Zaginione miasto Z. Amazońska wyprawa tropem zabójczej obsesji - David Grann

-
Proszę czekać

przed­mo­wa

Wy­ją­łem mapę z tyl­nej kie­sze­ni. Była mo­kra i zmię­ta, kre­ski, któ­ry­mi za­zna­czy­łem swo­ją tra­sę, zbla­kły. Wpa­try­wa­łem się w te ozna­cze­nia z na­dzie­ją, że może wy­pro­wa­dzą mnie znad Ama­zon­ki, za­miast za­wieść jesz­cze da­lej w głąb.

Po­środ­ku mapy wciąż wi­dać było li­te­rę Z. Wid­nia­ła tam jed­nak nie tyle jak dro­go­wskaz, ile ko­lej­ny szy­der­czy znak mo­je­go sza­leń­stwa.

Za­wsze uwa­ża­łem się za zdy­stan­so­wa­ne­go re­por­te­ra, któ­ry nie an­ga­żu­je się zbyt­nio w opi­sy­wa­ne spra­wy. Pod­czas gdy inni czę­sto ule­ga­li sza­lo­nym ma­rze­niom i ob­se­sjom, ja sta­ra­łem się być nie­wi­dzial­nym świad­kiem. Prze­ko­na­łem też sam sie­bie, że wła­śnie dla­te­go prze­by­łem po­nad szes­na­ście ty­się­cy ki­lo­me­trów z No­we­go Jor­ku do Lon­dy­nu, a po­tem nad rze­kę Xin­gu, je­den z naj­dłuż­szych do­pły­wów Ama­zon­ki, że dla­te­go mie­sią­ca­mi ślę­cza­łem nad ty­sią­ca­mi stron wik­to­riań­skich dzien­ni­ków i li­stów, i dla­te­go zo­sta­wi­łem żonę i rocz­ne­go syn­ka oraz wy­ku­pi­łem do­dat­ko­wą po­li­sę na ży­cie.

Rze­ko­mo przy­je­cha­łem tu tyl­ko, by opi­sać, jak po­ko­le­nia na­ukow­ców i po­szu­ki­wa­czy przy­gód ogar­nia­ła za­bój­cza ob­se­sja roz­wią­za­nia za­gad­ki okre­śla­nej czę­sto jako "naj­więk­sza ta­jem­ni­ca ba­daw­cza XX wie­ku" - lo­ka­li­za­cji za­gi­nio­ne­go mia­sta Z. Uwa­ża­no, że to sta­ro­żyt­ne mia­sto, z sie­cią ulic, mo­sta­mi i świą­ty­nia­mi, jest ukry­te gdzieś w Ama­zo­nii, naj­więk­szej dżun­gli na świe­cie. W epo­ce sa­mo­lo­tów i sa­te­li­tów ob­szar ten wciąż po­zo­sta­je jed­ną z ostat­nich bia­łych plam na ma­pie i od se­tek lat jest in­spi­ra­cją i udrę­ką geo­gra­fów, ar­che­olo­gów, bu­dow­ni­czych im­pe­riów, po­szu­ki­wa­czy skar­bów i fi­lo­zo­fów. Kie­dy Eu­ro­pej­czy­cy po raz pierw­szy przy­by­li do Ame­ry­ki Po­łu­dnio­wej mniej wię­cej na po­cząt­ku XVI wie­ku, byli prze­ko­na­ni, że dżun­gla skry­wa skrzą­ce się od bo­gactw kró­le­stwo El Do­ra­do. Jego po­szu­ki­wa­nia po­chło­nę­ły ty­sią­ce ofiar. W ostat­nich la­tach wie­lu na­ukow­ców do­szło do wnio­sku, iż żad­na roz­wi­nię­ta cy­wi­li­za­cja nie mo­gła po­wstać w tak nie­przy­ja­znym śro­do­wi­sku, gdzie gle­ba jest ubo­ga, mo­ski­ty prze­no­szą śmier­tel­ne cho­ro­by, a w ko­ro­nach drzew cza­ją się dra­pież­ni­ki.

Ob­szar ten uwa­ża się po­wszech­nie za pier­wot­ną dżun­glę, miej­sce, w któ­rym, jak opi­sy­wał Tho­mas Hob­bes, ist­nie­je stan na­tu­ry, gdzie "nie ma sztu­ki ani umie­jęt­no­ści, ani sztu­ki sło­wa, ani spo­łecz­no­ści. A co naj­gor­sze, jest bez­u­stan­ny strach i nie­bez­pie­czeń­stwo śmier­ci"1. Bez­li­to­sne wa­run­ki ży­cia w Ama­zo­nii za­in­spi­ro­wa­ły jed­ną z naj­dłu­żej utrzy­mu­ją­cych się teo­rii roz­wo­ju czło­wie­ka: de­ter­mi­nizm śro­do­wi­sko­wy. Zgod­nie z tą teo­rią, na­wet je­śli ja­kimś lu­dziom pier­wot­nym uda­wa­ło się prze­trwać w naj­su­row­szych wa­run­kach na pla­ne­cie, rzad­ko wzno­si­li się po­nad po­ziom nie­wiel­kich pry­mi­tyw­nych ple­mion. In­ny­mi sło­wy, spo­łe­czeń­stwo jest więź­niem geo­gra­fii. A więc gdy­by od­na­le­zio­no mia­sto Z w tym, wy­da­wa­ło­by się, nie­na­da­ją­cym się do ży­cia śro­do­wi­sku, by­ło­by to coś wię­cej niż skar­biec ze zło­tem, wię­cej niż in­te­lek­tu­al­na cie­ka­wost­ka, był­by to, jak stwier­dzo­no w pew­nej ga­ze­cie w 1925 roku, "nowy roz­dział w hi­sto­rii ludz­ko­ści"2.

Przez nie­mal stu­le­cie ba­da­cze po­świę­ca­li wszyst­ko, na­wet ży­cie, by od­na­leźć mia­sto Z. Po­szu­ki­wa­nia tej cy­wi­li­za­cji oraz nie­zli­czo­nych lu­dzi, któ­rzy za­gi­nę­li pod­czas wy­praw, przy­ćmi­ły wik­to­riań­skie po­wie­ści przy­go­do­we Ar­thu­ra Co­nan Doy­le'a i H. Ri­de­ra Hag­gar­da - obaj zresz­tą zo­sta­li wcią­gnię­ci w praw­dzi­wą po­goń za Z. Nie­kie­dy mu­szę przy­po­mi­nać so­bie, że wszyst­ko w tej hi­sto­rii jest praw­dą: że gwiaz­dor fil­mo­wy na­praw­dę zo­stał po­rwa­ny przez In­dian, że na­praw­dę byli tam lu­do­żer­cy, ru­iny, taj­ne mapy i szpie­dzy, że ba­da­cze umie­ra­li z gło­du, cho­rób, od za­tru­tych strzał i ata­ko­wa­ni przez dzi­kie zwie­rzę­ta, i że li­czy­ła się nie tyl­ko przy­go­da i śmierć, ale też samo zro­zu­mie­nie Ame­ry­ki z cza­sów, za­nim Krzysz­tof Ko­lumb przy­bił do brze­gów No­we­go Świa­ta.

Jed­nak gdy przy­glą­da­łem się mo­jej po­gnie­cio­nej ma­pie, to wszyst­ko nie było waż­ne. Spoj­rza­łem w górę, na gąszcz drzew i pną­czy, na chma­rę gry­zą­cych much i mo­ski­tów, któ­re zo­sta­wia­ły struż­ki krwi na skó­rze. Zgu­bi­łem prze­wod­ni­ka. Nie mia­łem już je­dze­nia ani wody. Wło­żyw­szy mapę do kie­sze­ni, ru­szy­łem na­przód, chło­sta­ny przez ga­łę­zie, pró­bu­jąc zna­leźć dro­gę. I wte­dy do­strze­głem wśród drzew ja­kiś ruch. "Jest tu kto?!" - za­wo­ła­łem. Nikt nie od­po­wie­dział. Mię­dzy ga­łę­zia­mi mi­gnę­ła ja­kaś po­stać, po­tem ko­lej­na. Zbli­ża­ły się, i wte­dy po raz pierw­szy za­da­łem so­bie py­ta­nie: Co ja, u dia­bła, tu ro­bię?

wró­ci­my

Pew­ne­go zim­ne­go dnia w stycz­niu 1925 roku wy­so­ki dys­tyn­go­wa­ny dżen­tel­men szedł po­spiesz­nie przez doki w Ho­bo­ken w New Jer­sey, ku SS "Vau­ban", trans­atlan­ty­ko­wi dłu­go­ści stu sześć­dzie­się­ciu ośmiu me­trów, ma­ją­ce­mu pły­nąć do Rio de Ja­ne­iro. Męż­czy­zna li­czył so­bie pięć­dzie­siąt sie­dem lat, miał po­nad sto osiem­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu, dłu­gie, mu­sku­lar­ne ra­mio­na. Choć jego wło­sy już się prze­rze­dzi­ły, a wąs przy­pró­szy­ła si­wi­zna, był tak wy­trzy­ma­ły, że mógł iść przez wie­le dni, pra­wie bez od­po­czyn­ku i je­dze­nia. Nos miał skrzy­wio­ny ni­czym bok­ser i była w nim ja­kaś za­wzię­tość, wi­docz­na szcze­gól­nie w spoj­rze­niu wą­sko osa­dzo­nych oczu, spo­glą­da­ją­cych spod gę­stych brwi. Na­wet jego krew­ni nie byli zgod­ni co do bar­wy tych oczu - nie­któ­rzy uwa­ża­li, że są nie­bie­skie, inni, że sza­re. Lecz nie­mal każ­de­go, kto go spo­tkał, ude­rza­ła in­ten­syw­ność spoj­rze­nia; nie­któ­rzy na­zy­wa­li je "ocza­mi wi­zjo­ne­ra". Czę­sto fo­to­gra­fo­wał się w bu­tach do kon­nej jaz­dy i stet­so­nie, ze strzel­bą prze­wie­szo­ną przez ra­mię, ale na­wet w ma­ry­nar­ce i kra­wa­cie, choć nie miał jak zwy­kle ku­dła­tej bro­dy, tłum na na­brze­żu go roz­po­znał. Był to puł­kow­nik Per­cy Har­ri­son Faw­cett, któ­re­go na­zwi­sko zna­ne było na ca­łym świe­cie.

Był jed­nym z ostat­nich wiel­kich wik­to­riań­skich od­kryw­cówI, któ­rzy od­waż­nie za­pusz­cza­li się w nie­zba­da­ne re­jo­ny, uzbro­je­ni nie­mal tyl­ko w ma­cze­tę, kom­pas i nad­ludz­kie po­czu­cie mi­sji. Od pra­wie dwu­dzie­stu lat opo­wie­ści o jego przy­go­dach dzia­ła­ły na po­wszech­ną wy­obraź­nię: o tym, jak prze­trwał w po­łu­dnio­wo­ame­ry­kań­skiej dżun­gli bez kon­tak­tu ze świa­tem, jak wpadł w za­sadz­kę wro­gich tu­byl­ców, z któ­rych wie­lu nig­dy nie wi­dzia­ło bia­łe­go czło­wie­ka, jak wal­czył z pi­ra­nia­mi, wę­go­rza­mi elek­trycz­ny­mi, ja­gu­ara­mi, kro­ko­dy­la­mi, nie­to­pe­rza­mi wam­pi­ra­mi i ana­kon­da­mi, z któ­rych jed­na nie­omal go zmiaż­dży­ła, i jak po­ja­wił się z ma­pa­mi ob­sza­rów, z któ­rych nie wró­ci­ła żad­na z po­przed­nic eks­pe­dy­cji. Okrzyk­nię­to go "Da­vi­dem Li­ving­sto­ne'em" Ama­zon­ki, a jego zdol­ność prze­trwa­nia była tak nie­zrów­na­na, że zda­niem nie­któ­rych jego ko­le­gów bli­ska nie­śmier­tel­no­ści. Pe­wien ame­ry­kań­ski od­kryw­ca opi­sał go jako "czło­wie­ka o nie­złom­nej woli, nie­wy­czer­pa­nych si­łach, nie­ustra­szo­ne­go"1, inny stwier­dził, że "jako pie­chur, po­dróż­nik i od­kryw­ca prze­wyż­sza wszyst­kich"2. Lon­dyń­ski "Geo­gra­phi­cal Jo­ur­nal", naj­waż­niej­szy pe­rio­dyk po­świę­co­ny tej te­ma­ty­ce, za­uwa­żył w 1953 roku, że "Faw­cett był zna­kiem koń­ca pew­nej epo­ki. Moż­na go nie­mal na­zwać ostat­nim in­dy­wi­du­al­nym eks­plo­ra­to­rem, jesz­cze sprzed cza­sów sa­mo­lo­tu, ra­dia, zor­ga­ni­zo­wa­nych i kosz­tow­nych no­wo­cze­snych eks­pe­dy­cji. Wy­pra­wa w jego przy­pad­ku była he­ro­icz­ną opo­wie­ścią o czło­wie­ku zma­ga­ją­cym się z pusz­czą"3.

