogrodu i gęstej, zielonej ściany lasu.
Na dźwięk kroków gwałtownie się odwróciła.
-?No, pomyliłam się o dwadzieścia minut. Zakładałam, że nie zerwiesz się
przed dwunastą. A tu proszę, zwarta i gotowa. I to przed kawą.
Cleo odstawiła skrzyneczkę z przyborami, składane sztalugi i stołeczek.
-?Po tym nieludzko wczesnym śniadaniu nadal czuję kofeinę we krwi.
W kapeluszu z szerokim rondem, spodniach przed kostkę i luźnym tiszercie
Cleo wyglądała na gotową na wyzwania dnia. Napełniła bidon wodą.
-?Możecie mnie odprowadzić. Jeśli zwierzaki będą chciały wrócić, to je
potem wpuszczę.
-?Jasne. Na dworze jest cudownie, więc może zostaną. To jak nastrój, co
się kroi? Coś ciężkiego czy lekkiego?
-?Po nocy czuję się przyciężkawo, ale dzisiejszy dzień aż się prosi o lekkość.
-?Fakt, nie ma co się dalej obciążać.
-?Właśnie. To do zobaczenia potem.
Sonya przytrzymała jej drzwi.
-?Miłego tworzenia.
Popijając colę, patrzyła, jak przyjaciółka zmierza w stronę pergoli.
Wybiegłszy jej naprzeciw, Yoda powitał ją w podskokach, a Pye z gracją
przesmyknęła się między jej nogami.
Cała scena sprawiała idylliczne wrażenie. Żaden przygodny obserwator nie
domyśliłby się, że w tym samym miejscu panoszy się brutalne zło.
-?Ale ja wiem, że tak jest -?mruknęła pod nosem Sonya.
Przez pogrążony w ciszy dom przeszła do biblioteki, w której rozlegała
się muzyka.
Usiadła i otworzyła kolejny plik.
W drugiej połowie popołudnia poczuła, że ogarnia ją znużenie.
-?Dobra, może potrzebuję godzinki przerwy i dawki świeżego powietrza.
Ponieważ słońce nadal jasno świeciło, sięgnęła po okulary
przeciwsłoneczne i czapkę z daszkiem. Nie jest ona ani odrobinę tak
romantyczna ani seksowna jak kapelusz Cleo, ale co tam!, pomyślała,
przeciągając kucyk przez otwór z tyłu czapki.
Wyszła głównymi drzwiami i ruszyła w stronę nadbrzeżnego murka. Wiał
porywisty wiatr, który szarpał jej końskim ogonem i przeganiał gęstą
mgłę z głowy. Marszczył taflę wody, kołysał łodziami i pędził fale z hukiem rozbijające się o skały.
W oddali Sonya dostrzegła najpierw krótki, przelotny błysk, a potem
stadko wyskakujących z wody delfinów.
Jej życie całkowicie się zmieniło -?była tego świadoma. Stało się to w ów mroźny zimowy dzień, kiedy Oliver Doyle II zapukał do drzwi jej domu
w Bostonie z wiadomością, że wuj, o którego istnieniu nie miała pojęcia,
przepisał jej swój majątek. Czyli to wszystko.
I jeszcze więcej.
Pragnęła tego bardziej, niż można sobie wyobrazić -?tego potężnego
starego domostwa i wszystkiego, co w sobie mieściło. Z duchami włącznie.
Odwróciła się i ogarnęła wzrokiem budynek. Był taki solidny, a jednocześnie piękny. Zobaczyła, że kilka okien jest otwartych.
To Molly, pomyślała z uśmiechem. Na pewno wietrzy pokoje.
Ona, Sonya, nie była jedynym człowiekiem, któremu dobro starego Domu
Poole'ów leżało na sercu. Wierzyła, że aby zapewnić mu jak najlepszy
los, należało po prostu żyć. Żyć i robić swoje.
Okrążyła dom i znalazła się w ogrodzie, gdzie bujnie rozrastały się
rośliny posadzone późną wiosną. Główki kwiatów lekko chwiały się na
ciepłym, wonnym wietrzyku.
Kotka rozciągnęła się na dachu wiktoriańskiej psiej budy z wieżyczką,
którą zbudował Owen. Yoda przeciągnął pręgowane ciałko i przyłączył się
do swojej pani, która zmierzała w stronę stojącej przy sztalugach
przyjaciółki.
Na płótnie malarskim powykręcane pnącza wspinały się na pergolę, by
zwiesić się z niej kwitnącą fontanną. W tle, niczym spowita mgłą
tajemnica, zieleniała ściana lasu. Na ziemi pod pergolą leżały opadłe
płatki kwiatów.
Nad tym wszystkim jaśniało zaś niebo tak czyste i błękitne, że aż
zapierało dech w piersi.
-?Cleo -?westchnęła Sonya.
-?No co? Miało być lekko, to jest.
-?Cudowna praca. Dosłownie chwyta za serce.
-?Namaluję też hortensje, jak już na dobre rozkwitną. W podobny sposób.
Na początek jedną z tej rabaty przy naszej dróżce. Mam też ochotę na
studia pojedynczych kwiatków. W każdym razie prawie skończyłam. Tak mi
się przynajmniej wydaje.
-?Śniadanie było wieki temu. Idę sklecić jakąś przekąskę.
-?Nie powiem, też bym coś zjadła.
-?Dobrze. Dam ci znać, jak będę gotowa. Mogłybyśmy zjeść na tarasie.
Pies i kot podążyły za nią do kuchni. Na miejscu przypatrywały się, jak
Sonya wykłada na deskę kawałki sera i owoce.
-?Wiem, wiem. Zaraz też dostaniecie.
Kiedy postawiła na tacy szklanki z lodem i dzbanek z lemoniadą, na górze
trzykrotnie trzasnęły drzwi. Huk był podobny do odgłosu wystrzałów.
Telefon Sonyi zagrał Rude (Niegrzeczna) zespołu Magic.
-?Zgadza się, cała ona. Ale nie damy się zastraszyć.
Położyła na tacy psie ciasteczko i kilka chrupek dla kota i wzięła ją do
rąk.
Gdy podeszła do drzwi, te same się otworzyły.
-?Dzięki.
Po jej wyjściu drzwi delikatnie się za nią zamknęły.
Ach, ile tu dobra, pomyślała. O ileż więcej dobra niż zła.
Odstawiła tacę na stół na tarasie i zawołała Cleo, która już pakowała
przybory malarskie do skrzyneczki.
Wyciągnąwszy z kieszeni okulary przeciwsłoneczne, ruszyła na taras.
-?To musiało ją strasznie dręczyć -?rzekła Cleo. -?Kiedy widziała, że
obie pracujemy i czerpiemy z tego satysfakcję. Ach, Boże, ile frajdy
dało mi dzisiejsze malowanie.
Cleo odstawiła przybory, usiadła i westchnęła z zadowoleniem. Paznokcie
jej stóp pomalowane na kolor nieba przypomniały Sonyi, że sama od dawna
nie robiła pedikiuru.
-?Pod koniec lata poczuję już pewnie niedosyt ilustrowania i będę
chciała zdobyć jakieś dobre, ciekawe zlecenie. Ale na razie czuję się
jak w raju.
Sięgnęła po krakersa i nałożyła na niego plasterek camemberta.
-?Przekąska na tarasie w piękne letnie popołudnie to też miła rzecz -
zauważyła Sonya.
-?Co prawda, to prawda. -?Cleo uniosła szklankę z lemoniadą, której
nalała jej przed chwilą przyjaciółka. -?Wypijmy za więcej takich chwil.
-?Za dużo więcej.
-?Zdaje się, że Jack też się nie mógł oprzeć pięknej pogodzie.
Sonya wyprostowała się na fotelu.
-?A co, widziałaś go?
-?Nie, ale był tu. Nagle przeleciała koło mnie piłeczka, za którą pognał
Yoda. Ale kiedy się odwróciłam -?a minęło parę sekund -?już nic nie
zobaczyłam. Później przez dłuższy czas słyszałam galopadę Yody i śmiech
Jacka. To było dziwne, ale z drugiej strony...
-?Miłe.
-?Tak, miłe. Potem ledwie się powstrzymywałam, żeby nie oglądać się za
siebie, bo wiem, że Jack nie jest jeszcze gotowy. Pomyśl tylko: dziecko,
które nie żyje od ponad wieku, trenuje z psem aportowanie i ma z tego
radość. To dużo mówi o miejscu, w którym mieszkamy.
Sonya spróbowała ostrego sera pepper jack.
-?Zanim się wprowadziłaś, a Trey i Owen zaczęli tu nocować, też sporo
się działo.
-?Ale od tamtego czasu wszystko się nasiliło.
-?Tak, nasila się i słabnie na zmianę, ale masz rację. Po pierwsze,
Dobbs jest coraz bardziej aktywna, a po drugie -?ujawnili się inni. Z początku w ogóle tego nie rozumiałam. Kiedy zastawałam zaścielone łóżko
albo pozmywane naczynia, myślałam, że tracę rozum. To samo z przerywnikami muzycznymi Clover.
