Zaginiona melodia - Edyta Świętek

Kup ebooka

36.90 zł
30.26 zł (30,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Przy­jaź­nie i związ­ki

Wio­sna

Przy­jaźń zo­bo­wią­zu­je, do­sko­na­le wie­dzia­ły o tym San­dra Wil­kosz oraz Ni­ko­la Pa­lo­nek, czy­li przy­ja­ciół­ki na całe ży­cie. Best ever! Dziew­czy­ny były so­bie bliż­sze niż nie­jed­no ro­dzeń­stwo i łą­czy­ła je więź sil­niej­sza od wię­zów krwi - tak przy­naj­mniej twier­dzi­ły. Oko­licz­no­ścią, któ­ra sprzy­ja­ła ta­kiej bli­sko­ści, było za­miesz­ki­wa­nie w są­sied­nich klat­kach scho­do­wych tego sa­me­go blo­ku, więc w każ­dej chwi­li mo­gły się zo­ba­czyć, choć po lek­cjach naj­czę­ściej utrzy­my­wa­ły kon­takt za po­śred­nic­twem Snap­cha­ta lub Mes­sen­ge­ra. Ża­ło­wa­ły, że dzie­li ich dy­stans kil­ku­na­stu kro­ków, któ­re trze­ba było prze­biec chod­ni­kiem. Za­pew­ne gdy­by w grę wcho­dzi­ła ta sama klat­ka scho­do­wa, nie bra­ko­wa­ło­by im ni­cze­go do peł­ni szczę­ścia. Tak czy owak cza­sa­mi no­co­wa­ły jed­na u dru­giej, prze­waż­nie w wa­ka­cje, gdy młod­sze ro­dzeń­stwo roz­jeż­dża­ło się do dziad­ków bądź na ko­lo­nie, i na­wet ro­dzi­ce dziew­cząt żar­to­wa­li, że mają wspól­ne cór­ki, choć po­mię­dzy do­ro­sły­mi nie było aż tak du­żej za­ży­ło­ści jak po­mię­dzy nimi.

Nie­kie­dy do­ro­śli po­kpi­wa­li so­bie, że przy­jaźń bę­dzie trwa­ła, do­pó­ki nie przyj­dzie czas pierw­szych mi­ło­stek, na co oby­dwie pan­ni­ce zgod­nie twier­dzi­ły, że po­ko­chać mogą je­dy­nie bra­ci bliź­nia­ków lub chło­pa­ków rów­nie za­przy­jaź­nio­nych ze sobą jak one. Po­ja­wi­ła się na­wet na to re­al­na szan­sa, po­nie­waż od dłuż­sze­go cza­su dziew­czy­nom czę­sto to­wa­rzy­szy­ła dru­ga para przy­ja­ciół: Adam oraz Kuba. Sęk w tym, że o ile Adaś zdo­łał pod­bić ser­ce Ni­ko­li, to Ja­kub bez­sku­tecz­nie usi­ło­wał zdo­być przy­chyl­ność San­dry.

- Po­ży­je­my, zo­ba­czy­my - stwier­dzi­ła pew­ne­go dnia Do­ro­ta Pa­lo­nek. - Nie­jed­na przy­jaźń roz­le­cia­ła się z po­wo­du amo­rów. Jak czło­wiek ma sie­dem­na­ście czy osiem­na­ście lat, to ule­ga złu­dze­niu, że nie­któ­re rze­czy prze­trwa­ją wszyst­ko. A po­tem przy­cho­dzi pro­za ży­cia i na­gle bra­ku­je cza­su nie tyl­ko na spo­tka­nie z psiap­siół­ką, ale na­wet na to, by zła­pać chwi­lę od­po­czyn­ku.

- Mamo! - za­pe­rzy­ła się Ni­ko­la. - Mu­sisz tak smę­cić? To, że two­je szkol­ne zna­jo­mo­ści nie prze­trwa­ły, nie ozna­cza, że z nami bę­dzie tak samo.

- Oj dziec­ko, dziec­ko... Jak ty nie znasz ży­cia - skwi­to­wa­ła mat­ka. - Kie­dyś jesz­cze wspo­mnisz moje sło­wa.

- Nie­moż­li­we - burk­nę­ła na­sto­lat­ka, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. - Je­stem pew­na, że my wy­trzy­ma­my pró­bę cza­su.

- Mo­gła­bym iść z tobą o za­kład. - W gło­sie Pa­lon­ko­wej sły­chać było ogrom­ną pew­ność sie­bie.

Cór­ka po­zo­sta­wi­ła to bez od­po­wie­dzi. Wie­dzia­ła swo­je: za­mie­rza­ła za­wsze trzy­mać się bli­sko San­dry - na do­bre i na złe, bez wzglę­du na prze­ciw­no­ści losu. I mo­gła iść o za­kład, że San­dra ma do­kład­nie ta­kie samo na­sta­wie­nie. Niech tam so­bie ro­dzi­ce ga­da­ją co chcą.

Po­chy­li­ła gło­wę nad ze­szy­tem do ję­zy­ka pol­skie­go, by prze­pi­sać na czy­sto wy­pra­co­wa­nie, któ­re wcze­śniej zdo­ła­ła skle­cić na brud­no. Za­zwy­czaj lek­cje od­ra­bia­ła wspól­nie z San­drą, lecz pech chciał, że tego dnia ko­le­żan­ka mu­sia­ła po­je­chać w od­wie­dzi­ny do bab­ci le­żą­cej w szpi­ta­lu.

Za­rów­no Wil­ko­szo­wie, jak i Pa­lon­ko­wie zaj­mo­wa­li nie­wiel­kie dwu­po­ko­jo­we miesz­ka­nia. W oby­dwu do­mach ro­dzi­ce ko­rzy­sta­li z więk­sze­go z po­koi, któ­ry peł­nił jed­no­cze­śnie funk­cję po­miesz­cze­nia dzien­ne­go, dru­gi, nie­co mniej­szy, na­le­żał do dzie­ci. Ni­ko­la mia­ła młod­szą sio­strę Wik­to­rię, San­dra na­to­miast ośmio­let­nią sio­strę Oli­wię i pięt­na­sto­let­nie­go bra­ta Na­ta­nie­la. Tak więc u oby­dwu dziew­czyn były ra­czej kiep­skie wa­run­ki do na­uki. Prze­waż­nie na­sto­lat­ki za­sia­da­ły na któ­rymś bal­ko­nie, oczy­wi­ście gdy sprzy­ja­ła temu po­go­da, lub w kuch­ni, kie­dy aura nie po­zwa­la­ła na prze­by­wa­nie na ze­wnątrz.

