5
Czasami kurier nie dzwoni nawet raz
Zuza tańczyła, jakby jutra miało nie być. Muzyka pulsowała jej w żyłach, a miliardy świetlików wirowały wokół niej, dodając klimatu. Jeszcze parę minut temu byli tu inni ludzie, inne spojrzenia i uśmiechy, ale nic nie trwało wiecznie i wcale jej nie wadziło, że została sama - dopóki muzyka grała, dopóty całe jej ciało wypełniał rytm. Nie wiedziała, gdzie była ani jak się tam znalazła, ale nie zaprzątała sobie tym głowy. Nie teraz. Czuła się wolna jak nigdy na jawie. Skąd się wzięło ognisko, też nie wiedziała, lecz powitała ogień z radością, okrążyła go w radosnym pląsie, grzejąc ręce bliskością płomieni.
Nagły dźwięk rozciął muzykę. Natarczywy, namolny, zagłuszał wszystko inne i zmieniał rytm muzyki tak, że nie dało się już do niej tańczyć - stała się zbyt mechaniczna, jak wiertło dentystyczne.
Zuza zatrzymała się i rozejrzała dookoła, w ciemności wypełnionej świetlikami i blaskiem ognia szukając źródła tego dziwnego, mechanicznego brzęczenia i terkotania, wysokiego pisku i stukotu.
Wszystko wokół znów się zmieniało. Już nie czuła trawy pod stopami. Dźwięk domagał się uwagi, ale potrząsnęła głową. Nie chciała go słyszeć, chciała tańczyć. Czemu muzyka zamilkła? Zniknęła jej długa sukienka z połyskującego złotem jedwabiu... Co robiła w środku lasu w szortach i rozciągniętej koszulce? Tych samych, w których położyła się spać?
Cholera, uzmysłowiła sobie, to tylko sen, a coś uparcie próbuje go przerwać. Zatkała uszy dłońmi, ale nadal czuła to nieprzyjemne wibrowanie w kościach. Ognisko zniknęło, wyparowały świetliki, była tylko ona w piżamie, oszołomiona i zmarznięta. To na nic, skończyło się, równie dobrze może się poddać.
Otworzyła oczy. W sypialni było jasno. Zerknęła na zegarek, minęła dziewiąta. Byłaby to całkiem miła godzina na pobudkę, gdyby nie pisała do czwartej. Pisałaby pewnie dłużej, ale zaczęło padać i monotonny szum deszczu ululał ją skuteczniej niż kołysanka.
Pogrzebała w pościeli i wreszcie znalazła przeklęty artefakt, który wyrwał ją z miłego snu. Komórka wibrowała i wygrywała histerycznie robotyczną melodyjkę. Na ekranie wyświetlało się imię Majki, dziewczyny z działu handlowego wydawnictwa Venus.
- Co tam, Maju? - wymamrotała Zuza, pocierając oczy.
- Hej, Zuzka, widzę, że już odebrałaś paczkę! Super! Słuchaj, podpisz wszystko, a ja ci na rano ustawię kuriera, żeby odebrał ją z powrotem, dobra? - świergotała Majka, wulkan energii.
- Niczego nie odebrałam i nie bardzo kojarzę, o czym mówisz - przyznała Zuza.
- Mam potwierdzenie od kuriera, że już doręczono... - W tle dało się słyszeć stukanie w klawisze. - Pamiętasz? Pisałam do ciebie tydzień temu z pytaniem, na jaki adres ci wysłać te egzemplarze, które masz podpisać, konkursowe...
Zuza wytężyła pamięć. Być może coś jej się tam mętnie kołatało. Zanim zdołała odpowiedzieć, dotarł do niej słowotok Majki.
- Musiałam ci wysłać maila, bo mam twój adres w Zapadłem, nie? Więc wysłałam, parę sztuk więcej, to nie będę ci za chwilę zawracać głowy o kolejne. Ale musisz je szybciutko podpisać, bo ustawiłam kuriera na jutro rano, nie przejmuj się etykietą nadawczą, będzie miał ze sobą. Tylko zaklej dobrze pudełko i puść do mnie migusiem - nawijała z werwą, którą Zuza osiągnęłaby o tej porze tylko dzięki Monsterom i być może nielegalnym środkom, gdyby takowe zażywała. U Majki to był stan naturalny.
