Zaginione narzeczone (#2). Zwierciadło - Nora Roberts

Kup ebooka

49.90 zł
41.42 zł (34,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Dom od wielu poko­leń wzno­sił się na wyso­kim, postrzę­pio­nym kli­fie nad huczą­cym morzem. Trwał na swym poste­runku na ska­li­stym brzegu Maine w cza­sie let­nich upa­łów i zimo­wych sztor­mów, otu­lony zewsząd świeżą wio­senną zie­le­nią lub gasną­cymi bar­wami jesieni.

Jego kamienne, kryte drew­nem ściany i lśniące okna widziały naro­dziny i śmierć, triumfy i tra­ge­die. Na wypo­le­ro­wane pod­łogi lały się łzy i krew, a liczne zaka­marki kryły tajem­nice i cie­nie.

A on pamię­tał je wszyst­kie.

Z jego wie­ży­czek, z tarasu na dachu, z murka nad urwi­skiem oczy wielu ludzi spo­glą­dały ku mia­steczku Poole's Bay.

Spo­glą­dały daw­niej i czy­niły to na­dal.

Odkąd potężne drzwi wej­ściowe domu roz­warły się po raz pierw­szy w tysiąc sie­dem­set dzie­więć­dzie­sią­tym czwar­tym roku, jego kory­ta­rze zawsze prze­mie­rzał któ­ryś z Poole'ów. To Poole'owie wspi­nali się po oka­za­łych scho­dach, to oni wyglą­dali przez liczne okna i śnili pod wyso­kim dachem. Prze­ży­wali kosz­mary.

Nie­któ­rzy z ich prze­ży­wali je na­dal.

Zamor­do­wana panna młoda, pierw­sza z sied­miu nazna­czo­nych fatum, nie­świa­do­mie prze­nio­sła klą­twę rzu­coną na dom na następne poko­le­nia. I tak klą­twa trwała i trwała, zgar­nia­jąc wciąż nowe ofiary, napę­dzana wście­kło­ścią zazdro­snej wiedźmy.

Obok przed­wcze­śnie uśmier­co­nych panien mło­dych po labi­ryn­tach poko­jów i kory­ta­rzy domu błą­dzili też inni: ci, któ­rzy roz­pa­lali ogień w komin­kach, ście­lili łóżka, przy­go­to­wy­wali posiłki - oni ni­gdy nie prze­stali wyko­ny­wać swych obo­wiąz­ków.

Bie­siad­nicy na­dal wzno­sili kie­li­chy w toa­ście i wiro­wali w tańcu w sali balo­wej, a koły­szący do snu nie­spo­kojne dzieci nie prze­sta­wali ich tulić.

W plą­ta­ni­nie kory­ta­rzy i pokoi mijał czas. Roz­brzmie­wała muzyka, tykały zegary, skrzy­piały pod­łogi. Dom żył w ocze­ki­wa­niu następ­nych poko­leń.

I na tego, kto zdoła zdjąć z niego klą­twę.

Od dnia, w któ­rym Astrid Gran­dville Poole sko­nała w ślub­nej sukni, a jej mor­der­czyni, rzu­ciw­szy na dom klą­twę, sko­czyła z urwi­ska, minęło ponad dwie­ście lat. Nade­szła chwila, w któ­rej kolejny z Poole'ów otwo­rzył podwoje rezy­den­cji i zamiesz­kał pod jej dachem.

Ci, któ­rzy żyli tu wcze­śniej, przy­glą­dali się, jak urzą­dza się w domu i dosto­so­wuje go do wła­snych potrzeb. I jak snuje marze­nia - swoje, a może i ich?

Jak krąży mię­dzy poko­jami, w któ­rych brzmi muzyka, tykają zegary i skrzy­pią pod­łogi. Jak odnaj­duje zwie­cia­dło, w któ­rym zała­muje się czas.

Dra­pież­niki rzeź­bione w jego ramie zdają się szcze­rzyć kły, war­czeć i goto­wać do skoku. A jego tafla otwiera się niczym drzwi - przed nią i przed jej towa­rzy­szem, który rów­nież wywo­dzi się z Poole'ów.

Trzy­ma­jąc się za ręce, prze­cho­dzą na drugą stronę.

I stają się duchami.

Rozdział 1

Muzyka, przed­tem stłu­miona i odle­gła, teraz ota­czała ją ze wszech stron. Kolory i kształty, zama­zane i nie­wy­raźne po dru­giej stro­nie tafli, wyostrzyły się.

Sonya zła­pała rękę Owena - kuzyna, o któ­rego ist­nie­niu dowie­działa się kilka mie­sięcy temu. Ta ręka była cie­pła. Praw­dziwa.

Zamiast zeskła­do­wa­nych mebli, nakry­tych bia­łymi płach­tami prze­ście­ra­deł, ota­czali ich wiru­jący w tańcu ludzie. Kobiety o wysoko upię­tych wło­sach w dłu­gich, powłó­czy­stych suk­niach i męż­czyźni w ciem­nych gar­ni­tu­rach tań­czyli, śmiali się i pili. Po całej sali roz­cho­dził się zapach zebra­nych tu w wiel­kiej obfi­to­ści kwia­tów. I woń per­fum. Orkie­stra grała żywą, szybką, taneczną melo­dię.

Sonya usły­szała kobiecy śmiech - piskliwy i oży­wiony. Dostrze­gła strużkę potu na skroni męż­czy­zny o gład­kich, zacze­sa­nych do tyłu wło­sach, pro­wa­dzą­cego swą part­nerkę w tańcu.

Sły­szała też gło­śniej­szy od ryt­micz­nego dźwięku bębna łomot wła­snego serca.

Jej dłoń zadrżała. Owen ści­snął ją moc­niej.

- O, do licha, jakie to dziwne... - rzu­cił nie­omal swo­bod­nie.

Bańka histe­rii w gar­dle Sonyi pękła i dobył się z niej bez­gło­śny śmiech.

- Pełna zgoda. Zro­bi­łam to już raz wcze­śniej, to zna­czy cof­nę­łam się w cza­sie, ale teraz pierw­szy raz dzieje się to na jawie. Wtedy myśla­łam, że śnię. Teraz wiem, że to nie sen.

- Z całą pew­no­ścią. - Owen prze­su­nął wzro­kiem po wiel­kiej prze­strzeni. - Wiemy, gdzie jeste­śmy. W sali balo­wej. Ale czy wiemy kiedy?

- W tysiąc dzie­więć­set szes­na­stym. Czy­ta­łam księgę rodziny Poole'ów i tyle razy prze­glą­da­łam zdję­cia, że nie mam wąt­pli­wo­ści. Jeste­śmy na przy­ję­ciu wesel­nym Lis­beth Poole.

Jakiś facet, naj­wy­raź­niej upo­jony dżi­nem, zato­czył się i prze­nik­nął wprost przez nią.

- O matko.

- Dziw­niej być nie może. - Męż­czy­zna zmarsz­czył czoło, odwró­cił się i spoj­rzał na Sonyę oczami o nieco jaśniej­szym odcie­niu typo­wej dla Poole'ów zie­leni niż jej wła­sne. - Żyjesz?

Zmu­siła się do ski­nię­cia głową.

- Nie nale­żymy do tego miej­sca, czasu czy tam cze­goś. Nie widzą nas tu ani nie czują. Jej tu nie ma.

- Kogo?

- Hester Dobbs. Mor­der­czej wiedźmy. Nie ma jej tu. Na razie. To też nie jej czas.

- Bo od ponad stu lat nie żyje.

- Może da się ją powstrzy­mać. To nie sen, może więc jeste­śmy tu po to, by ją powstrzy­mać. Trzy­na­ście uką­szeń pają­ków wpusz­czo­nych pod suk­nię ślubną - tak umrze dziś Lis­beth. Gdy­by­śmy dali radę...

- Co?... Zedrzeć z niej ubra­nie?

- Nie mam poję­cia. Ale cze­goś musimy spró­bo­wać. Gdzie ona jest? Gdzie do dia­bła jest Lissy?

Owen poka­zał pal­cem.

- Tam, po dru­giej stro­nie sali. Jestem wyż­szy, widzę ponad gło­wami. Też pamię­tam zdję­cia. I wygląda mi to na suk­nię ślubną.

Prze­su­nął Sonyę na lewo.

- Tak! Tak, to ona.

Ruszyła naprzód. Kiedy szła, ludzie prze­ni­kali przez nią w tańcu. Dozna­wała a to sła­bego wstrząsu elek­trycz­nego, a to lodo­wa­tego, prze­szy­wa­ją­cego na wskroś chłodu.

- Jak­bym brnął przez bagno - mruk­nął Owen i prze­cze­sał ręką zmierz­wione brą­zowe włosy. - Albo pie­przone ruchome pia­ski.

- Wiem, wiem. Wcze­śniej też tak było. Znik­nęła mi z oczu, straszny tu tłok. Widzisz ją?

- Po pro­stu idź dalej. Prze­su­nęła się tro­chę w prawo. Tań­czy. O, a teraz... O kurde!

- Co?! Co się stało?

Nagle przed prze­dzie­ra­jącą się przez tłum Sonyą otwarł się skra­wek wol­nej prze­strzeni i ujrzała na mło­dej, uro­dzi­wej twa­rzy szok i ból.

A potem usły­szała krzyk.

- Za późno, już za późno. - Mimo to nie prze­sta­wała prze­py­chać się naprzód. - Jeśli nie zdo­łamy jej oca­lić, musimy choć spra­wić, by Dobbs nie zabrała jej obrączki. Bo potrze­buje sied­miu obrą­czek. Musimy ją uprze­dzić.

Kiedy Lis­beth osu­nęła się w ramiona męża, w powie­trzu dało się wyczuć zmianę.

Do sali balo­wej wtar­gnęła Hester Dobbs. Na jej pięk­nej twa­rzy o ostrych rysach malo­wała się zaja­dłość, a ciemne oczy pło­nęły nie­na­wi­ścią. Opa­da­jące kaskadą dłu­gie, czarne włosy zda­wały się falo­wać na nie­wy­czu­wal­nym wie­trze.

Sonya w pory­wie gniewu krzyk­nęła:

- Zostaw ją! Zostaw ją, ty jędzo!

Dobbs szyb­kim ruchem odwró­ciła głowę. Na jej twa­rzy mignęły zasko­cze­nie i prze­błysk stra­chu. Nie trwało to dłu­żej niż uła­mek sekundy.

W tej samej chwili w Sonyę ude­rzył nie­wi­dzialny podmuch, zwa­la­jąc ją z nóg niczym cios lodo­wa­tej pię­ści. Jego siła wyrwała jej rękę z dłoni Owena i odrzu­ciła w tył poprzez ludzi, któ­rzy zmie­rzali w stronę panny mło­dej.

Wylą­do­wała na ziemi, twardo i bole­śnie w nią ude­rza­jąc - oszo­ło­miona i osłu­piała. Wal­cząc o oddech i gra­mo­ląc się z pod­łogi, dostrze­gła suną­cego ku niej po par­kie­cie pająka wiel­ko­ści dłoni.

Praw­dziwy, pomy­ślała. Jest praw­dziwy, ist­nieje tu i teraz.

Roz­le­gły się krzyki, szlo­chy i tupot wielu stóp, pośród tego zgiełku Sonya pró­bo­wała zerwać się i uciec.

Zoba­czyła czer­wone, lśniące oczy zwie­rzę­cia i w duchu goto­wała się na pierw­sze jado­wite uką­sze­nie.

Gdy pająk był już nie­opo­dal jej gołej nogi, Owen przy­dep­nął go butem. Dał się sły­szeć ohydny chrzęst zgnia­ta­nego odwłoku, na któ­rego dźwięk Sonyi zro­biło się nie­do­brze.

- Wsta­waj! - Owen szarp­nął ją do góry. - Już!

- Masz? Zdo­by­łeś obrączkę?

- Prze­pa­dła. Panna młoda też. My na szczę­ście nie.

Pocią­gnął ją przez tonący w cha­osie tłum i wypchnął przez lustro, a zaraz potem dał za nią susa i znik­nął po dru­giej stro­nie.

Sonya wpa­dła Trey­owi w ramiona, które mocno się wokół niej zaci­snęły. Natych­miast obstą­piły ich psy, cie­szące się z ich powrotu.

- Już jestem. Boże, Sonyu, aleś ty lodo­wata.

- Strasz­nie prze­mar­z­łam. - Szczę­kała zębami.

- Nic ci nie jest? - Prze­su­wa­jąc po niej dłońmi, Trey zer­k­nął na Owena. - Nic wam nie jest?

- Sonya pole­ciała tak jak ty wtedy w Zło­tym Pokoju.

- Nic mi się nie stało. Tylko wytrą­ciło mnie to z rów­no­wagi. - Wtu­la­jąc się w Treya, wdzięczna za jego cie­pło, prze­nio­sła wzrok na Cleo. - To była Lis­beth Poole. Nie mogli­śmy nic zro­bić.

- Wie­cie co? Chodźmy na dół. - Cleo pogła­skała przy­ja­ciółkę po gło­wie. - Chodźmy wszy­scy na dół.

- Muszę się napić. - Widząc, że kun­de­lek Jones z zapa­łem obwą­chuje jego but, Owen pod­niósł nogę i zer­k­nął na pode­szwę. - I kupić sobie nowe buty.

- Co to? - spy­tała Cleo.

- Flaki wred­nego pająka.

- Fuj, wytrzyj ten but! Nie będziesz roz­no­sił fla­ków wred­nego pająka po całym domu.

- Tak też pomy­śla­łem.

Cle­opa­tra Faba­res - naj­lep­sza przy­ja­ciółka i współ­lo­ka­torka Sonyi - prze­jęła dowo­dze­nie.

- Treyu, zabierz Sonyę na dół. Do kuchni - zako­men­de­ro­wała. - Wszy­scy musimy się napić. A ty zdej­mij te okropne buty. Zostaw je na razie tutaj, a potem w coś je zapa­ku­jemy.

- Dobrze, już dobrze.

- Zaraz was dogo­nimy. Nalej­cie nam whi­sky. Podwójną.

Kiedy Owen się schy­lił, aby zdjąć buty, Cleo gło­śno wcią­gnęła powie­trze. Na ten dźwięk męż­czy­zna odru­chowo się wypro­sto­wał.

- Zwier­cia­dło! - zawo­łała. - Znik­nęło! Było, a teraz go nie ma.

Owen się odwró­cił.

- O, do dia­ska!

- Zdej­mij te paskudne buty - pona­gliła go Cleo. - I chodźmy stąd wresz­cie. Chcę się dowie­dzieć, co się działo, kiedy wleź­li­ście w to cho­lerne lustro.

- Naj­pierw whi­sky.

Sonya, choć pocho­dziła ze szkoc­kiej linii Mac­Ta­vi­shów, nawet jeśli tylko emo­cjo­nal­nie, a nie przez więzy krwi, za szkocką whi­sky zde­cy­do­wa­nie nie prze­pa­dała. Dziś jed­nak posta­no­wiła zro­bić wyją­tek. Na­dal wstrzą­śnięta, zapa­la­jąc po dro­dze świa­tła, pozwo­liła się Trey­owi popro­wa­dzić naj­pierw scho­dami na par­ter, a potem kory­ta­rzami do kuchni.

