ROZDZIAŁ 3
Głos mojej córki Lydii z tylnego siedzenia:
- Co się dzieje?
Niecały kilometr od basenu skręcamy w Honors Row, kiedy zauważamy samochody policyjne ustawione wzdłuż ulicy.
Zwykle nie jeździmy tędy do domu, dużo szybciej jest objechać tyłem osiedla. Po drugiej stronie boiska do golfa. Ale kiedy pokaz fajerwerków dobiegł końca, a tłum wzdychał na każdy błysk, świst i huk, dzieci błagały, żebyśmy pojechali obok wodospadu, w którym kaskady wody rozpryskiwały się na kamieniach. Dzieci przypomniały nam, że podświetlają ją z okazji Czwartego Lipca.
Ale wychodzi na to, że dzisiaj nie zobaczymy pokazu świateł.
Lydia pochyla się do przodu, a jej twarz pojawia się pomiędzy przednimi siedzeniami, ma szeroko otwarte oczy i bez mrugnięcia mówi:
- Czyj to dom?
Tish wygląda przez okno.
- Wydaje mi się, że Millerów.
Zwalniam, czując lekki skręt w żołądku.
Tish przyciska dłoń do piersi.
- Mam nadzieję, że wszystko jest dobrze.
Udaje mi się naliczyć osiem radiowozów, których niebiesko-czerwone światła odbijają się od białych murów domu Millerów. Tuż nad ich dachem niebo rozbłyskuje fajerwerkami sąsiadów, wybuchy i świsty sprawiają, że zaciskam dłonie na kierownicy.
Funkcjonariusz policji stoi na środku ulicy i pokazuje, żebyśmy zawrócili. Robię, co każe, ale wtedy zwalniam, naciskając delikatnie na pedał hamulca i jadę zaledwie dziesięć na godzinę. Głowy wszystkich osób znajdujących się w samochodzie przechylają się, żebyśmy mieli lepszy widok.
Frontowe drzwi domu Millerów otwierają się, ukazując żyrandol wielkości mojego stołu kuchennego, rzucający światło na foyer, wyłożone marmurem i wielką klatkę schodową, a na niej kilku policjantów. Ktoś wychodzi na werandę i zamyka drzwi, światło błyszczy za nim przez ciosane szkło. Trzyma w dłoni torbę na dowody i niesie ją chodnikiem do czekającego radiowozu. Odjeżdżają, a na ich miejsce pojawia się kolejny wóz, a potem następny.
Rozglądam się za Markiem czy jakimkolwiek śladem po Sabine, ale z tego co widzę, są tam tylko policjanci, a frontowy salon wypełniają ludzie w czarnych mundurach. Karetka stoi zaparkowana przed domem, ale drzwi są zamknięte - nic nie wskazuje, żeby miała wkrótce gnać do szpitala. Żołądek skręca mi się ponownie.
- To nie wygląda dobrze - mówi Tish, ale zaczyna przy tym lekko kaszleć, zasłaniając usta, jakby nie zamierzała powiedzieć tego na głos, nie chciała przestraszyć dzieci, ale wszyscy i tak słyszeli. Nikt inny w samochodzie nie wydaje z siebie ani jednego dźwięku.
W lusterku wstecznym zauważam, że minivan podjeżdża za mną, a kierowca również usiłuje coś dojrzeć. Również zwalnia, oboje wysilamy się i wykręcamy, żeby mieć lepszy widok, ale jest za blisko i wolałabym, żeby się cofnął. Frustracja przepływa przez moje ciało i lekko naciskam pedał gazu, żeby powoli ruszyć do przodu. Ale jedyne, czego pragnę, to jeszcze trzydzieści sekund, żeby dowiedzieć się, co tam zaszło.
Myśl przychodzi do mnie znikąd - ale wiem to, wyczuwam. Coś stało się Sabine. I ona wiedziała o tym wcześniej.
To udręczone spojrzenie z drugiego końca basenu. Sposób, w jaki wyszła, gdy furtka zatrzasnęła się za nią. Siedziałam tam długo i próbowałam wymyślić, o co mogło chodzić, choć nie zdradziłam się Tish ani słowem. Jak mogłabym wytłumaczyć to spojrzenie?
Czas minął. Dzieci wyszły z basenu, prosząc o przekąski, a Tish i ja poszłyśmy popływać. Telefony Marka do Sabine pozostały bez odpowiedzi, a potem on również zaczął się o nią martwić.
Wiedział coś... ale co?
Nie powinna iść do domu sama.
Znowu przeszedł mnie dreszcz, poczułam dziwny uścisk w piersi i przełknęłam, a prąd przebiegł przez mój brzuch.