Dziewczyna zamilkła tylko na chwilę, by nagle zapytać z podejrzliwością dźwięczącą w każdym słowie:
- Zuzka, ty jesteś przytomna, co? Nie śpisz już? Nie zapomnisz tej rozmowy? Wysyłam ci maila na wszelki wypadek... Słyszałam, że oddałaś już maszynopis, więc nie pomyślałam, że możesz pisać po nocy... Potwierdź, że zrozumiałaś, co do ciebie mówię, bo z tymi książkami to pilna sprawa... Zaraz się influ będą pieklić, że ciągle nie dostali nagród, i zamiast promocji będzie drama na BookToku...
- Maja, spokojnie, oddychaj - poprosiła Zuza, wygrzebując się z pościeli. - Zaraz poszukam paczki. Może moje współlokatorki odebrały albo kurier zostawił na progu.
- Zadzwoń koniecznie, jak ją znajdziesz! I smacznej kawusi! - Majka rozłączyła się, a Zuza zwalczyła pokusę, by wrócić do łóżka. Wiedziała, że za kilka minut Majka znów zadzwoni. To był jej modus operandi, miała więcej wytrwałości i cierpliwości, niż zakładały zdrowe relacje międzyludzkie. Pewnie dlatego wytrzymywała od pięciu lat w wydawnictwie Venus.
W domu Uklejów panowała cisza. Drzwi do pokojów dziewczyn były przymknięte. Zuzka zeszła po schodach i pociągnęła nosem. Nie wyczuła ani odrobiny aromatu kawy, nabrała więc pewności, że przyjaciółki wciąż śpią. Położyły się tylko trochę wcześniej niż Zuza.
Wyszła na werandę, mrużąc oczy. Było za jasno. I wilgotno. Wszystko połyskiwało tą świeżością zaraz po deszczu i było nawet urocze, dopóki nie spojrzało się na głębokie kałuże i bajoro w miejscu podjazdu.
A im bardziej rozglądała się za paczką, tym bardziej paczki nie było. Zeszła po schodkach i zerknęła na boki (kurier dał im się już poznać jako bestia cwana i leniwa), ale nadal nie widziała nigdzie pakunku z książkami.
Wyciągnęła z kieszeni szortów komórkę i sprawdziła, czy ma maile od firmy kurierskiej. Dwa jak byk. Dziś doręczymy twoją przesyłkę, tuż po szóstej. Potwierdzenie doręczenia przesyłki - za kwadrans ósma. W pierwszej wiadomości był też numer do kuriera Kamila, więc kliknęła w niego z rezygnacją. Rzecz jasna, nie odebrał. Oni nigdy nie odbierali.
Mogła zadzwonić do Majki i powiadomić ją o zaginięciu paczki, ale dziewczyna zaczęłaby hiperwentylować. Równie dobrze mogła to odwlec i spróbować szczęścia w dodzwonieniu się do kuriera. W końcu może będzie miał jej dość na tyle, że odbierze...
Poczłapała do kuchni, wymieniła filtr w ekspresie i nasypała dwie czubate miarki kawy. Najchętniej wróciłaby do łóżka i spróbowała zasnąć na dwie czy trzy godziny, ale nawet gdyby jej się udało, Majka jak nic znów przerwałaby jej pląsy wokół ogniska.
Gdy kawa wreszcie się przelała, Zuza napełniła swój litrowy kubek termiczny, dodała cukru i mleka, a potem stanęła przed wyborem: ruszyć prosto do gabinetu i spróbować szczęścia z kolejnym rozdziałem albo... Nie, jej głowa wciąż była pusta po całonocnym maratonie. A z pustego to i Salomon nie naleje. Poszła więc, tuląc do piersi kubek, do salonu, gdzie z ciężkim westchnieniem opadła na kanapę. Znów wybrała numer kuriera, zgodnie z przewidywaniami bez rezultatu. Głowa jej ciążyła, więc oparła ją o poduszkę, tylko na chwilkę...
Kolejny dzwonek nie przerwał jej tańców. Była zbyt zmęczona, by śnić, dryfowała tuż pod powierzchnią przytomności. Odebrała, wciąż nie otwierając oczu.
- Majka, jeszcze jej nie znalazłam, ale nie przestaję szukać - wymamrotała.
W słuchawce panowała cisza. Zuza gwałtownie otworzyła oczy i zerknęła na wyświetlacz. Numer był obcy.
- Halo? Z kim rozmawiam? - zapytała zdezorientowana. Jeśli to telemarketer, rzucę klątwę, pomyślała z irytacją.
