Zagadkowa Seria. Wakacje na medal - Agnieszka Byrska

-
Proszę czekać
? Copyright by Wydawnictwo skrzat2015
Wydanie elektroniczne
Zespół redakcyjno-korektorski:
Wydawnictwo Skrzat
Skład:
Wydawnictwo Skrzat
Projekt okładki:
Wydawnictwo Skrzat
ISBN 978-83-7915-262-9
Księgarnia Wydawnictwo Skrzat Stanisław Porębski 31-­202 Kraków, ul. Prądnicka 77 tel. (12) 414 28 51 wydawnictwo@skrzat.com.pl Odwiedź naszą księgarnię internetową: www.skrzat.com.pl

Rozdział pierwszy, w którym do Mateusza i Tosi docierają niesamowite nowiny

Kiedy się ma dziewięć lat i wakacje przed sobą, wydaje się, że nic nie może zmącić stanu idealnego szczęścia. Jednak Mateuszowi wcale nie było wesoło. Bo co może być miłego w nudzeniu się przez całe lato na opustoszałym i w dodatku obcym osiedlu?

- Idziesz czy nie!? - krzyknął zniecierpliwiony chłopiec, odwracając się w stronę Tosi.

- Może tak, a może nie - odpowiedziała zaczepnie siostra. Dziewczynka szła po krawężniku tiptopami, czyli małymi kroczkami, a czynność ta, jak wiadomo, wymaga i czasu, i koncentracji.

- Tośka! Ty mnie nie denerwuj, bo... - zaczął groźnie Mateusz.

- Bo co? - zapytała siostra, robiąc słodką minkę i trzepocząc rzęsami. - Lepiej mnie nie poganiaj, bo się znów pomylę i będę musiała zacząć od nowa! Dwadzieścia dwa, dwadzieścia trzy, dwadzieścia pięć...

- Cztery! Dwadzieścia cztery, a nie pięć! - zdenerwował się chłopiec. - Coś ty robiła w tej zerówce?

- Zajmowałam się ważniejszymi sprawami niż liczenie - odpyskowała. - Myśmy się uczyli liczyć do dziesięciu, a to, że ja umiem więcej, znaczy, że umiem ponad program. A pomyliłam się tylko przez ciebie!

- Uh! - jęknął Mateusz i obiecał sobie, że już się nie odezwie. Kiedy mając dwa lata, prosił Świętego Mikołaja o rodzeństwo, naprawdę nie wiedział, co robi! Tośka w gruncie rzeczy nie była taka zła, ale za to okropnie męcząca, a on jako starszy brat musiał się nią ciągle opiekować i ustępować wszystkim jej żądaniom.

Gwizdnął na psa i ruszył przed siebie, nie oglądając się już na siostrę. - "Ciekawe, jaki będzie ten nowy brat" - pomyślał. - "Jaki by nie był, ważne, że to chłopak, a nie kolejna baba".

Cała rodzina Jagodzińskich przeprowadziła się kilka tygodni temu do nowego i większego mieszkania, dlatego że w lipcu miał się pojawić na świecie nowy członek rodziny - Leon. Nikt nie odczuł tej zmiany tak boleśnie jak właśnie Mateusz. Musiał zostawić kumpli z podwórka, starą szkołę, a wakacje zapowiadały się wyjątkowo nudno. Przeprowadzka uszczupliła mocno budżet rodziny i nie starczyło już pieniędzy, żeby wysłać go na kolonie. Mateusz szarpnął zacinające się drzwi klatki schodowej i wszedł do środka, ciągnąc za sobą opierającego się Bemola. Nie jest łatwo zmusić trzydziestokilogramowego boksera do zrobienia tego, na co nie ma ochoty. Winda już zjechała, gdy Tośka skończyła liczyć i wreszcie go dogoniła.

- No i ile tiptopów zrobiłaś? - spytał, wchodząc do środka i wciskając guziczek z numerem siedem.

- Milion dwieście dwa - odparła dziewczynka. - A wiesz, że masz sadzę na nosie?

No nie, Tośka była niemożliwa! On tu próbuje interesować się jej sprawami, a ta znowu swoje.

