Słowo wprowadzenia
Czy ktoś otruł Kazimierza Sprawiedliwego, Henryka Probusa i książąt
mazowieckich? Czy Przemysł II zadusił żonę poduszką? Jak wykryto
niektórych sprawców zamachów na króla Kazimierza Jagiellończyka? Co
spowodowało zgon Stefana Batorego, Jeremiego Wiśniowieckiego i jego syna
króla Michała Korybuta? Czy król Stanisław August Poniatowski sam
sfingował zamach na siebie, żeby skompromitować konfederację barską?
To tylko część tematów podjętych w tej książce. Jak wiadomo,
najważniejsza rola historyka to badanie, poszukiwanie prawdy o czasach,
ludziach, zdarzeniach. Zawierają się one w pozornie prostym pytaniu:
"Jak to było?". Szukając odpowiedzi poprzez badanie przekazów, historyk
staje się detektywem przeszłości, śledczym usiłującym dociec, co
rzeczywiście i kiedy wydarzyło się w przeszłości oraz z kim i czym te
zdarzenia można powiązać.
Najważniejsze w takim śledztwie są oczywiście przekazy źródłowe i porównywanie ze sobą wielu relacji. Nie można jednak przy tym zgubić tła
politycznego i społecznego, przyjaźni i nienawiści, ważących na czynach
wielu postaci tej dramatycznej sceny historycznej. Są one niezwykle
ważne, podobnie jak próba odpowiedzi na pierwsze pytanie, zgodnie z regułami sztuki kryminalnej i prawniczej: is fecit cui prodest, ten
uczynił, komu to korzyść przyniosło. Oczywiście nie zawsze zbrodni
dokonywali ci, którzy najwięcej na tym zyskiwali. Ale też przestępcy
nigdy nie ułatwiali życia detektywom, więc i w tym przypadku szczególnie
trudne bywają do rozwiązania zawikłane zagadki dotyczące właśnie spraw
kryminalnych, zbrodniczych.
Usiłowałem zatem w tej książce pełnić nade wszystko funkcję detektywa
śledczego, a nie prokuratora i sędziego w jednym, który "wiedząc
lepiej", ma zamiar osądzić i skazać podejrzanych przed Trybunałem
Historii. Tak postępują maniacy uprawiający, jak to się obecnie mówi,
hejt, rodzący się z chorych osobowości pełnych podejrzliwości, urazów i nienawiści. Zależało mi na tym, aby ukazać jak najszerzej postacie i zdarzenia, w wyniku których w zagadkowych okolicznościach dochodziło do
zbrodniczych przestępstw. Albo też zastanowić się, czy w ogóle spisek i zamach były faktami.
Niektórym z przestępców udowodniono winę. Pomimo wysokiego pochodzenia
zostali straceni - jak Michał Olelkowicz, Iwan Holszański, Michał
Piekarski i Walenty Łukawski. Były to przerażające egzekucje mające
odstraszyć ludzi od przestępowania prawa. Jednak niektóre sprawy,
szczególnie otruć, pozostają nadal niewyjaśnione, czekając np. na
badania DNA zachowanych szczątków jak w przypadku ostatnich książąt
mazowieckich.
"Wychyliwszy maleńki kubek"
Dzień świętego Floriana 4 maja 1194 r. obchodzono w Krakowie szczególnie
uroczyście. Relikwie świętego przywiózł z Włoch biskup krakowski Gedko,
więc opieka kolejnego świętego nastrajała wszystkich nad wyraz radośnie.
W świecie cierpienia i lęku przenikającego życie ówczesnego człowieka
tylko opieka świętych mogła uchronić przed kaprysami losu, wyrokami
bożymi i mękami w ogniu piekielnym.
W uroczystościach ku czci świętego Floriana brał udział książę
krakowski, najmłodszy syn Bolesława III Krzywoustego, Kazimierz II.
"Było zaś jego stałym zwyczajem obchodzenie uroczystości świętych. Gdy
więc cały dzień świętego Floriana poświęcił Panu, spędzając go to na
nabożeństwie, to na modlitwie, to na dziękczynieniu, nazajutrz wyprawił
świetną biesiadę dla książąt, wielmożów i pierwszych w królestwie.
Oprócz biesiady wiele powodów pobudzało ich do wesela: najpierw -
odniesione wszędzie nad nieprzyjacioły triumfy, po wtóre - po tak
niebezpiecznych trudach książę był zdrów i cały, po trzecie- bezpieczny
pokój, po czwarte - świąteczna błogość powodzenia". Radowali się:
komesi, woje, urzędnicy, dworzanie, skrybowie, podnieceni alkoholem:
"Głosy powszechnej uciechy wzb?ają się aż pod niebo", pisał autor
Kroniki polskiej, prepozyt sandomierski mistrz Wincenty zwany
Kadłubkiem (później biskup wyniesiony na ołtarze). Aczkolwiek, jak się
okazało - nie wszyscy. Czyjaś ręka i oczy, udające serdeczność, czuwały
nad tym, aby biesiada zmieniła swe oblicze. "Kiedy wszyscy się weselili
- [książę] ta jedyna, ta osobliwa gwiazda ojczyzny, gdy zadawał
właśnie biskupom pewne pytania o zbawienie duszy, wychyliwszy maleńki
kubek - na ziemię się osunął i ducha wyzionął. Nie wiadomo, czy zgasł
tknięty chorobą, czy trucizną"1.
Kazimierz miał lat 56. Śmierć z przyczyn naturalnych wydaje się nam
podejrzana, gdyż Piast znany był z tego, że nie nadużywał alkoholu.
Jedyny nałóg, jakiego możemy się u niego dopatrzeć, to uzależnienie od
hazardu. Nie niszczy on jednak tak bardzo organizmu, jak pite w nadmiarze, nałogowo, miody i wina. P?ąc umiarkowanie, książę opóźniał
pojawienie się zaburzeń krążenia, prowadzących do zawału albo wylewu
krwi do mózgu: najczęstszych, jak się wydaje, przyczyn śmierci
ówczesnych czasów pośród pięćdziesięciolatków. Więc skąd ten nagły zgon?
Mistrz Wincenty zapewne był świadkiem śmierci Kazimierza II,
wychwalanego przezeń "księcia idealnego", albo miał wiadomości o tym
zdarzeniu z pierwszej ręki. Nie odnotował objawów charakterystycznych
dla udaru zwanego apopleksją. Prepozyt sandomierski, będąc przeciwnikiem
p?aństwa, pisał bowiem: "Któż by nie wiedział, że nałóg biesiadowania
nieprzyjacielem jest zacności? Biesiada bowiem, z nazwy i z rzeczy
podszywając się pod uprzejmość [gospodarza], zwabia cnoty, upaja je,
ba, zatruwa!".
Książę Kazimierz, urządzając biesiady, czynił tak w konkretnym i chwalebnym (dla niego) celu, przynajmniej tak uważał mistrz Wincenty:
"Pod osłoną jakowejś dobroduszności nie tylko hucznych uczt nie unika,
lecz coraz częściej urządza bardzo okazałe i wystawne biesiady, a to z wielu powodów. Pierwszy to, aby z odurzonych umysłów innych ludzi
dowiedzieć się, jakich zalet jemu [samemu] brakuje. Roztropność bowiem
doświadcza się w zetknięciu z głupotą, tak jak głupota jest osełką dla
cnoty" - opowiadał mistrz Wincenty. "Po wtóre, aby poznać innych sądy o sobie. Swobodnym bowiem zwie się Bakchus i swobodne o wszystkim wygłasza
zdanie. Po trzecie, aby od spojonych [gości] wydrzeć skrycie przeciwko
sobie knowane zasadzki, których nie może wydobyć od trzeźwych.
[Albowiem] opilstwo włamuje się do skarbca duszy, aby wyjawić otwarcie
tajemnicę [strzeżoną] w trzeźwości. Po czwarte żaden rozsądny człowiek
nie wlewa nektaru do pękniętego naczynia, bo wylałby się wszystek. I dlatego mąż mądry nie żałuje trudu, aby przezornie zbadać rozsądek tych,
którym chce powierzyć poufne zamiarów tajemnice". Kazimierz "stosownie
do chwili oddaje się godziwym ucztom, w takiej jednak mierze, iż nie
pozwala p?aństwu brać nad sobą góry, skoro nie opuszcza go nieodłączna
towarzyszka, trzeźwość umysłu"2.