- Mam coś, co należy do pani - usłyszała w końcu kobiecy głos.
*
Ku sporej uldze Zuzy okazało się, że nie był to telefon z żądaniem okupu. Ale wystarczył, by rozbudziła się na dobre i pobiegła po schodach do swojego pokoju, żeby ubrać się w coś bardziej wyjściowego niż piżama.
Trzy minuty później, po umyciu zębów i kilku solidnych łykach kawy, maszerowała już dziarsko w stronę Zapadłego. Nie miała daleko. Według Google Maps dom Uklejów i adres, który podała jej kobieta, dzieliło nie więcej niż półtora kilometra.
Najwyraźniej klątwa ukrytego przed GPS-em kurierów domu Uklejów miała się świetnie, bo kolejny zbłądził na manowce. Ten nie był jednak wystarczająco rozgarnięty, by zadzwonić i zapytać o wskazówki dojazdu. To byłoby zbyt proste, zbyt logiczne, nie będzie mu zdrowy rozsądek dyktował, jak ma wykonywać swoją pracę. Zamiast tego dotarł do końca wioski, nie znalazł domu o takim numerze jak w liście przewozowym, więc po prostu przerzucił przesyłkę przez płot przypadkowej mieszkanki.
Kobieta na szczęście znalazła paczkę, zanim się rozpadało na dobre, choć uprzedziła Zuzę przez telefon, że pudło jednak złapało trochę wilgoci, bo wylądowało w kępie wysokiej trawy, wciąż mokrej po nocnym deszczu. Zuza mogła jedynie mieć nadzieję, że książki są zapakowane naprawdę szczelnie.
Przezorna Majka na pudełku, oprócz imienia i nazwiska Zuzy, wypisała także jej numer telefonu. Tylko dlatego przypadkowa odbiorczyni przesyłki mogła skontaktować się z adresatką i umówić na oddanie paczki. Byle szybko, bo zbierała się do pracy, którą zaczynała równo o jedenastej.
W połowie drogi Zuza usłyszała grzmot. Suchy i bez błyskawic, mimo to poczuła oddech burzy na karku. Przyspieszyła, wyciągając nogi. Powietrze pachniało wilgocią i mokrym mchem, gdy szła szutrówką przez las, a asfalt głównej drogi wciąż był lśniąco czarny, z wodą gromadzącą się w głębokich pęknięciach.
Maszerowała dziarsko, mijając nibyrondo z przystankiem autobusowym i tablicą lokalnych ogłoszeń. Przeszła obok ciągu zielonych jak przeleżałe korniszony domów wielorodzinnych - stanowczo za małych, by nazywać je blokami, i położonych za daleko na północ, by zasłużyć na miano familoków - po czym odbiła w prawo, gdzie na samym końcu wsi znajdował się niewielki dom jednorodzinny z czerwonym dachem. Przed bramą stał zaparkowany pomarańczowy Golf, a przy nim niecierpliwie kręciła się kobieta po czterdziestce - niewysoka, z krótkimi rudymi włosami, ubrana w ogrodniczki i narzuconą na wierzch kraciastą koszulę. Zerkała to na niebo, to na zegarek, a gdy wreszcie zauważyła zbliżającą się Zuzę, westchnęła z ulgą.
- No, zdążyła pani. - Prawie rzuciła w Zuzę pudłem z książkami, wskoczyła za kierownicę i odjechała, jakby się paliło, a ona była strażaczką.
Pudło okazało się dużo większe, niż się Zuza spodziewała. I zdecydowanie cięższe. Umawiała się z Majką, że ta przyśle jej sześć egzemplarzy do podpisu. Trzy ostatnie tytuły Liliany i takoż Reginy. Teraz, gdy ugięła się pod wielkim pudłem, zaczynała podejrzewać, że tych "parę dodatkowych egzemplarzy", o których wspominała Majka, było raczej kilkunastoma dodatkowymi książkami. Przeklinając, poprawiła chwyt na pudle. Pod palcami wyczuła miękką śliskość namoczonego kartonu. A papierowa taśma klejąca, choć bardziej ekologiczna od klasycznej, z miejsca przegrywała w starciu z wilgocią.
- Noż kurwa jego mać - mruknęła Zuza.