W 1916 roku Kró­lew­skie To­wa­rzy­stwo Geo­gra­ficz­ne na­gro­dzi­ło go, przy po­par­ciu kró­la Je­rze­go V, zło­tym me­da­lem "za wkład w ma­po­wa­nie Ame­ry­ki Po­łu­dnio­wej". Co kil­ka lat, kie­dy wy­ła­niał się z dżun­gli, chu­dy jak szkie­let, zmok­nię­ty i brud­ny, dzie­siąt­ki na­ukow­ców i lu­mi­na­rzy tło­czy­ło się w sali To­wa­rzy­stwa, by go po­słu­chać. Wśród nich był sir Ar­thur Co­nan Doy­le4, któ­ry po­dob­no oparł po­wieść Świat za­gi­nio­ny z 1912 roku na do­świad­cze­niach Faw­cet­ta. Ba­da­cze "zni­ka­ją w nie­zna­nym ob­sza­rze" Ame­ry­ki Po­łu­dnio­wej i znaj­du­ją na od­le­głym pła­sko­wy­żu kra­inę, gdzie wciąż żyją di­no­zau­ry.

Tego stycz­nio­we­go dnia, gdy Faw­cett szedł do tra­pu, nie­zwy­kle przy­po­mi­nał jed­ne­go z bo­ha­te­rów książ­ki, lor­da Joh­na Ro­xto­na:

Miał w so­bie coś z Na­po­le­ona III i Don Ki­cho­ta, a jed­nak czu­ło się w nim przede wszyst­kim ty­po­we­go an­giel­skie­go zie­mia­ni­na. [...] Głos ma miły i jest spo­koj­ny, choć w jego błysz­czą­cych nie­bie­skich oczach tai się nie­złom­na sta­now­czość i za­cię­tość, tym nie­bez­piecz­niej­sza, że trzy­ma­na na wo­dzy.5

Żad­na z po­przed­nich eks­pe­dy­cji Faw­cet­ta nie mo­gła rów­nać się z tym, co za­mie­rzał zro­bić, i z tru­dem ha­mo­wał nie­cier­pli­wość, gdy wraz z in­ny­mi pa­sa­że­ra­mi usta­wił się w ko­lej­ce na po­kład SS "Vau­ban". Sta­tek, re­kla­mo­wa­ny jako "naj­pięk­niej­szy na świe­cie"6, na­le­żał do eli­tar­nej kla­sy "V" fir­my Lam­port & Holt. Niem­cy za­to­pi­li kil­ka trans­atlan­ty­ków tej kom­pa­nii pod­czas pierw­szej woj­ny świa­to­wej, ale ten prze­trwał, ze swym czar­nym ka­dłu­bem po­zna­czo­nym solą, ele­ganc­ki­mi bia­ły­mi po­kła­da­mi i pa­sia­stym ko­mi­nem, wy­rzu­ca­ją­cym w nie­bo kłę­by dymu. For­dy T za­wio­zły pa­sa­że­rów do do­ków, gdzie ro­bot­ni­cy por­to­wi po­ma­ga­li umiesz­czać wóz­ki z ba­ga­ża­mi w ła­dow­ni stat­ku. Wie­lu pa­sa­że­rów mia­ło je­dwab­ne kra­wa­ty i me­lo­ni­ki, ko­bie­ty zaś fu­tra i ka­pe­lu­sze z pió­ra­mi, tak jak­by wy­bie­ra­li się na spo­tka­nie to­wa­rzy­skie - i w pew­nym sen­sie tak było: li­sty pa­sa­że­rów luk­su­so­wych trans­atlan­ty­ków dru­ko­wa­no w kro­ni­kach to­wa­rzy­skich, w któ­rych prze­glą­da­ły je pan­ny na wy­da­niu, szu­ka­ją­ce od­po­wied­nich kan­dy­da­tów na męża.

Faw­cett prze­ci­skał się ze swo­im ekwi­pun­kiem. Jego ku­fry wy­ła­do­wa­ne były bro­nią, żyw­no­ścią w pusz­kach, mle­kiem w prosz­ku, ra­ca­mi i ręcz­nie ro­bio­ny­mi ma­cze­ta­mi. Wiózł tak­że ze­staw in­stru­men­tów ba­daw­czych: sek­stant i ze­gar do usta­la­nia współ­rzęd­nych geo­gra­ficz­nych, ba­ro­metr ane­ro­idal­ny do mie­rze­nia ci­śnie­nia at­mos­fe­rycz­ne­go oraz kom­pas gli­ce­ry­no­wy miesz­czą­cy się w kie­sze­ni. Faw­cett wy­brał każ­dy przed­miot na pod­sta­wie wie­lo­let­nie­go do­świad­cze­nia, na­wet ubra­nia, któ­re za­pa­ko­wał, zro­bio­ne były z lek­kiej, od­por­nej na roz­dar­cia ga­bar­dy­ny. Wi­dział, jak lu­dzie umie­ra­ją z po­wo­du, wy­da­wa­ło­by się, naj­bar­dziej nie­win­nych nie­do­pa­trzeń: roz­dar­tej mo­ski­tie­ry, za cia­sne­go buta.

Faw­cett wy­bie­rał się do Ama­zo­nii, dzi­kie­go ob­sza­ru wiel­ko­ści nie­mal Sta­nów Zjed­no­czo­nych, by do­ko­nać cze­goś, co na­zy­wał "wiel­kim od­kry­ciem stu­le­cia"7 - od­na­leźć za­gi­nio­ną cy­wi­li­za­cję. W owym cza­sie więk­szość świa­ta zo­sta­ła już zba­da­na, za­sło­na ta­jem­ni­cy zdję­ta, ale Ama­zo­nia nadal była rów­nie ta­jem­ni­cza co ciem­na stro­na Księ­ży­ca. Jak za­uwa­żył sir John Kel­tie, były se­kre­tarz Kró­lew­skie­go To­wa­rzy­stwa Geo­gra­ficz­ne­go i je­den z naj­bar­dziej uzna­nych geo­gra­fów w owym cza­sie: "Nikt nie wie, co tam jest"8.

Od cza­su kie­dy Fran­ci­sco de Orel­la­na i jego ar­mia hisz­pań­skich kon­kwi­sta­do­rów spły­nę­li Ama­zon­ką w 1542 roku, chy­ba żad­ne inne miej­sce na zie­mi nie po­bu­dza­ło wy­obraź­ni tak bar­dzo - ani nie było rów­nie śmier­tel­ną pu­łap­ką. Ga­spar de Ca­rva­jal, do­mi­ni­ka­nin, któ­ry to­wa­rzy­szył Orel­la­nie, opi­sał ży­ją­ce w dżun­gli ko­bie­ty wo­jow­nicz­ki, któ­re przy­po­mi­na­ły mi­tycz­ne grec­kie Ama­zon­ki. Pół wie­ku póź­niej sir Wal­ter Ra­le­igh opo­wia­dał o In­dia­nach, któ­rzy mają "oczy na ra­mio­nach, a usta po­środ­ku pier­si"9 - le­gen­dę tę Szek­spir wplótł w tekst Otel­la:

O Ka­ni­ba­lach, o An­tro­po­fa­gach,

O lu­dziach, któ­rym gło­wy wy­ra­sta­ją

Ze środ­ka pier­si [...]10

Praw­dzi­we re­la­cje z tego re­gio­nu - o wę­żach dłu­gich jak drze­wa, gry­zo­niach wiel­ko­ści świń - i tak nie mie­ści­ły się w gło­wie, więc żad­ne zmy­śle­nie nie wy­da­wa­ło się zbyt fan­ta­stycz­ne. A naj­bar­dziej urze­ka­ją­ca ze wszyst­kich była wi­zja El­do­ra­do. Ra­le­igh twier­dził, że w kró­le­stwie, o któ­rym kon­kwi­sta­do­rzy sły­sze­li od In­dian, była taka ob­fi­tość zło­ta, że jego miesz­kań­cy ście­ra­li me­tal na pro­szek, któ­ry wy­dmu­chi­wa­li "przez pu­ste słom­ki na swe na­gie cia­ła, aż całe lśni­ły od stóp do głów"11.

Jed­nak wszyst­kie wy­pra­wy uda­ją­ce się na po­szu­ki­wa­nie El­do­ra­do koń­czy­ły się fia­skiem. Ca­rva­jal, któ­ry wraz z to­wa­rzy­sza­mi po­szu­ki­wał tego kró­le­stwa, na­pi­sał w dzien­ni­ku: "Po­pa­dli­śmy w taką nę­dzę, że je­dli­śmy tyl­ko skó­rę, pasy i po­de­szwy bu­tów, go­to­wa­ne z do­dat­kiem pew­nych ziół, przez co osła­bli­śmy tak bar­dzo, że nie mo­gli­śmy ustać na no­gach"12. Tyl­ko pod­czas tej wy­pra­wy zgi­nę­ło oko­ło czte­rech ty­się­cy lu­dzi, z po­wo­du gło­du i cho­rób, a tak­że z rąk In­dian, któ­rzy bro­ni­li swe­go te­ry­to­rium, uży­wa­jąc za­tru­tych strzał. Człon­ko­wie in­nych wy­praw do El­do­ra­do po­su­wa­li się na­wet do ka­ni­ba­li­zmu. Wie­lu eks­plo­ra­to­rów po­pa­dło w obłęd. W 1561 roku Lope de Agu­ir­re pro­wa­dził swych lu­dzi w mor­der­czym sza­le, krzy­cząc: "Czy Bóg my­śli, że z po­wo­du desz­czu po­rzu­cę za­miar... znisz­cze­nia świa­ta?"13 Agu­ir­re za­dźgał no­żem wła­sne dziec­ko, szep­cząc: "Po­leć się Bogu, có­recz­ko, bo­wiem za­raz cię za­bi­ję"14. Za­nim ko­ro­na hisz­pań­ska przy­sła­ła woj­sko, któ­re mia­ło go za­trzy­mać, ostrze­gał w li­ście: "Daję ci, Kró­lu, sło­wo chrze­ści­ja­ni­na, że je­śli przy­bę­dzie sto ty­się­cy lu­dzi, nikt nie uj­dzie z ży­ciem. Re­la­cje bo­wiem są fał­szy­we: nad tą rze­ką nie ma nic prócz roz­pa­czy"15. To­wa­rzy­sze Agu­ir­re'a w koń­cu zbun­to­wa­li się i go za­bi­li. Jego zwło­ki po­ćwiar­to­wa­no, a hisz­pań­skie wła­dze wy­sta­wi­ły gło­wę "gnie­wu Bo­że­go" na wi­dok pu­blicz­ny w me­ta­lo­wej klat­ce. Wciąż jed­nak, przez ko­lej­ne trzy wie­ki, or­ga­ni­zo­wa­no wy­pra­wy ba­daw­cze, aż w koń­cu, gdy żni­wo śmier­ci i cier­pie­nia god­ne było pió­ra Jo­se­pha Con­ra­da, więk­szość ar­che­olo­gów do­szła do wnio­sku, że El­do­ra­do jest je­dy­nie złu­dze­niem.

Faw­cett był jed­nak pe­wien, że Ama­zo­nia skry­wa ba­jecz­ne kró­le­stwo, i nie był tyl­ko ko­lej­nym awan­tur­ni­kiem ani sza­leń­cem. Jako czło­wiek uczo­ny przez lata zbie­rał ar­gu­men­ty - od­ko­pu­jąc ar­te­fak­ty, stu­diu­jąc ry­sun­ki na­skal­ne i roz­ma­wia­jąc z człon­ka­mi ple­mion. Sto­czyw­szy za­cię­te boje ze scep­ty­ka­mi, otrzy­mał fun­du­sze od naj­bar­dziej sza­no­wa­nych in­sty­tu­cji na­uko­wych, w tym od Kró­lew­skie­go To­wa­rzy­stwa Geo­gra­ficz­ne­go oraz Mu­zeum In­dian Ame­ry­kań­skich. Ga­ze­ty gło­si­ły, że wkrót­ce za­dzi­wi świat. W "Atlan­ta Con­sti­tu­tion" pi­sa­no: "To być może naj­bar­dziej nie­bez­piecz­na i z pew­no­ścią naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­na przy­go­da, jaka zo­sta­ła przed­się­wzię­ta przez sza­no­wa­ne­go na­ukow­ca z po­par­ciem kon­ser­wa­tyw­nych in­sty­tu­cji na­uko­wych"16.

Faw­cett twier­dził, że w bra­zy­lij­skiej Ama­zo­nii wciąż ist­nie­je sta­ro­żyt­ny lud o roz­wi­nię­tej kul­tu­rze, a jego cy­wi­li­za­cja jest tak sta­ra i wy­ra­fi­no­wa­na, że zmie­ni za­chod­ni po­gląd na obie Ame­ry­ki. Nadał temu za­gi­nio­ne­mu świa­tu mia­no "Mia­sta Z". "Cen­tral­ne miej­sce, któ­re na­zy­wam Z, nasz głów­ny cel, po­ło­żo­ne jest w do­li­nie [...] sze­ro­kiej na mniej wię­cej dzie­sięć mil, a mia­sto jest na wznie­sie­niu po­środ­ku, i pro­wa­dzi do nie­go bru­ko­wa­na dro­ga - stwier­dził wcze­śniej. - Domy są ni­skie i po­zba­wio­ne okien, jest tam też świą­ty­nia w kształ­cie pi­ra­mi­dy"17.