- Nie pamię­tam nic sprzed chwili, kiedy się zna­la­złam przed tym lustrem.

Wbiła ręce we włosy i zgar­nęła je, jakby chciała je zwią­zać, po czym znów pozwo­liła im opaść na plecy.

- Nie pamię­tam, że wsta­łam i poszłam na górę. Ani tego, skąd się tam wzię­li­ście.

- Cleo do nas zadzwo­niła.

- Aha, Cleo zadzwo­niła... - mruk­nęła Sonya.

Cleo - jej naj­bliż­sza przy­ja­ciółka od dekady. Cleo, która bez chwili waha­nia wpro­wa­dziła się do jej domu, mimo że wisiała nad nim klą­twa i krą­żyły w nim zastępy duchów oraz podła wiedźma.

Na Cleo - pomy­ślała Sonya - wszyst­kie te czyn­niki zadzia­łały jak dodat­kowa moty­wa­cja, a nie ele­ment odstra­sza­jący. No, ale jej bab­cia Kre­olka też była samo­zwań­czą wiedźmą - z tych dobrych, rzecz jasna.

W oto­cze­niu dwóch psów, Mookiego i Yody, zeszli na par­ter.

U stóp scho­dów Sonya przy­sta­nęła, by zer­k­nąć na por­tret Astrid Gran­dville Poole - pierw­szej panny mło­dej w tym domu - tak pięk­nej, jed­no­cze­śnie tak nie­szczę­śli­wie wyglą­da­ją­cej w tej bia­łej ślub­nej sukni.

- To od niej się wszystko zaczęło. To, co się teraz dzieje, zaczęło się od niej w dniu jej ślubu w tysiąc osiem­set szó­stym. Kiedy zaszty­le­to­wała ją Hester Dobbs i zabrała jej obrączkę - umil­kła na chwilę. - To musi się skoń­czyć na mnie. Musi. - Pod­nio­sła wzrok na Treya i spoj­rzała w jego ciem­no­nie­bie­skie oczy, któ­rym nauczyła się już ufać. - A więc przy­je­cha­łeś. Cleo zadzwo­niła, a ty przy­je­cha­łeś. O trze­ciej nad ranem.

- Oczy­wi­ście, że tak.

- Ale... byłeś z klientką. W szpi­talu. - Nagle to do niej wró­ciło. - Z tą nie­szczę­śnicą. Na którą rzu­cił się mąż. Były mąż. A jej dzieci...

- ...nic im nie jest - dokoń­czył uspo­ka­ja­ją­cym tonem Trey. Sonya na­dal była blada jak ściana. - Już wszystko dobrze. Nie martw się.

- Byłeś smutny i zły. Pozna­łam to po twoim gło­sie, kiedy zadzwo­ni­łeś mi o tym opo­wie­dzieć.

- Są już z nią mama i sio­stra. - Trey odwró­cił Sonyę i skie­ro­wał ją do kuchni. - Jego zgar­nęła poli­cja, a nią zajęła się rodzina. Dziećmi też.

- A ty zaj­miesz się resztą, wiem, bo zawsze tak robisz. Nie obcho­dzi cię wyłącz­nie strona prawna, dbasz o cało­kształt. Ota­czasz ludzi opieką. - Oparła głowę na jego ramie­niu. - Czuję się jakoś dziw­nie.

- Serio? Niech zgadnę dla­czego.

Trey zapa­lił świa­tła w kuchni i spo­strzegł, że w kominku pło­nie ogień - tak samo zresztą jak w olbrzy­miej jadalni.

Ogień - źró­dło świa­tła i cie­pła. Nie tylko on czuł potrzebę opie­ko­wa­nia się innymi.

Popro­wa­dził Sonyę do stołu.

- Sia­daj. Czego się napi­jesz: wina, her­baty, wody?

- Whi­sky. - Wypu­ściła powie­trze.

Trey pomy­ślał o Owe­nie, który przed paroma zale­d­wie godzi­nami, kiedy on, Trey, chciał wyrzu­cić z sie­bie gniew, złość i fru­stra­cję, też się­gnął po szkocką.

- Zdaje się, że to noc whi­sky.

W kuchni robiło się z wolna coraz cie­plej. Ogień w kominku trza­skał, a Sonya patrzyła, jak ubrany w dżinsy i fla­ne­lową koszulę Trey nasy­puje karmy do misek zdez­o­rien­to­wa­nych psów, jedną z nich odsta­wia na bok dla Jonesa, psa Owena, po czym pew­nie kie­ruje się do spi­żarki.

Tak samo jak wtedy, pierw­szego dnia, kiedy opro­wa­dzał ją po domu - myślała na­dal oszo­ło­miona, dozna­jąc lek­kich zawro­tów głowy. Szczu­pły, dłu­go­nogi praw­nik w trze­cim poko­le­niu, o czar­nych wło­sach i ciem­no­nie­bie­skich oczach.

I nie­skoń­czo­nej, zda­wało się, cier­pli­wo­ści.

Znał ten dom rów­nie dobrze jak teraz ona. Nie, nawet lepiej - popra­wiła się. Cha­dzał wszak po tych poko­jach i kory­ta­rzach od dziecka, był mile widziany i zapra­szany przez jej wuja, o któ­rego ist­nie­niu ona nie miała poję­cia. Przez brata bliź­niaka jej ojca, z któ­rym roz­dzie­lono go tuż po naro­dzi­nach.

Ale bra­cia spo­ty­kali się dzięki temu samemu zwier­cia­dłu, przez które wła­śnie prze­szła. Jako dzieci, a potem doro­śli ludzie. Obaj arty­ści pla­stycy, podobni do sie­bie pod tyloma wzglę­dami. Łączyła ich "bliź­nia­cza więź", jak mawiała Cleo.

Jeden z braci, Andrew Mac­Ta­vish, dora­stał w Bosto­nie jako syn kocha­ją­cych rodzi­ców, a potem mąż kocha­ją­cej żony i ojciec kocha­ją­cej i kocha­nej córki. Wszy­scy oni opła­ki­wali go i wspo­mi­nali.

Drugi wycho­wał się jako Poole w Poole's Bay, będąc synem kobiety, która tak naprawdę była jego ciotką, a wszystko to za sprawą okrut­nego kaprysu nestorki rodu Patri­cii Poole, następ­nie odzie­dzi­czył kwit­nące rodzinne przed­się­bior­stwo szkut­ni­cze oraz posia­dłość, w któ­rej zamiesz­kał.

Na myśl o tym wszyst­kim Sonya poczuła ucisk w żołądku i zasło­niła twarz rękami. Oddy­chała powoli, jakby pró­bo­wała odzy­skać rów­no­wagę.

Kiedy Trey wró­cił z butelką i szklan­kami, tele­fon w jego kie­szeni zagrał Ple­ase Don't Worry (Nie martw się, pro­szę) zespołu Grand Funk Rail­road.

Sonya lekko się zaśmiała i opu­ściła ręce.

- Clo­ver zawsze ide­al­nie tra­fia. Taka muzyczna pocie­szajka od ducha mojej dzie­więt­na­sto­let­niej babki.

Trey odsta­wił butelkę.

- Ale pomo­gła?

- Chyba tak. - Yoda wspiął się przed­nimi łap­kami na jej kolana, a ona podra­pała go za uchem. - O, i idą następni pomoc­nicy - powie­działa, gdy do kuchni na krót­kich, ale moc­nych nóż­kach wkro­czył Jones z piracką prze­pa­ską na oku, a za nim - Cleo z Owe­nem.

- Wstą­pi­li­śmy do two­jej sypialni po swe­ter, żebyś się ubrała.

- Już mi lepiej, ale dzięki. - Sonya wzięła swe­ter, a potem zła­pała przy­ja­ciółkę za rękę. - Dzięki, że mnie wytro­pi­łaś. I zadzwo­ni­łaś po chło­pa­ków.

Z tele­fonu Cleo popły­nęły dźwięki pio­senki Dionne War­wick: That's What Friends Are For (Od tego są przy­ja­ciele).

- Co prawda, to prawda. - Cleo usia­dła i spoj­rzała na Owena. - Pole­waj, żegla­rzu.

Na co ten hoj­nym ruchem nalał na trzy palce bursz­ty­no­wego płynu do każ­dej szkla­neczki.

- Za to, że tu jeste­śmy. - Wzniósł toast. - Tu i teraz. To cał­kiem nie­zły układ.

- Zga­dza się. - Sonya przy­tknęła szklankę do ust i upiła łyk.

Wzdry­gnęła się.

- W porządku. Dobra. Wiem, że chce­cie wie­dzieć, co się stało, ale czy możemy zacząć od początku? Nie mam poję­cia, jak się zna­la­złam w sali balo­wej, wiem tylko, że byłaś tam ze mną, Cleo. Obu­dzi­łam cię?

- Nie. Ale ktoś mnie obu­dził. - Kobieta upiła długi, powolny łyk i odcze­kała, aż alko­hol roz­grzeje jej trze­wia. - Usły­sza­łam bicie zegara równo o trze­ciej, dźwięki pia­nina, czyjś płacz, a potem takie dzi­waczne odgłosy, jakby ktoś cier­piał. Czyli no... wie­cie... - Rozej­rzała się po twa­rzach pozo­sta­łych i wsu­nęła dłoń w chmurę swo­ich loków. - Nic nowego, nor­malne nocne życie tego domu. Zamie­rza­łam wła­śnie prze­krę­cić się na drugi bok i zasnąć, ale... ktoś mnie szturch­nął. W ramię. - Jakby demon­stru­jąc gdzie, poło­żyła rękę na ramie­niu. - I wypo­wie­dział twoje imię. "Sonya", tylko tyle, "Sonya". Ale takim naglą­cym tonem.

- Moje imię?

- Zga­dza się. Włą­czy­łam świa­tło i pomy­śla­łam, że to pew­nie sen, ale ten naglący ton nie dawał mi spo­koju, więc wsta­łam. Chcia­łam zaj­rzeć do two­jej sypialni, ale natknę­łam się na cie­bie, gdy z niej wycho­dzi­łaś. Szłaś, ale spa­łaś. Luna­ty­ko­wa­łaś albo byłaś w tran­sie, jak zwał, tak zwał. Pobie­głam z powro­tem do sie­bie po tele­fon i idąc za tobą, zadzwo­ni­łam do Treya.

To mówiąc, odwró­ciła się do niego i cią­gnęła dalej.

- Owen mi mówił, że u niego jesteś. Opo­wie­dział mi o tej klientce, wiesz, tej zna­jo­mej, którą pobił jej pijany eks. Cie­szę się, że z tego wyj­dzie. I że jej dzie­ciom nic się nie stało.

- Byłem wku­rzony, mia­łaś rację - rzekł Trey do Sonyi. - Poje­cha­łem do Owena po Mookiego i tam wyla­łem przed nim żale. A potem wal­ną­łem się spać w jego gościn­nym pokoju.

- I to była świetna decy­zja - kon­ty­nu­owała Cleo. - Ty, Sonyu, poma­sze­ro­wa­łaś na dru­gie pię­tro. Z jed­nego pokoju dobie­gał szloch kobiety, z bar­dzo bli­ska, bar­dzo wyraź­nie. Zatrzy­ma­łaś się tam. To był kie­dyś pokój dzie­cięcy, prawda? Otwo­rzy­łaś drzwi i przy­się­gam, Son, że widzia­łam kiwa­jący się fotel bujany i usły­sza­łam czyjś płacz, a ty powie­dzia­łaś... no, coś w stylu, że noc w noc, rok po roku, Car­lotta opła­kuje synka.

- Car­lotta, czyli druga żona Hugh Poole'a, jakieś sześć lat po tym, jak Marianne zmarła przy poro­dzie bliź­nia­ków, Owena i Jane. Car­lotta i Hugh mieli póź­niej jesz­cze troje dzieci. Jeden chłop­czyk zmarł jako nie­mowlę. - Sonya znów upiła łyk i się wzdry­gnęła. - To jest opi­sane w księ­dze.

- No wła­śnie. Napi­sa­łam do Treya, żeby wie­dział, dokąd poszły­śmy, to zna­czy dokąd ty poszłaś, i cią­gle ci powta­rza­łam, że jestem z tobą. Bałam się - nie wsty­dzę się tego - że pój­dziesz do Zło­tego Pokoju, kry­jówki tej jędzy. Widzia­łam, że wokół drzwi roz­lewa się czer­wony blask, a ze szpary wydo­bywa się dym. Ty patrzy­łaś na drzwi, a ja myśla­łam tylko: "Dobry Boże, nie idź tam! nie idź tam!". Oznaj­mi­łaś, że ona się karmi stra­chem i smut­kiem. Powin­nam była wtedy szybko włą­czyć dyk­ta­fon w tele­fo­nie i to nagrać, ale nie pomyśla­łam o tym.

- Cie­kawe czemu?

Cleo zbyła komen­tarz Owena par­sk­nię­ciem.

- Mówi­łaś też inne rze­czy, na przy­kład takie, że ona gasi pra­gnie­nie łzami - co noc od tylu lat. A potem - na szczę­ście - odwró­ci­łaś się w inną stronę.

Unio­sła szklankę w stronę Owena.

- Nalej mi jesz­cze.

I napiła się whi­sky.

- W tej czę­ści kory­ta­rza, gdzie mie­ściły się kwa­tery służby, ktoś jęczał i zawo­dził jak gdyby w cier­pie­niu. Pode­szłaś do drzwi. Przy­się­gam, że poczu­łam zapach cho­roby. Trzesz­czało łóżko, jakby ktoś się w nim rzu­cał i prze­wra­cał. Powie­dzia­łaś, że szkoda, wielka szkoda, że nie możesz pomóc bied­nej Molly O'Brian.

- Molly... - mruk­nęła Sonya. Duch, który ście­lił łóżka, roz­pa­lał w komin­kach i sprzą­tał dom.

- Mówi­łaś, że przy­była tu z Cobh, że uwiel­bia pole­ro­wać meble, i pła­ka­łaś z żalu nad nią. Doda­łaś, że możesz być tylko świad­kiem.

Umil­kła na moment.

- Kiedy znowu się odwró­ci­łaś, pomy­śla­łam: "O, do licha, znowu Złoty Pokój". Ale nie, ruszy­łaś w stronę sali balo­wej, prze­ka­za­łam to więc Trey­owi. Poza­pa­la­łam świa­tła, bo wszę­dzie było ciemno jak w studni. Wtedy ty otwo­rzy­łaś drzwi do sali balo­wej, a ja tam też włą­czy­łam lampy.

- I wtedy zoba­czy­łam to zwier­cia­dło. Wcze­śniej go nie było. Prze­cież nie­dawno wszy­scy tam byli­śmy i nikt z nas go nie widział. A wtedy stało. Zro­biło się cho­ler­nie, ale to cho­ler­nie zimno i dało się sły­szeć pul­so­wa­nie ze Zło­tego Pokoju. Jakby biło tam jakieś tajem­ni­cze serce.

Cleo lekko zadrżała, lecz mówiła dalej.