Dlaczego Kazimierz posuwał się do takich przebiegłych kroków? Mistrz
Wincenty w swych opisach często mieszał zdarzenia ze staro- i nowotestamentowymi, antycznymi wtrętami, alegorycznymi popisami, lecz
mimo to można oddzielić jądro zdarzeń od erudycyjnych i relig?nych
wtrąceń. Najprawdopodobniej Kazimierz podsłuchiwał, gdyż obawiał się
zawiązania spisku przeciw niemu, czy nawet otrucia. Wśród książąt
piastowskich i ruskich, podobnie jak niegdyś na dworze cezarów
rzymskich, dzikich Merowingów w państwie Franków, wodzów wareskich,
książąt litewskich, trucizna była powszechnie stosowanym instrumentem
walki politycznej. Narzędzie to było tak łatwe w użyciu, że stosowano go
pomimo chrześcijańskiego przykazania "Nie zab?aj" i zagrożenia ogniem
piekielnym w zaświatach. Jak się wydaje, spiskowcy mało się tym
przejmowali, przekonani, że działają w dobrej wierze, trując "tyrana",
więc będzie im to darowane w niebiesiech. W 1250 r. najprawdopodobniej
arszenikiem otruto cesarza Fryderyka II, a cesarz Henryk VII
Luksemburski zmarł w 1313 r. po przyjęciu komunii świętej, w której
ukryta była trucizna. Byłoby to niewyobrażalne wprost świętokradztwo,
jednak otrucie Luksemburczyka nie jest wiadomością pewną, gdyż śmierć
mogła też nastąpić wskutek panującej malarii.
Niemniej arszenik był powszechnie znany już w starożytności, gdzie
stosowano go wprost na masową skalę od V w. p.n.Ch. Niewykluczone, że
ten zabójczy minerał dotarł też nad Wisłę. A nawet gdyby nie dotarł, to
miejscowi aptekarze mieli pod dostatkiem rodzimych ziół
trujących3.
Nie wiemy, czy książę otoczony był dworską rzeszą: stolników,
podczaszych, piwnicznych, kredensarzy, których pilnował podkomorzy.
Urząd ten widzimy już w XIII w., np. na dworze księżnej Ludgardy, o zagadce której opowiemy, spotykamy jakiegoś bliżej nieznanego
"podkomorzego Przedpełka". Ostatecznie jednak urząd podkomorzego
wykształcił się w XIV w., więc raczej to wspomniani wyżej rękodajni
dworzanie mieli dbać o bezpieczeństwo władcy podczas picia i jedzenia. Z kroniki Galla Anonima (Mikołaja z Wenecji?) wiemy, że urzędy te
istniały, albo się formowały, więc zapewne nie inaczej było na dworze
Kazimierza II. Zadaniem tych urzędników i dworzan było kosztowanie
potraw i napojów przed podaniem księciu, wykrywanie podejrzanego smaku i oczywiście poświęcanie życia w razie połknięcia trucizny. Czyżby
Kazimierz to zaniedbał?
Raczej nie; miał przecież wiele dowodów i wspomnień, że książęta ruscy i piastowscy padali wprost jak muchy wskutek otruć. Niedawno Kazimierz
wtrącił się w walkę między książętami o Brześć i Drohiczyn. W 1182 r.
osadził na tronie w Brześciu swego siostrzeńca Światosława. Ale i on
długo nie rządził: został otruty. Poza tym trwała walka o władzę nad
senioralnym Krakowem między Piastami, w której głównym przeciwnikiem
Kazimierza był znacznie starszy, a mimo to wielce ambitny brat, Mieszko
III Stary.
W dziejach polskich również roiło się od podejrzanych zgonów
sugerujących otrucie. W 1089 r. zmarł nagle królewicz Mieszko
Bolesławowic, domniemany syn Bolesława Szczodrego, który "przewyższał
wszystkich zarówno Węgrów, jak i Polaków szlachetnymi obyczajami i pięknością i zwracał na siebie uwagę wszystkich jawnymi dowodami,
pozwalającymi mu wróżyć przyszłe panowanie. Stąd stryj jego, książę
Władysław, postanowił wezwać chłopca - pod złą wróżbą - z powrotem do
Polski [z Węgier - J.B.] i ożenić go - na próżno, niestety - z ruską
dziewczyną", pomimo że "cały kraj z niezwykłym uczuciem upodobał go
sobie. Lecz wrogi pomyślności śmiertelnych los w boleść zamienił wesele
i w kwiecie wieku przeciął nadzieję jego zacności". Bowiem "powiadają
mianowicie, że jacyś wrogowie z obawy, by krzywdy ojca nie pomścił,
trucizną zgładzili tak pięknie zapowiadającego się chłopca; niektórzy
zaś z tych, którzy z nim pili, zaledwie uszli niebezpieczeństwu
śmierci", pisał Gall Anonim4.
Sceptycznie do sprawy śmierci Kazimierza II podszedł jego biograf Józef
Dobosz. "Być może zatem okoliczności nagłego zgonu księcia krakowskiego
okryte były jakąś tajemnicą (co jest zawsze dobrą pożywką dla
literatów), a może zmarł on z powodów prozaicznych - osiągnął, jak na
tamte czasy, podeszły wiek" - 56 lat...5.
Także syn Kazimierza II zginął długo przed ojcem gwałtowną śmiercią.
Stało się tak podczas podcinania drzewa: został wtedy przygnieciony bądź
też ukąszony czy zaduszony przez żm?ę. Ponadto trwały walki nie tylko z książętami piastowskimi o władzę nad dzielnicami, ale także z rozgałęzionymi ruskimi Rurykowiczami o Halicz i inne księstwa. Kazimierz
wyprawiał się także przeciw Jaćwingom, więc wszystko to powinno dawać mu
wiele do myślenia w sprawie strzeżenia swej osoby.
Może wierzył w niezachwianą opiekę bożą: był bowiem hojnym fundatorem i darczyńcą klasztorów cysterskich w: Wąchocku, Jędrzejowie, Koprzywnicy,
Sulejowie; bożogrobców z Miechowa, kanoników regularnych z Czerwińska i Trzemeszna oraz joannitów z Zagości. Jego staraniem powstała tzw. płyta
wiślicka, czyli posadzka ze scenami figuralnymi, kolegiata Świętego
Marcina w Opatowie, kościoły w Sandomierzu, Kazimierzu Dolnym i Świętego
Floriana w Krakowie6. Jakże można podnieść rękę na tak
troskliwego i zasłużonego fundatora bożych świątyń?
W obrazie idealnego władcy Kazimierza II, jaki wyszedł spod pióra
mistrza Wincentego, nie mogło być miejsca na grzech, czyli kobiety. To
psułoby wizerunek, a przecież kronika Kadłubka stanowiła w zamyśle
autora także moralitet ku pokrzepieniu cnoty potomnych. Jednakże w tradycji ustnej przetrwało coś, co nie zostało przez Wincentego Kadłubka
zapisane. Dość nieoczekiwanie w Roczniku Traski z pierwszej połowy XIV
w. możemy przeczytać wpis z roku 1195:
"Książę Kazimierz, ojciec Leszka i Konrada zmarł w Krakowie nagłą
śmiercią z powodu otrucia przez pewną kobietę"7.
Niemożliwe, by piszący mnich wymyślił sobie tę informację. Musiał
czerpać ją z jakichś przekazów pisemnych bądź ustnych. Dlaczego nie
uczynił tego mistrz Wincenty? Podobnie jak w przypadku Galla i jego
dobroczyńcy Bolesława Krzywoustego, kronikarz nie mógł gryźć ręki, która
go karmi. Czuliby się jako traditores, zdrajcy. Dlatego i Gall, i mistrz Wincenty wychwalali swych dobroczyńców; Kadłubek głównie z powodu
obfitych donacji księcia Kazimierza II na rzecz kościoła, Gall z powodu
życia na "łaskawym chlebie" Krzywoustego. Mistrz Wincenty, przebywając
obok Kazimierza II, stał się piewcą "najdzielniejszego księcia",
"gospodarza biesiady", więc nie mógł napisać o kobiecie, która pojawiła
się obok żony Kazimierza Heleny. Psułoby to całą zbudowaną ku
pokrzepieniu dusz konstrukcję bogobojnego władcy idealnego. Prepozyt
sandomierski wolał sprawę tę przemilczeć jako zbyt świeżą i bolesną.
Lub co najwyżej zasugerować ją zawile w alegoriach.
Informację o kobiecie jako sprawczyni otrucia powtórzył po Trasce i innych wzmiankach8 w XV w. Jan Długosz w swych Rocznikach.
