Zagadka. Księga druga Pellinoru - Alison Croggon

Reflow text when sidebars are open.
Zagadka to ciąg dalszy tłumaczenia Naraudh Lar-Chanë (Zagadki Drzewnej Pieśni), które rozpoczęłam dwiema pierwszymi księgami owej klasycznej romantycznej opowieści, wydanymi dwa lata temu pod tytułem Dar. Reakcja na Dar okazała się niezwykle zachęcająca i potwierdziła moje przeczucie, że to wybitne dzieło literatury annaryjskiej zasługuje na przedstawienie szerszemu gronu czytelników. Przemawia do ludzi współczesnych równie mocno jak do bezimiennych Annaryjczyków, obecnie zaginionych w mroku czasów, dla których pierwotnie powstało.
W Darze poznaliśmy Maerad z Pellinoru i Cadvana z Lirigonu, dowiedzieliśmy się też o przeznaczeniu Maerad jako Jedynej i jej niezwykłym pochodzeniu z rodu Żywiołowców, a także o tym, jak w pełni odkryła swój dar bardki.
Zagadka podejmuje opis wydarzeń po zakończeniu Daru i na mrocznym tle nadciągającej Wojny Drzewnej Pieśni przedstawia nam drugi etap wyprawy Maerad, dotyczący zagadki Drzewnej Pieśni.
W Zagadce po raz pierwszy akcja przenosi się poza granice Annaru i poznajemy lepiej bogactwo kulturowe Edil-Amarandhu. Do celów przekładu potraktowałam annaryjski język oryginału jako odpowiednik angielskiego. Zazwyczaj tłumaczę go na angielski, inne języki jednak pozostawiłam nietknięte, choć mam nadzieję, iż ich znaczenie jasno wynika z kontekstu.
Zagadka obejmuje księgi od trzeciej do szóstej Naraudh Lar-Chanë. Zachowałam ogólną strukturę opowieści, choć podczas przekładu na współczesną angielszczyznę uznałam za konieczne wprowadzenie pewnych zmian: podział na księgi tłumaczenia nie odpowiada podziałowi tekstu pierwotnego, a niektóre fragmenty zostały nieco przestawione bądź wydłużone. Na swą obronę mogę tylko powiedzieć, iż niczego nie usunęłam i niewiele dodałam, dokonując jedynie zmian, które w swej ograniczonej wiedzy uznałam za konieczne, by historia nabrała tempa i napięcia, jakimi wyróżniała się w czasach swego powstania. Mam nadzieję, że wynik mojej pracy nie zawiedzie oczekiwań czytelników. Jeżeli kogoś interesują jednak złożona struktura i tropy oryginału, o ile mi wiadomo, meksykański University of Querétaro, jedna z głównych uczelni zajmująca się tą fascynującą dziedziną, rozpoczął olbrzymią pracę nad przygotowaniem pełnego opracowania annaryjskiej wersji Naraudh Lar-Chanë. Niestety będziemy musieli nieco poczekać na zakończenie tego olbrzymiego projektu, lecz podobna inwestycja czasu i wysiłku najlepiej dowodzi, jak głębokim zainteresowaniem cieszy się obecnie ta tematyka.
W całej Zagadce dla wygody używam wywodzącego się z Mowy słowa Dhillarearën na określenie "nazwanych bardów dysponujących Darem", którzy nie przeszli treningu w szkołach Annaru, słowo "bard" zachowując wyłącznie dla bardów ze szkół. Czytelnicy znający zwyczaje annaryjskie wiedzą, że ludzi urodzonych ze znajomością Mowy, którzy nie zyskali swego prawdziwego tajemnego imienia barda i nie byli w stanie osiągnąć pełni Daru, uważano wówczas za nieszczęśników, czasami także niebezpiecznych. Jednakże w kulturach poza Annarem żyło wielu Dhillarearën, którzy odnaleźli prawdziwe imiona innymi metodami i dzięki temu zdołali uzyskać pełnię mocy. Ich kodeks moralny i tradycje kulturowe często bardzo różniły się od tych wywodzących się z annaryjskich tradycji Równowagi oraz Trzech Sztuk. Warto zatem odróżnić ich od siebie.
Tak jak poprzednio, umieściłam na końcu książki dodatki z informacjami na temat kultur Edil-Amarandhu, zaczerpniętymi z wciąż trwających przekładów Pism annaryjskich po ich słynnym odkryciu w Maroku w 1991 roku. Od tej pory studia annaryjskie rozwijają się w zadziwiającym tempie i obecnie obejmują już niemal wszystkie dziedziny akademickie. Sama obserwacja najnowszych odkryć to już ogromna praca i choć dołożyłam wszelkich starań, by informacje zawarte w dodatkach były jak najbardziej aktualne, z góry przepraszam za wszelkie nieścisłości, które mogły wyniknąć z nieświadomego przeoczenia ważnego nowego odkrycia. Dla amatora jednak podstawowym i ostatecznym źródłem traktującym o historycznym tle, na jakim rozgrywa się Naraudh Lar-Chanë, pozostaje Wiedza bez kategorii: trzy sztuki Gwiezdnych Ludzi Claudii J. Armstrong i autorytatywna L'Histoire de l'Arbre-chant d'Annar autorstwa Christiane Armongath.
Jak zawsze podobne dzieło translatorskie wiele zawdzięcza wkładowi innych, z których nie wszystkich mogę tu wymienić. Nade wszystko pragnę podziękować mojemu mężowi Danielowi Keene, który ponownie zaoferował mi swe zdolności korektorskie i z cierpliwością i humorem znosił niezliczone niedogodności życia z tłumaczką zaabsorbowaną w pełni tak długofalowym projektem. Moje dzieci, Joshua, Zoe i Ben, wykazały się podobną cierpliwością. Na podziękowania zasłużyli również Richard, Jan, Nicholas i Veryan Croggon, którzy z uwagą i entuzjazmem zapoznali się z pierwszymi wersjami przekładu i których słowa zachęty wiele dla mnie znaczyły. Dziękuję też Suzanne Wilson i Chrisowi Kloet za ich doskonałe porady dotyczące wszelkich aspektów tekstu. I w końcu chciałabym przekazać wyrazy wdzięczności profesorowi Patrickowi Insole z Wydziału Języków Starożytnych University of Leeds, który niezwykle szczodrze dzielił się ze mną swą wiedzą na temat Drzewnej Pieśni i pozwolił szlachetnie wykorzystać fragmenty swej monografii na ten temat w dodatkach.
Alison Croggon Melbourne, Australia, 2004
Maerad była istotą w górnych obszarach powietrza, wolną i bezcielesną, pozbawioną jaźni, pamięci i imienia. Zafascynowana spoglądała na rozciągający się w dole krajobraz. Przez długi czas nie rozpoznawała w nim nawet ziemi; według niej wyglądał niczym niezwykły, niesamowity malunek. Jak daleko sięgała wzrokiem, rozciągała się olbrzymia czerwona równina, pokryta zmarszczkami niczym piasek pod wodą, powoli jednak docierało do niej, iż zmarszczki te muszą być niewiarygodnie wielkie. Unosiła się bardzo wysoko i sięgała wzrokiem daleko. Nie dostrzegała żadnych chmur, jedynie maleńki cień płynący po ziemi, i po jakimś czasie uświadomiła sobie, iż należy on do niej. Miała wrażenie, że zmierza w wybranym kierunku do jakiegoś celu, nie potrafiła jednak przypomnieć sobie, co to za cel.
Po pewnym czasie krajobraz uległ zmianie: czerwone zmarszczki dotarły do pasma fioletowych skał i zniknęły, a ona przefruwała nad górami, których cienie ciągnęły się za nimi, długie i ostre. Po drugiej stronie górskiego pasma ujrzała ślady przypominające rzeki, jaśniejsze żyłki rozchodzące się delikatnymi wachlarzami, nie dostrzegła w nich jednak ani śladu wody. Kolory ziemi zmieniły się: subtelne odcienie fioletu i przygaszonej zieleni świadczyły o istnieniu roślinności. Daleko przed sobą widziała biel, która zdawała się skupiać w sobie światło: wyglądała niczym jezioro. Ale jezioro soli - pomyślała ze zdumieniem Maerad - nie wody...
I wtedy wszystko się zmieniło. Nie płynęła już po niebie, lecz stała, jak się zdawało, na szczycie wysokiego pasma nagich skał, które opadały spod jej stóp pionową ścianą. Przed sobą miała rozległą równinę, ciągnącą się aż po horyzont. Grunt nadal miał osobliwą, czerwonopomarańczową barwę, ale nie przypominał krainy, nad którą leciała: wydawał się wymieciony, zatruty, choć nie potrafiła stwierdzić jak. A na całej równinie, jak okiem sięgnąć, ciągnęły się niezliczone rzędy namiotów, wśród których od czasu do czasu pojawiały się puste przestrzenie: olbrzymie rzesze postaci odbywały tam jakieś ćwiczenia. Czerwone słońce posyłało niskie, niemal poziome promienie nad równinę, pokrywając ziemię czarnymi cieniami namiotów. Z jakichś powodów postaci nie wydawały się ludzkie: maszerowały w osobliwym, niezmiennym rytmie, który mroził jej serce.
Maerad nigdy wcześniej nie widziała armii i widok ten nią wstrząsnął. Tak wiele tysięcy, niezliczone tysiące żołnierzy, anonimowych jak mrówki, zebranych razem w tylko jednym celu: aby ranić i zabijać. Odwróciła się, nagle ogarnięta mdlącą grozą, i ujrzała za sobą, po drugiej stronie pasma, nagie białe pustkowie. Promienie słońca odbijały się od niego, raniąc jej oczy boleśnie, jakby ktoś pchnął ją nożem. Maerad krzyknęła, przyciskając dłonie do twarzy, zachwiała się i upadła. Jej ciało, obecnie ciężkie, namacalne, zaczęło spadać ze złowieszczą powolnością snu: w dół, w dół, w dół, ku czekającym okrutnym zębom skał.