- A sądząc po tym, jak spoj­rza­łaś na to lustro, Son, od razu - po pro­stu od razu - pozna­łam, że wiesz coś, czego ja nie wiem. Ani czego wie­dzieć nie mogę. A wtedy - uff! cóż to była za ulga! - usły­sza­łam szcze­ka­nie Yody i reszty psów. Sły­sza­łam, jak bie­gną. Kaza­łam ci zacze­kać. "Bła­gam, zacze­kaj chwilę", pro­si­łam cię. Na to przy­bie­gli Trey z Owe­nem. No i wtedy się obu­dzi­łaś.

- Nic z tego nie pamię­tam. Nic a nic. Albo... no może tro­chę, jak przez mgłę, tak jak się pamięta sen tuż po prze­bu­dze­niu. Nie­wy­raź­nie. Sły­sza­łam, jak mnie pro­sisz, żebym zacze­kała. Tak mi się wydaje. I że psy szcze­kały. Czu­łam się tak, jak­bym była na pół zanu­rzona w rze­czy­wi­sto­ści, na pół w nie­by­cie. Aż nagle się ock­nę­łam i wtedy sta­łam już przed lustrem.

Uczy­niła gest w stronę Owena.

- Ty widzia­łeś, co w nim zoba­czy­łam.

- Świa­tło, kolory, ruch.

- Trey ani ja tego nie widzie­li­śmy. Bo nie jeste­śmy Poole'ami. Lustro to por­tal - rze­kła Cleo z prze­ko­na­niem. - Nie­stety, nie dla wszyst­kich dostępny. Mówi­łaś, że cię przy­ciąga.

- Bo przy­cią­gało. Grała też orkie­stra, sły­sza­łam ją.

- Tak - wtrą­cił Owen. - Ja, co prawda, nie czu­łem tego przy­cią­ga­nia, ale coś widzia­łem i sły­sza­łem.

- Nie czu­łeś tego, co ja, ale posze­dłeś ze mną.

Tym razem tele­fon Owena zagrał: We Are Family (Jeste­śmy rodziną).

- To dopiero była chora wycieczka - rzu­cił Owen i dolał sobie whi­sky. - Pięć minut, mak­sy­mal­nie dzie­sięć, a zapa­mię­tam ją na zawsze.

- Raczej pra­wie godzinę - popra­wił go Trey. - A dokład­nie pięć­dzie­siąt sześć minut.

- Nie­moż­liwe. - Krę­cąc głową, Sonya spoj­rzała na Owena, jakby cze­ka­jąc, by potwier­dził. - To nie mogło trwać dłu­żej niż parę minut.

- A to ozna­cza, że czas bie­gnie tu ina­czej niż tam. Gdzie u dia­bła byli­ście? - dopy­ty­wała Cleo.

- Na weselu Lis­beth Poole - wyja­śniła Sonya. - W sali balo­wej w roku tysiąc dzie­więć­set szes­na­stym.

Po czym zre­la­cjo­no­wała im prze­bieg wyda­rzeń.

- Nie spo­dzie­wała się nas. - Odsu­nęła szklankę i opa­dła na opar­cie. - Kiedy krzyk­nę­łam, wyraź­nie wybiło ją to z rytmu. Nie sądzę, by nas widziała, ale na pewno mnie sły­szała. I myślę, że ją to prze­ra­ziło - na jakąś minutę. Może pół minuty. Ale jej nie powstrzy­mało.

- Bo było już za późno. - Owen zmarsz­czył czoło i utkwił wzrok w szklance. - Nic się nie dało zro­bić. Nie dało się jej powstrzy­mać.

- Pomy­śla­łam, że pierw­sza dopadnę obrączki. Nie pozwolę, by Dobbs ją zabrała. Ale...

- ...ale pole­cia­łaś - uzu­peł­nił Owen. - Nie celo­wała we mnie, lecz w cie­bie. Odrzu­ciła cię o trzy, cztery metry do tyłu, i to poprzez bie­gną­cych ludzi.

Się­gnął po swoją szkla­neczkę i opróż­nił ją do dna.

- Cze­goś takiego nie widuje się na co dzień. Pająk to co innego.

- Ten, któ­rego flaki masz na bucie? - spy­tał Trey.

- Ten sam. Więk­szy niż wil­czy pająk, ubar­wiony jak czarna wdowa. Ludzie przez niego prze­ni­kali, a on sunął wprost do Sonyi. Szybki był, sukin­syn. Zdep­ta­łem mu ten wstrętny tyłek i wynie­śli­śmy się stam­tąd czym prę­dzej. - Zwró­cił się do Sonyi: - Lis­beth Poole umarła, tak jak miała umrzeć w noc swego wesela w tysiąc dzie­więć­set szes­na­stym.

- To w takim razie po co to wszystko? - znie­cier­pli­wiła się Sonya, wsu­wa­jąc ręce w dłu­gie, brą­zowe włosy. - Jeśli zawsze ma być za późno, jeśli nie da się nikomu w niczym pomóc, a jej powstrzy­mać od mor­do­wa­nia?

Z tele­fonu Cleo dobie­gła pio­senka Ariany Grande 7 Rings (Sie­dem obrą­czek).

- Tutaj nie cho­dzi o oca­le­nie tych kobiet, panien mło­dych, Son - ode­zwała się miękko Cleo. - I ni­gdy nie cho­dziło. Cho­dzi o odna­le­zie­nie ich obrą­czek, sied­miu obrą­czek, i zła­ma­nie klą­twy. Wypę­dze­nie Hester Dobbs z tego domu i zdję­cie z niego czaru.

- Ale te pie­przone obrączki są w jej rękach.

- Coś się wymy­śli. - Trey nakrył dło­nią jej dłoń. - Coś się wymy­śli, ale na pewno nie teraz, nie w nocy.

- Rano - ode­zwał się Owen. - Muszę być w pracy za jakieś... - Dotknął ekranu tele­fonu, by spraw­dzić godzinę. - Kur­czę, za jakieś pół­to­rej godziny. I potrze­buję do tego butów. Dobra, idę sma­żyć jajka. - Wstał. - Macie bekon?

- Będziesz teraz sma­żył jajka?

- Droga kuzynko, jeśli wstaję przed wscho­dem słońca, to muszę zjeść śnia­da­nie. Zajmę się beko­nem.

Trey znowu pokle­pał Sonyę po dłoni.

- Wypusz­czę na chwilę psy.

Kiedy odszedł, Sonya się odwró­ciła i wyj­rzała przez okno. Rze­czy­wi­ście. Wsta­wał świt, ciem­ność powoli ble­dła.

Sama też miała pracę. I życie. Ale jeżeli dom wyma­gał od niej cze­goś wię­cej, była gotowa to wypeł­nić.

Nad­cho­dził ranek, a wraz z nim - nowy dzień.

Odsu­nęła się od stołu. Musiała zacząć dzia­łać.

- Zro­bię kawę.

Za oknem jaśniało, a oni sie­dzieli przy śnia­da­niu - tak jak wcze­śniej przy whi­sky i histo­riach o duchach.

Kiedy psy pochło­nęły karmę wsy­paną do misek, Trey ponow­nie wypu­ścił je na dwór.

- Będziesz musiał mnie pod­rzu­cić - rzekł Owen. - Chcę jesz­cze wsko­czyć pod prysz­nic przed pracą. Masz jakąś torbę albo kar­ton na te moje buty?

- Ja się nimi zajmę - zgło­siła się Cleo.

- Zajmę, to zna­czy?

- Spalę je.

- U-lala.

- Na dwo­rze - dodała. - I hoj­nie sypnę solą.

- Boże święty.

- Tak to się robi. Prze­cież nie były nowe. Sama widzia­łam.

- Były naprawdę świet­nie roz­cho­dzone.

Cleo się odwró­ciła, pokle­pała go po policzku i pogła­skała po kil­ku­dnio­wym zaro­ście.

- Na pewno masz inne buty. Jak przy­stało na odno­szą­cego suk­cesy biz­nes­mena i rze­mieśl­nika.

- To miał być przy­tyk?

Kobieta słodko się uśmiech­nęła.

- Poświę­ci­łeś parę świet­nie roz­cho­dzo­nych butów dla mojej naj­lep­szej przy­ja­ciółki. Jaki przy­tyk? Nie tym razem. A szcze­rze mówiąc, gdy­bym tylko umiała, chęt­nie upie­kła­bym ci cia­sto w nagrodę.

- Zawsze możesz się nauczyć. Uwiel­biam cia­sto. Chodźmy, Jones. Treyu, pora na nas.

- Już lecę. Dasz sobie radę, skar­bie - rzekł Trey takim tonem, jakby to było twier­dze­nie, nie pyta­nie, po czym chwy­cił Sonyę za ramiona i poca­ło­wał.

Jego pew­ność sie­bie była zaraź­liwa.

- Jasne, że dam. Jestem prze­cież u sie­bie. To mój dom i moje lustro i tego się trzy­mam.

- Dobrze. Sta­wiam wam dziś wszyst­kim kola­cję. Wpadnę po was o siód­mej.

- Przyjdź zjeść do nas. Ty też, Owe­nie. Zro­bię duszoną woło­winę.

Trey mru­gnął.

- Serio?

- Raz się udało, czemu nie ma się udać i drugi. Bez prze­sady.

- Jestem za. - Owen wsu­nął tele­fon do kie­szeni.

Sonya pode­szła do niego, wspięła się na palce i cmok­nęła go w poli­czek.

- Dzię­kuję za oca­le­nie.

- Chęt­nie bym odpo­wie­dział, że nie ma sprawy, ale... A niech będzie - nie ma sprawy.

- Gdyby coś, to dzwoń - rzu­cił Trey. - Mooks, idziemy.

Kiedy się odda­lili, Sonya powie­działa do Cleo:

- Flir­to­wa­łaś z nim.

Przy­ja­ciółka zro­biła wiel­kie oczy.

- Co, ja? Z Treyem?

- Z Owe­nem. Widzia­łam. Mia­łaś tę swoją kokie­te­ryjną minę. Znam cię.

- Wlazł za tobą w to zwier­cia­dło. A w zasa­dzie przed tobą. Nawet się nie wahał, po pro­stu tam wszedł. I ura­to­wał cię przed pają­kiem. Zasłu­żył na tro­chę flirtu.

- Naprawdę masz zamiar spa­lić jego buty?

- No pew­nie.

Sonya ski­nęła głową i poszła do spi­żarki po worek na śmieci.

- W takim razie chodźmy po nie i zała­twmy to od razu. Potem wezmę długi, gorący prysz­nic i dopiero zacznę dzień.

- Dobry plan.

Rozdział 2

Ponie­waż Cleo zgło­siła się na ochot­nika do sklepu - miała kupić skład­niki do dania na kola­cję - Sonya poszła do biblio­teki. Na biurku posta­wiła butelkę z wodą i tablet.

Przy­wy­kła już do tego, że jej domowa didżejka Clo­ver wybiera muzykę na każdą oka­zję, i przyj­mo­wała to bez sprze­ciwu. Teraz też, nie włą­cza­jąc żad­nej play­li­sty, od razu zaczęła stu­dio­wać swoje tablice inspi­ra­cji.

Ponie­waż dzień roz­po­czął się bar­dzo wcze­śnie, uznała, że część poranka może prze­zna­czyć na dal­szą pracę nad reklamą dla Ryder Sports.

Do wyjazdu do Bostonu, pod­czas któ­rego będzie musiała zapre­zen­to­wać swoją pro­po­zy­cję, zostało jesz­cze sporo czasu. Uwa­żała, że ma duże szanse na suk­ces. Z dru­giej strony zda­wała sobie sprawę z tego, jak trudną kon­ku­ren­cję sta­no­wią jej dawni sze­fo­wie z By Design.

Matt i Laine nie­źle ją wyszko­lili, a ona przez sie­dem lat wkła­dała w pracę dla nich mnó­stwo wysiłku. Potra­fiła stwo­rzyć świetną kam­pa­nię rekla­mową.

Powszech­nie znana firma, od poko­leń pro­du­ku­jąca sprzęt spor­towy, byłaby jej naj­więk­szym klien­tem.

Trudno też zigno­ro­wać fakt, że zdo­by­cie go sta­no­wiło dla Sonyi punkt honoru. Wie­działa, że rywa­li­zuje o niego z daw­nym narze­czo­nym.

Kłamcą i dra­niem.

Ale to już nie­ważne, powie­działa sobie. Bran­don Wise aktu­al­nie się nie liczy.

Co się liczyło? Dobre zle­ce­nie.

Miała naprawdę świetny pomysł, a to, co zro­biła do tej pory, zapo­wia­dało się dosko­nale.

- Pora pójść dalej! - naka­zała samej sobie i otwo­rzyła plik.

Yoda leżał u jej stóp pod biur­kiem, a ona pra­co­wała nad pro­jek­tem dobre dwie godziny - aż usły­szała, że z zaku­pów wró­ciła Cleo.

- Krótka prze­rwa. - Zapi­sała pracę i ruszyła na dół. Yoda podrep­tał za nią.

- Są jesz­cze dwie torby w samo­cho­dzie! - krzyk­nęła Cleo.

- Naprawdę potrze­bo­wa­ły­śmy aż tyle?

- No cóż, tak to już jest, kiedy ja robię zakupy.

Sonya wyszła na dwór przy­nieść torby. Przed domem przy­sta­nęła i głę­boko wcią­gnęła pach­nące wio­sną powie­trze.

Przy­je­chała tu, na wybrzeże Maine, w środku zimy. Teraz było już cie­pło i kwi­tły żon­kile. Na gałąz­kach ogrom­nej wierzby pła­czą­cej rosną­cej z boku domu poja­wiły się już bazie.

Sonya roz­po­starła ręce i zakrę­ciła się w kółko.

- Moje miej­sce, mój dom!

Widok na morze iskrzące się w pro­mie­niach słońca i huk fal, roz­bi­ja­ją­cych się o ska­li­ste wybrzeże, nale­żały do niej. Kwiaty, które już zakwi­tły lub miały zamiar to zro­bić - rów­nież.

Co z tego, że wraz z pra­wem wła­sno­ści domu prze­szła na nią cią­żąca na nim klą­twa? Pora­dzi sobie z nią. Jakoś. Kie­dyś.

Zabrała torby i szczę­śliwa wró­ciła do domu.

W kuchni Cleo roz­pa­ko­wy­wała zakupy.

- Zdo­by­łam ogromny kawał mięsa, Son.

- Wiem. Wygląda prze­ra­ża­jąco, ale damy sobie z nim radę. Kupi­łaś strasz­nie dużo jabłek. Pla­nu­jesz przy­gar­nąć konia?

- Ech, cud­nie by było, co? Nie­stety, nie. Pla­nuję upiec szar­lotkę.

- Ty? Szar­lotkę? Z praw­dzi­wych jabłek? Przy­znaj się, kim jesteś i co zro­bi­łaś z moją Cleo?

- Obec­nie jestem Cleo, główną nadworną kucharką. Owen nie wie­rzy, że potra­fi­ła­bym upiec cia­sto, pomy­śla­łam więc sobie, że nie dowiem się, póki nie spró­buję. Zadzwo­ni­łam ze sklepu do mamy, a ona wysłała mi prze­pis. Więk­szość skład­ni­ków mia­ły­śmy w domu, prócz jabłek.