Pisał on o śmierci Kazimierza II: "Jedni wyrażali przekonanie, że go
powaliła choroba, inni, że napój miłosny, który podobno podała mu pewna
kobieta z Krakowa, żeby rozpalić jego uczucie i zmysły ku sobie.
Ponieważ mimo upomnień ze strony biskupa krakowskiego Fulka nie wzdragał
się przed występnym cudzołóstwem, naraził się na nagłą, niespodziewaną
śmierć przez otrucie"9.
Czy to dalsza część średniowiecznego moralitetu? Czy raczej przechowana
pamięć o udziale jakiejś niewiasty w otruciu? Kobiety w owych czasach,
jeśli tylko nie były dziewicami, matronami (czyli szacownymi żonami i matkami) i nie zajmowały się modlitwą bądź wrzecionem, uznawane były za
niestateczne, płoche istoty, pełniąc funkcję wręcz demoniczną.
Przypisywano im, niczym bibl?nej Ewie, nakłanianie "cnego mężczyzny" do
grzechu wabieniem powłoką ponętnego ciała i głosu, pod którym krył się
pełen nieczystości diabeł. Uwiedzenie "cnego" Kazimierza II przez jego
kochanicę (?) mieściło się zatem w tych wyobrażeniach i przekonaniach,
że usiłowała ona wzmóc chuć zbyt silną dawką afrodyzjaku.
Jednak zastanowienie budzi alegoryczny dialog Wesołości, Żalu, Wolności,
Roztropności, Sprawiedliwości, Proporcji (Harmonii) po śmierci
Kazimierza II. Ułożył go i zamieścił mistrz Wincenty w Kronice. "Sens
w tych wincentyńskich strofach jest ukryty i zawoalowany, wieloznaczny,
i już wiemy, że miał być próbą pogodzenia sprzeczności, które do
pogodzenia się nie nadają, bo taka jest ich natura. Nie wszystko jeszcze
w tym długiem utworze rozumiemy", pisała badaczka Brygida Kürbis.
Zwróćmy jednak uwagę na następujące wersy "Słów od Autora":
Straszny związek się zawiera,
Wierność oblubieńca złudna
Podstęp oczywisty jest.
Strój oblubienicy biorą,
Blaski wszystkie na niej gasną,
Wewnątrz czarnych komnat strach.
Obwiniona o występek,
Oskarżona dla pozoru,
Wyrok wydają bez win.
Pogrążona jest w ciemnościach,
Bez badania prawdziwości,
Tylu cierpień znosi los.
Żal mówi:
Oj, starego prawa męże!
W zbytkach swego Kazimierza
Tak nieposkomieniście.
Po czym mistrz Wincenty pisze o Gardzicielce, która zasługuje na karę,
dodając:
Niech się potwór taki stanie
Stosu pastwą, niech z popiołu
Żaden nie zostanie ślad!10.
Bardzo to niejasne zdania i tropy - i niekoniecznie muszą wynikać z praw
alegorii. Nieco późniejsza alegoryczna Powieść o Róży Wilhelma de
Lorris i Jana de Meun jest przecież czytelna nawet po wiekach. Wygląda
zatem na to, że mistrz Wincenty chciał napisać coś, przed czym się
wzdragał. Miał napisać panegiryk władcy bez skazy, a rzeczywistość była
inna. Wyjaśnienie przesunął więc do alegorycznego dialogu. Zdają się to
potwierdzać ostatnie strofy, gdy Roztropność pyta o radę Proporcję
(Harmonię), skoro "dla małżonków węzły wiążesz". Na to Harmonia:
Jad się mieści w tych pucharach,
W tyglu śmierci. Te pocałunki
Końcem końca stają się11.
Wygląda zatem na to, że mistrz Wincenty chciał w sposób zakamuflowany
przekazać, że za otruciem stała kobieta. Ale która? Czy nie maczała w tym palców jego żona? Była nią księżniczka z Moraw, Helena, córka
księcia Konrada II znojemskiego, z dynastii Przemyślidów.
Miała łatwy dostęp do księcia. O truciznę też nie było trudno. Słowianie
już od zarania swych dziejów, jak przystało na ludzi obcujących przez
wieki z przyrodą, doskonale orientowali się w jadach i trutkach. Było
one używane nie tyle w zbrodniczych celach, ile w celu pozbycia się
gryzoni, wilków i innych drapieżników. Jednak nietrudno było na przykład
sporządzić sok czy wywar z cisa i zamaskować tę truciznę w winie, czy to
jad zawierający alkaloid akonitynę nierozpuszczalną w wodzie, za to
rozpuszczalną w alkoholu, albo szalej jadowity z cykutoksyną lub
pietrasznik plamisty porażający nerwy i czynności oddechowe. Natomiast
truciciel (trucicielka) raczej nie użyli do otrucia lulka czarnego,
pokrzyku wilczej jagody czy wrotyczu, gdyż kronikarz zapisałby inne
objawy zgonu księcia. Nie używano też wówczas trucizn nieorganicznych,
jak osławiony arszenik czy octan ołowiu, wykluczamy również zastosowanie
grzybów trujących jak piestrzenica przypominająca smardze ze względu na
objawy dłużej trwającego, a nie raptownego otrucia, jak w przypadku
Kazimierza Sprawiedliwego.
Mimo podejrzeń wobec Heleny, żony Kazimierza Sprawiedliwego,
historyczka Brygida Kürbis zauważyła jednak, że "dla niej jednej mistrz
Wincenty znajduje życzliwe słowa jako niewiasty"12. Reszta pań
u kronikarza lokuje się w gronie manipulujących wrzaskliwych jędz.
"Raczej jednak tysiąckroć ugłaskasz piekielne furie Erebu niż raz jeden
przebłagasz srogość niewieścią", przestrzegał Wincenty Kadłubek "cnych
mężów" przy okazji opisu Agnieszki babenberskiej, żony Władysława
Wygnańca13. W wersach dialogowych naszego kronikarza znajdujemy
też potępienie cudzołóstwa i seksualnego życia przedślubnego,
dopuszczalnego u Słowian, a prowokowanego oczywiście przez potomkinie
bibl?nej Ewy. Tak jakby w tych dialogach pełnych alegorii mistrz
Wincenty chciał pośrednio zganić księcia za rozwiązłość.
Is fecit, cui prodest. "Ten uczynił, komu to korzyść przyniosło",
głosiła stara maksyma rzymska. Cherchez la femme: jeśli nie znacie
przyczyny, szukajcie kobiety, głosili potem Francuzi. Najbardziej
skorzystałby na śmierci Kazimierza jego wuj Mieszko Stary, dob?ający się
od dawna do odzyskania Krakowa. Najbardziej urażona byłaby księżna
Helena, którą mąż zdradził, albo nałożnica odstawiona na boczny tor,
dysząca chęcią zemsty lub pragnieniem przywrócenia swych wpływów za
pomocą "miłosnej trucizny". Najprawdopodobniej to któraś z tych pań
zaprawiła kubek odpowiednim "zielem". Relacja Jana Długosza, mimo upływu
blisko trzystu lat, zdaje się to potwierdzać; nie wiemy tylko, skąd
wybitny kronikarz czerpał te wiadomości. Bo że nie zmyślił, jest raczej
pewne.
Helena wiedziała, że nie zdoła utrzymać Krakowa po śmierci męża.
Domówiła się z wielkim przeciwnikiem Kazimierza II, Mieszkiem Starym, i oddała mu Wawel. I może o to właśnie chodziło w całej grze. Do
przyspieszenia zgonu Kazimierza mogły się bowiem przyczynić nie tylko
racje polityczne, ale i po prostu duma urażonej kobiety.
Trucizną z Wenecji?
Zachowały się jego nagrobek i rzeźba. Możemy na niego popatrzeć w Muzeum
Narodowym we Wrocławiu. Spogląda na nas książę o pogodnym obliczu, z trefionymi włosami, bez śladu zarostu, wyglądający młodo. Był to
przecież czas szerzenia się "miłości dwornej", minnesingerów
wyśpiewujących poetyckie amory w języku górnoniemieckim, rycerzy
walczących w turniejach przepasanych bądź ozdobionych podarunkiem od
damy.
Książę Henryk IV Probus, co z łaciny na polski tłumaczy się Prawy,
wywodzący się z dynastii Piastów, był dzieckiem tej epoki. Jako książę
wrocławski wychował się na styku kultur łacińskiej, niemieckiej i polskiej. Jak głosi łaciński napis na zachowanej płycie nagrobnej,
Henryk IV "zmarł w kwiecie wieku, w dzień wilii świętego Jana, w roku
1290, książę Śląska, Krakowa i Sandomierza". Zmarł rzeczywiście młodo:
miał 32, może 33 lata.