Re­por­te­rzy w do­kach Ho­bo­ken, po prze­ciw­nej stro­nie rze­ki Hud­son niż Man­hat­tan, wy­krzy­ki­wa­li py­ta­nia, ma­jąc na­dzie­ję, że do­wie­dzą się, gdzie znaj­du­je się Z. Po tech­no­lo­gicz­nych hor­ro­rach pierw­szej woj­ny świa­to­wej, przy po­stę­pu­ją­cej urba­ni­za­cji i uprze­my­sło­wie­niu, nie­wie­le wy­da­rzeń tak bar­dzo po­ru­sza­ło opi­nię pu­blicz­ną. Jak za­chwy­ca­ła się jed­na z ga­zet: "Od cza­sów, kie­dy Pon­ce de León prze­mie­rzał nie­zba­da­ną Flo­ry­dę w po­szu­ki­wa­niu źró­dła wiecz­nej mło­do­ści [...], nie pla­no­wa­no rów­nie po­ry­wa­ją­ce­go przed­się­wzię­cia"18.

Faw­cet­ta cie­szy­ło to "za­mie­sza­nie", jak je okre­ślił w li­ście do jed­ne­go z przy­ja­ciół, ale był ostroż­ny w sło­wach. Wie­dział, że jego głów­ny ry­wal, Ale­xan­der Ha­mil­ton Rice, ame­ry­kań­ski le­karz i mul­ti­mi­lio­ner, któ­ry dys­po­no­wał ol­brzy­mi­mi środ­ka­mi, wła­śnie wkra­cza do dżun­gli z nie­spo­ty­ka­nym do­tąd ekwi­pun­kiem. Wi­zja, że to dok­tor Rice od­kry­je Z, prze­ra­ża­ła Faw­cet­ta. Wie­le lat wcze­śniej je­den z jego ko­le­gów z Kró­lew­skie­go To­wa­rzy­stwa Geo­gra­ficz­ne­go, Ro­bert Fal­con Scott, wy­ru­szył, by jako pierw­szy zdo­być bie­gun po­łu­dnio­wy, i do­tarł tam tyl­ko po to, by stwier­dzić, za­nim za­marzł na śmierć, że jego nor­we­ski ry­wal, Ro­ald Amund­sen, wy­prze­dził go o trzy­dzie­ści trzy dni. We wcze­śniej­szym li­ście do KTG Faw­cett pi­sał: "Nie mogę po­wie­dzieć wszyst­kie­go, co wiem, ani na­wet okre­ślić pre­cy­zyj­nie miej­sca, gdyż ta­kie rze­czy się roz­cho­dzą, a nie ma więk­szej go­ry­czy dla pio­nie­ra niż od­kry­cie, że ktoś go wy­prze­dził w dzie­le jego ży­cia"19.

Oba­wiał się tak­że, że je­śli ujaw­ni szcze­gó­ły swej tra­sy i inni spró­bu­ją od­na­leźć Z albo ru­szyć mu na ra­tu­nek, po­cią­gnie to za sobą nie­zli­czo­ne ofia­ry. Wcze­śniej w tym sa­mym re­jo­nie za­gi­nę­ła wy­pra­wa skła­da­ją­ca się z 1400 uzbro­jo­nych męż­czyzn. Jak gło­sił biu­le­tyn roz­po­wszech­nia­ny te­le­gra­ficz­nie na ca­łym świe­cie: "Wy­pra­wa Faw­cet­ta [...] zba­da ląd, z któ­re­go nikt jesz­cze nie wró­cił". Faw­cett, któ­ry chciał do­trzeć do naj­bar­dziej nie­do­stęp­nych ob­sza­rów, nie pla­no­wał, jak inni ba­da­cze, po­pły­nąć ło­dzią; miał za­miar prze­dzie­rać się przez dżun­glę pie­szo. Kró­lew­skie To­wa­rzy­stwo Geo­gra­ficz­ne ostrze­ga­ło, że Faw­cett "to nie­omal je­dy­ny ży­ją­cy geo­graf, któ­ry może z suk­ce­sem pod­jąć"20 taką eks­pe­dy­cję i "że kto­kol­wiek inny, kto pój­dzie w jego śla­dy, nie ma szans po­wo­dze­nia"21. Przed wy­jaz­dem z An­glii Faw­cett zwie­rzył się swe­mu młod­sze­mu sy­no­wi, Bria­no­wi: "Je­śli przy ca­łym mym do­świad­cze­niu po­nie­sie­my klę­skę, nie ma wiel­kiej na­dziei dla in­nych"22.

Prze­krzy­ku­ją­cym się wo­kół nie­go re­por­te­rom Faw­cett wy­ja­śniał, że tyl­ko nie­wiel­ka eks­pe­dy­cja może się po­wieść. Wy­ży­wi się z tego, co daje pusz­cza, i nie bę­dzie za­gro­że­niem dla wro­go uspo­so­bio­nych In­dian. Jego eks­pe­dy­cja, stwier­dził, "nie bę­dzie wy­god­nic­ką wy­pra­wą ba­daw­czą z ar­mią tra­ga­rzy, prze­wod­ni­ków i jucz­nych zwie­rząt. Ta­kie prze­ła­do­wa­ne eks­pe­dy­cje nie mają sen­su, tkwią na po­gra­ni­czu cy­wi­li­za­cji i pła­wią się w po­pu­lar­no­ści. Tam, gdzie za­czy­na się praw­dzi­wie nie­zba­da­ny ląd, i tak nie moż­na mieć tra­ga­rzy z oba­wy przed dzi­ki­mi. Nie moż­na za­brać zwie­rząt z po­wo­du bra­ku pa­stwisk oraz przez ata­ku­ją­ce owa­dy i nie­to­pe­rze. Nie ma prze­wod­ni­ków, bo nikt nie zna kra­ju. Wy­po­sa­że­nie na­le­ży ogra­ni­czyć do ab­so­lut­ne­go mi­ni­mum, nieść je sa­me­mu i ufać, że bę­dzie moż­na za­wrzeć przy­jaźń z roz­ma­ity­mi na­po­tka­ny­mi ple­mio­na­mi"23. Do­dał też: "Bę­dzie­my mu­sie­li zno­sić tru­dy i nie­bez­pie­czeń­stwa wszel­kie­go ro­dza­ju. [...] Mu­si­my osią­gnąć od­por­ność ner­wo­wą i umy­sło­wą, nie tyl­ko fi­zycz­ną, po­nie­waż lu­dzie w ta­kich wa­run­kach za­ła­mu­ją się dla­te­go, że ich umy­sły pod­da­ją się wcze­śniej niż ich cia­ła"24.

Faw­cett po­sta­no­wił za­brać ze sobą tyl­ko dwóch to­wa­rzy­szy: swe­go dwu­dzie­sto­jed­no­let­nie­go syna Jac­ka oraz jego naj­lep­sze­go przy­ja­cie­la, Ra­le­igha Ri­mel­la. Choć nig­dy jesz­cze nie byli na wy­pra­wie, wie­rzył, że ide­al­nie na­da­ją się do tej mi­sji: twar­dzi, lo­jal­ni, a po­nie­waż byli so­bie tak bli­scy, nie po­win­ni po mie­sią­cach izo­la­cji i cier­pień "nę­kać i drę­czyć się na­wza­jem"25 - albo, co się czę­sto zda­rza­ło na ta­kich eks­pe­dy­cjach, się zbun­to­wać. Jack, jak ujął to jego brat Brian, był "lu­strza­nym od­bi­ciem ojca": wy­so­ki, nie­praw­do­po­dob­nie wy­trzy­ma­ły, asce­tycz­ny. Obaj nie pa­li­li i nie pili al­ko­ho­lu. Brian za­uwa­żył, że "Jack przy swo­ich sze­ściu sto­pach i trzech ca­lach wzro­stu skła­dał się tyl­ko z ko­ści i mię­śni, a trzy głów­ne czyn­ni­ki de­ge­ne­ra­cji cia­ła - al­ko­hol, ty­toń i roz­wią­złe ży­cie - były dlań od­py­cha­ją­ce"26. Puł­kow­nik Faw­cett, po­słusz­ny su­ro­we­mu wik­to­riań­skie­mu ko­dek­so­wi, ujął to nie­co in­a­czej: "Jest on [...] ab­so­lut­nie nie­ska­la­ny tak pod wzglę­dem umy­słu, jak i cia­ła"27.

Jack, któ­ry od dziec­ka chciał to­wa­rzy­szyć ojcu w wy­pra­wie, przy­go­to­wy­wał się od lat - pod­no­sił cię­ża­ry, prze­strze­gał su­ro­wej die­ty, uczył się por­tu­gal­skie­go i na­wi­ga­cji na pod­sta­wie gwiazd. Nie do­świad­czył jed­nak praw­dzi­we­go nie­do­stat­ku, a w jego twa­rzy o pro­mien­nej ce­rze, przy­strzy­żo­nym wą­si­ku i w gład­kich kasz­ta­no­wych wło­sach nie było nic z su­ro­wo­ści ojca. W mod­nym ubra­niu wy­glą­dał ra­czej jak gwiaz­dor fil­mo­wy, któ­rym zresz­tą miał na­dzie­ję zo­stać po trium­fal­nym po­wro­cie.

Ra­le­igh, choć niż­szy od Jac­ka, miał jed­nak nie­mal sto osiem­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu i był mu­sku­lar­ny. ("Zna­ko­mi­ta bu­do­wa"28 - jak pi­sał Faw­cett do Kró­lew­skie­go To­wa­rzy­stwa Geo­gra­ficz­ne­go.) Jego oj­ciec był le­ka­rzem w Kró­lew­skiej Ma­ry­nar­ce Wo­jen­nej i zmarł na raka w 1917 roku, kie­dy Ra­le­igh miał pięt­na­ście lat. Ciem­no­wło­sy, z głę­bo­ki­mi za­ko­la­mi i su­mia­stym wą­sem szu­le­ra, miał we­so­łą i prze­kor­ną na­tu­rę. "Był uro­dzo­nym żar­tow­ni­siem" - po­wie­dział Brian Faw­cett. "Do­kład­nym prze­ci­wień­stwem po­waż­ne­go Jac­ka"29. Obaj chłop­cy byli nie­mal nie­roz­łącz­ni, od kie­dy bie­ga­li po oko­li­cy Se­aton w De­von­shi­re, gdzie do­ra­sta­li, jeź­dzi­li na ro­we­rach i strze­la­li w po­wie­trze. W li­ście do jed­ne­go z za­ufa­nych przy­ja­ciół Faw­cet­ta Jack na­pi­sał:

Te­raz mamy na po­kła­dzie Ra­le­igha Ri­mel­la, któ­ry jest co do joty tak samo za­pa­lo­ny jak ja. [...] To je­dy­ny praw­dzi­wy przy­ja­ciel, ja­kie­go kie­dy­kol­wiek mia­łem. Zna­łem go, jesz­cze nim skoń­czy­łem sie­dem lat, i od tego cza­su trzy­ma­my się ra­zem. Jest do szpi­ku ko­ści uczci­wy i przy­zwo­ity w każ­dym sen­sie tego sło­wa, i zna­my się na­wza­jem na wy­lot.30

Jack i Ra­le­igh pod­eks­cy­to­wa­ni we­szli na po­kład stat­ku, gdzie kil­ku­dzie­się­ciu ste­war­dów w wy­kroch­ma­lo­nych bia­łych uni­for­mach bie­ga­ło po ko­ry­ta­rzach z te­le­gra­ma­mi i po­że­gnal­ny­mi ko­sza­mi owo­ców. Je­den z nich, sta­ran­nie omi­ja­jąc po­miesz­cze­nia na ru­fie, gdzie były miej­sca trze­ciej kla­sy, za­pro­wa­dził ba­da­czy do ka­bin kla­sy pierw­szej, po­środ­ku stat­ku, z dala od ha­ła­su­ją­cych tur­bin. Wa­run­ki ra­czej nie przy­po­mi­na­ły tych, w ja­kich Faw­cett po raz pierw­szy po­dró­żo­wał do Ame­ry­ki Po­łu­dnio­wej dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej, albo tych opi­sy­wa­nych przez Ka­ro­la Dic­ken­sa, prze­mie­rza­ją­ce­go Atlan­tyk w 1842 roku, któ­ry okre­ślił swo­ją ka­bi­nę jako "zu­peł­nie bez­u­ży­tecz­ne, do cna bez­na­dziej­ne i głę­bo­ko nie­do­rzecz­ne pu­dło"31. ("Ja­dal­nia - za­no­to­wał też Dic­kens - przy­po­mi­na­ła ka­ra­wan z okna­mi"32.) Te­raz wszyst­ko za­pro­jek­to­wa­no dla wy­go­dy no­we­go ga­tun­ku tu­ry­stów - "zwy­kłych po­dróż­ni­ków" - jak z po­gar­dą okre­ślał ich Faw­cett, któ­rzy nie mie­li więk­sze­go po­ję­cia o "miej­scach wy­ma­ga­ją­cych od­po­wied­niej wy­trzy­ma­ło­ści i ofiar, oraz bu­do­wy cia­ła nie­zbęd­nej, by zmie­rzyć się z nie­bez­pie­czeń­stwa­mi". W ka­bi­nach pierw­szej kla­sy były łóż­ka i bie­żą­ca woda, przez bu­la­je wpa­da­ło słoń­ce i świe­że po­wie­trze, a na su­fi­cie ob­ra­ca­ły się elek­trycz­ne wia­tra­ki. Fol­der re­kla­mo­wy stat­ku za­chwa­lał "do­sko­na­łą wen­ty­la­cję za­pew­nia­ną przez no­wo­cze­sne urzą­dze­nia", któ­ra po­ma­ga­ła "po­ko­nać wra­że­nie, że wy­pra­wa w tro­pi­ki nie­uchron­nie wią­że się z nie­wy­go­da­mi"33.

