Rozdział 1 Wszyscy Leżymy w Błocie (Ale Adam Najgłębiej)
Sierpień 1984. Rok, w którym Gromyko spotkał się z Reaganem, a ja, Kalina, dałam się namówić na biwak. W życiu nie popełniłam większej głupoty. Koniec świata, a konkretnie Bory Tucholskie. Dlaczego, na litość boską? Odkąd pamiętam, nienawidziłam biwaków. Nienawidziłam komarów wielkości wróbli, spania na korzeniach, mycia się w lodowatej wodzie i jedzenia paprykarza szczecińskiego na śniadanie.
A jednak pojechałam. Było nas sześcioro.
Byłam ja, Kalina. Z natury osoba nerwowa i przewidująca - wzięłam trzy swetry i termos z prawdziwą herbatą. Była Luca. Luca to żywioł. Wzięła tylko swój aparat "Smiena 8", paczkę "zefirów" i uważała, że to wystarczy. Był Marek, nasz intelektualista, który nawet do lasu zabrał bibułę i cały czas szeptał o prowokacjach SB. Był Darek, "złota rączka", który z drutu i puszki po piwie potrafił zrobić radio (które, oczywiście, nie działało).
Była Ewa. I był Adam.
Ewa i Adam byli naszą "parą eksportową". Przynajmniej we własnym mniemaniu. Ewa była z tych kobiet, co to uważają, że słońce wstaje rano tylko po to, żeby oświetlić ich profil. Typ "Miss Mokrego Podkoszulka" z ośrodka wczasowego "Metalurg". Nawet tutaj, w tej dziczy, miała ze sobą baterię kosmetyków "Celia" i "Pollena-Lechia". Była święcie przekonana, że Marek, Darek i pewnie nawet leśne skrzaty za nią szaleją. Adam był jej godnym partnerem. Donośny, charyzmatyczny, król życia i biwaku.
Ich związek był jak radziecki film wojenny - głośny, pełen wybuchów i trochę na pokaz.
Wieczór przed tragedią siedzieliśmy przy ognisku. Adam przyniósł dwie flaszki bimbru, który pachniał jak zmywacz do paznokci i smakował jeszcze gorzej. Oczywiście Ewa wisiała na nim, chichocząc perliście. Miała na sobie idealnie dopasowane dżinsy "marmurki" i nonszalancko zawiązaną na szyi jedwabną apaszkę w drogi, geometryczny wzór. Wyglądała, jakby urwała się z pokazu Mody Polskiej, a nie ze studenckiego namiotu.
- Skąd masz taką śliczną apaszkę, Ewka? - zapytałam, próbując ogrzać ręce przy ogniu. - Wygląda jak z Pewexu.
- Prezent - rzuciła niedbale, dotykając jedwabiu. - Adam wie, co lubię.
Spojrzałam na Adama, który właśnie próbował otworzyć butelkę zębami. Jasne. Adam. Prędzej podarowałby jej puszkę szprotek w oleju. Ale nic nie powiedziałam. Coś wisiało w powietrzu.
Pół godziny wcześniej Adam podszedł do mnie, gdy nabierałam wody z jeziora.
- Chodź, Kala - mruknął, próbując objąć mnie ramieniem. - Pokażę ci, gdzie świetliki nocują.
Pachniał bimbrem i ogniskiem.
- Spadaj na drzewo, Adam - warknęłam. - Jesteś pijany i masz dziewczynę.
Obraził się śmiertelnie. A ja kątem oka widziałam, że Ewa stoi dziesięć metrów dalej, przy namiocie. I wszystko widziała.
Chwilę później słyszałam ich syczącą kłótnię zza namiotów.
- Myślisz, że nie widzę? - syczała Ewa. - Jak się na nią gapisz! Ciągle się na nią gapisz!
- Na kogo? Na Kalinę? Daj spokój, Ewka, ona... - I na tę twoją "Lucynkę" też!
- "Lucynkę"? - parsknął Adam. - Ona wygląda jak chłopak i śmierdzą jej palce od wywoływacza! Myślę, że za dużo wypiłaś. Idź spać, bo robisz sceny.