I zabrał ze sobą tajemnicę do grobu.
Chodziło o podejrzenie otrucia. Kulisy tej sprawy opisał Ottokar ôuz der
Geule ze Styrii wywodzący się z drobnej rodziny ministeriałów (rycerstwa
służebnego w Rzeszy niemieckiej). Jest to jedyne źródło tak obszernie
traktujące o przyczynach i tle wydarzeń związanych ze śmiercią Henryka
IV. Ottokar pisał, że Probus po zdobyciu Krakowa w sierpniu 1289 r. z pewnej księgi hagiograficznej o świętym Stanisławie ze Szczepanowa
dowiedział się, że Królestwo Polskie "za grzechy dawnego króla"
(Bolesława Śmiałego) utraciło koronę. Poszedł więc do katedry wawelskiej
i tam przed ołtarzem Najświętszej Marii Panny, modląc się za doznane
łaski zdobycia Krakowa, zobaczył gołębia. Ptak siadł na gzymsie jednego
z filarów i zaczął dziobać mur. Bystry książę wysnuł z tego wniosek, że
Bóg wskazuje mu ważne miejsce. Posłał więc w skok po murarza i drabinę;
ten rozkuł mur i oczom księcia ukazał się ogromny skarb: 15 tysięcy
grzywien złota.
Odkrycie to, wedle Ottokara, miało zmobilizować księcia Henryka Prawego
do starania o polską koronę (utożsamianą wówczas z panowaniem na Wawelu
i nad dzielnicą krakowską). Do koronacji potrzebna była jednak zgoda
papieża, w kurii rzymskiej panowało przekupstwo, Henryk zatem zrozumiał,
że złoty dar, który wskazany został mu co najmniej przez aniołów, jest
po to, by mógł rozpocząć starania o koronę polską.
Jednakże sytuację komplikował fakt, że książę wrocławski obłożony był
klątwą w związku z zatargiem z biskupem wrocławskim Tomaszem II:
chodziło o majątki i ziemie zajęte przez Kościół po klęsce pod Legnicą w 1241 r. Biskup odwoływał się do Rzymu i uzyskał korzystny wyrok,
natomiast Henryk IV w 1283 r. zwołał zjazd książąt w biskupiej Nysie,
gdzie główną atrakcją był turniej rycerski. Aby pokazać, kto panuje na
dolnym Śląsku, książę zarządził, aby "cały zapas zboża, które biskup
posiadał na przedmieściach, wykorzystano na paszę dla koni". W odpowiedzi biskup obłożył księcia interdyktem, na co Henryk zareagował
zajęciem kasztelanii nysko-otmuchowskiej należącej w większości do
biskupstwa. Gdy Tomasz II schronił się w Raciborzu, Henryk IV w 1287 r.
najechał to księstwo. Niebawem władca Wrocławia z przydomkiem Prawy
potwierdził jednak swą "prawość", nadając biskupowi dobra i kolegiatę
Świętego Krzyża - ale na własnych warunkach, jako akt dobrej woli, a nie
narzuconej woli Kościoła.
Poczynania te zbiegły się ze śmiercią księcia krakowskiego Leszka
Czarnego w 1288 r. Otworzyło to drogę do walk Henryka IV z księciem
Bolkiem płockim, Władysławem Łokietkiem i innymi książętami kujawskimi.
Z tych walk Henryk Probus wyszedł zwycięsko, opanował opuszczony Wawel i uzyskał znak w katedrze, że winien starać się o krakowską, czyli polską
koronę.
Kogo jednak wysłać, skoro w relacjach z biskupem wrocławskim pozostały
dawne urazy? Poza tym - czy klątwa nadal przygniatała barki i mroczyła
duszę księcia? Ottokar pisał, że tak, ale z innych wiarygodnych źródeł
wiemy, że interdykt zdjęto wcześniej. Henryk szukał zatem wyjścia z sytuacji, wypytując swych dostojników. Wtedy prepozyt miśnieński i kanclerz księcia, Bernard von Kamenz, poradził, aby książę wysłał do
Rzymu brata medyka księcia. Miał nim być "uczony jurysta", który - wedle
relacji Ottokara - najpierw miał doprowadzić w kurii rzymskiej do
zdjęcia klątwy, a potem uzyskać koronę dla księcia Henryka IV od
papieża.
"Uczony jurysta", wedle opowieści Ottokara, trudził się rok, by dotrzeć
do odpowiednich kardynałów. Jednakże - czy tyle czasu trwały zabiegi o audiencje u purpuratów, czy też w grę wchodziły inne sprawy? Przede
wszystkim posłowi księcia żyło się wygodnie, gdyż Henryk IV pokrywał
koszty. Podejrzewamy też, że w tym czasie "uczony jurysta" liczył,
rozglądał się w Rzymie, zlecał, komu trzeba, podejrzane roboty. Gdy
wreszcie wyliczył sobie, jak dużo należy wydać na zezwolenie na
koronację Henryka na króla, znając zapewne z listu od brata możliwości
finansowe księcia, zażądał od władcy Wrocławia i Krakowa 10 tysięcy
grzywien dla papieża i 2 tysiące grzywien dla kardynałów.
Henryk, omamiony blaskiem królewskiej korony, dał się skusić. Wysłał
stosowne sumy.
Jak się wydaje, tak długi czas załatwiania w kurii spraw związanych z kwestią koronacji przez posła był potrzebny "uczonemu juryście" do
innych zabiegów utrzymywanych w ścisłej tajemnicy. Choć Ottokar
styryjski nie pisze o tym wprost, poseł Henryka Probusa zapewne w tym
czasie szukał i znalazł ludzi, którzy potrafiliby "zmienić metal w złoto". Prawdopodobnie chodziło o pozłocenie ołowiu lub mosiądzu.
Tymczasem kardynałowie i papież z zadowoleniem przyjęli olśniewająco
błyszczące dowody miłości Henryka IV Probusa do Najświętszego Kościoła
apostolskiego. Posypały się brzęczące sztabki lub monety. Po czym
wybuchła afera. Gdy rzekome złoto zbadali urzędnicy kamery papieskiej
(camera sekreta pontificia), okazało się, że cztery tysiące grzywien
zostało podrobionych. Pieniądze te zabrał i ukrył przezorny "uczony
jurysta". Kuria rzymska wybuchła oburzeniem, w pierwszej chwili winą
obarczając "podstępnego" księcia wrocławskiego i krakowskiego. Wtedy
"uczony jurysta", obawiając się konfrontacji, nie czekając na straże
gwardii papieskiej, wymknął się do Wenecji.
Bogacąca się Republika Wenecka słynęła z handlu i niepodporządkowania
się papiestwu, z którym toczyła wielowiekowy konflikt. Włochy,
spadkobiercy antycznych tradycji rzymskich, słynęli też, przynajmniej w opinii współczesnych, z umiejętności stosowania trucizn. W starożytnym
Rzymie od V w. p.n.Ch.otrucia stały się społeczną plagą, czy nawet
epidemią, którą usiłował powstrzymać dyktator Sulla w 83 r. p.n.Ch.
edyktem przewidującym dla nobilów utratę majątków i pozycji w razie
udowodnienia otrucia. Dla plebsu przewidziana została kara rzucenia
dzikim bestiom na pożarcie. W otruciach królowały Rzymianki, wetując
sobie na mężach i kochankach brak praw politycznych, choć majątkowe
miały równe mężczyznom. Schedę po antycznym Rzymie odziedziczyły kraje
włoskie, w tym Wenecja. Tamże, idąc za ustaleniami specjalistki od
toksykologii (ale nie historii) Doroty Targosz, funkcjonowała tzw. rada
dziesięciu, spośród której rekrutowali się truciciele, a raczej osoby
zlecające otrucia niewygodnych osób14.
Trudno jednak orzec, na ile opinie te były prawdziwe, lecz opowieść
Ottokara styryjskiego zdaje się potwierdzać osądy o umiejętnościach
Wenecjan i wmontowaniu trucicielstwa w struktury techniki sprawowania
władzy. Bowiem z Wenecji poseł malwersant miał przesłać do Wrocławia
bratu medykowi "zakupioną truciznę".
Z następstwa faktów wynikałoby zatem, że "uczony jurysta" wcześniej
wysłał przesyłkę i list, zanim oficjalna wieść o fałszywym złocie, jako
zapłacie za koronę, dotarła do księcia. Poseł oszust napisał też bratu,
że jeśli chcą ocalić głowy, to on jako lekarz musi podać truciznę, aby
pozbawić księcia życia przed pojawieniem się legatów papieskich.
