Rozdział pierwszy
1
Droga do ośrodka konferencyjnego prowadziła przez lasy Wielkopolskiego Parku Narodowego. Na wysokości Puszczykowa należało zjechać z drogi głównej Poznań – Wrocław i dalej kierować się w stronę Warty.
Drogomir Jaszczur, komisarz komendy Poznań – Grunwald, skręcił zgodnie ze strzałką drogowskazu w leśną aleję utwardzoną betonowymi płytami. W miejscu, gdzie krzyżowały się drogi, jego ford mondeo głośno huknął, podskoczył i zaterkotał, bo pierwsze dwie płyty podmyła woda i zrobił się uskok. W obawie, aby służbowy gruchot nie rozpadł się do końca, kierowca szybko zwolnił pedał gazu. Maszyna uspokoiła się, klekot ucichł, a spod kół jął dobywać się jednostajny rytmiczny stukot. W tempie dorożki minął czule obejmującą się parkę zakochanych z owczarkiem niemieckim na smyczy i rowerzystę w kasku opartego o klon uważnie studiującego mapę. "Ci zakochani" – pomyślał – "znam ich z zeszłorocznej konferencji, a turysta – poznałem go kiedyś na nocnej interwencji, pracuje w komendzie na Starym Mieście. Jest mistrzem Polski w karabinku pneumatycznym, ponoć nawet miał reprezentować nasz kraj i pojechać na olimpiadę do Atlanty".
Z głębi lasu mignął błysk karoserii furgonetki i paru samochodów wyglądających z pozoru na zaparkowane bez ładu i składu przez przypadkowych amatorów koźlaków i podgrzybków. Komisarz uniósł lekko w górę kąciki swoich warg.
– Hm – teren szczelnie obstawiony, brakuje do szczęścia tylko helikoptera – skonstatował z zawodową fachowością i odrobiną sarkazmu.
Na podjeździe przed ośrodkiem ustawił auto między szpalerem autokarów z zagranicznymi rejestracjami i wyłączył silnik.
Prawie natychmiast podszedł do niego umundurowany policjant. Wyjął z raportówki notatnik z dyndającym na spiralnym druciku długopisem i coś rzekł. Jaszczur nie zrozumiał co, jego uwagę odwrócił bowiem zdalnie sterowany helikopter, znacznie większy od dziecięcych zabawek, który ni stąd, ni zowąd pojawił się nad nimi i nieruchomo zawisł w powietrzu. Niemal jednocześnie na wełnianej marynarce komisarza pojawił się rój czerwonych kropek celowników laserowych.
– Przepraszam, nie dosłyszałem – zwrócił się do policjanta, wysiadając z wozu.
– Proszę o pana dokumenty – odparł tamten, usiłując przekrzyczeć maszynę.
– Oczywiście, proszę – powiedział Jaszczur, wręczając mu legitymację i specjalny identyfikator, który wczoraj odebrał na komendzie. Nie patrzył w górę, ale czuł, że kamera zamontowana na brzuszku maszyny nie spuszcza go z oka. Jednocześnie nie mógł pohamować odruchu przyglądania się, jak czerwona armia kropek przemieszcza się niczym armia krwiożerczych robaczków, by w końcu zatrzymać się i skoncentrować w okolicy serca.
– Tak, wszystko się zgadza, panie komisarzu, dziękuję i zapraszam po klucz do recepcji, obrady rozpoczynają się za godzinę – poinstruował ciszej, helikopter znikł bowiem tak nagle, jak się pojawił. Z marynarki zniknęły także robaczki.
Międzynarodowa Konferencja Policji po raz pierwszy odbywała się poza Warszawą, w małym podpoznańskim miasteczku Puszczykowo. Oficjalnym powodem jej przeniesienia były – jak podawano w zaproszeniach – względy krajobrazowe Wielkopolskiego Parku Narodowego, nieoficjalnie zaś – o czym można było się dowiedzieć w policyjnych kuluarach – usilne zabiegi nowego komendanta głównego policji Grzegorza Dryjańskiego, który podobno pochodził z tych stron i jako człek sentymentalny pałał do urokliwego zakątka w Wielkopolsce wielką miłością.
Komisarz Jaszczur nigdy nie miał w zwyczaju pierwszy raz wchodzić do budynku, nim go wcześniej nie obszedł dookoła. Musiał wiedzieć, co kryje się na zapleczu, i ustalić ewentualne drogi ewakuacji. Takie przyzwyczajenia niektórym wydały się śmieszne, dlatego za jego plecami pozwalali sobie na niewinne żarty. Młodsi koledzy z komendy naśmiewali się, że w pierwszej kolejności o jego przybyciu dowiadują się kucharki i woźni. Maniera traktowana jako rodzaj aberracji zawodowej nie czyniła go jednak kimś niepoważnym, mało wiarygodnym, a wręcz przeciwnie – nadawała dodatkowego smaczku. Cieszył się zasłużonym autorytetem i szacunkiem, zwłaszcza u młodszego pokolenia. Umiejętność antycypowania sytuacji wielokrotnie wybawiła kolegów komisarza z groźnych opresji. Dokładając jeszcze największy odsetek rozwiązanych spraw kryminalnych, można nawet pokusić się o stwierdzenie, że komisarz Jaszczur był ikoną poznańskiej policji.
Zgodnie z przyzwyczajeniami, teraz też musiał sprawdzić, co się gdzie znajduje. Kompleks ośrodka wybudowany był w kształcie litery ? (pi) i składał się z budynku hotelowego, administracyjnego i sali konferencyjnej. Na parterze mieściły się biura, kuchnia, jadalnia, kilka mniejszych sal, na pierwszym piętrze pokoje mieszkalne. Budynki były trzykondygnacyjne, a budynek administracyjny posiadał jeszcze dwukondygnacyjną przybudówkę w postaci walca mieszczącego salę bankietową. I to było najważniejsze miejsce w okolicy, właśnie tu umieszczono bowiem najpilniej strzeżoną w Polsce salę konferencyjną na 200 osób. Dostosowując ją do międzynarodowych wymogów bezpieczeństwa, poddano gruntownej modernizacji, a środki, jakie na ten cel przeznaczono, stanowiły najdłuższy rząd cyferek w całym organizacyjnym business planie. Właściciel ośrodka podobno zemdlał, kiedy otrzymał dziewięć miesięcy temu propozycję komendanta głównego policji zorganizowania corocznego zjazdu. To była dla niego szansa, jaka zdarza się raz na całe życie, zwłaszcza że policja zamierzała zrobić dobre wrażenie na kolegach z Unii, wyposażając salę w sprzęt o najwyższym standardzie.
Jaszczur wszedł w końcu do budynku i od razu uderzył go panujący wewnątrz harmider stanowiący z otoczeniem lasu zaskakujący kontrast. Wśród wrzawy prócz angielskiego wyłapał niemiecki, węgierski, francuski, włoski i czeski.
Tuż za drzwiami, ale jeszcze przed wejściem do hallu, witały nowo przybyłych gości cztery uśmiechnięte policjantki najwyższej urody, kierujące w dowolnym języku i z rozbrajającym uśmiechem w stronę bramek kontrolnych. Trudno było nie oprzeć się ich czarowi i dostrzec, że blisko za ich plecami mierzą w gości stojący nieco głębiej pod ścianą funkcjonariusze w kominiarkach. Poczuł się nieswojo. Jeszcze nigdy nie celował do niego policjant. Chyba że na symulatorach, z tym że wtedy byli to policjanci wirtualni. Stanął więc potulnie na końcu kolejki, aby po paru chwilach posłusznie wyłożyć wszystkie osobiste przedmioty do plastikowego pojemnika. Torbę podróżną popchnął kolanem i wetknął na taśmociąg, skąd została natychmiast wciągnięta do czeluści czarnego skanera prześwietlającego bagaż, niczym brzucha żarłocznego potwora.
– A broń ? – spytała jedna z kontrolujących. – Czy ma pan przy sobie broń? – powtórzyła.
Zawahał się dłuższą chwilę, jakby nie wierzył, że go o to pyta. Wtedy usłyszał, jak jeden z funkcjonariuszy odbezpiecza swój karabin maszynowy. "Nerwus", pomyślał.
– Nie mam broni – odpowiedział z nutą irytacji.
– W porządku, komisarzu, to pytanie rutynowe.