Do­ro­ta, wi­dząc, że cór­ka sku­pi­ła uwa­gę na pra­cy do­mo­wej, tak­że za­mil­kła. Swo­je wie­dzia­ła i była pew­na, że ży­cie zwe­ry­fi­ku­je po­glą­dy na do­zgon­ną przy­jaźń. Wy­star­czy, że któ­rąś tra­fi strza­ła Amo­ra. Albo, co gor­sza, oby­dwie za­du­rzą się w tym sa­mym chło­pa­ku, a on wy­bie­rze jed­ną z nich - stwier­dzi­ła w du­chu. Taki ko­niec dla ich przy­jaź­ni uwa­ża­ła za wiel­ce praw­do­po­dob­ny, choć oczy­wi­ście nie ży­czy­ła dziew­czy­nom źle. Ot, po­zna­ła już do­sta­tecz­nie ota­cza­ją­cy ją świat.

- No elo! Cze­mu nie na­pi­sa­łaś wczo­raj po po­wro­cie od se­nior­ki? - za­gad­nę­ła Ni­ko­la, gdy rano dziew­czy­ny wy­cho­dzi­ły do szko­ły. Wie­dzia­ła, że ko­le­żan­ka ma od­wie­dzić bab­cię prze­by­wa­ją­cą w szpi­ta­lu, lecz to nie mo­gło trwać do póź­ne­go wie­czo­ra.

- Ma­tu­la za­cią­gnę­ła mnie jesz­cze do ciot­ki. Wy­nu­dzi­łam się jak mops, bo pa­dła mi ba­te­ria w smart­fo­nie. Mó­wi­łam star­szej, że mu­szę wra­cać, a ona na to, że zaj­rzy­my tam tyl­ko na mi­nut­kę. Ale jak po­tem za­czę­ły ze sobą na­wi­jać, to z mi­nut­ki wy­szły trzy go­dzi­ny. No i przez nią nie zdą­ży­łam od­ro­bić za­da­nia z maj­cy.

- Lu­zik, mo­żesz so­bie od­pi­sać ode mnie. Ła­twe było, ja­koś ogar­nę­łam - od­par­ła Ni­ko­la.

Przy­ja­ciół­ka spoj­rza­ła na nią po­dejrz­li­wie. Niki zde­cy­do­wa­nie nie na­le­ża­ła do gro­na or­łów ma­te­ma­tycz­nych, jej do­me­ną były przed­mio­ty hu­ma­ni­stycz­ne.

- Dzięks - bąk­nę­ła San­dra.

Kil­ka mi­nut póź­niej oto­czył je szkol­ny gwar. Przed lek­cja­mi na ko­ry­ta­rzach wrza­ło jak w ulu. Dziew­czy­ny roz­ło­ży­ły się na pa­ra­pe­cie okien­nym.

- Ob­cza­jaj, czy nie nad­cią­ga ja­kieś za­gro­że­nie - po­pro­si­ła San­dra i po­chy­li­ła się nad ze­szy­ta­mi. W tym cza­sie Ni­ko­la zer­ka­ła, czy nie zmie­rza w ich stro­nę ża­den na­uczy­ciel.

- Siem­ka, losz­ki. Ma­cie za­da­nie z mat­my? - za­gad­nął Prze­mek Zło­cisz, zwa­ny przez ko­le­gów i ko­le­żan­ki z kla­sy Złot­kiem. - Daj­cie skse­ro­wać[2]. - W jego gło­sie wy­raź­nie było sły­chać tryb roz­ka­zu­ją­cy.

- No jesz­cze cze­go? Tur­laj drop­sa[3]! - prych­nę­ła obu­rzo­na Niki.

O ile z przy­ja­ciół­ką mo­gła dzie­lić się ab­so­lut­nie wszyst­kim, to resz­ta świa­ta mało ją ob­cho­dzi­ła. A już na pew­no nie wzbu­dzał jej sym­pa­tii Zło­cisz, naj­lep­szy kum­pel Dy­la­na Szczer­by. Dy­lan uczęsz­czał dla od­mia­ny do kla­sy o pro­fi­lu bio­lo­gicz­no-che­micz­nym, był nie­for­mal­nym szkol­nym li­de­rem i bo­żysz­czem więk­szo­ści dziew­czyn. Do oby­dwu tych chło­pa­ków Niki pod­cho­dzi­ła nie­uf­nie i z du­żym dy­stan­sem.

- Ej! No nie bądź taka wi­śnia[4].

- Spa­daj na drze­wo li­ście pra­so­wać - od­gry­zła się ko­le­żan­ka.

Prze­mek, wi­dząc, że ni­cze­go u niej nie wskó­ra, od­szedł, bur­cząc pod no­sem obe­lgi.

- Może trze­ba było dać mu spi­sać? - bąk­nę­ła San­dra, któ­ra mia­ła dla nie­go odro­bi­nę wię­cej sym­pa­tii. Wła­ści­wie na­wet nie tyle dla nie­go, co dla jego kum­pla, do cze­go nie przy­zna­ła­by się za nic w świe­cie ab­so­lut­nie ni­ko­mu, na­wet naj­lep­szej przy­ja­ciół­ce.