Obróciła się, głośno chwytając powietrze, i usiadła gwałtownie. Okazało się to niezbyt mądre, bo spała w hamaku rozwieszonym pod pokładem niewielkiego rybackiego kutra zwanego Biała Sowa. Hamak zachybotał się niebezpiecznie w nieprzeniknionej ciemności, a potem zrzucił na ziemię wymachującą rozpaczliwie rękami Maerad. Wciąż uwięziona we śnie krzyknęła, wyciągając przed siebie ręce, by złagodzić upadek, i uderzyła w deski poszycia.
Leżała tam zdyszana, a tymczasem klapa nad jej głową otwarła się gwałtownie i ktoś zbiegł po stopniach. Maerad widziała jego sylwetkę na tle gwieździstego nieba, a potem w ciemności zapłonął łagodny blask oświetlający wysokiego, ciemnowłosego mężczyznę, który kołysał się zręcznie w rytm poruszeń łodzi.
- Maerad? Nic ci nie jest?
Usiadła, pocierając dłonią głowę.
- Cadvan - rzekła z ulgą. - Och, miałam straszny sen. Przepraszam, czyżbym krzyknęła?
- Krzyknęłaś? To brzmiało, jakby dopadł cię co najmniej Próżny.
Maerad zdołała uśmiechnąć się słabo.
- Nie ma tu Próżnych - rzekła. - A przynajmniej jeszcze nie.
Cadvan pomógł jej wstać i Maerad dotarła chwiejnie do ławki stojącej pod ścianą ciasnej kajuty. Usiadła. Ręce wciąż jej drżały.
- Złe sny? - Cadvan przyglądał się jej czujnie. - Po tym, co przeszliśmy, nic dziwnego, że dręczą cię koszmary.
Maerad wyczuła niewypowiedziane pytanie.
- Myślę, że to był przedsen - odgarnęła włosy z oczu - ale nie rozumiem o czym. Był okropny.
Według doświadczenia Maerad przedsny zawsze zaliczały się do kategorii okropnych.
- No to opowiedz.
Cadvan usiadł obok.
Maerad, zacinając się, opisała mu sen. Ujęty w słowa nie brzmiał tak strasznie; najgorsze w nim było poczucie rozpaczy i grozy, które budził. Cadvan słuchał z powagą, nie przerywając. Gdy skończyła, przez chwilę milczał.
- To, co opisujesz, wygląda mi na pustynię na południe od Dén Ravenu - oznajmił. - Być może twoja senna postać stała na szczytach Kulkilhirienu, Gór Okrutnych nad Równinami Pyłu, gdzie ponoć Bezimienny zgromadził swe siły w czasach przed Wielką Ciszą.
- Może zatem to wizja przeszłości? - Maerad spojrzała prosząco na Cadvana, który nie odwrócił wzroku.
- Możliwe, iż śniłaś o przeszłości. Przedsny przychodzą do nas spoza Bram, gdzie czas nie płynie tak jak tu, na ziemi. Uważam jednak za bardziej prawdopodobne, że ujrzałaś armie Mroku w chwili obecnej, zbierające się na południu, by przypuścić atak na Turbansk.
Maerad sapnęła głośno. Pomyślała o swym bracie Hemie, obecnie zmierzającym do Turbanska wraz z ich przyjacielem Salimanem.
- Mam nadzieję, że chodziło o coś innego - powiedziała. - To, co widziałam, było złe. Ci żołnierze wyglądali... nie przypominali istot ludzkich.
- To zapewne psiwoje - rzekł Cadvan. - Istoty nie zrodzone z innych, lecz stworzone z metalu i ciała złowieszczą sztuką w potężnych zbrojowniach Dén Ravenu. Obdarzono ich osobliwą parodią życia, tak że zdają się dysponować własną wolą i rozumem.
Serce Maerad ścisnęło się z lęku o brata: tak młodego, zranionego, tak późno odnalezionego i znów utraconego. Przez sekundę widziała przed sobą wyraźnie jego twarz, na której pod maską arogancji, psotliwości i wrażliwości kryła się gorzka samotność. Maerad nie rozumiała jej, lecz owa samotność budziła przejmującą litość w jej sercu.
Najdziwniejszym zrządzeniem losu - choć Cadvan twierdził, że to nie przypadek - odnalazła Hema w samym sercu głuszy. Od dawna sądziła, że nie żyje, zamordowany w dzieciństwie podczas zniszczenia Pellinoru. Teraz był chudym dwunastolatkiem, ciemnoskórym jak ich ojciec, w odróżnieniu od Maerad, która cerę miała jasną; oboje natomiast odziedziczyli po rodzicach ciemne włosy i intensywnie niebieskie oczy.
Czuła więź łączącą ją z Hemem, nim jeszcze odkryła, kim jest. Przez większość swych szesnastu lat Maerad była nieznośnie samotna i gdy odnalazła Hema - milczącego, przerażonego i jeszcze bardziej nieszczęśliwego niż ona sama - jej wygłodniała dusza rozkwitła ku niemu: Maerad kochała go szaleńczo, opiekuńczo, całym sercem. Myśl o oglądanej we śnie armii maszerującej na Turbansk, ku jej bratu, przepełniła ją rozpaczą.
Cadvan wyrwał ją z ponurego zamyślenia, podając brązową zakorkowaną butelkę i szklankę z szafki obok.
- Napij się - polecił.
Był to mocny trunek, warzony po to, by przeganiać chłód zimnych morskich nocy. Maerad przełknęła go z wdzięcznością, czując, jak wypala sobie drogę w jej wnętrznościach. Zakasłała, a potem usiadła prosto. Powoli wracały jej siły.
- Jeśli sen mówił prawdę, to bardzo wielka armia - powiedziała w końcu. - Turbanskowi grozi ogromne niebezpieczeństwo.
- Złe to wieści, i nie tylko dla Turbanska - odparł Cadvan. - Lecz nawet ta olbrzymia armia to zaledwie pionek w wielkiej rozgrywce, którą rozpoczyna właśnie Bezimienny. A ty, Maerad, jesteś dla niego równie ważna jak owe wojska. Może nawet bardziej. Wszystko kręci się wokół ciebie.
Maerad pochyliła głowę, bezgranicznie przytłoczona słowami Cadvana. Wokół mnie? - pomyślała z goryczą. A jednak wiedziała, że to prawda. Splotła dłonie, by powstrzymać ich drżenie, i zerknęła na zafrasowanego towarzysza siedzącego obok, pogrążonego w myślach.
Nagle przypomniała sobie wyraźnie ich pierwsze spotkanie. Choć upłynęły od niego zaledwie trzy miesiące, Maerad zdawało się, że to całe życie. Doiła właśnie krowę w Gilmanowym Siole, ponurej osadzie na północy, gdzie niemal całe krótkie życie była niewolnicą. On stanął przed nią w milczeniu, zdumiony i zaniepokojony tym, że zdołała przeniknąć wzrokiem urok niewidzialności.
Był to ranek jak wiele innych, wyróżniający się tylko tym, iż na ten dzień przypadało przesilenie, gdy zima przynajmniej teoretycznie zaczyna wycofywać się z gór. Wówczas, jak teraz, twarz Cadvana miała mroczny wyraz wyczerpania i niepokoju, a także - jak pomyślała Maerad - nieokreślonego smutku. Wbrew wszystkiemu - temu, że był obcy, strachowi przed mężczyznami wynikającemu z lat pełnego przemocy życia w Siole - natychmiast mu zaufała. Wciąż tak naprawdę nie wiedziała dlaczego; uczucie to sięgało głębiej niż słowa.
To Cadvan powiedział jej, kim jest, i to on pomógł odtworzyć przynajmniej część historii rodziny. Maerad jako bardzo małe dziecko została schwytana wraz z matką Milaną i sprzedana po splądrowaniu Pellinoru, szkoły, w której przyszła na świat. To Cadvan pomógł jej uciec ze strasznej niewoli, to on powiedział jej o Darze i otworzył przed nią świat bardów. Zabrał ją do szkoły Innailu i po raz pierwszy w świadomym życiu znalazła miejsce, w którym poczuła się jak w domu. Z nagłym bolesnym uciskiem w gardle pomyślała o Silvii, która w owym krótkim czasie stała się dla niej niemal matką, a potem o Dernhilu, który ją kochał. Mimo tej miłości odrzuciła go, a kiedy zginął z rąk Próżnych - czarnych bardów służących Bezimiennemu - opłakiwała zarówno jego nieobecność, jak i utraconą szansę, która nigdy się już nie spełni.
Pożałowała gwałtownie, że nie mogła zostać w Innailu - "kochana, jak na to zasługujesz", jak powiedział Dernhil - żyjąc spokojnie i ucząc się bardowskich sztuk Czytania, Opieki i Tworzenia. Najbardziej na świecie chciała poznać pisma Annaru i odszyfrować niewiarygodne bogactwa poezji, historii i myśli, studiować naukę o ziołach, uzdrawianiu i życiu zwierząt, obserwować przemiany pór roku i podtrzymywać Wiedzę o Świetle, jak to czynili bardowie od stuleci. Zamiast tego tkwiła na niewielkiej łodzi pośrodku mrocznego morza, setki staj od gościnnej przystani Innailu, umykając z ciemności w ciemność, bardziej niż kiedykolwiek niepewna własnej przyszłości.