– Ma się rozumieć, rutynowe – powtórzył bezwiednie. To oczywiste, że na konferencje policji, tym bardziej międzynarodowe, nie zabiera się broni. Takie zasady są zapisane w regulaminach. Ponadto teren jest zawsze tak obstawiony przez snajperów i tajne służby, że broń staje się całkiem zbędna.
Wyjmując przedmioty osobiste z pojemnika, ze zdumieniem stwierdził, że kontrola trwała zaledwie kilkadziesiąt sekund, a tymczasem tuż za nim zrobiła się niemała kolejka nowych gości. Zielona lampka i krótki sygnał oznaczały, że może już przejść dalej.
Za bramkami czekały na niego inne policjantki ubrane po cywilnemu i nie mniej piękne niż ich koleżanki.
– Dzień dobry, panie komisarzu – usłyszał niski tembr głosu. – Witamy na pokładzie, otrzymał pan pokój nr 16, a konferencja rozpoczyna się za 38 minut – poinformowała nad wyraz uprzejmie młoda dama o tlenionych blond włosach, delikatnym makijażu i w bucikach na szpileczkach. Odbierając od niej grubą teczkę na rzepy z kompletem materiałów konferencyjnych, poczuł oszałamiający zapach perfum Dior.
– Och, już za 37 minut – poprawiła się zakłopotana, patrząc mu w oczy.
– Bardzo pani miła – odpowiedział, wkładając teczkę pod lewą pachę, rzuciwszy jej szybkie spojrzenie, jakie zwykle rzuca swoim podwładnym. Miał nadzieję, że to ona opuści wzrok pierwsza, okazała się jednak silniejsza. Jej pewność siebie trochę onieśmieliła go, ponadto nie zamierzał pojedynkować się długościami spojrzeń, był już trochę spóźniony, zamierzał jeszcze zaliczyć krótką drzemkę, co stawało się coraz mniej realne. Za dużo czasu zmarnotrawił na obejście budynku. Czas, jakim dysponował, pozwalał mu jedynie pójść do pokoju, wziąć szybki prysznic, przygotować notatki i pędem zejść na obrady. Straciwszy dwie cenne minuty podczas czekania na windę, skierował się w stronę schodów. Idąc korytarzem, minął ciąg pokoi oznaczonych flagami państw Unii, w których przygotowywały się do swojej pracy tłumaczki i stenotypistki.
Zdawał sobie sprawę, że już samo zaproszenie i włączenie w grono najznamienitszych oficjeli policji państw Unii Europejskiej stanowiło nobilitację, było dowodem uznania i dowartościowania jako policjanta. Mimo to nie czuł się tu dobrze. Jako rasowy gliniarz nie należał do nadto wylewnych, w jego naturze leżała wypracowana powściągliwość i nieujawnianie myśli. Cieszył się z zaproszenia na konferencję, ale miał mieszane uczucia z powodu charakteru, w jakim tu przybył. Poproszono go – co w nomenklaturze policyjnej jest czystym eufemizmem – a więc wydano mu rozkaz, aby został jednym z prelegentów i zapoznał swoich zagranicznych kolegów ze szczegółami śledztwa, jakie prowadzi od blisko dwóch lat. Nie podobało mu się jego nowe zadanie, osobiście uważał, że decyzja jest chybiona. Policjanci nie są jednak od polemizowania z decyzjami przełożonych. Wymiana informacji między służbami państw Unii należy do rutynowych postępowań. Bez tego nie byłoby sukcesów, a bez sukcesów nie ma wsparcia ze strony Unii.
Jako droguś cywil także nie miał powodu tryskać szczęściem. Nie przepadał za przyjęciami, rautami, uroczystościami. Wolał atmosferę, jaka panuje na koncercie kwartetu smyczkowego niż rockowego koncertu. Nie lubił także publicznych wystąpień, które zwykle odbębniał za niego rzecznik prasowy komendy.
Istniały zatem przynajmniej trzy powody, aby być niezadowolonym. Niestety, nie miał nic do gadania, nikogo nie interesowało, co myśli. Rozkaz to rozkaz, a on był tylko kółkiem policyjnego mechanizmu.
Pokój numer 16 był dwuosobowy i pachnący. Położywszy klucz na stoliku, czym prędzej otworzył okno, aby chemiczny hotelowy zapaszek ulotnił się, a pokój napełnił leśnym świeżym powietrzem. Patrząc na las z perspektywy pierwszego piętra, dostrzegł w zaroślach rozlokowane co 50 metrów gniazda snajperskie i po raz drugi w przeciągu kilkunastu minut poczuł się nieswojo. Zamknął okno i zasłonił firankę. Spojrzał na zegarek, do rozpoczęcia konferencji zostało mu jeszcze 26 minut. "Fura czasu" – pomyślał i przekręcił kurek prysznica.
2
Feliks Martyniuk od urodzenia mieszkał w Mosinie, miasteczku położonym około 20 kilometrów od Poznania. Razem z matką Gabrielą zajmował mieszkanie przy ulicy Dworcowej na trzecim piętrze w segmentowcu wybudowanym pod koniec lat siedemdziesiątych. Budynek może i nie był pierwszej świeżości, ale sprawiał wrażenie solidnego. Swojego czasu miał być wizytówką trudu socjalistycznych budowlańców. Kiedyś te mieszkania budowano z przeznaczeniem dla zwykłych obywateli, ale pierwszeństwo zasiedlania mieli i tak zasłużeni dla ojczyzny przodownicy pracy, prezesi spółdzielni i działacze partyjni średniego szczebla. Stąd priorytetowo i ze szczególną starannością dbano o substancję mieszkalną, wykonując terminowo wszelkie niezbędne naprawy i remonty.
Kwatera Martyniuków położona na przedostatnim piętrze była cicha i przytulna.
Z okna pokoju Feliksa rozpościerał się widok na promenadę, którą mieszkańcy Mosiny nazywali Zofiówką. Po drugiej stronie ulicy znajdował się bank spółdzielczy, dom kultury, miejska biblioteka publiczna i pomnik Tadeusza Kościuszki. Po lewej stronie znajdował się mały skwer z placem zabaw dla dzieci, a trochę dalej dworzec kolejowy z buforowym parkingiem.
Ojciec Feliksa, Stanisław Martyniuk, nabył mieszkanie, kiedy urodził mu się syn. Był dyrektorem banku spółdzielczego i dzięki temu miał blisko do pracy – musiał tylko przejść na drugą stronę ulicy. Niestety, któregoś poranka z niewiadomych przyczyn opuścił rodzinę i ślad po nim całkiem zaginął, jego syn miał wtedy jedenaście lat. Właściwie muszę przyznać, że mam wątpliwości, czy użyłem adekwatnie słowa "opuścił". Może lepiej – by nikogo nie dotknąć szczególnie – powinienem użyć czasownika "zniknął". Moje wahanie wynika z faktu istnienia kilku hipotez i teorii na temat samego zdarzenia. Najbardziej rozpowszechniona w okolicy brzmiała tak, że poznał jakąś młodą panienkę i postanowił ułożyć sobie życie od nowa. Mówiono też na mieście, że wraz z jego zniknięciem rozpłynęła się znaczna kwota pieniędzy z kasy banku. Dochodzenie w tej sprawie objęto ścisłą tajemnicą i nikt niczego nie wiedział na pewno. Czy rzeczywiście miał dosyć swojej rodziny, czy może zaginął lub zginął w niewyjaśnionych okolicznościach, to były tylko snucia i spekulacje. Wszak co jakiś czas docierały do Martyniuków plotki i szczątkowe niesprawdzone informacje, że widziano go raz tu, raz tam. Weźmy choćby sąsiada z bloku z drugiego piętra, komiwojażera ze spółdzielni zabawkarskiej w Puszczykowie. Mówił, że widział starego Martyniuka w Białymstoku, podobno faktycznie szedł za rękę z młodą piękną kobietą. Znowuż innym razem widziano go w schronisku dla bezdomnych w Górach Świętokrzyskich, jeszcze innym razem ktoś bijąc się w piersi, zarzekał, że ukrywa się jako górnik w kopalni Halemba. W końcu z matką przestali przywiązywać wagę do tych rewelacji, bo zawsze okazywało się, że to bzdury. Coś, czego istnienia wtedy jeszcze Feliks nie pojmował, podpowiadało mu, że wyjaśnienie tajemnicy jest gdzieś blisko, znajduje się nieopodal, jak to mówią – na wyciągnięcie ręki. I Feliks gdzieś w głębi siebie wierzył, jak wierzy się całe życie w istnienie Piotrusia Pana, że przyjdzie taki czas, że plotka okaże się prawdą, ojciec wróci i matka mu wybaczy, a pieniądze, jeśli je ukradł, odda.