Wyjęła miskę i zaczęła wkła­dać do niej owoce.

- A jeśli ją schrza­nię, nikt się nie dowie. Prócz cie­bie i mnie. I całej zgrai duchów.

- Ja nie pisnę słówka.

Z tele­fonu Sonyi roz­le­gła się pio­senka Maroon 5 Secret (Tajem­nica).

- Dobrze, to mamy usta­lone. - Cleo odło­żyła torby na miej­sce. - O któ­rej musisz wsta­wić ten wielki kawał mię­cha?

- Myślę, że koło pierw­szej, wpół do dru­giej. Do pierw­szej pra­cuję. A potem wkra­czam do kuchni.

- W takim razie spo­tkamy się tu o wpół do dru­giej. Biorę colę i idę do pra­cowni. Też chcesz?

- Tak, przyda mi się jakieś wspo­ma­ga­nie. Nie prze­chodź obok Zło­tego Pokoju, dobra, Cleo?

- Nie martw się, dziś inte­re­sują mnie wyłącz­nie syreny. Nie wiedźmy. Jeśli ilu­stra­cje pójdą gładko, będę mogła zająć się obra­zem.

Razem ruszyły po scho­dach.

W biblio­tece Cleo stuk­nęła swoją colą w colę Sonyi.

- No dobra, to do dzieła! A w zasa­dzie do dzieł.

Sonya zasia­dła za biur­kiem. Pro­jekt dla Rydera odło­żyła na razie na bok. Nie uwa­żała, że to gruszki na wierz­bie, ale trzeba było zaro­bić na chleb.

Przy­stą­piła do pracy nad naj­now­szym zle­ce­niem, czyli pro­jek­tem nowej strony inter­ne­to­wej dla sklepu Gigi's z Poole's Bay.

Spójna, kre­atywna i przy­ja­zna dla klienta. W prze­ci­wień­stwie do obec­nej: sła­bej, nie­zdar­nie wyko­na­nej i zie­ją­cej nudą.

Uznała, że tema­tem prze­wod­nim powinny być tu lek­kość i przy­jem­ność. Sklep ofe­ro­wał zabawne, swo­bodne ubra­nia, zaska­ku­jące, nie­spo­ty­kane ni­gdzie zapa­chy mydeł i bal­sa­mów, świec i soli do kąpieli. Do tego tro­chę - zabaw­nych, a jakże - akce­so­riów.

Zaczęła przy­go­to­wy­wać nową tablicę inspi­ra­cji. Pod hasłem "Lek­kość i zabawa".

Sklep bar­dzo potrze­bo­wał nowego logo. Choć umowa tego nie prze­wi­dy­wała, Sonya pomy­ślała, że co tam! -przy­go­tuje je. Bo już widziała je w gło­wie.

Syl­wetka dłu­go­no­giej kobiety w butach na obca­sie, krót­kiej spód­niczce, wyma­chu­ją­cej torebką, z roz­wianą apaszką. Nutka pary­skiego stylu - roz­my­ślała, pogrą­żona w pracy. To paso­wało do nazwy sklepu.

Słowo "Gigi" nio­sło zapo­wiedź swo­body, wysma­ko­wa­nia i kobie­cej ener­gii. No i, rzecz jasna, zabawę.

Kiedy zadzwo­nił nasta­wiony na pierw­szą alarm, pod­nio­sła wzrok znad ekranu.

Zapi­su­jąc pliki i zamy­ka­jąc kom­pu­ter, usły­szała dobie­ga­jące ze stołu stu­ka­nie piłeczki.

Jack - chło­piec, który nie dożył swych dzie­sią­tych uro­dzin, uwiel­biał bawić się z Yodą. I była to miłość odwza­jem­niona.

Może to nie­zdrowe, że Sonya tak łatwo to zaak­cep­to­wała, ale miesz­kała w domu Poole'ów już wystar­cza­jąco długo, by nauczyć się nie tylko akcep­to­wać, lecz rów­nież akcep­to­wać z życz­li­wo­ścią.

Ponie­waż nie chciała wystra­szyć Jacka - choć myśl o tym, że można wystra­szyć ducha, prze­kra­czała jej zdol­no­ści poj­mo­wa­nia - dała mu gło­śno znać, że się zbliża.

- Hola! Skoń­czy­łam pra­co­wać! Teraz idę do kuchni, mam tam sporo roboty.

Po dro­dze nie natknęła się na ślady obec­no­ści Jacka, ale w kuchni zastała pootwie­rane szafki.

- Domy­ślam się, że jesz­cze nie skoń­czy­łeś się bawić z moim psem - powie­działa, zamy­ka­jąc je. - Przy­kro mi, ale muszę trzy­mać się gra­fiku.

Wycią­gnęła ogromny, ciężki gar i wielki kawał mięsa zaku­piony przez Cleo.

- Tym razem aż tak mnie to nie prze­raża - rze­kła sama do sie­bie. Ale w głębi duszy czuła się ina­czej.

Dopra­wiła mięso i zaczęła je obsma­żać na oleju. Kiedy się przy­ru­mie­niło, przy­stą­piła do obie­ra­nia mar­chewki.

Miała przed sobą teraz przy­ru­mie­nione mięso, stos mar­che­wek i zaczy­nała obie­rać ziem­niaki, gdy do kuchni wpa­ro­wała Cleo.

- Prze­pra­szam! Na śmierć pogrą­ży­łam się w pracy. - Kobieta się­gnęła po far­tuch. - Zaczę­łam ryso­wać syre­nią rodzinę. Śliczne małe syre­niątka. Boba­ski i ber­be­cie. A potem pomy­śla­łam: "A gdzie bab­cia z dziad­kiem? Prze­cież syreny też mają dziad­ków". Pomogę ci obie­rać ziem­niaki, a potem ty pomo­żesz mi z jabł­kami.

Zanim Cleo się­gnęła po obie­raczkę, upięła na czubku głowy chmurę loków w kolo­rze ciem­nego miodu.

- Zapo­mnia­łam gumki, pożycz mi. - Sonya zdjęła jedną z gumek z nad­garstka Cleo i zwią­zała rów­nież swoje włosy. - Hej, zda­rzyło nam się w cza­sach stu­denc­kich obie­rać razem ziem­niaki?

- Muszę powie­dzieć, że nie pamię­tam. Ale na pocie­sze­nie: nie przy­po­mi­nam sobie, żebym obie­rała je z kim­kol­wiek. - Spoj­rzała na przy­ja­ciółkę z roz­ba­wie­niem. - Ale wiesz co? Wstyd się przy­znać! Chyba spra­wia mi to przy­jem­ność!

Sonya popa­trzyła na górę obie­rek.

- A ja lubię dopiero efekt. Po skoń­czo­nej robo­cie.

- Ja tam wolę pro­ces. To też swego rodzaju sztuka. Efekt jest powo­dem do dumy, ale nie poczu­jesz dumy bez wcze­śniej­szego pro­cesu.

- Pro­jek­tuję teraz stronę dla Gigi's. I podoba mi się ten pro­ces. Ale przy­znam, że pro­ces robie­nia tego mięsa nie kosz­tuje mnie aż tak dużo jak wtedy, kiedy wzię­łam się do tego po raz pierw­szy, i to sama.

- Ejże, prze­cież byłam z tobą na Face­Ti­mie.

Sonya stuk­nęła ją bio­drem.

- Ale tak jest dużo lepiej. Nie żału­jesz, prawda? Że tu przy­je­cha­łaś?

- Co? Skądże! Uwiel­biam tu być. Dobry Boże, jak ja kocham swoją pra­cow­nię. Poko­cham też malo­wa­nie w ple­ne­rze, wiem o tym, i żeglo­wa­nie po zatoce w nie­dzielne popo­łu­dnia. Kiedy już Owen zbu­duje mi tę słodką żagló­weczkę.

- Zosta­ła­bym tu i bez cie­bie, bo gdy tylko zoba­czy­łam ten dom, to miej­sce, od razu poczu­łam, że jest moje. Ale nie była­bym nawet w poło­wie tak szczę­śliwa.

Kiedy przy­go­to­wały już wszyst­kie warzywa, Sonya głę­boko ode­tchnęła.

- Dobra, to teraz uwaga. Wrzu­camy je na patel­nię po mię­sie, doda­jemy zioła, mie­szamy, chwilę pod­sma­żamy, do lek­kiego zru­mie­nie­nia.

- Jasne. Wiesz, co robić. To ja zacznę robić cia­sto na szar­lotkę.

- Nie zaczniesz, tylko zro­bisz. Cia­sto od początku do końca. Z mąki i... no, z tego, co tam jesz­cze masz w prze­pi­sie.

- Pro­ces, Sonyu, pro­ces. Jeśli robisz tylko farsz, to jak­byś oszu­ki­wała. Ja po pro­stu... cze­kaj no, co to był za hałas?

Nie prze­sta­wała mie­szać, choć serce jej moc­niej zabiło.

- To winda sto­łowa.

- Winda... O Boże, dobra! - Cleo wytarła dło­nie o far­tuch, poszła do spi­żarni i ze zmarsz­czo­nym czo­łem spoj­rzała na szafkę z windą. - Zaj­rzę tam. Niech to lepiej nie będzie nic okrop­nego, bo się wku­rzę.

Sonya wstrzy­mała oddech i nie wypusz­czała go, póki Cleo nie zawo­łała:

- Aaa, jak cudow­nie! Popatrz, Son, co mam! To cudna forma na szar­lotkę.

Przy­nio­sła naczy­nie do kuchni.

- Cała czer­wona, row­ko­wana, z jabłusz­kiem na bia­łym dnie. Ide­alna. A ja mia­łam użyć tej zwy­kłej, szkla­nej, którą zna­la­złam tu w kuchni.

- To Molly. Przed kola­cją dla Doyle'ów przy­słała mi pół­mi­sek na mięso. Pół­mi­sek Lissy. Jej pre­zent ślubny.

Cleo odsta­wiła formę i przy­tu­liła Sonyę.

- To nie jest łatwe. Wiem, że nie jest, ale Owen miał rację. Nie możemy zmie­nić tego, co ją spo­tkało. Ani tego, co spo­tkało Lis­beth Poole, ani Molly O'Brian. Ani nikogo innego.

- To straszne patrzeć, jak umie­rają, Cleo. A jesz­cze strasz­niej­sze - wie­dzieć, że to nie sen, lecz że tam jestem, ale cał­ko­wi­cie bez­radna.

- Wiem. Ale, Sonyu, ty dajesz świa­dec­two. Tak jak powie­dzia­łaś przed poko­jem Molly. Myślę, że to nie­zwy­kle istotne. I że jest to może jeden z powo­dów, dla któ­rego Molly tak się o nas trosz­czy. Na przy­kład przy­syła mi to naczy­nie, żeby szar­lotka ślicz­nie wyglą­dała. To dla niej ważne. Ty jesteś dla niej ważna.

- Dla mnie już teraz wszy­scy oni są ważni. Chcę powstrzy­mać Dobbs. Chcę, by zapła­ciła za wszyst­kie nie­szczę­ścia, które spo­wo­do­wała. Chcę, by...

Nagle drzwi zaczęły gło­śno trza­skać, a okna zamy­kać się i otwie­rać.

- O, wypchaj się, ty nik­czemna stara jędzo! - wrza­snęła Cleo. - Mamy cię gdzieś!

Sonya roze­śmiała się wbrew sobie.

A iPad natych­miast zare­ago­wał impre­zową pio­senką o tym, by dobrze się bawić.

- Tak jest, Clo­ver. Abso­lut­nie. - Cleo zama­chała rękami w powie­trzu i zako­ły­sała bio­drami. - Będzie dziś zabawa!

- Come on! - zaśpie­wała Sonya i wrzu­ciła mięso na warzywa. Wzięła otwartą już butelkę wina i wylała na mięso całą jej zawar­tość. - Tak jest, do dna! - Przy­kryła naczy­nie i wsu­nęła je do pie­kar­nika. Poki­wała pal­cem na Cleo. - I ma tam być długo. Bez zaglą­da­nia.

- Już teraz cudow­nie pach­nie. Dobra. Robię tę szar­lotkę.

- No, dalej. Pokaż, co potra­fisz.

Szar­lotka nie oka­zała się może "bułką z masłem", ale obie się zgo­dziły, że wyglą­dała pięk­nie, kiedy już Cleo odmie­rzyła skład­niki, zagnio­tła cia­sto, roz­wał­ko­wała je, wyle­piła nim formę, obrała i pokro­iła jabłka, a następ­nie wsu­nęła ją do dru­giego pie­kar­nika.

- Lepiej niech doce­nią każdy kęs. To był kawał roboty.

- Wyjdźmy z Yodą. Prze­wie­trzmy się tro­chę.

Przy­jem­nie było wyjść z roz­grza­nej kuchni na chłodne, orzeź­wia­jące powie­trze.

- Prze­stała walić drzwiami i oknami, kiedy zaczę­ły­śmy z niej drwić.

- No, też to zauwa­ży­łam. - Cleo z zado­wo­le­niem obej­rzała się na dom. - Żywi się stra­chem i smut­kiem. Tak jak wczo­raj powie­dzia­łaś.

- Zatrzy­mać tego nie zatrzy­mamy, ale spra­wimy, że tro­chę wyha­muje. "Mamy cię gdzieś" podzia­łało. Musimy to powta­rzać czę­ściej.

- Jestem za. Dziś mamy gości, a za parę tygo­dni nasz wielki dzień otwarty. W sumie pora już zacząć pla­no­wać szcze­góły.

- Jasne. Zaczniemy.

- To ją wku­rzy - że cały dom wypełni się ludźmi. I to zado­wo­lo­nymi.

- Tak jest. Musimy zapro­sić two­ich rodzi­ców. I mam nadzieję, że twoja grand-m?re i moja mama też się zja­wią. Muszę ścią­gnąć dziad­ków - wszyst­kich czworo, jeśli dadzą radę. Cio­cię Sum­mer i wujka Mar­tina też.

- Mamy dla nich mnó­stwo miej­sca - Cleo zamil­kła i zer­k­nęła na dom. - Ten dom jest wprost stwo­rzony do tego, co w nim robimy, Son.

- A co w nim robimy?

- Żyjemy, pra­cu­jemy, pla­nu­jemy. A w twoim przy­padku - dodała zna­cząco Cleo - upra­wiamy też świetny seks.

- Zga­dza się, jest naprawdę świetny.

- Jako twoja przy­ja­ciółka bar­dzo ci kibi­cuję. A ona tego wszyst­kiego nie chce. Jej zależy tylko na smutku i stra­chu.

- Więc dostar­czajmy jej tego, czego nie­na­wi­dzi. W nad­mia­rze. Znajdę te obrączki, Cleo. Jesz­cze nie wiem jak, ale je znajdę. A tym­cza­sem będziemy żyć, pra­co­wać i pla­no­wać.

Patrzyła, jak Yoda goni wie­wiórkę.

