Zaginione miasta, prastare grobowce: 100 odkryć, które odmieniły świat - Ann R. Williams

-
Proszę czekać

PRZEDMOWA Chwila odkrywania

Douglas Preston

Większości wielkich odkryć archeologicznych towarzyszy moment uniesienia. Przeżył go Howard Carter, gdy po raz pierwszy zajrzał w mrok grobowca Tutenchamona: "Wszędzie skrzy się złoto". Nadszedł, gdy Donald Johanson i Tom Gray wypatrzyli sterczący na stoku niewielki fragment kości obręczy kończyny górnej, zwiastujący kopalne szczątki sławnej Lucy. Poczuł go Robert Ballard 1 września 1985 o 1.05 w nocy, gdy kamery bezzałogowego robota podwodnego pokazały gigantyczne kotły parowe wraku spoczywającego na dnie oceanu - oto znalazł "Titanica".

Te budzące dreszczyk emocji chwile przesłaniają jednak rzeczywisty obraz samych poszukiwań. Moment odkrycia jest bowiem tylko ukoronowaniem lat przygotowań, często żmudnych poszukiwań, falstartów, pomyłek, politycznego oporu, zawodowego zwątpienia, a nawet dyskredytowania, irytacji, biurokratycznych koszmarów i nudnego gromadzenia funduszy. Taki scenariusz poprzedzał odkrycie prekolumbijskiego miasta w Hondurasie, w czym brałem udział (zob. s. 392) i co zajęło 20 długich i frustrujących lat. W 1996 r. odwiedziłem w Pasadenie należące do NASA Laboratorium Napędu Odrzutowego. Przygotowywałem dla magazynu "National Geographic" artykuł o kartowaniu z kosmosu świątyń Angkoru. Jeden z naukowców, Ron Blom, wspomniał mimochodem o prywatnym projekcie, którym się zajmował dla Steve'a Elkinsa, archeologa amatora i filmowca: mianowicie poszukiwał na zdjęciach satelitarnych zaginionego legendarnego honduraskiego Ciudad Blanca (Białego Miasta), zwanego też Zaginionym Miastem Małpiego Boga. Uwagę Bloma zwróciły "nienaturalne prostoi krzywoliniowe elementy" rozproszone w bezimiennej dolinie, w wyniosłych, porośniętych gęstą dżunglą górach, dostępnej tylko z jednego miejsca. Na obszarze należącym do ostatnich niezbadanych miejsc w Ameryce Środkowej, w autentycznie zagubionym skrawku świata.

Zacząłem śledzić zabiegi o zbadanie tajemniczej doliny. Wysiłki kończyły się kolejnymi fiaskami, między innymi z powodu braku funduszy, niewiarygodności partnerów, nieudanych prób, puczów w Hondurasie, politycznej zawieruchy i katastrofalnego huraganu. Gdy po 15 latach projekt wydawał się definitywnie uśmiercony, nagle wszystko się zaczęło się układać. Do Elkinsa dotarło, że dzięki lidarowi 52 km doliny uda się skartować w niespełna tydzień. Z powietrza - bez potrzeby niebezpiecznego i desperackiego przedzierania się pieszo przez gąszcz lasu deszczowego. Zebrany niemal milion dolarów pozwolił zwrócić się o ekspercką pomoc do National Center for Airborne Laser Mapping (NCALM), działającego na Uniwersytecie Houston. W 2012 r. dołączyłem w Hondurasie do ekipy dysponującej samolotem wyposażonym w lidar. Szczerze mówiąc, byłem bardzo sceptyczny. Uznałem za obłąkane szukanie w XXI w. miasta, które się gdzieś zapodziało.

Przez trzy majowe dni samolot latał nad wskazanym terenem według metody podobnej do strzyżenia trawnika kosiarką. Urządzenie emitowało w kierunku okapu dżungli miliardy laserowych impulsów, których zaledwie maciupeńki ułamek docierał do podłoża i wracał do samolotu. Ale to wystarczyło, żeby zeskanować teren. Dane wysłano do Houston, skąd po niezbędnej obróbce wróciły do naszej bazy. Pierwsze obrazy zobaczyliśmy w niedzielę 5 maja.

Niewątpliwie była to zdumiewająca chwila odkrywania. Gdy na ekranie laptopa specjalisty od lidaru pojawiły się obrazy, niepotrzebne było oko archeologa, żeby dostrzec place, tarasy i monu mentalne budowle wielkiej prehistorycznej miejscowości. Oniemiałem jak wszyscy.

Ale co ciekawe, trochę się też zawiodłem, bo nie tak rozumiałem odkrywanie. Owszem, było tam miasto, ale nadal abstrakcyjne. Zbiór geometrycznych figur na czarno-białym lidarowym skanie. Ta właściwa chwila nadeszła w 2015 r., gdy w ramach amerykańsko-honduraskiej ekspedycji mogliśmy wejść na teren ruin. Mimo trzyletniego wyczekiwania wkraczaniu do zaginionego miasta nie towarzyszył entuzjazm. Dżungla była tak gęsta, że nawet z miejsca, które było placem wytyczonym przed główną piramidą ziemną, widziało się tylko pnie, listowie i liany. Szczególnie paskudny był drugi dzień. Strugi nieustającego deszczu z hukiem waliły w leśny okap. Wszędzie woda. Przemoknięty do cna pozbyłem się bezużytecznego płaszcza przeciwdeszczowego. Wszyscy byli utytłani od brodzenia po pas w bagienkach i wspinania się po błotnistych zboczach. Czułem mrowie swędzików dobierających się do skóry, zwłaszcza w talii i przy kostkach.

Po wielogodzinnym torowaniu maczetami drogi przez kolejne place i ziemne kopce, wciąż nadaremnie, zdecydowaliśmy, że na dziś koniec. Wracamy do obozu. Wówczas u podstawy mijanej piramidy ktoś krzyknął: "Hej, tam są jakieś dziwne kamienie". Ruszyliśmy we wskazanym kierunku, do miejsca mijanego już wiele razy.

Pierwsze, co zobaczyłem, to sterczący z ziemi kamienny łeb szczerzącego zęby jaguara. W miarę adaptowania się oczu do mroku panującego w podszycie dostrzegałem coraz więcej sterczących z ziemi osobliwości: wielkie kamienne naczynia ozdobione sępami, wężami i małpami, kamienne siedziska w geometryczne wzory, mnóstwo innych tajemniczych przedmiotów. Na mniej więcej 20 m2 z podłoża sterczało ponad 50 kamiennych posągów.

W kąt poszły archeologiczne zasady. W tłoku obijaliśmy się o siebie, pokrzykiwali, zadeptywali, na klęczkach odgarniali liście i pnącza, by więcej zobaczyć. Kres chaosowi położyło gromkie, rozeźlone strofowanie przez Chrisa Fishera, naczelnego archeologa ekspedycji: "Hola, hola, hola! Dość tego! Nie dotykać niczego! Wynocha!". Szybko otoczył teren taśmą ostrzegawczą i udzielił nam reprymendy.

Natknęliśmy się na kryjówkę z rzeźbami. Podczas wykopalisk odsłonięto ich ponad 500, najwyraźniej złożonych podczas opuszczania miasta 500 lat temu. Mieszkańcy rytualnie rozbili święte przedmioty, uwalniając duchy, i odeszli, by nigdy nie wrócić. Posągi nie niepokojone spoczywały przez pół tysiąclecia w mroku lasu deszczowego. Aż do naszego przybycia.

Do tamtego momentu zapomniana cywilizacja budowniczych Białego Miasta była nieuchwytna i właściwie teoretyczna. Wraz z widokiem szczerzącego się jaguara, jakby usiłującego się wydostać z ziemi, tamta kultura stała się rzeczywistością. Oszałamiała bogactwem i potęgą. Ci, którzy ją tworzyli, byli pewni siebie, wyrafinowani, śmiali. Wiedzieli, kim są. Mieli wyraziste wierzenia oraz rytuały, prosperowali w jednym z najbardziej wymagających środowisk na ziemi.

W tej książce opisano wiele takich chwil. Są czymś więcej niż tylko dreszczykiem odkrywania. Są jak niewysłowiony dotyk naszej przeszłości. Koniec końców w odkryciu nie chodzi o rzeczy czy przedmioty - bez względu na ich piękno czy wyjątkowość - lecz o istoty, które je stworzyły, oraz zrozumienie, jak kiedyś żyły, co myślały i czuły.