Pani Gabrysia rzadko rozmawiała z synem o ojcu, wymigiwała się z opowieści o przeszłości. Feliks mógł jedynie odczytywać z urywkowych zdań znajomych i kontekstu, że okres poprzedzający jego zniknięcie był dla Martyniuków szczególnie trudny, a związek rodziców się chwiał. Ponoć relacje małżonków ochłodziły się do tego stopnia, że prawie ze sobą nie rozmawiali. I nie wiadomo, czy to dlatego pan Martyniuk do późna przesiadywał w pracy, że nie chciał rozmawiać z żoną, czy nie rozmawiał z nią dlatego, że był zmęczony, bo do późna przesiadywał w pracy. Wydawało się, że Gabrysia stara się nawet ukrywać przed synem fotografie ojca. Odnosił wrażenie, że chciała zapomnieć o wszystkim, co łączyło ją z przeszłością, i zbudować sobie życie na nowo. Wolny czas spędzała w swoim ogródku działkowym położonym nieopodal mieszkania. Uprawiała warzywa i pielęgnowała wspaniałe krzewy dorodnego bukszpanu.
Jak to bywa w małych miasteczkach, matki samotnie wychowujące dzieci są zazwyczaj łatwym łupem dla okolicznych plotkarek. Przed pomówieniami nie uchroniła się też Gabrysia posądzana o romans z panem Marcelem, właścicielem straganu warzywnego z mosińskiego ryneczku. Pan Marcel stanowił wzorzec uprzejmości i grzeczności. Jego szczerość i chęć czynienia dobrych uczynków w stosunku do samotnej kobiety szybko odczytano jako sensacyjny romans mosiński. Kres pomówieniom położył dopiero proboszcz z parafii św. Mikołaja, wzywając niefrasobliwych wiernych do poskromienia języka przeciwko najznamienitszym obywatelom Mosiny, a w szczególności samotnym matkom.
Na tej samej mszy pogratulował długiego i przykładnego pożycia małżeńskiego panu Marcelowi i jego żonie. Połączenie obu intencji tuż po sobie, w jednym kazaniu nie budziło wątpliwości, kogo ksiądz proboszcz ma na myśli.
Zdarzenie to uświadomiło Gabrysi, że jeśli chce, aby w przyszłości nie powtórzyły się podobne niedorzeczności, musi mieć kogoś, kto rozepnie nad nią parasol ochronny.
Na drugi dzień z rana po pamiętnej mszy zapisała się do Mosińskiej Grupy Wsparcia Kobiet (MGWK). Nowe środowisko zapewniało jej pomoc duchową w trudnych okresach, ale też nie unikało zawoalowanej indoktrynacji, że mężczyźni to podłe dranie, chuligani, parszywcy, obce istoty bez serca. Jej naczelnym hasłem od tej pory miał być bezwzględny powrót do równowagi psychicznej, bezinteresowne wspieranie programu MGWK i zapewnienie synowi warunków, aby mógł wyrosnąć na porządnego obywatela. Wzięła sobie mocno do serca przesłanie przyjaciółek z grupy, aktywnie udzielając się społecznie i dając upust nieujawnionej dotąd podręcznikowej matczynej nadopiekuńczości wobec syna.
Dwunastoletni Feliksio wcześnie pojął, jak to zręcznie wykorzystać. Jak większość jedynaków wiedział, że w pewnych sprawach może czuć się bezkarny, osiągając zamierzony cel. Matka, niepotrafiąca niczego mu odmówić, poświęcała się, aby spełniać fanaberie, a jeśli ich zakres leżał poza zasięgiem, najmowała się jako niania dzieci swoich koleżanek i ich znajomych. Najważniejsze, aby syn nie klął, nie pił, nie palił, nie zarywał szkoły, nie repetował klasy i nie chodził sam nad kanał.
Drobne prace i renta, którą przyznał mosiński ośrodek pomocy społecznej, pozwalały, by nie klepać biedy. Poza tym MGWK była szczególnie wyczulona na los opuszczonych matek. Pomagali także sąsiedzi, a najwięcej wuj Mietek, brat ojca, zapalony wędkarz, podrzucający co kilka dni świeże rybki.
Wydaje się, że Gabrysia osiągnęła zamierzony cel. Feliks wyrósł na dobrego chłopca, nie popadł w szemrane towarzystwo. We właściwym czasie zdał maturę i dostał się na upragnione studia.
Kiedy już jako absolwent odbierał dyplom inżyniera Politechniki Poznańskiej, a było to 15 sierpnia 2000 roku, jeszcze wierzył niezłomnie, że to, co piszą w broszurach, jest prawdą i gdy tylko opuści mury uczelni, natychmiast będzie pracował w zawodzie. Stanie się smakowitym kąskiem dla wygłodniałych head hunterów stojących w długiej kolejce po jego kwalifikacje. Wyjątkowość obranego kierunku miała zagwarantować mu szybkie znalezienie lukratywnej posady i niemałe dochody, a w przyszłości życie w elitarnym towarzystwie. Wieloletni trud nauki miał zapewnić karierę naukowca, projektanta, programisty, administratora systemów informatycznych, analityka, a może nawet samodzielnego managera. Miał być tym, kogo umiejętności interdyscyplinarnego patrzenia w przyszłość i myślenia algorytmicznego zaprowadzą na same szczyty przywilejów i władzy.
Niestety, rzeczywistość okazała się dużo mniej atrakcyjna. To, co było napisane w broszurach o studiach i jej absolwentach, mijało się z prawdą. Na kilkadziesiąt podań o pracę dwadzieścia firm nawet mu nie odpowiedziało. W kilkunastu innych zwodzono go i obiecywano w niedługiej przyszłości rozmowę z szefem. Zazwyczaj rozmawiał z dyrektorami personalnymi większych i mniejszych spółek, gdzie prawie zawsze częstowano kawą, z uwagą wysłuchiwano przekonujących argumentów i potakiwano głową, z tym że na serdecznych uściskach dłoni i niemal przyjacielskich rozstaniach się kończyło – jego telefon nadal milczał. Nie potrafił tego zrozumieć, przecież na studiach uchodził za dobrego studenta. Doszukiwał się przyczyn porażek i przychodziły mu na myśl różne kontrargumenty, dlaczego nie chcą przyjąć go do pracy. Że może jego znajomość języków obcych jest niewystarczająca albo na losie zaważa prowincjonalne pochodzenie, albo... przez cały ten czas jeszcze ciąży na jego życiorysie niczym kula u nogi galernika przygoda tudzież – jak nazywał inaczej – incydent. Zdarzenie, chociaż formalnie zakończone pozytywnie, wywoływało niemiłe asocjacje i kiedy cofał się pamięcią, odtwarzając wspomnienia, prawie zawsze rzeczownik, jakiego by nie użył, opatrywał dodatkowo przymiotnikiem "przykra" lub "przykry".
Zdarzenie miało miejsce na trzecim roku studiów. Wtedy to, w chwili słabości i niepohamowanej chęci wzbogacenia, zajął się wraz z kolegami ściąganiem i kopiowaniem muzyki, filmów i nielegalnego oprogramowania. Sieć dystrybutorów sprzedawała je później pokątnie na bazarach w całej Polsce. Pierwszą ofiarą nadmiernej aktywności studentów byli oni sami. Pogoń za łatwym zyskiem i bezkarność rozbisurmaniła kolegów Feliksa do tego stopnia, że zajęli się opracowywaniem programów do szpiegowania innych programów i zdobywania informacji potrzebnych do wykradania testów egzaminacyjnych. Jak na prawdziwych królów życia przystało, ich los był krótki. Ktoś w końcu nie wytrzymał i doniósł na policję. Może nawet był to jeden z nich, pokrzywdzony niesprawiedliwym podziałem zysków. Zaliczyli wpadkę. Gwoździem do trumny był spektakularny nalot Interpolu i policji, wskutek którego zatrzymano i przesłuchano kilkadziesiąt osób. Była to największa tego typu akcja w Polsce. Pisano o tym w prasie. Zabezpieczono 90 dysków twardych, ponad 500 TB przestrzeni dyskowej, komputery i serwery będące wyposażeniem Politechniki Poznańskiej i dziesiątki tysięcy nielegalnych kopii. W tym samym czasie urządzono podobne akcje w innych krajach Unii. Władze uczelni wystosowały oświadczenie, w którym "ubolewały, że pod szyldem szanowanej jednostki edukacyjnej działała szajka piratów". Feliks się przestraszył. Miał nad sobą groźbę relegacji z uczelni, ale zdołał się z tego wszystkiego wykaraskać. Pomógł mu szczęśliwy zbieg okoliczności.