Bransoletka Sabine nadal spoczywała na dnie mojej torby. Nie miałam szansy, żeby ją zwrócić.
Mając samochód za sobą, przyspieszyłam, aż w końcu musiałam skręcić w kolejną ulicę, a dom Millerów zniknął za nami pod woalem z niebieskich i czerwonych świateł. Van również skręcił.
Kilkoro sąsiadów wychodzi z domu i rusza w stronę Millerów, większość nadal w strojach kąpielowych i koszulkach po powrocie z basenu. Idą powoli, w zadumie, niektórzy zatrzymują się na rogu, żeby popatrzeć. Ale nie zatrzymuję się, żeby zapytać. Po wyrazach ich twarzy stwierdzam, że oni też nie mają pojęcia, co się dzieje.
Tish przekręca się do przodu i dzieci robią to samo. Pociąga za pas bezpieczeństwa, który jeszcze chwilę wcześniej naciągał się na jej obojczyku i ocierał skórę.
- Myślisz, że ktoś włamał się do domu? - pyta.
- Nie wiem.
- Ale przecież mają alarm, prawda mamo? - dopytuje Lydia.
- Z pewnością.
- A może ktoś został ranny - docieka dalej Tish. - Może pan Miller spadł ze schodów.
- Czemu ze schodów? - pyta Lydia.
- Nie wiem. Ludzie czasami spadają ze schodów.
Tish patrzy na mnie.
- Czy nie widziałyśmy Marka na basenie?
- Był tam.
- Też go widziałam - mówi Lydia. - Ściskał dłonie różnym ludziom.
- Był też podczas pokazu fajerwerków? - pyta Tish.
- Nie sądzę... - Przerywa, żeby pomyśleć. - Nie pamiętam. Było tyle ludzi.
Tish znowu zerka na mnie.
- A może chodziło o Sabine?
- To niedorzeczne - stwierdza Lydia.
- Nie chcę, żeby ktoś został ranny - wykrzykuje Charlie.
- Nikt nie został ranny - uspokaja go Tish.
- Ale mówiłyście, że pani Sabine.
- Nie o to chodziło. Nie wiemy, co się stało.
- Nie chcę, żeby ktoś spadł ze schodów.
Tish odwraca się, żeby spojrzeć na dzieci, w nadziei, że je uspokoi.
- Wszystko będzie dobrze. Policja wszystkim się zajmuje, jak zawsze. To nic poważnego. - Posyła mi uśmiech. - Poza tym, przecież mieszkamy na jednym z najbezpieczniejszych osiedli na tej planecie. Prawda, Erico? Najbezpieczniejszym?
Moje dłonie pozostają zaciśnięte na kierownicy.
- Najbezpieczniejszym - zgadzam się.
*
Nasza druga najlepsza przyjaciółka Amanda, dzwoni, kiedy wjeżdżamy do garażu. Znam Amandę Kimbrough, odkąd Tish przedstawiła nas sobie podczas przyjęcia osiedlowego, krótko po naszym wprowadzeniu się.
- Tak, słyszałyśmy - odpowiada Tish. - Właśnie przejeżdżałyśmy obok. Tak, będziemy.
Zaciągam ręczny.
- Ona coś wie?
- Przyjdzie do nas.
Wszyscy biorą swoje torby, a ja wbijam kod na klawiaturze alarmu przy drzwiach: 14-27, urodziny moich dzieci. Dzieciaki wbiegają do domu, a uścisk w mojej piersi rozluźnia się, czuję ulgę, wiedząc, że mamy alarm i jesteśmy bezpieczni w domu. Po zobaczeniu szeregu radiowozów przed domem Millerów odczuwam spokój, że my możemy wrócić bez strachu, że ktoś na nas wyskoczy. Nie ma tu żadnych straszydeł.
Ale potem niepokój znowu rośnie mi w piersi. Czy Sabine też sądziła, że jest bezpieczna?
Dzieci wchodzą do kuchni, a Lydia zapala jedno światło, a potem drugie. Tish pomaga mi wyjąć mokre ręczniki z toreb, a potem zaciąga Charliego pod prysznic. Woła Taylor, żeby wykąpała się w mojej łazience.
W kuchni wyjmuję z przenośnej lodówki pozostałe jedzenie. Kawałki marchewek. Kartoniki soku. Przesiąknięta kanapka w woreczku strunowym, która ląduje w koszu. Niezbyt pociągający posiłek nad basenem, ale przynajmniej tańszy niż zamawianie czegoś w klubowej kawiarni.