Gdyby wiedziała, że wysłano jej tak potężny i ciężki pakunek, podskoczyłaby tu autem Agaty. Miała tylko dwa nadgarstki i książkę do napisania, więc nie wpadłaby na to, żeby nieść ciężkie pudło półtora kilometra. Ale to nie tak, że miała wielki wybór, prawda?
Ruszyła z powrotem, próbując balansować kartonem tak, by część ciężaru przenieść na biodra i brzuch, a ostry kant nie ugniatał miednicy.
A ponieważ nieszczęścia najwyraźniej lubią chodzić parami, po parunastu krokach poczuła pierwsze krople deszczu na twarzy.
- Nie rozpada się, przejdzie bokiem - zaklinała rzeczywistość.
Niestety już chwilę później deszczyk zmienił się płynnie w oberwanie chmury, podobne do tego nocnego. Lunęło gwałtownie i intensywnie. W dwie minuty Zuza była przemoczona, włosy kleiły się jej do twarzy, ograniczając pole widzenia, a adidasy błyskawicznie przemokły, gdy ulica zmieniła się w wartki potok. Do tego ten przeklęty karton nasiąkał wodą i z każdą sekundą robił się cięższy!
Zuza, sapiąc, ruszyła do biegu, choć rogi kartonu boleśnie obijały jej miednicę. Byle dotrzeć do przystanku autobusowego i schronić się przed największą ulewą! Dopadła wiaty jak szalupy ratunkowej. Nigdy aż tak nie doceniała małej architektury wiejskiej jak teraz, gdy kawałek wygiętej w łuk pleksi dzielił ją od nawałnicy. Cofnęła się najdalej, jak się dało, i postawiła pudło na wątłej ławeczce, bo z krawędzi daszku spadał prawdziwy wodospad, który rozbijał się tuż obok w głębokiej kałuży i chlustał na boki.
- Jak tak dalej pójdzie, zamiast remontować Poloneza Niny, lepiej będzie zainwestować w arkę - mruknęła.
Na dodatek robiło się coraz zimniej, jakby ulewa przywołała front z Syberii. Mokre doszczętnie ciuchy lepiły się do ciała. Zuza patrzyła ponuro na swoje posiniałe nogi, pokrywająca je gęsia skórka upodabniała je do świeżo oskubanego kurczaka.
Deszcz ani myślał ustać. Zuza już zaczęła się zastanawiać, czy sytuacja uzasadnia podjęcie drastycznych środków, jak zadzwonienie do Agaty i obudzenie jej prośbą o podwózkę, gdy nagle pole widzenia przysłoniła jej wysoka, ciemna sylwetka. Zuza odruchowo cofnęła się, uderzając tyłkiem o karton.
Mężczyzna, bo oczywiście to musiał być mężczyzna, nie od razu ją zauważył. Odwrócony do Zuzy szerokimi plecami, odgarniał z twarzy kręcone włosy i otrząsał się z wody jak seter irlandzki. A ona miała zaskakująco interesujący widok na długie, umięśnione nogi i kształtnie uformowane pośladki, okryte jedynie szortami. Lekki syntetyczny materiał świetnie sprawdzał się w czasie biegania, ale mokry oblepiał wszystko, nie pozostawiając wiele pola dla wyobraźni. Koszulka z lycry była równie szczodra, podkreślając wyrzeźbione mięśnie i szerokie barki. Jesteśmy kwita, pomyślała Zuza, zerkając w stronę ciemnego nieba.
Do mężczyzny dopiero po chwili dotarło, że nie jest pod wiatą sam. Może usłyszał, jak zassała powietrze, może dobiegło go szurnięcie buta o żwir - tak czy inaczej, odwrócił się gwałtownie.
- Zuza? - Wyglądał na szczerze zaskoczonego.
Cóż, ona była znacznie bardziej zaskoczona. W jednej chwili pojęła, że przez ostatnią minutę (która zdawała się trwać co najmniej kwadrans!) podziwiała anatomię dobrze znajomego przecież ciała. Jakim cudem on ukrywał taką sylwetkę pod codziennymi ciuchami?
- Cześć, Szymek - wykrztusiła, czując, jak policzki zaczynają palić ją żywym ogniem.
Nagle wcale nie było jej zimno. Zwłaszcza że Szymek - dzielnicowy Boberek - odwrócił się do niej, a biały przód jego cholernej koszulki okazał się jeszcze bardziej przejrzysty niż tył.
Zacisnęła powieki, by nie przyłapał jej na sprawdzaniu, czy przód szortów jest równie niedyskretny.
