I. Pierwsze godziny wakacji
Było wczesne popołudnie ostatniego dnia roku szkolnego. Siedziałem na ławie w naszym jabłonkowym sadzie, za stołem, który ustawiono tam na stałe, by w dni lata móc spożywać podwieczorki w otoczeniu drzew i pośród świergotu ptactwa. Czytałem książkę "Łowcy wilków" Jamesa Curwooda. Otrzymałem ją przed kilkoma zaledwie godzinami z rąk samego księdza prefekta, jako nagrodę za bardzo dobre wyniki w nauce i wzorowe zachowanie. Jak co roku, po porannej mszy świętej odbyła się w naszej szkole akademia patriotyczna, a zaraz po akademii wręczone zostały świadectwa i nagrody. Wręczając należną mi nagrodę ksiądz prefekt powiedział: "- Oby ci ta książeczka posłużyła ku dobremu!" Wiedział, że uwielbiam czytać; żywił jedynie wątpliwości, czy dobieram "budujące treści".
Zaznajomiwszy rodziców z otrzymanym świadectwem, natychmiast poszedłem z książką do sadu.
Było tu cicho i przyjemnie. Korona jabłonki wznosiła się nade mną niczym parasol i rzucała cień - na mnie, na stół i na książkę. Nieliczne promienie słońca, które zdołały przedrzeć się przez listowie, przystroiły ten cień drżącymi migotliwymi cętkami. Te żółte słoneczne plamki zdawały się tańczyć na kartach czytanej książki, jakby były gromadką świętojańskich robaczków. Ale byłem zbyt zaczytany, by miało mnie to rozpraszać.
Nie wiem doprawdy ile czasu minęło od chwili, kiedy przeczytałem pierwsze zdanie. Nie musiałem kłopotać się o czas: teraz już były wakacje, a na obiad i tak zostałbym zawołany.
I oto już rozpoczynałem rozdział trzeci, w którym mój rówieśnik Rod, kandydat na myśliwego (tak jak i ja), siedzi obok przyjaciela w łodzi z brzozowej kory i obaj unoszeni są po falach rzeki płynącej pośród dziewiczego krajobrazu bagnistej puszczy.
W tym miejscu odłożyłem książkę i odchyliłem się w tył, aż poczułem na plecach oparcie ławy, a pod głową chropawy pień jabłonki. Mój wzrok spoczął na koronie drzewa. A choć plątanina gałęzi, obfitość liści i zawiązków owoców miały w sobie coś z nieprzebranych gąszczów kanadyjskiej puszczy, to przecież wiedziałem, że wystarczy spojrzeć w bok, a złudzenie pryśnie. Pobielane wapnem pnie jabłonek w niczym nie przypominały odwiecznych drzew, a ledwie widoczna pomiędzy jabłonkami tylna ściana naszego dworku (ta z werandą), z pewnością nie należała do chaty kanadyjskiego trapera.
Westchnąłem.
A przecież znałem takie dziewicze krajobrazy. Żyłem wśród nich podczas minionych wakacji, przed rokiem, przed dwoma laty i przed trzema. Bowiem wujek Poldek mieszkał wtedy w Puszczy. Nie w kanadyjskiej, lecz w naszej, swojskiej, polskiej puszczy. A puszcza jest zawsze puszczą, czy tu, czy gdzie indziej.
- Ach, kiedyż nadejdzie zaproszenie od wujka? - zapytałem głośno sam siebie. - I czyż w ogóle zostanę w tym roku zaproszony?
Zaproszenie od wujka Poldka przychodziło bowiem jak dotąd dokładnie w ostatnim dniu roku szkolnego. Widocznie chciał wujek trzymać mnie w niepewności do ostatka. I to mu się - muszę przyznać - udawało. Tak było przez trzy kolejne minione lata: zaproszenia przychodziły pocztą, punktualnie co do dnia. Zawsze też zawierały datę, pod którą wujek miał mnie wyczekiwać na skraju Puszczy, a nawet dokładną godzinę spotkania. "Więc, broń Boże, nie spóźnij się" - ostrzegał wujek na zakończenie.