Gdy styczniowym wieczorem 1998 roku wracał do domu, tuż przy moście Rocha w Poznaniu usłyszał wołanie o pomoc. Zbiegłszy bliżej koryta rzeki, dostrzegł, że na dryfującej krze po Warcie płynie mała dziewczynka. Feliks bez chwili zastanowienia wskoczył na sąsiednią krę, doczołgał się do dziewczynki, pochwycił i podjął drogę powrotną. Gdyby nie straż pożarna, którą przypadkowi przechodnie zawiadomili już wcześniej, pewno by utonęli. Na szczęście nie wpadli do lodowatej wody, tylko się porządnie przemoczyli. Kiedy ich wyciągnięto, okazało się, że dziewczynce i Feliksowi, oprócz przerażenia, nic nie jest. Na drugi dzień pisały o tym wszystkie gazety, a telewizja publiczna i stacje komercyjne na żółtym pasku pokazywały wiadomość dnia. "Bohaterski wyczyn mieszkańca Poznania. Odważny student Feliks M. skoczył na pomoc dziewczynce do lodowatej Warty", co w części nie było prawdą, bo Feliks przecież był mieszkańcem Mosiny. Ale kiedy tak nagle zaliczono go do poznaniaków, czuł się dwakroć dowartościowany. Miał nawet zostać odznaczony medalem "Za ofiarność i odwagę" i dostać od prezydenta Poznania nagrodę. Policja jednak postanowiła nie przyznawać mu medalu, ale w zamian za wyczyn zatuszować jego piracką przeszłość. Jego koledzy z uczelni nie mieli tyle szczęścia. Od tego czasu Feliks się zmienił. Zaczął sumiennie się uczyć. Komputery przestał traktować z nabożną czcią. Wzdrygał się nawet, gdy widział, jak ktoś używa nielicencjonowanych oprogramowań. Exploit, Buffer, Spoofing i Sniffing i ich pochodne transmutacje algorytmiczne, Slammer, BugBear.B, Blaster, Sobig.F, Swen, Bagle (cokolwiek miałoby to oznaczać), robaki i konie trojańskie traktował jedynie jako pojęcia bez znaczenia. Na dnie jego serca tliła się jednak maleńka iskierka nadziei, że być może w przyszłości, gdy będzie miał dostęp do najnowszej literatury, pozna działanie tych programów nie tylko w teorii.
Dziwiło go tylko, że mimo formalnego zakończenia sprawy, jeszcze wielokrotnie był wzywany na komisariat w celu – jak tłumaczył mu pewien komisarz – uzupełnienia zeznań. Do znudzenia potwierdzał okoliczności, w jaki sposób poznał kolegów, jak wykonywano kopie, jak wytwarzano podróbki oryginalnych etykiet i certyfikaty.
Pytano go także o okoliczności wyratowania dziewczynki, jakby chciano mieć absolutną pewność, że na pewno był to najzwyklejszy przypadek. Nie rozumiał zawiłości śledztwa i pokornie zgadzał się bez protestu na wszelkie niedogodności, choć niekiedy złościł się, ale obiecał sobie, że przejdzie przez tę kołomyję godnie i niczym się nie zbłaźni. W końcu policja – jak by nie patrzeć – zrobiła w jego stronę ukłon, gest dobrej woli i pomogła wyplątać się z dużej afery.
Jego koledzy mieli mniej szczęścia i kiedy po krótkiej przerwie świątecznej wrócił na uczelnię, żadnego z nich już nie spotkał. Od tego czasu minęły blisko trzy lata, zdarzenie konsekwentnie zacierało się w pamięci i teraz, kiedy szukał przyczyn swoich niepowodzeń, odżywało, a on przyłapywał się na tym, że znowu trząsł się, tylko że teraz nie z zimna, a ze strachu.
By jakoś funkcjonować, imał się różnorakich zajęć. Był pomocnikiem stolarza, pracownikiem magazynu meblowego, a nawet sprzedawcą książek. W poczuciu postępującej degradacji społecznej był bliski rozpaczy i zdawało mu się, że to proces nieodwracalny. Ze wstydu przestał spowiadać się matce z wszystkiego, co robi.
Przełomem w życiu miała stać się własna działalność gospodarcza.
Na wiosnę 2002 roku wynajął od miasta stragan na targowisku w Mosinie i za dwa tysiące złotych kupił na Franowie cały wóz owoców egzotycznych, które miał zamiar sprzedać z zyskiem przed Wielkanocą. Trochę mu nawet było przykro, że robi konkurencję panu Marcelowi, ale szybko zrozumiał, że w biznesie każdy musi walczyć o swoje. Pech chciał, że w jego stragan wjechała młoda dziewczyna, która pomyliła pedał gazu z hamulcem. Zamiast utargu miał ogromną sałatkę owocową na asfalcie. Bywa, że i dzisiaj, kiedy tylko mosinianie przypomną sobie tę historyjkę, zawsze skręcają się i śmieją do rozpuku. Wtedy naprawdę się podłamał i zaczął poważnie myśleć o emigracji do Wielkiej Brytanii.
Kiedy po kilku dniach ponownie spotkał dziewczynę, która rozjechała mu stragan, już nie czuł złości. Była speszona i jeszcze raz próbowała przepraszać. Okazało się, że ma na imię Agnieszka i jest fryzjerką. Umówił się z nią. Poszli na deser z kremem i po kilku dniach spotkali się znowu, tym razem u niej. Była drobna i ładna, miała smukłe długie nogi i aksamitną skórę. Figurę osy, ciało bez wad, idealnie krągłe piersi ze sterczącymi przez pulowerek sutkami. Była młodsza i nie ulegało wątpliwości, że zna swoją wartość, jak każda zdrowa osiemnastoletnia dziewczyna. Zostali parą. Życie Feliksa nabrało rumieńców i otulił je powiew świeżości. Bez irytacji opuszczał zasłony miłosierdzia, wybaczając swojej dziewczynie niegroźne przyzwyczajenia, jak wysyłanie esemesów i sprawdzanie w telefonie poczty e-mailowej w sytuacjach najmniej odpowiednich. Wolał już to niż milczące kaszaloty ze swojego roku. Wyglądało na to, że Feliks także przypadł Agnieszce do gustu. Różnił się od chłopaków z jej środowiska.
Może nie był typem koszykarza, ale jego regularne rysy i sylwetka sportowca sprawiały, że był to chłopak odpowiedni, mogła pochwalić się nim przed koleżankami. Lubiła czochrać jego kędzierzawe włosy i szeptać mu do ucha "mój puszysty". Całować się z nim, kiedy wie, że nie zamyka niebieskich oczu. Wcześniejszych fatygantów mechaników z warsztatów samochodowych i pracowników hurtowni napojów bez trudu odstawił w cuglach. Nie przeszkadzało jej, że nie ma chwilowo pracy i czasem bierze pieniądze od matki. Był w końcu po studiach i znalezienie odpowiedniej posady było tylko kwestią czasu. Znajomość z Agnieszką wzmocniła w nim chęć znalezienia pracy i to już jakiejkolwiek. Musiał mieć własne pieniądze, żeby imponować kobiecie. Postanowił iść na całość i poszukać szczęścia w miejscu, gdzie o pracę zawsze najłatwiej, czyli na budowie. W kontakcie z największym developerem w okolicy Piotrem Cieślewiczem pomogła mu Gabrysia.