-?A portrety w schowku?
To dopiero był szok, pomyślała Sonya, popijając lemoniadę. I ogromna,
choć zarazem budząca niepokój radość.
-?Część pędzla Collina, część znów mojego taty. Mamy już wszystkie panny
do Marianne Poole. Czyli do trzeciej panny młodej.
-?Dziś, jak wstałam, też sprawdzałam. Ale nie, Catherine się nie
pojawiła.
-?Ale przyjdzie dzień, kiedy otworzymy schowek i będzie czekać. A jeżeli
Owen się nie myli, to znajdziemy jeszcze jedną -?Astrid, ale pewnie inny
portret. Bo ten w głównym holu nie pasuje do kompletu.
-?Myślę -?Cleo wzięła do ust malinę -?że Owen ma rację. Między innymi
dlatego, że jeden z nich musi ją namalować. Albo twój wujek, albo twój
tata. I obraz ten musi zostać zawieszony obok pozostałych sześciu.
-?Wiem -?a raczej muszę przyjąć to do wiadomości -?że znajdziemy ją we
właściwym czasie. A na razie chodzi mi po głowie coś w rodzaju
zorganizowania wielkich poszukiwań, które -?wziąwszy pod uwagę rozmiar
tego domu i liczbę mieszczących się w nim szaf, szuflad i kufrów -?mogą
potrwać wieki.
-?Jestem za. -?Cleo wybrała małą kiść winogron i zaczęła pojedynczo
obrywać owoce. -?Wiesz o tym. Możemy zaprząc do roboty panów, więc
będzie nas już czworo. Tylko czego mamy szukać, Son? Myślisz, że tak od
razu znajdziemy obrączki?
-?Nie, to by było za łatwe. Przecież wiemy, że ona nosi je na palcach,
wszystkie siedem. Ale być może, gdybyśmy porządnie prześwietlili dom,
wpadlibyśmy...
-?Na jakiś trop?
Chcąc nie chcąc, Sonya musiała się zaśmiać sama z siebie.
-?To zabrzmiało bardzo w stylu Scooby'ego-Doo, ale owszem, tak. Dom,
zwierciadło, mieszkańcy -?ci dawni i ci obecni -?odsłaniają się przed
nami stopniowo, po kawałku. Jeśli dowiemy się więcej, być może zdołamy
złożyć te kawałki w całość.
-?Jestem za, powtarzam. To dom pełen skarbów i za każdym razem, kiedy
się po nim szwendam, znajduję coś, co wzbudza mój podziw. Ale.
-?Ale będziesz logiczna, tak?
-?Tak, na swój sposób. Mamy tu całą gromadę ludzi, którzy żyli i umierali w tym domu przez dwa stulecia. A Dobbs w tym czasie gromadziła
obrączki. Myślałaś o tym, że ktoś z jego mieszkańców mógłby wiedzieć,
jak je znaleźć i odzyskać?
-?Gdyby tak było, już dawno wymyśliłby sposób, by nas o tym
poinformować.
Clover natychmiast zagrała piosenkę U2 I Still Haven't Found What I'm
Looking For (Nadal nie znalazłem tego, czego szukam).
-?To jeszcze nie znaczy, że my nie znajdziemy -?mruknęła Sonya. -?Ale
tak, masz rację, rozwiązanie samo nam nie spadnie z nieba.
-?Przecież szukamy. Nagle może się okazać, że odkryjemy coś, co nas
nakieruje na coś innego. Szczerze mówiąc, proponuję, żebyśmy od razu po
jedzeniu wybrały sobie jakiś pokój i z marszu przystąpiły do działania.
Sonya mimowolnie obejrzała się za siebie i podniosła wzrok.
-?Tylko który?
Cleo, wodząc spojrzeniem po domu, wzięła do ust kolejne winogrono.
-?Zacznijmy od biura Collina. On był ostatnim, który tu mieszkał i tu
umarł, to po pierwsze. Wiemy już, że przyczyną jego śmierci był zwykły
wypadek. To po drugie. Collin nie zginął z ręki Dobbs, z jej woli ani za
sprawą jej cholernej czarnej magii.
-?Trochę już tam grzebałam, choć niezbyt szczegółowo. Coś mnie
powstrzymuje, czuję się tam jak intruz. Wiem, że to bez sensu, ale cóż.
Cleo poklepała ją po kolanie.
-?To świadczy wyłącznie o twojej wrażliwości. Będziemy to robić z szacunkiem.
-?Jego gabinet to dobry początek. Później przesuniemy się dalej w głąb
domu. Aha, i przy okazji się zorientujesz, czy chciałabyś urządzić tam
sobie biuro.
-?Aha. No dobra. To co?
-?Zaczynamy.
-?Zaniosę przybory do pracowni i spotkamy się w gabinecie.
Sonya poszła z tacą do kuchni, zostawiła ją na blacie i ruszyła najpierw
głównym korytarzem, a następnie przez labirynt pokoi do gabinetu wuja.
To było szalenie miłe miejsce, pomyślała. Przestronne, jasne, z dostępem
dużej ilości naturalnego światła i widokiem na boczną część ogrodu.
Stało w nim wielkie, piękne stare biurko i dwa porządne, obite skórą
fotele -?dla gospodarza i dla gościa. Półki uginały się od książek,
pamiątek i zdjęć. Żadnego z tych przedmiotów Sonya nie miała serca
ruszać.
W kącie wisiał obraz przedstawiający dom autorstwa jej taty.
Jak często, zastanawiała się, Collin spoglądał na ten portret i rozmyślał o okrucieństwie swej babci? O tym, że rozdzieliła osierocone
bliźnięta, żądając, by jej córka wybrała jedno spośród nich i uznała je
za własne?
Patricia Poole nie poniosła kary za swe okrucieństwo. Być może cenę
zapłaciła jej córka, zamknięta w świecie własnych urojeń.
Jeżeli klucz do tajemnicy obrączek skrywała któraś z nich, to na pewno
był on nieosiągalny.
Poszukiwania należało więc zacząć od samego Collina.
Sonya usiadła przy biurku wuja i zrobiła to, na co nie mogła się dotąd
zdobyć: używając kodu, który przekazał jej ojciec Treya, uruchomiła
komputer.
W drzwiach stanęła Cleo z dwoma kartonami.
-?Pomyślałam, że może natkniemy się na jakieś dokumenty, które powinny
iść do Deuce'a i prawników. Albo inne rzeczy, które będziesz chciała im
pokazać.
-?O, na pewno. Szuflady są pełne papierów.
-?W takim razie od nich zacznę.
-?To tu płacił rachunki. I prowadził domową księgowość. Mam wszystkie
jego hasła. -?Stuknęła palcem w kartkę wyjętą ze środkowej szuflady. -
Włożyłam tu listę, żeby mieć je pod ręką, kiedy się wreszcie zmuszę do
przejrzenia jego rzeczy.
Cleo usiadła na podłodze i otworzyła szufladę z przegródkami na
dokumenty.
-?Wszystko opisane i ułożone w porządku alfabetycznym. To, czego moim
zdaniem nie będziesz potrzebować, schowam do pudła do przejrzenia dla
Doyle'ów.
-?Chyba wydrukuję jego pliki, bo chciałabym wyczyścić twardy dysk.
Uważam, że powinnyśmy oddać ten komputer dla potrzebujących. Żadna z nas
go nie wykorzysta.
-?Słuchaj, mam pewien pomysł. Oczyść dysk, owszem, ale może postawmy ten
komputer w jednym z saloników na górze. Można by w nim urządzić coś w rodzaju biura dla gości. Na przykład gdyby Trey lub Owen albo ktoś inny
potrzebował skorzystać.
Sonya wydęła wargi i skinęła głową.
-?Czyli obejmujemy w posiadanie i przysposabiamy kolejny pokój. Świetny
pomysł.
-?Ale biurko zostaje tutaj. Jest przepiękne. Gdybym zdecydowała się
korzystać z tego miejsca, a ty chciałabyś przewiesić obraz taty, to...
-?Nie, chcę, żeby został na swoim miejscu. Mam tu też korespondencję.
Mejle -?zawodowe, ale też do rodziny, co często się pokrywa, rzecz
jasna. O, jest i kalendarz. Pozaznaczane urodziny, rocznice.
Przeglądając zapiski w elektronicznym kalendarzu, Sonya zamarła.
-?Cleo, miał zapisaną datę moich urodzin.
-?Czyli myślał o tobie.
-?Owszem. I dzień urodzin mamy. Rocznicę ślubu rodziców. Myślał o nas
wszystkich.
-?I jak się z tym czujesz?
Po chwili namysłu Sonya się uśmiechnęła.
-?Dobrze. Wspaniale.
-?I to jest właściwa odpowiedź. Zostawiam wszystkie papiery związane z ubezpieczeniem domu, samochodu i sprzętów. Ale jest też jego polisa na
życie i zdrowie, dokumentacja medyczna i tak dalej. Wkładam je do pudła.
-?Tak. Cleo, słuchaj. On sobie stworzył plik o mnie.
-?O tobie?