- Lepiej pilnuj swojego nosa, a nie mojego - odburknął, odwracając się w stronę obtłuczonego lustra wiszącego na tylnej ścianie windy. Zobaczył swoją okrągłą zagniewaną twarz, duże niebieskie oczy, poczochrane włosy i mały nos. Całkiem czysty - należy dodać. Za jego plecami rozległ się chichot i ciche parsknięcie. Tosia ukryła czerwoną twarz w dłoniach i wyglądała jakby zaraz miała pęknąć ze śmiechu.

- Znowu się nabrałeś - zawołała z satysfakcją. - Masz też plamę na siedzeniu i rośnie ci ogon, hi, hi!

- A tobie ząb wypadł - podpuścił ją Mateusz.

- Naprawdę? - wystraszyła się. - Pokaż który? I już podskakiwała, usiłując zobaczyć swoje odbicie w lustrze. Włożyła palce do buzi i próbowała wybadać ubytek.

- Nieplawda, mam wsystkie - wysepleniła. - Nawet te z tylu i na góze tez.

Winda zatrzymała się i wysiedli na swoim piętrze. I co Tośka zrobiła zaraz po wejściu do mieszkania? Oczywiście na niego naskarżyła.

- Mamo, Mati znowu mnie nabrał!

Mama, z brzuszkiem okrąglutkim jak piłka plażowa, leżała uśmiechnięta na tapczanie i czytała książkę o pielęgnacji niemowląt. Ciekawe po co, bo przecież kto jak kto, ale ona była specjalistką w tej dziedzinie. Bemol przywitał się z nią radośnie, jakby się nie widzieli od kilku tygodni, a nie od godziny, po czym pobiegł do kuchni napić się wody.

- Co się znowu stało? - spytała, odkładając lekturę. - Kto komu dokucza i dlaczego?

Zaczęli mówić równocześnie, a mama tego wszystkiego uważnie słuchała. Była naprawdę fajna i miła. Nie krzyczała, tylko próbowała zrozumieć i pomóc. Tata opowiadał, że zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia, i Mateusz wcale mu się nie dziwił, bo była nie tylko dobra, ale i ładna. Miała blond włosy tak jak Tosia i niebieskie oczy jak on. Często się uśmiechała i było w niej coś takiego, że bez przerwy chciało się do niej przytulać.

- Źle się dzieje, że się tak kłócicie - powiedziała ze smutkiem. - To krzyżuje wszystkie moje plany.

- Jakie plany? - zapytali, patrząc z zaciekawieniem na mamę.

- Wakacyjne - odparła tajemniczo i zaczęła gramolić się z tapczanu. Nie było to łatwe, bo Leon niebawem miał się urodzić i, jak powiedział pan doktor, już teraz był z niego kawał chłopa. Taki dzidziuś w brzuchu to musi być strasznie niewygodne. Mamie ciężko było wstawać, siadać i się schylać. Mimo to była ruchliwa i zagoniona jak zawsze. Teraz poszła do kuchni przygotować im kolację. Jak zahipnotyzowani ruszyli za nią. Zapomnieli nawet o tym, że się posprzeczali.

- Ale co, ale co? - dopytywała się Tosia, wieszając się na maminym ramieniu.

- Kochanie, puść moją rękę, bo muszę ukroić chleb.

- Mamo, jakie plany? - nie wytrzymał Mateusz.

- Mati, teraz będzie kolacja, a wy nie umyliście rąk - zauważyła mama, sprawnymi ruchami krojąc rzodkiewkę. - Powiem wam wszystko po jedzeniu - dodała tajemniczo.

- Ale... - próbowała się jeszcze targować Tosia. Wystarczyło jednak jedno spojrzenie mamy i było wiadomo, że nie ma szans na uzyskanie jakichkolwiek informacji.

Dawno już żaden posiłek nie zniknął z talerzyków w takim tempie i to bez grymaszenia i marudzenia. Dzieci zgodnie posprzątały po sobie, umyły ręce i czym prędzej pobiegły do mamy.

- Dzwoniła do mnie dzisiaj ciocia Lena i pytała... - zaczęła kobieta, obejmując swoje pociechy. Siedzieli razem na kanapie, przytuleni do siebie tak, jak lubili najbardziej: Mateusz przy jednym, a Tosia przy drugim boku mamy.

- Czy wujcio Krzesimir już wyzdrowiał? - przerwała Tosia.