Faw­cett, jak wie­lu in­nych wik­to­riań­skich od­kryw­ców, fa­cho­wiec ama­tor, był nie tyl­ko sa­mo­zwań­czym geo­gra­fem i ar­che­olo­giem, ale też uta­len­to­wa­nym ar­ty­stą (jego ry­sun­ki piór­kiem były wy­sta­wia­ne w Aka­de­mii Kró­lew­skiej) oraz szkut­ni­kiem (opa­ten­to­wał krzy­wi­znę, dzię­ki któ­rej szyb­kość stat­ku zwięk­sza­ła się o kil­ka wę­złów). Mimo swe­go za­in­te­re­so­wa­nia mo­rzem pi­sał do żony Niny, nie­złom­ne­go sprzy­mie­rzeń­ca i rzecz­ni­ka pod­czas jego nie­obec­no­ści, że SS "Vau­ban" i sama po­dróż były dlań "ra­czej mę­czą­ce"34: pra­gnął je­dy­nie zna­leźć się w dżun­gli.

Tym­cza­sem Jack i Ra­le­igh mie­li wiel­ką ocho­tę za­po­znać się z luk­su­so­wym wnę­trzem stat­ku. Za jed­nym za­krę­tem był sa­lon z łu­ko­wa­tym skle­pie­niem i mar­mu­ro­wy­mi ko­lum­na­mi, za dru­gim ja­dal­nia ze sto­ła­mi przy­kry­ty­mi bia­ły­mi ob­ru­sa­mi, do któ­rych po­da­wa­li kel­ne­rzy pod kra­wa­tem, przy dźwię­kach or­kie­stry ser­wu­ją­cy pie­czo­ne że­ber­ka ja­gnię­ce i wina w ka­raf­kach. Na stat­ku była na­wet sala gim­na­stycz­na, gdzie mło­dzi lu­dzie mo­gli ćwi­czyć, przy­go­to­wu­jąc się do wy­pra­wy.

Jack i Ra­le­igh nie byli już ano­ni­mo­wy­mi chłop­ca­mi: byli, jak okrzyk­nę­ły ich ga­ze­ty, "dziel­ny­mi", "pro­sty­mi jak stru­na An­gli­ka­mi" po­dob­ny­mi do sir Lan­ce­lo­ta. Spo­ty­ka­li się z dy­gni­ta­rza­mi, któ­rzy za­pra­sza­li ich do swych sto­li­ków, i pa­lą­cy­mi pa­pie­ro­sy w fif­kach ko­bie­ta­mi, któ­re rzu­ca­ły im, jak to okre­ślał puł­kow­nik Faw­cett, "bez­wstyd­nie śmia­łe spoj­rze­nia". We­dług wszel­kich re­la­cji, Jack w to­wa­rzy­stwie ko­biet tra­cił pew­ność sie­bie: wy­da­wa­ło się, że są dla nie­go rów­nie od­le­głe i ta­jem­ni­cze jak mia­sto Z. Ra­le­igh jed­nak szyb­ko za­czął flir­to­wać z jed­ną z dziew­cząt, z pew­no­ścią prze­chwa­la­jąc się przy­go­da­mi, któ­re go cze­ka­ły.

Faw­cett wie­dział, że dla Jac­ka i Ra­le­igha wy­pra­wa wciąż jest je­dy­nie pięk­ną wi­zją. W No­wym Jor­ku mło­dzi męż­czyź­ni pła­wi­li się w po­pu­lar­no­ści: wie­czór w ho­te­lu Wal­dorf-Asto­ria, gdzie dy­gni­ta­rze i na­ukow­cy z ca­łe­go mia­sta zgro­ma­dzi­li się w Zło­tej Sali na wy­da­nym na ich cześć ban­kie­cie po­że­gnal­nym; to­a­sty w Camp Fire Club i Na­tio­nal Arts Club, przy­sta­nek na wy­spie El­lis (urzęd­nik imi­gra­cyj­ny od­no­to­wał, iż ża­den z człon­ków wy­pra­wy nie jest "ate­istą, po­li­ga­mi­stą, anar­chi­stą ani ka­le­ką"); pa­ła­co­we wnę­trza ki­ne­ma­to­gra­fów, gdzie Jack prze­sia­dy­wał ca­ły­mi dnia­mi.

Faw­cett bu­do­wał swo­ją wy­trzy­ma­łość przez lata wy­praw, Jack i Ra­le­igh na­to­miast mu­sie­li na­brać jej na­tych­miast. Faw­cett nie miał jed­nak wąt­pli­wo­ści, że im się uda. W swo­ich dzien­ni­kach za­pi­sał, że "Jack ma wszel­kie za­dat­ki", i prze­wi­dy­wał: "Jest dość mło­dy, żeby przy­sto­so­wać się do do­wol­nych wa­run­ków, i kil­ka mie­się­cy na szla­ku uczy­ni go wy­star­cza­ją­co twar­dym. Je­śli wdał się we mnie, nie do­się­gną go roz­ma­ite do­le­gli­wo­ści i cho­ro­by [...], a w ra­zie nie­bez­pie­czeń­stwa, my­ślę, że star­czy mu od­wa­gi"35. Faw­cett wy­ra­żał ta­kie samo prze­ko­na­nie w sto­sun­ku do Ra­le­igha, któ­ry po­dzi­wiał Jac­ka nie­mal tak bar­dzo, jak Jack po­dzi­wiał ojca. "Ra­le­igh pój­dzie za nim wszę­dzie"36 - za­uwa­żył.

Za­ło­ga za­czę­ła wo­łać: "Wszy­scy na po­kład!" Gwiz­dek ka­pi­ta­na roz­brzmiał echem w por­cie, sta­tek trzesz­czał i ko­ły­sał się, wy­cho­dząc z do­ków. Faw­cett wi­dział Man­hat­tan z Me­tro­po­li­tan Life In­su­ran­ce To­wer, wów­czas naj­wyż­szym bu­dyn­kiem na świe­cie, i Wo­ol­worth Bu­il­ding, któ­ry te­raz go prze­wyż­szył - me­tro­po­lię roz­ja­rzo­ną świa­tła­mi, jak­by ktoś ze­brał w jed­nym miej­scu wszyst­kie gwiaz­dy. Z Jac­kiem i Ra­le­ighiem u boku, Faw­cett za­wo­łał do re­por­te­rów na na­brze­żu: "Wró­ci­my i przy­wie­zie­my to, cze­go szu­ka­my!"37

znik­nię­cie

Jak ła­two moż­na dać się zwieść Ama­zon­ce.

Na po­cząt­ku jest za­le­d­wie rzecz­ką - ta naj­po­tęż­niej­sza rze­ka na świe­cie, po­tęż­niej­sza niż Nil i Gan­ges, po­tęż­niej­sza niż Mis­si­si­pi i wszyst­kie rze­ki Chin.1 Po­ja­wia się na wy­so­ko­ści 6000 me­trów n.p.m. w An­dach, wśród śnie­gów i chmur, w skal­nej roz­pa­dli­nie - stru­my­czek kry­sta­licz­nej wody. Tu­taj nie da się jej od­róż­nić od in­nych stru­mycz­ków pły­ną­cych przez Andy. Część z nich spa­da ka­ska­da­mi po stro­nie za­chod­niej ku Pa­cy­fi­ko­wi, nie­ca­łe 100 ki­lo­me­trów da­lej, inne, ta­kie jak ten, spły­wa­ją po wschod­nim zbo­czu, roz­po­czy­na­jąc z po­zo­ru nie­moż­li­wą po­dróż ku Oce­ano­wi Atlan­tyc­kie­mu - to od­le­głość więk­sza niż z No­we­go Jor­ku do Pa­ry­ża. Na tej wy­so­ko­ści jest zbyt zim­no dla dżun­gli czy dra­pież­ni­ków, a jed­nak to wła­śnie tu­taj bie­rze swój po­czą­tek Ama­zon­ka, za­si­la­na top­nie­ją­cym śnie­giem i desz­czem, spy­cha­na z urwisk siłą gra­wi­ta­cji.

Po­cząt­ko­wo rze­ka spły­wa ostro w dół. Gdy nurt na­bie­ra pręd­ko­ści, do­łą­cza­ją do nie­go set­ki in­nych po­tocz­ków, w więk­szo­ści tak ma­łych, że nie mają nazw. Dwa ty­sią­ce me­trów ni­żej woda wpły­wa do do­li­ny, gdzie wi­dać pierw­sze prze­bły­ski zie­le­ni. Nie­dłu­go po­tem łą­czą się z nią więk­sze stru­mie­nie. Nio­sąc wzbu­rzo­ne wody ku rów­ni­nom po­ni­żej, rze­ka musi po­ko­nać jesz­cze pra­wie 5000 ki­lo­me­trów, nim do­trze do oce­anu. Jest nie­po­wstrzy­ma­na. I taka też jest dżun­gla, któ­ra dzię­ki rów­ni­ko­we­mu upa­ło­wi i ulew­nym desz­czom stop­nio­wo po­chła­nia brze­gi rze­ki. Ten dzi­ki ob­szar, roz­po­ście­ra­ją­cy się aż po ho­ry­zont, mie­ści naj­więk­szą róż­no­rod­ność ga­tun­ków na świe­cie. I do­pie­ro wte­dy rze­ka sta­je się roz­po­zna­wal­na - to Ama­zon­ka.

Wciąż jed­nak nie jest tym, czym się wy­da­je. Me­an­dru­jąc na wschód, do­cie­ra do ogrom­ne­go ob­sza­ru ukształ­to­wa­ne­go jak płyt­ka misa, a po­nie­waż Ama­zon­ka pły­nie na dnie tego ba­se­nu, nie­mal 40 pro­cent wód Ame­ry­ki Po­łu­dnio­wej - z rzek od­le­głej Ko­lum­bii, We­ne­zu­eli, Bo­li­wii i Ekwa­do­ru - spły­wa wła­śnie do niej. Ama­zon­ka sta­je się więc jesz­cze po­tęż­niej­sza. Miej­sca­mi głę­bo­ka na 100 me­trów, nie musi już nig­dzie się spie­szyć, swo­im wła­snym ryt­mem bie­rze we wła­da­nie ko­lej­ne ob­sza­ry. Me­an­dru­jąc, mija Rio Ne­gro i Ma­de­irę, Ta­pa­jós i Xin­gu, dwa naj­więk­sze po­łu­dnio­we do­pły­wy, Ma­ra­jó, wy­spę więk­szą niż Szwaj­ca­ria, aż w koń­cu, prze­byw­szy 6400 ki­lo­me­trów i ze­braw­szy wodę z ty­sią­ca do­pły­wów, Ama­zon­ka do­cie­ra do swe­go sze­ro­kie­go na po­nad 300 ki­lo­me­trów uj­ścia i wle­wa się do Oce­anu Atlan­tyc­kie­go. To, co wzię­ło po­czą­tek jako stru­my­czek, te­raz nie­sie 215 460 000 li­trów wody na se­kun­dę - sześć razy wię­cej niż Nil. Słod­ka woda po­cho­dzą­ca z Ama­zon­ki do­cie­ra tak da­le­ko w głąb mo­rza, że w 1500 roku Vi­cen­te Pin­zón, hisz­pań­ski ko­man­dor, któ­ry wcze­śniej to­wa­rzy­szył Ko­lum­bo­wi, od­krył rze­kę, pły­nąc w od­le­gło­ści wie­lu mil od wy­brze­ża. Na­zwał ją Mar Dul­ce, czy­li Słod­kie Mo­rze.