To niesprawiedliwe. Całej jej życie od chwili opuszczenia Gilmanowego Sioła przepełniało odkrywanie tego, co kochała, i niemal natychmiastowa tego utrata. Ścigani przez Mrok wraz z Cadvanem umknęli z Innailu, zmierzając do Norlochu, głównego ośrodka Światła w Annarze. Podczas podróży przez Annar Maerad w końcu odnalazła w sobie Mowę, rodzimy język bardów, i poznała pełnię swych mocy. Jej zdolności okazały się znacznie większe niż zwykłego barda: unicestwiła upiora, złowieszczego ducha martwego króla z czasów Wielkiej Ciszy, co wykraczało poza umiejętności nawet najpotężniejszych bardów. Odkryła, iż częściowo zawdzięcza tę moc płynącej w żyłach krwi Żywiołowców, jej przodków Elidhu wywodzących się od Ardiny, królowej złotej krainy Rachidy, ukrytej w samym sercu Wielkiej Puszczy. Nadal jednak nie potrafiła zapanować nad mocą swego Daru.
A gdy w końcu dotarli do Norlochu...
Maerad wzdrygnęła się na myśl o płonącej cytadeli, którą opuścili zaledwie dwa dni wcześniej. To właśnie w Norlochu spotkała Nelaca, dawnego nauczyciela Cadvana, człowieka mądrego i łagodnego, który mianował ją pełną bardką Białego Płomienia. Podczas owej prostej ceremonii poznała swe bardowskie imię, tajemne miano stanowiące aspekt jej najgłębszej jaźni. Potwierdziło ono, że - jak podejrzewał Cadvan - była Jedyną, która wedle przepowiedni ma doprowadzić do upadku Bezimiennego w szczycie jego potęgi. Elednor Edil-Amarandhna - słowa gwiezdnej mowy zabrzmiały echem w jej umyśle, niosąc z sobą zimną, nieludzko piękną muzykę. A jednak mimo swej wrodzonej potęgi Maerad była zaledwie młodą dziewczyną, niewyszkoloną i wrażliwą: nie miała pojęcia, jak mogłaby pokonać Bezimiennego, i była przekonana, iż poniesie klęskę. Cadvan powtarzał wielokrotnie, iż proroctwa często okazują się zwodnicze; przepowiedziano jej narodziny, lecz nie wybory, których dokona, a właśnie poprzez owe wybory dopełni się jej los.
I to w Norlochu po raz ostatni widziała swego brata. Utrata Hema wydała jej się najokrutniejsza ze wszystkiego. Odnalazła w nim brakującą część siebie i kolejne rozstanie przywołało na nowo dawną rozpacz, wzmocnioną jeszcze nowymi obawami. Gdy uciekali z Norlochu, bezpieczniej było się rozdzielić: ścieżka Cadvana i Maerad biegła na północ, a Saliman zabrał Hema na południe, do swej ojczyzny, Turbanska, gdzie jej brat miał nauczyć się zwyczajów bardów. Jednak nawet jeśli Turbansk nie upadnie, nawet jeśli Hem przeżyje nadciągającą wojnę, nie było pewności, że ona sama dożyje dnia kolejnego spotkania. Ścigał ją Mrok, a teraz zapewne i Światło: bardowie z Norlochu bez wątpienia wyznaczyli cenę na głowy ich obojga. Enkir, Pierwszy Bard, być może zginął w bitwie, która rozpętała się podczas ich ucieczki; Maerad całym sercem pragnęła, by nie żył.
Nieświadomie wygięła usta. Dziesięć lat temu to Enkir sprzedał ją wraz z matką Milaną w niewolę. Zdradził szkołę Pellinoru; to przez niego strawił ją ogień, a mieszkańców zabito bezlitośnie. Mądrość Pellinoru przepadła na wieki, jego piękno na zawsze zgasło. Z powodu Enkira Maerad oglądała ginącego ojca i matkę pozbawioną mocy, więdnącą powoli w Gilmanowym Siole. Enkir jednak był przebiegły i niewielu wiedziało o jego zdradzie bądź podejrzewało go o nią. Był Pierwszym Bardem Norlochu, najważniejszym w całym Annarze. Któż zatem, nie dysponując wiedzą Maerad, uwierzyłby, iż ktoś taki mógł okazać się zdrajcą? I któż zaufałby słowu młodej, niewyszkolonej dziewczyny, mającej przeciw sobie Pierwszego Barda?
Dwa dni temu uciekli z Norlochu, uratowani przez Owana d'Aroki, na niewielkim rybackim kutrze. Niepostrzeżenie wypłynęli z portu, a tymczasem wyniosłe wieże cytadeli waliły się w płomieniach, a na nabrzeżu toczyła się zacięta bitwa. Teraz zmierzali na północny zachód, niesieni magicznym wiatrem, mknąc chyżo po falach. Bezkresna pustka morza w znacznym stopniu pozwoliła Maerad oczyścić umysł, choć dziewczyna odkryła, że ciężko jej się sypia na łodzi, dolegały jej też nawracające ataki choroby morskiej. Na razie jednak panowała piękna pogoda, a Owan twierdził, że za kolejne dwa dni dotrą do Busku, głównego miasta wyspy Thorold.
Być może na końcu tej krótkiej, niewygodnej podróży zdołają odpocząć. Łaknęła odpoczynku, tak jak spragniony człowiek łaknie wody: każda cząstka jej istnienia domagała się go. Lecz w głębi duszy Maerad wiedziała, że nawet jeśli odnajdą bezpieczną przystań, to najwyżej tymczasowo: nigdzie nie było bezpiecznie. A ponad wszystko czuła potrzebę odnalezienia Drzewnej Pieśni, choć nikt tak naprawdę nie wiedział, co to jest.
"Drzewna Pieśń to starożytne określenie Mowy - powiedział Nelac w Norlochu. - Oznacza coś, co wykracza poza słowa. A także pieśń, ponoć napisaną, gdy bardowie pierwszy raz zjawili się w Annarze, w której zawarto tajemnicę Mowy, od dawna zaginioną. Nawet w pierwszych dniach po Ciszy, kiedy bardowie zaczęli odnajdywać sporo z tego, co wcześniej zniknęło, wielu twierdziło, że nigdy nie istniała".
Maerad miała wrażenie, że wyruszyła na poszukiwanie promieni księżyca.
Wszystkie te myśli przemknęły przez jej głowę szybciej, niż zdołałaby je wypowiedzieć. Westchnęła ciężko i na ów dźwięk Cadvan obrócił się i spojrzał na nią; jego oczy pojaśniały, znów skupiając się na chwili obecnej. Na lewym policzku i wokół oka wciąż widniały zakrzywione ślady trzech okrutnych uderzeń bata, pozostałości po bitwie z upiorem. Rany nadal pokrywały maleńkie krzyżyki szwów i kiedy Cadvan się uśmiechał, jak teraz, krzywił się lekko.
- No cóż, Maerad - powiedział łagodnie - chyba powinnaś spróbować znów zasnąć. Do ranka jeszcze daleko, a nas czekają całe dni żeglugi.
- Zupełnie jakbym się na niej znała - mruknęła. - Wiesz, że jedynie ci przeszkadzam. Ale może mogłabym zająć się obserwacją.
- Potrzebna nam czujka. - Cadvan pokiwał głową. - Powiadam ci: żegluga w zaledwie dwie osoby jest bardzo męcząca. Im szybciej dotrzemy do Busku, tym szybciej odpoczniemy.
Następnego dnia słońce wzeszło na bezchmurnym błękitnym niebie. Owan uroczyście wyraził zadowolenie z pogody i orzekł, że pokonali już sporą część drogi na wyspę Thorold.
Ze swoją oliwkową cerą, żywą twarzą i szarymi oczami kapitan wyglądał jak typowy Thoroldczyk, w odróżnieniu jednak od gadatliwych wyspiarzy charakteryzował się nietypową oszczędnością w słowach, choć możliwe, iż wynikało to ze znużenia. Obaj z Cadvanem poszarzali ze zmęczenia. Biała Sowa była dumą Owana: choć skromna i niewielka, stanowiła przepiękny okaz kutra, w którym każdą deskę i belkę ułożono z miłością. Podczas budowy każdą jego część nasycono urokami chroniącymi przed uszkodzeniem i odpędzającymi wrogie stwory z głębin, a także zaklęciem sterującym, by w pewnych okolicznościach mógł płynąć sam. Niestety, przy porywistym wietrze przywołanym przez Cadvana byłoby to zbyt niebezpieczne, toteż Owan i bard na zmianę dzierżyli ster. Gdy Cadvan był zbyt zmęczony, by podtrzymywać wiatr, Biała Sowa płynęła dalej niesiona mocą naturalnej pogody, bard jednak sypiał najwyżej godzinę, dwie naraz. Maerad już wcześniej zdumiewała jego wytrzymałość, lecz teraz upór Cadvana zaimponował jej na nowo: choć twarz miał wychudzoną, a minę ponurą, poruszał się żwawo jak człek wypoczęty.
Siedziała na dziobie, starając się nie przeszkadzać. Wciąż niepokoiły ją niewielkie rozmiary łodzi, zaledwie drobinki pośród ogromu oceanu. Dręczyła ją też choroba morska. Cadvan zdołał nieco złagodzić jej objawy, był jednak tak zajęty, iż Maerad nie chciała zawracać mu głowy i postanowiła cierpieć w milczeniu, chyba że dolegliwości okażą się nieznośne. Przez ostatni dzień i noc nie zdołała niczego zjeść i od pustki w żołądku kręciło się jej w głowie.
Nie widziała przed sobą niczego prócz wody: wody, wody i jeszcze raz wody. Na północnym horyzoncie dostrzegła ciemnoniebieską smugę, która mogła być ziemią albo może ławicą chmur. Widok ten przerażał ją nieco: dzieciństwo spędziła w górach i nigdy nie przypuszczała, że gdzieś może istnieć tak nieograniczona przestrzeń. Biała Sowa kołysała się dziwnie w rytm powiewów wiatru, podskakując na szczytach fal, co pewnie tłumaczyło męczące ją mdłości. Maerad, nie myśląc o niczym, spoglądała na niekończące się, błękitnozielone grzbiety fal.