Pamiętam, że po otrzymaniu zaproszenia niezwłocznie rozpoczynałem pakowanie plecaka. A w oznaczonym dniu lokaj Antoni, który był zarazem szoferem naszego Fiata 508, zawoził mnie na sam skraj Puszczy. Wujek Poldek czekał tam już na mnie, a wraz z nim czekały dwa wierzchowce: brązowy (Kasztanka) i biały (Siwek). Witaliśmy się serdecznie i wylewnie, a potem wujek odprawiał Antoniego, sadzał mnie na Siwka i sam sadowił się na Kasztance. Bez koni byłoby nam ciężko. Mieliśmy bowiem do pokonania około siedmiu kilometrów.
Cóż to była za straceńcza szarża! Jak gdyby ułani pędzili na wroga!
Cwałowaliśmy i galopowali ciemną puszczańską ścieżyną, nierówną, wyboistą, najeżoną ostrymi kamieniami i wystającymi korzeniami. Pęd powietrza świstał w uszach, zapierał dech. Wujek gnał przodem. Na zakrętach ścieżki zad Kasztanki znikał mi sprzed oczu, a wtedy ponaglałem Siwka do szybszego biegu i znów miałem Kasztankę w zasięgu wzroku.
Kiedy przewrócone przez wiatr pnie tarasowały drogę, o przeszkodzie uprzedzał mnie wujkowy okrzyk:
- Hop, Kasztanka! Hop!
Widziałem jak zad Kasztanki wznosi się w podskoku i opada za przeszkodą. Wówczas i ja pochylałem się w siodle i krzyczałem ile sił w płucach do Siwkowego ucha:
- Hop, Siwek! Hop!
I braliśmy przeszkodę lekko i zgrabnie.
Ścieżyna kończyła się na polanie, gdzie stała wujkowa Samotnia.
Samotnia była na poły zruinowanym pałacykiem myśliwskim należącym uprzednio do hrabiego W. Nie nazywała się jeszcze wtedy Samotnią (dopiero wujek ją tak nazwał) i nie od razu była zruinowana. Kiedy jednak to nastąpiło (podczas działań wojennych w roku 1915), hrabia W. wolał ruinę sprzedać niż odbudowywać.
A że cena była dosyć niska, wujek Poldek niezwłocznie sprzedał swój folwark pod Drohobyczem i wkrótce potem stał się właścicielem Samotni. Z pomocą chłopów z najbliższej wsi zdołał odbudować południowe skrzydło i wieżyczkę, a później jeszcze zabudowania stajni. Mieszkał tam początkowo ze starym wiernym sługą Józefem, który jednak niedługo po wprowadzeniu się umarł na ślepą kiszkę. Odbudowana część pałacyku była wystarczająco pojemna, by pomieścić nie tylko dwie osoby, ale nawet dziesięć innych, więc moja obecność nie ograniczała wujkowi przestrzeni.
Mój pokoik znajdował się na pięterku. Miałem tam łóżko, stół, krzesło, szafkę nocną i stoliczek z miednicą. Podłoga wyścielona była skórą wilka, a skóra niedźwiedzia zwisała luźno ze ściany, pod którą stało łóżko. Były tam też ogromne poroża jeleni i wypchane ptaki trzymające się kołków wystających ze ścian. Miałem wrażenie, iż przebywam w leśniczówce.
Długi korytarz parteru przegrodzony był w połowie ścianą z desek rozdzielającą część odbudowaną od zruinowanej. Po lewej stronie znajdował się pokój wujka, dalej preparatornia (czyli pracownia) pełna wypchanych już zwierząt, i jeszcze trzy pokoje gościnne, a po stronie prawej wielka komnata biesiadna.