Od dłuż­sze­go cza­su bez­na­dziej­nie du­rzy­ła się w Dy­la­nie i był to je­dy­ny se­kret, jaki mia­ła przed Ni­ko­lą. Ja­koś nie po­tra­fi­ła­by jej się do tego przy­znać, po­nie­waż Ni­ko­la ży­wi­ła do ko­le­gi głę­bo­ką po­gar­dę i na­le­ża­ła do nie­licz­ne­go gro­na dziew­czyn, na któ­rych jego po­wierz­chow­ność, szyk i hm... kla­sa nie ro­bi­ły naj­mniej­sze­go wra­że­nia. San­drę na­to­miast krę­ci­ło w nim wszyst­ko, po­cząw­szy od nie­ba­nal­ne­go imie­nia, po­przez po­cią­ga­ją­cą twarz i świet­ną syl­wet­kę, a skoń­czyw­szy na non­sza­lanc­kim lu­zie, któ­ry w rze­czy sa­mej był pozą, gdyż chło­pak od­po­wie­dzial­nie pod­cho­dził do przy­szło­ści. Dla ni­ko­go nie było ta­jem­ni­cą, że przy­stoj­ny osiem­na­sto­la­tek pla­nu­je stu­dio­wa­nie me­dy­cy­ny.

- A po co? Niech mu daje Dża­sti­na - od­pa­ro­wa­ła dość dwu­znacz­nie.

O Ju­sty­nie Rył­ko alias Dża­sti­nie krą­ży­ły róż­ne dość nie­wy­bred­ne plot­ki prze­ka­zy­wa­ne z ust do ust wy­łącz­nie szep­tem, bo na głos nikt nie od­wa­żył­by się szka­lo­wać ak­tu­al­nej sym­pa­tii Dy­la­na. A po­nie­waż Rył­ków­na była z ma­te­ma­ty­ki tępa jak za­rdze­wia­ła sie­kie­ra, siłą rze­czy od­pi­sa­nie od niej ja­kie­go­kol­wiek za­da­nia nie wcho­dzi­ło w grę. Ostat­nio Alfa, jak ucznio­wie zwa­li na­uczy­ciel­kę ma­te­ma­ty­ki, za­gro­zi­ła Dża­sti­nie, że z tak że­nu­ją­cym po­zio­mem wie­dzy nie zo­sta­nie do­pusz­czo­na do ma­tu­ry.

Dy­la­no­wi zda­wa­ło się nie prze­szka­dzać, że jego dziew­czy­na jest zwy­czaj­ną idiot­ką, zresz­tą sam cza­sa­mi do­ku­czał jej z tego po­wo­du. I tak wszy­scy uwa­ża­li, że dla nie­go waż­na jest wy­łącz­nie jej po­wierz­chow­ność. Rze­czy­wi­ście Ju­sty­na była wy­jąt­ko­wo re­pre­zen­ta­cyj­ną pan­ną. Blond pięk­ność o nie­bie­skich oczach i ba­jecz­nej fi­gu­rze przy­cią­ga­ła spoj­rze­nia więk­szo­ści chło­pa­ków uczęsz­cza­ją­cych do jed­ne­go z li­ce­ów ogól­no­kształ­cą­cych w Rze­szo­wie. Bra­ki in­te­lek­tu­al­ne w peł­ni re­kom­pen­so­wa­ła uro­da i za­wsze nie­na­gan­ny wy­gląd. Rył­ków­na świet­nie orien­to­wa­ła się w tren­dach mo­do­wych, od­waż­nie eks­pe­ry­men­to­wa­ła z ma­ki­ja­żem i do­dat­ka­mi, do prze­sa­dy wręcz dba­ła o się­ga­ją­ce pasa wło­sy. Za­wsze mia­ła sta­ran­nie wy­ko­na­ny ma­ni­cu­re. Wraz z Dy­la­nem sta­no­wi­li naj­go­ręt­szą parę w szko­le. Po pro­stu hot! Przy­cią­ga­li peł­ne za­wi­ści i po­dzi­wu spoj­rze­nia, a ich burz­li­wy zwią­zek był te­ma­tem wie­lu szkol­nych new­sów.

Nie­jed­na oso­ba za­cho­dzi­ła w gło­wę, czy prze­trwa­ją pró­bę, jaką bez wąt­pie­nia bę­dzie wy­jazd Dy­la­na do Kra­ko­wa. Dy­lan miał tam stu­dio­wać me­dy­cy­nę, tak po­sta­no­wi­li jego ro­dzi­ce daw­no temu, nie po­zo­sta­wia­jąc mu za­sad­ni­czo wy­bo­ru. Zresz­tą sam za­in­te­re­so­wa­ny nie ne­go­wał ich woli, wy­cho­dząc z za­ło­że­nia, że taki kie­ru­nek za­pew­ni mu pre­sti­żo­wą pra­cę. Być może mło­dy już wi­dział się w pry­wat­nym ga­bi­ne­cie in­ka­su­ją­ce­go kro­cie za odro­bi­nę swe­go cza­su i szczyp­tę wie­dzy, któ­rą w ja­kiś ma­gicz­ny spo­sób bę­dzie mu­siał wtło­czyć so­bie do gło­wy.

Szczer­ba pla­so­wał się ra­czej dość wy­so­ko w ran­kin­gu do­brych uczniów. Wzo­rem zde­cy­do­wa­nie nie był, a część ocen moc­no mu na­cią­ga­no. W po­ko­ju na­uczy­ciel­skim wy­ra­ża­no po­glą­dy, że dok­to­ra ra­czej z nie­go nie bę­dzie, bo jest na to zbyt le­ni­wy.

Znacz­nie bar­dziej w jego moż­li­wo­ści wie­rzy­li ró­wie­śni­cy, któ­rzy spe­ku­lo­wa­li jed­no­cze­śnie, jak roz­wi­nie się zna­jo­mość naj­go­ręt­szej pary w ogól­nia­ku. Część uczniów uwa­ża­ła, że Dża­sti­na wy­je­dzie z Dy­la­nem do Kra­ko­wa. Oczy­wi­ście nie w cha­rak­te­rze stu­dent­ki, bo nie ro­bi­ła ta­jem­ni­cy z tego, że nie za­mie­rza kon­ty­nu­ować na­uki. Wró­żo­no jej ra­czej ka­rie­rę w show-bu­si­nessie, po­nie­waż już te­raz jej in­sta­gra­mo­wy pro­fil ob­ser­wo­wa­ło po­nad pięć­dzie­siąt ty­się­cy fol­lo­wer­sów. Dża­sti­na wrzu­ca­ła na po­pu­lar­ny ser­wis spo­łecz­no­ścio­wy dzie­siąt­ki zdjęć ze swo­imi sty­li­za­cja­mi, do­ku­men­to­wa­ła tam rów­nież zwią­zek z Dy­la­nem. Od spon­so­rów czę­sto otrzy­my­wa­ła róż­ne war­to­ścio­we upo­min­ki w po­sta­ci ko­sme­ty­ków czy ciu­chów, któ­re pre­zen­to­wa­ła w sie­ci. Część tych rze­czy przy­no­si­ła póź­niej do szko­ły w celu od­sprze­da­nia ko­le­żan­kom. Za­ra­bia­ła na tym nie­złe pie­nią­dze, gdyż wciąż ku­po­wa­ła so­bie coś no­we­go, czę­sto prze­sia­dy­wa­ła u fry­zjer­ki, jesz­cze czę­ściej u ko­sme­tycz­ki i oczy­wi­ście obo­wiąz­ko­wo w klu­bie fit­ness, gdzie żmud­nie rzeź­bi­ła fi­gu­rę, nie do­pusz­cza­jąc do tego, by na ja­kiej­kol­wiek czę­ści jej cia­ła po­wsta­ła choć­by ma­leń­ka fałd­ka tłusz­czu. Za­pew­ne w Kra­ko­wie zna­la­zła­by dla sie­bie ja­kąś atrak­cyj­ną pra­cę, któ­ra po­zwa­la­ła­by na utrzy­ma­nie się w wiel­kim mie­ście oraz na do­pil­no­wa­nie, by uczu­cie nie wy­ga­sło, gdy za­czną je wy­sta­wiać na pró­bę róż­ne pięk­ne ku­si­ciel­ki.

Czy to była mi­łość?

W od­czu­ciu Ju­sty­ny i Dy­la­na zde­cy­do­wa­nie tak. Nie mo­gli bez sie­bie żyć, choć zwią­zek na­le­żał do burz­li­wych i zdo­mi­no­wa­nych przez za­zdrość. W ostat­nim pół­ro­czu zdą­ży­li kil­ka­krot­nie ze sobą ze­rwać, a na­stęp­nie spek­ta­ku­lar­nie do sie­bie po­wró­cić na oczach nie­mal­że ca­łej spo­łecz­no­ści szkol­nej.

Za każ­dym ra­zem, gdy na­stę­po­wa­ło roz­sta­nie, oży­wa­ła na­dzie­ja w ser­cach osób po­stron­nych, któ­re były za­in­te­re­so­wa­ne roz­dzie­le­niem amor­ków i wej­ściem w rolę po­cie­szy­cie­la bądź po­cie­szy­ciel­ki. San­dra nie ro­bi­ła so­bie po­dob­nych złu­dzeń, wie­dzia­ła, że u Dy­la­na nie ma naj­mniej­szych szans. Była zbyt nie­po­zor­na, by zwró­cić jego uwa­gę.

San­dra skoń­czy­ła prze­pi­sy­wa­nie za­da­nia do­mo­we­go rów­no z dzwon­kiem wzy­wa­ją­cym uczniów na pierw­szą lek­cję.

- Uff... W samą porę - stwier­dzi­ła Ni­ko­la, wrzu­ca­jąc ze­szyt do tor­by. - Alfa już nad­cią­ga. - Wska­za­ła ru­chem gło­wy ma­te­ma­tycz­kę.

Alfa, czy­li Ge­no­we­fa Żmu­da, była le­ci­wą na­uczy­ciel­ką pa­mię­ta­ją­cą jesz­cze po­przed­ni ustrój. Wła­ści­wie mo­gła­by przejść na za­słu­żo­ny od­po­czy­nek, po­zwa­lał na to jej PE­SEL, lecz w li­ceum trzy­ma­ły ją dwie spra­wy: po pierw­sze, proś­ba dy­rek­to­ra, któ­re­mu bra­ko­wa­ło ka­dry na­uczy­ciel­skiej, a po dru­gie, chęć do­ro­bie­nia paru zło­tych do nie­zbyt wy­so­kiej eme­ry­tu­ry. Swo­ją pra­cę wy­ko­ny­wa­ła nie­ja­ko z musu i bez więk­szej przy­jem­no­ści. Z roku na rok od­czu­wa­ła co­raz więk­sze wy­pa­le­nie za­wo­do­we. Ucznio­wie też iry­to­wa­li ją co­raz bar­dziej, a cza­sa­mi wręcz od­no­si­ła wra­że­nie, że każ­dy na­stęp­ny rocz­nik wkra­cza­ją­cy w szkol­ne pro­gi jest głup­szy i nie­zno­śniej­szy od po­przed­ni­ków. Nie za­przy­jaź­nia­ła się ze swo­imi wy­cho­wan­ka­mi, sku­pia­ła uwa­gę wy­łącz­nie na prze­ka­zy­wa­niu wie­dzy. Na­le­ża­ła do gro­na naj­su­row­szych bel­frów, przed któ­ry­mi drże­li ab­so­lut­nie wszy­scy ucznio­wie. Choć nie była przez nich da­rzo­na choć­by gra­mem sym­pa­tii, mia­ła po­słuch jak mało któ­ry pe­da­gog. I nie­waż­ne, że ów po­słuch wy­mu­szo­ny był stra­chem przed oce­ną nie­do­sta­tecz­ną czy nie­do­pusz­cze­niem do ma­tu­ry.

Ucznio­wie we­szli do kla­sy i za­ję­li miej­sca. Mo­men­tal­nie za­pa­dła ci­sza jak ma­kiem za­siał. Po roz­ło­że­niu przy­nie­sio­nych przez sie­bie ma­te­ria­łów dy­dak­tycz­nych Żmu­da za­czę­ła mo­no­ton­nym gło­sem od­czy­ty­wać li­stę obec­no­ści. Za każ­dym ra­zem pod­no­si­ła gło­wę, spo­glą­da­jąc w kie­run­ku de­li­kwen­ta.

- Bo­ziu... Ona ma wzrok ba­zy­lisz­ka - szep­nę­ła z tyłu któ­raś dziew­czy­na.

- Rył­ków­na, co ty tam mam­ro­czesz? - Czuj­ne uszy na­uczy­ciel­ki wy­ło­wi­ły nie­znacz­ny szmer.

- Nic, nic, pani psor - bąk­nę­ła uczen­ni­ca.

- Po­każ no ty się - po­le­ci­ła Żmu­da.

Ju­sty­na wsta­ła nie­śpiesz­nie. Od­ru­cho­wo na­cią­gnę­ła kusą blu­zę, by za­sło­nić pę­pek, w któ­rym po­ły­ski­wał kol­czyk. Na szczę­ście na­uczy­ciel­ka nie do­strze­gła go­li­zny. Sku­pi­ła na­to­miast uwa­gę na zde­cy­do­wa­nie zbyt moc­nym ma­ki­ja­żu oraz błysz­czą­cej opa­sce we wło­sach.

- A coś ty taka wy­stro­jo­na, jak­byś szła na bal Mu­rzy­nów? - Le­ci­wa ko­bie­ta za nic mia­ła pro­pa­go­wa­ną przez me­dia po­praw­ność po­li­tycz­ną. - W tej chwi­li zdej­muj te bły­skot­ki - ob­sztor­co­wa­ła mod­ni­się, ża­łu­jąc, że nie może so­bie po­zwo­lić na to, by jak za sta­rych, do­brych cza­sów zła­pać dzie­wo­ję za tle­nio­ne blond ku­dły, za­pro­wa­dzić ją do ła­zien­ki i na­ka­zać zmy­cie ma­ki­ja­żu. Kie­dyś uczen­ni­ca po­trak­to­wa­na w ten spo­sób sie­dzia­ła­by przez resz­tę lek­cji jak tru­sia, drżąc z oba­wy przed wpi­sa­niem uwa­gi do dzien­nicz­ka. Ak­tu­al­nie mo­gło­by się to skoń­czyć po­waż­ny­mi ta­ra­pa­ta­mi dla na­uczy­ciel­ki. Świat sta­nął na gło­wie - wes­tchnę­ła nie­znacz­nie. Zde­cy­do­wa­nie wo­la­ła mi­nio­ną epo­kę oraz dys­cy­pli­nę, któ­rą moż­na było wów­czas na­rzu­cać. Te­raz smar­ka­cze dzia­ła­li jej na ner­wy pra­wa­mi ucznia i wy­szcze­ka­ny­mi ro­dzi­ca­mi, któ­rzy za nic mie­li au­to­ry­tet bel­fra.

Ju­sty­na po­słusz­nie zdję­ła opa­skę i wło­ży­ła ją do tor­by po­wie­szo­nej na ha­czy­ku pod ław­ką. Ze Żmu­dą wo­la­ła nie dys­ku­to­wać, z każ­dym in­nym pe­da­go­giem wda­ła­by się w prze­py­chan­kę słow­ną. Wszak błysz­czą­ca ozdo­ba nie na­ru­sza­ła żad­ne­go re­gu­la­mi­nu. Zresz­tą poza Żmu­dą nikt inny nie zwró­cił­by na ten dro­biazg uwa­gi. Na­sto­lat­ka ży­wi­ła na­dzie­ję, że nie na­ru­szy­ła sta­ran­nie uło­żo­nej fry­zu­ry. Usi­ło­wa­ła dys­kret­nie zer­k­nąć w lu­ster­ko, lecz to przy­ku­ło wzrok ma­te­ma­tycz­ki.

- Rył­ków­na do ta­bli­cy. - Usły­sza­ła skrze­kli­wy głos, któ­ry spra­wił, że ma­leń­kie, ja­sne wło­ski po­ra­sta­ją­ce jej przed­ra­mio­na zje­ży­ły się nie­przy­jem­nie. Ech... Żeby tak samo chcia­ły się stro­szyć, gdy pró­bo­wa­ła je de­pi­lo­wać!

Co za idio­ta po­wie­dział, że wiek to tyl­ko licz­ba? - wes­tchnę­ła cięż­ko Agniesz­ka Wil­kosz, ze­zu­jąc na sie­dzą­cą z nią biur­ko w biur­ko Pau­li­nę Staw­ską.

Pau­la była naj­młod­szym pra­cow­ni­kiem biu­ra, za­trud­nio­nym za­le­d­wie kil­ka mie­się­cy temu. Bra­ko­wa­ło jej do­świad­cze­nia i kom­pe­ten­cji, a mimo to już otrzy­my­wa­ła wy­na­gro­dze­nie w tej sa­mej wy­so­ko­ści, co Aga.

Sęk w tym, że Wil­ko­szo­wa fi­gu­ro­wa­ła na li­ście płac w biu­rze ra­chun­ko­wym "Atut" nie­mal­że od po­cząt­ku jego ist­nie­nia, czy­li od dwu­dzie­stu pię­ciu lat. Za­czy­na­ła ka­rie­rę za­wo­do­wą jako świe­żo upie­czo­na ma­tu­rzyst­ka, i od star­szych, bar­dziej do­świad­czo­nych księ­go­wych uczy­ła się żmud­ne­go pro­wa­dze­nia ksiąg ra­chun­ko­wych lo­kal­nym przed­się­bior­com.

Po­cząt­ki jej pra­cy na­le­ża­ły do wy­jąt­ko­wo trud­nych. To były póź­ne lata dzie­więć­dzie­sią­te, gdy niby obo­wią­zy­wał wol­ny ry­nek, lecz wciąż do złu­dze­nia przy­po­mi­nał po­łą­cze­nie Dzi­kie­go Za­cho­du z wol­ną ame­ry­kan­ką, a mob­bing był na­tu­ral­nym zja­wi­skiem. Na­dal pa­no­wa­ło spo­re bez­ro­bo­cie, więc czę­sto nad zdro­wie psy­chicz­ne i do­bre sa­mo­po­czu­cie przed­kła­da­ło się pro­za­icz­ną po­trze­bę sta­bil­ne­go za­trud­nie­nia, któ­re da­wa­ło gwa­ran­cję co­mie­sięcz­nej wy­pła­ty, kury w garn­ku na nie­dziel­ny obiad i ubez­pie­cze­nia na wy­pa­dek za­cho­ro­wa­nia. Star­sze ko­le­żan­ki per­fid­nie wy­ko­rzy­sty­wa­ły brak do­świad­cze­nia oraz mło­dy wiek Agniesz­ki. Bez par­do­nu wy­ty­ka­ły jej naj­drob­niej­sze po­tknię­cia, roz­dmu­chu­jąc dro­bia­zgi do roz­mia­rów wiel­kiej afe­ry. Czu­ła się wów­czas taka głu­pia, nic nie­zna­czą­ca, po­ko­na­na! Za­le­ża­ło jej, by po­zo­stać na sta­no­wi­sku, zdo­być do­świad­cze­nie i za­pew­nić byt po­więk­sza­ją­cej się ro­dzi­nie, więc za­ci­ska­ła zęby, tłu­miąc ne­ga­tyw­ne emo­cje. Zno­si­ła róż­ne szy­ka­ny, nie­ko­niecz­nie zwią­za­ne z pra­cą za­wo­do­wą, ale czę­ściej bę­dą­ce efek­tem za­wi­ści, gdyż od "Trój­ką­ta Ber­mudz­kie­go", jak na­zy­wa­ła trzon ka­dro­wy w "Atu­cie", dzie­li­ły ją bli­sko dwie de­ka­dy. Była tam naj­młod­sza i co tu dużo kryć: naj­ład­niej­sza. Je­dy­na szczu­pła, nie­utu­czo­na pącz­ka­mi i słod­ko­ścia­mi, któ­re wciąż za­ja­da­ły tam­te trzy, a na do­da­tek szyb­ko zdo­by­wa­ją­ca szcze­rą sym­pa­tię klien­tów. Bo jej ko­le­żan­ki po­zo­wa­ły na udziel­ne księż­ne, któ­rym na­le­ża­ło kła­niać się w pas, przy­cho­dząc z ja­ką­kol­wiek spra­wą. Lu­dziom nie­obe­zna­nym z pra­wem po­dat­ko­wym oka­zy­wa­ły po­gar­dę. Świę­te kro­wy. Do­słow­nie.

Agniesz­ka nie po­tra­fi­ła po­stę­po­wać tak jak one. Każ­de­go kon­tra­hen­ta trak­to­wa­ła z mak­sy­mal­ną życz­li­wo­ścią i nie wpa­da­ła w iry­ta­cję na­wet wów­czas, gdy po raz dzie­sią­ty tłu­ma­czy­ła ja­kie­muś de­li­kwen­to­wi, cze­mu tak waż­ne jest, by w fak­tu­rach skru­pu­lat­nie uzu­peł­niać za­rów­no dane na­byw­cy, jak i sprze­daw­cy, dla­cze­go po­dat­ki trze­ba pła­cić ter­mi­no­wo, a każ­dy pra­cow­nik po­wi­nien mieć tecz­kę z ak­ta­mi per­so­nal­ny­mi.

Z bie­giem cza­su "Trój­kąt Ber­mudz­ki" za­czął się wy­kru­szać. Od­cho­dzą­ce ko­lej­no księ­go­we za­stę­po­wa­no mło­dy­mi dziew­czy­na­mi, ab­sol­went­ka­mi wyż­szych uczel­ni, nie­rzad­ko bez do­świad­cze­nia za­wo­do­we­go, za to z cur­ri­cu­lum vi­tae bo­ga­tym w ukoń­czo­ne kur­sy i szko­le­nia. Waż­niej­sze od rze­czy­wi­stych umie­jęt­no­ści sta­ło się po­sia­da­nie pa­pier­ków, dy­plo­mów i za­świad­czeń oraz ukoń­czo­ne stu­dia - choć­by z mar­ny­mi oce­na­mi, i oczy­wi­ście zna­jo­mość dwóch lub wię­cej ję­zy­ków ob­cych, choć biu­ro funk­cjo­no­wa­ło wy­łącz­nie w Rze­szo­wie, roz­li­cza­jąc przed­się­bior­ców dzia­ła­ją­cych na lo­kal­nym ryn­ku, wśród któ­rych na­wet naj­za­moż­niej­szy, Ja­ro­sław Szczer­ba, nie pro­wa­dził żad­nych in­te­re­sów z za­gra­nicz­ny­mi kon­tra­hen­ta­mi. Krót­ko mó­wiąc, prze­rost ocze­ki­wań po­nad re­al­ne po­trze­by.

Agniesz­ka, roz­my­śla­jąc o nie­spra­wie­dli­wo­ściach na ryn­ku pra­cy, ze­zo­wa­ła na ko­le­żan­kę, któ­ra sie­dzia­ła ze znu­dzo­ną miną, ewi­dent­nie prze­glą­da­jąc za­so­by In­ter­ne­tu. Gdy­by pra­co­wa­ła, mu­sia­ła­by stu­kać w kla­wia­tu­rę, a nie kli­kać samą mysz­ką.

- Uzu­peł­ni­łaś książ­kę przy­cho­dów Dęb­skie­go? - za­py­ta­ła.

- Jesz­cze nie - usły­sza­ła w od­po­wie­dzi.

- A dla­cze­go? Prze­cież wiesz, że dzi­siaj trze­ba zło­żyć de­kla­ra­cję VAT-owską.

- Bo nie mam jesz­cze wszyst­kich do­ku­men­tów - od­par­ła Pau­la ze sto­ic­kim spo­ko­jem. Na­wet nie za­szczy­ci­ła ko­le­żan­ki spoj­rze­niem, da­lej mia­ła wzrok utkwio­ny w ekra­nie kom­pu­te­ra.

- No to cze­mu sie­dzisz bez­czyn­nie? Dzwoń do nie­go, niech ci do­wie­zie pa­pie­ry. Może za­po­mniał o ter­mi­nie? Prze­cież nie mo­że­my po­zwo­lić, by na­ło­żo­no na nie­go karę.

- Za­po­mi­na każ­de­go mie­sią­ca. Wciąż go trze­ba po­na­glać. Gdy­by choć raz za­pła­cił, to może w koń­cu za­pa­mię­tał­by, że na­le­ży przy­wieźć do­ku­men­ty na czas.

- Osza­la­łaś? Prze­cież je­ste­śmy od tego, by nasi klien­ci mo­gli spać spo­koj­nie i nie mu­sie­li oba­wiać się sank­cji. Księ­go­wość i po­dat­ki to nie prze­lew­ki. Nie na­uczy­li cię tego w szko­le?

- W szko­le nie. A na ma­gi­ster­ce ow­szem - od­par­ła ką­śli­wie Pau­la, ze­zu­jąc na star­szą ko­le­żan­kę. Tra­fi­ła w czu­ły punkt, po­nie­waż Wil­ko­szo­wa mia­ła je­dy­nie za­ocz­ny li­cen­cjat. - Wspo­mi­na­li rów­nież o tym, że mob­bing w pra­cy to po­waż­ne prze­stęp­stwo.

- Co ty mó­wisz? - Głos Agniesz­ki przy­po­mi­nał pisk my­szy. - Jaki mob­bing?

- Nor­mal­ny. To, że je­steś ode mnie star­sza, nie daje ci pra­wa do wy­da­wa­nia mi po­le­ceń i wy­ko­rzy­sty­wa­nia tego fak­tu w na­szych re­la­cjach za­wo­do­wych. Nie cze­piaj się więc, tyl­ko pil­nuj swo­je­go nosa.

Agniesz­ka spo­glą­da­ła na nią z nie­do­wie­rza­niem. Prze­cież nie do­ku­czy­ła mło­dej w ża­den spo­sób. Ła­god­nym to­nem zwró­ci­ła jej uwa­gę i wy­ni­ka­ło to ra­czej z życz­li­wo­ści oraz chę­ci za­po­bie­że­nia pro­ble­mom. Tym­cza­sem smar­ku­la wy­je­cha­ła jej z tek­stem o mob­bin­gu!

- Co w szko­le? - za­py­ta­ła Agniesz­ka po po­wro­cie z pra­cy.

Cała trój­ka dzie­cia­ków zdą­ży­ła już wró­cić do domu. Oli­wia od razu za­wi­sła ro­dzi­ciel­ce na szyi i za­czę­ła traj­ko­tać o przy­nie­sio­nej piąt­ce z mu­zy­ki i bi­bu­le, któ­rej za­bra­kło jej na ju­trzej­sze za­ję­cia. Ko­bie­ta z tru­dem uwol­ni­ła się z ob­jęć naj­młod­szej po­cie­chy, pra­gnąc po­dzie­lić uwa­gę spra­wie­dli­wie po­mię­dzy po­tom­ków. Ża­ło­wa­ła, że star­sza dwój­ka wy­ro­sła już z wie­ku, gdy opo­wia­da się ro­dzi­com o swych spra­wach. Na­ta­niel burk­nął coś nie­zro­zu­mia­le, na­wet nie pod­no­sząc gło­wy znad ko­mik­su. San­dra po­prze­sta­ła na wzru­sze­niu ra­mio­na­mi, ona dla od­mia­ny mia­ła wzrok utkwio­ny w smart­fo­nie.

Agniesz­ka wes­tchnę­ła, roz­pi­na­jąc pi­ko­wa­ną kurt­kę. Była zmar­z­nię­ta i zmę­czo­na. W dro­dze z przy­stan­ku so­lid­nie ją prze­wia­ło. Ma­rzy­ła o ta­le­rzu go­rą­cej zupy i choć­by chwi­li wy­tchnie­nia. Mia­ła za sobą cięż­ki dzień, po­ła­jan­kę sze­fo­wej za opie­sza­łość w pra­cy oraz po­tycz­kę słow­ną z Pau­li­ną. Gwo­li ści­sło­ści owa po­ła­jan­ka była krzyw­dzą­co nie­słusz­na, bo­wiem Agniesz­ka na­le­ża­ła do tego po­ko­le­nia, któ­re na­uczo­no, że w pra­cy na­le­ży da­wać z sie­bie sto pro­cent, choć­by mia­ło się to oby­wać kosz­tem ży­cia do­mo­we­go. Czę­sto więc zo­sta­wa­ła po go­dzi­nach i ślę­cza­ła nad za­wi­ły­mi roz­li­cze­nia­mi, któ­rym nie były w sta­nie po­do­łać jej młod­sze ko­le­żan­ki, ty­po­we przed­sta­wi­ciel­ki po­ko­le­nia mi­le­nial­sów[5].

- Za­grza­łaś obiad? - za­gad­nę­ła star­szą z có­rek.

Po­cią­gnę­ła no­sem, z kuch­ni do­bie­gał aro­mat fa­sol­ki po bre­toń­sku, któ­rą przy­go­to­wa­ła dzień wcze­śniej. Czu­ła tak­że de­li­kat­ny swąd spa­le­ni­zny oraz chłód prze­cią­gu. Mia­ła na­dzie­ję, że otwar­te okno nie ozna­cza, że da­nie się przy­pa­li­ło, i że ta woń do­la­tu­je tu­taj od są­sia­dów.

Osiem­na­sto­lat­ka kiw­nę­ła gło­wą.

- Mnie też miło się z tobą roz­ma­wia - rzu­ci­ła Wil­ko­szo­wa. - Dzie­cia­ki, myj­cie ręce i do sto­łu - wy­da­ła po­le­ce­nie, a sama we­szła do kuch­ni, by po­dać po­si­łek. Z za­do­wo­le­niem stwier­dzi­ła, że nie­wiel­ki blat zo­stał na­kry­ty. Bra­ko­wa­ło tyl­ko pie­czy­wa.

- Mam­ciu, a ja po­ukła­da­łam ta­le­rze i sztuć­ce! - za­szcze­bio­ta­ła Oliw­ka.

- Wspa­nia­le, moja mała go­spo­siu. - Agniesz­ka za­wsze sta­ra­ła się do­ce­niać po­moc. Po­gła­ska­ła małą po wło­sach.

- Fa­sol­ka tro­chę się przy­pa­li­ła - bąk­nę­ła San­dra.

- Nie za­mie­sza­łaś?

- Mie­sza­łam. Ale prze­cież nie będę wle­pia­ła oczu w gar­nek jak sro­ka w gnat.

- Ja­sne, le­piej ga­pić się na Fej­sa. Po­krój chleb - burk­nę­ła roz­draż­nio­na Wil­ko­szo­wa. Żal jej było ze­psu­tej po­tra­wy. Wczo­raj była pysz­na, ale są­dząc po za­pa­chu, dzi­siaj cze­kał ich ra­czej nie­zbyt smacz­ny po­si­łek. Mia­ła na­dzie­ję, że mąż zdą­żył so­bie po­jeść przed wyj­ściem do pra­cy na dru­gą zmia­nę. - Chleb! - po­na­gli­ła dziew­czy­nę.

- No już kro­ję - od­par­ła mło­da, cho­wa­jąc smart­fon do kie­sze­ni w blu­zie.

- Dia­bli nada­li te cho­ler­ne ko­mór­ki. Nic nie ro­bisz, tyl­ko sie­dzisz ze wzro­kiem utkwio­nym w to cho­ler­stwo. Nie mo­żesz wy­trzy­mać choć chwi­li bez dźga­nia pa­lu­chem w wy­świe­tlacz? - uty­ski­wa­ła, ostroż­nie na­bie­ra­jąc da­nie, by nie prze­je­chać cho­chlą po dnie i nie na­brać przy­pa­lo­ne­go. Li­czy­ła na to, że mło­da mia­ła dość ole­ju w gło­wie, by nie skro­bać łyż­ką po zwę­glo­nej war­stwie, któ­ra bez wąt­pie­nia odło­ży­ła się na spo­dzie garn­ka.

- Oj mamo! - żach­nę­ła się cór­ka.

- Żad­ne "oj mamo"! Tak trud­no ci było do­pil­no­wać, by je­dze­nie się nie przy­pa­li­ło? Przez cie­bie cała moja pra­ca po­szła na mar­ne. Nie masz za grosz sza­cun­ku do tego, co inni ro­bią.

- Ojej­ku, urzą­dzasz sia­rę o to, że raz coś mi się sfaj­czy­ło?

- Nie raz! Nie raz! Na­ta­nie­lu! Zo­staw w koń­cu ten ko­miks, umyj ręce i sia­daj przy sto­le! - huk­nę­ła na syna.

- To nie jest ko­miks, tyl­ko man­ga - oświad­czył na­sto­la­tek, cho­wa­jąc się za gę­stą grzy­wą zde­cy­do­wa­nie zbyt dłu­gich wło­sów opa­da­ją­cych mu na czo­ło i za­sła­nia­ją­cych dość sku­tecz­nie pół twa­rzy.

- A co za róż­ni­ca? Zrób coś z tymi ku­dła­mi, za­nim oślep­niesz!

- Dżi­zas... Ale masz dzi­siaj hu­mor...

- Hu­mor to ja mia­łam cał­kiem do­bry. Tyl­ko przy was ogar­nia mnie sła­bość.

- Mu­sia­łaś zja­rać żar­cie? - burk­nął do San­dry z pre­ten­sją. - To chy­ba nic trud­ne­go ru­szyć łyż­ką w garn­ku.

Dziew­czy­na wy­krzy­wi­ła się i rzu­ci­ła:

- Jak je­steś taki mą­dry, to cze­mu sam nie za­grza­łeś?

- Bo od sta­nia przy ga­rach są baby.

- Wiesz co, głą­bie? Zjeż­dżaj do taj­gi li­czyć szysz­ki! Ju­tro ty bę­dziesz wa­ro­wał w kuch­ni.

- Sama wa­ruj. Ja mam ju­tro tre­ning.

- Aku­rat, dzba­nie!

- Do­syć! - Sil­ny głos mat­ki wzniósł się po­nad sprzecz­kę ro­dzeń­stwa. - Czy w tym domu nie może być ani chwi­li ci­szy? Czło­wiek wra­ca wy­koń­czo­ny po pra­cy, a wy wciąż tyl­ko ska­cze­cie so­bie do oczu. Wsty­dzi­ła­byś się, San­dro! Je­steś naj­star­sza, po­win­naś mieć naj­wię­cej ro­zu­mu. Na­praw­dę ostat­nie sło­wo za­wsze musi na­le­żeć do cie­bie?

- Tak, bo ina­czej mło­dy bu­rak wle­zie mi na gło­wę!

Agniesz­ka wes­tchnę­ła cięż­ko.

O mat­ko! Czy tyl­ko ja mam cza­sa­mi ocho­tę uka­tru­pić wła­sne po­tom­stwo? - po­my­śla­ła. Niech­by oni już wszy­scy do­ro­śli i wy­fru­nę­li z ro­dzin­ne­go gniaz­da. O słod­ka go­dzi­no! Ależ by tu za­pa­no­wał spo­kój! Ech... Ma­rze­nie! Stwo­rzy­łam sta­do za­pa­trzo­nych w sie­bie po­two­rów - stwier­dzi­ła ko­bie­ta, bez ape­ty­tu kon­su­mu­jąc przy­pa­lo­ną po­tra­wę.

Ko­cha­ła całą swą gro­mad­kę, ale cza­sa­mi po­trze­bo­wa­ła odro­bi­ny wy­tchnie­nia.

Przy trój­ce dzie­ci stło­czo­nej na tak ma­łej po­wierzch­ni trud­no było o chwi­lę ci­szy. Każ­de z nich było skraj­nym in­dy­wi­du­ali­stą, moc­no ak­cen­to­wa­li swą wy­jąt­ko­wość i wręcz zda­wa­li się to­czyć ja­kąś ry­wa­li­za­cję. Nie o wzglę­dy ro­dzi­ców, lecz o to, kto ma ra­cję albo komu wię­cej wol­no. Nie­ustan­nie od­by­wa­li po­je­dyn­ki na sło­wa, war­cze­li na sie­bie, nie­kie­dy na­wet do­cho­dzi­ło do rę­ko­czy­nów. Prym wio­dła star­sza dwój­ka, ale od ja­kie­goś cza­su Oliw­ka przej­mo­wa­ła ich iry­tu­ją­ce za­cho­wa­nia. Ona tak­że za­czę­ła się wy­mi­gi­wać od do­mo­wych obo­wiąz­ków, a po­wie­rzo­ne jej za­da­nia wy­ko­ny­wa­ła nie­dba­le i co­raz czę­ściej od­da­wa­ła się za­ba­wie smart­fo­nem.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu peł­nej wer­sji książ­ki