Późnym rankiem osiągnęła niemal trans, lecz po południu coś przyciągnęło jej uwagę. Z początku obserwowała to bezmyślnie: ciemny prąd przecinający większe wzniesienia fal, daleko poza śladem pozostawionym na powierzchni morza przez ich łódź. Na jej oczach ów prąd zdawał się przybliżać. Usiadła prosto i pochyliła się naprzód, mrużąc oczy. Trudno było mieć pewność, lecz wydał jej się wyraźny, odniosła też niepokojące wrażenie, iż podąża za nimi. Nawet z tak daleka miał w sobie coś przywodzącego na myśl gończego psa, który chwycił trop.
Zawołała Cadvana, który kiwnąwszy Owanowi głową, podszedł do niej. Bez słowa wskazała morze za rufą Białej Sowy, a on pochylił się naprzód, osłaniając dłonią oczy.
- Widzisz coś? - spytała.
Pokręcił głową.
- W wodzie jest coś jakby... ślad - rzekła. - Wydaje mi się, że podąża za nami. O tam, widzisz?
Cadvan w końcu dostrzegł obiekt jej zainteresowania i przyjrzał mu się krótko.
- Od dawna go obserwujesz? - spytał.
- Jakiś czas. Trudno stwierdzić z takiej odległości, ale mam wrażenie, że się zbliża.
Cadvan zawołał Owana. Kapitan przywiązał ster i podszedł do nich. Na widok ciemnej linii w wodzie jego twarz stężała.
- Wiesz, co to? - spytał bard.
- Nie - odparł Owan - ale mogę się domyślać. - Spojrzał na Cadvana. - Jeśli to to, co przypuszczam, lepiej byłoby to wyprzedzić. Jak sądzisz, mógłbyś wezwać silniejszy wiatr?
Cadvan skrzywił się, patrząc na żagle.
- Możliwe - mruknął. - Jak mocna jest Sowa, Owanie? Obawiam się, że przy bardzo porywistym wietrze może się rozpaść.
- Dostatecznie mocna - odrzekł krótko Owan i wrócił za ster.
Ramiona Cadvana opadły; bard westchnął ciężko, jakby szykował się w myślach do wysiłku przekraczającego jego siły. Wrócił na swe miejsce niedaleko dziobu i uniósł ręce, wymawiając słowa unoszone przez wiatr, tak że Maerad ich nie słyszała. Wiedziała, że towarzysz posługuje się Mową; poczuła na skórze dreszcz, reakcję na magię. Żagle natychmiast wypełnił nowy, silniejszy powiew i Biała Sowa pomknęła naprzód, niczym spięty do galopu koń, który wcześniej oszczędzał siły. Głowa Maerad poleciała do przodu; dziewczyna przytrzymała się ręką burty i znów spojrzała ponad falami na złowieszczy ślad w morzu.
Przez chwilę zdawało się, że zniknął, i odprężyła się, lecz wraz z nowymi poruszeniami łodzi mdłości powróciły, gorsze niż wcześniej. Walczyła z sobą, próbując odnaleźć w swoim ciele bezruch i spokój mogące zrównoważyć dolegliwości. Przez moment wydawało się, że się uda, kiedy jednak znów spojrzała na fale, mdłości powróciły trzykrotnie silniejsze. Cokolwiek to było, dorównywało im szybkością: mknęło teraz, przecinając ślad pozostawiony na powierzchni morza przez Białą Sowę. Za czarnym kształtem wynurzającym się z wody rozchodziły się dwa odkosy piany.
Krzyknęła głośno; Cadvan i Owan obejrzeli się. Kapitan wzruszył ramionami.
- Nie dasz rady wezwać więcej mocy? - spytał spokojnie Cadvana.
Ten pokręcił głową.
- Cóż... - Owan spojrzał ponad burtą i podrapał się po głowie. - Na pewno się nie mylimy. Choć nigdy nie widziałem tak szybkiego. I zachowuje się dziwnie jak na ondrila.
- Co to jest ondril? - Maerad starała się, by zabrzmiało to tak samo nonszalancko jak rozmowa tamtych dwóch. Równie dobrze mogli omawiać mały problem z wieczornym posiłkiem.
- Gatunek gada, wąż morski - wyjaśnił Cadvan. - To mi się nie podoba.
- Jeśli to ondril, jest naprawdę olbrzymi - dodał Owan. - Zwykle zostawiają rybackie kutry w spokoju, chyba że ma się tego pecha, by zapuścić się na ich wody. Lecz płyniemy tak szybko, że już dawno opuścilibyśmy jego terytorium. Zwykły ondril po prostu by zawrócił i zaniechał pościgu.
- Cuchnie mi to Enkirem - mruknął Cadvan.
- A zatem przeżył. Po tym, co widziałem w Norlochu, jestem w stanie uwierzyć we wszystko. Nie wiedziałem jednak, że Enkir to morski mag.
- Ma wiele twarzy i niemal wszystkie złe - odparł Cadvan. - Czerpie też z mocy wykraczającej dalece poza jego wrodzone zdolności. Myślę, że przywołał z cieni stwory z otchłani. Nie sądziłem, że zginął, a obecność potwora dowodzi, iż Enkir znowu działa przeciw nam.
- Co możemy zrobić? - Maerad wstała, nagle zniecierpliwiona.
- Będziemy musieli z nim walczyć - powiedział Cadvan. - Bez wątpienia podąża naszym tropem. I nie zdołamy go przegonić.
Obejrzała się. Stwór, czymkolwiek był, doganiał ich szybko. Jego głowa, jedyna widoczna część ciała, przypominała masywny czarny klin rozdzierający wodę niczym grot włóczni; nawet z tej odległości wydawała się niewyobrażalnie wielka. Na myśl o czekającym ich ataku na pokładzie kruchej łódeczki pośrodku wielkiej wodnej pustyni żołądek Maerad zacisnął się ze zgrozy.
- Na twoim miejscu uwolniłbym wiatr, Cadvanie. - Owan pierwszy przerwał napiętą ciszę. - Nie ma sensu niepotrzebnie marnować siły.
- To prawda, nie chcemy przecież, by kąsał nas po ogonie - odparł bard.
Żagle natychmiast opadły i Biała Sowa zwolniła, a potem niemal się zatrzymała. Bez magicznego wiatru jedynie lekka bryza marszczyła powierzchnię morza. Owan obrócił łódź; razem spojrzeli na stwora zmierzającego nieubłaganie w ich stronę.
- Myślisz, że mógłbyś popłynąć ku niemu? - spytał nagle Cadvan.
Kapitan przekrzywił głowę i zastanawiał się sekundę czy dwie.
- Owszem, z łatwością, jeśli tylko wypełnisz czymś żagle - rzekł. - Sądzisz, że to dobry pomysł?
- Ja tak nie uważam - zaprotestowała gwałtownie Maerad. - Myślę, że to szaleństwo.
- Być może zdołamy przejąć inicjatywę. - Cadvan spojrzał na nią i uśmiechnął się z nagłą słodyczą, która rozjaśniła i przeobraziła jego ponurą twarz. - No dalej, Maerad. Lepiej odrzucić strach, niż dać mu sobą kierować. Wiesz o tym.
Owszem - pomyślała z ironią - ale zmęczyło mnie udawanie odwagi, gdy w istocie jestem przerażona tak bardzo, że nie wiem, co robić. Przełknęła głośno ślinę, potem wstała i dobyła miecza. Cadvan skinął głową i uniósł ręce.
- Il sammachel Estarë de... Wzywam cię, wietrze z zachodu.
Dźwięk Mowy używanej w pełni mocy zawsze budził dreszcz w Maerad, zupełnie jakby wskoczyła w wody świeżego górskiego źródła z zarania świata. Na chwilę zapomniała o niebezpieczeństwie, czując jedynie nieodpartą moc rozkazu Cadvana. Odwróciła się ku niemu. Bard na moment zapłonął słabym srebrzystym światłem. Żagle wydęły się, Biała Sowa zatrzeszczała, pochylając się z wiatrem, i Owan skierował łódź samym środkiem jej śladu w stronę czarnego stwora, który mknął ku nim pośród fal. Od szybkości, z jaką pędzili ku sobie, zakręciło jej się w głowie.
Cadvan odwrócił się ku Maerad; jego włosy smagały mu twarz.
- Myślę, że stwór nie spodziewa się, że go zaatakujemy. - Dobył swego miecza Arnosta, który zapłonął jasnym ogniem. - Może zdołamy go zaskoczyć. Przywołaj swój Dar, Maerad.
Maerad uniosła Irigana, własny miecz; z jego rękojeści także trysnęło światło.
- Owanie, rzucę zaklęcie wiążące, byś nie został zmieciony z pokładu, jeśli potwór zderzy się z Sową - oznajmił Cadvan. - Utrzymuj kurs do ostatniej chwili, a potem skręć na północ, najostrzej jak potrafisz. My z Maerad zajmiemy się resztą.
Kapitan kiwnął głową z nieodgadnioną miną.
- Ty także użyj zaklęcia, Maerad - podjął Cadvan. - Bądź czujna. Wcześniej nie zetknąłem się z podobnym stworem. Oczy ma odsłonięte, najpierw uderz tam. Ponoć też pod pancerzem głowy można znaleźć wrażliwe miejsce, tam gdzie czaszka łączy się z szyją. Wypatruj go! I niechaj Światło nas strzeże!