-?O mojej edukacji -?od przedszkola w górę. Znał nawet adres domu, w którym mieszkałyśmy razem na ostatnim roku studiów. Wiedział o moim
dyplomie, stażu i pracy. O moim szeregowcu w Bostonie. Miał informacje o niektórych kampaniach i projektach, które współtworzyłam. O moich
zaręczynach. I o tym, że zakończyłam pracę w By Design i otworzyłam
własną firmę.
Serce jej się ścisnęło, gdy zauważyła krótką notkę: "Nowy rok, nowy
początek. Skontaktuj się z Sonyą". Niestety zginął, zanim zdążył to
zrobić.
-?Pamiętał i myślał o tobie -?powtórzyła Cleo. -?Śledził, co u ciebie
słychać. Nie odbieram tego jako naruszenie twojej prywatności.
-?Ja też nie. Tak mi przykro, że wyszło, jak wyszło. Dobrze chociaż, że
nie był sam. I nie tylko z powodu duchów. Miał Doyle'ów. Zawsze byli
blisko.
-?Tak.
-?Śledził twój rozwój i zostawił ci swój majątek nie tylko dlatego, że
byłaś córką jego brata bliźniaka, lecz również dlatego, że podobało mu
się to, co o tobie wiedział. Ufał ci.
-?Widzę też inne notki. Na przykład przy informacji o moich zaręczynach:
"Mogła i powinna wybrać lepiej".
-?Punkt dla niego -?parsknęła Cleo.
-?A kiedy otworzyłam firmę Visual Art, napisał: "Idzie naprzód".
-?W tym też się nie mylił.
-?Wiesz co? Mam wrażenie, że kiedy to czytam, przeglądam jego rzeczy,
lepiej go poznaję. -?Odwróciła się razem z krzesłem, by spojrzeć na
przyjaciółkę. -?Polubiłybyśmy go, wiesz? Ja, ty i mama. Na bank.
-?Son, przecież go lubimy.
-?Masz rację. Tak. -?Sonya wypuściła powietrze i odkręciła się z powrotem. -?Dobra. Bierzmy się do roboty.
Przejrzały kolejny folder, potem kolejny i kolejny, a czas płynął. Nagle
Sonyę coś tknęło. Oderwała się od pracy i wyprostowała.
-?Od kiedy zaczęłyśmy, Clover nie dała znaku życia. Przeglądamy rzeczy
jej syna, jego życie. Kawałek po kawałku.
Z pokoju muzycznego dobiegła melodia ze starego gramofonu Victrola.
Cleo uniosła palec.
-?Znam to. Moja grand-m?re to śpiewa. God Bless the Child (Boże,
błogosław temu dziecku). To Billie Holiday. Jeśli mnie pytasz, to ma na
myśli Collina oraz chyba twojego tatę. Ale ciebie też, Son.
-?Pewnie woli nie być świadkiem tego, co robimy. Nie patrzeć. Rozumiem.
Rysuje mi się w głowie coraz wyraźniejszy obraz Collina, a przeglądanie
jego rzeczy w tym pomaga. O, ten plik zawiera listę organizacji non
profit, które regularnie wspierał. Musimy to utrzymać.
Spędziły na przeglądaniu rzeczy Collina prawie dwie godziny. Czytały,
drukowały, rozdzielały na kupki, pakowały do kartonów.
-?Choć zachowujemy komputer, i tak oczyszczę twardy dysk. W tym czasie
zerknijmy jeszcze na półki. W sumie to ty powinnaś je przejrzeć,
zobaczyć, co chcesz tu zostawić -?o ile w ogóle masz zamiar zostawić
cokolwiek.
-?Urządzę je trochę po swojemu, może poprzenoszę część rzeczy do innych
pokojów. W każdym razie uwielbiam ten mosiężny sekstant i ten stary
barometr. Prawdę mówiąc, mam tyle sympatii dla Collina, że chętnie
zostawiłabym tu rzeczy, które lubił.
Clover puściła piosenkę Halla i Oatesa You Make My Dreams (Spełniasz
moje marzenia).
Cleo poklepała telefon w kieszeni.
-?No, on na pewno pomógł spełnić moje.
Sonya otoczyła Cleo ramieniem. Przez chwilę wszystkie trzy namacalnie
czuły łączącą je więź.
-?Słuchaj, coś mi przyszło do głowy -?powiedziała Sonya. -?Tamta szafka.
-?No, piękna jest -?odparła Cleo. -?Chętnie bym zrobiła z niej użytek,
chyba że wolisz ją dokądś przenieść.
-?Nie, nie, tutaj pasuje doskonale, ale na razie pełno w niej pudełek, a w pudełkach zdjęć, wycinków z gazet, artykułów i tak dalej. Jeszcze ich
wszystkich nie przejrzałam. Na razie gdzieś je odłóżmy. Na później.
To powiedziawszy, Sonya podeszła do wysokiej, pięknie rzeźbionej witryny
i otworzyła przeszklone drzwi. Wyjęła pierwsze lepsze pudełko i postawiła je na biurku.
-?Mnóstwo zdjęć i oficjalnych portretów. Pochodzą z wielu dziesiątek lat
i wielu pokoleń z tego, co widzę.
-?Założę się, że planował je kiedyś uporządkować według jakichś
kategorii. -?Cleo uniosła ręce i rozczapierzyła palce. -?Bo powiedz
sama, kto nie ma w głowie tego typu projektu, który by czekał na
odpowiednią chwilę i nastrój?
-?Zgadza się. Na strychu jest więcej zdjęć. Więc mogłybyśmy stworzyć
galerię. Przejrzeć fotki i wybrać te najlepsze, cofając się w czasie tak
daleko, jak się da. Powstałaby galeria rodziny i przyjaciół Poole'ów.
-?Świetny pomysł. Jestem za.
W zielonych oczach Sonyi błyszczały zapał i determinacja.
-?A, i w swoim czasie wykorzystamy też Złoty Pokój. Kiedy już
eksmitujemy bezprawną lokatorkę, i tak nie chciałabym w nim nikogo
gościć. No, po prostu... nie i już. Ale mieć osobny pokój -?i to właśnie
ten, nie inny -?przeznaczony wyłącznie na galerię... wiesz, że na pewno
znajdziemy ferrotypy i miniatury... a gdyby się okazało, że ktoś z rodziny
został pominięty, wykonamy reprodukcje.
-?No, powiem ci, że to genialny plan. Tylko najpierw okadzę ten pokój
białą szałwią. Trzy razy. A potem go opróżnimy i wysprzątamy. Urządzimy
meblami, które znajdziemy w schowkach, i urządzimy w nim galerię. Z mroku wyprowadzimy światło.
-?Wiem, że mój tata tu nie mieszkał, ale tu się urodził. Zawieszę też
jego zdjęcia -?jako chłopca. I zdjęcie ślubne rodziców.
-?Robi się coraz bardziej genialnie -?zaczęła Cleo, a Clover głośno
puściła You're simply the best (Jesteś po prostu najlepsza) Tiny
Turner.
-?Zanieśmy parę tych pudeł do jadalni. Na duży stół.
Kiedy przybyli Owen z Treyem, Sonya i Cleo zdążyły już porozkładać część
zdjęć na stole i nalać sobie po drugim kieliszku wina.
-?Co to ma być? -?spytał Trey.
-?Błyskotliwy pomysł twojej dziewczyny -?odparła Cleo. -?Kiedy już
wykopiemy Dobbs z domu, urządzimy w Złotym Pokoju galerię rodziny i przyjaciół Poole'ów.
-?Spójrz tylko na to, Treyu. -?Sonya wyciągnęła z jednego z pudełek
fotografię. -?To twój tata z Collinem jako dziewiętnasto-,
dwudziestolatkowie. Ależ jesteś do niego podobny! Byli chyba gdzieś na
plaży.
-?Dwóch muskularnych podrywaczy -?wtrąciła Cleo.
Trey z uśmiechem przyglądał się zdjęciu młodych chłopaków w kąpielówkach
na piaszczystej plaży.
-?Pamiętam, jak o tym gadali. To chyba musiało być na studiach, kiedyś w wakacje wybrali się do Outer Banks. Próbowali się nauczyć surfowania,
nic im z tego nie wyszło, ale mieli mnóstwo frajdy.
-?Człowiek w życiu by się nie domyślił, ile w tym domu jest zdjęć. -
Owen przesunął wzrokiem po fotografiach poukładanych wokół blatu. -?Do
którego pokolenia zamierzacie się cofnąć?
-?Do Arthura Poole'a.
Owen podrapał się po brodzie.
-?Wiecie, że za jego czasów nie istniały jeszcze aparaty fotograficzne?
-?Ale były miniatury i wiem, że jakieś znajdziemy. Poza tym są jeszcze
ferrotypy. Ale bez waszej pomocy nie ustalimy, kto jest kim.
Mężczyzna wzruszył ramionami.
-?Z czym dam radę, to pomogę, ale na pewno nie przed jedzeniem.
Przywieźliśmy bułki z homarem.
-?Doskonały wybór. -?Cleo wstała. -?Zjedzmy na tarasie, dobrze? A co
macie do bułek?