Potem Ewa wróciła do ogniska sama, uśmiechnięta jak gdyby nigdy nic. Adam poszedł "przewietrzyć się" koło północy i już nie wrócił. Myśleliśmy, że śpi w drugim namiocie. Oni myśleli, że śpi u nas.
*
Mgła tego ranka była taka, że można by ją powiesić na sznurku do suszenia bielizny. Gęsta, biała i mokra. Obudziłam się pierwsza, a raczej druga, bo Luca już była na nogach ze swoją Smieną.
- Wstawajcie, lenie! - krzyknęła Luca znad brzegu. Jej głos był dziwny. Zbyt piskliwy.
Wygramoliłam się z namiotu, potykając o butelki po Polo-coccie.
- Co znowu? - mruknęłam, podchodząc do Luki. Stała nieruchomo i patrzyła w wodę.
- Patrz - powiedziała cicho. - Adam chyba przesadził ze słoneczną kąpielą.
Podeszłam bliżej. I zobaczyłam. W wodzie, która ledwo zakrywałaby kaczce kostki, może na trzydzieści centymetrów głębokiej, leżał Adam. Twarzą w dół. W tej swojej idiotycznej, kolorowej kurtce z ortalionu. Wyglądał jak porzucona lalka.
- Adam! - wrzasnęłam. - Wstawaj, idioto! Zapalenia płuc dostaniesz! Nie drgnął.
Mój żołądek, który i tak był w opłakanym stanie po wczorajszym bimbrze, wykonał kozła. W tym momencie z namiotów wysypała się reszta. Pierwszy dobiegł Darek, praktyczny jak zawsze, w samych dżinsach.
- Co jest? - Wbiegł do tej brei bez wahania. Złapał Adama za ramię i z wysiłkiem przewrócił go na plecy.
Twarz Adama była sina. Usta miał lekko otwarte, jakby chciał coś powiedzieć, ale zapomniał co. Z kącika ciekła mu strużka mułu.
Marek zbladł i powiedział tylko:
- O cholera. Milicja. Będą kłopoty.
Ewa, która wyłoniła się ostatnia, najpierw sprawdziła, czy wszyscy na nią patrzymy. Dopiero potem wydała z siebie dźwięk, który normalnie rezerwuje się dla myszy wpadających do frytkownicy, i teatralnie osunęła się na trawę.
- Nie żyje - stwierdził Darek rzeczowo, kładąc mu palce na szyi. - Zimny. Sztywny jak cholera.
- Ale jak? - szepnęłam. - Jak można się utopić w kałuży? - Jak się ma promile, można się utopić w łyżce wody - mruknął Marek.
I wtedy Ewa zerwała się do roli życia. Rzuciła się na ciało.
- Adasiu! Mój Adasiu! - zawodziła, rozmazując sobie makijaż. - Mieliśmy się pobrać!
W tym momencie Luca, która stała z boku i metodycznie, z zimną krwią robiła zdjęcia, powiedziała cicho:
- Pobrać? Ciekawe.
Mechaniczny KLIK migawki zabrzmiał w tej ciszy jak policzek.
- Co ty robisz?! - wrzasnęła Ewa. - Zwariowałaś?
- A co, mam haftować? - odwarknęła Luca. - KLIK. - I nie mieliście się pobrać. Wczoraj mówił Markowi, że ma cię dosyć. Mówił, że jesteś nieznośna i że ta twoja histeria go wykończy.
Cisza. Ewa natychmiast przestała szlochać. Poderwała głowę, a jej oczy wyglądały jak dwa kawałki lodu.
- Marek! - krzyknęła. - Powiedz jej! Powiedz, że to nieprawda! On mnie kochał!
Marek wyglądał, jakby go właśnie wezwali na przesłuchanie.
- Ewa... daj spokój. Nie teraz. No... coś tam mówił. Ale wiesz, pijany był. Gadał głupoty.