- Mia­łaś sobie spra­wić jakie­goś ele­ganc­kiego kocura - rze­kła.

- Ow­szem, mia­łam - przy­tak­nęła Cleo. - I nie­długo zacznę poważne poszu­ki­wa­nia.

- A dziś podamy cho­ler­nie pyszny posi­łek. W naszej for­mal­nej jadalni.

- Też tak myśla­łam! Kiedy szar­lotka się dopie­cze, idziemy robić się na bóstwa. I szy­ko­wać stół.

- Ty zawsze wyglą­dasz jak bóstwo. Powin­nam cię za to nie­na­wi­dzić.

- Ale mnie uwiel­biasz.

- Tak jest. Dobra, zaj­rzyjmy już do tej two­jej szar­lotki. A potem zro­bię chle­bek na piwie.

- Myślisz, że Molly już posprzą­tała po nas kuch­nię?

Sonya nawet się nie sta­rała uda­wać zawsty­dzo­nej.

- To chyba oczy­wi­ste, nie?

- Czyli dla każ­dego coś miłego.

Zasłu­gu­jemy na taki dzień, pomy­ślała Sonya. Dzień, w któ­rym dobrze się pra­cuje i można skoń­czyć wcze­śniej. Dzień wypeł­niony nie tylko obo­wiąz­kami, ale i odro­biną bez­tro­ski i zamie­sza­nia oraz wspól­nego cele­bro­wa­nia czasu.

Wśród zapa­chów cia­sta i pie­czeni uno­szą­cych się w nie­ska­zi­tel­nie wysprzą­ta­nej kuchni usia­dły przy bla­cie, by zasta­no­wić się nad szcze­gó­łami orga­ni­za­cji dnia otwar­tego w Domu Poole'ów, który - po dłuż­szej dys­ku­sji - zapla­no­wały na drugą sobotę czerwca.

- For­muła dnia otwar­tego spra­wia, że atmos­fera będzie swo­bodna i przy­ja­ciel­ska - powie­działa Sonya. - Ale pro­po­nuję wysto­so­wać for­malne zapro­sze­nia.

- Jestem za. To dodaje ele­gan­cji. Która cechuje prze­cież ten dom.

- Jak­byś mi czy­tała w myślach. Idę po notat­nik.

Kiedy szar­lotka i chleb sty­gły już na kratce, a drzwiczki pie­kar­nika zostały uchy­lone na chwilkę w celu spraw­dze­nia, jak się miewa pie­czeń, Sonya i Cleo opra­co­wały rysu­nek rezy­den­cji wio­sną, z okrytą mło­dym listo­wiem wierzbą pła­czącą i kwit­ną­cymi kwia­tami.

Sonya McTa­vish i Cle­opa­tra Faba­res mają zaszczyt zapro­sić do Domu Poole'ów w sobotę, 8 czerwca, o godz. 16:00 na poczę­stu­nek w wyśmie­ni­tym towa­rzy­stwie.

- Podoba mi się - orze­kła Cleo. - Pro­sto i zachę­ca­jąco.

- Nie nazbyt pro­sto?

- Nie wydaje mi się.

- To dobrze. Musimy załą­czyć blan­kiet z potwier­dze­niem. - Sonya płyn­nie prze­szła do dal­szego pla­no­wa­nia. - Powiedzmy, że do dwu­dzie­stego maja, aby­śmy miały jakieś poję­cie o licz­bie gości. Mama Treya pomoże nam z nazwi­skami i adre­sami.

- Zgło­śmy się do Bree w spra­wie menu. Sze­fowa kuchni Lob­ster Cage to wła­ściwy adres.

- W dodatku nas lubi, więc zgoda. Popro­simy ją też o pole­ce­nie kel­ne­rów i ludzi do obsługi. A jedze­nie zamó­wimy z restau­ra­cji w mia­steczku.

- Będziemy musiały powy­cią­gać stoły i krze­sła z nie­uży­wa­nych poko­jów - zauwa­żyła Cleo. - Albo je wypo­ży­czyć.

- Do tego szkło, naczy­nia, obrusy. Wiesz, pro­jek­to­wa­łam zapro­sze­nia na mnó­stwo imprez, robi­łam strony inter­ne­towe dla tysiąca firm cate­rin­go­wych, restau­ra­cji i barów. Ale ni­gdy nie pla­no­wa­łam ani nie prze­pro­wa­dza­łam takiej imprezy.

- Masz stra­cha?

Sonya unio­sła ramiona.

- Tro­chę, ow­szem.

- Ja też. Ale dzięki temu jest jesz­cze faj­niej.

- Cza­sem mam wra­że­nie, że nasze wizje tego, co jest fajne, a co nie, nawet się do sie­bie nie zbli­żają.

Kiedy z tabletu popły­nęła pio­senka Beastie Boys, Sonya musiała się roze­śmiać.

- Okej, okej. Będziemy wal­czyć o naszą małą imprezkę.

- Co auto­ma­tycz­nie prze­kie­ro­wuje nas na tory muzyki. Sądzisz, że Trey z Owe­nem zdo­ła­liby namó­wić Rock Hard, żeby dla nas zagrali?

- Nie dowiemy się, póki ich nie spy­tamy. Wpi­suję to na listę rze­czy do zała­twie­nia. - Sonya zano­to­wała. - Zada­nie dla mnie: zapro­jek­to­wać zapro­sze­nia.

- Ty pro­jek­tuj, ja roze­ślę. Ty zdo­bądź listę gości od mamy Treya, ja poga­dam z Bree.

- Dobry podział obo­wiąz­ków. - Sonya stuk­nęła szklanką o szklankę przy­ja­ciółki. - Wiem, że w piw­nicy są jakieś roz­kła­dane stoły. Ale nie w tej strasz­nej, tam moja noga już nie posta­nie. Jestem za wysła­niem po nie naszych chło­pa­ków. Oni je wycią­gną, a my wyczy­ścimy.

- I znów jestem za. Teraz kwiaty. Zapewne będziemy musiały jakieś posa­dzić, a to będzie dla nas obu nowość. Warto by też mieć deko­ra­cje kwia­towe na stoły i do środka.

- A więc co? Wycieczka do szkółki ogrod­ni­czej i kwia­ciarni? To już zała­twimy razem. Nie mar­twię się, że nie zdo­łamy upięk­szyć tego miej­sca. Obie jeste­śmy w tym dobre. Zresztą i tak chcia­łam tu coś zasa­dzić. Na przy­kład w doni­cach, które widzia­łam w szo­pie.

- Ja bym chęt­nie posa­dziła tro­chę ziół.

- O, serio?

Cleo zde­cy­do­wa­nie ski­nęła głową.

- Jeśli mam tu goto­wać, chcę to robić dobrze.

- W takim razie bie­rzesz na sie­bie zioła. To już twoja działka.

- Ogarnę to. A teraz chodźmy robić się na bóstwa, a potem wró­cimy i nakry­jemy stół po kró­lew­sku.

- To, co się działo dziś w nocy - zaczęła Sonya, zbie­ra­jąc szki­cow­nik, notatki i tablet - wyda­rzy się znowu. Ja o tym wiem i ty też o tym wiesz. Ale jeste­śmy tu, gotu­jemy dobre jedzonko, pie­czemy cho­lerną szar­lotkę i pla­nu­jemy imprezę.

- Jaką imprezę, poważne wyda­rze­nie dla lokal­nej spo­łecz­no­ści - popra­wiła ją Cleo, na co Sonya się uśmiech­nęła.

Wyszły z kuchni.

- Aha, wyda­rze­nie. Cza­sem moja głowa mi mówi, że to sza­leń­stwo. Ale ja wiem, że nie i już. I że robimy dokład­nie to, co trzeba.

- Czyli żyjemy, pra­cu­jemy, pla­nu­jemy - powtó­rzyła Cleo.

- Zga­dza się. Tak samo mam pew­ność, że w tym domu jest wię­cej dobrego niż złego. Oczy­wi­ście tro­chę złego jest, bo to nor­malne, jeśli ludzie tu miesz­kają, pra­cują i pla­nują od ponad dwu­stu lat. A naj­gor­szym złem jest ta jedna... cóż, nie nazwę jej osobą.

- Istota.

- Istota. Ale mimo tego, co ich wszyst­kich spo­tkało, Clo­ver pusz­cza nam muzykę, Molly ściele łóżka, a Jack bawi się z Yodą.

Skrę­ciły do biblio­teki, gdzie Sonya odło­żyła notatki i szki­cow­nik na biurko.

- I jest ich wię­cej.

- Zde­cy­do­wa­nie - zgo­dziła się Cleo. - Czuję ich przez cały czas.

- Dla­czego na­dal tu są? Moż­liwe, że panny młode i ci, któ­rzy je opła­kują, są tu z powodu klą­twy. Ale inni?

- Nie wiem.

Sonya rozej­rzała się po biblio­tece. Spoj­rzała na para­pet, na któ­rym kwitł fio­łek afry­kań­ski, który dostała od Cleo wiele lat wcze­śniej.

- Myślę, że dla­tego, że to jest ich dom. I zostali tu z tego samego powodu, z któ­rego ja zosta­łam. A potem ty. Bo to jest dom.

- Ni­gdy nie przy­szło mi to do głowy - odparła Cleo, gdy wyszły z biblio­teki i ruszyły dalej kory­ta­rzem. - Ale chyba masz rację. To dobry dom, Sonyu. Mimo że jest w nim ona. To naprawdę dobry dom.

- Należy i do nas, i do nich. Jesz­cze rok temu spo­dzie­wa­ła­bym się usły­szeć coś takiego od cie­bie. A dziś sama to mówię. W dodatku szcze­rze.

- I wła­śnie dla­tego oni tu z tobą są, Son. Bo mówisz te słowa i robisz to szcze­rze. A teraz idź, zrób się na bóstwo.

Taki wła­śnie miała zamiar. To zabawne, pomy­ślała, kie­ru­jąc się do swo­jej sypialni, że choć spa­łam zale­d­wie trzy godziny, wcale nie czuję się zmę­czona.

Pra­gnęła, by wie­czór - ten wie­czór - upły­nął przy dobrym jedze­niu i w miłym towa­rzy­stwie.

Prze­szła przez salo­nik do sypialni. A tam, za oknem i za drzwiami bal­ko­no­wymi, pod póź­no­po­po­łu­dnio­wym słoń­cem, roz­po­ście­rało się morze.

Na łóżku leżała zaś sukienka zaku­piona dawno temu z myślą o nie­do­szłej podróży poślub­nej. Sukienka, któ­rej Sonya jesz­cze ni­gdy na sobie nie miała.

Hm, to Molly, pomy­ślała. Ale w sumie... czemu by nie?

Pod­nio­sła ją, przy­ło­żyła do sie­bie i sta­nęła przed lustrem.

Róż nie był jej typo­wym wybo­rem, ale ten był głęb­szy i bar­dziej przy­ga­szony. Wąska, bez ręka­wów - ide­alna sukienka na roman­tyczną kola­cję. Dla świeżo poślu­bio­nej żony.

- Zostać jego żoną to byłby błąd. Ale sukienka nie ma z tym nic wspól­nego. Dobrze, Molly, zgoda. Akcep­tuję ten wybór. Dzięki.

Nie spie­szyła się. Ukła­da­jąc włosy, głę­boko wes­tchnęła. Cóż, nad­szedł czas wziąć byka z rogi i umó­wić się z miej­scową fry­zjerką. I tak cze­kała już o wiele za długo.

I zbyt wiele tygo­dni dzie­liło ją od wyjazdu do Bostonu na pre­zen­ta­cję dla Ryder's.

Ale dzięki temu włosy zdążą odro­snąć, jeśli nowa fry­zura jej się nie spodoba.

- Cóż, odro­bina próż­no­ści nie zaszko­dzi - rze­kła do sie­bie, zapi­na­jąc suwak sukienki. - A wygląd będzie miał jed­nak zna­cze­nie.

Clo­ver puściła Looking Good (Świet­nie wyglą­dasz).

Roz­ba­wiona Sonya odwró­ciła się do lustra.

- Tak, wiem, nie jest źle. Zobaczmy, czy Cleo też jest gotowa.

Przy­ja­ciółka zde­cy­do­wała się zagrać tro­chę odważ­niej: wybrała krótką, fry­wolną sukienkę w kolo­rze nieba prze­cię­tego jaskrawą smugą bły­ska­wicy. Teraz zapla­tała włosy w skom­pli­ko­wany war­kocz.

Sto­jąc przed lustrem, spoj­rzała w oczy odbi­ja­ją­cej się w nim Sonyi.

- Pamię­tam, jak kupo­wa­łaś tę sukienkę. Sama cię na nią namó­wi­łam.

- Tak, wiem. Molly mi ją dziś wyjęła.

- Moją też. Molly ma dosko­nały gust. A zwa­żyw­szy na to, że w nocy wystą­pi­ły­śmy w stro­jach, w któ­rych naj­pierw obej­rza­ły­śmy podwójny seans fil­mowy, a potem poszły­śmy spać, miło będzie ład­nie wyglą­dać.

- Uma­wiam się jutro do fry­zjera. W mia­steczku.

Cleo zamarła.

- Jesteś pewna?

- Muszę się wresz­cie odwa­żyć. Jeśli mi się nie spodoba, zdążę to jesz­cze napra­wić przed wiel­kim wystę­pem w Bosto­nie.

- Jasne, rozu­miem twoją logikę. Ale zdra­dzić swo­jego fry­zjera to poważna sprawa.

Sonya ponuro ski­nęła głową.

- Związki na odle­głość nie mają szansy na prze­trwa­nie.

- Nie­ważne, co posta­no­wisz, i tak będę cię wspie­rać. Sama raczej nie zdo­będę się na odwagę. Z moimi wło­sami multi-kulti? Jest we mnie tro­chę Kre­olki, tro­chę Azjatki, tro­chę Jamajki i tro­chę Bry­tyjki. Ty masz typowe włosy bia­łej.

- Ow­szem. Więc zary­zy­kuję. Jesteś gotowa?

Yoda w pod­sko­kach zbiegł za nimi ze scho­dów, a potem zaczął się krę­cić przed potęż­nymi drzwiami wej­ścio­wymi.

- Chcesz na dwór? Jak skoń­czysz, wróć z dru­giej strony. - Sonya otwo­rzyła przed nim drzwi. - Nie­długo będziesz miał kolegę.

- Pomy­śla­łam, że skon­tak­tuję się z tą panią, od któ­rej wzię­łaś Yodę. W spra­wie mojej ele­ganc­kiej kotki.

- A, Lucy Cabot. Jest świetna. I ratuje też koty. Wyślę ci jej namiary, na pewno będzie wie­działa, co robić.

Sonya przy­sta­nęła przy sta­rym sto­ją­cym zega­rze o jasnej tar­czy i nie­ru­cho­mych wska­zów­kach. Usta­wio­nych na godzinę trze­cią.

Na któ­rą­kol­wiek godzinę by się je prze­su­nęło, i tak wra­cały w to samo poło­że­nie.

