Zagadka - Wojciech Burdelak
13.13 zł

Reflow text when sidebars are open.
Wstęp
Żarówka zaczęła migotać, jak gdyby się przepalała albo nastąpiły chwilowe przerwy w dostawie prądu. Korytarz raz po raz pogrążał się w całkowitym mroku, aby po chwili ukazać swe wnętrze w całej okazałości. Gra światła i ciemności trwała przez kilkanaście sekund. Nagle wszystko urwało się i zapanował gęsty, namacalny wręcz mrok. Wokół panowała głucha cisza. Gdzieniegdzie coś cicho zaskrzypiało, a gdzieś w odległym kącie coś nagle gwałtownie zaszurało. Stary dom żył własnym życiem i w ten sposób witał nowo przybyłego. wiedziała już, że ma kolejnego gościa. W ten sposób zapomniane budynki, w których od dawna nikt nie mieszkał, cieszyły się z odwiedzin.
Przybysz pojawił się nagle. Brak światła w niczym mu nie przeszkadzał. Znał tu przecież każdy centymetr. Jego odwiedziny w tym miejscu były cykliczne. Miał zadanie do wykonania, które sam sobie wcześniej wyznaczył. Misja, którą zamierzał wypełnić, była jego jedyną szansą na zaistnienie w świecie, o którym większość ludzi nie miała bladego pojęcia. Świat czekał na jego przybycie, choć jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy. Powoli zmierzał w sobie tylko znanym kierunku. W momencie, gdy dotarł do drzwi, zalała go fala sztucznego światła.
Wsunął się bezszelestnie do pomieszczenia i delikatnie, aby nie czynić hałasu zamknął drzwi za sobą. Panował tu półmrok, a on przed chwilą przebywał w jasno oświetlonej przestrzeni, dlatego upłynęło kilkanaście sekund zanim wzrok przyzwyczaił się do nowych warunków. Wreszcie potrafił dostrzec odpowiednią ilość szczegółów. Nie mógł ryzykować. Zawsze istniał cień szansy, że jakimś cudem uwolnili się z więzów i teraz czekają tylko na odpowiedni moment, aby go powalić na ziemię i uciec.
Był pedantyczny do bólu, ale zawsze coś mogło pójść nie tak. Wiązań, którymi ich skrępował, był pewny. Specjalnie na ten czas ćwiczył przez dwa tygodnie przeróżne rodzaje węzłów, wybierając najbardziej niezawodne. Dwaj mężczyźni znajdowali się w tych samych pozycjach, jak ich wcześniej pozostawił. Wczoraj z jednym z nich miał poważne problemy, ale uznał, że to faza przejściowego buntu, który minie. To jak z nastolatkiem, który testuje na ile może sobie pozwolić. Musiał jednak z nim współpracować, aby zbliżyć się do wyznaczonego celu. Drugi z mężczyzn, był bardziej uległy. Był idealnym materiałem do formowania nowej świadomości i dlatego go wybrał. Wiedział, że z pierwszym będą problemy, ale on przecież lubił wyzwania.
- Jeden wybór świadomy, drugi narzucony, ale jakie to ma znaczenie? Kim bym był, gdyby okazało się, że nie radzę sobie z ludzkimi charakterami - pomyślał i uśmiechnął się do siebie.
Obydwaj jego wybrańcy siedzieli na posadzce, oparci plecami o ścianę, z rękoma uniesionymi w górę. Mocne, specjalnie dobrane liny owinięte wokół nadgarstków uniemożliwiały pełen zakres ruchów. W pierwszy dzień popełnił błąd i za mocno naciągnął wiązania, ale potrafił wyciągać wnioski i od tamtego czasu, mieli ograniczoną, ale jednak możliwość ruchów. Raz jeszcze zlustrował obie postacie, po czym sprawdził w kieszeni i ruszył w ich stronę.
- Yyy... Yyyy... - ten z prawej musiał go usłyszeć, gdyż nagle poruszył się i otworzył oczy. Z zakneblowanych ust wydostały się przytłumione, niemożliwe do zrozumienia dźwięki. Jego sąsiad spojrzał jedynie w jego kierunku. Nic więcej nie zrobił, poruszył tylko delikatnie głową.
- Spokojnie... To nic nie da. Czyż już tego nie przerabialiśmy? - starał się mówić ciepłym, życzliwym głosem. - Czyż nie jestem dla was miły? Karmię was, myję, przebieram. Inaczej tkwili byście w tym miejscu, jak zwierzęta, jak świnie w chlewie... utopieni we własnych odchodach.
Ten, który próbował przed chwilą coś powiedzieć, nagle rzucił się z impetem przed siebie. Obrał go sobie za cel ataku. Lina wytrzymała nagły zryw. Zatrzymała go i rzuciła niemalże na ścianę. Podniósł się nieporadnie i ponownie ruszył do ataku. Próbował nogami dosięgnąć celu. Zawył z bólu i ponowił próbę. Przewrócił się na bok, ale nie przestawał. Szarpanina trwała jeszcze dobrą minutę, aż wreszcie ustała. Trochę trwało zanim dotarło do niego, że to co robi jest bezcelowe. Wściekłość, która emanowała z szeroko otwartych oczu, gdzieś odpłynęła, a w jej miejsce spłynęła pełna spokoju apatia. Na ten widok oprawca uśmiechnął się sam do siebie.
- I o to mi chodziło - pomyślał. Nie chciał okazywać radości. To by ich tylko zmobilizowało do dalszego buntu. Dodałoby im energii, którą już z nich niemalże całkowicie usunął. Wiedział, że z każdym takim atakiem wyczerpywał ograniczony zasób energii jakim dysponował. W tym przypadku czas nie działał na korzyść ofiary.
Obaj nie odrywali teraz od niego oczu. Śledzili każdy jego ruch, niepewni tego, co za chwilę zrobi. Pomyślał, że dzięki rutynie stanie się dla nich przewidywalny. To by bezsprzecznie uspokoiło atmosferę. Okazało się jednak, że jeszcze nie są na tym etapie. Nie zakrył im oczu, choć na początku nawet o tym pomyślał. Szybko jednak odrzucił tę myśl. Mogli na niego patrzyć do woli, to nic nie zmieniało. Wręcz przeciwnie, dzięki kontaktowi wzrokowemu zawiązywała się między nimi pewna szczególna więź. Kiedy się to skończy, nie będą chcieli ani tym bardziej nie będą mieli możliwości nikomu się poskarżyć.
