Tchnienie strachu
Siedemnasty wiek nie był dla Anglii łatwy: wojna domowa, ścięcie króla, rządy Olivera Cromwella... I jeszcze zaraza.
Morowe powietrze zaatakowało Londyn w początkach 1665 roku. Zaraza przyszła z Amsterdamu, dokąd zawlokły ją statki handlujące z Lewantem.
Siedemnastowieczna Anglia na pewno nie była krajem totalitarnym, lecz władze stolicy zareagowały podobnie jak Rosjanie po Czarnobylu: nabrały wody w usta, udawały, że nic się nie stało.
Znakomity pisarz Daniel Defoe, w Dzienniku roku zarazy relacjonuje to wydarzenie w następujący sposób: rząd otrzymywał prawdziwe sprawozdania i odbywało się wiele narad, jak wszystko zachować w ścisłej tajemnicy!
Miejska społeczność także nie wypadła sroce spod ogona; przypadki zarazy ukrywano, podając jako przyczynę zgonu dur plamisty albo pospolite przeżarcie (nieźle to sobie Anglicy wymyślili).
Ludzie mieli powody do obawy: nie zaginęła jeszcze pamięć o następstwach poprzedniego ataku morowego powietrza – zarażone domy zamykano, stawiając pod drzwiami straż. Zdrowi przebywali wespół z chorymi, dopóki też się nie pochorowali i nie pomarli. Okropność!
W 1665 roku zaraza postępowała niespiesznie, stopniowo ogarniając coraz to nowe dzielnice półmilionowego wtenczas Londynu. Defoe jasno pisze o dręczącej go wtedy rozterce: chciał czuwać nad swoim biznesem (był rymarzem, zatrudniał dwóch czeladników i służącą), ale chciał też zachować życie. To drugie zapewniał tylko wyjazd z dotkniętej straszliwą plagą stolicy.
Do opuszczenia Londynu gorąco namawiał go rodzony brat; Defoe skłaniał się zrazu ku tej myśli. Zawsze jednak w ostatniej chwili coś mu przeszkodziło: a to zdradził go służący, a to sam pisarz zapadł na niegroźną gorączkę. Autor Dziennika interpretował to jako znak dany z Góry:
„Nic nas przecież nie może spotkać bez zgody Boskiej mocy! Wszakoż zawody, których doznawałem, były dość osobliwej natury. Jeżeli istotnie Bóg chce, bym tu pozostał, to w Jego mocy leży uchronienie mnie od śmierci; natomiast, jeżeli będę próbował ratować się ucieczką... może się zdarzyć, że Jego sprawiedliwa dłoń dosięgnie mnie w tym czasie i miejscu, które On uzna za słuszne.”
Przemyślenia te przedstawił bratu, który go wyśmiał, przyrównując Daniela do Turków, którzy, wyznając wiarę w przeznaczenie, wchodzili beztrosko do zapowietrzonych domów, wdając się w rozmowy z osobami dotkniętymi zarazą, wskutek czego umierali masowo, podczas gdy trzymający się na uboczu kupcy z Europy zazwyczaj cieszyli się dobrym zdrowiem.
Zdesperowany Defoe sięgnął po Pismo Święte, które, jak każdy porządny protestant, zawsze miał pod ręką. No i trafił akurat na taki passus:
„W Nim nadzieję pokładać będziesz. On wybawi cię z powietrza najjadowitszego...”
Zwraca uwagę żywa religijność autora Dziennika. Dziś nawet ludzie wierzący nie doszukują się wszędzie ręki Opatrzności; drzewiej bywało inaczej.
Dlaczego bowiem święty Augustyn stworzył swe wiekopomne dzieło O państwie Bożym?
To był spór; Augustyn polemizował z tymi, którzy nieszczęścia spadające na Rzymian uważali za przejaw Bożej kary za grzechy. Z tej przyczyny biskup z Afryki Północnej wprowadził podział na historię świecką (do której Bóg się nie wtrąca) oraz historię zbawienia, w której wola Najwyższego objawiać się winna w całej rozciągłości.
Zaraza wyzwoliła w londyńczykach to, co zwykle jest najgłębiej ukryte: Defoe jasno mówi, że dobrego było więcej, przytaczając jako dowód niezliczone przypadki anonimowej dobroczynności bogaczy.
Oczywiście, jako trzeźwo myślący Anglik (ach, ten niezrównany realizm wyspiarzy!) doskonale rozumie kontekst sytuacji: w wyniku zarazy zamarła działalność gospodarcza; setki tysięcy mieszkańców stolicy zostało bez środków do życia. Gdyby nie zapewnić im chleba, podnieśliby bunt; strach przed śmiercią z głodu wyzwoliłby najbardziej mordercze instynkty, czemu skądinąd trudno się dziwić.