-?Sałatkę ziemniaczaną -?odrzekł Trey -?coleslaw i za namową naszej
ulubionej szefowej kuchni serniczki cytrynowe na kruchym spodzie.
-?O, kto jak kto, ale Bree wie, co dobre. -?Cloe, przechodząc, poklepała
Treya po policzku. -?Gdzie czworonożna reszta rodziny?
-?Wszyscy na dworze, z kotem włącznie. -?Owen, który nie zamierzał dać
się zbyć klepnięciem w policzek, przyciągnął ją do siebie i schylił się
do jej ust.
-?Mmm, skoro jesteś aż tak głodny, może pomożesz wynieść naczynia na
taras?
-?Naprawdę mamy z tego wielką frajdę -?powiedziała Sonya, po czym wstała
i zarzuciła Treyowi ręce na szyję. -?Zaczęłyśmy po pracy. Najpierw
porządkowałyśmy gabinet Collina, by Cleo mogła się w nim urządzić.
-?O, dobrze. -?Trey pociągnął Sonyę do kuchni, gdzie wyjął z lodówki po
piwie dla siebie i dla Owena.
-?Mam nadzieję, że nie zmienisz zdania, kiedy się dowiesz, że mamy spore
pudło papierów, z którymi nie wiedziałyśmy, co zrobić, i pomyślałyśmy,
że zwalimy to na barki prawników z kancelarii Doyle'ów.
-?Nie ma sprawy, zajmiemy się tym.
-?Przejrzałam też pliki w komputerze. Opowiem ci o tym przy kolacji. To
w większości same miłe rzeczy i Owen też powinien o nich usłyszeć. A kiedy już skończymy, wyczyszczę dysk i urządzimy w jednym z saloników
gościnne biuro. Każdy, kto nas odwiedzi, będzie mógł z niego skorzystać.
-?Jeszcze lepiej. -?Trey, mierząc Sonyę spojrzeniem, upił łyk piwa. -
Widzę, że nie próżnowałaś.
-?Nie, dzisiaj bardzo potrzebowałam konkretnego zajęcia. A że skończyło
się na planowaniu galerii? Ten pomysł uderza wprost w to, co urządziła
wczoraj Dobbs.
-?Wiesz, jaka jest jedna z nieskończonej, jak się zdaje, listy cech,
które w tobie uwielbiam?
-?Nie mam pojęcia, mów.
Przesunął palcami po jej włosach, których kolor przypominał mu gęsty
syrop klonowy.
-?Że zawsze stajesz na nogi. Cokolwiek cię przygniecie, ty to odrzucasz
i się dźwigasz.
-?No proszę, a miałam nadzieję, że chodzi ci o mój świetny styl i niepowtarzalną osobowość.
-?One też są wysoko na liście.
W tej chwili Sonya dostrzegła w jego spojrzeniu coś, na czego widok
zadrżało jej serce.
Nagle z dworu wpadł z impetem Owen.
-?Mówi, że nie będzie jeść z pojemników na wynos, domaga się talerzy,
misek i tak dalej.
Wychwyciwszy w powietrzu wyjątkowy nastrój, spojrzał na Treya, a potem
na Sonyę.
-?Co?
-?Nic, tylko podziwiałem tę damę.
Ponieważ czar prysł, Sonya rozpromieniła się w uśmiechu.
-?Przydadzą się też sztućce do serwowania. A ponieważ Cleo to Cleo, weź
jeszcze ostry sos.
Świetnie znając przyjaciółkę, sama sięgnęła po płócienne serwetki.
Podczas pysznej kolacji, którą rozkoszowali się pod gołym niebem, Sonya
i Cleo wtajemniczyły Owena i Treya w to, co się zdarzyło w ciągu dnia.
-?Więc kiedy ja skończyłam pracę, a Cleo tę cudną akwarelę,
postanowiłyśmy wziąć się za gabinet Collina.
-?Właśnie słyszałem. -?Owen ugryzł bułkę z homarem.
-?Sonya zajęła się tym, co na biurku, a ja tym, co w szufladach. Twój
wujek był niesamowicie porządnym gościem.
-?Trzymał się swoich zasad. Każde urządzenie w tym domu -?czy to
elektronika, czy kotły i piece grzewcze -?ma oznaczoną datę zakupu i instrukcję. W razie konieczności naprawy czy konserwacji wszystko jest
pod ręką.
-?Nudy.
Sonya, patrząc na Owena, pokręciła ze śmiechem głową.
-?Cleo z natury odrzuca takie rzeczy.
-?Po co mi instrukcja, skoro mogę zamówić fachowca, który przyjedzie i mi to naprawi? A kiedy naprawi, to to coś zacznie znowu działać? Ale
znając Sonyę, absolutnie niczego nie wyrzuciłam.
-?Pliki z komputera. Korespondencja. Wydrukowałam mejle, które
pomyślałam, że mogą się komuś przydać, i te, które warto zachować ze
względów sentymentalnych. Collin stworzył cały plik na mój temat. Nie
wydajesz się zdziwiony -?zwróciła się do Treya. -?Wiedziałeś o tym?
-?Domyślałem się. Tata wspominał, że śledzi twoje losy. A ponieważ z natury był taki porządnicki, założył sobie plik. Czy to ci jakoś
przeszkadza?
-?Nie. Pomyślałam sobie, że gdyby w moim życiu stało się coś złego,
gdybym znalazła się w tarapatach i potrzebowała pomocy -?ale tak
naprawdę potrzebowała -?wkroczyłby do akcji. Dodawał też sobie w różnych
miejscach notki na mój temat i to jest... takie miłe. Oprócz tego
znalazłam plik z informacjami o dorocznych darowiznach, więc chciałabym
je kontynuować. Czy można to zrobić tak, by Collin nadal był wymieniony
jako ofiarodawca?
Poruszony Trey nakrył dłoń jej dłonią.
-?Da się to załatwić, jasne.
-?Świetnie. I właśnie to wszystko naprowadziło nas na pomysł zdjęć, a wtedy zjawiliście się wy.
-?Lubię ten gabinet -?odezwała się Cleo. -?Nie chciałam tak od razu się
w nim urządzać, bo wydawało mi się to niestosowne. Ale po tym, jak dziś
spędziłam tam tyle czasu, już nie mam oporów. Uważam, że lepiej nie
mieszać biurokracji ze sztuką. Strasznie się przez to rozpraszam.
-?Serio?
Cleo spiorunowała Owena wzrokiem.
-?Zabawne. Identyczna wydajność we wszystkich dziedzinach oznaczałaby
doskonałość. A każdy, kto chce być doskonały, jest głupi. Ja głupia nie
jestem. -?Uniosła kieliszek i upiła łyk. -?Za to zrobiłam się dziwnie
romantyczna. W każdym razie miałyśmy boski dzień.
-?Poza serią trzaśnięć drzwiami nic więcej z siebie nie wykrzesała.
-?Och, połomotała trochę w ściany na górze. -?Cleo lekceważąco machnęła
ręką. -?Słabizna.
-?Nigdy nie będzie silniejsza od was obu. -?Dla podkreślenia swych słów
Trey uniósł piwo jak do toastu. -?Wredniejsza tak, silniejsza -?nie. A wy dzień po dniu wyciskacie z niej coraz więcej. Chociażby przez to, że
tu teraz siedzimy, jemy pyszne żarcie, a po podwórku biegają wesołe
zwierzaki. To wszystko się liczy.
-?Sprzątanie gabinetu Collina też ma znaczenie -?zauważył Owen. -
Zresztą i tak kiedyś trzeba było to zrobić. Collin uwielbiał swoje
biurko. Bo kto by nie kochał takiego mebla? To lity mahoń. Było wykonane
na zamówienie dla któregoś z Poole'ów -?nie pamiętam już w tej chwili
dla kogo, ale pod koniec dziewiętnastego wieku, bliżej przełomu stuleci.
Jest w idealnym stanie.
Uniósł szklankę do ust, po czym ją odstawił.
-?Zatrzymujesz je, prawda? Na miejscu, w gabinecie?
-?Co, boisz się, że waży tysiąc ton, a my będziemy wam kazały je
dźwigać?
-?Owszem, ja się boję -?wtrącił natychmiast Trey. -?Mój kręgosłup i ja
drżymy na samą myśl.
-?To również, ale przede wszystkim chodzi o to, że idealnie pasuje do
tego pokoju. Daj spokój, Treyu, ono musi tam zostać i już. Jest
wspaniałe.
Cleo, szczerze rozbawiona jego troską o mebel, uniosła brwi.
-?W takim razie na pewno się ucieszysz, że jestem tego samego zdania co
ty. Poczułam to od razu. Teraz mam dwa wspaniałe biurka. I nie będziecie
musieli nic targać po schodach.
-?Dobrze. Bardzo dobrze. -?Mówiąc to, nie spuszczał swych zielonych oczu
z jej bursztynowych. -?A ta witryna? Z czasów króla Jakuba Pierwszego.
-?Też zostaje.