Jest to ob­szar trud­ny do zba­da­nia w każ­dych oko­licz­no­ściach, ale na­sta­nie pory desz­czo­wej w li­sto­pa­dzie czy­ni go wła­ści­wie nie­do­stęp­nym. Fale - w tym po­ru­sza­ją­ca się z szyb­ko­ścią 24 ki­lo­me­trów na go­dzi­nę gwał­tow­na fala przy­pły­wu, zwa­na po­ro­ro­ca, czy­li "wiel­ki ryk" - roz­bi­ja­ją sięo wy­brze­że. W Be­lém po­ziom wody Ama­zon­ki pod­no­si się o 3,5 me­tra, w Iqu­itos o 6 me­trów, w Óbi­dos 10 me­trów. Ma­de­ira, naj­dłuż­szy do­pływ Ama­zon­ki, może przy­brać jesz­cze bar­dziej, o 20 me­trów. Po mie­sią­cach po­wo­dzi wie­le z tych i in­nych rzek wy­le­wa z brze­gów, spa­da­jąc ka­ska­dą przez las, pod­my­wa­jąc ro­śli­ny i ska­ły i prze­mie­nia­jąc po­łu­dnio­wy ba­sen nie­mal w we­wnętrz­ne mo­rze, ja­kim był mi­lio­ny lat wcze­śniej. Po­tem wy­cho­dzi słoń­ce i pali cały ob­szar. Zie­mia pęka jak pod­czas trzę­sie­nia zie­mi. Ba­gna wy­pa­ro­wu­ją, pi­ra­nie, od­cię­te w wy­sy­cha­ją­cych sa­dzaw­kach, zja­da­ją się na­wza­jem. Mo­kra­dła zmie­nia­ją się w łąki, wy­spy sta­ją się wzgó­rza­mi.

W czerw­cu 1996 roku, gdy w po­łu­dnio­wym ba­se­nie Ama­zon­ki na­sta­ła pora su­cha, wy­pra­wa bra­zy­lij­skich na­ukow­ców i po­szu­ki­wa­czy przy­gód zmie­rza­ła w głąb dżun­gli. Szu­ka­li śla­dów puł­kow­ni­ka Per­cy'ego Faw­cet­ta, któ­ry po­nad sie­dem­dzie­siąt lat wcze­śniej za­gi­nął tam wraz ze swym sy­nem Jac­kiem i Ra­le­ighiem Ri­mel­lem.

Na cze­le eks­pe­dy­cji stał czter­dzie­sto­dwu­let­ni bra­zy­lij­ski ban­kier Ja­mes Lynch.2 Od kie­dy od pew­ne­go re­por­te­ra usły­szał o hi­sto­rii Faw­cet­ta, prze­czy­tał wszyst­ko, co mógł zna­leźć na ten te­mat. Do­wie­dział się, że znik­nię­cie puł­kow­ni­ka w 1925 roku wstrzą­snę­ło świa­to­wą opi­nią pu­blicz­ną - "był to je­den z naj­bar­dziej ce­le­bro­wa­nych przy­pad­ków za­gi­nię­cia w na­szych cza­sach"3, jak okre­ślił to je­den z ob­ser­wa­to­rów. Przez pięć mie­się­cy Faw­cett prze­sy­łał de­pe­sze, któ­re in­diań­scy po­słań­cy prze­no­si­li, po­gnie­cio­ne i po­pla­mio­ne, przez dżun­glę, i któ­re, ni­czym w ma­gicz­nej sztucz­ce, były prze­ka­zy­wa­ne te­le­gra­ficz­nie i dru­ko­wa­ne przez pra­sę na ca­łym świe­cie. Był to wcze­sny przy­kład tego, jak no­wo­cze­sny news, któ­re­go te­ma­tem może być wszyst­ko, spra­wia, że uwa­gę Afry­ka­nów, Azja­tów, Eu­ro­pej­czy­ków, Au­stra­lij­czy­ków i Ame­ry­ka­nów przy­ku­wa to samo wy­da­rze­nie, ma­ją­ce miej­sce gdzieś da­le­ko. Eks­pe­dy­cja, jak pi­sa­no w jed­nej z ga­zet, "owład­nę­ła wy­obraź­nią każ­de­go dziec­ka, któ­re kie­dy­kol­wiek ma­rzy­ło o nie­zba­da­nych lą­dach"4.

Po­tem de­pe­sze prze­sta­ły nad­cho­dzić. Jak do­wie­dział się Lynch, Faw­cett ostrze­gał, że przez kil­ka mie­się­cy może nie być z nim kon­tak­tu, ale mi­nął rok, po­tem dwa, a cie­ka­wość opi­nii pu­blicz­nej ro­sła. Czy Faw­cett i dwaj mło­dzień­cy zo­sta­li schwy­ta­ni przez In­dian? Czy umar­li z gło­du? Czy też urok Z oka­zał się zbyt sil­ny, by wra­cać? Dys­ku­to­wa­no za­wzię­cie w sa­lo­nach i spe­lun­kach, na naj­wyż­szych szcze­blach rzą­do­wych krą­ży­ły de­pe­sze. Spra­wie po­świę­co­no nie­zli­czo­ne słu­cho­wi­ska ra­dio­we, po­wie­ści (po­dob­no Garść pro­chu Eve­ly­na Wau­gha5 po­wsta­ła pod wpły­wem hi­sto­rii Faw­cet­ta), wier­sze, fil­my do­ku­men­tal­ne i fa­bu­lar­ne, znacz­ki pocz­to­we, książ­ki dla dzie­ci, ko­mik­sy, bal­la­dy, sztu­ki te­atral­ne, po­wie­ści gra­ficz­ne i wy­sta­wy. W 1933 roku pe­wien au­tor ksią­żek po­dróż­ni­czych stwier­dził: "Le­gen­da, któ­ra na­ro­sła wo­kół tej spra­wy, two­rzy nową, od­ręb­ną ga­łąź folk­lo­ru"6. Faw­cett zy­skał so­bie miej­sce w an­na­łach wy­praw ba­daw­czych nie dzię­ki temu, co od­krył przed świa­tem, ale dzię­ki temu, co ukrył. Przy­siągł do­ko­nać "od­kry­cia stu­le­cia", a za­miast tego za jego spra­wą zro­dzi­ła się "naj­więk­sza ta­jem­ni­ca ba­daw­cza XX wie­ku".

Lynch do­wie­dział się tak­że, ku swe­mu zdu­mie­niu, że bar­dzo wie­lu na­ukow­ców, ba­da­czy i po­szu­ki­wa­czy przy­gód za­głę­bia­ło się w dżun­glę, by od­na­leźć człon­ków wy­pra­wy Faw­cet­ta, ży­wych lub mar­twych, i wró­cić z do­wo­dem na ist­nie­nie mia­sta Z. W lu­tym 1955 roku "New York Ti­mes" stwier­dził, że za­gi­nię­cie Faw­cet­ta po­cią­gnę­ło za sobą wię­cej wy­praw po­szu­ki­waw­czych niż "te, któ­re wy­ru­sza­ły przez stu­le­cia na po­szu­ki­wa­nie ba­śnio­we­go El­do­ra­do"7. Nie­któ­re gru­py zgi­nę­ły z po­wo­du gło­du i cho­rób, inne wy­co­fa­ły się w de­spe­ra­cji, jesz­cze inne wy­mor­do­wa­li tu­byl­cy. Byli tak­że po­szu­ki­wa­cze przy­gód, któ­rzy wy­ru­szy­li, by zna­leźć Faw­cet­ta, i za­miast tego znik­nę­li tak jak on w la­sach, daw­no już ochrzczo­nych przez po­dróż­ni­ków mia­nem "zie­lo­ne­go pie­kła". Po­nie­waż wie­lu po­szu­ki­wa­czy wy­ru­sza­ło bez roz­gło­su, nie ma żad­nych wia­ry­god­nych da­nych na te­mat licz­by ofiar. We­dług jed­nej z ostat­nich ocen licz­ba ta może się­gać stu.

Lynch wy­da­wał się od­por­ny na po­ry­wy fan­ta­zji. Wy­so­ki, szczu­pły męż­czy­zna o nie­bie­skich oczach i ja­snej skó­rze skłon­nej do opa­rzeń, pra­co­wał w Cha­se Bank w S?o Pau­lo. Miał żonę i dwo­je dzie­ci. Jed­nak w oko­li­cach trzy­dziest­ki, ogar­nię­ty nie­wy­tłu­ma­czal­nym nie­po­ko­jem, za­czął zni­kać na dłu­gie dni w Ama­zo­nii, wę­dru­jąc pie­szo przez dżun­glę. Wziął też udział w kil­ku wy­czer­pu­ją­cych wy­ści­gach: pew­ne­go razu szedł przez 72 go­dzi­ny bez snu i prze­do­stał się przez ka­nion po li­nie. "Cho­dzi o to, żeby do­pro­wa­dzić się do sta­nu wy­czer­pa­nia psy­chicz­ne­go i fi­zycz­ne­go i prze­ko­nać się, jak czło­wiek re­agu­je w ta­kiej sy­tu­acji" - po­wie­dział Lynch i do­dał: "Nie­któ­rzy się za­ła­mu­ją, ale mnie za­wsze wy­da­wa­ło się to sty­mu­lu­ją­ce".

Lynch był kimś wię­cej niż tyl­ko po­szu­ki­wa­czem przy­gód. Po­cią­ga­ły go wy­zwa­nia nie tyl­ko fi­zycz­ne, ale też in­te­lek­tu­al­ne, miał na­dzie­ję rzu­cić nie­co świa­tła na ja­kiś mało zna­ny aspekt świa­ta i czę­sto mie­sią­ca­mi sie­dział w bi­blio­te­ce, zgłę­bia­jąc te­mat. Wy­pra­wił się mię­dzy in­ny­mi do źró­deł Ama­zon­ki i zna­lazł osa­dę me­no­ni­tów na bo­li­wij­skiej pu­sty­ni. Ale nig­dy jesz­cze nie spo­tkał się z ta­kim przy­pad­kiem, jak hi­sto­ria puł­kow­ni­ka Faw­cet­ta.

Po­przed­nim wy­pra­wom po­szu­ki­waw­czym nie uda­ło się po­znać losu eks­pe­dy­cji Faw­cet­ta - każ­de ko­lej­ne znik­nię­cie samo sta­wa­ło się za­gad­ką - nikt też nie roz­wi­kłał naj­więk­szej ta­jem­ni­cy: mia­sta Z. Lynch stwier­dził, że w prze­ci­wień­stwie do in­nych za­gi­nio­nych od­kryw­ców - ta­kich jak Ame­lia Ear­hart, któ­ra znik­nę­ła w 1937 roku pod­czas pró­by prze­lo­tu do­oko­ła świa­ta - Faw­cett zro­bił wszyst­ko, żeby nie moż­na było go od­na­leźć. Tra­sę wy­pra­wy utrzy­my­wał w ta­kiej ta­jem­ni­cy, że na­wet jego żona, Nina, wy­zna­ła, iż ukry­wał przed nią naj­waż­niej­sze szcze­gó­ły. Lynch prze­ko­pał się przez sta­re re­la­cje pra­so­we, ale nie zna­lazł w nich wie­lu wia­ry­god­nych wska­zó­wek. Po­tem na­tra­fił na za­czy­ta­ny eg­zem­plarz Explo­ra­tion Faw­cett, wy­da­ny w 1953 roku wy­bór pism ba­da­cza opra­co­wa­ny przez jego młod­sze­go syna, Bria­na. (Er­nest He­min­gway miał eg­zem­plarz w swo­jej bi­blio­tecz­ce.) Wy­da­wa­ło się, że książ­ka za­wie­ra kil­ka wska­zó­wek do­ty­czą­cych osta­tecz­nej tra­sy. We­dług słów Faw­cet­ta: "Wy­ru­szy­my z obo­zu Dead Hor­se, 11°43' sze­ro­ko­ści po­łu­dnio­wej i 54°35' dłu­go­ści za­chod­niej, miej­sca, gdzie w 1921 roku padł mój koń"8. Choć współ­rzęd­ne te okre­śla­ły je­dy­nie punkt po­cząt­ko­wy, Lynch wpi­sał je w swój GPS. Oka­za­ło się, że są to współ­rzęd­ne punk­tu na po­łu­dnio­wym ba­se­nie Ama­zon­ki w Mato Gros­so - na­zwa ozna­cza "gę­sty las" - jed­nym ze sta­nów Bra­zy­lii, więk­szym niż Fran­cja i Wiel­ka Bry­ta­nia ra­zem wzię­te. By do­trzeć do obo­zu Dead Hor­se, trze­ba było prze­do­stać się przez je­den z naj­bar­dziej nie­prze­by­tych ob­sza­rów ama­zoń­skiej dżun­gli i wkro­czyć na zie­mie na­le­żą­ce do rdzen­nych miesz­kań­ców, któ­rzy żyli w od­osob­nie­niu w gę­stym le­sie i za­wzię­cie bro­ni­li swe­go te­ry­to­rium.