Odnalezienie zaginionego miasta było też ważkie z powodu metody. Po raz pierwszy narzędziem archeologicznego odkrywania stał się lidar - wytwór najnowocześniejszej techniki. Użyto go w poszukiwaniach opartych na przypuszczeniach. A nie do kartowania znanego stanowiska. To przełomowe wydarzenie w dziejach archeologii: innowacyjna nauka i technika zrewolucjonizowały sposób odkrywania przeszłości Homo sapiens.

Według powszechnego przeświadczenia niewiele już da się znaleźć na ziemi. Wielkie odkrycia są za nami. Grobowce otwarto, świątynie zbadano, biegi rzek naniesiono na mapy, pustynie przemierzono wzdłuż i wszerz, odsłonięto skamieniałe skarby. Nic bardziej mylnego. Wiek XX jest przypuszczalnie najwspanialszym stuleciem w dziejach archeologii, czego potwierdzeniem jest ta książka. Stulecie XXI przyniesie inne odkrycia, równie niezwykłe jak dwudziestowieczne.

W ostatnim dwudziestoleciu do archeologii wkroczyły najnowocześniejsze techniki, w tym z zakresu teledetekcji, sztucznej inteligencji, chemii jądrowej, paleopatologii i medycyny. Nie obywa się bez kontrowersji i niechęci, gdyż konserwatywni archeolodzy oraz antropolodzy uważają, że inżynierowie, matematycy, chemicy i genetycy wchodzą na cudzy obszar.

Archeologia stoi przed wyborem: zaprząc do pracy nowe techniki i dyscypliny naukowe czy zrezygnować z tych zdobyczy? I to w czasie, gdy klasyczne kopanie znalazło się na cenzurowanym. Bez względu na staranność prowadzenia wykopalisk ich miejsce zostaje bezpowrotnie zaburzone. Dalece lepiej kartować starożytne miasto z powietrza lidarem, badać zatopiony wrak robotem podwodnym, a do grobowca zajrzeć, korzystając z georadaru.

Wymownym przykładem zastosowania nowych dyscyplin naukowych do rozwiązywania odwiecznych problemów są bogate grobowce scytyjskie (zob. s. 212), zwane kurhanami. Sterczą na stepach Ukrainy, Rosji aż po Mongolię. Scytowie byli groźnymi koczownikami, wyśmienitymi jeźdźcami i łucznikami, mistrzami konnej wojaczki, terroryzowali sąsiadów, zwłaszcza starożytnych Greków.

Kurhany fascynowały archeologów i rabusiów co najmniej od końca XVIII w. Niektóre z najbogatszych grobowców wznoszonych poza Egiptem odkryto właśnie na stepach. Wypełniały je złoto, oręż, rzędy końskie, ceramika. Znajdowano nawet kompletne rydwany zaprzężone w konie. Raz natrafiono na naszyjnik wykonany z 1,8 kg złotego kruszcu.

Zidentyfikowano większość obiektów wyglądających na kurhany. Wszystkie badano lub ograbiano. Grabież była powszechna. Według szacunków złupiono prawie 90% kurhanów.

Wprowadzenie obrazowania satelitarnego za pośrednictwem Google Earth pozwoliło identyfikować nietknięte kurhany usypane w odludnych regionach lub te, których nie sposób rozpoznać z po ziomu ziemi. Zajął się tym Gino Caspari, archeolog ze Szwajcarskiej Narodowej Fundacji Naukowej. Szybko uznał, że przeglądanie tysięcy zdjęć stepów to zajęcie tyleż żmudne, co otępiające. "Zasadniczo robota głupiego" - podsumował.

Do wykonywania zadań ogłupiających i monotonnych doskonale nadają się komputery. Szwajcar nawiązał współpracę ze specjalistą od sztucznej inteligencji Pablem Crespo. Wspólnie stworzyli potężne, nowoczesne narzędzie archeologiczne, odwołujące się do tak zwanej konwolucyjnej sieci neuronowej (CNN). To program z repertuaru sztucznej inteligencji, wzorowany na sposobie, w jaki neurony mózgu analizują obrazy. Jest podatny na "uczenie" i można go wyćwiczyć w rozpoznawaniu obrazów, nawet najmisterniejszych. Obecnie Caspari i Crespo "przyuczają" swój program CNN do identyfikowania kurhanów w bazie Google Earth. Dziś z 98-procentową skutecznością odróżnia je od innych kopców i kolistych form geomorfologicznych. Pablo Caspari jest w trakcie identyfikowania kurhanów na obszarze wielu tysięcy kilometrów kwadratowych. Niektóre mogą być nietknięte. Zaczyna się nowa era odkryć.

Programy komputerowe wykorzystujące CNN znalazły również zastosowanie w innych dziedzinach archeologii, w tym do identyfikowania wraków na dnie mórz, sortowania i katalogowania tysięcy skorup, a także do poszukiwania w Internecie obrazów związanych z nielegalnym handlem np. kością słoniową i ludzkimi szczątkami. Niektórzy spekulują, że skany CNN mogą się przydać do szukania obiektów na wpół legendarnych, takich jak grobowiec Czyngis-chana.

Scytami zajmuje się jeszcze inna współczesna nauka. Mimo wielowiekowych starań archeologicznych wciąż nie udawało się rozstrzygnąć, skąd pochodzili. Jedna szkoła utrzymywała, że przywędrowali na stepy z Azji Środkowej, druga - że są potomkami plemienia znad Morza Czarnego.

Tym nowym wynalazkiem jest sekwencjonowanie prehistorycznego DNA. Istnieje ledwie od 10 lat, a już rozszyfrowało tę zagadkę. Genetycy wyodrębnili DNA ze scytyjskich kości i potwierdzili czarnomorskie pochodzenie ludu. Co więcej, wskazali, że Scytowie są potomkami przedstawicieli kultury grobów jamowych, znacznie starszej, ale uderzająco podobnej.

Około 5000 lat temu w północnym Kaukazie majkopskiego wodza pogrzebano w kurhanie wraz z czterema figurkami byków: dwóch ze złota (na zdjęciu) i dwóch ze srebra. fot. Fine Art Images/Heritage Images/Getty Images

Plemiona należące do tej kultury - obejmującej późny eneolit (epokę miedzi, chalkolit - przyp. tłum.) i początki epoki brązu (lata 3400-2700 p.n.e.), rozwijającej się na ogromnych przestrzeniach stepów wschodnioeuropejskich, od dolnego Dunaju aż po rzekę Ural - potrafiły wykorzystać koło i wierzchowce, dzięki czemu porzuciły osiadły tryb życia i rozprzestrzeniły się po Europie i zachodniej Azji, od Hiszpanii i Wysp Brytyjskich po Bliski Wschód i Indie. Wraz z nimi szerzył się język praindoeuropejski - poprzednik większości języków europejskich. O kulturze grobów jamowych mało kto słyszał, a tymczasem sekwencjonowanie DNA dowodzi, że niemal wszyscy ludzie z rodowodem zachodnioeuropejskim mają pokaźną procentowo porcję genów plemion tworzących tę kulturę.

Kulturze grobów jamowych i następnym towarzyszyły gruntowne zmiany technologiczne, w tym w ceramice i metalurgii. A także zwyczajów związanych z pochówkami. Ponieważ nie ma oczywistych dowodów archeologicznych na fale przemocy, wielu ekspertów uważało, że wspomniane zmiany szerzyły się względnie pokojowo.

Badania prehistorycznego DNA obaliły tę tezę. Sekwencjonowanie europejskiego DNA z tamtego okresu ujawniło coś, co jeden z genetyków nazwał "wiele mówiącą genetyczną blizną". W niektórych częściach Europy zniknął chromosom Y rodzimej populacji męskiej, wyparty przez chromosom Y rozprzestrzeniającej się kultury grobów jamowych. Ten chromosom przekazywany jest z ojca na syna, więc owa blizna genetyczna oznacza, że przybysze wyklu czyli tubylczych mężczyzn z płodzenia potomstwa. Genetyka nie informuje, jak do tego doszło, ale według najbardziej prawdopodobnego scenariusza najeźdźcy zniewolili kobiety, wcześniej masowo eksterminowali mężczyzn, chłopców, być może także niemowlęta. Jeśli najnowsza historia jest tu wskazówką, tamtym zdarzeniom towarzyszył seksualny przymus i masowe gwałty.