- Jesteście tutaj, gdyż tak chciałem. Dwóch, zdawałoby się przypadkowo wybranych mężczyzn - podszedł na metr od nich i zrobił zatroskaną minę. Chciał, aby zrozumieli, że mu na nich zależy. - Wybrałem was spośród wielu. Wierzcie mi to zaszczyt, że się tu znaleźliście... Już wam wcześniej tłumaczyłem, że nie musicie się bać, nie zrobię wam krzywdy. Powinniście wreszcie to zrozumieć. Gdybym zamierzał to zrobić, to już dawno byście byli martwi lub co najmniej okaleczeni. To nie jest moim zamiarem... Mam dla was panowie pewne zadanie do wykonania. Mówienie teraz o szczegółach mija się z celem. Jest jeszcze za wcześnie. Nie jesteście gotowi, ale ja jestem cierpliwy... nad wyraz cierpliwy.
Przerwał na chwilę swój wywód i sięgnął do kieszeni. Wyciągnął teatralnym gestem dwie strzykawki, w taki sposób, aby to zauważyli. Żaden z nich nie zaprotestował. Przykucnął po kolei przy każdym z nich i zrobił po zastrzyku. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Cofnął się w głąb sali i po chwili powrócił z drewnianym krzesłem. Ustawił go delikatnie dwa metry od nich i usiadł. Narkotyk już działał. Dawka była tak wyliczona, aby poczuli jego dobroczynne działanie, ale nie na tyle, aby odpłynąć w świat iluzji metafizycznej.
- Cztery! Słyszycie co mówię?! - obaj odpowiedzieli skinięciem głowy. - Zapamiętajcie, tę cyfrę! Cztery! Od teraz, panowie ta liczba będzie miała znaczenie. Zamknijcie oczy i wsłuchajcie się w swoje oddechy. Oddychajcie spokojnie i głęboko, tak jak wam nakazuję - dotarł do nich i uzyskał ich posłuch. Oddychali miarowo, dokładnie tak jak im nakazał. Jego głos emanował spokojem i zaufaniem. - Zapomnijcie, gdzie jesteście i w jaki sposób się tu znaleźliście. Całe to pomieszczenie wypełnia pozytywna energia, która was otacza i daje poczucie bezpieczeństwa. Wciągajcie ją wraz z powietrzem, wchłaniajcie przez skórę. Potrzebujecie jej, aby stać się doskonalszymi... O, tak... Tak jest dobrze... Czujecie, jak powoli ogarnia was senność. Jest coraz silniejsza i silniejsza. Nie walczcie z nią. Jest dobra. Dzięki niej czujecie się lepiej. Poddajcie się jej. Dobrze...
Przerwał na chwilę, aby sprawdzić ich stan. Siedzieli nieruchomo z zamkniętymi oczami. Wyglądali, jak gdyby przed chwilą zasnęli. Lecz to nie był sen. Tkwili teraz w jakimś letargu. Doprowadził ich do stanu, w którym powinni się znaleźć. Wiedział, że do pełnej kontroli będzie potrzeba jeszcze kilku podobnych seansów. Z tym nadpobudliwym nie będzie problemów. Tu chodziło tylko o wychowanie. Ten drugi, to było prawdziwe wyzwanie. Musiał go zniszczyć. Oczywiście, niefizycznie. Trudność polegała na tym, że potrzebował nowego człowieka. Musiał wykasować jego wspomnienia, cechy charakteru i osobowość. Wszystko, co wiązało się z przeszłością musiało zniknąć. W to miejsce miał się pojawić ktoś nowy. Posłuszny i całkowicie odmieniony. Musiał zmanipulować jego zmysły, oszukać umysł i ducha.
- Dam wam nowe życia, nowe możliwości. Nauczę was nawet telepatii, jeśli zajdzie taka potrzeba. Dzięki mnie staniecie się lepsi, doskonalsi, ale to wymaga czasu - czuł, jak ogarnia go podniecenie. Wiedział, że powinien zdusić to w zarodku.
- A teraz zacznę powoli liczyć. Kiedy dojdę do czterech zapadniecie w głęboki sen i tylko ja, kiedy użyję słowa "cztery" będę w stanie was z niego wyprowadzić... Zapamiętajcie mój głos, tylko ja będę mógł was z tego wydobyć, albo wprowadzić w ten stan. Tylko ja... nikt więcej. Jeden, dwa, trzy, cztery. Śpijcie, moi mili!
Świat jest miejscem, gdzie wszyscy powinniśmy egzystować na tych samych prawach, co pozostałe istoty, bez względu na miejsce, jakie zajmują w biologicznej hierarchii i strukturze planety. Czas płynie dla wszystkich tak samo, dając teoretycznie każdemu takie same szanse na koegzystencję z innymi gatunkami. Nie inaczej sprawy się mają w ramach naszego gatunku. Homo sapiens do przeżycia potrzebuje naprawdę niewiele. Jesteśmy istotami stadnymi. Łączymy się w grupy, nie tylko dla bezpieczeństwa, ale też po to by wchłaniać od swoich współpobratymców, to co najlepsze. Tak już jest, że nasze dusze potrzebują pewnych bodźców, uczuć, aby funkcjonować w miarę harmonijnie i komfortowo. Tak wyglądało to przynajmniej w teorii.
Plan, który obmyślił był doskonały, zaplanowany w najdrobniejszych szczegółach. Tak perfekcyjny jak twórca, który go stworzył. Chyba jednak nie przewidział lub uczynił to celowo, pewnych wypaczeń, które zaczęły z czasem wychylać coraz bardziej głowę, aby sprawdzić na ile mogą sobie pozwolić. Ślepiec, dziecko, geniusz czy bogacz, winni być traktowani na tych samych zasadach. Szybko jednak okazało się, że to była mrzonka, utopia, bez możliwości zrealizowania. Niby całością winno kierować najsilniejsze z wszystkich uczuć, ale tak nie było. To co BÓG przekazał wszystkim w darze w tych samych proporcjach, szybko zaczęło zatracać pierwotną kompozycję.
MIŁOŚĆ już dawno ustąpiła pola i odeszła, schowała się w cień. Teraz rządziła ślepa, fizyczna siła, która pożerała jednostki nie dostosowane, czyli słabeuszy. Jedynym celem do osiągnięcia było wskoczyć na szczyt łańcucha pokarmowego. Tylko tam tak naprawdę było bezpiecznie.