Pokoje gościnne potrzebne były zwłaszcza w sierpniu, kiedy to wujek był gospodarzem wielkich łowów zaszczycanych obecnością samego hrabiego W., poprzedniego właściciela pałacyku. Miałem wtedy pełne ręce roboty, bo musiałem godnie zastąpić starego, wiernego sługę Józefa, który jak już wspomniałem umarł na ślepą kiszkę. Żeby mnie jednak goście nie wzięli za służącego, wujek przedstawiał mnie każdemu z osobna.
- To mój bratanek.
A wówczas taki na przykład hrabia W. wyciągał rękę i mówił:
- Hrabia W. Bardzo mi przyjemnie.
Potrząsałem hrabiowską ręką i szurając szarmancko obcasami odpowiadałem z godnością:
- A ja jestem Stefek. I mnie również jest bardzo przyjemnie.
Ale te wielkie Łowy odbywały się tylko raz w czasie całych wakacji i nie trwały dłużej niż trzy dni. Na co dzień "urzędowaliśmy sobie" z wujkiem sami. Czasem tylko zaglądnął do nas jakiś zagubiony myśliwy; no i raz na tydzień - piaszczystą drogą od północy - zajeżdżała furmanka z prowiantem. Towarzyszyłem wujkowi w jego wyprawach myśliwskich i uczyłem się odczytywania tropów. Upolowana zwierzyna trafiała do wujkowej preparatorni i tam - pod wprawną wujkową ręką - zamieniała się w cudowne eksponaty przyrodnicze, o które zabiegało kilka uniwersytetów. Tak więc w gruncie rzeczy pracowaliśmy na niwie naukowej. W czasie naszych myśliwskich wędrówek opowiadał wujek o obyczajach zwierząt, o ich instynktownych zachowaniach i sprycie; pokazywał mi wydeptane ścieżki do wodopojów i miejsca, gdzie zwierzyna zlizuje sól.
Zwykle polował wujek na drobniejszą zwierzynę, a najchętniej na ptactwo, od którego roiło się w koronach puszczańskich drzew i w sitowiu porastającym bagniste brzegi Strugi.
Jakże lubiłem wspominać tamte chwile! Karmiłem nimi swą wyobraźnię przez dziesięć długich miesięcy roku szkolnego i niecierpliwiłem się, póki nie zamieniły się w wakacyjną rzeczywistość.
Czyżby w tym roku miało być inaczej?
- Kiedyż nadejdzie to zaproszenie? - powtórzyłem z westchnieniem. - I czyż w ogóle nadejdzie?
Moja obawa była w pełni uzasadniona. Obecnie nie wynikała jednak z samego tylko braku ufności. To czego się obawiałem (tzn. iż zaproszenie nie nadejdzie) było całkiem prawdopodobne...
Otóż zdarzyło się, że zimą zapragnął wujek odwiedzić swe rodzinne strony, a że droga wiodła przez Lwów, stałym swym obyczajem wstąpił przy okazji do Muzeum Dzieduszyckich. Bywał tam w przeszłości wielokrotnie, za każdym razem znajdując coś nowego, szczególnego. Tym razem zachwycił go wypchany okaz puszczyka mszarnego (po łacinie Strix nebulosa), którego w Puszczy nie zdarzyło mu się widzieć ni razu. Uznał więc, że pora zmienić tereny łowieckie. Przejrzał oferty sprzedaży nieruchomości i dowiedział się, iż magistrat miasta powiatowego S. pilnie sprzeda budynek byłej Stacji Entomologicznej w Puszczykowym Mszarze.
Puszczykowy Mszar! - niemożliwe wręcz, by nie było tam puszczyka mszarnego!