Wy­da­wa­ło się to nad­ludz­kim wy­zwa­niem, jed­nak Lynch, ślę­cząc w pra­cy nad ar­ku­sza­mi kal­ku­la­cyj­ny­mi, za­sta­na­wiał się: A je­śli mia­sto Z na­praw­dę ist­nie­je? Co je­śli dżun­gla skry­wa ta­kie miej­sce? Na­wet obec­nie, we­dług ocen bra­zy­lij­skie­go rzą­du, ist­nie­je po­nad 60 in­diań­skich ple­mion, któ­re nig­dy nie mia­ły kon­tak­tu z ludź­mi z ze­wnątrz.9 "Te lasy to [...] nie­mal ostat­nie miej­sce na zie­mi, gdzie rdzen­ni miesz­kań­cy mogą żyć od­izo­lo­wa­ni od resz­ty ludz­ko­ści"10 - pi­sał John Hem­ming, wy­bit­ny ba­dacz hi­sto­rii In­dian bra­zy­lij­skich i były dy­rek­tor KTG.

Syd­ney Po­ssu­elo, kie­row­nik bra­zy­lij­skie­go urzę­du do spraw ochro­ny ple­mion in­diań­skich, po­wie­dział o nich: "Nikt nie wie na pew­no, kim są, gdzie są, ilu ich jest i ja­ki­mi ję­zy­ka­mi mó­wią"11. W 2006 roku człon­ko­wie ple­mie­nia no­ma­dów na­zy­wa­ne­go Nu­kak-Makú wy­ło­ni­li się z głę­bin Ama­zo­nii w Ko­lum­bii i oświad­czy­li, że są go­to­wi przy­łą­czyć się do no­wo­cze­sne­go spo­łe­czeń­stwa, choć nie mie­li po­ję­cia, że Ko­lum­bia jest kra­jem, i py­ta­li, czy sa­mo­lo­ty na nie­bie po­ru­sza­ją się po nie­wi­dzial­nej dro­dze.12

Pew­nej nocy Lynch, nie mo­gąc za­snąć, po­szedł do swo­je­go ga­bi­ne­tu za­rzu­co­ne­go ma­pa­mi i pa­miąt­ka­mi z po­przed­nich wy­praw. Wśród do­ku­men­tów do­ty­czą­cych Faw­cet­ta na­tra­fił na prze­stro­gę, któ­rą puł­kow­nik kie­ro­wał do swe­go syna: "Je­śli przy ca­łym mym do­świad­cze­niu nam się nie po­wie­dzie, nie ma wiel­kiej na­dziei dla in­nych". Za­miast znie­chę­cić, te sło­wa były dla Lyn­cha im­pul­sem do dzia­ła­nia. "Mu­szę je­chać" - po­wie­dział żo­nie.

Szyb­ko zna­lazł so­bie to­wa­rzy­sza po­dró­ży, Rene Del­mot­te'a, bra­zy­lij­skie­go in­ży­nie­ra, któ­re­go po­znał pod­czas za­wo­dów su­rvi­va­lo­wych. Obaj mie­sią­ca­mi stu­dio­wa­li sa­te­li­tar­ne zdję­cia Ama­zo­nii, usta­la­jąc szcze­gó­ły tra­sy. Lynch po­sta­rał się o naj­lep­szy sprzęt: dżi­py z na­pę­dem tur­bo z opo­na­mi od­por­ny­mi na prze­bi­cie, ra­dio­te­le­fo­ny i agre­ga­ty prą­do­twór­cze. Po­dob­nie jak Faw­cett, Lynch miał do­świad­cze­nie w pro­jek­to­wa­niu ło­dzi, i z po­mo­cą szkut­ni­ka zbu­do­wał dwie alu­mi­nio­we o dłu­go­ści sied­miu i pół me­tra i ta­kim za­nu­rze­niu, by mo­gły prze­pły­wać przez ba­gna. Skom­ple­to­wał tak­że ap­tecz­kę za­wie­ra­ją­cą ze­staw an­ti­do­tów na jad węży.

Bar­dzo sta­ran­nie do­brał też człon­ków wy­pra­wy. Wy­brał dwóch me­cha­ni­ków, któ­rzy mo­gli na­pra­wiać cały sprzęt, oraz dwóch do­świad­czo­nych kie­row­ców sa­mo­cho­dów te­re­no­wych. Za­brał tak­że dok­to­ra Da­nie­la Mu­?o­za, zna­ne­go an­tro­po­lo­ga są­do­we­go, któ­ry w 1958 roku po­mógł zi­den­ty­fi­ko­wać szcząt­ki Jo­se­fa Men­ge­le, zbie­głe­go zbrod­nia­rza na­zi­stow­skie­go, i któ­ry mógł po­móc w okre­śle­niu po­cho­dze­nia ewen­tu­al­nych przed­mio­tów na­le­żą­cych do wy­pra­wy Faw­cet­ta: klam­ry pasa, ka­wał­ka ko­ści, na­bo­ju.

Cho­ciaż Faw­cett ostrze­gał, że wiel­kie eks­pe­dy­cje "wszyst­kie co do jed­nej koń­czy­ły się smut­no"13, gru­pa szyb­ko roz­ro­sła się do szes­na­stu osób. A chcia­ła do­łą­czyć jesz­cze jed­na: szes­na­sto­let­ni syn Lyn­cha, Ja­mes. Wy­spor­to­wa­ny i umię­śnio­ny bar­dziej niż jego oj­ciec, z gę­stą kasz­ta­no­wa­tą czu­pry­ną i du­ży­mi piw­ny­mi ocza­mi, był już na po­przed­niej eks­pe­dy­cji i spra­wił się do­brze. Lynch zgo­dził się więc, po­dob­nie jak Faw­cett, za­brać syna ze sobą.

Ze­spół ze­brał się w Cu­ia­bie, sto­li­cy Mato Gros­so, na po­łu­dnio­wym skra­ju ba­se­nu Ama­zon­ki. Lynch roz­dał wszyst­kim przy­go­to­wa­ne przez sie­bie ko­szul­ki z ob­raz­kiem śla­dów stóp pro­wa­dzą­cych w dżun­glę. Bry­tyj­ski dzien­nik "Da­ily Mail" opu­bli­ko­wał ar­ty­kuł na te­mat eks­pe­dy­cji za­ty­tu­ło­wa­ny Czy na­resz­cie roz­wią­że­my ta­jem­ni­cę puł­kow­ni­ka Per­cy'ego Faw­cet­ta? Przez wie­le dni gru­pa je­cha­ła przez do­rze­cze Ama­zon­ki, po­ru­sza­jąc się dro­ga­mi grun­to­wy­mi peł­ny­mi ko­le­in i krza­ków. Las zro­bił się gęst­szy i Ja­mes przy­ci­snął twarz do szy­by. Gdy prze­tarł za­pa­ro­wa­ne okno, zo­ba­czył roz­pię­te w gó­rze ko­ro­ny drzew, a tam, gdzie była mię­dzy nimi prze­rwa, słu­py świa­tła wle­wa­ją­ce­go się do lasu, w któ­rych na­gle po­ja­wia­ły się żół­te skrzy­dła mo­ty­li i ar. Raz zo­ba­czył dwu­me­tro­we­go węża, na wpół za­grze­ba­ne­go w mule, z za­głę­bie­niem mię­dzy ocza­mi. "Ża­ra­ra­ka" - wy­ja­śnił jego oj­ciec. Był to wąż z ro­dzi­ny żmi­jo­wa­tych, je­den z naj­bar­dziej ja­do­wi­tych ga­dów obu Ame­ryk. (Uką­sze­nie ża­ra­ra­ki po­wo­du­je, że czło­wiek za­czy­na krwa­wić z oczu i, jak ujął to pe­wien bio­log, "po ka­wał­ku zmie­nia się w tru­pa"14.) Lynch omi­nął węża. Sły­sząc ryk sil­ni­ka, inne zwie­rzę­ta, w tym wyj­ce, umknę­ły w ko­ro­ny drzew, i tyl­ko mo­ski­ty wciąż wi­sia­ły nad po­jaz­da­mi ni­czym pa­tro­le stra­ży.

Po wie­lu po­sto­jach eks­pe­dy­cja ru­szy­ła szla­kiem pro­wa­dzą­cym do po­la­ny nad rze­ką Xin­gu, gdzie Lynch spró­bo­wał okre­ślić współ­rzęd­ne na GPS.

- I co? - za­py­tał je­den z ko­le­gów.

Lynch wpa­try­wał się we współ­rzęd­ne na ekra­nie.

- Je­ste­śmy nie­da­le­ko od miej­sca, gdzie po raz ostat­ni wi­dzia­no Faw­cet­ta - po­wie­dział.

Sieć pną­czy i lian za­ra­sta­ła dro­gi wy­cho­dzą­ce z po­la­ny, Lynch po­sta­no­wił więc, że eks­pe­dy­cja bę­dzie mu­sia­ła pły­nąć da­lej ło­dzia­mi. Czę­ści uczest­ni­ków ka­zał za­wró­cić z naj­cięż­szym sprzę­tem; kie­dy znaj­dzie miej­sce, w któ­rym mógł­by wy­lą­do­wać przy­sto­so­wa­ny do tego sa­mo­lot, poda przez ra­dio współ­rzęd­ne, tak­że ekwi­pu­nek zo­sta­nie do­star­czo­ny dro­gą po­wietrz­ną.

Po­zo­sta­li człon­ko­wie wy­pra­wy, w tym Ja­mes ju­nior, zwo­do­wa­li dwie ło­dzie i za­czę­li po­dróż w dół Xin­gu. Nurt niósł ich szyb­ko, mi­ja­li kol­cza­ste pa­pro­cie i pal­my bu­ri­ti, pną­cza i mirt - nie­koń­czą­cy się gąszcz po obu stro­nach. Nie­dłu­go przed za­cho­dem słoń­ca, gdy Lynch mi­jał ko­lej­ny za­kręt, wy­da­wa­ło mu się, że spo­strzegł coś na od­le­głym brze­gu. Pod­su­nął wy­żej ka­pe­lusz. Mię­dzy ga­łę­zia­mi do­strzegł wie­le par wpa­tru­ją­cych się weń oczu. Gdy ło­dzie do­pły­nę­ły do brze­gu, szo­ru­jąc dnem o pia­sek, Lynch i jego lu­dzie wy­sko­czy­li na brzeg. W tym sa­mym mo­men­cie In­dia­nie - nadzy, ze wspa­nia­ły­mi pa­pu­zi­mi pió­ra­mi w uszach - wy­ło­ni­li się z lasu. Po­tęż­nie zbu­do­wa­ny męż­czy­zna, uma­lo­wa­ny na czar­no wo­kół oczu, wy­stą­pił na­przód. We­dług tych spo­śród In­dian, któ­rzy mó­wi­li ła­ma­nym por­tu­gal­skim i peł­ni­li funk­cję tłu­ma­czy, był to wódz ple­mie­nia Ku­iku­ro. Wy­da­wa­ło się, że jest przy­jaź­nie na­sta­wio­ny. Ze­zwo­lił wy­pra­wie roz­bić obóz w wio­sce Ku­iku­ro, zgo­dził się też, by sa­mo­lot wy­lą­do­wał na po­bli­skiej po­la­nie.

Tego wie­czo­ru Ja­mes jr, pró­bu­jąc za­snąć, za­sta­na­wiał się, czy Jack Faw­cett po­ło­żył się spać w po­dob­nym miej­scu i czy wi­dział ta­kie cu­dow­ne rze­czy. Słoń­ce obu­dzi­ło go na­stęp­ne­go dnia o świ­cie. Zaj­rzał do na­mio­tu ojca. "Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go, tato" - po­wie­dział. Lynch za­po­mniał, że to jego uro­dzi­ny. Koń­czył czter­dzie­ści dwa lata.

Póź­niej tego sa­me­go dnia kil­ku Ku­iku­ro za­pro­si­ło Lyn­cha i jego syna do po­bli­skiej la­gu­ny, gdzie ką­pa­li się ra­zem z pięć­dzie­się­cio­ki­lo­gra­mo­wy­mi żół­wia­mi. Lynch usły­szał, jak lą­du­je sa­mo­lot z po­zo­sta­ły­mi człon­ka­mi wy­pra­wy i sprzę­tem. Wszy­scy znów mie­li ze­brać się ra­zem.

Kil­ka chwil póź­niej je­den z Ku­iku­ro przy­biegł ścież­ką, wo­ła­jąc coś w swo­im ję­zy­ku. Jego ziom­ko­wie rzu­ci­li się do brze­gu.

- Co się sta­ło? - za­py­tał Lynch po por­tu­gal­sku.

- Kło­po­ty - od­parł je­den z Ku­iku­ro.

In­dia­nie po­bie­gli w stro­nę wio­ski, Lynch z sy­nem ru­szy­li za nimi, wśród ga­łę­zi chło­sta­ją­cych im twa­rze. Kie­dy do­tar­li na miej­sce, pod­szedł do nich je­den z człon­ków eks­pe­dy­cji.

- Co się dzie­je? - za­py­tał Lynch.

- Ota­cza­ją nasz obóz.