Szedł, poruszał się, płynął wręcz wzdłuż ściany gęstych krzewów i wyszukiwał odpowiedniego celu. W Łodzi mieszkało całe mrowie butnych, wszechwiedzących i aroganckich ludzi. Tej ostatniej cechy najbardziej nie znosił u tych przedstawicieli nadrzędnego gatunku na tej planecie. Starał się trzymać z boku. Nie zamierzał rzucać się zbytnio w oczy. Ten kto mu rozkazywał, jasno określił wszystkie zasady. Gro tych wszystkich istot w ogóle go nie zauważała, ale co jakiś czas zdarzały się jednostki, których uwagę, niestety przykuwał.
Wewnętrzny głos w jego głowie dawał mu, co jakiś czas jasne i przejrzyste wskazówki. Właściwie to nie musiał o niczym myśleć, planować czy snuć rozważań. Dźwięk w głowie ze szczegółami podpowiadał, co powinien zrobić, czy też, jak się zachować. Przypomniał sobie moment, kiedy pierwszy raz, usłyszał pamiętne słowa:
- Nareszcie ktoś, komu można zaufać! Wkrótce będę potrzebował twojej pomocy.
- Kto?! Kto to mówi?! - zapytał przestraszony.
- Nikt! Na razie jeszcze nikt, ale to nie potrwa długo - głos był niezwykle enigmatyczny, a sens słów równie tajemniczy, jak na kogoś, kto potrzebował jego pomocy.
- Czego ode mnie chcesz?! - chciał wiedzieć, do czego zmierza rozmowa. Lubił pomagać, ale pod pewnymi warunkami. Przede wszystkim jednak kierowała nim, zwykła ludzka ciekawość. Miał swoje zasady i nie zamierzał tego zmieniać, zwłaszcza dla kogoś, o kim nic nie wiedział.
- Mam wobec ciebie plan, mój miły! - w odpowiedzi padło tylko jedno, nic nieznaczące zdanie. Jednak tym razem ton i barwa głosu sprawiły, że dreszcz przeszył całe jego ciało.
- Ja mam ci pomóc? Przecież jestem ślepcem. Jak ktoś taki może kogoś wesprzeć? To raczej mnie jest potrzebna pomoc.
Wówczas na tym się skończyło. Stwierdzenie, że nie zaintrygowało go tamto zdarzenie, byłoby nieprawdą. Przez jakiś czas próbował analizować zasłyszane słowa i zrozumieć ich znaczenie. Sam fakt, kto je wypowiedział nie miało wówczas dla niego absolutnie żadnego znaczenia. Minął jakiś czas, a emocje związane z tamtym opadły i odpłynęły niemalże w niepamięć. Pewnego dnia jednak niespodziewanie powróciło.
- To ona! - usłyszał, kiedy przechodził obok niewysokiej nastolatki. Stukot jej obuwia o bruk, był tak wyrazisty, że nie mógł się mylić. Właśnie takie odgłosy, ktoś serwował mu w głowie, od dłuższego czasu, jak gdyby przygotowywał go na to, co wkrótce nastąpi. Słyszał ją tak dobrze, że mógłby na podstawie dźwięków opisać z kim ma do czynienia. Był w tym perfekcjonistą. Tylko za pomocą zmysłu słuchu potrafił zbudować wizerunek interesującej go postaci. Lata praktyki zrobiły swoje. Ogarniał bez trudu to, do czego inni potrzebowali zmysłów: wzroku i dotyku.
- Jaka ona? - odruchowo zapytał w myślach, choć doskonale wiedział, o kogo chodziło.
- Ona...
Rozpoznał ten głos, pomimo, że nie słyszał go już, od bardzo dawna. Za moment zrozumiał, że coś się zmieniło, że ktoś lub coś sprawiło, iż postrzega teraz świat w inny sposób. Ograniczenia, które wcześniej stanowiły przeszkodę zdawałoby się nie do przebycia zniknęły, a właściwie, to nie tyle zniknęły, co zostały niejako zmodyfikowane. Poczuł się odmieniony, zmodernizowany, ulepszony. Został obdarowany czymś niezwykłym. Patrzył teraz na świat, jak gdyby wnętrzem swojej głowy. Nie widział, ale odczuwał obrazy podobne niejako do zdjęć rentgenowskich. Nic z tego nie pojmował, ale podobały mu się jego nowe zdolności. Jednak euforia związana z tym zjawiskiem szybko minęła, by ustąpić miejsca zwykłej podejrzliwości. Być może dlatego, że doskonale wiedział, że nie ma na tym świecie nic za darmo.
- To przecież jeszcze dziecko? Kim ty jesteś i czego ode mnie chcesz? - nasłuchiwał, ale nie doczekał się absolutnie żadnej odpowiedzi. To zrodziło w nim zalążki buntu.
Bardzo szybko, niejako wbrew sobie, przestawił się na korzystanie z daru, którym został obdarowany. Swoimi niewidzącymi oczami mógł teraz dostrzec dość wyraźną poświatę wszelkich żywych, jak i martwych rzeczy. Był niewidomy od urodzenia i tak właśnie wyobrażał sobie świat ludzi widzących. Zatrzymał się i nerwowo rozejrzał wokół siebie w poszukiwaniu rozmówcy. Zrobił to bezwiednie, gdyż i tak wiedział, że głos pochodził z wnętrza jego głowy. Równie dobrze mógłby być głuchy, a i tak by go usłyszał. Taka forma komunikacji nawet mu odpowiadała. Nie musiał nasłuchiwać, filtrować i analizować konkretnych fal dźwiękowych. Głos był w nim i to się liczyło. Co ważne, w podobny sposób mógł udzielać potrzebnych odpowiedzi. To mu się podobało, dlatego tym bardziej sam siebie nie rozumiał, skąd ten bunt.
- Po co mi to dałeś? - czuł, że musiał zadać to pytanie.
- Uważasz, że źle zrobiłem - głos nie był zaskoczony, nawet nie zabrzmiał w trybie pytającym.
Nie potrafił rozeznać czy to było pytanie, czy stwierdzenie faktu. Postanowił ostrożniej i uważniej dobierać słowa.
- Nie... nie wiem! - czuł się rozkojarzony.
- Czyż tak nie jest lepiej? Wolisz, żebym to z powrotem zabrał?
- Nie, proszę! Tak jest dobrze. Na pewno lepiej niż było, ale boję się tego, co będziesz chciał w zamian.
- Czy zawsze musi być, coś za coś. Czy nic nie można, już zrobić bezinteresownie. Podobasz mi się, wyczułem w tobie duży potencjał - słowa były spokojne i ciepłe, ale podświadomie wyczuł w nich fałsz. Jego dusza domagała się szybkiej reakcji.