Maerad przytaknęła gorączkowo, ściskając w dłoni miecz. Nie miała czasu, by się bać: potwór był tak blisko, że widziała jego głowę przecinającą fale niczym kosa, złowieszczy klin większy od ich łodzi, zielono-czarny, pokryty plamami żółtozielonych wodorostów i pasożytów. W ciemnej skórze tkwiło dwoje wielkich, jasnych, niemrugających oczu i szeroki pysk pozbawiony warg. Stwór cuchnął słoną stęchłą wodą. Gdy ich maleńka łódka zbliżyła się, otworzył paszczę, ukazując przerażający gąszcz zębów, niezliczone rzędy ostrych żółtawych kłów, jaskinię noży.
Maerad miała wrażenie, że wylądują prosto w owej mrocznej paszczy, gdzie zostaną rozszarpani na strzępy i zmiażdżeni. Przez jedną krytyczną sekundę była zbyt przerażona, by się poruszyć. Obok niej Cadvan pchnął gwałtownie mieczem: z klingi wystrzeliła błyskawica białego ognia i trafiła w potworną głowę. Maerad zobaczyła, jak jedno oko gaśnie niczym zdmuchnięta lampa, nagle zamglone chmurą czarnej krwi. A potem, w ostatnim momencie, żagiel przeleciał na drugą stronę i Biała Sowa przemknęła obok gigantycznej paszczy, która z hukiem zatrzasnęła się na pustce, zalewając ich morską wodą.
Łódź zakołysała się gwałtownie, lecz Cadvan pochylił się naprzód, unosząc miecz. Maerad, całkowicie skupiona, przebiegała wzrokiem bok stwora. Nagle ujrzała miejsce, w którym pancerz pokrywający czaszkę kończył się, pozostawiając niewielką szczelinę; prześwitywała przez nią ciemniejsza, bezłuska skóra. Nagle poczuła w sobie płomienną nienawiść: przypomniała sobie bezlitosne oczy Enkira, jego zimy głos skazujący ją na niewolę. Uderzyła klingą, jednocześnie wykrzykując słowa, które jakby z własnej woli pojawiły się w jej umyśle:
- Takarmernë, nachadam kul de! Bądź przeklęty, potworze z Mroku!
Z łodzi wytrysnęły dwie ogniste błyskawice: jedna zrykoszetowała na twardych łuskach długiego ciała stwora i zniknęła z sykiem wśród fal, lecz druga wbiła się głęboko w nieopancerzoną skórę. Morze zawrzało, gdy ondril szarpnął się gwałtownie i ryknął; Maerad poczuła, jak od owego ogłuszającego dźwięku jeżą się jej wszystkie włosy. Przez chwilę widziała jedynie kłęby białej piany. Usłyszała, jak Cadvan krzyczy: "Do tyłu!", w obawie że potwór ich trafi, a potem łódź poruszyła się, kierowana pewną ręką Owana.
Gdy Maerad znów zaczęła coś widzieć, znajdowali się w bezpiecznej odległości od ondrila. Po raz pierwszy przekonała się, jak wielki był ów stwór: miał grube, porośnięte łuskami ciało ciągnące się na setki piędzi, które teraz zwijało się i rozwijało w spazmach furii cierpienia, wyrzucając w górę gejzery piany. Po morzu rozlewał się czarny obłok krwi, docierający nawet do ich łodzi. Cadvan zawołał do Owana, by odpłynął jeszcze kawałek.
- Zabiliśmy go? - spytała Maerad.
- Poważnie wątpię - odparł Cadvan. - Być może zrezygnuje i wróci do nory lizać rany. Obawiam się jednak, iż nie możemy na to liczyć; sądzę, że jest bardziej prawdopodobne, iż teraz zaatakuje wściekły, łaknący zemsty. A jeśli zanurkuje i wyskoczy spod nas niespodziewanie, grozi nam prawdziwe niebezpieczeństwo. Uważam, że musimy przynajmniej go oślepić.
Odwrócił się do kapitana, który jedynie kiwnął głową.
- Najlepiej załatwić to szybko - orzekł - nim zorientuje się, gdzie jesteśmy.
- Obawiam się, że Sowa może tego nie znieść.
- Moja ślicznotka nie zatonie - oznajmił Owan pewnym siebie tonem. - Chyba że roztrzaska ją na kawałki.
Zaczął sterować w stronę oka wiru, gdzie ondril wciąż wzburzał toń oceanu.
Maerad nie podzielała pewności Owana, ale milczała. Odetchnęła głęboko, po czym zajęła miejsce u boku Cadvana na rufie łodzi, unosząc w gotowości klingę.
Gdy zbliżyli się do ondrila, łódź zaczęła podskakiwać szaleńczo i gdyby nie czar wiążący, z pewnością wylądowaliby w oceanie. Teraz znacznie trudniej przychodziło odnaleźć cel: widzieli przed sobą skłębiony chaos wody i łusek. Maerad nie rozumiała, jakim cudem udaje im się uniknąć strzaskania na kawałki, lecz w tym momencie strach nagle zniknął i zastąpiło go niezłomne zdecydowanie. Zmrużyła groźnie oczy, przebiegając wzrokiem powierzchnię morza.
Nagle, zaledwie dziesięć kroków od burty, z wody wynurzyła się głowa, wyrastając przed nimi i otwierając paszczę coraz szerzej i szerzej. Zdawało się, że czas zwolnił biegu i niemal się zatrzymał. Ondril wciąż unosił swe potworne cielsko, górując nad nimi. Maerad krzyknęła i wraz z Cadvanem zaatakowali jedyne oko stwora. Obie błyskawice dosięgły celu, z głowy wytrysnął strumień czarnej krwi, obryzgując deski pokładu. Potwór ryknął i runął do morza, zalewając ich olbrzymią falą słonej wody, która przepłynęła przez pokład i zaczęła ściekać po bokach. Tymczasem Owan kierował maleńką Sową tak, by umknęła na bok, zręcznie niczym płotka unikająca ataku szczupaka.
Tym razem nie zwolnili biegu. Cadvan przywołał mocny wiatr w żagle i łódź pomknęła po falach na zachód. Owan uwiązał ster, po czym bez słowa zniknął pod pokładem. Tymczasem Cadvan i Maerad usiedli ciężko, oglądając się za siebie na morze. Wir w miejscu, gdzie zraniony ondril wciąż wyładowywał swoją wściekłość, znikał szybko w dali.
Kapitan wkrótce powrócił z niewielką czarną butelką trunku; każde z nich kolejno pociągnęło łyk. Maerad przyjrzała się pokładowi, ale nie dostrzegła żadnych śladów niedawnego koszmaru. Woda zmyła całą krew ondrila, wokół rozciągało się spokojne niebieskie morze. Trudno było uwierzyć, by mogły w nim istnieć podobne potwory.
Cadvan ze znużeniem wzniósł toast za Owana i Maerad.
- Wspaniały popis żeglugi, Owanie - rzekł. - I doskonała celność, Maerad. Zadałaś wspaniały cios tuż za głową; ja sam chybiłem. Zdecydowanie nie chciałbym trafić do tej paszczy.
- Na Światło, ja także nie! - odparł Owan.
Maerad popatrzyła w dal nad morzem; czuła jedynie przejmującą pustkę. Ani śladu tryumfu czy nawet ulgi, jedynie powracające mdłości. Pomyślała, iż jedyną zaletą śmiertelnego przerażenia było to, że dzięki niemu na trochę zapomniała o chorobie morskiej.
Z morza miasto Busk zdawało się rozrzucone wzdłuż urwisk wyspy Thorold przez znudzonego olbrzyma. Jego ulice i alejki wiły się pośród stromych wzgórz w szaleńczym, malowniczym nieładzie, a bielone budynki lśniły niczym bryły soli pośród ciemnej zieleni cyprysów, drzew laurowych i oliwnych. Busk był ruchliwym portem handlowym z przystanią dobrze chronioną zarówno przed sztormem, jak i atakiem labiryntem raf i prądów, a także ramionami wysokich skał. Wydłużono je, dobudowując wysokie blankowane falochrony, kończące się dwiema portowymi wieżami.
Kiedy Biała Sowa zbliżyła się do nich, Maerad ogarnął niepokój. Wejście do portu było bardzo wąskie, a mury wież górowały złowieszczo nad ich małym kutrem, rzucając na wodę chłodny cień. Plusk fal uderzających o kamień wydawał się nienaturalnie głośny, wręcz złowieszczy. Starożytne kamienie, zielone od szlamu, porośnięte pąklami i skałoczepami, znalazły się niepokojąco blisko. Zastanawiała się, czy ktokolwiek przygląda im się przez szczeliny ziejące głęboko w murze.
Gdy znów wpłynęli na rozsłonecznione wody, odetchnęła głęboko, widząc przed sobą ruchliwą przystań Busku. W prostych bielonych ścianach budynków na nabrzeżu odbijały się promienie letniego słońca, lecz mimo oślepiającego blasku atmosferę surowości zakłócała ciągła krzątanina. Na nabrzeżu roiło się od grubo wyplatanych koszy pełnych błękitno-srebrnych ryb konserwowanych w soli, olbrzymich zwojów lin, stert okrągłych serów powleczonych niebieskim i czerwonym woskiem, garnków na homary, beczułek wina i oliwy, wielkich bel surowego jedwabiu i dziesiątków ludzi.
Gdy wyskoczyła na kamienne nabrzeże, ze zdumieniem pomyślała, że wszyscy wokół się kłócą. Wielu kupców targowało się, odrzucając z pogardą oferowane ceny i zachwalając wyjątkowe walory swych towarów. Rybacy zwozili do portu połowy, wykrzykując rozkazy, a marynarze pracowali na łodziach bądź witali przyjaciół, śmiejąc się i przeklinając. Po ciszy i samotności morza ów tętniący życiem, hałaśliwy port stanowił prawdziwy szok i niemal ogłuszona obejrzała się na swych dwóch towarzyszy.