O Cieślewiczu wiedział tylko tyle, że buduje małe osiedla mieszkaniowe, a jego nazwisko pojawia się w mosińskich kronikach. W 1768 roku niejaki Andrzej Cieślewicz był burmistrzem Mosiny, a Jakub Cieślewicz, czeladnik szewski, walczył w powstaniu listopadowym i służył w regimencie poznańskim, a w 1831 roku dostał się do niewoli pod Brodnicą. Franciszek i Tomasz Cieślewiczowie w 1902 roku byli w komitecie założycielskim powołującym ochotniczą straż pożarną, a w 1907 roku Józef Cieślewicz był jednym z założycieli ludowego banku w Mosinie. Mając takie korzenie historyczne i zacnych przodków, Piotr Cieślewicz był w Mosinie osobą powszechnie szanowaną.
Dobrze ubrany pan koło czterdziestki, o przyjaznym spojrzeniu podał przez otwartą szybę samochodową karteczkę z telefonem do kierownika placu budowy i rzekł: "Zadzwoń tam, chłopcze, i umów się z tym panem. Wszystko ci powie". I dorzucił: "Powiedz matce, że w przyszłym tygodniu wyjeżdżamy na lodowiec Kitzsteinhorn do Kaprum i opieka nad naszym małym nieaktualna, niech odezwie się dopiero za dwa tygodnie". Nim podciągnął szybę do góry, wyciągnął na zewnątrz lewą dłoń na pożegnanie niczym cesarz do swego legionisty i wtedy Feliks dostrzegł na jego serdecznym palcu złoty sygnet z herbem rodowym. Samochód ruszył i dłoń musnęła policzek Feliksa, a wtedy, nie wiedzieć czemu, przyszła mu ochota, aby pocałować ten sygnet. Wyciągnął ku niemu swoje usta, ale nie zdążył. Developer widząc, co się święci, szybko cofnął rękę, zdziwienie zaś intencją młodego człowieka wyraził, robiąc durną minę i podciągając do końca szybę w aucie.
Na drugi dzień Feliks obudził się o piątej trzydzieści, żeby dojechać rowerem na siódmą. Było lato i na szczęście nie padało. Pedałując przez las, nie mógł uwierzyć, że to robi, pocieszając się, że to tylko na jakiś czas. Chłopcy z budowy od początku nie dawali mu spokoju. Był dla nich nikim, nie pakował, nie miał tatuaży, nie jeździł beemwicą, hondą civic ani nawet golfem trójką. Muskularne byczki o bezmyślnych twarzach wiejskich parobków od razu wołali na niego "student" albo "nowy". Bezsprzecznie uchodził za atrakcję sezonu. Ujeżdżali na im niemiłosiernie.
Zakładali się między sobą o to, czy "nowy" da radę, czy pęknie, gdy mocował się z wywożeniem gruzu, przesypywaniem żwiru czy noszeniem worków z cementem, dopingując widowisko okrzykami "jebaj, kurwa, jebaj, to kurwa nie salony".
Na fajrant, na frycowe mył betoniarkę, kielnie i rajberki reszty. Nowi koledzy przebrawszy się w dresy z paskami, szybko opuszczali plac budowy, uprzednio odpowiednio głośno przegazowując bryki. Zawsze łatwo rozpoznawalni, o stałych atrybutach, w gruchotach na niskopromieniowych oponach, ofoliowanych na czarno szybach i głośnych wydechach. Nigdy nie używali migaczy. Do tej pory zawsze pieklił się, widząc na drodze takich debili. Brał ich za jakąś sektę albo stowarzyszenie kmiotów. Dziwił się, że kiedy przemykają na pełnym gwizdku przez miasto, nigdy nie zatrzymuje ich policja, przynajmniej nigdy nie był świadkiem takiej sceny.
Wytrzymał tylko tydzień, albo aż tydzień, a potem kolejny tydzień bliski zapalenia płuc odchorowywał w łóżku. Na szczęście developer wypłacił mu należną tygodniówkę. Matka Gabrysia przynosiła mu rosołek i kurczaka z ryżem, a Feliks leżał wpatrzony w sufit, prawie nie odzywając się do niej. Któregoś dnia stanęła nad łóżkiem i powiedziała:
– Była tu Agnieszka, przyniosła ci wiśnie w czekoladzie, ale powiedziałam, że śpisz. Dobrze zrobiłam, synu? – spytała.
– Dobrze, mamo, dobrze – odpowiedział i przewrócił się na drugi bok. Innego dnia usłyszał szepty dochodzące z kuchni, a potem czyjaś ręka ostrożnie dotknęła jego ramienia. Podniósł głowę i zobaczył wuja Mietka.
– Cześć pracy – przywitał go miły głos, ale urwał nagle, zrozumiawszy, że to po ostatnich doświadczeniach nie bardzo fortunne powitanie.
– A, wujek, cześć, jak tam ryby?
– Ryby jak to ryby, raz biorą, raz nie biorą, trzeba tylko mieć cierpliwość – wuj usiadł na skraju łóżka i spytał: – Może coś ci poczytać?
Feliks zdawał sobie sprawę, że wuj robi to z potrzeby dobrego serca i nie chciał sprawić mu przykrości, choć najchętniej wolał sam zostać w pokoju. Odparł więc z zainteresowaniem:
– A może wuj coś mi opowie?
Mietek najwyraźniej się ożywił. Wstał z łóżka i przyciągnął do siebie krzesło, siadając na nim typowo, jak siadają mężczyźni, czyli ujmując oparcie między nogi i podpierając się o nie brodą. Wuj był krzepkim emerytem, zawsze pełnym energii. Na głowie z dumą nosił wielką oszronioną czuprynę, a okulary wkładał tylko do czytania. Odwiedzał swego bratanka przy różnych okazjach, pojawiając się nagle, zawsze niezapowiedziany. Z zawodu był stolarzem, z zamiłowania wędkarzem. Mieszkał w stylowym domku wybudowanym jeszcze przed wojną na granicy Mosiny i Krosinka. Niegdyś pracował w oddziale swarzędzkich fabryk mebli. Poza wędkarstwem interesował się historią Mosiny. Nagły upadek zakładu i masowe zwolnienia były ciosem nie tylko dla niego. Kiedy zbierało mu się na wspominki, najchętniej opowiadał o czasach Stefana Kałamajskiego. Była to jego ulubiona postać, właściciel słynnej onegdaj pralni chemicznej i farbiarni "Barwa", która w 1928 roku zatrudniała 300 osób, posiadała oddziały w Poznaniu, Gdyni, Gnieźnie, Inowrocławiu, Kaliszu, Lesznie, Mosinie, Ostrowie i Toruniu. W zakładzie były stołówka, świetlica, chór, orkiestra. Pracownicy Kałamajskiego mieli swój dom wczasowy w Puszczykowie i pensjonat we Władysławowie. Wujek Mietek wyraźnie żałował, że nie żył w tamtych czasach. Rozparłszy się wygodnie, zasępił chwilę, by pozbierać myśli, i zaczął opowieść. Feliks natomiast zamknął oczy i zaczął sobie wyobrażać, jak wyglądała dawniej Mosina, kiedy jedynym samochodem w mieście był automobil pana Kałamajskiego, którym zawoził do poznańskiej opery szykowne damy w długich sukniach, i zasnął.
Monitorowanie prasy lokalnej w postaci "Merkuriusza Mosińskiego", "Gazety Puszczykowsko-Mosińskiej", "Głosu" i "Echa Puszczykowa" weszło na stałe do rutynowych czynności dnia, toteż kiedy któregoś dnia trafił na ogłoszenie o pracy w sklepie obuwniczym w kompleksie Auchan w Komornikach, długo się nie zastanawiał, złożył podanie. Gładko poszło, dyplom polibudy wykosił konkurencję, bo właściciel szukał kogoś inteligentnego. Miało być kameralnie i przyjemnie i może by tak było, gdyby trafił do działu damskiego, ale jako nowicjusza skierowano go do działu męskiego. Zajęcie okazało się równie wciągające jak czyszczenie narządzi na budowie i upokarzające jak mycie kibli w publicznym szalecie. Praca była nierówna, w tygodniu nudził się i szef kazał mu sprzątać w magazynie, myć podłogi, zmieniać dekoracje wystawy. W czasie weekendu pracował za tę samą stawkę 12 godzin i nie miał czasu napić się herbaty. Zachowując miły i sympatyczny wyraz twarzy, przymierzał facetom na śmierdzące skarpetki od kilkudziesięciu do kilkuset par butów dziennie.