- Czuję, że chcesz abym ją skrzywdził! Nie wiem skąd to stwierdzenie, ale wiem, że mam rację! Jeżeli jesteś złem, to nie licz na mnie! Słyszysz, co do ciebie mówię?!... Do tej pory byłem neutralny i nie stawałem po niczyjej stronie! Nic mnie nigdy nie zmusi, abym zmienił zdanie!
- Za jakiś czas, mój miły, poproszę cię o coś. Poproszę, a ty to zrobisz! Wyjedziesz stąd do pewnego małego miasteczka nad niewielką rzeką i zaczekasz na odpowiedni moment - słowa, choć miały formę proszącą, to jednak brzmiały jak nieznoszący sprzeciwu rozkaz. Wiedział, czuł, że komuś takiemu się nie odmawia.
Wówczas zrozumiał, że przekroczył pewną granicę i że został do czegoś wybrany. Ograniczenia moralne opadły, a jemu jedynie pozostało wykonywać bezwiednie polecenia tego kogoś, którego imienia do tej pory nie poznał. Jego promotor miał wielką moc, a on wyczuwał, że jeśli tylko będzie uległy, to pozwoli mu zapewne kiedyś z niej zaczerpnąć.
Wspomnienia odpłynęły, a z nimi i przeszłość. W tym momencie liczyła się tylko teraźniejszość. Z naprzeciwka zbliżała się wolnym krokiem atrakcyjna kobieta, lat około dwudziestu pięciu. Rysy twarzy nie skalane jeszcze działaniem czasu były nad wyraz atrakcyjne. Ubrana była zwyczajnie, tak mu się przynajmniej wydawało. Nie znał się zupełnie na tym czymś, co ludzie nazywali modą. Szła kręcąc mocno biodrami, jakby w ten sposób starała się przyciągnąć wzrok mężczyzn. Nie wiedział, czy robiła to podświadomie, instynktownie, czy może z premedytacją. Zamierzał nawet o to zapytać, ale jego opiekun tym razem był szybszy:
- To ona! Ta oto kobieta... To jest twój cel i twoja misja, mój miły. Masz jeszcze czas, dlatego przypatrz się jej uważnie.
- Co mam czynić, "Panie"? - nie wiedział na czym będzie polegało zadanie. Czuł, że to jednak będzie długa i skomplikowana misja.
- Na razie nic. Poczekasz cierpliwie, aż nastanie odpowiedni moment. To nie potrwa długo. Teraz tylko zapamiętaj dobrze tę twarz, a ja za jakiś czas się z tobą skontaktuję. Do tego czasu bądź cierpliwy, czekaj i nic nie rób.
Różne przypadki
Prostokątna izba z dwoma oknami i wejściem po przeciwnej stronie, lata świetności miała już dawno za sobą. Przynajmniej wyposażenie było na przyzwoitym poziomie. Urządzenia wiszące u wezgłowia każdego łóżka, nie wyglądały na starsze niż kilka lat. Dwie pielęgniarki krzątały się po sali szpitalnej w ramach swoich codziennych obowiązków. Młodsza z nich - niska tęga, brunetka - poprawiała właśnie pościel na jedynym pustym łóżku, jakie pozostało. Pięć pozostałych miało już swoich lokatorów. Nieruchome postacie podłączone do aparatur robiły przygnębiające wrażenie. Starsza z kobiet obserwowała przez chwilę poczynania swojej koleżanki, po czym skupiła uwagę na trzymanej w ręku i zapisanej drobnym drukiem, kartce papieru.
- Za pół godziny go przywożą. Musimy się Kasiu pośpieszyć - rzuciła i bezwiednie spojrzała na plamę, która nagle przykuła jej uwagę. Chwyciła biały ręcznik leżący na taborecie i wytarła niewielkie zabrudzenie, na śnieżnobiałej ścianie. - Cholera, gorszego koloru nie mogli wymyśleć! Dlaczego nie błękit, róż, czy inny dowolny kolor. Przecież utrzymanie czystości w takich warunkach zakrawa na cud - kilka wyszeptanych zdań było adresowanych bardziej do siebie niż do koleżanki.
- Spokojnie, zdążymy. Zmiana pościeli zajmie tylko kilka minut, a samo włączenie i sprawdzenie aparatury, niewiele więcej. Za każdym razem przerabiamy to samo. Ja robię swoje, a ty się denerwujesz. Jesteś starą wygą, a zachowujesz się jak stażystka.
- To dobrze. Wiesz, że tacy pacjenci nie mogą czekać - powiedziała, jakby nie słuchała do końca wywodu koleżanki.
- Pewnie, że wiem. Nie pracuję, tu przecież od wczoraj - odpowiedziała nieco poirytowana, oczywistymi faktami, które Anna próbowała jej tłumaczyć. Strzepnęła zamaszyście poduszkę i odłożyła ją na wezgłowiu.
- Ciszej trochę! - usłyszały kobiecy głos dobiegający od strony drzwi i zaskoczone odwróciły się jednocześnie w tym kierunku.
W drzwiach stała przełożona pielęgniarek i surowym okiem oceniała sytuację zastaną na sali. Słynęła ze skrupulatności i dyscypliny. Znały się od lat i były dobrymi koleżankami, ale tu, w pracy nie miało to znaczenia.
- Trajkoczecie tak, że słychać was na korytarzu. Są trzy miejsca, w których jak kojarzę powinna panować cisza...
- Tak, wiem! Szpital, biblioteka i kościół! - wyrecytowała Ania.
- Oni i tak nic nie słyszą - wymsknęło się młodszej. Natychmiast pożałowała tego co powiedziała.
- A skąd wiesz, Kasiu, że nie słyszą? A poza tym to kwestia szacunku dla chorego i pewnej kultury... Wszystko gotowe, na przyjęcie pacjenta?
- Prawie! Za minutę kończymy!
- Prawie?! Nie mogę - prawie - położyć do łóżka pacjenta! No to kończcie i ciszej trochę, proszę! W bibliotece albo w kościele tak byście nie trajkotały - odwróciła się i zniknęła za drzwiami.
Znowu zostały same, nie licząc tych, których kiedyś można było nazwać normalnymi ludźmi, a którzy teraz byli jedynie ciałami, nad którymi trzeba było roztaczać nieprzerwaną opiekę. Starsza uśmiechnęła się delikatnie i ruchem głowy wskazała na łóżka.