Na tę wieść Owen rozluźnił się na tyle, by móc znowu pociągnąć z butelki.
-?Słuszna decyzja.
-?Ej, patrzcie na to. -?Trey wskazał brodą na trawnik, na którym psy po
krótkim odpoczynku znów rozpoczęły gonitwę. -?Kotka jedzie na Mookiem.
Wskoczyła mu na grzbiet.
-?Pasażerka na gapę. -?Owen się zaśmiał. -?A Mooksowi w to graj.
Zobaczcie, jaki szczęśliwy.
Cleo zaśmiewała się z widowiska.
-?Mała przejażdżka, proszę pani? To zapraszam!
Rozdział 3
Posiedzieli jeszcze trochę nad ciasteczkami i cappuccino, po czym
przenieśli się do jadalni.
Dzięki Owenowi i przygotowanej przez Deuce'a księdze rodzinnej Poole'ów
zidentyfikowali niektóre z osób na fotografiach.
-?Co do tych tutaj nie mam pewności. Większości nie znałem, zmarli,
zanim się urodziłem. Jest szansa, że Clarice i Connor będą umieli ich
rozpoznać. I może Mike -?dodał Owen, robiąc w myślach przegląd kuzynów.
-?Może, ale zacząłbym od Clarice. Ona najbardziej interesowała się
rodziną.
-?Mogłabym ją tu zaprosić, żeby na nie spojrzała -?odrzekła Sonya. -?Ale
pudeł ze zdjęciami jest tak dużo, że jak to zobaczy, to się załamie.
-?Lepiej daj mi ze dwa, trzy, to jej podrzucę. Przejrzy je sobie na
spokojnie. Wtajemniczę ją, w czym rzecz.
-?Tylko powiedz, że nie ma pośpiechu. Przyniosę jeszcze jedno puste
pudełko. Do jednego będziemy wkładać zdjęcia osób, które rozpoznajemy, a do drugiego -?tych, które chciałybyśmy oprawić i wyeksponować, ale nie
wiemy, kto to jest. I to zawieziesz Clarice. Trzecie pudełko będzie na
zdjęcia, których nie planujemy wykorzystać.
-?Proszę, to się nazywa skuteczność Poole'ów -?odezwał się Trey.
-?Co poradzę -?westchnęła Sonya.
-?Mnie też daj jedno pudełko -?rzekł Owen. -?Poproszę rodziców, żeby
zerknęli.
-?O, świetnie. W swoim czasie chętnie opiszę wszystkie, więc to byłby
dobry początek. Idę po kolejne pudełko.
Kiedy Sonya poszła do gabinetu, by wziąć z biurka następny karton ze
zdjęciami, zauważyła, że jeden z nich jest odsunięty na bok. Na leżącej
na wierzchu fotografii rozpoznała Johannę.
-?Dobra, Clover, jasne.
Jej telefon natychmiast odpowiedział: It Wasn't Me (To nie byłam
ja).
-?Jeśli nie ty, to... kto? -?Sonya podniosła zdjęcie. -?Johanna? Może.
Zresztą nieważne. Biorę ten.
Zaniosła go do jadalni.
-?Clover. Nadal gra na moim telefonie.
-?Wybrała Chucka Berry'ego -?zauważył Owen.
-?Nie mam pojęcia, kto to zrobił, ale ona od razu odpowiedziała: "To nie
ja". To pudełko stało odsunięte na bok, a to zdjęcie leżało na wierzchu.
Trey wziął fotografię do ręki.
-?Johanna. Może ona też ci teraz pomaga.
-?Albo sam Collin -?dorzucił Owen.
-?To krzepiąca myśl. -?Cleo wskazała na niego ręką. -?Jeżeli Collin
nadal tu jest -?a jest na pewno -?to chce wtrącić swoje trzy grosze. Tak
by się przynajmniej zdawało.
-?Nieważne, kto to był, ważne, że to pudełko ma być przejrzane jako
następne.
Usiadła, zdjęła pokrywkę i jej oczom ukazało się więcej zdjęć Johanny,
Johanny z Collinem i ich obojga z rodzicami Treya.
-?O, to ty, Treyu? Tu u Collina na rękach?
-?Tak, rodzice też mają tę odbitkę. Johanna trzyma Annę, a Collin -
mnie. To musiało być na krótko przed ich ślubem.
-?Zdecydowanie idzie do galerii.
Sonya wyciągnęła z pudełka plik zdjęć i zanurzyła rękę głębiej.
-?Czekajcie! Są ferrotypy i... Tak! Miniaturki! Oprawione! -?Wyjąwszy je,
delikatnie rozłożyła je na stole. -?To! O, mój Boże!
-?Siedem panien młodych -?dokończył za nią Trey. -?Czyli wszystkie.
Uwaga -?i nie były tu wcześniej przechowywane. Nie widziałem tej pozycji
w spisie inwentarza. -?Przeglądając podobizny, kręcił głową. -?Nie, nie
ma mowy. Zapamiętałbym, gdybym to widział. Sprawdzaliśmy każde pudełko,
widzieliśmy te wszystkie zdjęcia, ale niczego takiego przedtem nie było.
-?Nie wiemy, czy to trop do rozwiązania zagadki, ale to wielkie
odkrycie. I ogromna pomoc w przygotowaniu galerii.
-?To Clover -?mruknęła Sonya, podnosząc jedną z fotografii. -?Clover i Charlie w dniu swojego ślubu. Widziałam ich we śnie. Widziałam, jak
tańczyli na łące.
-?Wyglądają na takich szczęśliwych -?dodała Cleo. -?Młodych i szczęśliwych.
Clover zagrała Wedding Song (Piosenkę ślubną) Boba Dylana.
-?Oprawimy je i trafi do galerii, ale przedtem wyeksponujemy je gdzie
indziej -?powiedziała Sonya. -?Ślubne zdjęcie Collina i Johanny też. I wszystkie inne portrety ślubne, które znajdziemy.
-?O, to również. To Lisbeth, prawda? Piąta panna młoda. Oficjalne
zdjęcie ze ślubu. -?Owen podniósł fotografię w górę.
-?Tak. Boże, jaka ona promienna. Dosłownie czuć, jak grzeje ten blask.
-?Mam Agathę i Owena. Bardzo oficjalne ujęcie. Ale z nich przystojna
para -?dodała Cleo. -?O, jest kolejne. Drugie małżeństwo Owena. Owen i Moria. Wiecie co? Widać, że ani ona, ani on nie są specjalnie
szczęśliwi.
-?Mam tu ferrotyp -?wtrącił Trey. -?To Marianne i Hugh.
-?Miniaturki. Catherine, druga panna młoda. Nie ze ślubu, ale wtedy nie
było czasu na pozowanie, bo przecież zmarła w noc poślubną. I Astrid -
to musiało zostać zrobione przed ceremonią. Może to prezent dla Collina,
bo widać spory fragment sukni. To na pewno suknia ślubna.
-?Więc mamy je wszystkie -?powiedziała Cleo. -?Siedem panien młodych.
-?I dużo więcej -?dodał Trey. -?Na przykład portret Clover przed domem.
-?Jak kobiety mogą dźwigać taki balast? -?zastanawiał się Owen. -?Ten
brzuch ciążowy jest wielki jak góra.
-?Mamy kręgosłupy ze stali, nie wiedziałeś? -?wyjaśniła mu Cleo. -?Na
ziemi leży śnieg, Clover ma śnieg we włosach. Śmieje się.
Clover zagrała piosenkę Cosmic Charlie (Kosmiczny Charlie) grupy
Grateful Dead.
-?Świetny utwór -?rzekł Owen.
-?Niedługo po tym musiały przyjść na świat bliźniaki. Patricia Poole nie
widziała tych zdjęć -?rzekł Trey. -?Kiedy próbowała wymazać Clover i twojego tatę z historii Poole'ów, nie wiedziała o istnieniu tych
fotografii. Lub nie wiedział o nich ten, którego tu przysłała, bo jej
stopa nigdy nie postała w tym domu.
-?Mimo to nie pominę jej w galerii.
-?Osobiście bym się nie obraził, gdybyś to zrobiła -?rzucił Owen.
-?Nie zrobię tego, bo stanowi część całej historii. Niechlubną, ale
jednak część. Zawieszę najbrzydsze jej zdjęcie, jakie znajdziemy.
Trey wyszczerzył do niej zęby.
-?Widzę, że i ty potrafisz być jędzą.
-?A co? Potrafię! Ale na razie nie zamierzam zaprzątać sobie tym głowy.
Ani myśleć o Patricii Poole. Mamy tu wszystkie panny młode, więc oto
rozpoczynam poszukiwania ramek pasujących do każdego z wybranych zdjęć.
Zarówno panien młodych, jak i pozostałych osób.
-?A kiedy ta wiedźma stąd zniknie, pozawieszamy je na ścianach i zmienimy Złoty Pokój w dobre, pozytywne, ważne miejsce.
Trzasnęło kilkoro drzwi, a lekki powiew zakołysał żyrandolem nad ich
głowami.
Sonya rzuciła złowrogie spojrzenie na sufit.