Twarz Ewy wykrzywiła się w sposób, który nie pasował do tragicznej wdowy. To był czysty jad. Ale po chwili znowu osunęła się na ziemię, szlochając.
*
Prokurator przyjechał dopiero po południu zdezelowanym Polonezem. Gruby, spocony i wyraźnie niezadowolony, że wyrwano go z niedzielnego rosołu. Popatrzył na ciało, na puste butelki, na nas.
- Młodzież - westchnął. - Libacja alkoholowa w plenerze. Zgon w wyniku utonięcia. Nieszczęśliwy wypadek.
- Ale, panie prokuratorze! - zaczęła Luca. - On leżał w wodzie po kostki! Prokurator popatrzył na nią jak na kosmitkę.
- A pani myśli, że jak się ma trzy promile we krwi, to trzeba oceanu? W misce z wodą dla psa się można utopić. Śledztwo umorzone z powodu braku znamion przestępstwa. Dziękuję. Możecie się pakować.
I pojechali. Sprawa zamknięta.
Rozdział 5 Złota Rączka i Zgubione Wiosło
Dwa dni później miałam już dosyć. Dwa dni, podczas których padało, a ja na nowo przeżywałam histerię Ewy i spoconą panikę Marka. Czułam się brudna. I nie była to wina braku ciepłej wody w moim bloku.
- Luca, odpuszczam - oświadczyłam przez telefon, trzymając słuchawkę ramieniem i jednocześnie próbując reanimować grzałkę w kubku z herbatą. - Mamy dwie wersje, obie do niczego. Ewa jest wariatką, Marek jest tchórzem. Adam nie żyje. Koniec śledztwa. Wracam do pisania o polskiej prozie egzystencjalnej. Właśnie znalazłam idealny materiał badawczy: swoje życie.
- Nie pękaj, Kala - usłyszałam w słuchawce trzask zapałki. - Został nam ostatni. Najlepszy.
- Darek? Luca, on jest...
- ...praktyczny. I umie majsterkować. A wiesz, co trzeba umieć, żeby kogoś zdzielić wiosłem i upozorować wypadek? Trzeba umieć majsterkować. Jedziemy na Żabiankę.
Żabianka. Kolejna duma gdańskiej myśli architektonicznej. Długie na kilometr bloki, niesłusznie nazywane "falowcami" przez większość ludzi nie związanych z Gdańskiem, choć ten prawdziwy był gdzie indziej. Te tutaj były po prostu długie, szare i stały w morzu błota. Gdzieś pomiędzy nimi, wciśnięty między garaże a śmietnik, znajdował się pawilon FSO.
Warsztat.
Gdyby piekło miało swój przedsionek, wyglądałby dokładnie tak. Niska, parterowa buda z brudnego suporeksu, z oknami tak umazanymi smarem, że nie przepuszczały światła. Już z dziesięciu metrów uderzył w nas ciężki odór. Nie był to zwykły zapach warsztatu. To był skoncentrowany aromat porażki: zimny smar, benzyna ekstrakcyjna, rdza, mokry beton i papierosy "Sporty".
Wepchnęłyśmy się przez metalowe drzwi, które zaskrzypiały jak potępieniec.
W środku było ciemno, wilgotno i zimno jak w grobie. Z sufitu kapała woda, tworząc tłustą kałużę na klepisku. Na ścianie wisiał kalendarz z 1982 roku z roznegliżowaną panią opartą o Poloneza. Sztuka, jak widać, miała wiele twarzy. A tuż obok, przybita pinezką do brudnej ściany, wisiała mała, amatorska odbitka. Zamazana, prześwietlona. Ewa, śmiejąca się nad jeziorem. Zdjęcie, którego na pewno nie zrobiła Luca. Musiał je zrobić sam Darek. Pod ścianami leżały stosy części, które wyglądały, jakby je wygrzebano z grobów: pęknięte bloki silników, pogięte zderzaki, sterty opon łysych jak kolano.