- A wiesz Kaśka, że lubię tu przychodzić w nocy? Wtedy jest tak cichutko, że można usłyszeć komara.
- Tak? - zapytała zaskoczona, ale pohamowała zew mówienia. Domyśliła się, że za moment usłyszy coś ciekawego.
- Siadam sobie wówczas na krześle i przy zgaszonym świetle wsłuchuję się w te wszystkie dźwięki. Czuję się wówczas tak, jakbym była z nimi połączona jakimiś niewidzialnymi przewodami... Nie wiem, jak to opisać... To tak jakbyśmy byli rodziną, chociaż Bóg mi świadkiem, że nie chciałabym, aby ktoś z mojej rodziny, tu trafił. Kiedyś nawet mi odbiło i zaczęłam do jednego z nich mówić. Wiem, że to głupie, ale tak jakoś mnie naszło.
- Do kogo? - szepnęła zaciekawiona.
- A do naszego Robercika! Nie wiem, dlaczego, ale akurat jego jest mi najbardziej żal - wskazała głowę miejsce, gdzie leżał obiekt ich rozmowy.
- Pewnie dlatego, że biedak, nie ma żadnej rodziny. Nikt go przez te wszystkie miesiące nie odwiedził... A co mu opowiadałaś, bo ja bym nie wiedziała co mówić. Milczała bym, albo trajkotała bez większego sensu - złapała się na tym, że znowu zbyt głośno mówi i ostatnie słowa wypowiedziała już dużo ciszej.
- A więc usiadłam przy nim i złapałam go tak, po matczynemu za rękę - uniosła głowę i zamknęła oczy, jakby delektowała się tą chwilą. - Opowiedziałam mu o sobie i mojej rodzinie, a później wzięłam tę książkę, którą przyniosła kiedyś na dyżur, Mariola. Wiesz, ten kryminał, co to nikt go nie chciał czytać. Czytałam mu, przez kilka godzin szeptem, a on co jakiś czas, jakby ściskał delikatnie moją rękę. Wierzę, że oni nas słyszą i wszystko doskonale rozumieją. Nigdy nie chciałabym znaleźć się na ich miejscu... - wzięła głębszy wdech i jakby powróciła do rzeczywistości.
- Ja tam nie wierzę, że nas słyszą! Każdy lekarz ci to powie. Chociaż kiedyś, gdy zmieniałam pościel, temu co przedwczoraj umarł, to wydało mi się, że się uśmiechnął... Nie wiem! Może to jakiś grymas, czy nerwowy skurcz?
- Dobrze więc, wracajmy Kaśka do pracy. Samo nic się przecież nie zrobi, a za gadanie nam nie płacą!
- Robisz się Anka sentymentalna, a to niedobrze. Jak będziesz się za dużo przejmować w tym miejscu, to w końcu padnie ci na głowę.
- No nie wiem. W tej robocie nie można być, jak jakiś robot.
- To samo, co zawsze? Ten sam przypadek? - młodsza dokończyła myśl sprzed przybycia przełożonej.
- O czym mówisz, kochana?
- O tym nowym, co to ma przyjść. Rozmawiałyśmy przecież o nim, zanim Krystyna nam przerwała.
- Aha! Tak! Tak! Wiesz, myślę, że to już jest chyba jakaś epidemia. Kiedyś ludzie tak nie chorowali!
- Albo też leżeli w swoich domach i ich rodziny się nimi opiekowały. Tak było od zawsze.
- I nadal tak powinno być! Rodziną jest się na dobre i złe. Młodzi nie rozumieją, że kiedyś będą starzy i wtedy spróbują wyciągnąć rękę do swoich dzieci. Teraz przyszły takie czasy, że ludzie oddają swoich bliskich, jak jakieś bagaże do przechowalni. Kiedyś było inaczej - westchnęła i zlustrowała wszystkie łóżka, wraz z ich lokatorami.
- Alzheimer, to już choroba cywilizacyjna, Aniu. To jak jakaś zaraza. Nie wiem, czy mam rację, ale to się już chyba wymyka spod kontroli.
- Jak tak dalej pójdzie, to zabraknie nam łóżek.
- Nasz Robercik, już tu chyba długo nie poleży, to jedno stanowisko się zwolni - wskazała palcem na mężczyznę w średnim wieku, który leżał dwa stanowiska dalej.
- Skąd wiesz?
- Doktor Janiak się wygadał. Powiedział, że to ostatnie stadium i że jeszcze tylko jakiś miesiąc z nami pobędzie.
- Podobno, to był... to jest, bardzo mądry facet. To jest niesprawiedliwe!
- Niesprawiedliwe? A co jest sprawiedliwe na tym pochrzanionym świecie. Bóg ma chyba jakiś pomysł na to wszystko, ale my jesteśmy za głupi, żeby to zrozumieć. Ciesz się, że nie pracujesz na onkologii, na oddziale dziecięcym. Tam...
- O Boże! - przerwała młodszej koleżance.
Obie spojrzały w stronę łóżka, na którym leżał mężczyzna, o którym przed momentem rozmawiały. Na ekranie, tuż nad jego głową pojawiły się rzeczy, których nie widziano na tej sali od lat. Pacjent wybudzał się ze śpiączki, to nie podlegało dyskusji, a ciche pomruki i niespokojny ruch gałek ocznych tylko to potwierdzało. Chwilę stały, jak sparaliżowane, a później spojrzały niemalże równocześnie sobie w oczy. Młodsza zareagowała jako pierwsza.
- Biegnę po Janiaka! On ma dzisiaj dyżur! Na pewno jest u siebie! - młodsza rzuciła się w kierunku drzwi, jakby zapominając o swojej sporej nadwadze. Chwytając za klamkę odwróciła jeszcze głowę i krzyknęła podniecona do koleżanki. - Chcę zobaczyć jego minę, jak się dowie, że zrobił z siebie idiotę.
Jej koleżanka zdążyła tylko przyłożyć palec do ust w powszechnie rozumianym geście, ale nie było już komu go odczytać.