-?Tak, o tobie mówię -?sarknęła. -?Uważaj, bo jesteś na wylocie. Lepiej
przywyknij do tej myśli.
I znowu Trey nakrył dłoń Sonyi swoją.
-?To może trochę potrwać, skarbie.
-?Nieważne kiedy: dziś, za tydzień czy za rok, ale zniknie stąd, to
pewne. A dzięki tym zdjęciom mam teraz nowy cel.
-?Możesz już zacząć myśleć nad projektem ekspozycji. Rozplanować ją
sobie w głowie, opracować układ zdjęć -?wtrącił Owen. -?Kiedy już
wybierzesz konkretne fotografie i poznasz wymiary i kształty ram, trzeba
będzie to wszystko rozrysować.
-?Nie zapominaj, że jestem graficzką. Podołam. Ale dobrą radą nigdy nie
pogardzę. Mówię do was wszystkich. Mam na myśli wszystkich. -?Rozłożyła
szeroko ramiona, jakby chciała objąć cały dom. -?Wszelkie pomysły mile
widziane.
-?Mam ich bez liku. Ale na razie idę na górę. -?Cleo, wstając, spojrzała
na Owena. -?Mała przejażdżka, proszę pana? To zapraszam!
Ruszyła przed siebie, a gdy Owen wstał, dogonił ją i znienacka porwał na
ręce, wybuchła śmiechem.
-?To niesamowite, co robisz, Sonyu. Bierzesz na siebie wielkie rzeczy.
-?Jestem im to winna. -?Dziewczyna delikatnie przeciągnęła opuszkiem
palca po zdjęciach. -?Im wszystkim. Nawet Patricii. Gdyby nie postąpiła
tak, jak postąpiła, moi dziadkowie nie mieliby ukochanego syna. Mojego
taty. Ani oczywiście mamy, ani mnie. A my troje nie wiedlibyśmy
szczęśliwego życia w Bostonie. Być może wcale nie przyszłabym na świat.
A jeśli nawet bym przyszła, moje życie i tak wyglądałoby inaczej. A przecież lubię swoje życie. Dlatego jestem im to winna.
Uśmiechnęła się.
-?Następny odsiew jutro. Przygotuję pudełko dla Clarice i drugie dla
twoich rodziców. Nie miałam pojęcia, że zrobiło się tak późno. Co
sądzisz o tym, by pójść ze mną na górę i przypomnieć mi, dlaczego między
innymi tak bardzo kocham swoje obecne życie?
* * *
Obudziła się o trzeciej, ale nie lunatykowała. Słyszała ulotną grę
pianina, cichy szloch, pomruki i westchnienia tych, którzy nie znali
odpoczynku.
Choć lustro jej nie wzywało, usiadła i ścisnęła dłoń Treya.
-?Nie śpię -?powiedziała. -?Jestem świadoma. Chcę zobaczyć Dobbs.
Mężczyzna wstał i podszedł z nią do drzwi balkonowych.
Hester Dobbs stała na nadbrzeżnym murku. Silny wiatr szarpał jej czarną
suknią i mierzwił włosy. Była zwrócona twarzą do morza -?tak jak każdej
nocy od ponad dwóch wieków.
By przypieczętować klątwę, rzuconą na przyszłe panny młode, uniosła ręce
ku niebu. I skoczyła.
-?Czy ona to czuje? -?zastanawiała się Sonya. -?Noc w noc? Czy czuje
wiatr na skórze? Upadek i ból, gdy jej ciało roztrzaskuje się o skały?
Czy czuje ten szokujący moment zderzenia i ziąb obmywającej ją wody?
-?Myślę, że tak. Myślę, że musi to czuć.
-?Musi?
-?Tak, żeby klątwa działała, a ona -?żeby mogła zatrzymać to miejsce dla
siebie. Może nie była szalona, uwodząc Collina Poole'a. Może była tylko
na wpół szalona, mordując Arthura.
Odwracając się, delikatnie popchnął Sonyę z powrotem do łóżka.
-?Natomiast z całą pewnością była obłąkana, zabijając Astrid i rzucając
klątwę. A w pomyśle, by tu wrócić i przypieczętować czar własną krwią,
nie ma krzty sensu.
-?Więc myślisz, że ona chce to czuć. Co noc? Tak?
W łóżku przyciągnął ją do siebie.
-?Tak. Tak uważam.
-?Bo w tym obłędzie upatruje swej siły. To jej wybór, jej krew. Dzięki
niej pozostaje w domu swoich marzeń. I w tym szaleństwie to jest dla
niej najważniejsze. Nie liczy się nic innego, tylko to, że tu króluje.
Na wieki.
-?Mimo że wcale nie króluje. -?Trey musnął ją wargami w czoło -?tyleż
kojąco, co stanowczo. -?I nigdy nie będzie.
-?Nie, nie będzie. Znowu wszystko ucichło. W domu panuje spokój.
-?Dasz radę zasnąć?
-?Tak.
Zamknąwszy oczy, Sonya wślizgnęła się w ciszę.
* * *
Decyzja, by poćwiczyć rano w siłowni, wynikała poniekąd z potrzeby
dotrzymania narzuconej sobie codziennej rutyny, a poniekąd z przekory.
Sonya ucieszyła się jednak, widząc, że Pye i Yoda idą za nią na dół.
Kiedy otworzyła drzwi dla służby, we trójkę zgodnie ruszyli po schodach,
po czym udali się w stronę dobrze wyposażonej siłowni.
Wuj, pomyślała, zaprojektował ten dom w sposób doskonały. Przystosował
go do swoich potrzeb, lecz zrobił to z pełnym poszanowaniem historii.
-?Ja wyznaję tę samą zasadę -?powiedziała sobie.
Spojrzała na stojak z ciężarkami i skinęła głową.
-?Uhm, wzmacniamy mięśnie. Wprawdzie ta walka toczy się raczej w sferze
psychicznej, a nie fizycznej, ale wszyscy wiedzą, że one obie się łączą.
A przynajmniej tak w kółko powtarza ten nadaktywny, napakowany trener na
filmikach. Więc proszę, dziś lecimy z sesją dla zaawansowanych.
Włączyła telewizor i wybrała odpowiedni film z treningiem.
-?Pięćdziesiąt sześć minut? O, matko, może to trochę za ambitne dla
taki...
Przerwał jej gwałtowny brzęk dzwonka wzywającego służbę.
Do Złotego Pokoju.
-?Ha, dalej, dzwoń sobie! -?wrzasnęła Sonya. -?Trać czas i energię. Ja
swoich nie tracę, tylko robię z nich użytek.
Zaczęła ćwiczyć.
-?Może będę tego żałować -?mruknęła pod nosem. -?Ale co tam. Raz się
żyje.
Dwadzieścia minut później, zlana potem, już żałowała. Ale nie zamierzała
się poddać -?między innymi dlatego, że dzwonek nie przestawał dzwonić.
Po półgodzinie zrobiła przerwę na parę łyków wody, które wchłonęła
niczym wielbłąd na pustyni. Otarła też czoło ręcznikiem. Zauważyła, że
dzwonienie ustało.
Napędzana satysfakcją, że przetrzymała Dobbs, wcisnęła "Play", wróciła
na matę i trenowała dalej.
Co z tego, że spocona jak mysz, jęcząc, leżała na podłodze, skoro
wykonała cały trening do końca?
Yoda przydreptał i położył się obok niej. Kotka zwinęła się na ławeczce
i omiotła ich spojrzeniem pełnym wzgardy.
-?I co, które z was pomoże mi wstać?
Ponieważ nie zgłosiło się żadne, Sonya samodzielnie dźwignęła się do
pozycji siedzącej, a następnie wymusiła na sobie dziesięciominutową
sesję rozciągania.
Kiedy równym krokiem, nie powłócząc nogami, weszła z powrotem na górę,
uznała, że zasługuje na miano prawdziwej twardzielki.
Wróciwszy do kuchni, by napełnić butelkę wodą, ze zdziwieniem zastała
przy blacie Cleo. Przyjaciółka siedziała już z kawą i podgrzanym w tosterze ciastkiem francuskim.
-?O, wcześnie dziś wstałaś.
-?Nie tak wcześnie jak ty, rzecz jasna. Co, brałaś prysznic w ubraniu?
-?Nie. Zrobiłam trening Mocne mięśnie. -?Nadal zdyszana Sonya
przycisnęła rękę do serca. -?Był brutalny. Ale Dobbs nie przestawała
dzwonić tym swoim cholernym dzwonkiem. W końcu odpuściła. Ja nie.
-?I taką Sonyę znam. Ja z kolei wstałam, bo poczułam zew morza. Mam
wielką ochotę na rejs. Zapraszam na pokład, jeśli masz ochotę.
-?Chciałabym, ale i tak już spóźniłam się do pracy -?ponieważ planuję co
najmniej dwugodzinny prysznic.
-?Jak zwykle ponad miarę odpowiedzialna. W takim razie sama wyprowadzam
"Syrenę" w morze. Po południu zapowiadają burze, więc najpierw
pożegluję, a potem wstąpię po zakupy i załatwię parę spraw, tak by nim
nadejdzie burza, spokojnie być już przy sztalugach w pracowni.