Wśród tysięcy społeczności wywodzących się z kultury grobów jamowych Scytów wyróżnia zachowanie typowego dla odległych przodków przywiązania do koczownictwa, jeździectwa i podbojów oraz grzebanie zmarłych (wraz z niezbędnym dobytkiem) w kurhanach.

Jest wszakże jedna uderzająca różnica - traktowanie kobiet. Kurhany kultury grobów jamowych wskazują na dominację mężczyzn. Na społeczeństwo hierarchiczne, w którym nieliczna męska elita dzierżyła większość władzy i majątek. Kobietom przypadała rola służebna. Tymczasem Scytowie najwyraźniej przyjmowali je do wodzowskich elit, grzebali podobnie jak mężczyzn, często z bronią i złotymi przedmiotami.

Rozstrzygnięcie pochodzenia Scytów jest tylko jednym przykładem zmieniania lub obalania panujących w archeologii poglądów przez badania prehistorycznego DNA. Fascynacja odkryciami w jaskini Shanidar (zob. s. 54) wynikała ze znalezienia dowodów na to, że neandertalczycy nie byli nieokrzesani i brutalni, jak wcześniej sądzono. Dekadę temu analiza wyników sekwencjonowania neandertalskiego genomu ujawniła, że większość z nas ma w sobie odrobinę neandertalczyka, gdyż nasi przodkowie się z nimi krzyżowali. Mniej więcej w tym samym czasie uczeni sekwencjonowali też DNA zachowane w kopalnym paliczku palca małego, znalezionym w syberyjskiej jaskini. Ku ich wielkiemu zdziwieniu nie tylko odkryli denisowian (nieznany wymarły gatunek homininów, spokrewniony z neandertalczykiem), ale też, że krzyżowali się z późniejszymi gatunkami rodzaju Homo. Sporą domieszkę denisowiańskiego DNA mają np. Aborygeni. Ponieważ niemal zupełnie nie od najduje się kości denisowian, prawie całą wiedzę o nich czerpiemy z analizy DNA.

Niesamowite odkrycia dzięki badaniom kopalnego DNA wciąż są jeszcze przed nami. Przodujące w tej dziedzinie laboratorium Davida Reicha na wydziale genetyki Harvard Medical School jest na półmetku przewidzianego na 5 lat opracowania atlasu migracji i mieszania się hominidów. Do tej pory zsekwencjonowano DNA ponad 10 000 prastarych przedstawicieli rodzaju Homo z całego świata i już wiadomo, że przeszłość człowieka kryje nie lada niespodzianki.

Jak można się przekonać podczas lektury, ta pouczająca książka opowiada o wielkich odkryciach archeologii i paleoantropologii dokonanych przeważnie metodami tradycyjnymi. Przyszłość będzie równie obfita w znaleziska. Nie dzięki rozkopywaniu ziemi czy przedzieraniu się z maczetą przez dżungle, ale dzięki nowatorskim technikom umożliwiającym w niespotykany dotąd sposób oglądanie, przeszukiwanie i zgłębianie świata.

1

PIERWSZE KROKI HOMINIDÓW

3,66 miliona lat temu - Laetoli, Tanzania - Australopithecus afarensis

Około 70 utrwalonych w popiele wulkanicznym śladów stóp sprzed milionów lat dowodzi, że nasi najdawniejsi przodkowie chodzili całkiem podobnie do nas.

Zdarzyło się to jakieś 3,66 miliona lat temu u progu pory de szczowej na wschodnioafrykańskiej sawannie upstrzonej modelowanymi przez wiatry akacjami. Położony na wschodzie wulkan, dziś znany jako Sadiman, pomrukiwał nerwowo, pokrywając popiołem rozległy obszar. Kolejne cienkie warstwy osadzane na równinie zraszał padający okresowo kapuśniaczek. Przez Laetoli, na terenie dzisiejszej Tanzanii, niezrażona erupcją wędrowała grupa dwunożnych małpowatych istot, pozostawiając ślady w nawilgłym popiele. Warunki sprzyjały ich utrwalaniu. W suchym jak pieprz pyle zniknęłyby od porywów wiatru, ulewy zupełnie by je rozmyły. Ale zroszony popiół twardniał, a kolejne osady świetnie zabezpieczyły odciski stóp. Mijały tysiąclecia, ślady odbite w tufie pokrywała coraz grubsza warstwa osadów. Dopiero ruchy tektoniczne sprawiły, że znalazły się blisko powierzchni. Reszty dokonała erozja. Pod koniec lat 70. XX w. - dzięki szczęściu i wytrwałości - natrafił na nie zespół kierowany przez Mary Leakey. Jak dotąd są to najstarsze odkryte odciski stóp przedstawicieli Hominini.

W nielicznym gronie kobiet zajmujących się paleoantropologią M. Leakey nie miała sobie równych. Po raz pierwszy badała wraz z mężem osady w Laetoli w 1935 r., ale archeologia uwiodła ją znacznie wcześniej. W dzieciństwie podróżowała z ojcem - artystą malarzem - po południowej Francji. "Tamta kraina obfituje w prehistoryczne jaskinie" - wspominała. "Oboje rodzice byli nimi zainteresowani. Ojciec malował, a ja myszkowałam i zbierałam... Nie sądzę, żebym później chciała zajmować się czymś innym". Mary przygotowała się do przyszłego życia, słuchając w University College London wykładów między innymi z geologii i archeologii. Karierę zaczęła w wieku 17 lat od posady rysowniczki podczas wykopalisk w hrabstwie Devon (Anglia). Potrafiła z niesłychaną precyzją odwzorowywać archeologiczne znaleziska i uwieczniać ich wydobywanie. Talentem zwróciła uwagę przyszłego męża, który zażyczył sobie, by to ona zilustrowała jedną z jego książek.

Mary Leakey bada skamieniałe odciski stóp, które jej zespół w 1978 r. odkrył w Laetoli (Tanzania). Dowodzą, że około 3,66 miliona lat temu hominini poruszały się w pozycji wyprostowanej. fot. John Reader/National Geographic Image Collection

Z początkiem lat 30. XX w. para poświęciła się poszukiwaniom w tanzańskim wąwozie Olduvai, około 30 km na północny wschód od Laetoli, choć większość specjalistów w tamtym czasie uważała, że pierwsi ludzie najpierw pojawili się w Azji. Przez lata wracali do Olduvai i pod koniec lat 50. oraz w latach 60. XX w. dokonali przełomowych odkryć, które potwierdziły ich przekonanie, że to Afryka Wschodnia była kolebką ludzkości. Mary nigdy nie zapomniała o Laetoli. "Nie dopuszczałam myśli, że otoczone nimbem tajemniczości Laetoli z jakiegoś powodu nam się wymknie" - przyznała.

I w 1974 r. jej współpracownik znalazł tam ząb hominina. Znalezisko miało co najmniej 2,4 miliona lat i zapoczątkowało wzmożone zainteresowanie stanowiskiem. Mimo śmierci męża Mary ciągnęło do miejsca, gdzie oboje zaczynali afrykańską przygodę. W 1975 r. przy wsparciu Towarzystwa National Geographic zorganizowała zakrojone na wielką skalę badanie warstw stanowiska Laetoli.

W drugim sezonie prac szczęście uśmiechnęło się do ekipy. Zaczęło się od ciskania słoniowym łajnem. "Doktor Andrew Hill z Muzeum Narodowego w Kent z kilkoma kolegami wygłupiali się przy odkrywce" - relacjonowała później Mary. "Zaczęli się obrzucać wysuszonym łajnem słonia. Andrew, robiąc unik, przysiadł i dostrzegł w wulkanicznym tufie szereg zagłębień". Okazało się, że to doskonale zachowane tropy zwierząt. Badacze przystąpili do pieczołowitego odsłaniania śladów z nadzieją, że będą wśród nich odciski stóp człowiekowatych.

Wysiłki zostały nagrodzone dopiero po dwóch latach poszukiwań. Paul Abell, który w 1978 r. dołączył do ekipy, natknął się na pierwszy ślad stopy przedstawiciela Hominini. Okazało się, że jest jednym z 70 odcisków ok. 27-metrowego tropu pozostawionego 3,66 miliona lat temu przez trzech osobników: dwóch szło obok siebie, trzeci podążał z tyłu. Zęby i szczęki odkryte przez M. Leakey z zespołem na stanowisku Laetoli wskazywały, że ślady należą do najstarszych znanych hominidów: Australopithecus afarensis, australopiteków znanych przede wszystkim ze znalezionego kilka lat wcześniej w Etiopii szkieletu słynnej "Lucy", którego wiek określono na około 3,1 miliona lat. Odkryte odciski stóp przesunęły zdolność do dwunożnego przemieszczania się w pozycji pionowej o kolejne pół miliona lat.