Dorota Kryza trafiła do szpitala wczoraj wieczorem, choć do rozwiązania według wyliczeń ginekologa pozostały jeszcze dwa tygodnie. Ktoś się pomylił albo lekarz, albo matka natura. Okazało się, że oczekiwanie na poród, było gorsze, niż samo rodzenie. Spacery na "ostatnich nogach", były dla niej prawdziwym koszmarem. Zdecydowanie bardziej preferowała leżenie w łóżku i oglądanie telewizji. Kilka dni wcześniej coś ją podkusiło, aby wejść na wagę i zaspokoić swoją ciekawość. Kiedy wyliczyła sobie w głowie, że przytyła w ciąży 26 kilogramów, nie chciała uwierzyć. Wmawiała sobie, że zapewne waga musi być zepsuta. Wcześniej podczas wizyt kontrolnych robiła wszystko, żeby tylko nie usłyszeć, ile znowu przybrała na wadze. Owszem była gruba, w niektórych miejscach wręcz opuchnięta, ale żeby aż tak? Od tego momentu zaczęła siebie inaczej postrzegać. Patrząc w lustro widziała tylko zdeformowanego potwora i modliła się w duchu, aby po rozwiązaniu znowu powróciła dawna Dorota, ze swoją nienaganną figurą.
To była jej pierwsza ciąża, więc wszystko, co dotyczyło spraw z tym związanych znała jedynie z literatury i opowieści koleżanek, które miały to już za sobą. Babcia nie żyła od lat, a mama i siostra odeszły w tragicznych okolicznościach. Nie miała nikogo z rodziny, komu by się mogła wyżalić lub zasięgnąć porady. Samego porodu się nie bała, przynajmniej na tym etapie. Najgorsze było samo oczekiwanie, niepewność i strach, przed tym, że z dzieckiem może być coś nie tak.
Byli małżeństwem od trzech lat. Od samego początku starali się o dziecko, ale matka natura postanowiła inaczej. Pomimo determinacji i olbrzymiej namiętności, przez dwa lata, nie mogła z jakichś powodów zajść w ciążę. Kiedy już zaczęli się niepokoić o swoje zdrowie, test ciążowy potwierdził, to co nieśmiało sygnalizował organizm.
Pewnego dnia poczuła się nie tyle gorzej, co inaczej. Pomyślała, że organizm chyba zaczyna wysyłać jej pewne sygnały. Nie wiedziała, co powinna z tym fantem zrobić, dlatego postanowiła porozmawiać z najbliższą osobą - mężem.
- Jedziemy do szpitala! - powiedział stanowczym tonem.
- No nie wiem, Ludwik? - była niezdecydowana. Należała do tych ugrzecznionych osób, które nie mogły znieść myśli, że mogłyby komuś niepotrzebnie zawracać głowę.
- Przecież przed chwilą powiedziałaś, że nie czujesz się najlepiej.
- Od dziewięciu miesięcy nie czuję się najlepiej. Nigdy nie byłam w ciąży i nie wiem, co jest normalne. Nie chcę, nie lubię panikować.
- Wiem, ale pamiętaj, że to nie ból zęba. To zbyt ważne, żeby to zbagatelizować. Lepiej pojechać niepotrzebnie i wrócić, niż nie pojechać i później do końca życia żałować. A jeśli chodzi o panikę, to od tego ja tu jestem - próbował rozładować napięcie, żartem w swoim stylu.
- Chyba masz rację. Czuję, że to się zbliża. Jarosińska mówiła, że to jeszcze dwa tygodnie, ale chyba się myli... Jedźmy kochany, nie ma co czekać.
Tak było "wczoraj", a dzisiaj już leżała w szpitalnym łóżku i tuliła do piersi cudowną dziewczynkę. Córeczka była tak śliczna, że oczu nie mogła wręcz od niej oderwać. Wydała kilka godzin wcześniej na świat coś wspaniałego. Czuła instynktownie, że ta cudowna istota jest częścią jej samej. W całej swej kruchości wołała niemalże - Zaopiekuj się mną! Dbaj o mnie! Sama sobie przecież nie poradzę! - Owoc jej miłości do starszego od niej o pięć lat męża, leżał na jej nagim, odsłoniętym brzuchu i łapczywie ssał lewą pierś. Trochę bolało, ale to nic. Instynkt macierzyński tłumił wszystko, co nieprzyjemne czy bolesne i odsuwał to na boczny tor. Teraz była matką, szczęśliwym rodzicem i tylko to się liczyło.
Lekarze orzekli, że tak z nią, jak i z dzieckiem nie dzieje się nic niepokojącego i po trzech dniach wypisali je do domu. Po niecałej godzinie jazdy przejechali obok znaku informującego, że na powrót są w rodzinnym mieście. Przejechali mostem nad rzeką i po kilku minutach zaparkowali pod blokiem. Po wejściu na czwarte piętro okazało się, że Ludwik zrobił jej niespodziankę. W przedpokoju czekały na nią jej dwie najlepsze przyjaciółki - Kasia Neput i Wioleta Burska. Obie były zachwycone Janką, bo tak dała na imię córeczce. Była dumna widząc, jak po kolei biorą ją na ręce i tulą, jak najcenniejszy skarb. Nagle zalała ją niespodziewanie fala olbrzymiego znużenia i jakiegoś nieokreślonego stanu, którego nawet nie potrafiła opisać. To co do tej pory dusiła w sobie, teraz znalazło ujście.
Przeprosiła wszystkich i pod pozorem przebrania w świeże rzeczy, udała się do pokoju. Zamknęła drzwi od środka, upadła na łóżko i najzwyczajniej w świecie rozpłakała się. Nie były to łzy bólu czy rozpaczy. Płakała ze szczęścia. Wiedziała, że teraz już wszystko będzie dobrze, choć coś w jej środku cichutko szeptało, że musi uważać. W odległej przyszłości czaiło się coś złego. Nie wiedziała co to, ale czuła, że musi nad dzieckiem natychmiast rozpostrzeć parasol ochronny. Nie taki jaki rozpościerają zazwyczaj rodzice, aby strzec własne dzieci, tylko inny, znacznie potężniejszy.
Puk, puk... - ktoś delikatnie zapukał do drzwi, a chwilę później nacisnął na klamkę.
- Dorota, co z tobą? Dlaczego się zamykasz? - zza drzwi dobiegały przytłumione słowa Ludwika. - Kochanie, wracaj do nas. Janeczka chyba zaczyna być głodna.
- Tak, tak, już idę - wytarła chusteczką mokre oczy i wysmarkała nos. Poprawiła włosy i sukienkę. - Już do was wracam, już idę! - Westchnęła mocno i przekręciła klucz w zamku.