- Tak, córeczko, czuje się świetnie, ale do końca sierpnia musi pozostać na zwolnieniu...

- A czemu tak długo?

- Wujek miał bardzo poważne złamanie nogi - cierpliwie tłumaczyła mama. - Listonosz musi być sprawny i nie może chodzić o lasce.

Tośka i mama zaczęły chichotać, a Mateusz czuł, że zaczynają go palić policzki.

- Mamo, co chciała ciocia? - spytał.

- A tak! Ciocia pyta, czy nie mielibyście ochoty... spędzić u nich wakacji w Borach Tucholskich - zakończyła mama, spoglądając poważnie na dzieci.

Mateusz miał wrażenie, że zaraz eksploduje ze szczęścia, jeśli czegoś nie zrobi. Wydał z siebie potężny okrzyk godny wodza Apaczów i zaczął biegać wokół stołu, fikać koziołki i podskakiwać. Czy miał ochotę? To, co utkwiło mu w pamięci po ostatniej wizycie u wujostwa, to mnóstwo drzew, po których można się wspinać, jezioro, łódki i rowerki wodne, plaga żab, piaszczyste drogi i mleko prosto od krowy. No i oczywiście superfajny kuzyn Konrad. Czego można chcieć więcej?

Tośka klasnęła w dłonie.

- To dzidziuś urodzi się w środku lasu? - zapytała z radością. - Może nauczymy go od razu pływać w jeziorze?

- Córciu, ja nie pojadę z wami - powiedziała smutno mama. A wtedy buzia Tosi wygięła się w podkówkę.

- Muszę tu zostać, bo Leoś lada dzień pojawi się na świecie, a wtedy trzeba pojechać do szpitala.

- Stamtąd też mogłabyś pojechać do szpitala! - zawołała Tośka.

- Nie, córciu, to za daleko - łagodnie tłumaczyła mama. - A poza tym braciszek będzie potrzebował spokoju po urodzeniu, a tam na pewno będzie głośno i wesoło.

- Bez mamy? Sami? - dziewczynka rozkleiła się na dobre. - Ja nie chcę!

- Nie rycz - powiedział Mateusz i pogłaskał siostrę po głowie. Bał się, że przez tę jej histerię mama się rozmyśli i nie ominą go wakacje w bloku. - My się tobą zaopiekujemy. Ja i Bemol.

Jakby na potwierdzenie jego słów pies podszedł do dziewczynki i położył głowę na jej kolanach, przyjacielsko machając ogonem. I na tym stanęło.

Rozdział drugi, w którym Bemol wpada w tarapaty

- "Nie jest źle" - myślał Mateusz, podziwiając zmieniający się za oknem krajobraz. - "A właściwie to jest całkiem dobrze".

Jechali już kilka godzin. Lubił patrzeć na pasące się na łąkach krowy, na pola uprawne, strachy na wróble i psy obszczekujące przejeżdżające samochody. Pogoda była cudowna i, prawdę powiedziawszy, to nawet odrobinkę za dobra jak na siedzenie w samochodzie.

- Tatku, siku - zapiszczała Tośka, przerywając w pół słowa śpiewaną właśnie piosenkę. Odkąd wyjechali z domu, nieustannie zabawiała ich opowiadaniem dowcipów, oglądanych ostatnio bajek, recytowaniem wierszy z zerówki i śpiewaniem piosenek z repertuaru gwiazd muzyki polskiej i światowej. Kiedy akurat nie gadała, to jadła albo piła. Teraz zatrzymywali się już po raz siódmy w ciągu pięciu godzin.

- Tosiu, jeszcze trochę i będziemy na miejscu - powiedział tata, głaszcząc się po brodzie. - Wytrzymasz?

- Nie! - zdecydowała.