-?Muszę przyznać, że też widzę w tym pewną odpowiedzialność. Dobrze, że
idziesz pożeglować. -?Uznawszy, że zasłużyła na nagrodę, Sonya otworzyła
lodówkę i sięgnęła po colę. -?To byłoby skrajnie nieodpowiedzialne mieć
taką cudną łódkę i z niej nie korzystać.
-?Święte słowa. Obie jesteśmy kobietami odpowiedzialnymi. A co ty na to,
by na jakiś czas zmienić się w kobiety zwyczajne, skoro obaj faceci dziś
pracują? Mam pewien plan.
-?Zdradź mi go, tylko szybko, zanim cały ten pot ze mnie spłynie i zostawi kałużę na podłodze.
-?Ogromna babska sałatka na kolację. Solidna sesja sortowania zdjęć. A następnie gigantyczna micha słonego popcornu z masełkiem, butelka wina i łzawy seans filmowy w piżamach.
-?I pomyśleć, że to tylko jeden z pierdyliarda powodów, dla których
jesteś moją przyjaciółką. Wchodzę w to. A jednocześnie wchodzę pod
prysznic. Pomyślnych wiatrów.
Po cudownie kojącym prysznicu Sonya wrzuciła na siebie dresowe spodenki,
koszulkę i zlekceważywszy fryzurę, ściągnęła wilgotne nadal włosy w koński ogon.
Kiedy usiadła za biurkiem, a Yoda położył się u jej stóp, poruszyła
kilka razy obolałymi barkami.
-?Czuję się cholernie silna i sprawcza. Dobra, Clover, lecimy z tą
robotą.
Z tabletu zagrzmiała piosenka Destiny's Child Independent Women Part I
(Niezależne Kobiety Część I).
-?Tak jest! Zgadza się! To ja!
Właśnie uruchomiła komputer, gdy na jej telefon przyszła wiadomość.
To ktoś z zespołu do spraw reklamy Ryder Sport poprosił o spotkanie
online o dziesiątej.
-?O, w mordę.
Odpowiedziała, że oczywiście, nie ma sprawy, i sięgnęła po awaryjny
zestaw do makijażu.
-?Niezależna, owszem, ale żadnych spotkań biznesowych bez poprawnego
wizerunku.
Sprawnie odpowiedziała na bieżące mejle i zajęła się przygotowaniem
oferty kampanii reklamowej dla jednej z miejscowych firm.
-?Dobra, Clover, teraz cicho. Niczego nie puszczaj.
Znowu poruszyła barkami i kliknęła w link do spotkania.
Powitał ją Burt Springer.
-?Dzień dobry, Sonyu! Dzięki, że się zgodziłaś na takie nagłe spotkanie.
-?Nie ma sprawy. Miło mi was wszystkich widzieć.
Słowo "wszyscy" oznaczało w tym wypadku cały zespół wraz z Mirandą Ryder
-?słynącą z chłodu i opanowania prezeską -?włącznie.
-?Musimy omówić postępy prac nad kampanią, ale nim do tego przejdziemy,
mamy do ciebie sprawę. Materiały graficzne, które stworzyłaś, to znaczy
fotografie zwyczajnych ludzi używających sprzętu Ryder w codziennym
życiu, są sercem całej kampanii. Chcielibyśmy to jeszcze bardziej
rozwinąć.
-?W porządku.
-?Weźmy choćby tego młodego człowieka w garniturze, który jedzie na
rowerze do pracy. To ktoś z miejscowych? Myślisz, że byłby jeszcze
dostępny?
-?To Eddie. Pracuje w kancelarii prawnej Doyle'ów, jest tam na stażu. W każdej chwili mogę z nim porozmawiać. Mam też inne jego zdjęcia.
Może ciało i psychika rzeczywiście są ze sobą połączone, pomyślała
Sonya, i postanowiła posunąć się o krok naprzód.
-?Ale zakładam, że nie potrzebujecie podobnych zdjęć, tylko czegoś
zupełnie innego -?w innym stroju, o innej porze dnia, w czasie innej
aktywności? Tak, dobrze myślę?
-?Złapałaś to w mig.
-?W codziennym stroju, jak idzie ze znajomymi na pizzę? Albo wieczorem,
z dziewczyną? Jadą na rowerach obejrzeć zachód słońca? Coś takiego.
-?Z dziewczyną na zachód słońca, na rowerze? -?Livvy z działu PR
przyłożyła sobie dwa palce wskazujące z dwóch stron głowy. -?Genialne.
-?Chcielibyśmy go wyposażyć w buty Ryder i akcesoria. Ty zbierzesz dane,
jeśli chodzi o rozmiar, a my wszystko przyślemy -?rzekł Burt. -?Dalej na
liście jest twoja urocza, przemiła przyjaciółka Cleo.
-?W jej imieniu mogę się akurat wypowiedzieć, bo wiem, że się zgodzi. Na
pewno. Więcej jogi? Inne pozycje, w innych strojach? Może coś na
zewnątrz? Cleo ma też cudną małą żaglówkę. Kupiła już nawet kamizelkę
ratunkową waszej firmy, ale można by dodać coś jeszcze.
Z piętra wyżej dobiegł łomot. Sonya zacisnęła pięść pod biurkiem, a Yoda
wbił się między jej nogi.
Miranda Ryder uniosła brwi.
-?Coś się tam dzieje, Sonyu?
-?Nie, nic, to tylko wiatr. Zapowiadano u nas burze.
-?Jest taki hałas, jakby to była burza w środku domu.
-?Rzeczywiście. Chcę powiedzieć, że to fantastyczny pomysł. Na pewno
znajdę dobrego fotografa. Skontaktuję się z Eddiem. Co do rozmiarów
Cleo, to mogę podać je od razu. Czy chcielibyście dodać coś jeszcze?
Łomoty ustały, kiedy Sonya zaczęła tworzyć listę. Tym razem odezwał się
gong u drzwi.
-?Przepraszam na moment.
Natychmiast wstała. Choć wiedziała, że to Dobbs, na wszelki wypadek
wyjrzała przez okno. Później podeszła do harmonijkowych drzwi biblioteki
i szczelnie je zasunęła.
To przynajmniej trochę stłumiło hałasy.
-?Jeszcze raz przepraszam -?powiedziała, usiadłszy z powrotem za
biurkiem. -?Gong się zepsuł, muszę go wreszcie naprawić. Jak to w starym
domu, ciągle coś. -?Uśmiechnęła się.
-?Może jest nie tylko stary, ale i nawiedzony. -?Burt się zaśmiał.
-?O, co do tego nie ma wątpliwości. -?Sonya odpowiedziała krótkim,
naturalnym śmiechem. -?To tylko dodaje mu uroku.
Poczyniła notatki, zaproponowała kilka własnych pomysłów. A kiedy w domu
z powrotem zapadła cisza, poczuła się tak samo jak rano w siłowni.
Przetrzymała Dobbs.
Napad wściekłości wiedźmy trwał ponad godzinę i składał się między innym
z kilku wrednych trzaśnięć drzwiami, ale Sonya zdołała go przetrwać. I czuła wielką satysfakcję na myśl, że spłynął po niej jak woda po kaczce.
Kiedy skończyła spotkanie, opadła na oparcie i przymknęła oczy.
Clover pogratulowała jej piosenką Rain on Me (Pada na mnie) Lady
Gagi i Ariany Grande.
-?Tak, przetrwałam burzę. -?Sonya wsunęła rękę pod biurko, chcąc
pogłaskać Yodę. -?A właściwie przetrwaliśmy ją wszyscy razem. A teraz
mam mnóstwo nowej, nieprzewidzianej pracy. To dobrze! Najpierw załatwię
telefony. Przede wszystkim muszę zabukować usługi mamy Treya i jej
aparatu.
Ale jeszcze przez chwilę siedziała bez ruchu, z przymkniętymi powiekami,
pod którymi widziała już nowe zdjęcia do kampanii. Miała pomysł, jak
zilustruje hasło: "I w pracy, i w życiu Ryder jest z tobą".
Otworzyła listę kontaktów i zaczęła dzwonić.
Gdy załatwiła mniej więcej połowę spraw, Yoda rzucił jej TO SPOJRZENIE.
-?Dobra, już idziemy -?powiedziała. -?I tak potrzebuję nowego zastrzyku
kofeiny.
Na widok piłeczki przygotowanej na kuchennej wyspie parsknęła śmiechem.
-?Spoko, Jacku. Porzucam mu.
Wyjęła colę i wyszła na dwór pobawić się z psem, po czym, spokojna, że
Jack będzie kontynuował trening aportowania i porządnie zmęczy Yodę,
wróciła do biblioteki.
Tam wysłała wiadomość do Treya i Owena. Uznała, że w tym przypadku
lepiej sprawdzi się forma oznajmująca niż prośba.
Ryder postanowił rozszerzyć kampanię wizualną. Zamówili więcej zdjęć!