- Boże, dopomóż mi, proszę! Ja nie jestem ważna, ale ją musisz strzec! Proszę, błagam, spraw, aby dane mi było cieszyć się jej szczęściem! Chciałabym, aby wyrosła na dobrego człowieka, abym była z niej dumna! Spraw Panie, aby była... szczęśliwa! - przeżegnała się, jak zawsze, kiedy rozmawiała z Bogiem. Poczuła nagły przypływ energii. Wiedziała, że mogłaby teraz stawić czoła całej hordzie demonów, albo zwyczajniej, złych ludzi, którzy chcieliby skrzywdzić jej dziecko. Wzdrygnęła się, kiedy usłyszała płacz dziecka. Zamykając drzwi przykleiła sobie do ust nieco sztuczny uśmiech. Nikt nie mógł poznać, że przed momentem płakała.
- No gdzie ta moja kruszynka?! Mamusia już idzie i zaraz nakarmi dziewczynkę! Zaraz będzie papu!
- No proszę! Komisarz Robert Rózga - stwierdził wysoki mężczyzna w białym kitlu. Pochylił się nad pacjentem, przyjrzał mu się uważnie i zaświecił po kolei w każde oko. Źrenice zareagowały wręcz podręcznikowo, więc zadowolony chyba bardziej z siebie niż z tego faktu wyłączył niewielką latareczkę i schował ją do kieszeni spodni. - Nie odwiedziłem pana od razu, gdyż wolałem zaczekać na wyniki badań. Skoro już są, to przyszedłem - pomachał kilkoma kartkami papieru, które trzymał w lewym ręku.
- No tak - powiedział mlaskając przy tym, jakby próbował jakiejś potrawy. - Pan Rózga, ho, ho!
- Tak, to ja. Chyba tak? - nie do końca jeszcze był pewny kim jest ani tym bardziej, gdzie jest i co tu robi. Próbował sobie przypomnieć fakty z przeszłości, ale jedyne co mu się udało osiągnąć, to zamazane strzępy z dzieciństwa. Coś mu podpowiadało kim jest, ale tak do końca nie był tego pewny. Liczył, że od tego nieznanego mężczyzny usłyszy jakieś fakty, dzięki którym będzie mógł rozbudować jakąś teorię wokół swojej własnej osoby.
Doktor Marceli Janiak stał obok szpitalnego łóżka, na którym leżał mężczyzna w średnim wieku. Z trudem hamował podniecenie, wymieszane chyba w równych proporcjach ze zwykłym ludzkim niedowierzaniem.
- Muszę panu szczerze pogratulować! - szepnął i położył ręce na biodra, jakby zamierzał za moment rozpocząć jakiś taniec. Wyglądał przy tym mało poważnie. Widać było, że chce uchodzić za autorytet, ale to jego nieszablonowe zachowanie, nie dodawało mu powagi. Czekał na reakcję pacjenta, ale usłyszał jedynie:
- A czego? Przepraszam, ale nie bardzo rozumiem, o co panu chodzi? Pić mi się za to chce. Bardzo.
- Mam 63 lata i niejedno widziałem - Janiak nie zareagował, albo nie dosłyszał. - Jestem zapewne inteligentny i co najważniejsze, jestem ekspertem w swojej dziedzinie. Szefuję tutaj od kilkunastu lat i jeszcze nie spotkałem się z czymś takim. Był pan naszym gościem od roku! Panie Rózga z własnego doświadczenia wiem, że po roku od urazowego uszkodzenia mózgu, a po trzech lub sześciu miesiącach od uszkodzenia nieurazowego, stan wegetatywny jest uznawany za utrwalony. Pan zrujnował podstawy mojej dziedziny wiedzy.
- Do czego pan zmierza? Jestem zmęczony! - oderwał wzrok od lekarza i skupił całą uwagę na śnieżnobiałym suficie, jakby z tych nieistotnych szczegółów próbował wyciągnąć jakieś logiczne fakty. Nic go nie obchodziło o czym opowiada, ten pierwszy raz przez niego widziany mężczyzna.
- Panie Rózga, jak żyję jeszcze nikt w całym moim życiu mnie tak nie zaskoczył jak pan! - pochylił się nad nim i popukał delikatnie palcem w jego pierś. W ten sposób przykuł jego uwagę.
- Ja?
- Tak pan!
- Nie rozumiem - westchnął i przyjrzał się teraz z uwagą swojemu rozmówcy. Nie miał energii na dłuższą rozmowę, ale mógł przećwiczyć szare komórki i spróbować zanalizować gospodarza przybytku, w którym przebywał.
- Czy wierzy pan w cuda? - zapytał i spojrzał mu w oczy nad wyraz poważnie. - Jeśli nie, to powinien pan zmienić swój światopogląd. Gdyż to, że ze sobą teraz rozmawiamy, zakrawa na prawdziwy cud. Powinienem stać teraz nad pańskim ciałem i pobierać tkankę mózgową do badań klinicznych. Powinien pan nie żyć, a ma się dobrze. Chciałem użyć określenia, że nastąpił regres choroby, ale to byłaby nieprawda. Tu nie chodzi o regres. Pan jest zdrowy, a po chorobie nie ma śladu. Najmniejszego nawet śladu. To właśnie jest cud! Prawdziwy cud!
- Doktorze.
- Tak?
- Kiedy mnie wypuścicie?
- Wypuścicie? Nikt pana tu nie trzyma na siłę. Ha, ha... żartowałem! - uśmiechnął się szeroko. Wyglądał teraz jak jakiś szalony naukowiec z kreskówek.
- To, kiedy będę mógł wrócić do domu? - humor doktora nie udzielił się pacjentowi.
- Wkrótce. Zrobimy jeszcze dodatkowe badania, a do tego dojdzie zapewne długa rehabilitacja i za pół roku, albo roczek, wróci pan do domku, do rodziny. A muszę panu powiedzieć, że taka rehabilitacja, to jest praw...
Rózga nie do końca słuchał słów Janiaka. Dotarło do niego, że jest zdrowy, oraz jakaś wzmianka o cudzie. Z jego rozważań nic nie wynikło. Widział tylko starszego mężczyznę w białym kitlu, który pomimo, że powinien emanować powagą, to zachowywał się jak podniecony nastolatek. Skupił się teraz na teoretycznym rozważaniu: - Skoro jestem zdrowy, to co ja robię w szpitalu?
Coś zaczęło przesłaniać mu widzenie. Spróbował jeszcze o coś zapytać, ale już nie pamiętał o co. Powieki ciążyły mu coraz bardziej. Spróbował z tym walczyć, ale to było tak potężne, że musiał ulec. Mężczyzna o coś jeszcze go pytał, ale nie był w stanie zrozumieć pytania ani tym bardziej logicznie odpowiedzieć. Wszystko zalała ciemność. Z powrotem zapadł w sen, ale tym razem zdrowy, zwykły sen.