Sam nie wiedział, co było bardziej upokarzające – mycie betoniarek i wysłuchiwanie wyzwisk czy klękanie na posadzce przed facetami z wyrazem american face na twarzy. Wzbudzało to, jakby na to nie patrzeć, dwuznaczne skojarzenia.
W końcu znowu poddał się i zrezygnował.
Pewnego razu, a było to gdzieś w drugiej połowie września 2002 roku, czekając na podmiejski autobus na przystanku, poczuł ogromną potrzebę pójścia na stronę. Obszedłszy wiatrołap, stanął plecami do jezdni w krzakach i rozpiąwszy rozporek, jął opróżniać nabrzmiały pęcherz. W tym czasie do wiaty weszły dwie kobiety, jedna starsza, druga młodsza. Ta starsza ciągnęła ze sobą wielki pakunek przewiązany sznurkiem, druga, młodsza miała na sobie plecak i chyba wracała ze szkoły.
Ta z pakunkiem musiała dobrze znać tę młodszą, bo opowiadała jej – podobno w tajemnicy – o jakieś strasznej aferze. Mówiła głośno bez żadnej krępacji, bo myślała, że są na przystanku same. Jej słowa bez trudu docierały do uszu Feliksa przez powybijane szyby, który dodatkowo, aby nie uronić choć sylaby i nie zostać zdemaskowanym, wstrzymał – nie bez trudu – czynność podlewania przydrożnych chwastów.
Afera miała zdarzyć się w mosińskiej hurtowni budowlanej. Podobno jedna z pracownic hurtowni – mówiła ta z pakunkiem ze sznurkiem – zdefraudowała ogromną sumę pieniędzy. Właściciel hurtowni to człek dobry i podobno miał powiedzieć, że jeśli ta defra defra – "defraudantka", poprawiła ją młodsza, widać znacznie bystrzejsza – "no właśnie", ucieszyła się starsza, no ta, co ukradła, czyli że jak ona sama odejdzie i odda pieniądze, to on nie zgłosi tego na policję.
Z dalszej relacji wynikało, że kobieta z pakunkiem namawiała tę z plecakiem, żeby na drugi dzień sama poszła do tej hurtowni i spytała, bo może by jakąś robotę dla siebie w niej dostała.
Tamta raczej nie była zainteresowana, bo mówiła coś o szkole i że nie ma czasu, ale spyta swoją koleżankę.
Feliks pomyślał, że chyba wie, o jaką hurtownię chodzi, i że to może być okazja, jaka się już nie zdarzy.
Kiedy nadjechał autobus, a on wyszedł zza wiaty z pochlapanymi spodniami, kobiety spojrzały na niego najpierw z wyraźnym obrzydzeniem, a potem politowaniem, biorąc go za drobnego pijaczka, który golnął sobie za dużo piwek przed powrotem do domu.
Rozmyślając jeszcze o tym, co właśnie usłyszał, wysiadł dwa przystanki wcześniej przed domem, aby osobiście sprawdzić, o co chodzi z tą aferą.
Wszedł do ogromnej hali i rozejrzał się dookoła. Było cicho i pusto, tylko gdzieś w odległym zakątku dzwonił telefon, którego nikt nie odbierał. Umilkł. Feliks poszedł w tę stronę, mijając wysokie regały gwoździ, śrubek, kołków i farb. Na przeciwległej ścianie hali przy biurku siedział mężczyzna, przeglądając stertę faktur.
– Pan w jakiej sprawie? – spytał, podnosząc wzrok na Feliksa.
– W sprawie pracy, proszę pana.
– To chyba nie jest odpowiedni moment, proszę zadzwonić za jakiś czas.
– Dowiedziałem się – nie dawał za wygraną Feliks – że potrzebny jest panu ktoś od zaraz. Więc jestem. Od razu przepraszam za wygląd, jakiś zwariowany rowerzysta wjechał w kałużę i pochlapał mi spodnie, pan wybaczy.
Mężczyzna dopiero teraz wyraźniej przyjrzał się swemu gościowi i dojrzał plamę, uśmiechnął się pod nosem.
– A skąd pan ma takie wiadomości? – spytał łagodniej. Widok pomoczonego Feliksa najwyraźniej rozładował napięcie, niemal ubawił.
– Słyszałem.
– Od kogo?
– Od pewnej pani.
– I pewno nie powie mi pan, od której?
– No, raczej nie.
Mężczyzna fuknął nosem, jakby chciał go odetkać.
– Panie, ta pani chyba zamieściła w prasie swoje rewelacje, bo nie ma godziny, żeby ktoś tu nie dzwonił albo nie nachodził mnie, tak jak pan teraz.
– Przepraszam pana – odrzekł Feliks – nie miałem zamiaru być dla pana niemiły, a już tym bardziej robić coś wbrew panu. Po prostu, powiem jak było. Usłyszałem rozmowę w autobusie – skłamał – i nie zastanawiając się, jestem.
Nagła spolegliwość i szczerość, jaka emanowała ze słów intruza, jeszcze bardziej zmiękczyła człowieka zza biurka. Zerkał też czasem na plamę, która nadal wydawała mu się śmieszna.
– W sumie, rzeczywiście – odpowiedział, spuszczając z tonu – nie wiem, za co zabrać się najpierw. Dobra, przyjdź pan za godzinę, pogadamy.
Po godzinie pan, który okazał się właścicielem hurtowni, był już całkiem opanowany.
Nazywał się Tomasz Oses. Zaparzył kawy i postawił słone paluszki w kubku, co pewno, jak na standardy hurtowni budowlanej, było wystawnym przyjęciem.
Najpierw poprosił, żeby Feliks opowiedział kilka słów o sobie, to znaczy, kiedy się urodził, jakie szkoły skończył, gdzie mieszka, a potem bardziej szczegółowo, o kierunek na polibudzie, przedmioty, jakie lubił i co najchętniej robi w wolnym czasie.
Na koniec rozmowy poprosił, aby Feliks przyniósł na drugi dzień swoje papiery i napisał życiorys. Pożegnali się i Feliks pomyślał sobie, że fajnie by było, gdyby mógł tu pracować. Tak też się stało.
Praca nie była ciężka, polegała na składaniu zamówień do producentów, wypisywaniu faktur, wydawaniu towaru i pomocy w załadunku towaru na ciężarówki wózkiem widłowym. Bum branży budowlanej na początku nowego stulecia sprzyjał rozwojowi firmy. Feliks po raz pierwszy w życiu był zadowolony z pracy, zamienił życiową szarpaninę na codzienną regularność. Matka i Agnieszka były wniebowzięte.
Do pracy nadal jeździł rowerem. Oszczędzał. Teraz stać go było na dużo więcej. Wychodzili z Agnieszką częściej i już nie musiał pożyczać pieniędzy od matki. Lubili wyjeżdżać do Poznania na basen przy Chwiałkowskiego, a potem trochę pospinningować w Nautilusie. Kiedy starczało jeszcze sił, szli do Kinepolis. Agnieszka uwielbiała serowe nachos, więc kupował jej po dwie porcje z dużą colą. Gdy wracali o 22 do domu, a matka już spała, byli tylko dla siebie.
3
W tym miejscu opowieści należy wspomnieć o pewnym zdarzeniu, które miało miejsce dwanaście lat wcześniej. Wtedy wyglądało to na błahostkę, dziecięcą przygodę. Dopiero po jakimś czasie nabrawszy wagi, sprawiło, że Feliks Martyniuk mógł mieć uzasadnione podejrzenia, że nie jest zwykłym dzieckiem.
Nie mam tu na myśli – ma się rozumieć – jakiegoś traumatycznego porwania przez kosmitów ani telepatycznego wniknięcia w głąb jakiekolwiek umysłu, przesunięcia przedmiotu siłą woli ani przewidzenia przyszłości, nic podobnego.
Kiedy cofniemy się do wieczornego dnia lata 1990 roku, ujrzymy Feliksa tańczącego na zabawie w szkole podstawowej nr 2 w Mosinie. Ten taniec – dodam, że był to tylko jeden taniec – stał się pretekstem do zwady z chłopakami ze starszej klasy.
Mieli oni za złe, że ktoś nie z ich klasy ośmiela się zatańczyć z dziewczyną z ich klasy.