Strwożony widmem nieuchronnej kary medyk przemycił truciznę do posiłku
księcia. Henryk IV poczuł się źle. Wezwano innego lekarza, magistra
Guncla, który zastosował radykalny w ówczesnym pojęciu środek pozbywania
się trucizny. Kazał powiesić Henryka IV za nogi i zmusił go do wymiotów.
Wydawało się, że władca jest uratowany, choć przecież część trucizny
musiała już dostać się do krwiobiegu, nerek, wątroby. Wtedy
zdeterminowany brat malwersanta, widząc powrót księcia do zdrowia,
zdołał posmarować trucizną jego nóż do krojenia chleba. Henryk IV Probus
znów poczuł się gorzej, wezwany ponownie lekarz Guncel nie zdążył na
czas - i książę zmarł15.
Czy Ottokar zmyślił, a przynajmniej mocno podkoloryzował tę historię,
czy jest ona prawdziwa? Lektura rymowanego dzieła poety kronikarza z początków XIV w. nie jest pracą ani przyjemną, ani łatwą, gdyż Ottokar
pisał zawile, gmatwał treść pełną "bałamuctwa" - pisał polski historyk
Oswald Balzer16. Poza tym trzeba mieć cierpliwość badacza, by
przebrnąć przez tysiąc wersów łacińskiego testu: niewielu się na to
zdobyło.
Wielu historyków, już po odkryciu pierwszych nieścisłości, odrzucało
zatem dzieło Ottokara stryjskiego jako źródło niewiarygodne,
argumentując, że przeważa tam narracja nad dokumentacją, czyli szukanie
efektu artystycznego wedle tamtejszych kanonów, a nie źródłowe
poszukiwanie i potwierdzenie faktów. Jednak nie sposób z tejże kroniki
odrzucić wszystkiego. Wręcz przeciwnie, obecnie zwraca się uwagę, że
Ottokar sporządził niemałą kwerendę źródłową: gromadził materiały w Czechach, gdzie około 1300 r. przebywał i dowiadywał się u dostępnych mu
osób o ciekawiące go wydarzenia. "Zakres jego informacji jest tak
imponujący, że przypuszcza się nawet, iż Ottokar korzystać musiał z całej siatki rozsyłanych specjalnie w różne strony ekscerptatorów
[spisujących z rozmaitych dokumentów] i informatorów", zauważał polski
historyk Tomasz Jurek. "Z analizy dzieła wyłania się wizerunek
kronikarza sumiennego, nieźle wykształconego (znał łacinę i bodajże
studiował w Bolonii), samodzielnie i krytycznie myślącego"17.
Najprawdopodobniej najpoważniejszym informatorem Ottokara był kanclerz
księcia Henryka Probusa, potem dyplomata króla czeskiego Bernard von
Kamenz. Ten sam, który poradził Henrykowi, by wysłał do Rzymu "uczonego
jurystę". Niemniej jest raczej pewne, że kanclerz osobiście nie
informował o zdarzeniach Ottokara, ponieważ dzieliły ich zbyt duża
przestrzeń i wysokie progi komnat. Natomiast z pewnością kronikarz
czerpał wiadomości od kanclerza z drugiej ręki.
W dalszym ciągu nie dowierzano jednak Ottokarowi. Czescy, niemieccy i część polskich badaczy dziejów zwracało bowiem uwagę na zbieżność wersów
kronikarza ze Styrii z Kroniką zbrasławską, mówiącą także o malwersacji pieniędzy podczas starań Wacława II Przemyślidy o koronę.
Jednakże równie słuszne wydaje się w tym przypadku twierdzenie, że
malwersacje posłów i natarczywe domaganie się przez nich pieniędzy od
władców były powszechne tak wtedy, jak i później. Wystarczy przypomnieć
sobie starania królów polskich o odzyskanie "sum neapolitańskich" w XVI-XVII w. Nikt nie był w stanie przecież sprawdzić, za ile złota
trzeba kupić przychylność kardynała czy urzędnika, bowiem ani
łapówkarze, ani łapownicy strojni w purpury i birety z diamentami nie
byli w najmniejszym stopniu zainteresowani w ujawnieniu wysokości sum.
Możemy zatem uznać tę część opowieści Ottokara za wiarygodną.
Natomiast niektóre szczegóły przywołane w wierszach Styryjczyka
rzeczywiście odstają od innych źródeł dokumentalnych. Przede wszystkim
"uczony jurysta" nie mógł się starać przez rok o zniesienie klątwy
nałożonej na Henryka IV, gdyż została zdjęta w 1287 r. Jak zauważył
Tomasz Jurek, nie pozbawia to jednak wiarygodności przekazu Ottokara:
"Kryje się tu, być może, zniekształcona pamięć o tym, że trzeba było
najpierw sporo popracować nad zatarciem złego wrażenia, jakie zostawił
spór z Kościołem, o którym Rzym był na bieżąco informowany, a biskup
Tomasz miał przyjaciół wśród kardynałów"18.
Nie kłóci się to z hipotezą, że ten czas "uczony jurysta" wykorzystał do
przygotowania malwersacji, oszustwa, podrobienia monet czy sztabek. Nie
było to zresztą sprawą prostą w świecie rzymskim, pełnym szpiegów,
donosicieli, aferzystów, oszustów zwabianych blaskiem dworu papieskiego,
jak i pochodniami wielkiego Wiecznego Miasta.
Jak umierał nieszczęsny książę? Ottokar styryjski pisał o długotrwałej
chorobie Henryka IV, co oznaczałoby powolne podtruwanie go, aż do
śmiertelnego skutku. Kłóci się to z faktem, że poseł i jego brat musieli
szybko otruć księcia, tak by nie dowiedział się o malwersacji. Niemal
wszystkie bliższe tym wydarzeniom źródła19 piszą o podejrzeniu
otrucia. Po nich Jan Długosz w Rocznikach donosił: "Książę wrocławski
Henryk IV Probus albo Pobożny czując stopniowe wzmaganie się wynikłej z trucizny podanej mu przez Ślązaków choroby, która gnębiła go już
przeszło pół roku [...] ponieważ nie pozostawił żadnego potomka,
przeznacza księstwo wrocławskie swemu stryjowi Konradowi głogowskiemu, a księstwo krakowskie i sandomierskie księciu Wielkopolski
Przemysławowi"20. Idąc tym tropem, Tomasz Jurek sądzi, że
"Henryk musiał umrzeć nagle i niespodziewanie"21. W przeciwnym razie nie podejrzewano by otrucia, a raczej jakąś chorobę
wywołującą coraz większe osłabienie, a wreszcie śmierć.
Z drugiej strony wiemy, że Słowianie dobrze znali rośliny trujące -
także powoli. Ta wiedza zapewne pozostała w rodach późniejszych medyków,
choć nikt się nią nie chwalił z obawy podejrzenia o ich stosowanie.
Jednak raptowność zejścia wywołała u kronikarzy skojarzenie z trucizną -
i zapewne książę rzeczywiście został otruty szybko, zgonu nie
przewlekano kolejnymi dawkami, skoro jego zejście w wielu kronikach i zapiskach skojarzono z trucizną.
I wreszcie - kim jednak byli mordercy? Poszlaki badane przez Romana
Grodeckiego wskazywały na znanych we Wrocławiu synów lekarza Gocwina:
Jakuba i Jana. Ten pierwszy mógł być posłem ze względu na wykształcenie
i urzędy. Występuje on bowiem jako scholastyk kolegiaty Świętego Krzyża
(ufundowanej przez Probusa), oficjał biskupi, doktor dekretów, co
wskazywałoby na prawnicze wykształcenie. Natomiast bezpośrednim sprawcą
otrucia mógł być jego brat, kantor katedralny, z tytułem magistra, Jan,
co wskazywałoby (acz niekoniecznie) na lekarza. Mieli też trzeciego
brata, Goczko, a ich ojciec Gocwin (Gozwin) był lekarzem Henryka III
Białego. Istnieje podejrzenie, że i ten książę, ojciec Henryka IV,
został otruty, choć raczej jest to podejrzenie nieuzasadnione. Na fakt,
że Gocwin był lekarzem, wskazuje tytuł magistra i określenie medicus
noster, physicus, wymieniane w dokumentach22. Mógł zatem
przekazać synom solidną porcję ówczesnej wiedzy i umiejętności.