- Hej, wszystko w porządku? - zapytał i odruchowo zrobił krok w jej stronę.
- Tak, tak, tylko mokro - bąknęła, odgarniając z twarzy mokrutkie pasma włosów. Jej zwykle sprężyste fale teraz wisiały ciężko, klejąc się do ciała sporo poniżej piersi. Co, jak nagle odkryła, mogło być błogosławieństwem, bo jej biała muślinowa koszula zapewne igrała z nią niemniej niż szorty z Szymkiem.
- Znikąd ten deszcz! A przecież sprawdzałem prognozę, zanim wyszedłem pobiegać - rzucił dzielnicowy, przyglądając się Zuzie z uwagą. Coś w jej spłoszeniu go zaniepokoiło, jednak nie naciskał.
- Ja nawet nie sprawdzałam. Wyskoczyłam tylko na chwilę i zaraz miałam wracać. Nie masz może pontonu? Bo jeśli to potrwa jeszcze trochę... - mruknęła.
- A nawet mam, w domu. Niby niedaleko, ale wolałbym przeczekać najgorsze - zażartował.
Skinęła głową i odsunęła się lekko, by nie mieć na linii wzroku tego cholernego sześciopaka. Czemu nawet nie pomyślała, że pod mundurem kryje się sześciopak?! I jakim cudem mimo ulewy zrobiło jej się sucho w ustach? I te loczki na skroniach! To był zamach na jej trzeźwy osąd! Owszem, przez ostatnie miesiące zauważała, że włosy mu urosły, ale na co dzień zaczesywał je do tyłu z odrobiną żelu. A teraz stał przed nią jak Clark Kent, który nieoczekiwanie zdjął okulary.
- Zuza, na pewno wszystko dobrze? - zapytał znowu.
- Jasne, a co?
- Mamroczesz.
Przeklęła pod nosem i przyłożyła zimne dłonie do policzków.
- Za mało spałam - przyznała. - Nawet nie dopiłam kawy. Wszystkiemu winien kurier. Kusi mnie, by znów coś zamówić, tylko po to, żeby mu nawymyślać, jak już w końcu trafi pod właściwy adres.
Opowiedziała mu o porannej farsie z rzekomo dostarczoną paczką.
- Ta szutrówka to ich pięta achillesowa - przyznał Szymon. Ale wciąż patrzył na Zuzę, jakby próbował wyczytać coś z jej twarzy.
Czemu nagle nie potrafiła spojrzeć mu w oczy? Zwykle nie miała z tym problemu. Widywali się regularnie: służbowo - bo jej współlokatorki miały wyjątkowy talent do odnajdywania zwłok - i prywatnie, odkąd jedna z nich spotykała się z bratem jego najlepszego kumpla. Nagle, jakby czytał jej w myślach, zapytał:
- Chyba nie ukrywacie jakiegoś nowego trupa?
Wyraźnie odetchnął, kiedy wybuchnęła śmiechem.
- Zero trupów, słowo daję. - Uniosła dwa palce jak do przysięgi.
- Na pewno?
- Jedyne ciało, które zaprząta moją uwagę, jest całkiem żywe - wypaliła i utkwiła wzrok w tej przeklętej klacie oblepionej jasną tkaniną.
Jeśli sądziła, że go zawstydzi, myliła się. Szymek roześmiał się tak głośno i szczerze, że aż oparł dłonie na kolanach. Wreszcie się wyprostował, wciąż rozbawiony, i rzucił:
- To ten moment, kiedy powinienem powiedzieć, że oczy mam tutaj? - Wskazał palcem wspomniane oczy.
Jakby to cokolwiek pomagało. One były równie niebezpieczne, a okalające je mokre rzęsy jeszcze dłuższe i ciemniejsze niż zazwyczaj, przez co wyglądał... cóż, zbyt dobrze. Znowu zasłoniła policzki dłońmi.
Co się z nią działo? Od lat nie płoniła się jak nastolatka, od tego były bohaterki Liliany Mist. Czy teraz, gdy pożegnała się, przynajmniej na jakiś czas, ze swoim alter ego, sama zacznie reagować jak debiutantki, których perypetie opisywała? Cofnęła się o krok i opadła na ławkę. Zbyt energicznie. Ławka, stara i chybotliwa, już i tak obciążona kartonem z książkami, nie wytrzymała. W jednej chwili Zuza poczuła pod pośladkami chropowatą deskę, a w następnej...