Samotnia została wydzierżawiona oddziałowi Polskiego Związku Łowieckiego (na pięć lat), a meble i trofea myśliwskie zakupił prezes, któremu Zarząd Oddziału powierzył opiekę nad dobytkiem. Kasztankę i Siwka wzięła na roczne przechowanie warszawska ujeżdżalnia. Za uzyskane z tych transakcji pieniądze nabył wujek na własność dom na Puszczykowym Mszarze (w ciemno, przez pośrednika, nie widząc nawet tej nieruchomości, byle szybciej, bo jeszcze by go kto uprzedził). Magistrat miasta powiatowego S. nie żądał zresztą wiele, więc sporo pieniędzy zdołał wujek zaoszczędzić. Podobno poprzedni lokator wyjechał za granicę, wypowiadając umowę najmu; a że magistrat nie przewidział w swym budżecie środków na utrzymanie pustego domu, istniała obawa, iż po siarczystej zimie, po roztopach wiosny i w wilgotnym klimacie bagiennej okolicy drewniany dom spaczy się i zmurszeje - i trudno go będzie potem wyremontować. Dlatego zdecydowano się na pośpieszną sprzedaż i niską cenę.
Gdy śniegi stopniały, opuścił wujek Samotnię.
Czy rozumiecie? Koniec z Samotnią! Koniec z Puszczą! Coś się w moim życiu skończyło! Pozostaną tylko piękne wspomnienia. Czyż cokolwiek jeszcze będzie dla mnie równie przytulne jak Samotnia? Było to tak, jakby zamknął się za mną jakiś rozdział, a nie otworzył się zarazem żaden inny, równie obiecujący. Na nic zdały się moje prośby do rodziców, żeby wybili wujkowi z głowy to szaleństwo.
Wiedziałem więc już wcześniej, że w tym roku nie odwiedzę Puszczy. Ale żaden znak na niebie i na ziemi nie powiedział mi dotychczas, czy wujek Poldek zaprosi mnie do Puszczykowego Mszaru...
Pewnie jeszcze się tam dobrze nie zagospodarował.
Było bardzo prawdopodobne, iż zadowolić się będę musiał kanadyjską puszczą, która otwierała przede mną swe podwoje na kartach książki Curwooda.
Z ciężkim westchnieniem nachyliłem się nad odłożoną lekturą. Czytałem dalej:
Czasami otaczał ich las drzew liściastych, pełen purpury i złota; to znów nad samą niemal toń schodził ciemny sosnowy bór. Tu i ówdzie stały samotne modrzewie. Ogromną ciszę przerywały tylko głosy dzikich mieszkańców tej krainy. Kuropatwy nawoływały w gąszczu; gęsi porywały się z oczeretów, szumiąc potężnymi skrzydłami.[1]
Wtem zdało mi się, że słyszę trzask złamanej gałązki. Wujek uczył mnie, iż może to oznaczać skradającego się zwierza. Podniosłem odruchowo głowę.
Klucząc pomiędzy jabłonkami zmierzał ku mnie Antoni. Ubrany był w swą odświętną liberię, którą przywdziewał w wyjątkowe dni, kiedy przyjmowaliśmy gości i w święta, gdy podawał do stołu.
W ręku trzymał srebrną tacę, na której leżał biały karteluszek.
Zatrzymał się i skłonił głowę.
- List do panicza - powiedział.
- List?
- Tak jest. Do panicza - wyciągnął rękę z tacą, bym mógł dosięgnąć.
- A od kogóż to?
- Nie moja rzecz wiedzieć - odrzekł z godnością. - Moja rzecz: podać i ukłonić się.
Była to kartka bez koperty, zgięta we dwoje. Rozłożyłem ją, a wtedy serce uderzyło mi w piersi mocniej i szybciej. U dołu strony widniał podpis: Twój wujek Poldek.
Drżącym ze wzruszenia głosem powiedziałem:
- Dziękuję Antoniemu. Może Antoni odejść.
Zapewne skłonił się i odszedł, ale ja już tego nie widziałem, bo oto pewien byłem, że trzymam w ręku upragnione zaproszenie.