Lydia odsuwa z blatu stertę dzieł Taylor, czyli różnych malunków, które moja młodsza córka koniecznie chce trzymać na widoku, niektóre mają zwinięte rogi, bo ktoś wylał na nie sok.
- Dlaczego ona tego nie pozbiera? - mamrocze Lydia, wiedząc równie dobrze, co ja, że nie mamy dość miejsca.
Mieszkamy w Green Cove, zupełnie jak reszta ludzi, którzy byli nad basenem, ale naszemu domowi daleko do zamożnej części z Honors Row. Chciałabym mieć większą kuchnię z wyspą ze stali nierdzewnej i marmurowymi blatami. Większą przestrzeń, żeby Taylor mogła układać swoje prace, a także ogromny blat roboczy do przygotowywania spaghetti z klopsikami na kolację. Jednak wiem, że nie powinnam narzekać. Muszę pamiętać, jakie mamy szczęście. Nasz dom jest dla nas bardziej niż wystarczający, zwłaszcza przy moim pojedynczym dochodzie. Z byłym mężem Derekiem mamy wspólną opiekę nad dziećmi i dzielimy się kosztami po połowie. Ale kredyt za dom muszę płacić sama.
Na obu końcach naszej ulicy, a zwłaszcza na końcu osiedla, nasz dom wygląda podobnie do innych, taki sam szablon z prawie identycznym układem: łukowate okna, bielone chodniki i pasujące do siebie czarne skrzynki pocztowe z numerami domów na mosiężnych tabliczkach po jednej stronie. Każdy domek na równo wytyczonej działce.
Mieszkam tu razem z dziećmi od pięciu lat, odkąd Derek znalazł mieszkanie w pobliżu pracy. To właśnie Tish powiedziała mi, jak spokojne jest Green Cove, odseparowane od reszty miasta, wtulone w dolinę. Uwielbiam to miejsce - plac zabaw dla dzieci, staw do wędkowania, gdzie nauczyłam Taylor i Charliego zarzucać przynętę, moje lata mieszkania w Luizjanie i wędkowania z dziadkiem do czegoś się przydały. Po drugiej stronie parku ścieżka, gdzie razem z Lydią możemy jeździć na rowerach.
Ale po drugiej stronie osiedla znajduje się Honors Row z wartymi wiele milionów dolarów posiadłościami, z żyrandolami tak wielkimi, jak ten, który widziałam u Millerów i wózkami golfowymi zaparkowanymi na podjazdach. Pokojami kinowymi i malowniczymi ogrodami. Pensje lekarzy i prawników oraz garaże na trzy samochody, żeby mogły pomieścić ich dopasowane do siebie range rovery. Ani śladu tego przepychu w moim skromnym zakątku. Chociaż wiele razy widziałam Sabine, korzystającą wieczorami z tych samych ścieżek rowerowych, co my, nigdy nawet sobie nie pomachałyśmy. Ledwo się znamy.
Deweloperzy zaplanowali to osiedle dwadzieścia lat temu, chcąc stworzyć miejsce, gdzie ludzie o różnym dochodzie będą mogli mieszkać obok siebie i dzielić tę samą przestrzeń: parki, szkoły i sklepy spożywcze. Wszyscy mieliśmy wspólne udogodnienia, w tym basen olimpijskich rozmiarów i lokalny kościół. Ale jedną rzecz deweloperzy pominęli: całe kilometry różnic pomiędzy mieszkańcami. Zwłaszcza poprzez umieszczenie pola golfowego tak, że przecinało osiedle przez sam środek. Linia na piasku. Dwie oddzielne połowy. My kontra Oni.
Starałam się to zignorować, naprawdę. To uczucie niedostosowania. A także moją zazdrość, nie chcąc pozwolić, żeby do mnie dotarła. Ale to trudne. Pracując na pełen etat i wychowując dzieci, podczas gdy większość ludzi na Honors Row pozostaje w małżeństwach i ma zatrudnione nianie. Nie mam tu nikogo, kto pomoże mi pozbyć się nieczystości albo naprawi zapchaną rurę. Oczywiście nie mam męża, który pomoże mi urządzić ogród, chociaż odejście od Dereka było moją decyzją. Czasami wpada sąsiad i pomaga mi wyczyścić patio myjką ciśnieniową.
Lydia wyjmuje colę z lodówki, związała włosy gumką, a na jej twarzy maluje się zmartwienie. Bawi się kluczykiem od puszki i nerwowo zerka przez okno.
- Nikt nie włamie się do naszego domu, prawda mamo? - pyta.
Wysypuję kostki lodu z przenośnej lodówki.
- Nie odważyliby się.