Więc co było robić? Mateusz pomyślał, że najbardziej z tych postojów cieszy się Bemol, któremu niewygodnie podróżowało się na tylnym siedzeniu na spółkę z rodzeństwem. Swoje niezadowolenie manifestował, wzdychając bez przerwy i próbując ich zepchnąć z fotelików - tak niby przypadkiem w czasie zasypiania. W końcu zaczął udawać, że nic go nie obchodzą. Przykleił nos do szyby i obserwował drogę. Kiedy wreszcie zatrzymali się na skraju jakiejś wioski, także i tym razem radośnie wyskoczył z auta. Tosia udała się w najbliższe krzaki, a Mateusz po namyśle też wyszedł z samochodu, żeby rozprostować nogi. Tata stanął obok niego i przyjacielsko klepnął w łopatki. Przez chwilę w milczeniu przyglądali się Bemolowi, który jak oszalały biegał w kółko, przeskakiwał przez wysokie trawy i tarzał się w nich, pochrząkując jak dzika świnka.

- Jak, synku, twój nastrój przed wakacjami? - spytał tata. - Będę za tobą tęsknił.

- Yhy - wystękał chłopiec, nie mogąc wydobyć z siebie głosu.

Tata był naprawdę fajny. Rozumiał, że Mateusz też będzie tęsknił, choć wcale tego głośno nie powiedział. Nie jest łatwo pojechać na wakacje bez rodziców i dodatkowo jeszcze niańczyć młodszą siostrę. Ma się rozumieć, że chce się przeżyć jakąś przygodę, a nie można tego zrobić, siedząc w domu przed telewizorem. Jednak nie widzieć mamy i taty przez dwa miesiące to zupełnie co innego.

- Jestem przekonany, że u wujostwa będzie wam dobrze. Pewnie nawet do domu nie będziecie chcieli wracać - mówił miękko tata, spoglądając na syna swymi ciemnymi oczami. - A jakbyście się dobrze nie bawili, to dzwoń i jestem po was w parę godzin. Umowa stoi?

- Stoi - powiedział Mateusz i poczuł się trochę pewniej. W każdej chwili może wrócić do domu. To była bardzo pocieszająca myśl.

- O ile dobrze pamiętam, to ciocia Lena piecze najpyszniejsze placki pod słońcem... - zaczął wesoło tata, ale nie dane mu było skończyć, bo z pobliskich krzaków jak z procy wyskoczyła Tośka i pobiegła w stronę wsi, głośno wołając Bemola. Rzeczywiście, w oddali widać było jego złociste futro mieniące się w promieniach słońca. Chłopiec z tatą nie mieli wyboru i ruszyli za nimi w pogoń. Przeskakując przez kretowiska, parząc się pokrzywami i drapiąc sobie nogi leżącymi tu i ówdzie gałęziami, pokonali na przełaj łąkę i rzadki lasek, po czym stanęli na rozstaju dróg. Po psie nie było śladu.

- Tosia, dlaczego on uciekł? - wysapał tata, z trudem łapiąc oddech. - Ktoś go zawołał czy wystraszył się czegoś?

- Ja nie wiem... - jęknęła. - On biegał obok mnie, a potem nagle zaczął węszyć i... już go nie było. Tatku, ale znajdziemy go, prawda? - spytała łamiącym się głosem, a z jej oczu popłynęły łzy.

- Jasne - powiedział tata stanowczo i przytulił zaryczaną Tośkę. - Pies musiał coś poczuć w powietrzu i poszedł za tropem.

Mateuszowi też chciało się płakać, ale co tu pomoże jeszcze i jego histeria? Teraz trzeba myśleć i działać.

- To co robimy? - spytał, mając nadzieję, że tata znajdzie wyjście z sytuacji.

- Mamy dwie drogi - odpowiedział mężczyzna.

Rozejrzeli się w obie strony. Droga w prawo była polną dróżką prowadzącą w kierunku pól złocącej się pszenicy. Ta w lewo prowadziła do kościoła, co sugerowała majacząca w oddali wieża kościelna.

- Skąd mamy wiedzieć, którędy pójść? - zaszlochała Tosia.

Dobre pytanie. Mati rozejrzał się i coś zwróciło jego uwagę.

- Tato! - wykrzyknął podekscytowany. - Ta droga do kościoła jest asfaltowa, a ta na pola nie. Jeśli Bemol pobiegł właśnie nią, to może zostawił odciski łap?

Tata spojrzał na syna z takim podziwem, że Mateusz poczuł się, jakby mu ktoś przypiął medal.

- To jest myśl! Szukajcie ostrożnie, żeby ich nie zadeptać w razie czego.