Konsekwencje zdumiewają. Odciski bowiem sugerują, że już na początku ewolucji stopy naszych praprzodków kształtem i funkcjami były podobne do naszych. Uformowały się z potrzeby dwunożności - z paluchem w rzędzie z pozostałymi palcami zamiast z rozcapierzeniem przydatnym do małpiego wspinania się. Krok zaczynał się od stawiania stopy na pięcie, kończył odepchnięciem z palców. "Ta wyjątkowa umiejętność uwalniała ręce, otwierając niezliczone możliwości" - pisała Mary. "Mogli nosić, wyrabiać narzędzia, wykonywać skomplikowane manipulacje. Z tej jednej cechy wyrasta w istocie cała nowoczesna technika".

Bliskość odcisków stóp sugeruje, że A. afarensis miał znacznie krótsze nogi niż współczesny człowiek. Ale i tak ślady wędrowania sprawiają wrażenie dobrze znanych. Badając jeden z tropów, przypuszczalnie kobiecy, Mary marzyła: "W pewnym miejscu staje nieruchomo, zwraca się w lewo, by ocenić zagrożenie lub osobliwość, po czym znów rusza na północ. Ten ruch, tak głęboko ludzki, jest ponadczasowy".

"W pewnym miejscu staje nieruchomo, zwraca się w lewo, by ocenić zagrożenie lub osobliwość, po czym znów rusza na północ. Ten ruch, tak głęboko ludzki, jest ponadczasowy".

- Mary Leakey, paleoantropolożka

W 2015 r. zestaw wzbogacił się jeszcze o 14 odcisków stóp. Natrafiło na nie dwóch tanzańskich archeologów, którzy badali stanowi sko pod kątem stworzenia muzeum. Tropy dwóch osobników znajdują się w tej samej warstwie tufu i prowadzą w tym samym kierunku co ślady odsłonięte w 1978 r. Sugeruje to, że być może wszystkie należą do tej samej grupy wędrowców. Długość kroku jednego ze śladów wskazuje, że osobnik przypuszczalnie miał ponad 170 cm wzrostu, należał więc do największych znanych w tym gatunku. Badacze widzą w znalezisku ślad struktury społecznej A. afarensis. Gdy samce i samice gatunku znacznie różnią się wzrostem, co wskazuje na tak zwany dymorfizm płciowy, ślady można przypisać jednemu samcowi - to osobnik największy - któremu towarzyszyły dwie lub trzy dojrzałe samice i tyleż młodych. Struktura społeczna przypominałaby tę obserwowaną u współczesnych goryli, w której samiec kryje kilka samic. Nie wszyscy badacze podzielają tę koncepcję. Wskazują, że niepodobna określić wiek tylko na podstawie odcisków stóp. Nie można też ustalić, czy nowe ślady należą do tej samej grupy co wcześniej odkryte. W przyszłości badacze bez wątpienia będą mieli więcej do powiedzenia i odkrywania.

2

SPACER Z LUCY

3,2 miliona lat temu Hadar, Etiopia Australopithecus afarensis

Słynny symboliczny szkielet z pustyni zmienia wiedzę o naszym pochodzeniu.

Był skwarny listopadowy poranek 1974 r. W niegościnnych debrzach Hadaru w Kotlinie Danakilskiej (Etiopia) zawiedzeni paleoantropolog Donald C. Johanson oraz absolwent archeologii Tom Gray kończyli właśnie poszukiwanie kopalnych szczątków. Johanson był tu już wcześniej. W 1972 r. zrobił rekonesans, w 1973 znalazł staw kolanowy jakiegoś prehistorycznego hominida. W ponad 43-stopniowym upale człapali do land rovera. W połowie wysokości stoku Johansona zaintrygował przedmiot sterczący z ziemi. Okazał się jedną z kości obręczy kończyny górnej. Bez wątpienia należała do Hominini. Obok odkryli jeszcze fragment czaszki i kości udowej, kilka kręgów, żebra, kawałek miednicy. Nieprawdopodobne! Natknęli się na szkielet osobnika sprzed ponad trzech milionów lat. "Tom wrzasnął - wspominał później Johanson - zacząłem krzyczeć i ja, padliśmy sobie w objęcia i nie bacząc na upał, puściliśmy się w tany".

Wieczorem w obozowisku kontynuowali świętowanie przy dźwiękach w kółko odtwarzanej z taśmy muzyki Beatlesów. Donald Johanson przypuszczał, że natrafili na szczątki osobnika kopalnego płci żeńskiej. Imię z beatlesowskiego Lucy in the Sky with Diamonds pasowało jak ulał. Nieznajoma otrzymała też imię etiopskie: Dinknesh - po amharsku "cudowna". Istotnie była cudem: najstarszym znalezionym dotąd reprezentantem Hominini, a przy tym najmniej zdekompletowanym szkieletem, bo zachował się w 40%.

"Tom wrzasnął, a potem sam zacząłem krzyczeć, padliśmy sobie w objęcia i nie bacząc na upał, puściliśmy się w tany"

- Donald C. Johanson, paleoantropolog

Lucy dostarczyła tyluż odpowiedzi, co zagadek. Do jakiego gatunku należała? Czy można ją uznać za naszego bezpośredniego przodka? Z jakiego siedliska się wywodziła? Jak żyła i dlaczego zmarła? Wygląd miednicy wskazał, że była płci żeńskiej. "Niewielkiej postury.

Sądząc po długości kości kończyn dolnych, miała 105-120 cm" - opisywał Johanson. Obecność zęba mądrości i wygląd niektórych kości świadczył o tym, że była młodym dorosłym osobnikiem.

A co najważniejsze, wiele cech wskazywało, że Lucy była istotą dwunożną. Wielkością mózgu tylko nieznacznie przewyższała szympansa, ale ukształtowanie miednicy, kości udowej, kości kolana oraz stopy pozwalało jej na poruszanie się w pozycji wyprostowanej bez nadmiernego wysiłku. Poszerzenie miednicy dostarczyło miejsca na mięśnie zapewniające stabilność, a kąt umocowania kości udowej sytuował nogi pod tułowiem. Jedno i drugie jest wyraźną oznaką dwunożności. Zatem odkrycie Lucy wzmacniało koncepcję, według której przemieszczanie się w pozycji wyprostowanej (pionowej) było pierwszą wybiórczą cechą oddziałującą na ewolucję człowieka. Jest co najmniej milion lat wcześniejsza niż dowody na powiększenie mózgu czy posługiwanie się narzędziami.

Małemu mózgowi Lucy towarzyszył zestaw innych prymitywnych cech. Długie zwisające kończyny górne, zakrzywienie kości palców oraz budowa stawów ramieniowych wskazują, że mimo poruszania się w pozycji wyprostowanej przedstawiciele jej gatunku nadal wspinali się na drzewa, poszukując pożywienia lub schronienia. "Jeśli Lucy dostrzegła bujnie owocujące drzewo, wspinała się na nie" - pisał Johanson. "Ale przez większość czasu chodziła na dwóch nogach podobnie jak my".

NA POPRZENIEJ STRONIE: Odkryty w Etiopii prehistoryczny szkielet, nazwany "Lucy", to najmniej zdekompletowane szczątki Australopithecus afarensis - przodka rodzaju Homo (człowieka). fot. Dave Einsel/Getty Images

Lucy to niejedyny przedstawiciel Hominini odkryty przez Johansona. Rok później z zespołem natrafił na innym hadarskim stanowisku na coś bardziej zdumiewającego: skarb złożony ze szczątków niemal 200 hominidów, między innymi szczęk, zębów, kości kończyn dolnych, stóp i rąk, kawałków czaszek, w tym niemowlęcej. One wraz ze szkieletem Lucy i niektórymi żuchwami pochodzącymi ze stanowiska w Laetoli (Tanzania) pozwoliły D. Johansenowi i Timowi White'owi na nadanie nazwy nowemu gatunkowi: Australopithecus afarensis ("małpa południowa z Afaru"). Ale to nie pierwszy gatunek australopiteka. Wcześniej, w 1924 r., w Afryce Południowej natrafiono na szczątki Australopithecus africanus. Na kolejne - z okazałymi żuchwami i wielkimi zębami - natknięto się później w Afryce Wschodniej i Południowej. Jednak Johanson i White przekonywali, że tylko A. afarensis był bezpośrednim poprzednikiem naszego rodzaju Homo. Na opracowanym przez nich drzewie genealogicznym pozostałe australopiteki stanowiły boczną gałąź ewolucji, która zakończyła się około 1,5 miliona lat temu. Późniejsze odkrycia wskazują, że A. afarensis był też najdłużej żyjącym homininem - istniał ponad 900 tysięcy lat. Mniej więcej trzy razy tyle, co dotychczasowa obecność Homo sapiens.