Dokładniej chodziło o Marysię z VII c, cudne dziewczę o ładnej buzi i rudych warkoczach. Kiedy fakt niefrasobliwego tańca wyszedł na jaw, jeden z kolegów z klasy Feliksa, Leszek Korzeń, przekupiony obietnicą paczki fajek, wyciągnął go podstępem na podwórze. Nic nieprzeczuwający Feliks wyszedł, sprzedajny kolega zniknął, a wokół niego zebrali się koledzy Marysi, żądni zemsty drągale. Mieli kije. Szybko ogarnął, że ma zerowe szanse. Nie wyglądali na partnerów do negocjacji, przyszli tu, bo nikt spoza ich paczki nie miał prawa zadawać się z ich dziewczynami i obrazę załatwiają w prosty sposób: dają wpierdol. Feliks nie należał do tchórzy, położył pierwszego z brzegu, baranem waląc go z całych sił głową w brzuch. Skoczył w powstałą dzięki temu manewrowi dziurę w kordonie i pobiegł na oślep. Krzyczeli, że go zajebią i wyprują mu flaki. Strach dodawał mu sił. Ich głosy były coraz bliżej i wydawało mu się, że czuje ich oddechy. Z czasem, w miarę wydłużania się przebiegniętego odcinka, oddechy ucichły, potem ich kroki stały się coraz cięższe i wolniejsze, aż ucichły całkiem i słyszał tylko swoje sapanie. Kiedy przechodził obok opuszczonego gospodarstwa państwa Olechów, przypomniał sobie, że przy ganku jest stara studnia, dobre miejsce na schronienie, gdzie mógłby przeczekać pościg. Przeszedł przez dziurę w płocie, zdjął drabinę podwieszoną na stodole i wlazł do środka. Znalazłszy się na dnie, od razu tego żałował i uznał, że to był jeden z jego najgorszych pomysłów. Studnia wszakże była wyschnięta, ale wewnątrz było okrutnie zimno, wilgotno i ciemno. Momentalnie coś go oblazło. Kiedy uznał, że czas wracać, poczuł, jak ktoś wyciąga drabinę w górę. Uczepił się jej kurczowo, ale czyjeś ręce wprawiły ją w kołysanie, a on jął obijać głową o kamienne ściany studni. Zabolało, puścił ją i upadł. Kiedy się ocknął, zrozumiał, że to nie sen i nadal jest w studni. W pierwszym odruchu spojrzał w górę w stronę otworu. Ale okrąg, który miał nadzieję tam znaleźć, nie istniał. Spowijała go najstraszliwsza czerń. Wyciągnąwszy ręce przed siebie, poczuł wilgotne kamienie. Podniósł się i dopiero teraz poczuł, że w butach chlupie mu woda. Oparł się plecami o kamienie i pomyślał, że na pewno dostanie zapalenia nerek.
Wiedział, że może tylko czekać. Ale na co? Chyba na świt, który powinien rozłożyć nad nim szarość nadziei. I co z tego, skoro nikt tu już od dawna nie zagląda. Wołanie, płonne nadzieje – gospodarstwo jest opuszczone i doszczętnie ograbione ze wszystkiego, aż dziw bierze, że ostała się drabina. Może gdyby złodziej jej nie przeoczył, sprawy potoczyłyby się inaczej, a wtedy... walczyłby, bił się do upadłego, naparzał pięściami i kopał na oślep, aż poczułby smak krwi. Może byłoby to lepsze od aktualnego położenia? Przypuszczenia pozwalały zająć czymś myśli. Upływał czas. Choć to także tylko przypuszczenie. Może powinien pomyśleć, że w jego położeniu czas upływał prawdopodobnie. Martin Heidegger utrzymywał, że czas "trwa jedynie jako następstwo mających w nim zdarzeń". Położenie Feliksa mogło zatem skłaniać do przypuszczenia, że w tej sytuacji może nawet się cofa. Myśli to jedyna rzecz, na którą miał teraz wpływ. Bawił się nimi dalej, spekulował. Nacisnął przycisk przewijania zapisu ostatnich wydarzeń do tyłu. Gdyby wiedział, że tak się skończy niewinny taniec i pocałunek, nie poszedłby na zabawę, albo by poszedł i trzymał się z daleka od dziewczyny ze starszej klasy, albo nie trzymał, tańczył z nią, ale nie dał się wywlec podstępem przez kolegę Korzenia. Kiedy doszedł do dna rozważań, siedząc na dnie studni, pojął, że to może być koniec jego marnego i krótkiego życia. Wody na dnie jakby trochę przybyło, podkulił kolana. Niczego nie pragnął bardziej na świecie niż promienia światła. "Światło jest życiem i życie światłem" – myślał – "o ile nie przerwie go jakiś beznadziejny przypadek". Schował twarz w dłonie i nagle poczuł, jakby siła ciążenia przestała nań oddziaływać. Powstał i wtedy świat podziemny rozokolił się przed nim bez granic i z czarnej czeluści dotarł do punktu rozjaśnienia. Ujrzał Słońce przesłonięte delikatnym cirrusem o jedwabistym połysku. Poczuł zapach dzikiej róży, irysa syberyjskiego i kocimiętki, dojrzałych owoców śliwy, wiśni i papierówki. Letni, ciepły wietrzyk zamotał się wokół twarzy. Wyrwawszy się z dybów przestrzeni, znalazł się w bajecznym ogrodzie wyrosłym jak za sprawą magicznej różdżki. Był zaskoczony nagłą zmianą, poczuł się jak ktoś, kto dowiaduje się o wielkim zaszczycie, którego się nie spodziewa. Zaskoczenie przerodziło się w onieśmielenie. Nie do końca wiedział, czy skorzystać z zaproszenia, czy pozostać w dziurze. Jedno, co wiedział, to że ogród musi być czyimś dziełem. "Człowieka czy magii?" – zastanawiał się. Na dzieło człowieka wskazywały wbite z ziemię pod każdym drzewem i krzewem drewniane tabliczki z nazwami po łacinie. Litery na tabliczkach nie były drukowane, tylko wycięte ze starych gazet i połączone ze sobą klejem, jak robi się anonimy. Idąc w głąb ogrodu, czytał nazwy krzewów: perukowiec podolski (Cotinus coggygria), szczodrzeniec położny (Cysticus decumbens), złotlin japoński (Kerria japonica), lilak pospolity, bez (Syringa vulganis); iglaków: sosny pospolitej (Pinus sylvestris), sosny czarnej (Pinus nigra), sosny górskiej, kosówki (Pinus mugo) i sosny ościstej (Pinus aristata).
Między drzewami dostrzegł staw, w którym między grążelem żółtym i grzebieniem białym pławiły się karasie i płotki. Kiedy usiłował wstać, by pobiec i przekonać się, czy to wszystko dzieje się naprawdę, wyrwał twarz z dłoni i znowu zapanowała mroczna ciemność. Poczuł ból obitych o kamienne ściany łokci i kolan. Z powrotem znalazł się na dnie studni. A niech to dunder świśnie – wkurzył się. "Skoro wróciłem do punktu wyjścia" – myślał – "to napisy na tabliczkach, jak i same tabliczki wcale nie są dziełem człowieka, tylko magii". Ponownie zrobił jak poprzednio, kucnął i schował twarz w dłonie. Tym razem postanowił przemierzyć ogród, aby znaleźć wyjście. Zrobił kilka kroków do przodu. Kiedy karasie i płocie zobaczyły jego cień, ukryły się pod kamieniem. Obszedł staw i poszedł w kierunku innych iglaków, czytał: świerk pospolity (Picea abies), świerk srebrny (Picea pungeus), jodła koreańska (Abies koreana), jodła kalifornijska (Abies concolor) i jałowiec skalny (Juniperus scopulorum). Były już duże, musiały mieć tyle lat co on. Schylał się i kluczył między gałęziami, aby go nie zadrapały. W czasie takiego manewru potknął się, stracił równowagę i twarz wypadła mu z dłoni. Wrócił do studni. Wtedy zrozumiał, że aby znaleźć wyjście, może nie trzeba drabiny, może wystarczy tylko wyobraźnia. Albert Einstein uważał, że "wyobraźnia ma większą moc od wiedzy", a Napoleon, że "wyobraźnia rządzi światem". Czyżby i oni znaleźli się kiedyś w studni? – snuł wizje.