- Nie przy­po­mi­nam sobie, bym ostat­niej nocy sły­szała, jak bije. Choć prze­cież musia­łam. Nie zawsze to sły­szę, ale wczo­raj wsta­łam i poszłam do sali balo­wej, więc jak mogło mnie to omi­nąć? Kiedy sły­szę to bicie, nie czuję koniecz­no­ści, by iść. To zna­czy nie świa­do­mie.

- Jeżeli znowu ją poczu­jesz, naj­pierw mnie zawo­łaj.

- Mam nadzieję, że tak zro­bię. Nie zasta­na­wia­łaś się, czy nie urzą­dzić sobie gdzieś biura? W innym pokoju niż pra­cow­nia?

- Zasta­na­wia­łam. Pra­cow­nia total­nie mnie uszczę­śli­wia, ale może sen­sow­niej byłoby zała­twiać inte­resy gdzie indziej.

- Bar­dzo mnie kusi wyko­rzy­sta­nie więk­szej liczby pokoi. Ale takie naprawdę wyko­rzy­sta­nie. Dla­tego wła­śnie...

Weszły do ogrom­nej kuchni i urwały roz­mowę.

Szar­lotka i chleb stały na kratce i sty­gły, a w powie­trzu uno­sił się obłędny zapach.

Na wyspie cze­kał pół­mi­sek.

- Och, co za cudo! - zawo­łała Cleo. - Jakie wspa­niałe naczy­nie! Wygląda na stare i dostojne.

- Bo takie jest - mruk­nęła Sonya. - Nale­żało do Lis­beth. To ten sam pół­mi­sek, któ­rego uży­łam za pierw­szym razem. Pre­zent ślubny.

To rze­kł­szy, pod­nio­sła go i odwró­ciła dnem do góry, żeby poka­zać Cleo napis.

- Nie miała szansy go ni­gdy użyć i to cię smuci. Ale wiesz co, Sonyu? Ja myślę, że kiedy ty go uży­wasz, a nie tylko pozwa­lasz mu zbie­rać kurz gdzieś na półce, tak naprawdę czcisz jej pamięć.

- Widzia­łam ją po dru­giej stro­nie sali balo­wej. Przez parę sekund. Był straszny tłok, ludzie mi zasła­niali. Cleo, ona była taka młoda. I taka szczę­śliwa. Można powie­dzieć, że pro­mie­niała szczę­ściem.

Odsta­wiła pół­mi­sek.

- Masz rację. Nie powi­nien tkwić na półce.

Nakryły do stołu, usta­wiły świece i naj­lep­sze kie­liszki. Ponie­waż kwiet­niowy wie­czór był chłodny, napa­liły w komin­kach - w kuchni i jadalni.

- Jakaś nastro­jowa muzyka? - rzu­ciła Cleo.

Clo­ver natych­miast zare­ago­wała, pusz­cza­jąc Tan­gled Up in You (Sple­ciony z tobą).

- Może ciut za bez­po­śred­nia - uznała Cleo - ale niech będzie. Wina, wspól­niczko?

- Lej. Muszę wyjąć pie­czeń i zro­bić sos.

- Włóż far­tuch. A ja będę patrzeć i się uczyć.

Kiedy tylko Sonya wyjęła gar­nek z pie­kar­nika i zdjęła pokrywę, Yoda sta­nął na tyl­nych łap­kach i zaczął prze­bie­rać przed­nimi.

- Jack go tego nauczył. Dobra, dobra, dosta­niesz do spró­bo­wa­nia.

- A ja? - Cleo nalała wina do kie­lisz­ków. - O co w ogóle cho­dzi z tą pie­cze­nią? Cały dzień tkwi w pie­kar­niku, a potem tak pach­nie? Szar­lotka była chyba trud­niej­sza.

- Nie pamię­tasz już tego stosu obie­rek warzyw­nych, które poszły na kom­post?

- Nie zapo­mi­naj, że były tam rów­nież obierki od jabłek. Patrz­cie na to - dodała, kiedy przy­ja­ciółka prze­ło­żyła pie­czeń na pół­mi­sek i zaczęła okła­dać ją warzy­wami. - Cóż, chyba zosta­łaś mistrzy­nią duszo­nej woło­winy.

- Lepiej się upew­nijmy. - Sonya odkro­iła kawa­łek mięsa i podzie­liła go na trzy czę­ści. Jedną podała Cleo, drugą rzu­ciła Yodzie, a trze­cią wło­żyła sobie do ust. - Chyba masz rację. Ofi­cjal­nie jestem mistrzy­nią duszo­nej woło­winy.

- Oba­wiam się, że nikt nie będzie miał miej­sca na szar­lotkę.

- Coś ty. Faceci? - Sonya wsta­wiła pół­mi­sek z mię­sem do czę­ści pie­kar­nika utrzy­mu­ją­cej dania w cie­ple. - Znajdą miej­sce na cia­sto.

Cleo stała z wysu­nię­tym do przodu bio­drem, popi­jała wino i przy­glą­dała się, jak Sonya szyb­kimi ruchami trze­paczki mie­sza sos.

- Poważ­nie, jestem pod wra­że­niem. Daj, ja tro­chę pomie­szam. Ty się napij.

Zamie­niły się miej­scami.

Yoda szczek­nął rado­śnie i rzu­cił się w stronę głów­nego wej­ścia. Zabrzmiał gong u drzwi, a Clo­ver zmie­niła muzykę. Black Eyed Peas zaśpie­wali o tym, że zapo­wiada się świetny wie­czór.

- Też na to cze­kam. - Sonya zmniej­szyła gaz. - Chodźmy otwo­rzyć i zaczy­najmy.

Rozdział 3

Sonya otwo­rzyła drzwi. Mookie natych­miast wtar­gnął do środka, a Jones wkro­czył spo­koj­nie dum­nym kro­kiem.

Na dru­gim pię­trze gło­śno trza­snęły drzwi. Dźwięk przy­po­mi­nał huk wystrzału.

- Ktoś chyba nie­zbyt się ucie­szył z naszego przy­by­cia - sko­men­to­wał Owen i wycią­gnął przed sie­bie rękę z butelką wina. - On jest od kwia­tów, ja od wina.

- I jedno, i dru­gie przyj­mu­jemy z wdzięcz­no­ścią - odparła Sonya, kiedy Trey wrę­czył jej bukiet bia­łych tuli­pa­nów.

- A ja? Wczo­raj dosta­łem buziaka. - Owen zwró­cił się do Cleo, która tylko zamknęła drzwi.

- Wczo­raj były inne oko­licz­no­ści - odparła Cleo.

- Wchodź­cie dalej - rze­kła Sonya. - Mogę zapy­tać, jak się miewa twoja klientka, Treyu? Ta w szpi­talu.

- Dobrze. W każ­dym razie lepiej. Chcą ją zatrzy­mać jesz­cze jeden dzień. Może dwa. Owen spę­dził dziś u niej dużo wię­cej czasu, niż ja zdo­ła­łem wygo­spo­da­ro­wać.

- Byłeś ją odwie­dzić?

- Jej eks u mnie pra­co­wał - wyja­śnił Owen. - To jest u nas - popra­wił się. - Czuje się nie­źle. Zwa­żyw­szy na to, jak mocno obe­rwała. Liczy, że Trey jej zała­twi wyłączną opiekę nad dziećmi i pozwo­le­nie na wyjazd do innego stanu. Do rodziny.

- Tego może być pewna. Mmm, pamię­tam ten zapach - dodał Trey. - Jest rów­nie sma­ko­wity, jak za pierw­szym razem.

- Ale dziś mamy dodatki spe­cjalne. Chle­bek na piwie i szar­lotka.

- Zro­bi­łaś szar­lotkę?

Cleo uśmiech­nęła się do Owena i nalała wina jesz­cze do dwóch kie­lisz­ków.

- Nauczy­łam się.

- Wygląda świet­nie. Wy też. Obie - rzu­cił Trey.

- Mia­ły­śmy fajny dzień.

- I co, naprawdę spa­li­ły­ście moje buty?

- Naprawdę - odparła Cleo. - Tro­chę dalej, tam pod lasem, w kręgu z kamieni i soli. Pola­ły­śmy je roz­pałką, rzu­ci­ły­śmy zapałkę i psss! Butów nie ma.

- Nie było to przy­jemne - uzu­peł­niła Sonya - ale sku­teczne. - Wyjęła trzy kości do gry­zie­nia z pra­so­wa­nej skóry. - Pro­szę bar­dzo, pie­ski, to dla was. Gryź­cie sobie i bądź­cie grzeczne. Ludzie będą teraz jedli kola­cję.

- Co wasze psy sądzą o kotach? - spy­tała Cleo.

Wzrok Treya powę­dro­wał za jego labra­do­rem skrzy­żo­wa­nym z gol­de­nem, odda­la­ją­cym się wła­śnie z kością.

- Mookie nie ma nic prze­ciwko.

- To zależy od kota - mruk­nął Owen.

- Zamie­rzam wziąć kota, o ile tylko znajdę takiego, o jakiego mi cho­dzi. Sonyu, biorę sos. Niech jeden z naszych dużych, sil­nych panów weź­mie mięso. Dzi­siej­szą kola­cję ser­wu­jemy sty­lowo.

- Wła­śnie widzę. Ja wezmę - zgło­sił się Trey. - Tak jak poprzed­nio.

Kiedy Trey wyjął pół­mi­sek z pie­kar­nika, Owen mru­gnął.

- O, ja pier­ni­czę. To nie byle co.

- Jako mistrzyni duszo­nej woło­winy nie przy­go­to­wuję byle czego. - Sonya się­gnęła po chleb i deskę do kro­je­nia.

- Pomóc ci? - spy­tał Owen Cleo.

- Nie, dzięki. Tylko prze­leję go do sosjerki. Weź wino.

Przy stole Sonya naj­pierw nało­żyła wszyst­kim por­cje mięsa i warzyw, a potem usia­dła.

- Gra­tu­la­cje dla sze­fo­wych kuchni - powie­dział Trey.

- Cze­kaj­cie, niech spró­buję. - Owen wziął do ust kęs pie­czeni. - Mmm, pycha. Kudos. Lep­sza niż two­jej mamy, przy­kro mi, Treyu.

- Tak, mama już wie. Dzięki za pyszną kola­cję. To dużo pracy. I wysiłku.

- Pro­simy bar­dzo. A skoro już mowa o pracy i wysiłku, to usta­li­ły­śmy z Cleo datę naszego wiel­kiego wyda­rze­nia. Orga­ni­zu­jemy tu dzień otwarty w drugą sobotę czerwca.

- Uwaga, i mówimy o wiel­kiej impre­zie. - Kiedy trza­snęły drzwi, Cleo z uśmie­chem spoj­rzała w sufit. - Ona nie­na­wi­dzi tego pomy­słu. A ja tym bar­dziej go kocham.

- Tak z nią pogry­wasz? - Owen się zaśmiał. - Rzu­casz jej wyzwa­nie w postaci imprezy?

- To tylko miły bonu­sik. - Cleo nadziała na wide­lec kawa­łek mar­chewki. - Zależy nam głów­nie na otwar­ciu domu dla publicz­no­ści. Wypeł­nie­niu go ludźmi, jedze­niem, piciem i muzyką.

- Bo do tego został stwo­rzony - dodała Sonya. - A tak w ogóle, to kiedy ostat­nio hucz­nie tu coś świę­to­wano?

- Jestem za młody, by pamię­tać, ale obsta­wiam, że był to ślub Col­lina i Johanny. Który nie skoń­czył się dobrze.

- Tym razem nie prze­wi­du­jemy żad­nej panny mło­dej, na którą mogłaby się zasa­dzić Dobbs. I nie pozwo­limy, by nam dyk­to­wała, jak mamy żyć.

Świa­tła zga­sły, zapa­liły się, znowu zga­sły i znowu się zapa­liły. Sonya pod­nio­sła kie­li­szek. A potem się roze­śmiała, bo iPad w kuchni zagrał Fuck You (Wal się) CeeLo na cały regu­la­tor.

- Trudno się z tym spie­rać - powie­działa i upiła łyk wina.

- Widzę, że cię korci, by ją pro­wo­ko­wać.

- Cza­sem. - Sonya spoj­rzała w oczy Treya i zoba­czyła w nich nie­po­kój. - Odpo­wiada za śmierć wielu kobiet z mojej rodziny na prze­strzeni ostat­nich dwu­stu lat. Więc tak, cza­sem mam ochotę jej dopiec. Ale nie dla­tego orga­ni­zu­jemy dzień otwarty. Zamie­rzamy tu miesz­kać: w tym domu i w tej lokal­nej spo­łecz­no­ści. Zamie­rzamy stać się jej czę­ścią. To jedyny spo­sób urze­czy­wist­nie­nia tego planu.

- Trey nie pró­buje cię znie­chę­cić. - Owen odkroił sobie nowy pla­ster mięsa. - On musi tylko poskła­dać do kupy wszyst­kie fakty, zało­że­nia i motywy. To uro­dzony praw­nik. - Nadział na wide­lec kawa­łek ziem­niaka. - Poza tym, gdyby chciał cię prze­ko­nać do zmiany zda­nia, zro­biłby to tak spryt­nie, że nawet byś się nie zorien­to­wała, że już je zmie­ni­łaś.

Ski­nęła głową.

- Zwró­ci­łam uwagę na tę umie­jęt­ność. Czło­wie­kowi się wtedy wydaje, że sam od początku chciał to zro­bić.

- Otóż to.

- Wła­śnie. Poza tym - Sonya prze­nio­sła wzrok na Treya - bar­dzo mi się to w nim podoba.

- To dobrze. A więc jak zamier­za­cie ogar­nąć tyle spraw naraz?

- Jesz­cze nie mam poję­cia - odpo­wie­działa Sonya szcze­rze. - Ale to nas pro­wa­dzi do kwe­stii jedze­nia. Pomy­śla­ły­śmy, że chcemy zamó­wić jedze­nie w lokal­nych restau­ra­cjach. Chcemy spy­tać Bree, czy nam pomoże w spra­wie ludzi do obsługi: hostess, kel­ne­rów i bar­ma­nów.

- Dobra myśl. - Trey poczę­sto­wał się chle­bem. - Bo że goście się zja­wią, to pewne.

- Na bank - zgo­dził się Owen.

- A Poole'owie? Jak myśli­cie? - zanie­po­ko­iła się Sonya.

- Ci nasi, miej­scowi? Z całą pew­no­ścią. Każdy dostał to, co chciał, Sonyu. Nikt nie żywi do cie­bie urazy.

- Wszy­scy, któ­rzy znali Col­lina, lubili go - dodał Trey. - A ci, któ­rzy go nie znali, przyjdą tu z cie­ka­wo­ści. A także ze względu na cie­bie i Cleo. Prze­cież pozna­ły­ście już tro­chę ludzi w mia­steczku.

- Lubię Poole's Bay - ode­zwała się Cleo. - I będę lubić na nie patrzeć z morza, kiedy już zbu­du­jesz mi tę żaglówkę.

- Owen wyko­nał już pro­jekt.

- O, serio? - Cleo uśmiech­nęła się znad kra­wę­dzi kie­liszka. - Bar­dzo chęt­nie zoba­czę.

- A czy ja cię cisnę w spra­wie obrazu?