Pomysł był świetny, ale jego realizacja o wiele trudniejsza. Wśród kępek trawy, pyłu, piachu i ubitej ziemi ciężko byłoby znaleźć ślad słonia, a co dopiero psiej łapy. Po chwili natrafili na błotniste miejsce, powstałe prawdopodobnie podczas ulewy sprzed kilku dni. Doszukali się śladów opon samochodowych, mniejszych lub większych odbić butów, w tym jednych na obcasie, i jeszcze takich, które tata zidentyfikował jako ślady sarny. Z całą pewnością Bemol tędy nie biegł. Tata zarządził więc odwrót i ruszyli drogą w stronę kościoła. Tośka zaczęła głośno nawoływać pupila. Po chwili wołała już cała trójka. Nie osiągnęli jednak żadnego efektu poza tym, że wszystkie okoliczne psy rozszczekały się na dobre i narobiły jazgotu na całą okolicę.

- Panie! Panie! - nagle dobiegł ich czyjś głos. - Chodź no tu pan, chodź no!

Z mijanego właśnie podwórka machała na nich jakaś kobieta. Ubrana była w kwiecisty fartuch i kalosze. Na głowie miała słomkowy kapelusz z woalką. Wyglądało to razem dosyć dziwacznie.

- Tak? - zapytał tata, niepewnie zbliżając się do płotu, a Tosia mocno chwyciła go za rękę.

- Czego tak pan wrzeszczysz? - spytała zaczepnie kobiecina - Nie szkoda to panu gardła na takie krzyki?

- Pies nam zaginął, proszę pani - odpowiedział oschle i zaczął się wycofywać, byle jak najdalej od wścibskiej gospodyni. - I teraz go szukamy. Do widzenia pani. Chodźcie dzieci.

- Dokąd to? Czego się tak nerwuje? - obruszyła się kobieta. - Człowiek chce pomóc, a ci miastowi to od razu figę pokazują.

Tata nie zważał już na jej słowa i ruszył przed siebie, ciągnąc za sobą także i Mateusza.

- Halo! - dobiegł ich jeszcze krzyk. - A taki brzydki, brązowy?

- Skąd pani wie? - krzyknęła Tosia z przejęciem. - Widziała pani naszego Bemolka?

- Beboka? Jakiego znowu Beboka? - dopytywała się babina.

- Psa rasy bokser, proszę pani - powiedział tata, nie próbując nawet sprostować pomyłki. - Taki duży, brązowy z czerwoną obrożą. Widziała go pani?

- Co bym miała nie widzieć? - obruszyła się kobieta. - U Stasiaka w stodole zamknięty siedzi. Byłam tam przed chwilą po jajka, to wiem - dodała z dumą.

- U jakiego Stasiaka? - słabym głosem spytał Mati.

- A tam, prosto - powiedziała, wskazując cienistą uliczkę wysadzaną brzozami. - Potem w lewo i trzecie gospodarstwo po prawej stronie. Poznacie łatwo, bo dom niewykończony, cegłą się czerwieni, ale za to stodoła to jak z jakiego katalogu!

Podziękowali pięknie i szybko ruszyli we wskazanym kierunku. Mijane ogrody wprost kipiały dobrobytem. Rabatki obsypane kolorowym kwieciem, czerwone i czarne porzeczki, czereśnie okrągłe i błyszczące, agrest i pola truskawek, a wszystko to razem wzięte wyglądało jak ilustracja z książki dla dzieci. Gdyby nie to, że w Borach Tucholskich było jeszcze piękniej, Mateusz chętnie by tu został na wakacje. Już z daleka, jakby na potwierdzenie, że kobieta nie kłamała, usłyszeli psie wycie, w którym bezbłędnie rozpoznali głos Bemola. Przed domem, na rozklekotanej ławeczce siedział starszy mężczyzna i podjadał czereśnie z kamionkowej miseczki. Od czasu do czasu flegmatycznie głaskał pręgowanego kocura śpiącego mu na kolanach. Ledwie ich zobaczył, zerwał się na równe nogi, zrzucając oburzone kocisko. Wypluł pestkę i wykrzyknął:

- Aha! Znaleźli się winowajcy!

- Dzień dobry - zaczął nerwowo tata. Nikt nie lubi zamiast "dzień dobry" być przywitany takim okrzykiem. - Zdaje się, że u pana jest nasz piesek.