Dotknięte zarazą domy zamykano, a przed drzwiami stawiano dozorcę. Nic przeto dziwnego, że ludzie imali się różnych forteli, by wydostać się na wolność. Wszak nie mieli na sumieniu żadnej zbrodni.
Na ogół im się to udawało; ale to nie była ręka Boga. Po prostu człowiek jest ze swej natury istotą niedoskonałą i lubi czasami się wyspać, albo pójść do tawerny, o czym zapewnia nas wielka dziewiętnastowieczna literatura angielska. Defoe, choć zdrów jak byk, także nie wytrzymywał w domu... Podejmował więc ryzyko i wychodził na ulice, aby porozmawiać z ludźmi. Dzięki temu przekazał nam panoramiczny obraz miasta; właśnie „operowanie przestrzenią”, również tą międzyludzką, jest u autora Dziennika najbardziej godne podziwu.
Zaraza zaatakowała podstępnie; najgroźniejsi byli nie obłożnie chorzy, lecz ludzie pozornie całkowicie zdrowi.
Defoe opowiada o pewnym londyńczyku, który czuł się świetnie i lekceważąc niebezpieczeństwo, nie stronił od życia towarzyskiego. Pewnego dnia ów mieszkaniec Londynu zgadał się z przyjacielem na temat ich wspólnego znajomego, dowiadując się ze zdumieniem, że tamtego zabrał już wóz żałobny.
– Jak to! – zawołał. – Jeszcze wczoraj razem piliśmy piwo!
– Niestety nie żyje.
– To już po mnie – westchnął londyńczyk, a że wciąż nic mu nie dolegało, udał się do aptekarza po środek zapobiegawczy przeciw zarazie. (Bo i takie bywały, przynajmniej ludziom wydawało się, że takowe istnieją.)
Aptekarz rozpiął mu kaftan i powiedział: – Poleć się Bogu.
Londyńczyk spojrzał na swoją pierś i zoczył ciemne krosty. Wieczorem przewrócił się na ulicy i skonał.
Tak trzeźwy obserwator jak autor Robinsona Crusoe, nie byłby sobą, gdyby nie poczynił na kartach swojego Dziennika następującego spostrzeżenia: wielkie niebezpieczeństwo zbliża ludzi i wyzwala w nich więcej dobrego niż złego.
Melancholijnie jednak dodaje, że świeżo odzyskane braterstwo nie wytrzymało próby czasu i gdy zaraza przeminęła, wszystko powróciło do niezbyt sympatycznej normy.
W 25. rocznicę Sierpnia 80’ wspominaliśmy dawną międzyludzką solidarność, a w powietrzu unosiło się pytanie: co z nami, do cholery, się porobiło...? Pytanie sugerujące, że jesteśmy niby tacy okropni, niewydarzeni i jakby nie do końca uformowani.
Tymczasem nie: mieszkańcy Anglii, a w szczególności londyńczycy, poddani AD 1665 o niebo poważniejszej próbie (w Londynie straty sięgały 20 procent ogółu populacji), reagowali praktycznie tak samo. Czyli, że mamy do czynienia z pewną historyczną prawidłowością, której moralna ocena jest bezsensowna.
W 1665 roku „wyniki” zarazy, czyli cotygodniowe, ogłaszane przez Lorda Mayora listy ofiar śmiertelnych, śledzono tak pilnie, jak gracze giełdowi studiują obecnie wahania kursów akcji. Gdy objawiła się tendencja spadkowa, londyńczycy odzyskali wigor, wyszli na ulicę, zaczęli gwałtem odwiedzać się w mieszkaniach, czyniąc to tym chętniej, że wyposzczeni byli przymusową i długotrwałą bezczynnością. Utrata rozwagi zaowocowała oczywiście wzrostem zachorowań; pod koniec roku impet zarazy jednak osłabł, coraz częściej zdarzały się przypadki wyjścia z choroby, uprzednio zawsze kończącej się tragicznie. Zdaniem Daniela Defoe, wyglądało to tak, jakby Opatrzność Boska wspaniałomyślnie zrezygnowała z dalszego karania umęczonych ludzi, przywracając im nadzieję.
Owej „ręki Boga” autor Dziennika ustawicznie się dopatruje, co dla epoki charakterystyczne. Dziś dominuje bardziej racjonalne spojrzenie na rzeczywistość, co nie znaczy, że bardziej zbliżone do prawdy.
Jak było naprawdę, niestety nie wiemy. Szkopuł w tym, że ciągle nie posiadamy telefonu do Pana Boga (operatorzy sieci komórkowych słabo się starają). Nieco utrudnia to wyjaśnienie dręczącej ludzkość TAJEMNICY.