- Ale ty już go widzia­łeś na eta­pie powsta­wa­nia.

- Natkną­łem się na niego przy­pad­kiem. Nie urzą­dzam oglę­dzin w trak­cie budowy.

- No dobra, a co z budą dla Yody? - Owen posłał Sonyi roz­pacz­liwe spoj­rze­nie, na co ta tylko mach­nęła ręką. - Nie­ważne, o tym póź­niej. Bo odcho­dzę od tematu. Nasz dzień otwarty. Myśli­cie, że dałoby się namó­wić chło­pa­ków Manny'ego, żeby zagrali?

- Chce­cie kapelę na żywo?

Trey się zasta­na­wiał. Owen wziął sobie chleba.

- Szcze­rze mówiąc, wyobra­ża­łem sobie, że macie na myśli coś bar­dzo for­mal­nego. No, że wszy­scy będą sztywno stali w holu i słu­chali gry na har­fie czy cze­goś takiego.

- Mogły­by­śmy wyna­jąć har­fistkę, żeby zagrała w holu.

Owen wska­zał na Cleo.

- Nie psuj, psuju. Rock Hard na pewno będą zaszczy­ceni.

- Gwa­ran­tuję - potwier­dził Trey. - Nie wiem tylko, czy zda­je­cie sobie sprawę, że ludzie wlezą wam w każdy zaka­ma­rek rezy­den­cji.

- Po to wła­śnie zapra­szamy ich na dzień otwarty. Co nie zmie­nia faktu, że mam nadzieję na ładną pogodę - wyja­śniła Sonya. - Roz­sta­wimy stoły na dwo­rze. Mamy tro­chę skła­da­nych w schow­kach.

- Sły­sza­łeś, stary? - Owen lekko pochy­lił głowę, jakby nasłu­chi­wał. - Bo na moje ucho to zabrzmiało tak, jakby ktoś nas wyzna­czył do tar­ga­nia sto­łów.

- Oraz krze­seł - dodała Cleo. - Aha, Son, mam pomysł: powin­ny­śmy poroz­wie­szać sznury lam­pek.

- Czy jest ktoś, kto nie kocha lam­pek?

- Ten, kto musi je wie­szać - burk­nął Owen. - A potem zdej­mo­wać.

- Może byśmy je zosta­wiły na stałe. Co sądzisz, Cleo?

- Podoba mi się ten pomysł. Roz­wie­śmy je na naszej wspa­nia­łej wierz­bie i wokół tarasu nad miesz­ka­niem.

- Czyli tam, gdzie będzie scena. Ta impreza to dobry pomysł, Treyu. - Sonya wzięła go za rękę. - Dobry i pozy­tywny.

- Dobry, pozy­tywny pomysł. Dla dobrych, pozy­tywnych rela­cji spo­łecz­nych.

- To kolejny bonus. Nie­ba­ga­telny. Zle­ce­nia. Muszę prze­cież z cze­goś żyć.

- A wła­śnie, jak tam pro­jekt dla Ryder's?

- Posie­dzia­łam dziś nad nim tro­chę, a potem prze­rzu­ci­łam się na upgrade strony Gigi's.

- Tego bab­skiego skle­piku na rogu Bay i High Street? - Owen nało­żył sobie drugą dokładkę. Wszyst­kiego jak leci.

- Dla­czego nazy­wasz go bab­skim?

Wzru­szył ramio­nami.

- Bab­skie ciuszki, bab­skie pach­ni­dełka. No wiesz, wszystko pod­pada. Cla­rice - kuzynka - lubi wszystko, co pach­nące.

- Zano­tuj - pole­ciła Sonya Cleo. - Przed imprezą poroz­sta­wiać w łazien­kach pach­nące gadżety od Gigi's.

- Oczy­wi­ście, moja droga.

- A teraz - Sonya uśmie­chem podzię­ko­wała Trey­owi za dola­nie jej wina i unio­sła kie­li­szek w stronę Owena - wróćmy do sprawy tej budy.

*

Do czasu, gdy skoń­czyli jeść, Sonya roz­lała do kie­lisz­ków drugą butelkę wina.

- Pro­po­nuję, żeby­śmy wzięli to ze sobą i prze­szli się z psami, a potem wró­cili tu na szar­lotkę. Zapa­ku­jemy wam też na wynos tro­chę jedze­nia.

- Ta część planu wyjąt­kowo do mnie prze­ma­wia. Kola­cja była prze­pyszna - dodał Owen. - Bar­dzo doce­niam.

- Musi­cie wziąć kurtki. Obie. - Trey pogła­skał Sonyę po nagim ramie­niu. - Te kwiet­niowe noce są jed­nak zimne.

Sły­sząc docho­dzącą z iPada muzykę, Sonya zmarsz­czyła czoło.

- Nie znam tej pio­senki.

- Pie­ces of April (Kawałki kwiet­nia) - pod­po­wie­dział Owen. - Three Dog Night.

- Owen zna się na muzyce - rzu­cił Trey.

- Rozu­miem. Skoro o psach mowa, wyj­dziemy z nimi od frontu, więc weź­cie te kurtki.

Wszyst­kie trzy zwie­rzaki wstały, prze­cią­gnęły się i pod­bie­gły do drzwi.

- My z Owe­nem po spa­ce­rze posprzą­tamy. Tak będzie fair.

- Jeśli o mnie cho­dzi, tobym ci pozwo­liła. - Sonya zer­k­nęła na niego. - Ale co do Molly, nie mogę mieć pew­no­ści.

- Nie­wi­dzialna sprzą­taczka i poko­jówka. Fajna sprawa - rzekł Owen. - Przy­da­łaby mi się taka.

- Ona też należy do rodziny.

Sonya przy­sta­nęła przed wej­ściem do pokoju muzycz­nego, gdzie wisiały dwa por­trety zna­le­zione w pra­cowni: Clo­ver i Johanny, szó­stej i siód­mej panny mło­dej.

- Tak jak i one.

Pode­szli do szafy po kurtki, po czym wyszli w roz­gwież­dżoną, chłodną noc.

- Chyba będzie dziś przy­mro­zek - rzekł Owen.

- A wam nie za zimno? - ode­zwała się Sonya.

Trey wziął ją za rękę.

- Jeste­śmy face­tami z Maine, skar­bie. Nam jest cie­plutko.

- Ależ czy­ste niebo! - Potrzą­snąw­szy wło­sami, Cleo zadarła głowę. - W Bosto­nie ni­gdy tak pięk­nie nie widać gwiazd.

- A w Lafay­ette? - zagad­nął Owen.

- Nie. Chyba że w bayou.

- Myślisz cza­sem, by tam wró­cić?

- Z wizytą? Jasne. A na stałe? - Cleo pokrę­ciła głową. - No nie. Zna­la­złam już swoje miej­sce. Uwiel­biam ten dom. - Odwró­ciła się i powio­dła wzro­kiem po ciem­nej bryle budynku. - Dobbs chce nam to ode­brać. Prze­go­nić nas stąd. Nie rozu­mie, z kim ma do czy­nie­nia.

Gdy tylko to powie­działa, okno Zło­tego Pokoju otwarło się z hukiem i wyle­ciało z niego coś dużego i szyb­kiego. Bły­snęło w świe­tle gwiazd i wydało prze­ni­kliwy, nie­ludzki wrzask.

Owen bły­ska­wicz­nie wepchnął Cleo za swoje plecy, a Trey prze­su­nął się tak, by zasło­nić Sonyę.

Trwało to led­wie parę sekund. Psy roz­sz­cze­kały się jak wście­kłe. Jones rzu­cił się przed sie­bie, ata­ku­jąc to, co na nich leciało.

Nagle wszystko uci­chło, a oni poczuli zapach siarki.

- Już raz tak zro­biła. - Sonya, sta­ra­jąc się opa­no­wać, pochy­liła się, pod­nio­sła Yodę i zaczęła go uspo­ka­jać. - Wtedy też jej się nie udało.

- Cóż za wido­wi­sko. - Owen wsu­nął rękę do kie­szeni i wyjął trzy smaczki, które rzu­cił psom. - Jones był nie­ustra­szony.

- Zawsze je przy sobie nosisz? - chciała wie­dzieć Cleo.

- A ty nie?

- Chyba zacznę. - Zaśmiała się, odpo­wia­da­jąc. - Dobra. To może, ale nie musi być koniec pokazu na dziś.

Sonya poca­ło­wała Yodę w nos i odsta­wiła go na zie­mię.

- Chodźmy lepiej na tę szar­lotkę.

Trey ujął jej dłoń i uca­ło­wał.

- Nie, ta jędza rze­czy­wi­ście nie poj­muje, z kim ma do czy­nie­nia. W samo­cho­dzie mam torbę z rze­czami. Zostanę na noc.

- Mia­łam taką nadzieję.

- Ja też coś wzią­łem - dodał Owen. - Pomy­śla­łem, że prze­ki­mam u was, jeśli to okej.

- Pil­nu­jesz nas, kuzy­nie?

- Może raczej uznaję, że za dużo wypi­łem i nie powi­nie­nem pro­wa­dzić.

- A Jones nie ma prawa jazdy?

- Tym­cza­sowo ode­brane. To istny pirat dro­gowy.

Cleo spoj­rzała na Jonesa z prze­pa­ską na oku - na­dal zje­żo­nego po zaja­dłym ataku.

- W to aku­rat wie­rzę.

W domu zastali nie tylko pięk­nie wysprzą­tane kuch­nię i jadal­nię, lecz także roz­dzie­lone do trzech pojem­ni­ków resztki.

- Dzię­ku­jemy, Molly. Dobrze, to podaję swoją pierw­szą szar­lotkę. Czy ktoś miałby ochotę na kawę?

- Ja się zajmę kawą. - Trey pod­szedł do eks­presu, a iPad zagrał nową melo­dię.

- Johny Cash - roz­po­znał Owen. - Cup of Cof­fee (Kubek kawy).

- Myślę, że ty i Clo­ver dosko­nale się rozu­mie­cie - wtrą­ciła Sonya.

- Tak, bo wiem, że to praw­dziwa hotówa. Trey mi powie­dział - już dawno - a poza tym widzia­łem zdję­cie. A ja lubię trzy­mać się bli­sko takich lasek.

Pio­senka prze­łą­czyła się na Hot (Gorąca) Avril Lavi­gne. Owen się uśmiech­nął.

- Z wza­jem­no­ścią, piękna.

- Wiesz, że roz­ma­wiasz z moją bab­cią? A swoją... hm, pra­ciotką?

- Co z tego, skoro na­dal jest gorącą laską i ma dosko­nały gust muzyczny?

- Cia­sto. - Cleo posta­wiła na kuchen­nym stole nakry­cia dla czte­rech osób.

- Kawa. - Trey przy­niósł resztę.

- Pamię­taj­cie, to mój debiut.

Owen odgryzł potężny kawa­łek.

- Cho­ler­nie dobrze zaczy­nasz.

Rze­czy­wi­ście. To był dosko­nały debiut, ale też - jak uznała Sonya - ide­alny finał, bo długi dzień, a w zasa­dzie poprzed­nia noc, zaczęła już im dawać się we znaki.

- Prze­pra­szam, że prze­ry­wam ten prze­miły wie­czór, ale czuję, że padam z nóg.

- Ja czuję, że za chwilę też padnę - oznaj­miła Cleo.

- Owe­nie, wiesz już, który pokój wybie­rasz?

- Prze­śpię się tam, gdzie poprzed­nio. Muszę bar­dzo wcze­śnie wyje­chać, więc jeśli się rano nie spo­tkamy, to jesz­cze raz dzięki.

Sonya zła­pała spoj­rze­nie, jakie wymie­nili mię­dzy sobą męż­czyźni, i wes­tchnęła.

- Dziś w nocy nie inte­re­suje mnie żadne lustro. Będę spać jak zabita.

- Wszyst­kim nam się to przyda. - Cleo przy­kryła resztę cia­sta. - Każ­demu, kto jesz­cze tu będzie, mówię: "Do zoba­cze­nia po dzie­sią­tej".

Po czym weszli na górę w towa­rzy­stwie psów i tam się roz­dzie­lili.

W sypialni Sonya prze­cią­gle wes­tchnęła.

- Po takiej nocy, jaką mie­li­śmy wczo­raj - rze­kła - nie spo­sób sobie wyma­rzyć lep­szego wie­czoru.

- Jesteś zmę­czona. - Trey poło­żył jej dłoń na policzku.

- O tak, i zaczy­nam to odczu­wać. Pro­szę, jeśli tylko dasz radę, powstrzy­maj mnie dziś przed noc­nym wsta­wa­niem i łaże­niem po domu.

- Spo­koj­nie. Nie będzie żad­nego łaże­nia.

Ufa­jąc jego sło­wom, prze­brała się i zwi­nęła na łóżku obok niego.

- Naprawdę się cie­szę, że tu jesteś.

- Nie chciał­bym być w żad­nym innym miej­scu.

Sonya w ciągu paru minut odpły­nęła w sen, a Trey leżał i wsłu­chi­wał się w odgłosy domu i ryt­miczne ude­rze­nia fal o skały.

W szepty i pomruki brzmiące jak głosy zagu­bione wśród wichury.

Psy spały spo­koj­nie. Po jakimś cza­sie Treya też zmo­rzył sen.

Ale obu­dziło go bicie zegara o trze­ciej. Sonya poru­szyła się w łóżku, mruk­nęła coś przez sen i znowu znie­ru­cho­miała.

Trey tym­cza­sem nasłu­chi­wał ulot­nych dźwię­ków pia­nina, czy­je­goś roz­dzie­ra­ją­cego pła­czu, skrzy­pie­nia drzwi i drże­nia szyby w oknie.

Wychwy­cił też jakiś dźwięk z zewnątrz - jakby woła­nie czy krzyk prze­bi­ja­jący się przez szum morza. Po cichu wyśli­zgnął się z łóżka, pod­szedł do drzwi bal­ko­no­wych i wymknął na zewnątrz.

Zoba­czył sto­jącą na murku nad urwi­skiem postać w czerni. Jej ciem­nymi wło­sami mio­tał nie­wy­czu­walny dla niego wiatr.

Postać unio­sła ręce w stronę księ­życa, który jesz­cze nie­dawno, pod­czas spa­ceru z psami, wcale nie był w pełni. Kiedy sko­czyła, a jej czarna suk­nia wydęła się na wie­trze, serce Treya na moment sta­nęło.

Nagle wiatr się uspo­koił, a na niebo wypły­nął pół­księ­życ.

Trey cof­nął się do środka, zamknął za sobą drzwi i poło­żył się do łóżka. W domu pano­wała cisza.

*

Kiedy Sonya się obu­dziła, była sama. Trey i psy znik­nęli. Z żalem usia­dła w pościeli. Po dobrze prze­spa­nej nocy czuła się wypo­częta i miała nadzieję na poranne piesz­czoty, a może i coś wię­cej.

Zer­k­nąw­szy na zega­rek, stwier­dziła, że jest dopiero siódma. Mogła się więc śmiało nazwać ran­nym ptasz­kiem.