- Piesek? - zdenerwował się gospodarz. - Piesek! To bydlę przybiegło tu, do kurnika wpadło i wymordować kury mi chciało!

- Hm - zaczął z powątpiewaniem tata, ale nie dane mu było dokończyć.

- Pan mi nie wierzy, to chodź pan, ja to panu udowodnię! - to mówiąc, chwycił tatę za łokieć i zaczął go ciągnąć w stronę kurnika.

- Nie, nie! Wierzę panu całkowicie! - zawołał gorączkowo tata i wyrywał się z jego uścisku. Mężczyzna zatrzymał się i surowo spojrzał na całą trójkę, marszcząc przy tym brwi i chwytając się pod boki.

- Proszę pana, Bemol jeszcze nigdy nie widział kury i... - zaczęła nieśmiało Tosia i umilkła, bo zabrakło jej odwagi.

- I on nie wiedział, że nie wolno ich gonić - wspomógł siostrę Mateusz.

- Tak, on się teraz na pewno wstydzi i chętnie by pana i kury przeprosił! Gdyby umiał - dodała dziewczynka i aż się cała zarumieniła z przejęcia.

Gospodarz, który najwidoczniej nie był przygotowany na taką obronę psa, nadął się jeszcze bardziej, a po chwili roześmiał tak wesoło i głośno, że odpoczywające na jabłonce wróble odleciały z głośnym ćwierkaniem. Gdy tylko uśmiech rozjaśnił mu twarz, z wrogiego i naburmuszonego starca zmienił się w przyjacielskiego i swojskiego dziadka. Pogłaskał po buzi ciągle jeszcze wystraszoną Tosię.

- Przeprosił, dobre sobie - chichotał. - Możecie go sobie zabrać. Zamknąłem go w stodole, żeby mi jakiś szkód nie narobił. Ale - tu dodał, spoglądając na nich srogo - żeby mi to był ostatni raz!

Ale oni już się go nie bali. Pobiegli uwalniać nieszczęsnego Bemola. Na widok dzieci pies zaczął piszczeć z radości i machać ogonem, który chociaż był bardzo krótki, to świetnie wyrażał wszystkie psie emocje. Teraz na przykład poruszał się w prawo i lewo w iście ekspresowym tempie. I w taki oto sposób w dalszą podróż wyruszyli mocno spóźnieni, ale za to z brzuchami pełnymi czereśni i z koszykiem czerwonej i czarnej porzeczki od, jak się okazało, całkiem sympatycznego gospodarza, pana Antoniego Stasiaka.

Rozdział trzeci, w którym wreszcie są na wakacjach!

Kiedy dojechali na miejsce, Mateusz miał wrażenie, że za chwilę eksploduje z długo powstrzymywanej radości. Wszystkie jego zmysły wyostrzyły się, z niezwykłą siłą odbierał intensywność kolorów oraz zapachów całej okolicy. Czuł wilgotną ziemię, woń wodorostów znad jeziora, kłujące w nos olejki eteryczne z sosnowego lasu i ku radości swego brzucha - ciasto drożdżowe z kruszonką! I o ile się nie mylił, było to jego ulubione - z truskawkami!

Nie zdążył pomyśleć o niczym więcej, bo ledwie podjechali pod dom, w jednej chwili zapanował wielki chaos. Drzwi otwarły się na oścież i z głośnym ujadaniem wypadł z nich olbrzymi rudy pies, a po chwili na ganku pojawiła się uśmiechnięta od ucha do ucha ciocia Lena z małym Zygmuntem na rękach. Próbowała złapać rozwścieczone psisko, ale oczywiście to jej się nie udało. Zwierzak dopadł ich samochodu i zaczął zachowywać się tak, jakby miał zamiar pożreć pasażerów w całości. Na to błyskawicznie zareagował Bemol, który zajadle szczekając, ze wszystkich swoich sił próbował wydostać się z auta. Tośka, wybudzona z krótkiej drzemki, rozwyła się równie głośno jak psy.

- Baton, uciekaj do domu, ale już! - ciocia ofuknęła zwierzę. - Witajcie kochani! Nie bójcie się go, to najgłośniejszy w świecie tchórz nad tchórze.