Lynch zo­ba­czył bie­gną­cych ku nim ze trzy­dzie­stu In­dian, być może z są­sied­nich ple­mion. Oni tak­że usły­sze­li od­głos nad­la­tu­ją­ce­go sa­mo­lo­tu. Wie­lu z nich po­ma­lo­wa­ło na­gie cia­ła na czar­no i czer­wo­no. Mie­li łuki z pra­wie dwu­me­tro­wy­mi strza­ła­mi, sta­ro­świec­kie strzel­by i dzi­dy. Pię­ciu lu­dzi Lyn­cha po­gna­ło do sa­mo­lo­tu. Pi­lot wciąż był w ka­bi­nie. Męż­czyź­ni wsko­czy­li do sa­mo­lo­tu, cho­ciaż było w nim miej­sce tyl­ko dla czte­rech osób. Wo­ła­li do pi­lo­ta, żeby od­la­ty­wał, ale on jak­by nie wie­dział, co się dzie­je. Wyj­rzał przez okno i zo­ba­czył bie­gną­cych ku nie­mu In­dian ce­lu­ją­cych z łu­ków. Gdy uru­cho­mił sil­nik, In­dia­nie uwie­si­li się u skrzy­deł, pró­bu­jąc za­trzy­mać sa­mo­lot na zie­mi. Pi­lot, za­nie­po­ko­jo­ny nie­bez­piecz­nym prze­cią­że­niem ma­szy­ny, wy­rzu­cał przez okno, co miał pod ręką - ubra­nia, pa­pie­ry, któ­re wi­ro­wa­ły roz­dmu­chi­wa­ne przez śmi­gło. Sa­mo­lot po­to­czył się pro­wi­zo­rycz­nym pa­sem star­to­wym, pod­ska­ku­jąc, wy­jąc sil­ni­kiem i za­ta­cza­jąc się mię­dzy drze­wa­mi. Tuż przed ode­rwa­niem się kół od zie­mi ostat­ni In­dia­nin pu­ścił skrzy­dło.

Lynch pa­trzył, jak sa­mo­lot zni­ka, a wo­kół nie­go wi­ro­wał czer­wo­ny pył wzbi­ty pod­czas star­tu. Mło­dy In­dia­nin o cie­le po­kry­tym far­bą, jak się wy­da­wa­ło przy­wód­ca na­jaz­du, zbli­żył się do Lyn­cha, wy­ma­chu­jąc bor­du­na, po­nadme­tro­wą pał­ką, ja­kich wo­jow­ni­cy uży­wa­li do miaż­dże­nia wro­gom cza­szek. Za­pę­dził Lyn­cha i po­zo­sta­łych je­de­na­stu człon­ków wy­pra­wy do ma­łych łó­dek.

- Do­kąd nas za­bie­ra­cie? - za­py­tał Lynch.

- Bę­dzie­cie na­szy­mi więź­nia­mi do koń­ca ży­cia - od­parł mło­dy czło­wiek.

Ja­mes jr prze­su­nął pal­ca­mi po szyi. Lynch za­wsze był prze­ko­na­ny, że nie ma przy­go­dy do cza­su, jak to uj­mo­wał, "aż czło­wiek wpad­nie w ja­kieś gów­no". Ale to było coś, cze­go nig­dy nie brał pod uwa­gę w swo­ich prze­wi­dy­wa­niach. Nie miał na­wet bro­ni. Ści­snął dłoń syna.

- Co­kol­wiek bę­dzie się dzia­ło - wy­szep­tał do nie­go - nic nie rób, do­pó­ki ci nie po­wiem.

Ło­dzie skrę­ci­ły z głów­nej rze­ki i po­pły­nę­ły wą­skim stru­mie­niem. Gdy wciąż pły­nę­li w głąb dżun­gli, Lynch przy­glą­dał się oto­cze­niu - kry­sta­licz­nie czy­stej wo­dzie peł­nej tę­czo­wych ryb, co­raz gęst­szej ma­sie ro­ślin. To jest, po­my­ślał, naj­pięk­niej­sze miej­sce, ja­kie kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łem.

po­czą­tek po­szu­ki­wań

Po­dob­no u po­cząt­ków każ­dej wy­pra­wy jest ja­kiś pier­wia­stek ro­man­ty­zmu. Ale mnie na­wet te­raz trud­no zna­leźć coś ta­kie­go w mo­ich po­szu­ki­wa­niach.

Po­staw­my spra­wę ja­sno: nie je­stem od­kryw­cą ani po­szu­ki­wa­czem przy­gód. Nie cho­dzę po gó­rach ani nie po­lu­ję. Na­wet nie lu­bię spać w na­mio­cie. Mam nie­co po­nad 170 cen­ty­me­trów wzro­stu, zbli­żam się do czter­dziest­ki, je­stem bru­ne­tem o rzed­nie­ją­cych wło­sach, za to o co­raz więk­szym brzu­chu. Cier­pię na sto­żek ro­gów­ki - zwy­rod­nie­nio­wą cho­ro­bę oczu, któ­ra utrud­nia mi wi­dze­nie po zmierz­chu. Nie mam za grosz po­czu­cia kie­run­ku i zwy­kle za­po­mi­nam, gdzie je­stem, w me­trze i prze­ga­piam swo­ją sta­cję na Bro­okly­nie. Lu­bię ga­ze­ty, je­dze­nie na wy­nos, wia­do­mo­ści spor­to­we (któ­re so­bie na­gry­wam) oraz kli­ma­ty­za­cję włą­czo­ną na full. Ma­jąc do wy­bo­ru wej­ście po scho­dach na pierw­sze pię­tro i sko­rzy­sta­nie z win­dy, nie­odmien­nie wy­bie­ram win­dę.

Ale kie­dy pra­cu­ję nad re­por­ta­żem, wszyst­ko się zmie­nia. Już od dzie­ciń­stwa po­cią­ga­ły mnie po­wie­ści sen­sa­cyj­ne i przy­go­do­we, ta­kie, od któ­rych we­dle słów Ri­de­ra Hag­gar­daII "nie moż­na się ode­rwać". Pierw­sze hi­sto­rie, ja­kich słu­cha­łem, były o moim dziad­ku Mo­nyi. Dzia­dek był wte­dy po sie­dem­dzie­siąt­ce, cho­ro­wał na par­kin­so­na i sie­dział na gan­ku na­sze­go domu w We­st­port w Con­nec­ti­cut, trzę­sąc się i wpa­tru­jąc pu­stym wzro­kiem w ho­ry­zont. Tym­cza­sem moja bab­ka opo­wia­da­ła mi jego przy­go­dy. Opo­wia­da­ła, że był w Ro­sji han­dla­rzem fu­ter i że ro­bił zdję­cia dla "Na­tio­nal Geo­gra­phic", jako je­den z nie­licz­nych fo­to­gra­fów z Za­cho­du, któ­rym po­zwo­lo­no do­trzeć do nie­któ­rych czę­ści Chin i Ty­be­tu. (Część ro­dzi­ny po­dej­rze­wa­ła, że był szpie­giem, choć nig­dy nie zna­leź­li­śmy ni­cze­go, co po­twier­dza­ło­by tę teo­rię.) Bab­ka wspo­mi­na­ła, że nie­dłu­go przed ich ślu­bem Mo­nya po­je­chał do In­dii ku­pić ja­kieś cen­ne fu­tra. Mi­ja­ły ty­go­dnie, a od nie­go nie nad­cho­dzi­ły żad­ne wie­ści. Wresz­cie pocz­tą przy­szedł po­mię­ty list. W ko­per­cie była tyl­ko za­ma­za­na fo­to­gra­fia: przed­sta­wia­ła dziad­ka, jak leży sku­lo­ny i bla­dy pod mo­ski­tie­rą, nę­ka­ny ma­la­rią. Wresz­cie wró­cił, ale po­nie­waż wciąż nie był zdro­wy, ślub od­był się w szpi­ta­lu. "Wie­dzia­łam, że już po mnie" - po­wie­dzia­ła mi bab­cia. Opo­wia­da­ła też, że Mo­nya zo­stał za­wo­do­wym kie­row­cą star­tu­ją­cym w wy­ści­gach mo­to­cy­klo­wych, a kie­dy spoj­rza­łem na nią z po­wąt­pie­wa­niem, przy­nio­sła mi jego me­da­le za­wi­nię­te w chust­kę. Pew­ne­go razu, gdy ku­po­wał fu­tra w Afga­ni­sta­nie i prze­jeż­dżał przez Prze­łęcz Chaj­ber­ską z przy­ja­cie­lem w ko­szu, prze­sta­ły dzia­łać ha­mul­ce. "Kie­dy stra­cił pa­no­wa­nie nad mo­to­cy­klem, po­że­gnał się ze swo­im przy­ja­cie­lem - wspo­mi­na­ła bab­cia. - Po­tem za­uwa­żył ro­bot­ni­ków na­pra­wia­ją­cych dro­gę, za nimi była wiel­ka kupa gno­ju, więc skie­ro­wał się pro­sto na nią. Two­je­go dziad­ka i jego przy­ja­cie­la wy­rzu­ci­ło z sio­de­łek. Tro­chę się po­ła­ma­li, ale to wszyst­ko. Oczy­wi­ście dzia­dek nadal jeź­dził na mo­to­cy­klu".

Dla mnie naj­bar­dziej zdu­mie­wa­ją­cy w tych opo­wie­ściach był ich głów­ny bo­ha­ter. Zna­łem mo­je­go dziad­ka tyl­ko jako sta­rusz­ka, któ­ry le­d­wie cho­dził. Im wię­cej bab­cia mi o nim opo­wia­da­ła, tym bar­dziej pra­gną­łem szcze­gó­łów, któ­re po­mo­gły­by mi go zro­zu­mieć. Wciąż jed­nak było w nim coś, co wy­da­wa­ło się umy­kać na­wet mo­jej bab­ce. "Taki po pro­su był Mo­nya" - mó­wi­ła, ma­cha­jąc ręką.

Kie­dy zo­sta­łem re­por­te­rem, po­cią­ga­ły mnie hi­sto­rie przy­ku­wa­ją­ce uwa­gę. W la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych pra­co­wa­łem jako ko­re­spon­dent kon­gre­so­wy, ale czę­sto zba­cza­łem poza swój re­wir, by zaj­mo­wać się hi­sto­ria­mi oszu­stów, gang­ste­rów i szpie­gów. Choć więk­szość mo­ich ar­ty­ku­łów wy­da­je się ze sobą nie­po­wią­za­na, mają zwy­kle wspól­ny wą­tek: ob­se­sję. Są o zwy­czaj­nych lu­dziach, któ­rych coś skło­ni­ło do nie­zwy­kłych czy­nów, na ja­kie więk­szość z nas nig­dy by się nie od­wa­ży­ła. Któ­rzy ła­pią ja­kie­goś bak­cy­la, a on roz­wi­ja się tak dłu­go, aż ich po­że­ra.

Za­wsze uwa­ża­łem, że moje za­in­te­re­so­wa­nie tymi ludź­mi ma cha­rak­ter czy­sto za­wo­do­wy: są naj­lep­szym te­ma­tem ar­ty­ku­łu. Ale cza­sem my­ślę, że może mam z nimi wię­cej wspól­ne­go, niż ośmie­lił­bym się są­dzić. Pi­sa­nie re­por­ta­ży to nie­ustan­ne szpe­ra­nie, wy­szu­ki­wa­nie de­ta­li w na­dziei na od­kry­cie ja­kiejś ukry­tej praw­dy. Ku iry­ta­cji mo­jej żony, kie­dy pra­cu­ję nad tek­stem, świa­ta poza tym nie wi­dzę. Za­po­mi­nam, że mia­łem za­pła­cić ra­chun­ki albo się ogo­lić. Cho­dzę w nie­świe­żych ubra­niach. Po­dej­mu­ję ry­zy­ko, na któ­re nig­dy bym się nie na­ra­ził: peł­znę set­ki me­trów pod uli­ca­mi Man­hat­ta­nu z ko­pa­cza­mi tu­ne­li, zwa­ny­mi kre­ta­mi. Albo pły­nę małą łó­decz­ką z łow­cą ka­ła­mar­nic ol­brzy­mich pod­czas strasz­li­we­go sztor­mu. Kie­dy wró­ci­łem z tej wy­pra­wy, moja mat­ka po­wie­dzia­ła: "Wiesz, przy­po­mi­nasz mi dziad­ka".

W 2004 roku, kie­dy zbie­ra­łem ma­te­ria­ły do re­por­ta­żu o ta­jem­ni­czej śmier­ci znaw­cy Co­nan Doy­le'a i Sher­loc­ka Hol­me­sa, na­tkną­łem się na wzmian­kę o Faw­cet­cie i roli, jaką ode­grał w po­wsta­niu Świa­ta za­gi­nio­ne­go. Gdy prze­czy­ta­łem o nim wię­cej, za­in­try­go­wa­ła mnie fan­ta­stycz­na wi­zja mia­sta Z, myśl, że w Ama­zo­nii mo­gła ist­nieć wy­ra­fi­no­wa­na cy­wi­li­za­cja z mo­nu­men­tal­ną ar­chi­tek­tu­rą. Jak za­pew­ne wie­lu in­nych lu­dzi, mia­łem wy­obra­że­nie - zbu­do­wa­ne na pod­sta­wie nie tyl­ko hol­ly­wo­odz­kich fil­mów i po­wie­ści przy­go­do­wych, ale tak­że opi­sów na­uko­wych - że są tam tyl­ko roz­pro­szo­ne ple­mio­na ży­ją­ce jak w epo­ce ka­mie­nia łu­pa­ne­go.