Wszystko się zmieniło. Teraz musiała myśleć, nie tylko o sobie i mężu, ale i o tym, co najważniejsze. Czuła, wiedziała, że nie jest już tą samą Dorotą, co jeszcze tydzień temu. Fizycznie i emocjonalnie była dojrzalsza, doskonalsza i postrzegała świat w inny sposób. Ważne rzeczy stały się banalne, a te które nie miały znaczenia, nabrały błysku.
Wreszcie miała chwilę dla siebie. Przyjaciółki wróciły do swoich mieszkań, a Ludwik poszedł zrobić zakupy w pobliskim markecie. Mąż nie stronił od alkoholu, ale jak dotychczas potrafił nad tym panować. Przynajmniej on tak twierdził. Z początku tylko popijał, ale z czasem robiło się tego coraz więcej. Na szczęście miał swoje zasady i nigdy nie upijał się w dzień. Ilekroć siadał do butelki, robił to wieczorami, tak jakby w ten sposób próbował jej zaoszczędzić nieprzyjemnego widoku. Dziś nawet byłaby zadowolona, gdyby po drodze spotkał jakiegoś kolegę i przez parę godzin wspólnie opijaliby narodziny córki. Janeczka nakarmiona zasnęła głębokim snem, a jej coś mówiło, że potrwa to trochę dłużej niż zwykle.
Potrzebowała odrobiny spokoju i wyciszenia. Tyle się ostatnio działo w jej życiu, jak chyba nigdy dotąd. Może tylko wówczas, kiedy mama z jej siostrą zginęły w wypadku samochodowym, działo się równie dużo. Wówczas doszło do tragedii, a tym razem w grę wchodziły radosne wydarzenia. Tak jak nagle posmutniała, tak równie szybko uśmiech powrócił na jej twarz, kiedy spojrzała na córkę. Dorota nie pochodziła z tych stron. Urodziła się i mieszkała w Łodzi. Wyprowadziła się dopiero po tamtej tragedii, która wywróciła cały jej świat do góry nogami. Nagle odeszły dwie najbliższe jej osoby. Matka i siostra, były całym jej światem, a od tego czasu to wielkie miasto zaczęło jej się kojarzyć już tylko z jednym. Musiała zmienić otoczenie.
Zaparzyła sobie w kuchni herbaty miętowej. Gorące szkło drażniło palce. Nasypała cukru i szybko wróciła do pokoju. W wejściu, kilka kropel rozlała na podłogę. - Cholera! - zaklęła pod nosem. Teraz już spokojniej usiadła na łóżku. Usiorbała dwa łyki gorącego naparu i popadła w zadumę.
- No Dorotka, teraz to już musisz się wziąć za siebie, dziewczyno - rozpoczęła wewnętrzny monolog. Mówiła szeptem, aby swoim zachowaniem, nie skrócić sobie tej chwili, którą miała teraz dla siebie. - Musisz być silna i odpowiedzialna... Tak, przede wszystkim odpowiedzialna. Świat kobieto, już nie jest twój, teraz to ty jesteś częścią świata - córeczka zaczęła się niespokojnie wiercić. Na chwilę przerwała, gotowa ruszyć w jej stronę. Na szczęście Janeczka po kilku sekundach, uspokoiła się i dalej spała błogim snem noworodka, nieświadoma tego, co się dzieje na zewnątrz.
- Tak, właśnie tak! To co przez dziewięć miesięcy było częścią twojego ciała, teraz jest tutaj, metr dalej i śpi sobie pewne, że nad nią czuwasz... Boże teraz wszystko się zmieni! - spojrzała w górę. - Daj mi siłę Boże, abym podołała!
- Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, - uklękła i zaczęła się modlić. Właśnie sobie uświadomiła, że nie podziękowała jeszcze Matce Boskiej za szczęśliwe rozwiązanie - Pan z Tobą. Błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus. Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen!
Dopiero kiedy odmówiła modlitwę dziesięć razy, poczuła ulgę. Od zawsze lubiła się modlić. Zwykle w ten sposób odnajdywała ukojenie. Ludwik był w tych sprawach neutralny. Bardziej jednak stronił od kościoła, niż był jego zwolennikiem, choć zdarzało się, że szedł z nią od czasu do czasu, na niedzielną mszę.
Ludwika poznała stojąc z koleżanką w kolejce do kasy kinowej. Spodobał jej się, więc zaczęli się spotykać. Niski, blondyn miał to coś w sobie, co przyciąga kobiety. Okazał się miłym, kulturalnym facetem, a były to cechy, na które zawsze zwracała szczególną uwagę. Po roku oświadczył się i zaraz później wzięli ślub. Znalazł pracę w tym małym miasteczku w województwie kujawsko-pomorskim. Kilku tysięczna mieścina, położona nad rzeką nie miała czym konkurować z kilkusettysięczną Łodzią, pełną specyficznego gwaru, kipiącego wprost energią. Miasto miało jednak w sobie coś nieokreślonego, co sprawiało, że czuła się tu dobrze. Po kilku latach, nie wyobrażała już sobie życia w innym miejscu.
Spojrzała na zegar na ścianie, a zaraz później zlustrowała uważnie cały pokój, jak gdyby sprawdzała, czy nic się nie zmieniło, czy jest bezpiecznie. Zdawała sobie sprawę z faktu, że to pozbawione sensu, wręcz irracjonalne, ale musiała to zrobić. Od teraz miała o kogo się troszczyć. Instynkt podpowiadał jej, że musi roztoczyć nad tą bezradną, najcudowniejszą istotą, szczególną opiekę.
- Serduszko ty moje! Szczęście najukochańsze! Boże, czyż można być bardziej szczęśliwą?! - podeszła do łóżeczka, chwilę popatrzyła na śpiącego noworodka. Przez kilka minut rozkoszowała się tym widokiem, po czym uspokojona powróciła na łóżko. Poczuła, że znowu się wzrusza. Nie chciała płakać, ale tak jakoś samo przyszło. Kilka łez spłynęło po policzkach i zebrało się na brodzie. Jeszcze nie była pewna, do kogo Janeczka jest podobna, ale miała nadzieję, że z czasem upodobni się do niej.
- Nigdy bym nie uwierzyła, że kiedyś będę tak szczęśliwa! Ja matką?! Kto by pomyślał! Zrobię wszystko, aby ochronić moje maleństwo! Wszystko, choćbym miała oddać duszę, czy nawet życie!