Z głośnika radiomagnetofonu "Kasprzak" wiszącego na gwoździu, płynął akurat jakiś hit zespołu Papa Dance. Brzmiało to jak tortura. "Panorama Tatr", "Pocztówka z Władysławowa"... Pan Kierownik z "Metalurga" pewnie miałby zawał, słysząc tę listę przebojów.
W samym środku tego pandemonium, pochylony nad otwartą tylną klapą czerwonego Fiata 126p, stał Darek.
"Kaszlak" wyglądał jeszcze gorzej niż warsztat. Był tak zardzewiały, że chyba trzymał się kupy tylko dzięki warstwie brudu. Darek, w swoim wiecznie tym samym niebieskim kombinezonie roboczym, który był już sztywny od smaru, grzebał w jego wnętrznościach z miną chirurga operującego trupa.
- Cześć, Darek - rzuciła Luca.
Nie odwrócił się. Tylko warknął.
- Czego? Nie widzicie, że pracuję?
Miarowo stukał kluczem w coś, co chyba kiedyś było gaźnikiem.
- Mamy sprawę. Ważną - powiedziała Luca, podchodząc bliżej.
- Ważniejszą niż zapłon w tym cudzie? - mruknął. - Zapłon mi przerywa. Iskra ginie. Jak w tym kraju.
Podszedł do stołu, przetarł ręce w szmatę, która była czarniejsza niż jego kombinezon, i odpalił "Sporta". Dopiero teraz na nas spojrzał. Twarz miał umazaną smarem, a oczy czerwone od niewyspania albo wódki.
- No. Słucham. Tylko szybko, bo mi silnik ostygnie.
- Byliśmy u Ewy i u Marka - zaczęła Luca.
Darek parsknął.
- U tej histeryczki i u tego panikarza? Gratuluję. Jeszcze wam tylko brakuje wizyty u proboszcza.
- Gadaliśmy o Adamie.
Darek zaciągnął się głęboko. Dym buchnął mu z nosa.
- Dajcie spokój, dziewczyny. Naprawdę. - Głos miał zmęczony. - To był wypadek.
- Nie wyglądał na wypadek - upierała się Luca.
- A na co? Na spisek CIA? - Darek zgasił papierosa na podłodze. - Adam był pijany. Ja byłem pijany. Wy byłyście pijane. Wszyscy byliśmy zalani w trupa tym specjałem, co pachniał zmywaczem do paznokci. Facet poszedł się przewietrzyć, przewrócił się i utopił. Koniec tematu.
Był tak rzeczowy. Tak cholernie praktyczny. Zimny, jak ten siny trup Adama.
- Darek, on leżał w wodzie po kostki - szepnęłam.
- Jak się ma trzy promile, można się utopić w łyżce wody - odparł, powtarzając słowo w słowo grubego prokuratora. - To biologia, czy inna chemia. Ja się znam na kluczach i smarze, nie na takich sprawach. A teraz wybaczcie, robota czeka.
Odwrócił się i znowu wsadził głowę pod maskę "Malucha". Sprawa zamknięta. Dla niego to było tak proste, jak wymiana świecy. Zepsute. Naprawić. Nie da się naprawić? Wyrzucić. Adam się zepsuł. Koniec.
Patrzyłam na Lucę. Czekałam.
Luca podeszła do stołu warsztatowego. Wzięła do ręki ciężki klucz francuski i zaczęła się nim bawić, podrzucając go w dłoni. Smar z klucza brudził jej palce.
- A co z wiosłem, Darek? - zapytała cicho.
Darek zamarł. Jego plecy w niebieskim kombinezonie znieruchomiały. Przez chwilę słychać było tylko kapanie wody i Papa Dance.
Powoli się wyprostował. Bardzo powoli. Odwrócił się w naszą stronę. Twarz miał dziwnie pustą.
- Jakie wiosło?
- To, którego "nie mogłeś znaleźć" tamtego ranka. - Luca położyła klucz na stole. Rozległ się głośny, metaliczny brzęk. - Pamiętasz? Była łódka, ale nie było wioseł. Krzyczałeś, że ktoś ukradł. A potem, jak już było po wszystkim, jak milicja spisała protokół... wiosło magicznie się znalazło. Oparte o sosnę. Sto metrów od obozowiska.