IV. Aresztowanie
Po kilkuminutowym bezskutecznym oczekiwaniu, nie mogąc znieść jazgotu pił, zdecydowałem się pójść na Pocztę, by tam zasięgnąć języka.
Za długim kontuarem dzielącym pomieszczenie na pół siedziała młoda czarnobrewa kobieta. Ubrana była w jasną sukienkę w poziome czarne pasy, co nadawało jej wygląd zebry afrykańskiej. Kurtka służbowego munduru pocztowego przewieszona była przez oparcie krzesła. Gdy wchodziłem, nad framugą drzwi rozległ się dźwięk dzwonka, ale kobieta nie podniosła głowy. Zajęta była lakowaniem dużej osznurowanej paczki. Pałeczka laku topiła się w płomieniu świeczki i na szary papier paczki skapywał pospołu lak i wosk.
Byłem w tej chwili jedynym interesantem.
Podszedłem do kontuaru, a nie śmiąc przeszkadzać w lakowaniu odczekałem chwilę. Dopiero kiedy metalowa pieczęć odcisnęła się na miękkim lakowym kleksie, odezwałem się:
- Dzień dobry pani. Do Puszczykowego Mszaru to którędy?
Podniosła głowę.
- Łodzią! - odpowiedziała ostro i jak gdyby pogardliwie. - No przecież nie na piechotę!
- A do kogo mógłbym się w tej sprawie zwrócić?
- W jakiej znowu sprawie?
- W sprawie przewiezienia mnie łodzią.
- A, to trzeba mówić od razu - ofuknęła mnie. - Do Fiodora. Do Fiodora trzeba się zwrócić. Bo przecież nie do mnie!
Nie czekając na dalsze moje pytania, najwyraźniej zniecierpliwiona, podeszła do okna i otwarłszy je szeroko zakrzyknęła w przestrzeń podwórza:
- Fiodor! Fiodor! - po czym zamknęła okno.
Usłyszałem ciężkie, szybkie kroki, ktoś biegł przez podwórze, kury podniosły wrzask i chyba rozbiegały się w popłochu, bo słychać było jak trzepoczą skrzydłami. A kogut zapiał przeciągle.
Tylne drzwi poczty otworzyły się tak gwałtownie, że drewniana konstrukcja budynku zadrżała.
- Szczo ty choczesz, Stasia?
Do izby pocztowej wszedł wysoki mężczyzna o pobrużdżonej twarzy pokrytej gęstym ciemnym zarostem. Pod długimi krzaczastymi brwiami, które czesał do góry (a i tak odstawały) połyskiwały białka dużych ciemnych oczu. Nie mógł mieć więcej niż czterdzieści lat, lecz skojarzył mi się z wiekowym patriarchą. Nosił to samo imię, co ojciec Hanuli, o którym pisał w swym liście wujek. I był przewoźnikiem, tak jak ojciec Hanuli. Byłem niemal pewien, że to ten sam, we własnej osobie.
- Szczo ty choczesz, Stasia? - powtórzył i postąpił naprzód.
Choć miejscowy język nie był mi znany, domyśliłem się, że pyta o powód, dla którego został przez panią Stasię wezwany. Nie wiem jednak, czy dobrze zapisuję, ale tak zapisuję jak usłyszałem, albo podobnie.
Pani Stasia wskazała na mnie i wypowiedziała kilka zdań w tym samym języku, których wszakże nie zrozumiałem. Pan Fiodor skinął głową. Ale nim zdążył cokolwiek powiedzieć (a chciał zapewne określić wysokość zapłaty za przewóz), dzwonek nad frontowymi drzwiami zadźwięczał powtórnie.