Za każdym kolejnym razem, kiedy chował twarz w dłonie, wypuszczał się coraz dalej w pozazmysłową podróż w nadziei, że dojdzie kiedyś do końca ogrodu, na którym będzie stał płot albo mur, a za nim będzie...? No właśnie, co może być za ogrodem? Ulica? Może inny ogród? A może ten ogród nie ma końca? Nie poznał, co jest dalej. Poczuł bolesne szturchnięcie w ramiona.
– Feliks? – usłyszał znajomy głos. – Trzymasz drabinę? To ja, Leszek, Leszek Korzeń. Wyłaź, szybko, bo jak chłopaki dowiedzą się, że ci ją spuściłem, to samego mnie tu wrzucą.
Nie zastanowiwszy się sekundy dłużej, w okamgnieniu porzucając wizje o bajecznym ogrodzie, za pomocą kilku chwytów szczebli znalazł się na górze u wylotu studni.
– Chodź, Feliks – ponaglał Korzeń. – Uciekajmy stąd, bo wrócą. Podsłuchałem na imprezie, jak się śmiali, że załatwili jakiegoś gamonia i jednego jełopa będzie mniej. Od razu domyśliłem się, że mówią o tobie. Było mi głupio, bo to przeze mnie. Nie wiedziałem, co chcą ci zrobić. Powiedzieli, że jak cię zdołam wyciągnąć, to kupią mi fajki, ale nie kupili, tylko się śmiali.
– To dlatego wróciłeś – odezwał się Feliks. – Nie z sympatii, tylko żeby się na nich zemścić. Ale... nieważne, tak czy siak, dzięki. I zapamiętaj, nie ufaj kolesiom ze starszych klas. Młodszaki zawsze będą dla nich tylko mięsem armatnim – powiedział tonem mentora, choć Korzeń mógł być od niego kilka miesięcy starszy.
Od tego wydarzenia coś – w sensie dosłownym – w nim się zmieniło. Niedługo potem zobaczył "ich" po raz pierwszy. Ci "oni" wyglądali jak normalni ludzie, tylko zachowywali się zupełnie inaczej. Elegancki mężczyzna, który zwrócił jego uwagę, stał jakby nigdy nic na ulicy Głogowskiej w Poznaniu. W pewnym momencie ni stąd, ni zowąd jął migotać i skakać z miejsca na miejsce. Co do tego Feliks nie miał wątpliwości. Facet poruszał się, jakby zamiast mięśni miał napęd odrzutowy. W pierwszym odruchu pomyślał, że ma halucynacje albo dostał porażenia słonecznego. Fakt, tego dnia paliło słońce i był infernalny upał. Jeszcze nie skojarzył, że to, co zobaczył, może mieć jakiś związek z przygodą w studni.
Szedł wtedy razem z matką Gabrysią po ulicy Głogowskiej w Poznaniu.
– Mama widzi? – spytał.
– Niby co? – odpowiedziała.
– No, tego faceta.
– No widzę, i co?
– Nic, śmieszny jakiś taki.
– Dlaczego?
– No bo... – wtedy dotarło do niego, że mama wcale nie musi widzieć tego co on – ...jakoś tak śmiesznie chodzi, jakby skakał – skłamał.
– Nie naśmiewaj się z ludzi, to nieładnie – strofowała go.
Elegancki mężczyzna wszedł do jakiegoś budynku i zniknął. Ale zaraz potem pojawił się znowu i to w tym samym miejscu. Najpierw znajdował się blisko, jakieś trzydzieści metrów od nich, a chwilę później dystans dzielący matkę i Feliksa podwoił. Ów przeskok polegał na tym, że pojawił się dwa razy w tym samym miejscu, jakby przeskoczył te kilkadziesiąt metrów bez konieczności chodzenia.
Tak wyglądał pierwszy raz, można rzec, to był debiut, inicjacja widziadlana. Później widywał takich ludzi dość regularnie, zwykle gdy wyjeżdżał z matką do miasta. Byli to zarówno mężczyźni, jak i kobiety, zazwyczaj młodzi, dobrze ubrani, schludni. Przemierzali ulice jak inni i zdawało mu się, że wyraźnie na coś czekają, a w tym ich czekaniu jest jakiś ukryty sens.
A potem tracił ich z oczu, po czym znowu widział, w tych samych miejscach, kiedy robili to samo. Myślał, że skoro on ich widzi, to też oni powinni dostrzegać jego. Przechodził więc obok nich... i nic. Był dla nich zwykłym nieznajomym.
Wykluczył halucynacje i porażenie słoneczne i wtedy skojarzył, że porobiło mu się tak z powodu długotrwałego przebywania w egipskich ciemnościach, wtedy, w studni. Sądząc, że ma uszkodzony wzrok, poszedł do szkolnej okulistki. Nic nie stwierdziła.
– Masz doskonałe oczy, chłopcze, i takie piękne – powiedziała z zachwytem. – Ach, ta młodość, sama chciałabym mieć taki wzrok.
"Skoro wada została wykluczona", zastanawiał się dalej, "czy to możliwe, abym tylko ja dostrzegał tajemnicze postaci?" Postanowił przeprowadzić kilka testów i doszedł do wniosku, że chyba tak. Parokrotnie śledził je (lub ich) i uznał, że nikt poza nim nie ogląda się za nimi. Postanowił, że sprawę musi utrzymać w ścisłej tajemnicy, a już na pewno nie może powiedzieć o tym matce. Jeszcze wygadałaby na mitingu Mosińskiej Grupy Wsparcia Kobiet. To by dopiero narobiła bigosu. Cała Mosina huczałaby, że jest nienormalny. Jeszcze by pomyśleli, że widzi teleportowanych obcych, którym szwankuje aparatura. Chociaż, jeśli by nimi byli naprawdę, to wyglądali na niegroźnych. Brał też pod uwagę możliwość, że inni ludzie też widzą przeskakujące postaci, ale nie dają po sobie poznać, że widzą. "Możliwe jest też" – myślał – "że wszyscy je dostrzegają, a tylko ja nie udaję, że ich nie widzę. Może każdy człowiek rodzi się wyposażony w umiejętność ich postrzegania, ale wraz z wiekiem zdolności te zostają wyciszone? Coś jakby bomba zegarowa, z tym że nikt nie wie, na jaką godzinę jest nastawiona?"
Jak na kilkunastoletniego chłopca swoją umiejętność czy zdolność traktował chłodno, z dystansem, jak chwilową aberrację fizjologiczną. Postanowił jednak podsumować fakty i sformułować wnioski. Po pierwsze, zaczął widzieć tajemnicze świecące postaci od czasu pobytu w studni. Po drugie, tylko on je widział. Inni jeśli je widzieli, to udawali, że ich nie widzą. Po trzecie, "oni" zupełnie nie zwracali na niego uwagi. Po czwarte, jego odmienność w niczym mu nie przeszkadzała w byciu dobrym uczniem. Po piąte, przysiągł sobie, że postara się wyjaśnić, dlaczego tak się dzieje. Po szóste, to wszystko przez te baby i drabinę – wysnuł konkluzję, śmiejąc się do siebie w duchu z jej niedorzeczności.
Kiedy przeszedł do liceum, miał więcej nauki, przez co mniej jeździł do Poznania, a co za tym szło, przestał widywać tajemnicze postaci. Na swój własny użytek nazwał je widziadłami. Potem widywał je bardzo rzadko. Ponowne nasilenie spotkań nastąpiło po dziesięciu latach, kiedy pracował w kompleksie Auchan. Jeździł tam codziennie i prawie codziennie miał z nimi do czynienia na parkingach, z tym że teraz był już innym człowiekiem. Nie robiły na nim takiego wrażenia jak kiedyś. Absolwenta politechniki interesowały sprawy konkretne, namacalne, dające się zmierzyć, zważyć i policzyć. Ugruntowując przez pięć lat studiów dystans do spraw niewyjaśnionych, wyrobił sobie pogląd, że zdolność postrzegania widziadeł może nie być do końca wytłumaczalna przez współczesną wiedzę i naukę. Jego umysł, przyzwyczajony do rozwiązań wynikających z matematycznych równań, akceptował – nie bez skrywanej niechęci – że może być to sprawa wykraczająca poza granice ludzkiego poznania i dlatego jemu – jako praktykowi – wypada ją a priori odrzucić.