- Mówię poważnie. Nie zrobią tego, prawda?
- Nikt nie włamie się do naszego domu, skarbie.
- Skąd wiesz?
- Nie zrobią tego.
- Ale co z Millerami?
- Millerowie mają przynajmniej osiem tysięcy więcej rzeczy niż my.
- My też mamy różne rzeczy.
- Ale Millerowie mają ładniejsze.
- Myślałam, że mamy Straż Sąsiedzką.
- Bo mamy.
- A Millerowie na pewno mieli alarm.
- Tak, z pewnością.
- Chyba że byli w domu, kiedy coś się stało.
- Byli na basenie.
- A może kiedy wrócili?
Albo gdy Sabine poszła do domu sama...
Odpycham od siebie te myśli, w nadziei, że nie wyłapie mojego wahania.
Zamiast tego mówię jej:
- Jestem pewna, że cokolwiek się wydarzyło, miało miejsce, zanim wrócili do domu. Teraz prawdopodobnie wypełniają policyjny raport.
- Ale po co karetka?
- Takie są procedury.
Oczy jej rozbłysły.
- Czyli nikt nie został ranny, skoro nikogo nie było w karetce, zgadza się, mamo? Bo przecież była pusta. Też to widziałaś? To dobry znak?
Serce wyrywa mi się do córki. Jej przerażone myśli walczące z potrzebą przekonania, że wszystko będzie dobrze.
- Uważam, że to bardzo dobry znak - mówię jej i dodaję. - Wiesz, kiedy dzieją się takie rzeczy, potem robi się dużo bezpieczniej. Więcej policji, patroli i Straży Sąsiedzkiej. Ci ludzie nieprędko zdecydują się buszować po tym samym osiedlu.
- Jak okres prolongaty.
Kiwam głową.
- Tak, jak okres prolongaty.
Znowu bawi się otwieraczem od puszki. Znowu wygląda przez okno i nerwowo przygryza policzek.
- Powiesz mi, jeśli czegoś się dowiesz?
- Oczywiście.
Lydia była taka od małego, zawsze ta bardziej bojaźliwa z moich córek. Gdybym jej pozwoliła, siedziałaby w kuchni i czekała na Amandę, żeby wysłuchać całej naszej rozmowy, ale nie zamierzam tego robić.
- Będzie dobrze - mówię jej.
Uśmiecha się słabo i przechodzi przez pokój, teraz jej kolej, żeby wziąć prysznic. Jestem zadowolona, że wyszła poza zasięg głosu, bo akurat otwierają się drzwi do garażu. To Amanda. Jej brązowe, kręcone włosy są upchnięte pod czapką bejsbolową, ma na sobie workowatą koszulkę, wiszącą luźno na spodniach dresowych.
Rzuca na blat kuchenny paczkę chipsów ziemniaczanych i kilka opakowań M&M's, jej ruchy są gorączkowe. Przekąski to jej sposób na przekazanie, że dzisiaj szybko nie pójdziemy spać. Jest prawie dziesiąta, ale nie ma szans, żeby ktoś szybko się położył.
Amanda sadowi się na stołku barowym, a Tish, która skończyła kąpać dzieci i namówiła je, żeby zostały w pokoju Taylor i pobawiły się, teraz zajmuje miejsce na stołku obok.
Stoję naprzeciwko nich, zaciskam palce na brzegu zlewu i czekam, żeby usłyszeć, co ma do powiedzenia.
- Słyszałam, że chodzi o Sabine - mówi nam Amanda. Wygląda na nakręconą. Podekscytowaną. Jej strach miesza się z adrenaliną.
Serce mi się ściska - miałam rację.
Tish wpatruje się w nią.
- Co masz na myśli, że chodzi o Sabine? Co się stało?
Amanda przegląda telefon w poszukiwaniu aktualizacji lub wiadomości, a może jednego i drugiego.
- Cokolwiek się tam wydarzyło, miało miejsce w ich domu. - Przesuwa wzrokiem po ekranie.
Tish się pochyla.
- Na co patrzysz? Aplikację Sąsiedzką?
- Tak. Wszyscy na grupie sąsiedzkiej mówią tylko o Millerach. Niektórzy piszą, że poszli tam, ale kazano im zawrócić.
Tish przytakuje.
- Nas też zawrócili.
- Mark jest w domu, ale Sabine nie. - Amanda stuka kciukiem w ekran. Klika na coś innego. - Mark jest spanikowany.
- Skąd wiesz? - pyta Tish. - Policja coś mówi?
Amanda podnosi wzrok.
- Na razie to tylko spekulacje, ale ktoś podszedł do policjanta i właśnie tego się dowiedział. Wyruszyli na poszukiwania Sabine.
Odwracam się na pięcie i otwieram lodówkę z szarpnięciem. Do diabła ze śmieciowym jedzeniem, tym razem Czwarty Lipca będzie wymagał więcej alkoholu. Wyjmuję trzy piwa i stawiam je przed dziewczynami, chociaż Tish i Amanda ledwo to zauważają.
Tish otwiera szeroko oczy.
- Szukają Sabine? Czyli nie wróciła do domu, ktoś ją porwał?
- Nie wiedzą.
- A co podejrzewają?
- Nie wiem - mówi Amanda ponownie.
Tish wyjmuje telefon i mówi, że sprawdzi Facebooka.
Biorę długi łyk piwa, bąbelki spływają mi po gardle, starając się uspokoić łomotanie w piersi.
- A co z Ring? - pyta Amanda. Ring to system video dzwonków do drzwi, połączony z aplikacją w twoim telefonie, który pozwala obserwować, kto podchodzi i wychodzi z domu.
- Ja go nie mam. - Tish zerka na mnie. - A ty?
- Nie.
- Ja mam - oznajmia Amanda. - To jedyna rzecz, jaką mój były zrobił dla mnie, zanim zerwaliśmy. Zamontował mi te kamerki teraz, kiedy mieszkam sama.
Tish wywraca oczami.
- Jestem pewna, że używa ich, żeby cię szpiegować.
Były mąż Amandy, Connor, jest jednym z informatyków pracujących w przedsiębiorstwie rządowym zajmującym się obronnością. Gdyby mógł znaleźć sposób, żeby podłączyć się do jej kamer, zrobiłby to.
- Nawet gdyby chciał, to nie może. - Amanda patrzy na nas znacząco. - Moje kamery Ring są zamontowane tylko przy frontowych i tylnych drzwiach, więc widok nie jest zbyt ekscytujący.
Tish uśmiecha się pod nosem.
- Nadal może zobaczyć, kto do ciebie przychodzi...
Amanda też się uśmiecha.
- Może nie obchodzi mnie, że zobaczy.
Moje zaniepokojenie kłębi się delikatnie pod powierzchnią - zaniepokojenie albo strach, a może jedno i drugie.
- Dobra - mówię, przerywając ich paplaninę. - Co Ring ma z tym wszystkim wspólnego? Przecież nie możemy zajrzeć w kamerki Millerów. Tylko policja będzie miała taką możliwość.
- Jest też możliwość publikowania informacji - oznajmia Amanda. - Ludzie mogą wstawiać do aplikacji ostrzeżenia albo filmiki, mówiące na przykład: uwaga na to. Albo widzieliście może tego człowieka, kradnącego przesyłki spod moich drzwi? Tego typu rzeczy. - Odwraca telefon w moją stronę. - Widzisz?
Patrzę na kilka zamazanych zrzutów ekranu z filmikami i na podpisy pod nimi. Ludzie wrzucają wiadomości o psach, szopach albo kojotach szperających w ich śmietnikach. Kamery rejestrują wszelkie ruchy na ich podjazdach.
- Nie widzę nic o Millerach.
Amanda odwraca telefon z powrotem do siebie.
- Jeszcze nie, ale mogę się założyć, że ludzie wkrótce zaczną wrzucać różne rzeczy. Obrazy sprzed domów. Przejeżdżające samochody. Ludzi wracających z basenu. Kamery pokażą każdego, kto pojawił się na ulicy. - Przegląda dalej, skupiając się na wszystkim, co może być powiązane z Honors Row.
- Sprawdzę strony z najnowszymi wiadomościami - proponuje Tish. - Widziałyśmy kilka podjeżdżających vanów, kiedy zawracałyśmy.
- Dobry pomysł - mówi Amanda.
Tish przeskakuje z jednej strony na drugą.
- Jeszcze nic. Może bliżej wiadomości o dziesiątej.
Telefon Amandy piszczy, a ona wciąga ostro powietrze.
- Znaleźli krew.
Gwałtownie odwracam głowę.
- Krew na podłodze - mówi Amanda, każda kolejna wiadomość rozbłyskuje na ekranie jej telefonu i odbija się w jej oczach.
Tish odzywa się z paniką w głosie:
- Czyją krew? Gdzie? Należała do Sabine?
Moje serce łomocze, a w piersi narasta mdlące uczucie, które rozchodzi się po całym ciele.
Amanda nie może spojrzeć nam w oczy.
- Drzwi były roztrzaskane, a na podłodze znajdowała się krew.