Przy­rod­ni­cy czę­sto przed­sta­wia­ją Ama­zo­nię jako "dzie­wi­czy las", któ­re­go, za­nim wkro­czy­li tam drwa­le i inni in­tru­zi, nie tknę­ła ludz­ka ręka. Co wię­cej, wie­lu ar­che­olo­gów i geo­gra­fów twier­dzi, że wa­run­ki pa­nu­ją­ce w Ama­zo­nii, po­dob­nie jak w Ark­ty­ce, unie­moż­li­wia­ją po­wsta­nie tam więk­szych po­pu­la­cji, a za­tem i zło­żo­nych spo­łe­czeństw, z po­dzia­łem pra­cy i hie­rar­chia­mi, na któ­rych cze­le sta­li­by wo­dzo­wie czy kró­lo­wie.1 Bet­ty Meg­gers ze Smi­th­so­nian In­sti­tu­tion jest być może naj­bar­dziej wpły­wo­wym współ­cze­snym ar­che­olo­giem Ama­zo­nii. Za­sły­nę­ła w 1971 roku okre­śle­niem tej kra­iny jako "fał­szy­we­go raju"2, miej­sca, któ­re mimo ca­łe­go bo­gac­twa fau­ny i flo­ry jest wro­gie czło­wie­ko­wi. Desz­cze i po­wo­dzie, oraz pa­lą­ce słoń­ce po­zba­wia­ją zie­mię nie­zbęd­nych skład­ni­ków od­żyw­czych, co spra­wia, że rol­nic­two na dużą ska­lę sta­je się nie­moż­li­we. Zda­niem Meg­gers i in­nych na­ukow­ców w ta­kim nie­przy­ja­znym kra­jo­bra­zie mogą prze­trwać je­dy­nie nie­wiel­kie ple­mio­na no­ma­dów. Po­nie­waż zie­mia ro­dzi tak mało po­ży­wie­nia, na­wet je­śli ple­mio­nom uda­je się unik­nąć zmniej­sze­nia po­pu­la­cji z po­wo­du gło­du i cho­rób, wciąż mu­szą sto­so­wać "kul­tu­ro­we sub­sty­tu­ty"3, żeby kon­tro­lo­wać swą li­czeb­ność - w tym za­bi­ja­nie człon­ków wła­snej spo­łecz­no­ści. Nie­któ­re ple­mio­na prak­ty­ku­ją dzie­cio­bój­stwo, po­rzu­ca­ją cho­rych w le­sie albo an­ga­żu­ją się w krwa­we wen­de­ty i woj­ny. W la­tach sie­dem­dzie­sią­tych Clau­dio Vil­las Boas, je­den z wiel­kich obroń­ców In­dian ama­zoń­skich, po­wie­dział pew­ne­mu re­por­te­ro­wi: "To jest dżun­gla i za­bi­cie ka­le­kie­go dziec­ka albo po­rzu­ce­nie czło­wie­ka bez ro­dzi­ny może być ko­niecz­ne dla prze­trwa­nia ple­mie­nia. Do­pie­ro te­raz, kie­dy dżun­gla gi­nie i jej pra­wa tra­cą sens, za­czy­na nas to szo­ko­wać"4.

Jak za­uwa­ża Char­les Mann w książ­ce 1491, an­tro­po­log Al­lan R. Holm­berg przy­czy­nił się do skry­sta­li­zo­wa­nia po­pu­lar­ne­go, a tak­że na­uko­we­go po­strze­ga­nia In­dian ama­zoń­skich jako lu­dów pry­mi­tyw­nych.5 Po ba­da­niach nad ple­mie­niem Si­rio­nó w Bo­li­wii na po­cząt­ku lat czter­dzie­stych Holm­berg opi­sał ich jako "je­den z naj­bar­dziej za­co­fa­nych kul­tu­ro­wo lu­dów świa­ta"6, spo­łecz­ność tak po­chło­nię­tą zdo­by­wa­niem po­ży­wie­nia, że nie wy­two­rzy­ła żad­nej sztu­ki, re­li­gii, ubrań, nie udo­mo­wi­ła zwie­rząt, nie bu­do­wa­ła trwa­łych do­mów ani dróg, nie umia­ła han­dlo­wać ani na­wet li­czyć wię­cej niż do trzech. "Nie mie­rzą cza­su - twier­dził Holm­berg - ani nie zna­ją ka­len­da­rza"7. Człon­ko­wie tego ple­mie­nia nie mie­li na­wet "po­ję­cia mi­ło­ści ro­man­tycz­nej"8. Byli więc, pod­su­mo­wał Holm­berg, "ludź­mi w su­ro­wym sta­nie na­tu­ry"9. We­dług Meg­gers pew­ne bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­ne spo­łe­czeń­stwo z An­dów prze­nio­sło się na ni­zi­ny, na wy­spę Ma­ra­jó u uj­ścia Ama­zon­ki, tyl­ko po to, by stop­nio­wo roz­paść się i wy­mrzeć.10 Krót­ko mó­wiąc, Ama­zo­nia była dla cy­wi­li­za­cji śmier­tel­ną pu­łap­ką.

Kie­dy za­in­te­re­so­wa­łem się mia­stem Z, od­kry­łem, że gru­pa re­wi­zjo­ni­stycz­nie na­sta­wio­nych an­tro­po­lo­gów i ar­che­olo­gów za­czę­ła co­raz bar­dziej pod­wa­żać te utrwa­lo­ne po­glą­dy i prze­ko­ny­wać, że w Ama­zo­nii mo­gła jed­nak po­wstać roz­wi­nię­ta cy­wi­li­za­cja. Mó­wiąc w skró­cie, twier­dzą oni, że kon­ser­wa­tyw­ni na­ukow­cy nie do­ce­nia­li siły, z jaką kul­tu­ry i spo­łe­czeń­stwa po­tra­fią się prze­obra­żać, wy­kra­cza­jąc poza swo­je na­tu­ral­ne śro­do­wi­ska, tak jak w przy­pad­ku sta­cji ko­smicz­nych czy upraw na izra­el­skich pu­sty­niach. Zda­niem nie­któ­rych w tra­dy­cyj­nych po­glą­dach wciąż wi­docz­ny jest ślad ra­si­stow­skich prze­ko­nań o rdzen­nych Ame­ry­ka­nach, któ­ry­mi prze­siąk­nię­te były wcze­sne teo­rie de­ter­mi­ni­zmu śro­do­wi­sko­we­go. Tra­dy­cjo­na­li­ści na­to­miast twier­dzą, że tezy re­wi­zjo­ni­stów to przy­kład po­li­tycz­nej po­praw­no­ści po­su­nię­tej do gra­nic ab­sur­du, i że pod­trzy­mu­ją oni dłu­gą tra­dy­cję po­strze­ga­nia Ama­zo­nii jako pro­jek­cji wy­obra­żo­nej kra­iny, fan­ta­zji za­chod­nie­go umy­słu. Staw­ką w tym spo­rze jest fun­da­men­tal­ne ro­zu­mie­nie na­tu­ry ludz­kiej i sta­ro­żyt­ne­go świa­ta, i bu­dzi on w uczo­nych spo­rą za­ja­dłość. Kie­dy za­dzwo­ni­łem do Meg­gers do Smi­th­so­nian In­sti­tu­tion, stwier­dzi­ła, że to nie­moż­li­we, by kto­kol­wiek od­krył kie­dyś w Ama­zo­nii za­gi­nio­ną cy­wi­li­za­cję. Zbyt wie­lu ar­che­olo­gów, rze­kła, "wciąż goni za El­do­ra­do".

Zwłasz­cza je­den uzna­ny ar­che­olog z Uni­wer­sy­te­tu Flo­ry­dy pod­wa­ża tra­dy­cyj­ną wi­zję Ama­zo­nii jako fał­szy­we­go raju. Na­zy­wa się Mi­cha­el Hec­ken­ber­ger i pra­cu­je w re­jo­nie Xin­gu, wła­śnie tam, gdzie miał za­gi­nąć Faw­cett. Kil­ku an­tro­po­lo­gów po­wie­dzia­ło mi, że po­wi­nie­nem z nim po­roz­ma­wiać, ale ostrze­gli, że Hec­ken­ber­ger rzad­ko wy­nu­rza się z dżun­gli i nie lubi, gdy co­kol­wiek od­ry­wa go od pra­cy. Ja­mes Pe­ter­sen, któ­ry w 2005 roku był dzie­ka­nem wy­dzia­łu an­tro­po­lo­gii na Uni­wer­sy­te­cie Ver­mont i szko­lił Hec­ken­ber­ge­ra, po­wie­dział mi: "Mike jest nie­sły­cha­nie bły­sko­tli­wy, nie ma lep­sze­go od nie­go, je­śli cho­dzi o ar­che­olo­gię Ama­zo­nii, ale oba­wiam się, że to nie jest wła­ści­wa oso­ba. Ten fa­cet był druż­bą na moim ślu­bie, a nie mogę go zmu­sić, żeby się ze mną skon­tak­to­wał".

Z po­mo­cą Uni­wer­sy­te­tu Flo­ry­dy w koń­cu uda­ło mi się po­roz­ma­wiać z Hec­ken­ber­ge­rem przez te­le­fon sa­te­li­tar­ny. Przez trza­ski i od­gło­sy dżun­gli w tle po­wie­dział, że ma za­miar za­trzy­mać się w wio­sce Ku­iku­ro w re­jo­nie Xin­gu i, ku mo­je­mu za­sko­cze­niu, że może się tam ze mną spo­tkać, je­śli zdo­łam tam do­trzeć. Do­pie­ro póź­niej, kie­dy zy­ska­łem nie­co peł­niej­szy ob­raz hi­sto­rii mia­sta Z, od­kry­łem, że to wła­śnie w tym miej­scu Ja­mes Lynch i jego lu­dzie zo­sta­li po­rwa­ni.

- Je­dziesz do Ama­zo­nii, żeby od­na­leźć ko­goś, kto za­gi­nął dwie­ście lat temu? - za­py­ta­ła moja żona Kyra. Był stycz­nio­wy wie­czór 2005 roku, sta­ła w kuch­ni w na­szym miesz­ka­niu, na­kła­da­jąc na ta­le­rze ma­ka­ron z se­za­mem na zim­no z Hu­nan De­li­ght.

- To było za­le­d­wie osiem­dzie­siąt lat temu.

- A więc masz za­miar szu­kać ko­goś, kto za­gi­nął osiem­dzie­siąt lat temu?

- Za­sad­ni­czo tak.

- A skąd w ogó­le wiesz, gdzie szu­kać?

- Tego jesz­cze do­kład­nie nie wiem.

Moja żona, któ­ra jest pro­du­cent­ką pro­gra­mu 60 mi­nu­tes i oso­bą bar­dzo roz­sąd­ną, po­sta­wi­ła ta­le­rze na sto­le, cze­ka­jąc, aż po­wiem coś wię­cej.

- Nie ja pierw­szy tam jadę - do­da­łem. - Przede mną były tam set­ki lu­dzi.

- I co się z nimi sta­ło?

Na­bra­łem na wi­de­lec tro­chę ma­ka­ro­nu i za­wa­ha­łem się.

- Wie­lu z nich za­gi­nę­ło.

Pa­trzy­ła na mnie przez dłuż­szą chwi­lę.

- Mam na­dzie­ję, że wiesz, co ro­bisz.

Obie­ca­łem, że nie po­gnam do Xin­gu, przy­najm­niej do­pó­ki nie do­wiem się, gdzie roz­po­cząć wy­pra­wę. Ostat­nie eks­pe­dy­cje po­le­ga­ły na współ­rzęd­nych obo­zu Dead Hor­se za­war­tych w Explo­ra­tion Faw­cett, ale bio­rąc pod uwa­gę wy­ra­fi­no­wa­ne wy­bie­gi puł­kow­ni­ka, wy­da­wa­ło się dziw­ne, żeby obóz tak ła­two dało się zna­leźć. Cho­ciaż Faw­cett pro­wa­dził dro­bia­zgo­we no­tat­ki do­ty­czą­ce swo­ich wy­praw, naj­bar­dziej in­te­re­su­ją­ce do­ku­men­ty uwa­ża­no za za­gi­nio­ne albo ukry­te przez ro­dzi­nę. Część ko­re­spon­den­cji Faw­cet­ta oraz dzien­ni­ki człon­ków jego eks­pe­dy­cji tra­fi­ły jed­nak do bry­tyj­skich ar­chi­wów. Przed za­nu­rze­niem się w dżun­glę wy­bra­łem się za­tem do An­glii, żeby prze­ko­nać się, czy zdo­łam do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej o ob­se­syj­nie strze­żo­nej ta­jem­ni­cy tra­sy Faw­cet­ta oraz o czło­wie­ku, któ­ry w 1925 roku znik­nął bez śla­du.