Darek patrzył na nią. Już nie był taki rzeczowy. Przejechał brudną dłonią po twarzy, rozmazując smar.
- No... Znalazło się. To co?
- To co? - Luca podeszła do niego. - To co, że Adam miał na karku ślad, jakby dostał tym wiosłem.
Oczy Darka zwęziły się.
- Nic nie widziałyście. Ciemno było. Mgła.
- Widziałam na zdjęciach. - Luca była bezlitosna. - Więc powiedz mi, Darek. Dlaczego schowałeś to wiosło?
Cisza. Darek przeniósł wzrok ze mnie na Lucę, potem na zardzewiałego "Malucha". Wyglądał jak zwierzę w potrzasku.
Zaczął się nerwowo śmiać. To był suchy, nieprzyjemny chichot.
- Schowałem? Ja? Zwariowałaś.
- To gdzie było?
- A... to. - Podrapał się po karku. - To... ja je wziąłem.
- Ty?
- No. Rano. Przed... przed wszystkim.
- Co robiłeś z wiosłem o piątej rano? - zapytałam.
- No... - Darek nagle spuścił wzrok i zaczął kopać butem w tłustą podłogę. Zaczynał się jąkać. - Ja... popływać chciałem.
Zatkało mnie. Lucę też.
- Popływać? - powtórzyła Luca niedowierzającym tonem.
- No. Żeby... żeby wytrzeźwieć. - Mówił to coraz szybciej, jakby sam próbował uwierzyć w tę historię. - Wypiłem za dużo. Mówię, wezmę łódkę, popłynę na środek jeziora, to mi łeb przewietrzy. Wziąłem wiosło, ale... ale mgła była. I... i mi wypadło. Tak. Wypadło mi z ręki gdzieś w krzakach. I nie mogłem znaleźć. Wszędzie szukałem! Ciemno było, nic nie widziałem! A potem... potem jak się... no wiesz... jak się to stało, to się przestraszyłem. Że milicja pomyśli, że to ja. No bo wiosła nie ma. Bo ja je zgubiłem! To... to potem poszukałem, znalazłem i odłożyłem. Żeby nie było.
Stał i patrzył na nas z miną dziecka przyłapanego na kradzieży cukierka. Był tak żałosnym kłamcą, że aż zrobiło mi się go szkoda.
Luca podeszła do niego na odległość jednego kroku. Była niższa, ale patrzyła na niego z góry.
- Darek - powiedziała lodowatym tonem. - Ty nawet nie umiesz pływać.
Twarz Darka rozpadła się. Cała ta jego "praktyczność" i "rzeczowość" wyparowały. Został tylko przerażony chłopak w brudnym kombinezonie.
- Ja... ale...
- Pamiętam ze szkoły, na basenie siedziałeś na brzegu i mówiłeś, że masz uczulenie na chlor. W zeszłym roku nad morzem nie wszedłeś dalej niż po kolana. Nie umiesz pływać, Darek.
- Dajcie mi spokój! - ryknął nagle. Głos mu się załamał. Cofnął się o krok i uderzył pięścią w maskę "Malucha". Rozległ się głuchy brzęk. - Dajcie mi, do diabła, spokój!
Złapał za klucz, ten sam, którym bawiła się Luca.
- Wynocha! - wrzasnął, podnosząc go. - Obie! Wynocha stąd!
Nie groził nam. On nas błagał.
- To był wypadek! - krzyczał, a w jego oczach pojawiły się łzy. Tłuste, brudne łzy, które mieszały się ze smarem na jego policzkach. - Prokurator powiedział! Wypadek! Koniec tematu! Nie grzebcie w tym! Po co w tym grzebiecie?! Zostawcie to! Nic nie widziałem! Nic nie wiem! Wynocha!
Cofnęłyśmy się do drzwi. Luca była blada, ale zdeterminowana. Ja miałam serce w gardle. Darek stał oparty o swojego trupa na kółkach, dysząc ciężko i ściskając w dłoni klucz.