- Zuza! - Szymon rzucił się do przodu, ale nie zdążył jej złapać, zanim grzmotnęła tyłkiem o żwir.
- Nic mi nie jest - jęknęła, choć kość ogonowa zaprotestowała ostrzem bólu.
Zanim Szymon pomógł jej wstać, ławka kompletnie się poddała, a karton runął na ziemię z głośnym łupnięciem. I niepokojąco mokrym mlaśnięciem do kompletu. Przemoczony spód puścił, otwierając się jak wrota piekieł.
Zuza padła na kolana, by ratować książki przed zamoczeniem. Odetchnęła z ulgą - były zafoliowane w paczkach po pięć sztuk. Trzydzieści... No tak, Majkę poniosło. Nic dziwnego, że karton ważył tonę. Odwróciła go do góry nogami, poukładała pakunki w środku i spojrzała na ławkę: wsporniki wisiały pod absurdalnym kątem, a z podgniłej deski sterczały śruby.
- To nie był wandalizm - zapewniła stanowczym tonem.
- Poświadczę, że nie było zamiaru, a winę ponosi wyłącznie zaniedbanie gminy - zapewnił Szymon. - Od dwóch lat czekamy na odświeżenie przystanku.
- Dobrze, że to tylko ja, a nie jakaś biedna staruszka. Usiadłaby i nieszczęście gotowe.
Parsknął śmiechem.
- Miejscowi wiedzą, że lepiej tu nie siadać - przyznał.
- No ja też już wiem. Nie żeby wciąż było na czym.
Zerkała na karton leżący na mokrym żwirze. Ile czasu zajmie wodzie spenetrowanie i jego? Za mało. Foliowe zgrzewki były niezłym rozwiązaniem, ale po bokach miały spore dziury, przez które woda mogła dostać się do zawartości. A jeśli pudło rozleci jej się po drodze, nie zdoła przenieść wszystkich egzemplarzy pod pachami.
Wyciągnęła komórkę z kieszeni (na szczęście kość ogonowa przyjęła siłę upadku, oszczędzając ekran telefonu) i wybrała numer Agaty. Ta najwyraźniej miała wyciszony telefon, bo nie odebrała nawet po dwudziestu sygnałach. Zuza przymknęła oczy, szukając rozwiązania. Wybrała numer Niny, ale rezultat był identyczny. Oczywiście. Tylko ona wciąż zapominała wyciszać telefon na noc i dlatego Majka mogła ją wyrwać ze snu. Sfrustrowana schowała komórkę do kieszeni i wgapiła się w ścianę deszczu, który ani myślał ustać.
- Znowu mamroczesz - zauważył uczynnie Szymek.
- Tylko myślę - mruknęła. Czemu nikt jej nigdy nie powiedział, że najwyraźniej myślenie automatycznie przechodzi w mamrotanie?
- Nad czym?
- Jak przetransportować karton książek w taką pogodę. Dziewczyny jeszcze śpią... Daleko stąd do ciebie do domu? - zapytała po chwili.
Powoli pokręcił głową, jakby się zastanawiał, co Zuza kombinuje.
- Mogłabym zostawić u ciebie ten karton, pobiec po auto i wrócić nim do ciebie...
- Możesz też poczekać chwilę, a ja skoczę po transport i cię odwiozę - zaproponował.
- Nie wiem, czy rower wiele pomoże... ale jeśli masz jakąś względnie wodoodporną torbę, to może się uda - przyznała.
Parsknął.
- Możesz też zaliczyć jazdę radiowozem, w ramach sąsiedzkiej przysługi i na chwałę researchu - powiedział.
- Jak ja lubię, że rozumiesz implikacje tego, że wszystko jest researchem - zażartowała.
A chwilę później patrzyła, jak biegnie w tym samym kierunku, z którego przyszła, niosąc karton. I być może dłużej, niż wypadało, przyglądała się pracy tych czworogłowych, dwugłowych i ilu tam jeszcze było "-głowych" mięśni, napinających się pod wilgotnym materiałem, gdy dzielnicowy Boberek biegł w strugach deszczu.
- Kto by pomyślał - mruknęła do siebie. - Widać w Zapadłem nie tylko stare domy mają swoje tajemnice.
Dziewczyny jej nie uwierzą. Sama miała wrażenie, że to może być tylko sen, bardzo miły, choć zaskakująco mokry - i nie w ten przyjemny sposób.