Do pomieszczenia wszedł młody umundurowany policjant. Kiedy przestępował próg, spod daszka czapki skierowało się ku pani Stasi spojrzenie, które - nie wiem dlaczego - wydało mi się nieszczere lub złe. Wrażenie to spotęgowało się w chwilę później, gdy ów fałszywy płomień w jego oczach jaskrawo skontrastował z udawaną dziarskością ruchów i równie sztuczną wesołością. Pomyślałem wtedy, że pod zasłoną wesołości kryje się jakaś tajemna udręka duszy, wyrzut sumienia lub po prostu wstyd.
Na mnie i na pana Fiodora nawet nie spojrzał, jakbyśmy nie istnieli.
Długim krokiem (podkute oficerki zastukały głośno w deski podłogi) przemierzył izbę i nachylił się nad kontuarem sięgając po rękę pani Stasi.
- Całuję rączki panny Stanisławy! Moje uszanowanie. Panna Stanisława zawsze taka świeżutka... Jak pączuszek wiosennego drzewka.
Pani (a właściwie - panna) Stasia zarumieniła się mocno i niby to wyrywając rękę broniła się słabo.
- Co też pan. Daj pan spokój.
- Co tu u panny Stanisławy słychać? - dopytywał się. - Spokój? Porządek? Żadnych utrudnień w pracy? Żadnych zakłóceń?
- Daj pan spokój. Gdzie by tu na poczcie jakie utrudnienia...
Odczekałem kilka chwil w nadziei, że sprowadziła tu policjanta jakaś urzędowa sprawa, po której załatwieniu odejdzie. Oczywiście nie podobało mi się, że przedstawiciel władzy wepchał się do kolejki przede mną, lecz - by nie oskarżać go zaraz o brak dobrego wychowania - złożyłem to na karb przywilejów, jakie policja niewątpliwie posiada. Jednakże z treści rozmowy (panna Stasia co rusz chichotała) nie wynikało, by sprawa była rzeczywiście urzędowa.
Przez wrodzony takt nie chciałem im przeszkadzać, jednak miałem swoje własne sprawy, a one nie powinny były czekać. A ponieważ nie znałem miejscowego języka, pomoc panny Stasi była mi niezbędna w rozmowie z panem Fiodorem, jeśli miałem się z nim dogadać. Więc przypomniałem głośno o swej obecności. Zwróciłem się do pana Fiodora, wyłącznie do niego, lecz zarazem uczyniłem to na tyle głośno, by i tamtych dwoje usłyszało.
- No to jak będzie, panie Fiodorze?
Policjant drgnął. Przerwał wpół zaczęte zdanie i zwrócił się gwałtownie ku mnie, jakby właśnie padła komenda "w lewo zwrot!". Zdaje się, że dopiero teraz raczył mnie zauważyć.
- O! - zawołał. - O!
Jego twarz wyrażała zaskoczenie. Cała fałszywa uprzejmość i przymilność, którą oczarowywał pannę Stasię, znikła gdzieś, uleciała. Chyba się nad czymś gorączkowo zastanawiał. Miało się wrażenie, że jego mózg za chwilę przegrzeje się i pocznie dymić.
A pan Fiodor, nie wiedzieć czemu, milczał zakłopotany, jakby obawiając się udzielić odpowiedzi na moje pytanie.
W nastałej ciszy słychać było bzyczenie dużej muchy krążącej wokół lepu zwisającego z żyrandola.
Nie zdążyłem domyślić się, co miało oznaczać owo zdziwione "O!", dwukrotnie wypowiedziane, bo oto policjant jednym susem przyskoczył do mnie, chwycił za górną klapę mojego plecaka i unosząc plecak w górę podniósł mnie wraz z plecakiem. (Przyznam się, że i mnie zdarzyło się kilkakrotnie w podobny sposób przenosić szczenięta, z tym że oczywiście nie trzymałem ich za plecak tylko za skórę na szyi).
- Młody Żabokliś cię przysłał! - usłyszałem. - Gdzie dyplom? Gdzieście go schowali?