Przez 20 lat Lucy była najstarszym znanym protoplastą naszego rodzaju. Późniejsze znaleziska - zwłaszcza Ardipithecus ramidus, innego gatunku odkrytego w Kotlinie Danakilskiej - przesunęły moment rozejścia się linii rodowej (ewolucyjnej) człowieka oraz szympansa do okresu sprzed 4,4 miliona lat. A analiza ewolucji genów sugeruje, że do oddzielenia mogło dojść jeszcze wcześniej. Jednak to Lucy pozostaje symbolem. Z powodu wieku i kompletności szkieletu. "Kiedy wracałem do namiotu - napisał Johanson pod koniec kolejnego sezonu poszukiwań - pocieszałem się myślą, że Hadar będzie na nas czekał i że siły natury z wolna wydobędą z otchłani czasu więcej szczątków. Że dążenie do poznania pochodzenia rodzaju ludzkiego wciąż będzie źródłem nowej wiedzy". Lucy zmieniła wiedzę o dziejach człowieka, a ona sama oraz jej rodzinne strony przypuszczalnie mają więcej sekretów do ujawnienia.

3

NARZĘDZIOWIEC Z WĄWOZU OLDUVAI

2,4-1,4 miliona lat temu - Wąwóz Olduvai, Tanzania - Homo

Znaleziska Leakeyów w Tanzanii pomogły przekonać świat, że Afryka Wschodnia była kolebką naszych przodków.

Zapaleni i uparci, skupieni i oddani sprawie. Louis i Mary Leakeyowie wraz z synem Richardem w połowie XX w. dali się poznać jako pierwsza rodzina paleoantropologów. Odegrali kluczową rolę w przekonywaniu świata uczonych, że klucz do zrozumienia naszego pochodzenia kryje się w Afryce. Trwało to długo, a droga do celu była nader wyboista.

Louis urodził się w skolonizowanej Kenii, w rodzinie anglikańskich misjonarzy. Dorastał wśród Kikuju, którzy nauczyli go ciskania dzidą, miłości do dzikiej przyrody i uważnego przypatrywania się otoczeniu. W Cambridge, gdzie ukończył archeologię i antropologię, zawsze szedł pod prąd i nie bał się działać innym na nerwy. Zapowiedź, że zamierza szukać szczątków człowieka kopalnego w Afryce Wschodniej ściągnęła nań drwiny profesury. A przecież podczas chłopięcych lat w Kenii znajdował w ziemi groty strzał i prymitywne narzędzia; "[...] z lektury wiedziałem, że muszą pochodzić z czasów prehistorycznych. Większość specjalistów zajmu jących się pradziejami negowała jednak sens poszukiwań szczątków człowieka kopalnego w Afryce Wschodniej". W tamtym czasie sądzono, że pochodzimy z Azji. Louisa to nie przekonywało. Wraz z kolegą ze studiów zebrał fundusze i w 1926 r. popłynęli parowcem do Afryki Wschodniej. Podczas jednej z wielu podróży odbywanych przez lata znalazł pięściaki w miejscu, w którym zdaniem ekspertów nie powinno ich być. Nic już nie mogło powstrzymać Louisa od udowodnienia swojej teorii.

Zadziorny i towarzyski Louis słynął z robienia wielkiego szumu wokół swoich znalezisk. Pomyłkami zszargał sobie reputację w środowisku naukowym, mimo że odkrywał rzeczy bardzo obiecujące. W 1948 r. w Kenii obwieścił znalezienie czaszki sprzed 20 milionów lat - pierwszej czaszki małpy kopalnej, na jaką natrafiono. Gatunek nazwał Proconsul africanus. Ale prawdziwie przełomowe znaleziska wciąż czekały w tanzańskim wąwozie Olduvai, o którym później mawiał: "marzenie łowcy skamieniałości".

Podczas afrykańskich ekspedycji towarzyszyła mu żona Mary, która w Olduvai doczekała się własnych istotnych odkryć. Do pierwotnego, położonego na odludziu wąwozu docierało się po wyczerpującej podróży. Wszyscy członkowie ekspedycji mieszkali w namiotach, mając za sąsiadów lwy, nosorożce, lamparty, hieny i inne zwierzęta typowe dla Serengeti. Dnie na stanowiskach upływały, jak to wyjaśnił Louis, na "[...] raczkowaniu w górę i w dół stoku z głową przy ziemi i zwracaniu uwagi na najmniejsze nawet fragmenty kopalnych kości lub kamiennych narzędzi. Znaleziska odsłaniano pędzlem lub zgłębnikiem stomatologicznym. Upał przekraczał 43°C". Podkreślał, że wraz z Mary spędzali więcej czasu na czworakach, niż stojąc. Synowie pomagali na stanowisku, a ukochane dalmatyńczyki baraszkowały na terenie wykopalisk.

W latach 30. XX w. Leakeyowie zaczęli natrafiać na prymitywne narzędzia kamienne, które nazwali oldowajskimi. Niewątpliwie były bardzo stare, ale dopiero wprowadzenie w latach 50. XX w. datowania metodą potasowo-argonową ujawniło ich wiek: pochodziły sprzed około 1,5 miliona lat. Były dużo starsze od wszystkiego, co dotąd znaleziono. Nie przypominały znanych ze środkowej i późnej epoki kamiennej młotków, włóczni czy harpunów. Były znacznie prymitywniejsze, zwykle dostatecznie ostre odłamki skały odłupane uderzeniami innego kamienia. Zdaniem Leakeyów umiejętność wytwarzania takich narzędzi odróżniła człowiekowatych od małp.

Zaczęło się polowanie na twórcę tych narzędzi. Szczęście dopisało Mary. W 1959 r. zjawiła się w obozie, wykrzykując z samochodu: "Mam go! Tego, którego szukamy. Znalazłam jego zęby". Natrafiła na czaszkę ze szczęką i zębami, którą pieczołowicie zrekonstruowała z 400 fragmentów. Louis orzekł, że oldowajskie narzędzia są dziełem tegoż zinjantropa - hominida, którego nazwał Zinjanthropus boisei. Zasugerował, że "był ogniwem łączącym południowoafrykańskiego człowiekowatego [...] z człowiekiem, jakiego znamy". Wyraźne podobieństwo do australopiteka spowodowało przeklasyfikowanie na Australopithecus boisei, a potem na Paranthropus boisei. Okazałym, płaskim zębom trzonowym i wydatnym szczękom zawdzięcza przezwisko "dziadek do orzechów". Leakeyowie mówili o nim Zinj albo pieszczotliwie "nasz chłopiec".

Odkrycie miało wielką wagę. Wprawdzie podobne szczątki kopalne znajdowano w wapiennych pieczarach Afryki Południowej, ale nie sposób było w takiej lokalizacji oszacować ich wieku. Co innego w Olduvai, gdzie szczątki tkwiły w osadach między warstwami popiołu wulkanicznego, których wiek wyznaczano metodą potasowo-argonową. Datowanie popiołu bezpośrednio nad warstwą, w której spoczywał Zinj, wskazało, że czaszka miała 1,75 miliona lat. O wiele więcej niż europejscy neandertalczycy czy inne hominidy spoza Afryki. To dzięki precyzji datowania poszukiwanie naszych praprzodków skupiło się w Afryce Wschodniej.

Dzięki dotacji National Geographic Leakeyowie z trzema synami wrócili w 1960 r. do Olduvai. Pracowali z zapałem, przez 13 miesięcy spędzili na stanowiskach więcej godzin niż w ciągu poprzednich 30 lat. Znajdowali niewiele. Przełomem okazała się zdobycz 19-letniego Jonathana Leakeya: bezcenna żuchwa. Kolejne odnajdywane fragmenty czaszki dowodziły, że natrafiono na ślad czegoś bardziej człowiekowatego niż Zinjanthropus: z większym mózgiem, mniejszą twarzą i bez czaszkowego grzebienia strzałkowego (jak u goryla). W sumie osobnik był lepszym kandydatem na wytwórcę prymitywnych narzędzi oldowajskich wcześniej znalezionych w wąwozie.

Tak zwane "dziecko Jonny'ego" wydobyto z osadów przypuszczalnie starszych niż warstwy ze szczątkami Zinjanthropus. Louis i jego ekipa byli przekonani, że mają do czynienia z prehistorycznym gatunkiem Homo. Nazwali go Homo habilis ("człowiek zręczny"), gdyż podejrzewali, że ten gatunek był pierwszym prawdziwym narzędziowcem. Większy mózg i tysiące kamiennych narzędzi znalezionych w Olduvai uwiarygodniały tę nazwę.

"Teorie dotyczące prehistorii i praczłowieka podlegają zmianom wraz z odnajdywaniem nowych dowodów" - napisał Leakey w 1965 r.

Jedna z linii pierwszych wschodnioafrykańskich homininów wyewoluowała do Homo sapiens (człowieka rozumnego). Inne - w tym Paranthropus boisei (czaszka na zdjęciu) - wymarły. fot. Bone Clones, Inc./Science Source

"Pojedyncze odkrycie, takie jak Homo habilis, potrafi obalić istniejące od dawna i niechętnie rewidowane koncepcje".

Opublikowanie w 1964 r. w "Nature" artykułu Nowy gatunek rodzaju Homo z wąwozu Olduvai, który twierdził, że odnaleziony osobnik jest pierwszym członkiem rodzaju ludzkiego i pionierem w wyrobie narzędzi, wywołało gorący spór. Niewątpliwie zdenerwowało wielu ludzi. Koledzy Laeakeya zasypywali gazety i periodyki listami przekonującymi, że H. habilis to australopitek. Żaden Homo, nawet wczesny. W tamtym czasie panowała nieformalna zgoda, iż na Homo zasługuje dopiero istota, która przekroczyła "mózgowy Rubikon", czyli pojemność czaszki równą co najmniej 750 cm3. A "Dziecko Jonny'ego" tego warunku nie spełniało. Sięgając po rodzaj Homo, Louis naciągnął definicję.

Kontrowersje kontrowersjami, ale dzięki intuicji i niespożytej energii L. Leakeya nastąpił olbrzymi postęp w paleoantropologii. Później jego syn Richard dokonał sensacyjnych odkryć na stanowisku Koobi Fora nad jeziorem Turkana (Kenia). Natrafił na wspaniałą czaszkę zwykle opisywaną jako H. habilis oraz szkielet młodego osobnika z późniejszego gatunku nazwanego Homo erectus. Wielu uczonych uznaje H. habilis za bezpośredniego przodka H. erectus, który z kolei jest bezpośrednim przodkiem Homo sapiens. Kolejne dowody stawiają pod znakiem zapytania tę prostą zstępność. W 2000 r. na północy Kenii znaleziono szczątki Homo habilis sprzed 1,44 miliona lat i Homo erectus sprzed 1,55 miliona lat. Może więc zamiast zastąpienia jednego gatunku przez drugi w Afryce Wschodniej oba koegzystowały przez setki tysięcy lat? Odpowiedź na to pytanie wymaga dalszych poszukiwań. Bez względu na to, co czas przyniesie, w poznaniu naszych korzeni na zawsze będziemy dłużnikami dokonań Leakeyów.

4

OSOBLIWY PRZYPADEK DMANISI

1,8-1,7 miliona lat temu - Dmanisi, Gruzja - Homo erectus

Bogate znalezisko z Zakaukazia obejmuje szczątki naszych najstarszych przodków żyjących poza Afryką.

Zespół kierowany przez paleoantropologa Dawida Lordkipanidzego trafił w dziesiątkę w cieniu ruin średniowiecznego zamczyska. Poszukiwania praprzodków Homo sapiens od dawien dawna koncentrowały się w Afryce Wschodniej - tam natrafiono na sławną Lucy i bogactwo artefaktów odsłoniętych w tanzańskim wąwozie Olduvai. Tymczasem Gruzinowi poszczęściło się tysiące kilometrów dalej na północ, w ojczystych stronach, tam gdzie kończy się Europa, a zaczyna Azja.

Podróżujący baśniowym Jedwabnym Szlakiem od dawna znali niewielkie Dmanisi w południowym Kaukazie. Ale na szczątki dużo starszych wędrowców - homininów, którzy najdawniej opuścili afrykańską kolebkę - dopiero w 1991 r. natrafiła ekipa Lordkipanidzego.

Prawie 2 miliony lat temu, zanim przedstawiciele Hominini osiedli w Dmanisi, okolicę zalała lawa wypływająca podczas powtarzających się co jakiś czas erupcji wulkanicznych. Stygnąc, two rzyła pokrywy bazaltowe. Znacznie później przysypały je tony wulkanicznych popiołów. Zanim do tego doszło, na płaskowyżu zadomowiły się rozmaite formy życia, w tym hominini. Pogrzebane w popiele do 1991 r. spoczywały uwięzione pod lochami średniowiecznych ruin.

Podczas wykopalisk dotowanych przez National Geographic Lordkipanidze natrafił na żuchwę. Dała przedsmak odkryć, które miały dopiero nastąpić. Następne lata prac wykopaliskowych dostarczyły kilku czaszek i żuchw. Wszystkie wydawały się należeć do wczesnych przedstawicieli Homo erectus. Nie było to zaskoczenie, gdyż osobniki tego gatunku odnajdowano już w Afryce i Eurazji, czego przykładem był człowiek jawajski czy pekiński. Niespodzianką okazał się jednak wiek znalezisk w Dmanisi - tkwiły w osadach sprzed 1,8-1,7 miliona lat, co najmniej o 200 tysięcy lat starszych niż jakiekolwiek inne euroazjatyckie stanowisko H. erectus, a prawie tak starych, jak najstarsze warstwy ze szczątkami Hominini w Afryce. Od dawna sądzono, że człowiek kopalny odważył się wkroczyć do znacznie surowszej klimatycznie Eurazji dopiero po opanowaniu wyrobu nowego zestawu kamiennych narzędzi, w tym dwustronnych pięściaków. Tymczasem w Dmanisi natrafiono tylko na toporne narzędzia, podobne do tych kojarzonych z prymitywniejszymi homininami z Afryki Wschodniej. Czyli nasi praprzodkowie wyruszyli w świat znacznie wcześniej, niż sądzono. Tajemnicą pozostaje powód exodusu.

W 2000 r. Lordkipanidzego, który przebywał na terenie wykopalisk w zachodniej Gruzji, zaalarmował telefon z Dmanisi. Donosił o odnalezieniu kolejnej czaszki. Jej widok wprawił naukowca w osłupienie. Zwykle natrafiano na trudne do zidentyfikowania fragmenty, a tym razem czaszka była tak kompletna, jakby pochodziła ze współczesnego miejsca zbrodni. Nietknięta była większość delikatnych kości twarzowych, w szczęce tkwiło wiele zębów, w tym wydatne kły. Mała mózgoczaszka - niespełna ? wielkości typowej dla przeciętnego Homo erectus - była kolejnym argumentem przeciw twierdzeniu, że do pierwszych pożegnań z Afryką niezbędna była zdecydowanie większa inteligencja. Zdaniem Lordkipanidzego część twarzowa nowo odkrytej czaszki bardziej przypominała Homo habilis, czyli wcześniejszy gatunek człowieka kopalnego, który - jak sądzono - był twórcą prymitywnych wschodnioafrykańskich narzędzi kamiennych.

Paleoantropolog Dawid Lordkipanidze demonstruje czaszkę sprzed 1,7 miliona lat, należącą do Homo georgicus, którą odnalazł podczas wykopalisk w Dmanisi (Gruzja). fot. Philippe Plailly/Science Source

Konsekwencje znaleziska okazały się doniosłe. Uczeni od dawna bowiem sądzili, że bardziej wyszukane pięściaki, zwykle łączone z H. erectus, ułatwiały ubój i rozbiór mięsa, tym samym umożliwiały przyswajanie więcej kalorycznego tłuszczu. A to z kolei sprzyjało powiększaniu mózgu i większemu wzrostowi. Tymczasem znalezione w Dmanisi prymitywne drapacze i narzędzia otoczakowe z odbiciem bardziej sprzyjały żywieniu się odpadkami. Osobnik płci męskiej tego gatunku przeciętnie mierzył około 120 cm. Zużycie uzębienia wskazywało na wszystkożerność, a w miejscach, gdzie znajdowano zęby, nie było palenisk istniejących na późniejszych stanowiskach H. erectus. Człowiek kopalny z Dmanisi dawał sobie jednak radę w znacznie bardziej wyzywającym klimacie niż w Afryce - z potencjalnie ostrymi zimami i w otoczeniu niebezpiecz nych drapieżników, takich jak hieny wielkości lwa. Jak to możliwe?

Pewną poszlakę stanowi natrafienie na starszego, bezzębnego osobnika. Znalezisko podpowiada, że dożył sędziwego wieku dzięki wsparciu ziomków. Byłaby to bardzo wczesna oznaka okazywania miłosierdzia przez naszych odległych przodków - sugestia trudna do potwierdzenia. "Nasza praca przypomina odtwarzanie przebiegu zbrodni" - mówił Lordkipanidze. "Popełnionej na tyle dawno, że nie znajduje się świadków".

"Została odkryta piątego sierpnia, w dniu moich urodzin".

- paleoantropolog Dawid Lordkipanidze o znalezieniu czaszki 5

Wbrew temu, co sądził, w 2005 r. odnalazł efektownego świadka. "Piątego sierpnia, w dniu moich urodzin" - skomentował. Czaszka 5, jak ją nazwano, jest według terminologii paleoantropologicznej mozaiką. Wykazuje cechy obecne zarówno u wcześniejszego, jak i późniejszego człowieka kopalnego. Twarz, duże zęby i pojemność mózgoczaszki wskazywały na wczesnego hominina, ale szczegóły anatomiczne upodobniały ją do Homo erectus.

Kombinacja cech oraz prymitywizm narzędzi znalezionych wcześniej wywołały długotrwały spór o to, czy człowieka z Dmanisi można zaklasyfikować jako H. erectus. Niektórzy specjaliści uważali, że to nowy gatunek: Homo georgicus. Znalezienie czaszki 5 skłoniło Lordkipanidzego do sformułowania tezy, że wszystkie najstarsze osobniki z rodzaju Homo, łącznie z H. habilis, należą jednak do H. erectus: "Sądzimy, że wiele afrykańskich hominidów można zgrupować i włączyć do teorii wyjścia z Afryki".

To bardzo kontrowersyjna koncepcja. Większość ekspertów wierzy, że rozmaitość notowana w znaleziskach obejmujących setki tysięcy lat i pochodzących z bardzo odległych od siebie obszarów niemal wykluczają, by hominidy te należały do jednego gatunku. Bez względu na przyjętą nazwę człowieka z Dmanisi i wielość przeciwieństw, które w sobie kryje, należy potraktować jak puzzle do ułożenia.

5

HOMO NALEDI OPIERA SIĘ DEFINICJI

335 000-236 000 lat temu - Jaskinia Rising Star, RPA - Homo naledi

Odkryty zrządzeniem losu w południowoafrykańskiej jaskini niespotykanie kompletny szkielet jest kłopotliwą mieszanką cech prymitywnych i dzisiejszych.

Na oszałamiającą kolekcję szczątków homininów (Hominini) - najbogatszą znalezioną dotąd w Afryce - natrafiono przypadkowo podczas eksploracji jaskini. Okazała się najwspanialszym stanowiskiem istot kopalnych odkrytych w ostatnim półwieczu w RPA i nieoczekiwanym zwrotem w rozumieniu ewolucji człowieka.

W 2013 r. para speleologów wybrała się do jaskini Rising Star, niespełna 50 km na północny zachód od Johannesburga. Jest popularnym celem eskapad, z dobrze opisaną siecią korytarzy i komór. Steven Tucker i Rick Hunter mieli nadzieję na znalezienie nowych przejść. A podświadomie liczyli na coś jeszcze. Z powodu obfitości kopalnych szczątków hominidów znajdowanych w pierwszej połowie XX w. ten region Afryki Południowej nazwano "kolebką ludzkości". Złote lata łowców skamieniałości dawno się skończyły, ale obaj wiedzieli, że uczeni z Johannesburga wciąż czekają na nowe kości.

W latach 90. XX w. na Uniwersytecie Witwatersrand za poszukiwania paleoantropologiczne odpowiadał pochodzący z USA Lee Berger. Zachęcał grotołazów do wypatrywania skamieniałości. Miejscem najważniejszych odkryć w 1. połowie XX w. były pobliskie masywy wapienne. Tam w 1924 r. odnaleziono dziecko z Taung - pierwszego w dziejach australopiteka. Gdy Berger podjął pracę na uniwersytecie, poszukiwania związane z ewolucją człowieka od dawna koncentrowały się w Wielkim Rowie Wschodnim. Większość badaczy traktowała Afrykę Południową jako miejsce ciekawe, ale marginalne dla istoty sprawy.

Marzył o znalezieniu szczątków kopalnych, które pomogłyby choć trochę rozwikłać największą tajemnicę ewolucji człowieka: pochodzenie Homo, rodzaju, do którego należymy. Najdawniej były małpokształtne australopiteki, utożsamiane z Australopithecus afarensis i Lucy - słynną przedstawicielką gatunku, której szkielet odnaleziono w Etiopii w 1974 r. Bliżej nas Homo erectus - "narzędziowiec" umiejący składać ogień, obieżyświat z okazałym mózgiem i sylwetką proporcjami podobną do naszej. Dzieli je milion lat, o których niewiele wiemy oprócz tego, że wówczas z dwunożnego zwierzęcia wyewoluował człowiek. Jak przebiegał ten proces?

W 2008 r. podczas poszukiwań na stanowisku, nazwanym potem Malapa, Berger wraz z synem natrafił na sterczące z dolomitowych bloków szczątki hominina. Następny rok upłynął na mozolnym wydłubywaniu ze skał dwóch niemal kompletnych szkieletów. Pochodziły mniej więcej sprzed 2 milionów lat. Po dekadach RPA doczekała się ważnych znalezisk. Lee Berger uznał, że należą do nowego gatunku australopiteka: Australopithecus sediba. Cechy plasują go wśród kandydatów na przodka pierwszego gatunku z rodzaju Homo. Nestorzy paleoantropologii uznali doniosłość znaleziska, ale większość z nich nie zgodziła się z jego interpretacją. W Etiopii odkryto przecież szczękę Homo starszą o pół miliona lat. A. sediba był zbyt młody, dziwny i nie na miejscu. Nie był jednym z nas.

Lee Berger otrząsnął się po krytyce i wrócił do pracy. Pewnego wieczoru do jego drzwi zapukali Pedro Boshoff, speleolog i geolog, którego wynajął do wyszukiwania skamieniałości, oraz Steven Tucker. Ten ostatni opowiedział, jak z Rickiem Hunterem natrafił w jaskini Rising Star za prawie pionową, wąską rynną, miejscami węższą niż 20 cm, na okazałą komorę, na ścianach i stropie obficie naznaczoną kalcytowymi naroślami i palczastymi wyrostkami. Ale nie one, lecz to, co na ziemi, przykuło ich uwagę. Kości, wszędzie kości. Nie były bardzo ciężkie jak większość skamielin. Nie tkwiły w skale. Wyglądały, jakby ktoś je tu porzucił. Dostrzegli fragment żuchwy z nienaruszonym uzębieniem. Nawet w oczach dyletantów wyglądała na ludzką.

Istotnie na okazanych zdjęciach Berger rozpoznał ludzkie kości. Ale z pewnością nie należały do ludzi współczesnych. Zwłaszcza szczęka i uzębienie wyglądały nazbyt prymitywnie. Do kogo należały? Jaki jest ich wiek? W jaki sposób znalazły się w jaskini?

Tuckerowi i Hunterowi brakowało umiejętności niezbędnych przy pozyskiwaniu skamieniałości, a sam Berger był zbyt masywny, żeby dotrzeć do komory. Nie znał też specjalisty, któremu postura pozwoliłaby się przedostać przez skalny zacisk. Rozesłał wici przez Facebook: potrzebne szczupłe osoby z naukowymi referencjami i doświadczeniem grotołaza, z "wolą do pracy w ciasnych przestrzeniach". W ciągu 1,5 tygodnia otrzymał niemal 60 zgłoszeń. Wybrał najbardziej doświadczoną szóstkę - same młode kobiety. Ochrzcił ekipę mianem "podziemnych astronautów".