Wszystko to składało się na logiczną całość. A jednak ważny element
zachwiał tą, wydawałoby się, logiczną układanką wskazującą na
Gocwinowiczów jako sprawców. Otóż zbiegły rzekomo do Wenecji Jakub syn
Gocwina zostanie później powszechnie szanowanym prałatem, pośredniczącym
w rozjemstwach. Gdyby na jego imieniu legł choć cień podejrzenia, nie
powierzano by mu takich funkcji, które wymagają nieskalanej opinii. A ponadto źródła świadczą, że w styczniu 1289, październiku 1289 i czerwcu
1290 r. Jakub przebywał we Wrocławiu. Czy możliwy byłby zatem jego pobyt
w stolicy Dolnego Śląska, szczególnie w czerwcu 1290 r., po malwersacji
ogromnych sum? Zdecydowanie nie - i to wyklucza go (a więc i brata) z kręgu podejrzanych o otrucie Henryka Probusa.
Powinniśmy zatem przyjrzeć się innym lekarzom księcia. Pod datą 25 lipca
1282 r. pojawia się w dokumentach magister Tomasz, po dwóch latach
wikariusz katedralny, od 1288 r. wikariusz u Świętego Krzyża, od 1291 do
1320 r. dziekan opolski. Czy to on doprowadził do śmierci władcy? Nie
sposób nic mu udowodnić. A na dodatek nie wiemy, czy miał brata
"wybitnego jurystę", gdyż taki nie występuje w dokumentach.
Wedle kroniki rymowanej Ottokara styryjskiego śmiertelnie chory książę
Henryk Probus dowiedział się od swych śledczych, kto go otruł. Zabronił
jednak sprawcę ścigać i karać, wybaczając mu na łożu śmierci. Tajemnicę
zabrał do grobu; co dziwniejsze, otoczenie księcia nie wskazało wprost
na malwersanta i truciciela. Czy dlatego że Henryk Probus związał ich
przysięgą? Jeśli tak, to po co?
Być może była to forma ekspiacji za wcześniejsze wyczyny, odbiegające od
wyobrażeń chrześc?ańskiego, pogodnego władcy, jakiego widzimy Henryka na
sarkofagu. Już przedtem, po zdjęciu klątwy kościelnej, Henryk IV
ufundował przepiękną kolegiatę Świętego Krzyża we Wrocławiu. Ale też w poszukiwaniu pieniędzy dla zaspokajania wybujałych ambicji politycznych
i własnych, które trudno oddzielić, książę z przydomkiem Prawy nie wahał
się posuwać do czynów zatrącających o profanację. Kazał np. odstawić
ołtarz w Trzebnicy i rozkuwać ściany w poszukiwaniu skarbów, na co
skarżył się w 1285 r. biskup do arcybiskupa. Ten przypominał, po
łacinie, rzecz jasna, że Henryk IV został wyklęty, gdyż "zrabował skarby
Kościoła rzymskiego niczym wróg w siedzibie ojców dominikanów". Także
opowieść o gołąbku, który wskazał w katedrze wawelskiej skarb, jest
wielce podejrzana. Jak zwrócili uwagę historycy Przemysław Wiszniewski i Tomasz Jurek23, maskowała ona w istocie kolejny rabunek skarbów
kościelnych przez księcia. Miał więc za co pokutować Henryk Prawy.
A może było inaczej? Może otrucie księcia wpisane było w większy
kontekst polityczny? Wiemy, że w czerwcu 1290 r. we Wrocławiu przebywał
arcybiskup Jakub Świnka. Wskazuje na to przywilej odpustowy wystawiony
17 czerwca dla franciszkanów wrocławskich.
Czy pojawienie się Jakuba Świnki we Wrocławiu było próbą doprowadzenia
do pogodzenia się dwóch wrogów starających się o polską koronę: księcia
wielkopolskiego Przemysła II i księcia wrocławskiego aspirującego co
najmniej do Małopolski, Henryka IV Probusa? W grę wchodziła przecież
wielka idea zjednoczenia Polski, której arcybiskup Świnka był postacią
sztandarową. Historyk Tomasz Jurek zauważył, że w czasie pobytu Świnki
we Wrocławiu Przemysł II przesunął się nad granicę śląską, zapewne do
Ostrzeszowa. Tak jakby realizował pewien plan. Chyba jednak nie
uderzenia zbrojnego, skoro znajdował się tam mediator popierający
księcia wielkopolskiego - Jakub Świnka? Czy Przemysł II wiedział, że
rychło uda się do Wrocławia na pogrzeb księcia śląskiego i dlatego
czekał w Ostrzeszowie?
Nieoczekiwanie, na łożu śmierci, Henryk IV miał bowiem podyktować 23
czerwca 1290 r. zaskakujący testament. Zapisywał w nim Kraków swemu
dotąd śmiertelnemu wrogowi - Przemysłowi II. Książę wrocławsko-krakowski
nakazywał również zwrot skarbów zagrabionych w kościołach i oddanie
Czechom Kłodzka. Testament ten świadczyłby dobrze o dalekowzroczności
umierającego księcia, wprawdzie znacznie zniemczonego, lecz
poczuwającego się do związków z polskimi Piastami i kierującego się
polską racją stanu. Tak też został odczytany przez większość polskich
historyków, podczas gdy wielu historyków niemieckich wskazuje, że za
zajęciem Krakowa i koronacyjnymi planami Henryka Probusa kryła się chęć
"przerzucenia niemczyzny za Wisłę".
Nadal jednak nie jesteśmy pewni, czy Henryk IV rzeczywiście podyktował
ten testament; część historyków podważa jego wiarygodność. Sprawę
komplikuje dodatkowo obecność Jakuba Świnki przy łożu Henryka Probusa.
Czy to właśnie arcybiskup wpłynął na testament umierającego księcia?
Jakub Świnka coś musiał księciu obiecać albo do czegoś zniemczonego
Henryka IV przekonać, co poszło mu tym łatwiej, że arcybiskup Niemców
nienawidził, nazywając ich "psimi mordami"24. Tu jednak rodzą
się pytania, skąd arcybiskup wiedział, że książę wrocławski i krakowski
schodzi ze sceny walki o koronę powalony śmiertelną chorobą, dlaczego
znalazł się w odpowiednim czasie i miejscu, co raczej nie było dziełem
przypadku, i dlaczego Przemysł II stanął nad granicą, przygotowany na
pogrzeb Henryka IV i do przejęcia władzy nad Krakowem?
Wszystko to, jako się rzekło, wyglądało na uzgodniony plan między
Poznaniem, Gnieznem i Uniejowem, siedzibą arcybiskupa. "Gdyby więc
trzymać się zasady is fecit cui prodest, tylko szacunek dla wielkiej i bez wątpienia szlachetnej postaci arcybiskupa nie pozwoliłby postawić
pytania - na które oczywiście i tak nie znaleźlibyśmy odpowiedzi - czy
nie należałoby i jego wciągnąć w krąg ewentualnych podejrzanych o podanie Henrykowi trucizny", pisał Tomasz Jurek. Consecutio temporum,
w tym przypadku następstwo wydarzeń, też wskazywałoby na perfidny plan
księcia wielkopolskiego i arcybiskupa gnieźnieńskiego. Przemysł II
rzeczywiście natychmiast znalazł się we Wrocławiu, aby uczestniczyć w pogrzebie i zadbać o wykonanie testamentu obok innego testamentowego
dziedzica: księcia głogowskiego Henryka.
I to Przemysł II ukoronuje się na króla odnowionej, choć niecałej
"Polski Bolesławów" Chrobrego i Śmiałego. W żaden jednak sposób nie może
to świadczyć o rzekomym udziale księcia wielkopolskiego w otruciu
dawnego przeciwnika, który koroną polską chciał raczej ozdobić własne
skronie, niż zasycić cne ambicje polityczne zjednoczenia kraju Piastów.
Poduszka Ludgardy
Pod datą 1283 r. w tzw. Roczniku kaliskim (franciszkanów w Kaliszu)
zapisano:
"W tymże roku zmarła najczcigodniejsza małżonka księcia wielkopolskiego
Przemysła, córka Mikołaja Kaszuby, zwana imieniem Ludgardy; nikt nie
potrafił stwierdzić, jaką zmarła śmiercią".