Postała chwilę przy oknach, chło­nąc zło­ta­wo­błę­kitny kolo­ryt poran­nego słońca i morza. Biało-czer­wony kuter rybacki śmiało sunął przed sie­bie, a stado mew leciało dokądś zała­twić sobie tylko znane sprawy.

- Cały świat wygląda zupeł­nie ina­czej niż wczo­raj rano i ja też czuję się o niebo lepiej.

Wzięła tele­fon i wsu­nęła go do kie­szeni spodni od piżamy.

Ruszyła na dół. Minęła sypial­nię Cleo, a potem tę, z któ­rej korzy­stał Owen. Drzwi tej pierw­szej były zamknięte, a dru­giej - sze­roko otwarte, a łóżko wewnątrz schlud­nie zaście­lone.

Idąc, zasta­na­wiała się, czy te wystawne wnę­trza, histo­ria, piękno i atmos­fera domu, który przy­padł jej w udziale, stały się już dla niej czymś nor­mal­nym. Czy uznała je za codzien­ność.

Scho­dząc po sze­ro­kich, oka­za­łych scho­dach, doszła do wnio­sku, że abso­lut­nie nie.

Skie­ro­wała się do kuchni, w któ­rej Trey i Owen cicho roz­ma­wiali przy kawie i szar­lotce.

Kiedy weszła, prze­rwali roz­mowę.

- Dzień dobry - powie­działa i ruszyła wprost do eks­presu.

- Dzień dobry - odparł Trey. - Psy spa­lają śnia­da­nie. Wypu­ści­łem je od tyłu.

- Mmm. A wy na śnia­da­nie posi­la­cie się szar­lotką.

- Bo tu stała - uspra­wie­dli­wił się Owen. - To, jeśli o mnie cho­dzi, tak jak­bym jadł ciastko fran­cu­skie albo droż­dżówkę.

Z kub­kiem kawy w ręku odwró­ciła się i oparła ple­cami o blat. Sie­działo przed nią dwóch przy­stoj­nych face­tów. Przy­ja­ciół od dziecka. Przy­jaźń, która ich łączyła, trwała dłu­żej niż jej przy­jaźń z Cleo. Potra­fili poro­zu­mie­wać się bez słów.

I robili to na przy­kład teraz.

Jej tele­fon zagrał pierw­sze takty Poker Face (Poke­ro­wej twa­rzy) Lady Gagi.

- No wła­śnie... sama też podobno nie­źle udaję, więc gadaj­cie od razu, o co cho­dzi, bo i tak tyczy się to mnie. Pośred­nio lub bez­po­śred­nio.

- Oddaję ci głos, stary, bo sam muszę już spa­dać. - Owen wstał i wyjął z lodówki pojem­nik z reszt­kami kola­cji. Wziął swoją torbę z pod­łogi i ruszył do drzwi.

- Owe­nie?

Zatrzy­mał się, gdy Sonya wypo­wie­działa jego imię. Odwró­cił się, a ona do niego pode­szła. Objęła go, a on nie­zręcz­nie pokle­pał ją po ple­cach.

Czuła, że ponad jej głową spo­gląda na Treya.

- Dzięki, że zosta­łeś. - Puściła go.

- Nie ma sprawy. Do zoba­cze­nia.

Kiedy Owen wyszedł tyl­nymi drzwiami i gwizd­nął na Jonesa, Sonya odwró­ciła się do Treya.

- Nie lubię, kiedy coś przede mną ukry­wasz.

- Ale nie ukry­wam. Nie ukry­wał­bym. Mia­łem zamiar wszystko ci opo­wie­dzieć, jak wsta­niesz. Albo póź­niej zadzwo­nić.

Sonya potra­fiła roz­po­znać, czy ktoś mówi prawdę, czy kła­mie. Kiw­nęła głową.

- Dobra. To mów. Pró­bo­wa­łam luna­ty­ko­wać?

- Nie. Kiedy o trze­ciej zaczęły się zwy­czajne hałasy, mruk­nę­łaś coś tylko przez sen. Nie zro­zu­mia­łem co. Ale oprócz tego, co w domu, usły­sza­łem coś na zewnątrz.

- Na dwo­rze?

- Uhm. Wsta­łem i posze­dłem spraw­dzić - prze­rwał na chwilę i upił łyk kawy. - Widzia­łem ją. Dobbs. Widzia­łem, jak stoi na murku - ale księ­życ był w pełni, a wiatr sma­gał ją jak bicz.

- Wczo­raj nie było pełni.

- No wła­śnie. Założę się, że w dniu, w któ­rym Dobbs rzu­ciła się z tego urwi­ska, była peł­nia. Tak jak wczo­raj, kiedy na to patrzy­łem.

- Widzia­łeś, jak ska­cze? - Sonya instynk­tow­nie przy­ci­snęła dłoń do serca. - Byłeś świad­kiem samo­bój­stwa.

- Tak. Stała na murku, pod­nio­sła ręce i po pro­stu... - Skie­ro­wał w dół wypro­sto­waną dłoń. - Tuż po trze­ciej. Sko­czyła i wszystko uci­chło. Wiatr prze­stał wiać, a księ­życ zmie­nił się w półksię­życ.

Utkwił w niej spoj­rze­nie ciem­no­błę­kit­nych, czarno obwie­dzio­nych oczu.

- To nie było przej­ście przez lustro do innego wymiaru. To była jedna chwila.

- Mogłeś mnie obu­dzić.

- Po co? To trwało dosłow­nie parę sekund. A wszy­scy potrze­bo­wa­li­śmy snu.

Z tym nie spo­sób się było spie­rać. Pode­szła do Treya, odsta­wiła kawę i oto­czyła go ramio­nami tak jak przed chwilą Owena.

- Ona się nie wahała, Sonyu. Przy­była tu do tego domu, by ze sobą skoń­czyć i zre­ali­zo­wała to.

- I na­dal tu jest, przy­naj­mniej w jakiejś mie­rze. - Odsu­nęła się, poło­żyła dło­nie na jego policz­kach i go poca­ło­wała. - To musiało być doprawdy dziwne, straszne wido­wi­sko.

- Czło­wiek instynk­tow­nie chciałby ją powstrzy­mać. Nie pozwo­lić jej. Nie­za­leż­nie od tego, co zro­biła, czym jest lub była. Ale to nie­moż­liwe. Nie da się.

- Tego, co zro­biła, nie zro­biła z miło­ści do Col­lina Poole'a. To nie żadna miłość. Nie wie­rzę w to. Tu nie mogło cho­dzić o męż­czy­znę.

- Gdyby nie sko­czyła, zosta­łaby powie­szona. Za mor­der­stwo Astrid Poole. Powie­si­liby ją w wio­sce, z dala od tego domu. Musiała umrzeć tutaj - w chwili, którą sama wybrała, na wła­snych warun­kach, w jego domu. Nie­wiele wiem o wiedź­mach i klą­twach, ale tak zakła­dam.

- Och. - Sonya, tknięta nagłą myślą, cof­nęła się o krok. - Oczy­wi­ście. To ma sens, jeśli spoj­rzeć na to z tej nowej, sza­lo­nej per­spek­tywy. Bo jak mogłaby rzu­cić klą­twę na kolejne poko­le­nia panien mło­dych, gdyby zgi­nęła gdzieś daleko stąd? I jak mogłaby zabie­rać im obrączki? Bo Treyu, to obrączki prze­są­dzają w jakimś stop­niu o mocy tej klą­twy.

- Pamię­tasz zaklę­cie, które sły­sza­łaś, kiedy zabi­jała Aga­thę Poole?

Sonya zamknęła oczy i przy­wo­łała je w pamięci.

- Pierw­szą ostrzem ugo­dzi­łam, krwią swą ten dom spla­mi­łam, klą­twę na niego rzu­ci­łam. Poślu­biają, umie­rają, to, co moje, odbie­rają.

Otwo­rzyła oczy.

- Ale ich obrączki klą­twę wiecz­nie zacho­wają.

Zadrżała.

- Naj­pierw zabiła Astrid. Nożem - zaczęła wyli­czać. - Sie­bie zabiła tutaj - i dom został spla­miony jej krwią. I tak, obrączki są klu­czem do tego, że klą­twa na­dal trwa.

- I jest coś jesz­cze. One - nie ona, nie tylko Astrid - one "to, co moje, odbie­rają". Nie Col­lina Poole'a, Sonyu, albo nie tylko jego.

- Dom. - Z gwał­tow­nym wyde­chem osu­nęła się na sto­łek. - Nie miłość do Col­lina Poole'a, nawet nie wiem jak obłą­kaną, tylko ten dom. Col­lin odzie­dzi­czył go po ojcu, Arthu­rze Poole'u, gdy ten zgi­nął w wypadku pod­czas jazdy kon­nej.

- Czy to aby na pewno był wypa­dek?

Sonya zro­biła wiel­kie oczy i przy­ci­snęła rękę do serca.

- Myślisz?... O, mój Boże! Już rozu­miem! Myślisz, że ten wypa­dek to też jej sprawka?

- Cóż, miała romans z naj­star­szym synem, dzie­dzi­cem. To na niego miała przejść cała scheda: dom wraz z posia­dło­ścią i cały zwią­zany z tym pre­stiż. Plus znaczny mają­tek. Więc pozby­cie się ojca, tak by syn prę­dzej objął spa­dek, nie wydaje się zbyt nie­praw­do­po­dob­nym pomy­słem.

- Chyba masz rację.

- A tu się nagle oka­zało, że syn odma­wia. Nie chce Dobbs i nie zamie­rza się z nią oże­nić.

- Zamiast niej żeni się z Astrid Gran­dville. Bo ją kocha. Oni się kochali, Treyu. Widzia­łam to, widzia­łam ich oboje.

- Tego nie kwe­stio­nuję. Prze­ciw­nie - to część histo­rii.

Wstał i wsu­nął ręce do kie­szeni. Pod­szedł do okna i roz­glą­dał się w poszu­ki­wa­niu psów.

- Kochał inną i z nią się oże­nił. Ta inna miała tu zamiesz­kać i uro­dzić mu dzieci. Więc Dobbs ją zabiła. Zabiła Astrid, pierw­szą pannę młodą. W dniu jej ślubu.

- Ale Col­lin i tak jej nie chciał.

- Nie. Opła­ki­wał swoją Astrid. Zamó­wił jej por­tret. A Dobbs miała zawi­snąć za mor­der­stwo - i, jak przy­pusz­czam, w rów­nej mie­rze za czarną magię. Ucie­kła, dotarła tutaj i przy­pie­czę­to­wała klą­twę wła­sną krwią i śmier­cią.

- Żeby móc tu zostać. - Sonya przy­tak­nęła, bo wszystko wresz­cie uło­żyło się w jej gło­wie. - I w chory, pokrę­cony spo­sób objąć ten dom w posia­da­nie. Zawład­nąć nim i móc powo­do­wać śmierć następ­nych panien mło­dych z rodziny Poole'ów. Po jed­nej z każ­dego poko­le­nia.

- Odbie­rać im obrączki, które zwią­zują zaklę­cie. Uff. To chyba ulga - wie­dzieć, że ist­nieje logiczne wyja­śnie­nie.

- Col­lin powie­sił się z roz­pa­czy. Dom prze­szedł w posia­da­nie jego brata, który zamiesz­kał tu z żoną i dziećmi.

- Aż do śmierci kolej­nej panny mło­dej, jego córki Cathe­rine - i znów w noc jej ślubu. Zwa­bio­nej w zamieć, gdzie cze­kała Dobbs. Cathe­rine zamar­zła na śmierć, a Dobbs zerwała z jej palca obrączkę. To też widzia­łam.

- Tak jak wszyst­kie śmierci, które nastą­piły póź­niej - dokoń­czył Trey.

- Prócz Patri­cii Poole. Mojej pra­babki. Ona nie chciała tu zamiesz­kać. Zamknęła dom na cztery spu­sty. Jej syn Char­les otwo­rzył go wbrew jej woli, oże­nił się z Lilian Crest, czyli Clo­ver, też wbrew jej woli bez wąt­pie­nia. Clo­ver umarła, wyda­jąc na świat mojego ojca i jego brata bliź­niaka, a Char­les się powie­sił - tak samo jak wcze­śniej Col­lin.

- A Patri­cia roz­dzie­liła bliź­nia­ków, two­jego ojca oddała do adop­cji, a two­jego wuja Char­lesa poda­wała za syna swo­jej córki.

Wszy­scy po kolei, pomy­ślała Sonya.

- Muszę się cze­goś dowie­dzieć o Patri­cii Poole. I o jej córce Gret­cie. Wiem, że cierpi na demen­cję i jest w Ogu­nquit. Ale muszę wie­dzieć wię­cej.

- Pomogę, jak tylko zdo­łam.

Trey zaniósł kubek Sonyi do eks­presu i zro­bił jej drugą kawę.

- Wiem, że Gretta Poole ni­gdy tu nie miesz­kała - cią­gnął. - Nie pamię­tam, aby kie­dy­kol­wiek tu przy­je­chała. Patri­cia Poole też nie.

- Powin­nam poroz­ma­wiać z twoim tatą. Z Deuce'em. Był bli­skim przy­ja­cie­lem Col­lina. Jeżeli ktoś może wypeł­nić te luki, to tylko on.

Trey wyjął tele­fon.

- Napi­szę do niego. Popro­szę, żeby do cie­bie przy­je­chał. Myślę, że będzie wolał poroz­ma­wiać o tym tutaj.

- Jeśli tak uwa­żasz.

- Ow­szem. I muszę już lecieć. - Objął ją za ramiona. - Pora­dzisz sobie.

- Podoba mi się, że nie pytasz, tylko stwier­dzasz.

- Bo to fakt. Muszę wyja­śnić parę spraw zwią­za­nych z Marlo, moją klientką. Dziś lub jutro wypusz­czą ją ze szpi­tala. Jeżeli tylko będzie w sta­nie, chcę, by pod­pi­sała parę doku­men­tów, które muszę zło­żyć. Nie wiem, czy dam radę dzi­siaj przy­je­chać. I...

- Pora­dzę sobie - przy­po­mniała mu. - Nie zapo­mnij pudełka z reszt­kami.

- Zadzwo­nię.

- Koło dru­giej wpad­nie Deuce. - Poca­ło­wał ją, prze­dłu­ża­jąc poca­łu­nek.

Wziął pojem­nik i znowu ją poca­ło­wał.

- Jest szansa, że zdo­łasz na jakiś czas prze­stać o tym myśleć?

- Ow­szem, i to spora. Mam pilną robotę.

- To dobrze. Poga­damy póź­niej.

Kiedy Trey wyszedł tyl­nymi drzwiami, Sonya przy­trzy­mała je, by wpu­ścić Yodę.

- Wiem, wiem, tęsk­nisz za kole­gami. - Gdy Yoda zaczął pisz­czeć, schy­liła się go pogła­skać. - Ale ja tu jestem. I doni­kąd się nie wybie­ram.

Uznała, że szar­lotka na śnia­da­nie to zna­ko­mity pomysł. Z tale­rzy­kiem i dru­gim kub­kiem kawy usia­dła w kuchni spraw­dzić pocztę i zapla­no­wać naj­bliż­sze zada­nia.