- Gdzie baton? Jaki baton? - rozglądała się zdezorientowana Tośka i równocześnie starała się odsunąć jak najdalej od psa. Słowo daję, te dziewczyny to wyjątkowo wolno myślą!

- Tu! Ślepa jesteś? - wytłumaczył jej jak dziecku Mateusz, mocując się z Bemolem, który robił wszystko, żeby dopaść rywala. W końcu dopiął swego i wyskoczył przez opuszczoną szybę auta. Efekt był natychmiastowy. Baton na widok Bemola przestał szczekać, znieruchomiał, a następnie rzucił się do ucieczki na tył domu. A Bemol za nim.

- Ciociu, nic im nie będzie? - ze łzami w oczach dopytywała się Tośka.

- Nic, kochana - uspokoiła ją ciocia, równocześnie obsypując powitalnymi pocałunkami. - Ponieważ będą tu mieszkały razem przez jakiś czas, muszą ustalić, który z nich będzie rządzić. I wydaje mi się, że wasz Bemol ma większe szanse niż Baton - dokończyła ze śmiechem.

- A dlaczego on się nazywa Baton? - zapytał Mateusz, pomagając tacie wypakować bagaże.

- Zygmunt wybierał imię, bo to jego pies. Jak lepiej poznacie mojego syna, to wiele wam się wyjaśni - ciocia mrugnęła porozumiewawczo i pogłaskała synka po głowie.

Mateusz spojrzał na chłopca, który w skupieniu przeszukiwał ich torbę podróżną zawierającą prowiant na drogę i pakował sobie co smaczniejsze kęsy do ust. Teraz na przykład zagryzał kiełbasę herbatnikiem oblanym mleczną czekoladą. Zygmunt był okrągły, pyzaty, mógł mieć ze dwa-trzy lata. Mateusz nie wiedział dokładnie, bo nie znał się na dzieciach. Ale jednego był pewien. Wyglądał dokładnie na kogoś, kto takie cielsko, wielkości małej krowy, nazwie Baton. Pucki, blond loczki i niebieskie oczy patrzące figlarnie na otaczający świat - to wszystko sprawiało, że mały wyglądał jak amorek.

- Mama, soka! - zakomenderował Zygmunt, który najwyraźniej dość już miał suchego prowiantu.

- Synu, jak ty się zachowujesz, co sobie o tobie wujek pomyśli - skarciła go ciocia, biorąc na ręce. - To twój wujek Tomek, a to twój kuzyn Mateusz, a to kuzynka Tosia. Powiedz ładnie cześć!

- Nie! Chcę soka! - obraził się malec i na znak protestu pokazał wszystkim język. Wyrwał się cioci i pobiegł do wujka idącego w stronę gości. - Tata, soka! - rozkazał. Ale wujek spojrzał tylko na niego i Zygmunt od razu zrozumiał, że niewiele tu utarguje. Uśmiechnął się ugodowo i beztrosko pomachał w stronę gości.

- Cześć! Dacie Zygmusiowi soka?

- Zygmuncie! - ciocia chwyciła się za głowę. - Strasznie was przepraszam za tego potwora.

- Chodź, potworze - powiedział tata, wsadzając sobie Zygmunta na barana. - Mnie też chce się pić. Pokażesz mi, gdzie jest kuchnia, to razem poszukamy soku dla wszystkich.

- Eeee... - zaczął niepewnie mały, najwyraźniej gotowy do płaczu. - Mama...!

- Spokojnie, Zygmusiu - powiedział tata, widząc, co się święci. - Taki duży chłopak potrafi chyba poczęstować wujka czymś do picia we własnej kuchni?

Malec zamyślił się, po czym, już rozpogodzony, chwycił biednego tatę za uszy, pociągnął z całej siły i wrzasnął:

- Wujek, gazu! Patataj, patataj, patataj!

Pozostali patrzyli za oddalającymi się w stronę domu i Mateusz pomyślał sobie, że jak jego nowy braciszek Leon będzie podobny do Zygmunta, to on już teraz powinien zacząć pytać kumpli, czy będzie mógł u nich zamieszkać, bo rodzice długo przy takim dzieciaku nie pociągną.

- Zygmunt! - zawołała ze śmiechem ciocia, po raz drugi chwytając się za głowę. - Chodźcie dzieciaki, pokażę wam wasz pokój.