Informacja ta znalazła się w innych rocznikach, gdyż Rocznik kaliski
zaginął. Uznany jednak został ostatnio przez historyka Wojciecha
Drelicharza za jeden z najstarszych i najważniejszych: "Ten zaginiony
pomnik historiograficzny, skądinąd obszernie spożytkowany w rocznikach
małopolskich, był faktycznie dziełem autora bądź autorów o bardzo
szerokim, ponaddzielnicowym horyzoncie politycznym". Powstał on w drugiej połowie XIII w. i z pewnością wywarł wpływ na późniejsze
roczniki25. Bowiem Rocznik Traski z połowy XIV w. podawał:
"W tymże roku [1283] zmarła najdostojniejsza małżonka pana Przemysła
księcia Wielkopolski, córka Mikołaja księcia Kaszubów, imieniem Lukarda.
Śmierci jej nikt nie zdołał dociec, jak zaszła"26.
Przemysł II był wspomnianym w poprzednim rozdziale księciem
wielkopolskim zamieszanym w konflikt z Henrykiem Probusem.
Obydwaj zmierzali do tronu wawelskiego, podobnie jak inni ambitni
Piastowie. Natomiast księżniczka Ludgarda była córką oboryckiego księcia
meklemburskiego Henryka I Pielgrzyma i księżniczki szczecińskiej
Anastazji. Małżeństwo mającej 12-14 lat dziewczynki Ludgardy urodzonej
między 1259 a 1261 r. i 17-letniego Przemysła zostało wyswatane w 1273
r. przez księcia szczecińskiego Barnima opiekującego się panienką i księcia śląskiego Bolesława Pobożnego, opiekuna Przemysła.
W kronikach zachował się opis powitania Ludgardy w Drzeniu przez
Bolesława Pobożnego z Jolentą. Uczestniczył w tym Przemysł, który ponoć
był przyszłą żoną oczarowany. Stąd pojechano do Poznania, gdzie pochód w uroczystej procesji udał się do katedry. Tam para zawarła małżeństwo, po
której to uroczystości weselono się, zapewne niejeden dzień27.
Po czym postać Ludgardy zniknęła z kronik.
Pojawiła się dopiero wraz z dwuznacznymi zapiskami o jej śmierci. Co
ciekawe, jeszcze drastyczniejsze opisy dotyczące śmierci żony Przemysła
znajdujemy w Roczniku małopolskim Szamotulskiego (na zlecenie Piotra
Szamotulskiego) dopisane na marginesie: "Niezależnie od tego
dziejopisarza [dodam], że za naszej młodości widzieliśmy w grodzie
gnieźnieńskim jedną drewnianą kaplicę, która w języku rodzimym nazywa
się kruchta, w której były dwa wielkie kamienie na kształt młyńskich,
zaczerwienione krwią tejże pani, między którymi została starta
całkowicie i zgasła, i została złożona w grobie w katedrze
gnieźnieńskiej"28.
Rocznik małopolski Szamotulskiego, podający tę informację, powstał
znacznie później, w drugiej połowie XV w. Trudno więc zweryfikować, czy
autor kroniki nie powtarzał wieści szerzących się wśród ludu. Taki
kamień ze śladami męczeństwa mógł też przyciągać pielgrzymów z niedalekiej Meklemburgii i innych krajów niemieckich.
Niemal bowiem wiek po śmierci Ludgardy, około 1370 r., bard z Turyngii
Ernst von Kirchberg na zlecenie księcia Meklemburgii Albrechta w rymowanej kronice także opisał dzieje małżeństwa Przemysła II i Ludgardy. Z jego wersów wynikało, że małżeństwo kochało się, lecz mimo
to księżniczka nie zachodziła w ciążę. Wtedy teściowa Ludgardy zaczęła
domagać się od syna, aby odesłał nieródkę do domu bądź klasztoru.
Przemysł się opierał, ponieważ kochał żonę, lecz matka wymusiła na nim,
by oznajmił Ludgardzie wolę odesłania jej, gdyż nie może mu dać
potomstwa, którego on pragnie. Ludgarda na jego słowa odparła:
God uns beide gesamnet hat
Der mag uns ouch wol scheiden
- czyli: co Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela. Zapewniła też o swej nieustającej miłości do męża.
Ten jednak kazał wtrącić ją do wieży wraz z jej służbą i pozostawił pod
nadzorem dominikanina, który miał nakłonić Ludgardę do zgody na
unieważnienie małżeństwa. Pewnego dnia służebne przybiegły do pani, że
oto nadchodzi Przemysł. Uradowana Ludgarda pobiegła, aby przywitać męża
pocałunkiem. Gdy oplotła mu szyję w miłosnym uścisku, otrzymała cios
nożem, która "pierś jej rozorała". Zbrodniczego dzieła dopełnił sługa
księcia, dusząc ją ręcznikami.
Ludgarda została ingulata, jak zapisano w późniejszych kronikach,
m.in. Jana Długosza, co oznacza po łacinie tak uduszenie, jak i podcięcie gardła.
Wróćmy do wcześniejszej kroniki rymowanej Kirchberga. Pisana po upływie
wieku od wydarzeń, musiała zawierać i zawierała wiele przeinaczeń i nieścisłości. Matka nie mogła namawiać Przemysła do zerwania małżeństwa,
gdyż zmarła osiem lat przed ożenkiem syna. Jednak określenie Kalisza
jako miasta książęcego oraz postać dominikanina, prawdopodobnie
spowiednika Przemysła w latach 1278-1283 o imieniu Teodoryk -
odpowiadają prawdzie. Mógł on rzeczywiście na zlecenie swego księcia
przekonywać Ludgardę do zgody na odesłanie do domu lub klasztoru z powodu nierództwa. Prawdopodobne wydają się też opisy stanów uczuć w rymowance Kirchberga: najpierw miłość, a potem jej wygasanie wskutek
braku potomstwa, którego spłodzenie w średniowieczu było głównym celem
małżeństwa. Słuszna też wydaje się uwaga historyka Jacka
Wiesiołowskiego, że w tej pełnokrwistej, acz schematycznej fabule
"treścią opowieści przekazanej przez niego [Ernsta von Kirchberga]
jest dramatyczna obrona nienaruszalności sakramentu
małżeństwa"29.
W ten sposób Ludgarda przesunęłaby się z roli ofiary do roli męczennicy,
która złożyła życie za obronę świętego węzła małżeńskiego. Stąd blisko
było jej na ołtarze. Kult narastał i w Kronice oliwskiej z połowy XIV
w. została już określona jako sancte Lukarda, "świątobliwa
Ludgarda"...30.
Tymczasem wokół śmierci niedoszłej świętej nadal kłębi się wiele
wątpliwości. Także po wiekach. W sferze faktów wiemy jedynie, że
Ludgarda zmarła prawdopodobnie 13 grudnia 1283 r. w Gnieźnie. Miała 22,
najwyżej 24 lata, więc jej śmierć była przedwczesna i niespodziewana.
Małżonek pochował ją tamże zdumiewająco szybko, bo w dwa dni później, 15
grudnia 1283 r. Z dużą pompą, którą zdążono błyskawicznie zorganizować,
tak jakby Przemysł był przygotowany na tę okoliczność.
Na dodatek, jak podaje Rocznik Traski, w cztery dni później w Poznaniu
nastąpił gwałtowny awans skromnego kantora Jakuba Świnki połączony z aktem niezwykłej łaski książęcej - o czym dalej. Na podstawie tych i innych przekazów Kronika oliwska, a za nią w drugiej połowie XV w. Jan
Długosz, nie mieli już wątpliwości, że Ludgarda została uduszona. Rzucił
to oskarżenie pomimo szacunku dla Jakuba Świnki i Przemysła II -
odnowiciela Królestwa Polskiego. Fragment o tym zatytułował jednak
dwuznacznie: "Żonę księcia Przemysła Lukerdę morduje nędznie służba.
Wieść głosiła, że sam książę Przemysł był wtajemniczony w to zbrodnicze
zabójstwo".