Które zrobi Corrine. Ona też skontaktuje się z każdym z was, by ustalić
termin. Tymczasem ja muszę wiedzieć, jakie nosicie rozmiary. Buty,
spodnie, koszule. Obiecuję, że będzie bezboleśnie. A ciuchy zostają dla
was.
Odłożywszy telefon, zajęła się pisaniem mejla. Gdy nadeszła pierwsza
wiadomość, zerknęła na ekran smartfonu. Owen odpowiedział:
O mamo, serio?
Sonya, nie przerywając pisania, tylko się uśmiechnęła. Za chwilę
nadeszła druga wiadomość -?od Treya.
Serio, musisz mi to robić?
Wysłała mejl, po czym odpowiedziała na dwa esemesy jednocześnie.
Tak, mój ulubiony kuzynie, serio. Dostaniesz darmowe buty! I nie ja wam
to robię, tylko wy sami sobie. Trzeba było nie być takim przystojnym i fotogenicznym. Ale w podziękowaniu nauczę się gotować jakieś nowe męskie
letnie danie.
Owen odpowiedział jako pierwszy.
Kanapki z szarpaną wieprzowiną, domowe frytki, grillowana kukurydza.
Kruche ciasto z truskawkami.
Trey odpowiedział drugi.
Jeśli myślisz, że dam się przekupić jedzeniem, to raczej masz rację.
Jasne. Do soboty!
Nie mając pojęcia, na co się zgodziła, napisała do Cleo.
Możesz się dowiedzieć, czy twoja mama lub grand-m?re mają przepis na
szarpaną wieprzowinę, domowe frytki, kukurydzę z grilla i kruche ciasto
z truskawkami? Jeśli nie, zapytam Bree, swoją mamę lub wujka Google'a. A następnie: czy możesz kupić wszystkie składniki tych dań? Porcja dla
czterech osób. Wyjaśnię później.
Mama i babcia mają przepisy. Pye i ja właśnie zakończyłyśmy cudny rejs.
Żądam wyjaśnień. Będę w domu za jakieś dwie godziny.
Sonya potwierdziła emotką serduszka i wróciła do pracy.
Kiedy skończyła ustalenia w sprawie kontynuacji kampanii, zajęła się
zleceniami od innych klientów.
Kto by się spodziewał, że po niecałym roku od założenia firmy dorobi się
już sporego grona klientów? A jej życie zawodowe będzie się układać
spokojnie i harmonijnie, przynosząc wyzwania i satysfakcję?
Jeżeli lista klientów będzie dalej rosnąć, myślała, a praca -?płynąć tak
gładko, jak do tej pory, będę chyba musiała pomyśleć o zatrudnieniu
asystentki. Na część etatu i raczej zdalnie -?tak byłoby najsensowniej,
zważywszy na okoliczności.
Yoda wrócił, lecz zamiast zwinąć się pod biurkiem, po prostu zwalił się
na dywanik i natychmiast zapadł w sen.
Po dziesięciu minutach zza otwartego okna dobiegł warkot silnika. Sonya
zostawiła śpiącego psa w bibliotece i zeszła na dół pomóc przyjaciółce
wnieść torby z zakupami.
-?Sporo tego -?oświadczyła Cleo. -?Część rzeczy miałyśmy, ale i tak
wyszło sporo. -?Wręczyła Sonyi dwie siatki. -?Robimy szarpaną
wieprzowinę?
-?Zasadniczo robię ja, jako że zawarłam układ. Ale nie ukrywam, że liczę
na twoją pomoc. O, masz kwiaty!
-?Tak, mam kwiaty. Zawiozłam do Bay Arts dwa kolejne obrazy, kupiłam
sobie śliczne sandałki, których wcale nie potrzebuję, ale których bardzo
pragnę, oraz wstąpiłam do piekarni, więc prócz popcornu mamy też
brownie.
Podczas gdy Cleo zdawała relację z pobytu w miasteczku, przeszły do
kuchni, zostawiły rzeczy i wróciły po kolejne. Pye uznała, że najwyższy
czas udać się na drzemkę i zgrabnym truchtem wbiegła po schodach na
górę.
-?Dobrze, to mów, po co kupowałam łopatkę wieprzową bez kości?
-?Przekupiłam Owena i Treya. Ryder prosi o więcej zdjęć.
Cleo zmarszczyła czoło.
-?Nie podobają im się te, które dostali?
-?Przeciwnie. Wszystko gra -?i to tak świetnie, że chcą więcej. To
dotyczy również ciebie. Proszą o kolejne pozycje jogi, proponują darmowe
ciuchy. Tym razem sesja ma być na dworze. Kto wie, może się też
zdecydują na ciebie w wersji żeglarskiej, na pokładzie "Syreny" lub
czytającą książkę gdzieś w plenerze. Tak czy owak, dają darmowe ciuchy.
Chyba nie odmówisz, co?
-?Przepraszam, ale usłyszałam "darmowe ciuchy" i się rozkojarzyłam.
Jasne, że się zgodzę! Domyślam się, że Owen i Trey nie wykazali tyle
entuzjazmu i stąd przekupstwo żarciem. -?Wystawiła rękę do przybicia
piątki. -?Sprytna akcja.
-?Mam nadzieję, że do soboty, kiedy będę realizować swój znakomity plan,
nie zmienię zdania.
-?Dostaję darmowe ciuchy, więc wcielam się w twoją podkuchenną. A teraz
dalej, rozpakujmy resztę. Bo chcę już iść malować.
-?Zajmę się kwiatami. Miałam dziś udany dzień. Długie spotkanie online z tymi wszystkimi ustaleniami. Próbowała mi to popsuć.
Cleo, która odkładała właśnie produkty do spiżarki, zerknęła przez
ramię. Nie musiała nawet pytać, o kogo chodzi.
-?Jak?
-?Hałasowała, trzaskała drzwiami, dzwoniła gongiem. Zwaliłam to na
burzę, usterki instalacji, stary dom i tak dalej. Chyba uwierzyli, bo
gadali ze mną dalej.
-?Właśnie, i o to chodzi. Żeby działać dalej. Uprzedź mnie, zanim
wejdziesz do pracowni.
-?Jasne, a dlaczego?
-?Pracuję nad czymś, co na razie chcę zachować tylko dla siebie. Jeśli
zajmiesz się kwiatami, idę na górę.
-?Zajmę się. Skończę pracę o tej porze co ty, albo jeśli będziesz
chciała posiedzieć dłużej, zacznę sama segregować zdjęcia.
-?Świetnie.
Cleo zerknęła przez okno, za którym właśnie rozległ się pierwszy grzmot.
-?Zdążyłam przed burzą. Dobra burza jest jak dobra muzyka. Dodaje
energii.
Cleo wyszła. Na dworze znowu zagrzmiało. Nasłuchując oznak nadchodzącej
nawałnicy, Sonya układała kwiaty w wazonach. Yoda zszedł na dół i gdy
dobierała rośliny do poszczególnych kompozycji, trzymał się blisko niej.
Kiedy Clover zagrała Thunder Road (Droga wśród grzmotów)
Springsteena, zaniosła bukiety do sypialni Cleo i swojej.
Choć Molly zdążyła już pozamykać okna, by woda nie wlewała się do
wnętrza domu, Sonya nie potrafiła się oprzeć.
Otworzyła drzwi balkonowe i chłostana wiatrem, który natychmiast wdarł
się do środka, przyglądała się szalejącemu na morzu sztormowi.
Rozgniewane niebo ciskało piorunami, powietrze co chwila przeszywał
ostry trzask wyładowania. Nad wodą i lądem przetaczały się kolejne
grzmoty, a deszcz bębnił szaleńczym, niepohamowanym rytmem, zagłuszanym
jedynie przez huk fal o skaliste wybrzeże.
-?Jest pięknie. I strasznie. -?Ponieważ Yoda trochę się trząsł, Sonya
wzięła go na ręce i przytuliła. -?To dopiero potęga. -?Pocałowała psa w nos. -?Chodź, pomożesz mi stworzyć nową tablicę inspiracji. I nie martw
się. Ten dom przetrwał już nieskończoną liczbę burz i sztormów.
Wynosząc psa z balkonu, zerknęła w górę.
-?Więc i ta mu nie zagrozi.
Wieczór, w przeciwieństwie do popołudnia, upłynął w spokoju. I zakończył
się również burzą -?ale śmiechu na koniec miłej, sympatycznej, zabawnej
komedii romantycznej.
-?Uf, tego mi było trzeba -?westchnęła Sonya, ubrana w piżamę i wygodnie
usadowiona na kanapie. -?A tobie?
-?Idealnie trafiony film. Uwielbiam facetów, a zwłaszcza tych dwóch,
którzy nas odwiedzają. Ale nie ma to jak babski wieczór. A ten był
najlepszy z najlepszych.
-?Choć jeszcze się nie skończył. -?Sonya sięgnęła po butelkę i rozlała
resztę wina do dwóch kieliszków. -?Co powiesz na to, by zabrać ten napój
oraz naszych wiernych towarzyszy na wieczorną przechadzkę wokół domu?
-?To będzie idealne zwieńczenie dnia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki