Zaginione - Angela Marsons

Kup ebooka

43.99 zł
32.99 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Karta redakcyjna Dedykacja Prolog Rozdział 1 Rozdział 2 Rozdział 3 Przypisy

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

5 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27

Black Country, marzec 2015

ROZDZIAŁ 1

Kim Stone czuła palący gniew, który rozchodził się po jej ciele niczym impuls elektryczny, od mózgu aż po czubki palców i z powrotem. Gdyby był z nią teraz jej partner z pracy Bryant, na pewno warknąłby na nią, że ma się uspokoić i pomyśleć, zanim zrobi coś głupiego. Mieć na względzie swoją karierę i to, z czego żyje. Lepiej więc, że była sama.

Siłownia Pure Gym mieściła się przy Level Street w Brierley Hill, między centrum handlowym Merry Hill a kompleksem biznesowym Waterfront. Była niedziela, pora obiadowa i parking pękał w szwach. Kim objechała go raz, a gdy wypatrzyła samochód, którego szukała, zatrzymała swoje kawasaki ninja tuż przed wejściem do budynku. Nie planowała długiej wizyty.

Weszła do holu i ruszyła w stronę recepcji. Atrakcyjna i wysportowana dziewczyna powitała ją z szerokim uśmiechem i wyciągnęła rękę. Zapewne czekała na kartę członkowską, ale Kim pokazała jej legitymację policyjną.

- Nie należę do klubu. Muszę tylko zamienić parę słów z jedną z waszych bywalczyń.

Recepcjonistka rozejrzała się w poszukiwaniu kogoś, kto mógłby jej pomóc.

- To sprawa służbowa - oznajmiła Kim. "Tak jakby", dodała w myślach.

Dziewczyna skinęła głową.

Kim zerknęła na tablicę z planem obiektu i od razu wiedziała, dokąd iść. Skręciła w lewo i znalazła się za trzema rzędami bieżni używanych do marszu, chodu i biegu. Męczący się na nich ludzie wkładali mnóstwo wysiłku w pokonywanie drogi donikąd.

Kobietę, której szukała, wypatrzyła na stepperze w najdalszym kącie sali. Kim rozpoznała ją po związanych w kucyk długich blond włosach i telefonie ustawionym przed wyświetlaczem urządzenia. Gdy tylko namierzyła cel, przestała zwracać uwagę na ciekawskie spojrzenia, którymi obrzucali ją ćwiczący. Obchodziło ją tylko to, że znalazła osobę, która przyczyniła się do śmierci dziewiętnastoletniego Dewaina.

Kim stanęła przed stepperem, szeroko rozstawiając nogi. Zdziwienie na twarzy Tracy Frost prawie przebiło się przez wściekłość policjantki. Ale tylko prawie.

- Możemy pogadać? - spytała, choć tak naprawdę to nie było pytanie.

Przez ułamek sekundy wyglądało na to, że kobieta zaraz straci równowagę, ale Kim wcale się tym nie przejęła.

- Jakim cudem, do cholery, mnie...? - Tracy się rozejrzała. - Tylko mi nie mów, że przy wejściu pokazałaś odznakę?

- Porozmawiajmy na osobności - rzuciła Kim, ale Tracy nie przestała ćwiczyć.

- Jeżeli chodzi o mnie, możemy załatwić to tutaj - powiedziała, podnosząc głos. - I tak nigdy więcej nie zobaczę tych ludzi.

Patrzyła na nie już co najmniej połowa obecnych na siłowni.

Tracy zeszła z urządzenia i zabrała telefon. Miała nie więcej niż metr sześćdziesiąt wzrostu, co wprawiło Kim w niemałe zdziwienie. Jak dotąd policjantka widywała ją wyłącznie w szpilkach na piętnastocentymetrowych obcasach, które Tracy nosiła niezależnie od pogody.

Kim pociągnęła ją do damskiej toalety i popchnęła na ścianę, tak że kobieta o mało nie uderzyła głową w suszarkę do rąk.

- Co ty sobie, kurwa, myślałaś?! - wrzasnęła.

Nagle otworzyły się drzwi jednej z kabin i z łazienki wybiegła jakaś nastolatka. Teraz były już same.

- Nie dotykaj mnie!

Kim cofnęła się o krok, ale wciąż stała blisko.

- Jak mogłaś puścić tamten artykuł, ty tępa dzido?! Teraz on nie żyje. Dewain Wright nie żyje i to wszystko przez ciebie!

Tracy Frost, lokalna dziennikarka i najgorsza szumowina, jaką można sobie wyobrazić, zamrugała dwa razy, zanim dotarły do niej słowa Kim.

- Ale... mój artykuł...

- Twój artykuł go zabił, idiotko!

Tracy zaczęła kręcić głową, jakby z niedowierzaniem, ale Kim nie ustępowała.

- Właśnie tak.

Dewain Wright był nastolatkiem z osiedla Hollytree, który po niemal trzech latach spędzonych w gangu Hollytree Hoods chciał się z niego wyrwać. Gdy dowiedzieli się o tym jego kolesie, sprzedali mu kosę i zostawili na pewną śmierć, ale uratował go przechodzień, który wezwał pomoc. Kim powierzono śledztwo w sprawie usiłowania zabójstwa.

Najpierw kazała ukryć przed wszystkimi - poza rodziną Dewaina - że chłopak żyje. Dobrze wiedziała: jeśli ta informacja dotrze na Hollytree, gang znajdzie sposób, by go dopaść.

Spędziła całą noc na krześle przy łóżku nastolatka, modląc się, żeby wbrew prognozom lekarzy zaczął samodzielnie oddychać. Trzymała go za rękę, wierząc, że przekazuje mu siłę, dzięki której się obudzi. Jego odwaga, by zmienić swoje życie i przeciwstawić się losowi, głęboko ją poruszyła. Chciała poznać tego dzielnego chłopaka, który zdecydował, że gang nie jest dla niego.

Kim pochyliła się i przyszpiliła Tracy wzrokiem. Dziennikarka nie miała dokąd uciec.

- Prosiłam, żebyś nie publikowała tego materiału, ale ty oczywiście nie mogłaś się powstrzymać. Byleby tylko napisać o tym pierwsza! Tak desperacko chcesz, żeby ktoś zauważył cię w ogólnokrajowych mediach, że jesteś gotowa poświęcić życie dzieciaka?! - wrzasnęła jej w twarz. - Mam nadzieję, że twoje marzenie się spełni, bo tutaj nie ma już dla ciebie miejsca. Osobiście się o to postaram.

- Ale to nie przeze mnie...

- Oczywiście, że przez ciebie! - ryknęła Kim. - Nie wiem, stąd się dowiedziałaś, że wtedy mu się udało, ale teraz już nie żyje. Tym razem to naprawdę koniec.

Na twarzy dziennikarki pojawiła się dezorientacja. Ta głupia dziewucha próbowała coś powiedzieć, tylko brakowało jej słów. Ale to już bez znaczenia - Kim i tak by jej nie słuchała.

- Wiesz, że próbował się z tego wyrwać, prawda? Dewain był dobrym dzieciakiem i nie chciał umierać.

- Niemożliwe, że to przeze mnie - stwierdziła Tracy, której twarz powoli odzyskiwała kolor.

- Owszem, możliwe - powiedziała z naciskiem Kim. - Masz na swoich parszywych łapskach krew młodego chłopaka.

- Ja tylko robiłam, co do mnie należy. Świat miał prawo się dowiedzieć.

Kim postąpiła krok do przodu.

- Przysięgam na Boga, że nie spocznę, dopóki nie zabronią ci wchodzić do redakcji i będziesz mogła co najwyżej rozwozić gazety...

Przerwał jej dzwonek telefonu.

Tracy wykorzystała ten moment, by się od niej odsunąć.

- Stone - rzuciła do telefonu.

- Przyjeżdżaj na komendę. Natychmiast.

Woodward nie należał do najsympatyczniejszych szefów na świecie, ale zazwyczaj zaczynał przynajmniej od jakiegoś oschłego powitania. Kim szybko skojarzyła fakty. Dzwonił w niedzielę, w porze obiadowej, choć sam kazał jej wziąć dzień wolnego. I ewidentnie był wściekły.

- Już jadę, Stacey. Zamów mi jakieś białe wytrawne wino - poprosiła i wcisnęła czerwoną słuchawkę. Jeśli Woodward zdziwił się, że nazwała go Stacey, będzie musiał poczekać na wyjaśnienia.

Nie zamierzała zdradzać, że szef dzwoni do niej w pilnej sprawie, bo właśnie stała twarzą w twarz z najpodlejszą dziennikarską hieną, jaką w życiu spotkała. Były dwie możliwości. Albo wpakowała się w jakieś gówno, albo właśnie stało się coś strasznego. Tak czy siak nie chciała wtajemniczać w to Tracy Frost.

Odwróciła się do niej i powiedziała:

- Nie myśl sobie, że to koniec. Znajdę sposób, żebyś zapłaciła za to, co zrobiłaś. Możesz być tego pewna - oznajmiła, otwierając drzwi na korytarz.

- Wtedy wezmę się za ciebie! - wrzasnęła za nią Tracy.

- Śmiało - odparła Kim.

Zeszłej nocy doszło do bezsensownej śmierci dziewiętnastolatka. To zdecydowanie nie był jej najlepszy czas.

I coś jej mówiło, że będzie tylko gorzej.

ROZDZIAŁ 2

Kim zaparkowała swojego ninję na tyłach komendy w Halesowen w okręgu Dudley.

West Midlands Police, w której pracowała Kim, odpowiadała za bezpieczeństwo niemal trzech milionów mieszkańców Birmingham, Coventry, Wolverhampton i rejonu Black Country. Formacja została podzielona na dziesięć jednostek okręgowych.

Policjantka wbiegła na trzecie piętro, zapukała, weszła i... zamarła. Nie zdziwiło jej, że Woody siedzi obok postawnego nadinspektora Baldwina, który był jego przełożonym. Ani to, że zamiast białej koszuli z naramiennikami inspektora formacji West Midlands Police ma na sobie koszulkę polo. Zdziwiły ją kropelki potu na jego śniadej skórze. Napięcie biło od niego na kilometr. Nigdy wcześniej nie widziała go w takim stanie, więc też zaczęła się niepokoić.

Obaj intensywnie się w nią wpatrywali. Nie miała pojęcia, czym mogła ich tak wkurzyć. Nadinspektor Baldwin musiał przyjechać aż z Lloyd House w Birmingham, głównej siedziby West Midlands Police. Znała go tylko z telewizji.

- Słucham, szefie - zwróciła się do jedynego mężczyzny w tym pomieszczeniu, do którego miała szacunek.

Obok Woody'ego stało oprawione zdjęcie jego dwudziestoletniego syna w mundurze marynarki wojennej. Dwa lata po zrobieniu fotografii odesłano mu jego ciało w trumnie.

- Siadaj, Stone.

Podeszła i przycupnęła na krześle na środku pokoju. Szukając jakiejkolwiek wskazówki, spoglądała to na Woody'ego, to na Baldwina. Większość jej rozmów z przełożonym zaczynała się od tego, że sięgał po leżącą przed nim piłeczkę antystresową, by następnie przez dłuższą chwilę ją ugniatać. Zazwyczaj oznaczało to, że między nimi wszystko było w porządku. Tym razem jednak piłeczka leżała na biurku.

- Stone, dziś rano doszło do porwania.

- To już potwierdzone? - spytała bez namysłu. W końcu czasami ludzie ginęli tylko po to, by kilka godzin później szczęśliwie się odnaleźć.

- Tak.

Czekała cierpliwie na ciąg dalszy. Przecież nawet jeśli doszło do porwania, nie wyjaśniało to, dlaczego siedziała przed inspektorem i jego przełożonym. Na szczęście Woody nie tracił czasu na intrygi czy budowanie napięcia, tylko jak zwykle przeszedł do rzeczy.

- Uprowadzono dwie dziewczynki.

Kim zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech. Teraz już wszystko rozumiała.

- Tak jak ostatnio?

Wprawdzie nie uczestniczyła w śledztwie sprzed trzynastu miesięcy, ale cała West Midlands Police żyła tamtym zdarzeniem. Wielu funkcjonariuszy pomagało w poszukiwaniach. Kim sporo wiedziała o sprawie i natychmiast przypomniało jej się najważniejsze. Jedna z dziewczynek nie wróciła do domu.

Głos Woody'ego wyrwał ją z zamyślenia.

- Na tym etapie trudno powiedzieć. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda podobnie. Dziewczynki też są przyjaciółkami i ostatni raz widziano je w centrum rekreacyjnym w Old Hill. Jedna z matek miała odebrać je o wpół do pierwszej, ale popsuł jej się samochód. Dwadzieścia po dwunastej obie matki dostały esemesy z wiadomością, że dzieci zostały porwane.

Teraz był kwadrans po pierwszej, więc do uprowadzenia doszło niespełna godzinę temu. Esemesy sprawiły, że policja natychmiast rozpoczęła śledztwo.

Kim przeniosła wzrok na nadinspektora.

- Co poszło nie tak ostatnim razem?

- Słucham? - spytał zaskoczony. Najwyraźniej nie spodziewał się takiej bezpośredniości ze strony policjantki.

Przyglądała mu się, gdy myślał, co odpowiedzieć. Wiedziała, że wzorowo ukończył szkolenie medialne dla policji. Nawet się nie zmarszczył, a na jego czoło nie wystąpiła choćby kropla potu. Nic dziwnego, miał w końcu mnóstwo ludzi, których mógł obarczyć winą za swoje błędy.

Zamiast odpowiedzi Baldwin posłał jej groźne spojrzenie, jakby chciał ją ostrzec, żeby się więcej nie odzywała. Ale Kim wbiła w niego wzrok.

- Wróciło tylko jedno dziecko, więc coś chyba poszło nie tak?

- Nie sądzę, by szczegóły...

- Szefie, dlaczego mnie wezwałeś? - przerwała, zwracając się znów do Woody'ego.

Doszło do podwójnego porwania. Jasne, to robota dla ludzi z CID1, ale z centrali, a nie lokalnych. Przecież wiadomo, że takie śledztwo to wiele etapów: poszukiwanie śladów, ustalanie tła, rozmowy z sąsiadami, analiza monitoringu, kontakt z mediami... Tego ostatniego szef nie powierzyłby jej za żadne pieniądze.

Woody i Baldwin wymienili spojrzenia.

Kim poczuła, że to, co zaraz usłyszy, raczej jej się nie spodoba. Podejrzewała, że jej ludzie zostaną oddelegowani do pomocy w śledztwie i będą mogli zapomnieć o bieżących sprawach, takich jak napaści seksualne, akty przemocy domowej, oszustwa, usiłowania zabójstw czy dokończenie raportu o śmierci Dewaina Wrighta.

- Chcesz, żeby mój zespół zajął się poszukiwaniami?

- Nie będzie żadnych poszukiwań, Stone - oznajmił Woody. - Wprowadzamy blackout medialny.

- Słucham?

Przecież w przypadku porwań nie stosuje się blackoutu! Zwykle media dowiadują się o wszystkim w ciągu kilku minut.

- Nie przekazujemy żadnych wiadomości. Rodzicom też nie wolno nic mówić.

Kim skinęła głową. Jeśli dobrze pamiętała, podobną strategię przyjęto poprzednio, ale wówczas pismaki wywęszyły temat po trzech dniach. Parę godzin później znaleziono jedno z dzieci błądzące przy drodze. Ale drugiego już nie.

- Wciąż nie do końca rozumiem, co...

- Poproszono, byś zajęła się tą sprawą, Stone.

Przez dziesięć sekund czekała na puentę, która jednak się nie pojawiła.

- Co takiego?

- To oczywiście niemożliwe - odezwał się Baldwin. - Nie masz kwalifikacji do prowadzenia tak poważnego śledztwa.

Kim nie zaprzeczyła, choć chciała wspomnieć o sprawie z Crestwood. W końcu wraz z zespołem ujęła zabójcę czterech nastoletnich dziewcząt.

Obróciła się lekko, by zwracać się już tylko do Woody'ego.

- Kto o to poprosił?

- Jedna z matek. Żąda, żebyś się tym zajęła. Mówi, że z nikim innym nie będzie rozmawiać. Zbierzesz wstępne informacje, a my w tym czasie utworzymy zespół. Potem złożysz raport i przekażesz sprawę prowadzącemu śledztwo.

Kim znów przytaknęła. Rozumiała plan, ale szef wciąż nie odpowiedział w pełni na jej pytanie.

- Jak nazywają się te dziewczynki? I ta matka?

- Dziewczynki to Charlie Timmins i Amy Hanson. O ciebie poprosiła Karen, matka Charlie. Twierdzi, że się przyjaźnicie.

Kim zaprzeczyła. Nie znała żadnej Karen Timmins, a już na pewno się z nią nie przyjaźniła.

Woody zerknął na leżącą na jego biurku kartkę.

- Poczekaj. Może skojarzysz ją po nazwisku panieńskim. Karen Holt.

Kim poczuła, jak napinają jej się mięśnie. To nazwisko należało do przeszłości, miejsca, do którego prawie nigdy nie wracała.

- Sądząc po twojej minie, musisz ją znać.

Kim wstała i spojrzała na Woody'ego.

- Szefie, przeprowadzę wstępne przesłuchanie, a potem przekażę sprawę prowadzącemu śledztwo. A ta kobieta nie jest moją przyjaciółką.

PROLOG

Luty 2014

Emily Billingham chciała krzyknąć, ale on trzymał dłoń na jej ustach. Palce były chude i silne i mocno zacisnęły się na jej twarzy. Dźwięk, który z siebie wydobyła, odbił się głucho od jego ciała, więc cofnęła głowę, by się uwolnić. Wtedy uderzyła potylicą o coś twardego. Jego żebra.

- Przestań, ty mała dziwko! - warknął, ciągnąc ją do tyłu.

Pulsowanie w uszach niemal całkowicie zagłuszało jego słowa. Serce podeszło jej do gardła.

Na oczach miała opaskę, więc nie wiedziała, gdzie jest, ale pod nogami wyczuła żwir. Z każdym krokiem oddalała się od Suzie.

Znowu odchyliła głowę. Starała się odepchnąć od niego rękami, ale on tylko przyciągnął ją bliżej i mocniej ścisnął. Pomyślała, że musi się jakoś wyrwać. I wezwać pomoc. Tatuś wiedziałby, co robić. Tatuś uratowałby je obie.

Usłyszała skrzypnięcie drzwi. O nie, znów ten samochód. Zebrała w sobie resztki sił, by krzyknąć. Nie chciała wsiadać do furgonetki.

- Nie... Proszę, nie... - próbowała wydusić z siebie.

Nagle kopnął ją w zagłębienie z tyłu kolana. Jej nogi się ugięły i runęła do przodu, ale nie upadła, bo w ostatniej chwili chwycił ją za włosy. Skóra na głowie zapiekła ogniem, a z oczu popłynęły łzy.

Jednym ruchem wepchnął ją na tył samochodu i z hukiem zatrzasnął drzwi, które szczęknęły metalicznie, jak kilka dni wcześniej, gdy szła do szkoły.

Sala lekcyjna wydawała się teraz tak odległa, że zaczęła się zastanawiać, czy kiedykolwiek jeszcze zobaczy swoich kolegów i koleżanki.

Furgonetka wycofała z impetem, a Emily uderzyła o drzwi. Ból wybuchł w jej głowie jak fajerwerki. Próbowała się podnieść, ale samochód jechał szybko i po chwili upadła na bok.

Auto podskakiwało na wybojach, a dziewczynka uderzała policzkiem o drewnianą podłogę. W pewnym momencie zahaczyła nagą łydką o gwóźdź i syknęła z bólu. Po nodze spłynęła strużka krwi.

Suzie powiedziałaby, żeby była dzielna. Tak mówiła na wuefie, gdy Emily skręciła sobie nadgarstek. Trzymała ją za zdrową rękę, żeby dodać jej sił, i powtarzała, że wszystko będzie dobrze. Wtedy miała rację.

Ale teraz już nie.

- Nie dam rady, Suzie. Przepraszam - wyszeptała Emily, a jej płacz zmienił się w łkanie.

Chciała być dzielna ze względu na przyjaciółkę, ale drżenie, które zaczęło się w nogach, ogarnęło już całe ciało. Przyciągnęła kolana do brody, próbując zwinąć się w kłębek, lecz nadal się trzęsła. Poczuła, że spomiędzy ud wypływa mocz. Cienka strużka szybko zmieniła się w szeroki strumień, którego nie była w stanie powstrzymać. Z jej gardła wydobył się przeraźliwy szloch, a ona modliła się, by ten koszmar jak najszybciej dobiegł końca.

Nagle furgonetka stanęła.

- P-proszę, mamusiu, zabierz mnie stąd - wyszeptała, gdy zapadła złowroga cisza.

Leżała oparta o drzwi, drżąc tak mocno, że nie mogła się podnieść. Nie miała już sił walczyć. Pozostało jej tylko czekać na to, co będzie dalej.

Gdy porywacz otworzył drzwi, poczuła, jak strach ściska ją za gardło.