Korzystając z dotacji Towarzystwa National Geographic, paleoantropolog skrzyknął około 60 naukowców i na zewnątrz jaskini urządził w namiotach centrum dowodzenia, miasteczko naukowe i miejsca noclegowe. Miejscowi grotołazi pomogli doprowadzić do odległej o 3 km komory łączność i prąd elektryczny. Jako pierwsza wąską rynną zsunęła się Marina Elliott, słuchaczka studiów podyplomowych na Uniwersytecie im. Simona Frasera w Kolumbii Brytyjskiej (Kanada).

"Patrząc na to, co mnie czekało, nie miałam pewności, czy dam radę" - przyznała później. "Jakbym spoglądała w paszczę rekina. Wszędzie palce, wypustki i kamienne zęby".

Trzyosobowe zespoły, pracujące w systemie dwugodzinnych zmian, naszkicowały i wydobyły na powierzchnię ponad 400 eksponatów. Następnie zaczęły ostrożnie usuwać ziemię wokół w połowie przysypanej czaszki. Uczonych przy monitorach w centrum dowodzenia przez kilka dni niemal nie opuszczała ekscytacja.

W listopadzie 2013 i marcu 2014 odsłonięto około 1550 kopalnych szczątków należących co najmniej do 15 osobników. Największy zbiór artefaktów pochodzących od pojedynczego gatunku hominina, jaki kiedykolwiek znaleziono w Afryce. Czaszki. Szczęki. Żebra. Dziesiątki zębów. Niemal kompletna stopa. Ręka z nienaruszonym układem kostnym, jak za życia. Zidentyfikowano drugą komorę, również z kośćmi. "Znaleźliśmy najbardziej zadziwiające stworzenie" - podsumował Berger.

Rekonstrukcja twarzy Homo naledi wykonana z wykorzystaniem fragmentów czaszek znalezionych w dwóch komorach jaskini Rising Star (opodal Johannesburga, RPA). fot. popiersie - John Gurche, zdjęcie - Mark Thiessen, NG

Pewne fragmenty szkieletów wyglądały zaskakująco współcześnie, inne raziły prymitywizmem. Dłoń wyglądała prawie na teraźniejszą, z wyjątkiem irracjonalnie zakrzywionych palców przydatnych stworzeniu wspinającemu się na drzewa. Bliskie małpim były też ramiona. Szeroko rozstawione talerze kości biodrowych rozwinięte były w tym samym stopniu co u Lucy. Natomiast dolna część kości miedniczych wyglądała jak u człowieka współczesnego. Kończyny dolne w górnej części pasowały do australopiteka, im bliżej ziemi, tym bardziej nabierały współczesnego wyglądu. Stopy w istocie nie różniły się od naszych.

Odkrywcy nadali gatunkowi nazwę Homo naledi, od słowa "gwiazda" w języku soto. Mieli do czynienia z ciekawą anomalią, która prowokowała do zadawania pytań. Najważniejsze brzmiało: "sprzed ilu jest lat?". Datowania znalezisk z południowoafrykańskich wapiennych jaskiń zawsze były wyzwaniem. Nie inaczej było i tym razem - aż dwa lata zajęła analiza chronologiczna skał w otoczeniu szczątków H. naledi. Okazało się, że odkryte osobniki żyły 335 000-236 000 lat temu. Były więc znacznie młodsze, niżby wskazywał prymitywizm niektórych cech. Wiek sugerował, że obok Homo sapiens ewoluującego z przodków charakteryzujących się dużym mózgiem równolegle istniała znacznie wcześniejsza linia z mniejszym mózgiem.

Czym wyjaśnić tak długą koegzystencję dwóch gatunków ludzi, pod pewnymi względami podobnych, pod innymi prawie wcale? Klasycznym symbolem powiązań genealogicznych jest rozgałęzione drzewo wyrastające z jednego korzenia. Berger uważa, że lepszym porównaniem jest ciek dzielący się na ramiona - rzeka wypełniająca oddzielne koryta, które zbiegają się gdzieś w dolnym biegu. Podobnie rozmaite hominini zamieszkujące Afrykę, w tym H. naledi, w jakichś okresach oddzielały się od wspólnego przodka. Wraz z upływem czasu być może ponownie się łączyły. Zatem my, ludzie współcześni, tworzący metaforyczne ujście owej rzeki, mamy w sobie trochę Afryki Wschodniej, trochę Południowej oraz dawkę prehistorii, której poznanie jeszcze przed nami.

6

PRZODEK W PRÓBÓWCE

Około 200 000-50 000 lat temu - Ałtaj, Syberia - denisowianie

Z jaskini w Federacji Rosyjskiej pochodzi tajemniczy członek rodzaju Homo - pierwszy gatunek kopalnego hominina zidentyfikowany wyłącznie na podstawie DNA.

Jaskinia u podnóża urwiska w Ałtaju, na południu Syberii, od niepamiętnych czasów wabi wędrowców. Obozowali w niej neolityczni łowcy, później gościła pasterskie ludy tureckie uchodzące wraz ze stadami przed surowymi syberyjskimi zimami. Podobno w XVIII w. była eremem mnicha Dionizego, a może schronieniem pastucha Denisa, od którego wzięła obecną nazwę. Pod pokładami nagromadzonego owczego łajna natrafiono w niej na bardzo stare paleontologiczne skarby.

W położonej w głębi jaskini bocznej komorze w 2008 r. prowadził wykopaliska młody rosyjski archeolog Aleksandr Cybankow. Przeszukiwał warstwy, jak sądził, sprzed 30 000-50 000 lat. Natknął się na maleńki kostny odłamek, który nie wyglądał obiecująco. Chropowaty kawałek wielkością i kształtem przypominał żwir wytrząśnięty z buta. Paleoantropolog, któremu zlecono zidentyfikowanie kości skomentował: "Najmniej efektowna skamieniałość, jaką widziałem. Dno". Jednak zachowała dostatecznie wiele szczegółów anatomicznych, by rozpoznał w niej kawałek palca stworzenia zaliczanego do naczelnych, a dokładnie - sąsiadujący ze sta wem fragment paliczka dalszego palca małego. Nie ma dowodów na obecność na Syberii 30 000-50 000 lat temu innych gatunków naczelnych niż człowiek, założono więc, że była to kość jakiegoś hominina.

Anatolij Dieriewianko, kierownik ałtajskich wykopalisk i dyrektor nowosybirskiego Instytutu Archeologii i Etnografii, podsunął wyjaśnienie. Materiał genetyczny zachowany w kościach znalezionych na pobliskim stanowisku archeologicznym wskazał na neandertalczyka. Może ten fragment ma identyczne pochodzenie? Albo należy do człowieka współczesnego? Przedmioty znalezione w Jaskini Denisowej, w tym wspaniała zielonkawa bransoleta z chlorytu, niewątpliwie były dziełem ludzi takich jak my. Wysłał kostny odłamek do Svantego Pääbo, genetyka ewolucyjnego z Instytutu Antropologii Ewolucyjnej im. Maxa Plancka w Lipsku, bodaj najlepszego znawcy prehistorycznego DNA. Fragment paliczka palca małego z syberyjskiej jaskini okazał się sensacją.

"Johannes zapytał, czy siedzę. Odparłem, że nie, więc poprosił, żebym jednak usiadł".

- Svante Pääbo, genetyk ewolucyjny

Johannes Krause, wówczas ważna osoba w zespole Pääbo, wraz z terminującym u niego studentem wydobyli z próbki mitochondrialne DNA - fragment genomu wielokrotnie powielany w żywych komórkach, dzięki czemu łatwiej nań trafić w prehistorycznym materiale kostnym. Porównali jego sekwencję z obserwowaną u człowieka współczesnego oraz tą wykrytą u neandertalczyka. Nie wierząc własnym oczom, powtórzyli analizę i dopiero wówczas Krause zatelefonował do szefa.

"Johannes zapytał, czy siedzę" - Pääbo relacjonował tamtą rozmowę. "Odparłem, że nie, więc poprosił, żebym jednak usiadł".

Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji