Zaginiona kartoteka Numer Sześć - Lore Pittacus

Reflow text when sidebars are open.
Widziałam jego zdjęcie w wiadomościach. Czytałam o tym, co zaszło w miasteczku Paradise. John Smith, poszukiwany uciekinier. Jest zagadką dla wszystkich, ale nie dla mnie. Bo ja wiem, że... to jeden z nas.
Na początku była nas dziewiątka, ale teraz zastanawiam się czasem, czy przypadkiem nie zmieniliśmy się przez te wszystkie lata - czy wciąż jeszcze wierzymy w nasz cel. Skąd mam to wiedzieć? Zostało nas sześcioro. Ukrywamy się, udajemy zwykłych ludzi, nie próbujemy nawet się ze sobą kontaktować... ale nasze Dziedzictwa rosną w siłę i zbliża się dzień, gdy będziemy gotowi, aby podjąć walkę. Czy to możliwe, że John jest Czwarty, a jego pojawienie się to znak, na który czekałam? A kolejne numery? Czy dziewczyna, którą widuję w snach, ciemnowłosa, o oczach niespokojnych jak burza, może być Piąta albo Szósta? Ta dziewczyna włada nieprawdopodobną mocą. A jeśli starczy jej siły, aby zjednoczyć całą naszą szóstkę?
Numer Pierwszy wpadł w Malezji.
Numer Drugi - w Anglii.
Numer Trzeci - w Kenii.
Czwartego próbowali zlikwidować w Ohio, w mieście Paradise - nie udało im się.
Ja też należę do tej ocalałej szóstki. Jestem Siódma.
Chcę wreszcie stanąć do walki.
Mam głębokie przeczucie, że ten chłopak jest jednym z nas. I coś mi mówi, że muszę go odnaleźć.Pochwały:
Sto procent akcji. - Publishers Weekly
Numer Czwarty to bohater swojego pokolenia. - Michael Bay, reżyser Transformers
Fascynujące. - The Horn Book
Pełna napięcia akcja plus fascynujące sylwetki nastoletnich bohaterów, którzy jeden po drugim odnajdują się nawzajem, wspólnie odkrywając tajemnice planety Lorien - to musi się skończyć walną bitwą o wszystko. Seria podąża w niezwykle interesującym kierunku. - Bulletin of the Center for Children's Books
Czadowa jazda. - Booklist
Czuć w tej książce autentyczne napięcie. Łatwo się zagubić w świecie nastolatków z innej planety. - Chicago Tribune
Tej książki nie sposób odłożyć przed końcem czytania. - Justine Magazine
Wciągająca, utrzymana w zawrotnym tempie fantastyka. Czytelnicy będą z całego serca dopingować nastoletniego kosmitę, który musi bronić siebie i swoich ziemskich przyjaciół oraz uratować przed zagładą całą planetę. Uwaga, fani SF! Bitwa o Ziemię rozpoczęta, a w mieście pojawił się ktoś obcy! - Amazon.com
Szybkie tempo, nadludzkie moce w walce, konflikt dobra ze złem - ta seria przypadnie do serca miłośnikom przygodowej fantastyki, który z wielką niecierpliwością będą czekać na następne tomy. - Bulletin of the Center for Children's Books
Jak mawia Katarina: ukryć się można na różne sposoby.
Teraz mieszkamy w Meksyku, ale przedtem miałyśmy dom w Kolorado, na przedmieściach Denver. Nazywałam się wtedy Sheila. Wstrętne imię, gorsze nawet od tego, które noszę obecnie: Kelly. Spędziłyśmy tam dwa lata. Nosiłam spinki we włosach i różowe bransoletki z gumy, tak jak wszystkie dziewczyny z mojej szkoły. Było wśród nich kilka takich, które uważałam za "przyjaciółki". Zapraszałyśmy się nawzajem na noc. W lecie, kiedy szkoły nie było, wyjeżdżałam na obozy pływackie z YMCA. To było niezłe życie i lubiłam swoich znajomych, ale zdążyłam już zaliczyć wystarczająco wiele przeprowadzek z Katariną - moją C?pan - aby wiedzieć, że z całą pewnością nie zostaniemy tam na stałe. Moje prawdziwe życie wyglądało zupełnie inaczej.
Przede wszystkim toczyło się w zupełnie innym miejscu: w piwnicy, gdzie ćwiczyłam z Katariną sztuki walki. Za dnia był to całkiem normalny pokój rekreacyjny, gdzie pod jedną ścianą stała wygodna, szeroka kanapa, a pod drugą stół do ping-ponga. W nocy piwnica zamieniała się w salę treningową, porządnie wyposażoną w wiszące worki, maty i wszelkiego rodzaju broń ręczną. Miałyśmy tam nawet prowizorycznego konia z łękami.
Przy ludziach Katarina podawała się za moją matkę; jej "mąż", a mój "ojciec" miał jakoby zginąć w wypadku samochodowym krótko po tym, jak przyszłam na świat. Nasze nazwiska, nasze życie, wszystko, co o sobie mówiłyśmy, było mistyfikacją, a tożsamości służyły wyłącznie jako kamuflaż. Dzięki temu mog- łyśmy swobodnie funkcjonować wśród ludzi. Żyć normalnie.
Wtopić się w otoczenie: to jeden sposób, aby się ukryć.
Zdarzały się nam jednak wpadki. Pamiętam do dziś rozmowę w samochodzie, kiedy pewnego dnia wyruszyłyśmy w stronę granicy z Meksykiem, zostawiając Denver za sobą. Dlaczego Meksyk? Tylko i wyłącznie dlatego, że jeszcze nigdy nas tam nie zaniosło. W Denver byłyśmy spalone; po drodze było dość czasu, aby się zastanowić, jak właściwie do tego doszło. Chodziło mianowicie o to, że powiedziałam coś Elizie, swojej koleżance, a Katarina wcześniej mówiła jej mamie coś zupełnie innego: sprowadziłyśmy się do Denver z Nowej Szkocji - po jednej bardzo mroźnej zimie - ale nasza wspólna, uzgodniona "wersja wydarzeń" mówiła, że jesteśmy z Bostonu. Tak przynajmniej ja to zapamiętałam, bo Katarina powiedziała mamie Elizy, że przed Denver mieszkałyśmy w Tallahassee, stolicy stanu Floryda. Eliza powtórzyła mamie to, co usłyszała ode mnie, i ludzie zrobili się podejrzliwi.
Zdemaskowanie raczej nam nie groziło. Nie musiałyśmy tak naprawdę się obawiać, że ta pomyłka wzbudzi dość podejrzeń, aby w konsekwencji ściąg- nąć nam na kark Mogadorczyków, niemniej jednak atmosfera zrobiła się ciężka i Katarina uznała, że najwyższy czas zmienić adres, bo i tak długo mieszkałyśmy w jednym miejscu.
A zatem - kolejna przeprowadzka.
W Puerto Blanco słońce świeci jasno i mocno grzeje, a powietrze jest niesamowicie suche. Nawet nie próbujemy wtapiać się w otoczenie, upodabniać do miejscowych, czyli meksykańskich farmerów i ich dzieci. Mamy z nimi kontakt właściwie tylko przy okazji cotygodniowych wypadów do małego sklepiku w miasteczku, gdzie zaopatrujemy się w niezbędne produkty. W okolicy nie ma żadnych innych białych, więc chociaż obie nieźle mówimy po hiszpańsku, to nie sposób nas pomylić z ludźmi stąd. Dla sąsiadów jesteśmy po prostu dwiema gringa, białymi dziwaczkami lubiącymi samotność i odludzie.
- Bo czasami najciemniej jest pod latarnią - tłumaczy Katarina.
Wszystko wskazuje na to, że ma rację. Mieszkamy tutaj już prawie od roku i jeszcze ani razu nikt nas nie zaczepił. Wiedziemy samotne, lecz zorganizowane życie w obszernym, parterowym domostwie wciśniętym pomiędzy dwa rozległe obszary ziemi uprawnej. Budzimy się o świcie i przed śniadaniem, a nawet jeszcze przed myciem, Katarina goni mnie do ćwiczeń: bieg na pobliskie wzniesienie i z powrotem, gimnastyka rytmiczna, tai-chi. Trzeba wykorzystać te dwie godziny z samego rana, kiedy jest jeszcze względnie chłodno.
Po porannych ćwiczeniach kolej na lekkie śniadanie, a potem trzy godziny nauki: języki, historia Ziemi i co tylko Katarina znajdzie w internecie. Jej metoda edukacji jest podobno "eklektyczna". Nie wiem, co to znaczy, ale cieszę się, że wciąż poznaję coś innego. Katarina to spokojna, troskliwa kobieta; jestem do niej zupełnie niepodobna, chociaż zastępuje mi matkę.
Dla niej te godziny nauki są prawdopodobnie główną atrakcją dnia. Ja wolę treningi.
Po "lekcjach" wracamy na dwór, gdzie słońce pali już niemiłosiernie, a od skwaru kręci mi się w głowie tak, że jeszcze trochę, a zaczęłabym naprawdę widzieć wymyślonych przeciwników. Walczę ze słomianymi kukłami, które dziurawię nożem, strzałami z łuku albo po prostu rozwalam gołymi rękami, ale w oślepiającym słońcu przywidują mi się Mogadorczycy; z dziką rozkoszą robię z nich miazgę. Katarina mówi, że chociaż mam dopiero trzynaście lat, to jestem tak zwinna i tak silna, że bez trudu dałabym radę nawet dobrze wytrenowanemu dorosłemu.
Jednym z plusów mieszkania w Puerto Blanco jest to, że nie trzeba się kryć z tym, co potrafię. W Den- ver, czy to na obozie pływackim, czy przy zabawie na ulicy, zawsze musiałam się pilnować, żeby nikt nie zauważył mojej ponadprzeciętnej szybkości i siły - rezultatów rygoru treningowego Katariny. Tutaj jesteśmy na uboczu, nikt nas nie widzi, więc nie muszę się kontrolować.
Dziś niedziela, co oznacza, że popołudniowy trening potrwa tylko jedną godzinę, krócej niż zwykle. Jesteśmy na podwórzu. Ćwiczymy walkę z cieniem, ale czuję, że Katarina bardzo chce już skończyć: porusza się bez zapału, mruży oczy przed słońcem i ogólnie widać, że jest zmęczona. Uwielbiam nasze treningi i mogę skakać do wieczora, ale przez szacunek do niej mówię, że mam dosyć.
- No tak, w zasadzie możemy skończyć trochę wcześniej - zgadza się Katarina.
Uśmiecham się w duchu, pozwalając jej myśleć, że to mnie dopadło zmęczenie. Wracamy do domu. Katarina nalewa nam po szklance owocowego napoju, który w Meksyku nazywają agua fresca; w niedzielę pozwalamy sobie na taką przyjemność. Wentylator pracuje na pełnych obrotach, mieląc powietrze w naszym skromnym salonie. Katarina odpala komputery, których ma cały zestaw, a ja zrzucam zakurzone, przepocone buty treningowe i siadam na podłodze. Rozciągam mięśnie ramion, aby zapobiec skurczom, po czym sięgam na półkę w rogu pokoju, zdejmując z niej wysoki stos pudełek z różnymi grami planszowymi. Jest tam i Ryzyko, i Stratego, i Othello. Katarina próbowała mnie zainteresować na przykład Monopolem albo Życiem, przekonując, że "wszechstronność" na pewno mi nie zaszkodzi, ale te gry zawsze szybko mi się nudziły. Zauważyła to i od tej pory gramy tylko w takie, w których się walczy i myśli strategicznie.
Najbardziej lubię Ryzyko; trening skończył się dziś wcześniej, więc Katarina powinna się zgodzić na partyjkę, chociaż rozgrywka trwa długo, dłużej niż w innych grach.
- Ryzyko - rzucam w stronę jej odwróconych pleców.
- Wysokie? - pyta roztargniona, wodząc wzrokiem od monitora do monitora.
Śmieję się głośno, potrząsając pudełkiem nad jej uchem. Nie odwraca głowy, ale grzechot kostek i pionków mówi sam za siebie.
- Aha - mruczy. - Jasne, gramy.
Rozkładam planszę, bez pytania dzieląc armie, które rozstawiam na mapie. Grałyśmy w to już tyle razy, że nie muszę nawet pytać, które kraje chce zająć ani gdzie zbuduje fortyfikacje. Zawsze wybiera Stany Zjednoczone i Azję, więc ochoczo ustawiam jej pionki właśnie tam, wiedząc dobrze, że na moich terytoriach, znacznie łatwiejszych do obrony, szybko zbiorę armię tak silną, że nie da jej rady.
Przygotowanie gry pochłonęło mnie całkowicie, a tymczasem Katarina nagle zamilkła, też najwidoczniej czymś zaabsorbowana. Dociera to do mnie dopiero, gdy przeciągam się tak mocno, że aż coś strzela mi w szyi, a ona nie komentuje tego ani słowem, choć zazwyczaj prosi, żebym tak nie robiła, bo podobno brzydzi ją ten dźwięk. Uniósłszy głowę, dostrzegam, że wpatruje się z szeroko otwartymi ustami w jeden z monitorów.
- Kat, co się stało? - pytam.
Cisza.
Wstaję z podłogi i przeskakując nad rozłożoną planszą, podchodzę do jej biurka. Widzę wreszcie, co ją tak zaaferowało: wiadomość z ostatniej chwili o jakimś autobusie w Anglii, który nagle eksplodował.
Wydaję z siebie jęk niezadowolenia.
Katarina bez przerwy szuka w internecie wiadomości o ludziach, którzy zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach. To zawsze może być robota Mogów. Znak, że drugie z dziewięciorga Gardów oddało im swoje życie. Moja C?pan robi to, odkąd przybyłyśmy na Ziemię. Drażni mnie ta atmosfera złowieszczego wyczekiwania.
A poza tym... Za pierwszym razem nic nam to nie pomogło.
Miałam wtedy dziewięć lat, a mieszkałyśmy w Nowej Szkocji. Nasza sala treningowa mieściła się na strychu. Katarina zakończyła trening, ale ponieważ zostało mi trochę energii do spalenia, robiłam sobie jeszcze przemachy i nożyce na koniu. Nagle poczułam w kostce palący ból i straciwszy równowagę, spadłam na matę, ściskając się za nogę i wyjąc wniebogłosy.
Moja pierwsza blizna. Dowód na to, że Mogadorczycy zabili pierwszego albo pierwszą z młodych loryjskich Gardów. Pomimo konsekwentnego przeszukiwania internetu i tak dałyśmy się zaskoczyć.
Przez kilka kolejnych tygodni siedziałyśmy jak na szpilkach, spodziewając się, że wkrótce na mojej skórze pojawi się druga blizna. Tak się jednak nie stało. Katarina wciąż chyba jest spięta i niespokojna, chociaż minęły już trzy lata, czyli prawie jedna czwarta całego mojego życia. Ja jednak nie myślę o tym zbyt często.
Staję pomiędzy nią a monitorem.
- Jest niedziela. Gramy.
- Kelly, proszę cię...
Kolejne z moich przybranych imion brzmi w jej ustach jakby trochę drętwo. Wiem, że zawsze będę dla niej po prostu Szóstą. Zresztą w głębi serca sama tak o sobie myślę. Te wszystkie imiona i nazwiska to tylko maski; prawdziwa ja to ktoś zupełnie inny. Jestem pewna, że na Lorien miałam własne imię, nie numer, lecz imię, ale to było dawno temu, a ja od tej pory wiele razy zmieniałam tożsamość i już go nie pamiętam.
Szósta. Oto moje prawdziwe imię. Oto kim jestem.
Katarina odsuwa mnie na bok trzepnięciem dłoni. Spieszy jej się, żeby czytać dalej.
Takie niespodziewane internetowe alarmy popsuły nam już niejedną grę, a każdy z nich był fałszywy. Wszystko zwyczajne, tragiczne wypadki.
Nie brak ich na Ziemi, jak się okazuje.
- Nie - mówię stanowczo. - To tylko rozbił się autobus. Gramy!
Ciągnę ją za ramiona. Koniecznie chcę, żeby się odprężyła. Jest zmęczona i zamartwia się, to widać. Wiem, że chwila relaksu dobrze jej zrobi.
Ale ona ani drgnie.
- Ten autobus się nie rozbił, lecz eksplodował. Jak widać - odchyla się, żeby objąć wzrokiem monitor - konflikt trwa.
- Też mi nowina - przewracam oczami. - Chodź, gramy.
Katarina potrząsa głową i śmieje się, ale jak zwyk- le słychać w tym śmiechu wyczerpanie.
- No dobrze - mówi wreszcie. - Niech będzie.
Wstaje od biurka i siada nad rozłożoną na podłodze planszą. Muszę się powstrzymywać, żeby nie zacierać rąk z radości; zawsze wygrywam z nią w Ryzyko.
Przysiadam obok na piętach.
- Masz rację, Kelly. - Katarina pozwala sobie na szeroki uśmiech. - Nie muszę panikować z powodu byle głupoty...
Nagle któryś z głośników na biurku odzywa się krótkim, ostrym sygnałem: ding! To automatyczny alarm. Moja C?pan zaprogramowała komputery na sygnalizowanie wszelkich wyjątkowych doniesień prasowych, wpisów na blogach, a nawet poważniejszych zmian pogody na całym świecie - to sito, przez które szuka potencjalnych informacji o Loryjczykach na Ziemi.
- No nie... - wzdycham, ale ona już siedzi znowu przy komputerze, przewijając okno po oknie, przeskakując od linka do linka. - W porządku - rzucam z przekąsem - ale potem ogram cię bez litości.
Nagle Katarina zamiera, porażona tym, co znalazła.
Wstaję z podłogi i znów przechodzę nad planszą.
Spoglądam na monitor.
Spodziewałam się reportażu o autobusie w Ang- lii, ale tymczasem to tylko zwyczajny, anonimowy wpis na jakimś blogu. Kilka przejmujących, upiornych słów:
Była dziewiątka, została ósemka. Jesteście tam?
Krzyk na pustkowiu: wezwanie od jednego z nas, Gardów. Jakiś chłopak albo dziewczyna, dokładnie w moim wieku, szuka swoich. W jednej chwili wyrywam Katarinie klawiaturę i wystukuję w okienku odpowiedzi: TAK! JESTEŚMY!
- Szósta!
Katarina odtrąca moją dłoń, która już wisi nad klawiszem Enter.
Cofam ręce, zawstydzona swoją lekkomyślnością i pochopnością.
- Musimy być ostrożne. Mogadorczycy wciąż polują na Gardów. Zabili pierwszego z was, więc musimy założyć, że wiedzą, gdzie szukać drugiego, trzeciego...
- Przecież ten ktoś został sam, nie rozumiesz? - przerywam jej, nie zastanawiając się nawet nad tym, co właściwie mówię.
Nie mam pojęcia, skąd ta nagła pewność, ale coś mi podpowiada, że jeśli któreś z Gardów posunęło się do ostateczności i dało znać o sobie w internecie, aby odnaleźć pozostałych, to znaczy, że jego lub jej C?pan nie żyje. Wiem, że miota się teraz w panicznym strachu. Nie wyobrażam sobie nawet, co by było, gdybym straciła moją Katarinę i musiała radzić sobie sama. Żyć tak jak dotąd... bez niej? To dla mnie nie do pomyślenia.
- A jeśli to Druga? Jeśli to ona jest w Anglii, ucieka przed Mogami i prosi nas o pomoc?
Jeszcze przed sekundą kpiłam sobie w duchu z Katariny, która tak chłonie wszelkie informacje. Ale to już zupełnie co innego. Ten ślad zostawił ktoś taki jak ja. I teraz to ja za wszelką cenę chcę pomóc temu komuś, odpowiedzieć na jego wezwanie.
- Może już czas - mówię twardo, zaciskając pięść.
- Na co?
Katarina ogląda się na mnie wystraszona, ze zdumienia otwierając szeroko oczy.
- Na wojnę!
Moja C?pan kryje twarz w dłoniach i wybucha śmiechem.
Wiem, że czasami, w chwilach wielkiego napięcia, reaguje w zaskakujący sposób: śmieje się, chociaż sytuacja wymaga powagi, a poważnieje, gdy powinna się roześmiać.
Unosi głowę. Teraz już wiem, że nie śmiała się ze mnie; to tylko nerwy i konsternacja.
- Jeszcze nawet nie objawiły się twoje Dziedzictwa! - krzyczy. - Jak mamy teraz zaczynać wojnę?
Wstaje zza biurka, kręcąc gwałtownie głową.
- W żadnym razie - oznajmia. - Nie jesteśmy gotowi do walki. Dopóki nie rozwiniesz swoich mocy, nie będzie żadnych bitew ani potyczek. Dopiero gdy wszyscy Gardowie będą gotowi, możemy wyjść z ukrycia.
- A więc musimy przesłać jej wiadomość.
- Jej? Kto ci powiedział, że to jest dziewczyna? A jeśli to w ogóle nikt z naszych? Jeśli ktoś przypadkiem użył słów, które wyłapały moje filtry?
- Jestem pewna, że to jedno z nas - oznajmiam stanowczo, wbijając wzrok w Katarinę. - I ty też to wiesz.
Moja opiekunka pochyla głowę; to znak, że wygrałam.
- Jeden krótki wpis - proszę ją. - Żeby wiedziała, że nie jest sama. Chcę dać jej nadzieję.
- Jej? - powtarza Katarina, śmiejąc się ze smutkiem.
Dlaczego wydaje mi się, że to dziewczyna? Ponieważ w tym, kto wrzucił ten wpis na bloga, widzę samą siebie, tylko jeszcze bardziej przerażoną i samotną, bo pozbawioną swojego Strażnika.
- Dobrze - zgadza się wreszcie Katarina.
Pochylam się, wyciągając palce nad klawiaturą. Po chwili namysłu uznaję, że wystarczą te dwa słowa, które napisałam wcześniej: TAK! JESTEŚMY!
Wciskam Enter.
Katarina potrząsa głową, wstydząc się swojej lekkomyślnej uległości. Momentalnie zaczyna stukać w klawisze, kasując z przekazu wszelkie dane, które mogą wskazać miejsce, skąd go wysłano.
- Lepiej ci? - pyta, wyłączając monitor.
Rzeczywiście, trochę mi lepiej. Myśl, że dodałam otuchy samotnej Gardzie, jest przyjemna; ten mały czyn dał mi poczucie udziału w dużej wojnie.
Zanim jednak zdążę przytaknąć Katarinie, przeszywa mnie straszliwy ból, potężny jak uderzenie pioruna. Czułam już kiedyś coś takiego, raz w życiu: ostry lancet, rozpalony niczym lawa, wrzyna się w moją łydkę, tuż nad prawą kostką. Noga podrywa się sama, szarpnięta nagłym skurczem. Krzyczę na całe gardło, wyciągając ją jak najdalej przed siebie, odruchowo usiłując oddalić się od źródła bólu. Nagle moja skóra zaczyna dymić przy akompaniamencie ostrych, skwierczących trzasków. Pojawia się na niej nowy znak, już drugi - blizna wijąca się jak wąż.
- Katarina! - wyję, tłukąc pięściami w podłogę, oszalała z bólu.
Ale ona nie może mi pomóc; stoi bez ruchu, sparaliżowana przerażeniem.
- Druga blizna - szepcze. - Numer Dwa nie żyje.
Katarina rzuca się do kuchni, chwyta dzbanek i napełnia go wodą z kranu, a powróciwszy do mnie, wylewa mi wszystko na nogę. Gryzę wargę aż do krwi, bo boli, boli tak bardzo, że jestem bliska katatonii. Woda syczy głośno, parując wprost na mojej spalonej skórze, i zalewa planszę do gry, zmywając pionki na podłogę.
- Wygrałaś - mamroczę, siląc się na dowcip.
Katarina nie zwraca na to uwagi, więc nie jest mi dane zabłysnąć poczuciem humoru. Moja opiekunka przełączyła się na tryb działania fachowej C?pan i biega po całym domu, wyciągając ze wszystkich kątów różne artykuły pierwszej pomocy. Zanim zdążę się obejrzeć, już wysmarowała mi nogę maścią chłodzącą, założyła opatrunek i owinęła go gazą.
- Szósta... - mówi, spoglądając na mnie, a w jej oczach kręcą się łzy strachu i współczucia.
Zaskoczyła mnie tym - swoje prawdziwe imię słyszę od niej tylko w najtrudniejszych chwilach.
I wtedy dociera do mnie, że ta chwila właśnie do takich należy.
Od śmierci Pierwszego, czy też Pierwszej, minęło już kilka zupełnie spokojnych lat. Nietrudno było uwierzyć, że sprzyja nam szczęście. W chwilach szczególnego optymizmu umiałyśmy sobie nawet wyobrazić, że pierwszy Garda zginął przypadkiem. Że Mogadorczycy do tej pory nie wpadli na nasz trop.
Koniec z optymizmem. Tym razem możemy mieć pewność. Mogadorczycy znaleźli i zabili drugie z loryjskich Gardów, które przed śmiercią zdążyło już tylko wysłać w świat, do nas, jedną, jedyną wiadomość. Od tej pory miałam nosić na skórze ślad tej nagłej, brutalnie zadanej śmierci.
Dwie ofiary - to już nie może być przypadek. Odliczanie naprawdę się zaczęło.
Zaczynam tracić przytomność, ale cucę się nowym bólem, przygryzając wargę jeszcze mocniej.
- Szósta. - Katarina bierze ściereczkę, ociera mi krew z ust. - Spróbuj się uspokoić.
Potrząsam tylko przecząco głową.
Nie. Nigdy nie zaznam spokoju.
Moja Strażniczka bardzo się stara, aby nie stracić panowania nad sobą. Nie chce mnie wystraszyć, ale jednocześnie musi zrobić wszystko, co trzeba, by wypełnić swój obowiązek jako C?pan. Jej twarz mieni się od przeróżnych emocji, od ewidentnej paniki po filozoficzny spokój; mam pewność, że zawsze zrobi to, co jest najlepsze dla mnie i dla losów wszystkich Gardów.
Unosi mi głowę, podtrzymuje, ociera pot z czoła. Zimna woda i maść chłodząca przytępiły nieco największy ból, ale mimo to jest strasznie, tak samo jak za pierwszym razem, a może nawet jeszcze gorzej. Nie pozwalam sobie jednak na skargi. Widzę, jak bardzo przeżywa moje cierpienie i jednocześnie dowód śmierci Drugiego albo Drugiej.
- Nic nam nie zrobią - pociesza mnie. - Przed tobą jeszcze tyle numerów...
Wiem, że mówi bez zastanowienia. To wcale nie ma znaczyć, że życie trójki Gardów przede mną - Numerów Trzeciego, Czwartego i Piątego - jest dla niej mniej ważne niż moje. Po prostu chciała jakoś dodać mi otuchy. Ale ja nie zamierzam puścić tego mimo uszu.
- Jasne. - Wydymam wargi. - To wspaniale, że zanim umrę, musi jeszcze zginąć paru innych.
- Nie o to mi chodziło - mówi Katarina z wyraźną urazą w głosie.
Wzdycham ciężko, opierając czoło o jej ramię.
Czasami, w najgłębszej głębi serca, myślę o niej nie jako o Katarinie, Vicky, Celeste, zapominam o wszystkich jej pseudonimach. Czasami - choć tylko w myśli - nazywam ją mamą.