Służba nie zdecydowałaby się samodzielnie na tak straszny czyn jak mord
na księżnej. Na to potrzebne były rozkaz lub niedwuznaczne zezwolenie z góry. Toteż pisał dalej Długosz: "Chociaż jej mąż, książę Przemysł
opłakiwał ją i urządził jej uroczysty, książęcy pogrzeb, ponieważ jednak
była bezpłodna, podejrzewano go, że z powodu jej bezpłodności i z pragnienia męskiego potomka i następcy nasłał pewne osoby w celu jej
uśmiercenia. Podejrzenia zwiększyły jeszcze pominięcie milczeniem zemsty
i bezkarność, jaką się cieszyli sprawcy niegodziwej zbrodni. Lecz i pieśni śpiewane powszechnie do naszych czasów świadczyły, że księżna
Lukerda [Ludgarda], kiedy przeczuwała, iż mąż przeznaczył ją na
śmierć, ze łzami w oczach błagała go, by nie pozwalał odbierać życia
żonie i niewinnej kobiecie, ale pomny na cześć dla Boga i honor zarówno
małżeński, jak i książęcy pozwolił ją odprowadzić choćby w jednej
koszuli do ojcowskiego domu, a zniesie spokojnie każdy, nawet nędzny
los, byleby ją tylko pozostawiono przy życiu. Książę Przemysł był
przekonany, że jego występek jest nieznany i że należy go pokryć
wiecznym milczeniem jako dokonany skrycie przez kilka wtajemniczonych
osób. Bóg jednak sprawił, iż słyszał, jak ku jego hańbie śpiewano o nim
powszechnie pieśń ludową, która, jak wiadomo, dochowała się nawet do
naszych czasów i obecnie śpiewają ją na widowiskach. Powszechna tedy i prawdomówna opinia obwiniała wymienionego księcia Przemysła o wspomnianą
zbrodnię i wielu zarzucało mu, że wprawdzie śmierć pomienionej Lukerdy
nastąpiła za cudzą pomocą, ale na jego polecenie i z jego wyroku i ani
książęca powaga, ani ogłoszony zakaz nie potrafiły usunąć z ust i serc
ludzkich oceny jego występku. Ten, który przez zabójstwo z powodu
bezpłodności wspomnianej swojej małżonki usiłował nadto zniweczyć i udaremnić twardy, nieodwołalny wyrok nieba, zhańbił się najobrzydliwszą
zbrodnią i mimo że się powtórnie ożenił, nie mógł posiąść męskiego
potomka"31.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Wincenty Kadłubek, Mistrza Wincentego Kronika Polska, tłum. Kazimierz Abgarowicz i Brygida Kürbis, wstęp i komentarz B. Kürbis, Warszawa 1974, s. 211. [wróć]
2. Tamże, s. 189-190. [wróć]
3. Zob. J. Tyszkiewicz, Trucizny, w: Słownik starożytności słowiańskich: encyklopedyczny zarys kultury Słowian od czasów najdawniejszych do schyłku wieku XII, t. 6, T-W, cz. 2, red. Władysław Kowalenko, Gerard Labuda i Tadeusz Lehr-Spławiński, Wrocław 1980. [wróć]
4. Anonim zwany Gall, Kronika polska, przeł. R. Grodecki, przekład przejrzał i przypisami opatrzył M. Plezia, Wrocław-Warszawa-Kraków 1968, s. 59-60. [wróć]
5. Dobosz J., Kazimierz II Sprawiedliwy, Poznań 2011, s. 157. [wróć]
6. Pisał o tym J. Dobosz, Działalność fundacyjna Kazimierza Sprawiedliwego, Poznań-Gniezno 1995. [wróć]
7. Rocznik Traski, wyd. Augustyn Bielowski, w: Monumenta Poloniae Historica, t. II, Lwów 1872, s. 832-835. [wróć]
8. Kalendarz kapituły krakowskiej, wyd. Zofia Kozłowska-Budkowa, w: Najdawniejsze roczniki krakowskie i Kalendarz, Monumenta Poloniae Historica, t. V, Warszawa 1978, s. 145; Rocznik małopolski, wyd. Augustyn Bielowski, w: Monumenta Poloniae Historica, t. III, Lwów 1878, s. 835. [wróć]
9. Długosz J., Roczniki, czyli Kroniki sławnego Królestwa Polskiego, ks. 5-6, przeł. Julia Mrukówna, red. t. III Krystyna Pieradzka, Warszawa 1973, s. 196-197. [wróć]
10. Mistrz Wincenty (zwany Kadłubek), Kronika polska, tłum. i oprac. Brygida Kürbis, Wrocław-Warszawa-Kraków 2003, s. 232-239. [wróć]
11. Tamże, s. 238. [wróć]
12. Tamże, s. LXXVIII-LXXIX. [wróć]
13. Tamże, s. 157. [wróć]
14. Targosz D., Historia trucizn i zatruć, w: Zarys toksykologii klinicznej, red. J. Pach, Kraków 2009, s. 16. [wróć]
15. Opis tych spraw, w: Ottokars Österreichische Reimchronik, wyd. J. Seemüller, Monumeta Germaniae Historica, Deutsche Chroniken, t. V, Hanoverae 1891, s. 283-287. Pisał też o tym F. Grabski, Polska w opiniach obcych X-XIII w., Warszawa 1964, s. 249-252. [wróć]
16. Balzer O., Królestwo Polskie: 1295-1370, wstęp Tomasz Jurek, Kraków 2005, s. 207. [wróć]
17. Śląsk w czasach Henryka IV Probusa, pod red. Krzysztofa Wachowskiego, Wrocław 2005, s. 20. [wróć]
19. Kronika zbrasławska Piotra z Żytawy (Zbraslavská kronika), w: Fontes rerum Bohemicarum, t. IV, Praha 1882-1884, s. 74 nn.; Rocznik Krakowski, w: Monumenta Poloniae Historica, red. A. Bielowski, t. II, Lwów 1872, s. 827 nn.; Epytaphia ducam Slezie (Epitafia książąt śląskich, Monumenta Poloniae Historica, red. A. Bielowski, t. III, Lwów 1878, s. 710 nn.), Kronika Pulkawy, w: Fontes rerum Bohemicarum, t. IV, Praha 1882-1884. [wróć]
20. Długosz J., Roczniki, czyli Kroniki sławnego Królestwa Polskiego, ks. 7-8, przekł. [z łac.] Julia Mrukówna, red. i komentarz Krystyna Pieradzka, Warszawa 1974, s. 329-330. [wróć]
21. Śląsk w czasach Henryka IV Probusa, dz. cyt., s. 22. [wróć]
22. Jureczko A., Henryk III Biały: książę wrocławski: (1247-1266), Kraków 2007, s. 165. [wróć]
23. Jurek T., Plany koronacyjne Henryka Probusa, http://wratislavia.archeo.uni. wroc.pl/8-tom/2.pdf, s. 9. [wróć]
24. Nowacki B., Arcybiskup Jakub Świnka - budziciel i propagator polskiej świadomości narodowej, w: 1000 lat Archidiecezji Gnieźnieńskiej, pod red. Jerzego Strzelczyka i Janusza Górnego, Gniezno 2000, s. 107-120. [wróć]
25. Drelicharz W., Annalistyka małopolska XIII-XV wieku: kierunki rozwoju wielkich roczników kompilowanych, Kraków 2003, s. 379, 389. [wróć]
26. Rocznik Traski, w: Monumenta Poloniae Historica, t. II, dz. cyt., s. 849; Przemysł II. Odnowienie Królestwa Polskiego, pod red. J. Krzyżaniakowej, tłum. tekstu z łac. Brygida Kürbis, Poznań 1997, s. 261. [wróć]
27. Annales Poloniae Maioris, recensuit et annotavit Brygida Kürbis, w: Monumenta Poloniae Historica, series nova, t. VI, s. 52, w: Piastowie: leksykon biograficzny, red. nauk. Stanisław Szczur, Krzysztof Ożóg, aut. Tomasz Jurek et al., Kraków 1999, s. 154-155. [wróć]
28. Rocznik małopolski, w: Monumenta Poloniae Historica, wyd. Augustyn Bielowski, t. III, Warszawa 1961, s. 183; Przemysł II. Odnowienie Królestwa Polskiego, pod red. J. Krzyżaniakowej, dz. cyt., s. 261. [wróć]
29. Wiesiołowski J., Pieśni i podania o Ludgardzie. Z dziejów literatury okolicznościowej, w: Kultura średniowieczna i staropolska: studia ofiarowane Aleksandrowi Gieysztorowi w pięćdziesięciolecie pracy naukowej, komentarz red. Danuta Gawinowa et al., Warszawa 1991, s. 494. [wróć]
30. Chronica Oliviensis auctore Stanislao abbate Olivensi, wyd. W. Kętrzyński, w: Monumenta Poloniae Historica, t. VI, Kraków 1893, s. 135 nn; Tłumaczenie za: A. Jelicz, By czas nie zaćmił i niepamięć. Wybór kronik średniowiecznych, Warszawa 1975, s. 110 nn; Kronika oliwska: źródło do dziejów Pomorza Wschodniego z połowy XIV wieku, tłum. Dominika Pietkiewicz, wstęp i komentarz Błażej Śliwiński, Malbork 2008, s. 77. [wróć]
31. Długosz J., Roczniki, czyli Kroniki sławnego Królestwa Polskiego, ks. 7-8, dz. cyt., s. 286-287. [wróć]