Cadvan i Maerad pożegnali się ciepło z Owanem, obiecując szybkie spotkanie, i ruszyli stromymi stopniami do szkoły Busku. Cadvan z łatwością odnajdował drogę w plątaninie wąskich uliczek i alejek, a Maerad rozglądała się z zaciekawieniem, chwilowo zapominając o zmęczeniu.
Mieszkańcy Busku zdawali się żyć na zewnątrz, na ocienionych balkonach - dzięki temu mogli radośnie naśmiewać się z przechodzących znajomych, wtrącać w cudze sprawy i plotkować, ile wlezie. Widziała, jak myją się, jedzą, ubierają dzieci i gotują na powietrzu. Cadvan zauważył jej minę.
- Thoroldczycy to szczególny lud - rzekł. - Uważają Annaryjczyków za zimnych snobów. Annaryjczycy natomiast twierdzą, że Thoroldczycy to impertynenci pozbawieni poczucia prywatności.
- Chyba mi się to podoba - odparła Maerad. - Wydaje się bardzo żwawe. Ale nie wiem, czy chciałabym cały czas tak żyć.
- Może i nie - mruknął Cadvan. - Lecz oczywiście zimą wygląda to inaczej, wówczas wszyscy przenoszą się do środka.
Szkoła Busku wznosiła się ponad miastem, otoczona niskim murem stanowiącym bardziej granicę niż barierę. Tu wszechobecne bielone domy i kręte uliczki ustąpiły miejsca szerokim ulicom obsadzonym dostojnymi cyprysami i drzewami oliwnymi. Ulice, podobnie jak te w mieście, wybrukowano kamieniami, które odbijały oślepiające promienie słońca. Za drzewami wznosiły się domy bardów, zbudowane z marmuru i miejscowego różowego granitu, ozdobione szerokimi portykami z kolumnami malowanymi na żywe kolory i zdobionymi złotem; wiele z nich oplatały wiekowe pnącza, których owoce mieniły się purpurą w słońcu. Za wysokimi murami Maerad dostrzegła ciemne czubki iglastych krzewów; pomyślała tęsknie o chłodnych prywatnych ogrodach.
W odróżnieniu od Innailu i Norlochu, jedynych znanych jej szkół, Busku nie zbudowano w układzie koncentrycznych kręgów - uniemożliwiała to sama geografia wyspy, pełnej stromych nieregularnych skał. W dodatku, jak zauważył Cadvan, Thoroldczycy lubili robić wszystko po swojemu. Ulice układały się w tarasy połączone szerokimi schodami; łatwo tu było zabłądzić, jeśli nie znało się dobrze drogi, bo ich układ wydawał się kompletnie pozbawiony jakiejkolwiek logiki. W Busku nie dostrzegła żadnych wież, poza tymi strzegącymi portu: bogatsze budynki były po prostu wyższe i szersze, zwieńczone wyższymi dachami.
Mimo imponującej architektury szkoła okazała się równie ruchliwa jak leżące w dole miasto. Dotarli tam po południu; Maerad przekonała się później, iż to pora, o której Thoroldczycy odkładają na bok niezałatwione sprawy i zajmują się przyjemniejszymi rozrywkami. Na ulicach panowały pustki: gorące promienie słońca zniechęcały do spacerów. Wędrując przez szkołę, Maerad odkryła, że w części owych szerokich ocienionych portyków zebrali się bardowie. Jak wszyscy w Busku, sprawiali wrażenie pogrążonych w żywych rozmowach i dyskusjach. Patrzyli z ciekawością na przechodzących Cadvana i Maerad, niektórzy machali na powitanie. Cadvan odpowiadał uśmiechem.
Maerad przystanęła nieśmiało przed jednym z domów, płonąc z ciekawości. Bardowie rozsiedli się wygodnie na wiklinowych krzesłach ustawionych wokół niskich drewnianych stołów, z których większość uginała się od półmisków pełnych owoców i karafek pełnych wody i wina. Widziała, jak wylegująca się w fotelu kobieta recytuje wiersz niewielkiej grupce bardów. Słuchali uważnie aż do końca, a potem rozpoczęli burzliwą dyskusję. Kobieta, wysoka, grubokoścista, z barwnym, jaskrawym szalem okręconym wokół głowy i długimi zielonymi kolczykami, wstała i zaczęła argumentować gorączkowo; w końcu uniosła dramatycznie ręce i pacnęła najgłośniejszego krytyka przy wtórze wiwatów znad sąsiednich stołów.
Bardowie niepokoili Maerad bardziej niż mieszkańcy miasta: nie była w końcu Thoroldką i nie mogła oczekiwać, by wszyscy ludzie zachowywali się tak samo. W Szkole natomiast była bardką: jedną z nich. Nie wyobrażała sobie, by mogła poczuć się swobodnie wśród podobnych ludzi.
Zerknęła z ukosa na Cadvana.
- Czy bardowie z Busku zawsze są tacy głośni? - spytała.
Cadvan spojrzał na nią z rozbawieniem.
- Zwykle tak, Maerad. Ale żywiej tu niż w Norlochu, nie sądzisz?
- No, owszem - przytaknęła z uczuciem, przypominając sobie spotkanych tam surowych bardów. - Ale wiesz, w pewien sposób wydają się równie przerażający.
- Przywykniesz do tego - obiecał. - W pewnym sensie sama jesteś Thoroldką.
- Naprawdę? - Maerad otworzyła usta ze zdumienia.
- Oczywiście, że tak. Mówiłem ci przecież. - W jego głosie zadźwięczała nuta zniecierpliwienia, jak zawsze kiedy musiał się powtarzać, nawet jeśli chodziło o coś, o czym wspomniał w przelocie dwa miesiące wcześniej. - Ród Karn uciekł do Thoroldu w czasie Wielkiej Ciszy. Thorold zawsze pozostawał jednym z najbardziej niezależnych Siedmiu Królestw, był też głównym punktem oporu przeciw Bezimiennemu. Oceniam, że od pobytu tu twojej rodziny minęło jakieś osiemset lat, toteż możesz się czuć nieco obco. Ale Thoroldczycy stanowią prawdziwy bastion Światła. Jedyny problem to dotrzymać im kroku w konsumpcji wina. Nie wiem, jak im się to udaje.
Rozmawiając tak, przystanęli przed domem i skręcili w stronę ganku. Maerad zaczęła mrugać porażona nagłym cieniem; Cadvan poprowadził ją przez wielkie podwójne drzwi z brązu do obszernego atrium wyłożonego marmurowymi płytami. W wielkich glazurowanych donicach rosły drzewa pomarańczowe i cytrynowe, a także kwiaty roztaczające cudowne wonie; wokół smukłych kolumn piął się jaśmin. Pośrodku atrium, w sercu misternej mozaiki przedstawiającej ptaki i kwiaty, szemrała fontanna. Maerad odprężyła się w chłodzie i rozejrzała dokoła. Atrium wydawało się zupełnie opuszczone.
Cadvan potrząsnął mosiężnym dzwonkiem stojącym na niewielkim postumencie, a potem usiadł na drewnianej ławie i rozprostował nogi.
- Za chwilę ktoś się zjawi - oznajmił. - Siadaj.
- Tu jest ślicznie.
Maerad przycupnęła obok niego, ciesząc się, że nie musi nic robić. Znów uświadomiła sobie, jak bardzo jest brudna i zmęczona, jak tęskni za przywdzianiem czystego stroju i noclegiem w prawdziwym łóżku. Czy to zaledwie wczoraj odpędzili od siebie ondrila? Zdawało się, że minął cały rok.
- Myślisz, że będziemy tu mogli zostać jakiś czas? - spytała.
- Taki mam plan - odparł Cadvan. - Mnie też już zmęczyły podróże. A Busk dysponuje znakomitą biblioteką, jedną z najstarszych w Edil-Amarandzie; mam nadzieję, że znajdę tu jakieś starożytne pisma wspominające o Drzewnej Pieśni. Byłoby łatwiej, gdybyśmy wiedzieli, czego właściwie szukamy.
Maerad skupiła wzrok na fontannie. Promienie słońca odbijały się od kropelek maleńkimi tęczami, a szmer wody wnikał w nią, hipnotyzował jak pieśń, której słowa niemal rozumiała. Nie zauważyła starego mężczyzny, który wyłonił się z cienia, póki nie znalazł się kilka kroków od niej.
Cadvan wstał i wyciągnął rękę na powitanie.
- Elenxi - rzekł. - Bądź pozdrowiony.
- Samandalamë, Cadvanie - odparł stary bard z szerokim uśmiechem; miał mocne białe zęby. - Witaj.
Maerad przyglądała mu się ze zdumieniem. Za czasów młodości musiał być olbrzymem, wciąż górował nad Cadvanem. Włosy i brodę miał śnieżnobiałe, ciemne oczy spoglądały bystro, jak u znacznie młodszego człowieka. Podobnie jak Cadvan przemawiał w Mowie, rodzimym języku bardów, a nie w potocznym języku Thoroldu. Było to coś znacznie więcej niż uprzejmość wobec podróżnych: użycie Mowy świadczyło także o zaufaniu. Ponoć w Mowie nie da się bowiem kłamać.
- Moja towarzyszka to Maerad z Pellinoru - podjął Cadvan. Maerad skłoniła głowę; Elenxi odpowiedział ukłonem, posyłając jej bystre, przenikliwe spojrzenie, lecz nic nie odrzekł. - Przybywamy tu w poszukiwaniu schronienia, umykając przed niebezpieczeństwem na lądzie i wodzie, i przynosimy wieści wielkiej wagi.
- Zawsze jesteś tu mile widziany, Cadvanie - oznajmił Elenxi. - Słyszałem też co nieco o Maerad z Pellinoru. - Ponownie zmierzył ją przenikliwym, nieco niepokojącym spojrzeniem. - Nerili bez wątpienia zechce, byście towarzyszyli jej podczas wieczerzy; na razie coś ją zatrzymało. Tymczasem znajdę wam pokoje; spodziewam się, że zechcecie odświeżyć się i odpocząć.
I tak, niemal tak szybko jak pragnęła, Maerad znalazła się w pięknej komnacie o chłodnych kamiennych ścianach ozdobionych zasłonami z haftowanego jedwabiu, z wielkim łożem osłoniętym białą siatką - Cadvan wyjaśnił jej później, iż nocą chroni ona przed kąsającymi owadami. W jednej ze ścian znajdowały się szerokie oszklone drzwi, osłonięte z obu stron białymi żaluzjami. Teraz otwarte prowadziły przez werandę do cienistego ogrodu. Przygotowano jej też świeży strój: długą szkarłatną suknię w stylu thoroldzkim, z głębokim dekoltem, obcisłymi rękawami i szerokim brokatowym pasem. Maerad poprosiła zatem z zapałem, by pokazano jej łazienkę. Gadatliwy bard Elenxi oprowadził ją po domu i w końcu zostawił samą.
Maerad uwielbiała kąpiele. Przez większość życia, w czasach harówki w Gilmanowym Siole, gdzie była zwykłą niewolnicą, nawet nie słyszała o kąpielach. Od kiedy jednak w Szkole Innailu poznała bardowską ideę czystości, pokochała je. Tutejsza łazienka okazała się wyjątkowo przyjemna: pomalowana na chłodny odcień błękitu wychodziła na niewielki dziedziniec, na którym wokół rosnących w donicach drzew skakały zięby. Samą wannę wyłożono płytkami układającymi się w mozaikę przedstawiającą delfiny i inne morskie stwory, nie brakowało też gorącej wody. Gdy nalała jej dosyć, by móc zanurzyć się po szyję, Maerad wrzuciła do niej garść lawendy i rozmarynu i z głośnym westchnieniem pogrążyła się w pachnącej kąpieli. Wyłoniła się z niej po dłuższej chwili, ubrała nieśpiesznie, powędrowała do swej komnaty i rozpakowała.
Rozpakowywanie stało się dla Maerad rytuałem przypominającym, jak bardzo zmieniło się jej życie. Najpierw wyjęła drewnianą lirę, wysuwając ją ze skórzanego futerału ozdobionego znakiem lilii szkoły Pellinoru, prezentu od Cadvana. Lira należała kiedyś do jej matki i z całego dobytku Maerad ceniła ją sobie najbardziej. Wiedziała jednak, że mimo skromnego wyglądu jest cenna także pod innymi względami: był to starożytny instrument dhyllickiej roboty, stworzony przez mistrza rzemiosła i ozdobiony runami, których nie potrafili odszyfrować nawet najmędrsi z bardów. Delikatnie musnęła palcami dziesięć strun tylko po to, by usłyszeć ich czysty dźwięk, a potem ustawiła ją ostrożnie w kącie. Odłożyła na bok do prania swój strój, odpinając od płaszcza srebrną broszę i kładąc ją na stole. Wypakowała lekką kolczugę i hełm, które dostała w Innailu, i wraz z mieczem Iriganem umieściła w szafce. Następnie ułożyła w jednej z szuflad kilka innych przedmiotów: niewielką skórzaną torbę kryjącą w sobie końskie zgrzebła i kopystkę, pióro i cienki plik kartek, skórzany bukłak, składany nóż i błękitną butelkę z bardowskim trunkiem medhylem, który zwalczał zmęczenie, niemal pustą.
W końcu wypakowała garść innych przedmiotów, które rozmieściła starannie w komnacie, były bowiem dla niej cenne. Trzcinową fletnię od Elidhu z Magilasu - Maerad jako jedyna wiedziała, że Elidhu była królową Ardiną z Rachidy, która w swym drugim wcieleniu podarowała jej misternie kutą złotą obrączkę, noszoną teraz na małym palcu - a także czarnego drewnianego kotka, kiedyś zapewne dziecięcą zabawkę, znalezionego w splądrowanym wozie w dniu, w którym spotkali jej brata Hema. W końcu rozwinęła płat wyprawionej skóry, w którym tkwiła niewielka, przepięknie iluminowana książka, zbiór poezji Dernhila z Gentu. Spojrzała na nią ze smutkiem. Nie miała zbyt wiele czasu na lekturę, a zresztą czytanie szło jej bardzo wolno, lecz większość tych wierszy znała na pamięć. Śmierć Dernhila nadal ciążyła jej bardzo brzemieniem smutku i żalu.
Potrząsnęła głową, przeganiając złe myśli, i ze złocistą gruszką w dłoni wziętą z misy na stole wyszła na zewnątrz. Wszystkie pokoje z tej strony domu miały drzwi prowadzące do ogrodu. Cienie zaczynały się już wydłużać, poczuła też świeży wietrzyk pachnący lekko solą. Maerad wyszła boso na zimną trawę i usiadła na ziemi w cieniu pergoli porośniętej jasnożółtymi różami. Powoli, z głębokim zadowoleniem, nie myśląc o niczym, zjadła gruszkę, pozwalając, by słodki sok wypełnił jej usta. Gdzieś w krzakach świergotał niewidoczny ptak, poza tym jednak wokół panowała cisza.
Kiedy zapadła noc i zapalono lampy, Cadvan zastukał do drzwi Maerad i razem ruszyli korytarzami domu bardów do prywatnych komnat Nerili, Pierwszej Bardki Busku. Jej pokoje mieściły się po drugiej stronie domu, toteż po drodze musieli ponownie przejść przez atrium. Maerad zwłóczyła tam nieco: stanowczo wolałaby przesiedzieć tu cały wieczór, niż spotykać się z jakimkolwiek thoroldzkim bardem, a co dopiero najważniejszą bardką w Szkole. Fontanna bulgotała pogodnie w półmroku, mamrocząc niekończącą się pieśń, a tymczasem na granatowym niebie rozkwitały białe gwiazdy.
Opuściwszy atrium, zagłębili się w labirynt korytarzy, skręcając raz po raz, aż w końcu Maerad kompletnie straciła poczucie kierunku. Dom bardów okazał się gigantyczny, lecz Cadvan prowadził ją pewnie i wreszcie stanęli przed wysokimi drzwiami, wyłożonymi brązem podobnie jak drzwi frontowe. Zastukali i na progu stanęła smukła kobieta, pozdrawiając ich z uśmiechem.
- Cadvan z Lirigonu! Dużo czasu minęło, od kiedy zawiodła cię tu twoja ścieżka.
- Zbyt dużo - odparł Cadvan. - Niestety jednak, taki już mój los.
- Żałuję, iż urok Busku nie potrafi przyciągać cię tu częściej.
Głos Nerili zabrzmiał ostro; Maerad spojrzała na nią zaskoczona, kobieta jednak uśmiechała się już i wyciągała ku niej dłonie. Cadvan odchrząknął i przedstawił je sobie.
Nerili z Busku nie wyglądała tak, jak Maerad oczekiwała. Wydawała się zbyt młoda na Pierwszą Bardkę, choć u bardów zawsze trudno odgadnąć wiek. Maerad uznała, iż gospodyni wygląda na jakieś trzydzieści pięć lat, a biorąc pod uwagę trzy razy dłuższe życie bardów, oznaczało to, że ma ich siedemdziesiąt, może osiemdziesiąt. Nie była wiele wyższa od niej, lecz autorytet i wdzięk, a także wyzywające spojrzenie, jakim obdarzyła Cadvana, gdy weszli, sprawiały, iż zdawała się górować nad innymi. Była uderzająco piękna; miała szare oczy, czarne włosy i oliwkową skórę Thoroldki, a szary jedwab sukni otulał miękko jej postać, migocząc niczym wodospad. Włosy upięła wysoko, podtrzymując je srebrnymi grzebieniami i kawałkiem jedwabiu, w stylu lubianym przez wiele kobiet z Busku, nie nosiła też żadnej biżuterii oprócz długich srebrnych kolczyków. Kiedy Cadvan przedstawiał je sobie, Maerad zakręciło się w głowie; miała wrażenie, że Cadvan zachowuje się dziwnie niezręcznie. Zerknęła na niego ciekawie: czy na pewno to onieśmielenie?
Pokoje, podobnie jak sama Nerili, wyróżniały się elegancją: Pierwsza Bardka zrezygnowała z wszechobecnych w Busku jedwabnych zasłon, zamiast tego kamienne ściany pomalowano na jasnobłękitno i ozdobiono odrobinę ciemniejszymi wizerunkami ptaków. Poza nimi jedyną dekorację stanowiła seria przepięknie emaliowanych, błękitno-białych kafelków wokół drzwi, okien i kominka. Każdy przedstawiał inną scenę z życia Thoroldu: rybaków, tkaczy, pasterzy owiec, bawiące się dzieci. Był to spokojny, piękny pokój. Przez uchylone drzwi Maerad widziała pomieszczenie, które uznała za gabinet Nerili, wnioskując po chaosie rękopisów, zwojów i ksiąg, które piętrzyły się w stertach na stole. Po drugiej stronie głównej komnaty ujrzała stół jadalny, zastawiony świecami w szklanych lichtarzach i hojnym posiłkiem: płaskimi bochnami przaśnego chleba, niewielkimi miseczkami z marynowanymi warzywami i sosami, mięsami na zimno i serami. Był tam też talerz czarnych kolczastych przedmiotów przypominających osobliwe owoce oraz duża misa muszli o pomarańczowych obwódkach. Maerad poczuła, jak do ust napływa jej ślinka: była bardzo głodna.
Nerili zaprosiła ich, by usiedli, i nalała im jasnoczerwonego wina.
- A zatem - rzekła, spoglądając wprost na Cadvana - jak mówił mi Elenxi, przywozicie wieści. Ważne, istotne wieści. Twierdził też, że szukacie schronienia. Schronienia przed czym? Widzę, że musieliście walczyć.
Przyjrzała się bliznom po biczu na policzku Cadvana.
Maerad pomyślała nagle: to Prawdomówczyni, jak Cadvan. Nie potrafiła wyjaśnić, skąd to wie, po prostu wiedziała. Był to dar, którym dysponowała część bardów; jak wyjaśniła Silvia, Prawdomówca mógł wydobyć prawdę z każdego, nawet jeśli mówiący nie miał o niej pojęcia. Nie można go okłamać. Z nowym zainteresowaniem przyjrzała się Nerili.
Cadvan uniósł kieliszek.
- To dobre wino, Nerili. Od dawna już nie próbowałem thoroldzkich winogron; zapomniałem, jakie są pyszne.
Nerili uśmiechnęła się przelotnie, Cadvan tymczasem rozsiadł się wygodnie i odetchnął głęboko.
- Najpierw przekażę ci najgorsze wieści. - Jego głos stwardniał. - Wraz z Maerad szukamy azylu przed Enkirem z Norlochu, który zdradził Światło. Zaledwie cztery dni temu umknęliśmy z cytadeli, która wówczas płonęła. Obawiam się wybuchu wojny domowej w Annarze, wiem też, iż Bezimienny powraca, Mrok zasnuwa Annar, a Biały Płomień zapada się w sobie. Pierwszy Krąg Annaru został przełamany.
Nerili przełknęła głośno ślinę; kilka chwil milczała, wpatrując się w twarz Cadvana.
- Widzę, że twoje słowa to prawda - rzekła cicho. - Choć sama nie potrafię w nie uwierzyć. Norloch płonie? Pierwszy Bard zdradza Światło?
- To prawda. - Maerad ujrzała nagle w myślach twarz Enkira, zimną, wykrzywioną furią, i poczuła, jak wzbiera w niej gorzki gniew. - Od dawna był zdrajcą. Pierwszy Bard Enkir posłał moją matkę do niewoli i wydał Pellinor Mrokowi. Gdy to się stało, byłam bardzo mała, ale rozpoznałam jego oblicze. Wiedział, że go zdemaskowałam, i próbował uwięzić połowę Pierwszego Kręgu pod zarzutem zdrady. Przysłał po nas żołnierzy i ledwie udało nam się uciec z pomocą Owana d'Aroki.
- Posłał za nami ondrila - dodał Cadvan. - I to nie zwyczajnego.
Oszołomiona Nerili pokręciła głową i uniosła dłoń.
- Wróćmy do początku - poprosiła. - Twierdzisz, że to przez Enkira splądrowano Pellinor? To poważne oskarżenie.
- Istotnie. Chciał dostać mnie. - Maerad uniosła wzrok i spojrzała na Nerili, wysuwając zadziornie szczękę. Miała już dosyć wyjaśniania swojej historii. - Wiedział, że moim rodzicom urodzi się Przepowiedziany. Nie mamy pojęcia, skąd wiedział. Ale porwał mojego brata Hema, nie mnie. Sądził, że tylko chłopiec może być wybrańcem.
Nerili wydała z siebie cichy, ledwie słyszalny jęk.
- Mój ojciec zginął wraz ze wszystkimi. Matka umarła później, w niewoli.
Maerad umilkła nagle, zaciskając palce wokół kieliszka. Te surowe słowa sprawiły, że wewnątrz niej znowu wezbrał dawny smutek, ściskając gardło.
- Jedyna? Jesteś pewien? - spytała cicho Nerili, wciąż patrząc na Cadvana.
Ten przytaknął. Nerili pochyliła się naprzód i ujęła w dłoń podbródek Maerad, wpatrując się w nią w skupieniu. Maerad odpowiedziała spokojnym spojrzeniem, bez cienia lęku bądź zdumienia: kilku bardów już wcześniej sprawdzało ją w ten sposób, niezupełnie postrzegając, lecz wymacując sobie drogę. Poczuła delikatne muśnięcie w umyśle, lekkie niczym muzyka. Po paru sekundach Nerili wyprostowała się i przetarła dłonią twarz.
- Potrzebuję trochę czasu, żeby to wszystko ogarnąć. - Uniosła kieliszek i opróżniła jednym haustem. - Merad, nie wiem, czym ty jesteś.
- Ja też nie - odparła z lekką urazą Maerad.
- Masz wielką moc. Ale to dziwna moc, nieokiełznana, niepodobna do niczego, z czym się dotychczas zetknęłam.
- Opowieść ta kryje w sobie wiele zagadek - wtrącił Cadvan. - Ale nie wątpię, iż to Maerad jest z nich największą. Nikt z nas nie ma pojęcia, do czego może być zdolna.
Dwójka bardów wpatrywała się w nią z powagą, póki Maerad nie poruszyła się pod ich spojrzeniem ogarnięta nagłą wściekłością. Widząc to, Nerili dolała jej wina i odwróciła się ku Cadvanowi.
- A co z Nelakiem? - spytała. - Wciąż przebywa w Norlochu? Czy może także uciekł?
Nelac. Na wzmiankę o starym nauczycielu Nelacu z Lirigonu w głosie Cadvana zadźwięczał głęboki smutek.
- Nelac nie chciał pójść z nami. Prosiłem go. Odparł, że jest za stary i będzie potrzebny w Norlochu. Ja... nie wątpię, iż grozi mu wielkie niebezpieczeństwo, i nie wiem, co się działo w Norlochu od czasu naszej ucieczki. Bardzo boję się o niego.
- To potężny bard - przypomniała Nerili. - Niełatwo mu zagrozić.
- Zgoda. Ale nie wiesz, czym stał się Enkir. Czerpie z innych mocy poza własną. Jak inaczej zdołałby wezwać stwora takiego jak ondril? A Nelac jest stary, nawet wedle rachuby bardów. Nie boi się śmierci. Może... - Cadvan westchnął i spojrzał w głąb ogrodu. - Może już nigdy go nie zobaczę.
- Złe wieści przynosicie - powiedziała Nerili. W komnacie zapadła cisza. - Cóż, mamy wiele do omówienia. Z pewnością oboje jesteście głodni; możemy jeść i rozmawiać.
Posłała Cadvanowi dziwnie osobiste spojrzenie i Cadvan z zakłopotaną miną odwrócił wzrok. Maerad pojęła nagle, iż ci dwoje dobrze się znają i że skrępowanie Cadvana nie miało nic wspólnego ze spotkaniem z obcą osobą. Cadvan nazywał ją Neri, nie Nerili. Niespodziewanie poczuła ukłucie zazdrości; wstała niezgrabnie, podążając za starszymi bardami do stołu jadalnego, i o mało nie wywróciła kieliszka.
Podczas wieczerzy Cadvan i Maerad opowiedzieli o tym, jak wczesną wiosną pomógł jej uciec z niewoli w Gilmanowym Siole, jak zaczął podejrzewać, że jest Przepowiedzianą, która ma doprowadzić do upadku Bezimiennego, i jak jej mianowanie na bardkę w Norlochu potwierdziło te podejrzenia.
- I co teraz? - Nerili z dziwną bezpośredniością wodziła między nimi wzrokiem. - Nie wyobrażam sobie, by Cadvan z Lirigonu pozostał długo w Busku.
- Znaki, jeśli dobrze je odczytuję, mówią, że powinniśmy udać się na północ - oznajmił Cadvan. - Wygląda na to, że wraz z Maerad musimy odnaleźć Drzewną Pieśń.
Nerili uniosła brwi.
- A czymże jest Drzewna Pieśń?
- Nikt dokładnie nie wie - odparła Maerad. - Nawet Nelac. Ale i tak musimy ją znaleźć. Wiemy, że winniśmy szukać na północy z powodu mojego przedsnu i proroctwa.
- Proroctwa?
- Maerad mówi o proroctwie Lanorgila, znalezionym tej wiosny w Innailu - objaśnił Cadvan. - Przepowiada ono potrzebę odnalezienia Drzewnej Pieśni. Pieśń leży u korzeni Mowy i w jakiś sposób kryje w sobie tajemnicę naszych mocy. Twoich, Neri, moich i wszystkich bardów w Annarze. A w sercu Światła dzieje się coś złego. Bardzo złego. Nawet tu, w bezpiecznej przystani Thoroldu, musieliście to zauważyć.
Przemawiał z takim przekonaniem, że wątpliwości zniknęły z twarzy Nerili. Przez sekundę wyglądała jedynie na wystraszoną, choć szybko to ukryła.
Wówczas Maerad i Cadvan zaczęli opowiadać jej dokładnie o swojej podróży. Była to skomplikowana historia: Nerili nieustannie przerywała im pytaniami i domysłami, prowadząc rozmowę w różne strony. Atmosfera rozluźniła się; Maerad uznała, że bardzo lubi Nerili: bardka przemawiała jak ktoś pewien swojej władzy, a pod pozorną surowością kryło się mnóstwo ciepła. Cadvan jednak wciąż miał nieprzeniknioną minę i Maerad nie potrafiła zgadnąć, co czuje.
By o tym nie myśleć, zaczęła eksperymentować z jedzeniem. Odkryła, że lubi oliwki, choć z początku ich gorzki, oleisty smak nieco ją raził. Chleb, twardy, z grubą skórką, okazał się przepyszny, podobnie jak marynowane warzywa, z których większości nie rozpoznała, i mięsa przyprawione cytryną, czosnkiem i ziołami.
Z małżami poszło jej znacznie gorzej. Nigdy wcześniej ich nie jadła, bo nie mieszkała nad morzem. Cadvan poinformował ją, że muszle z pomarańczowymi obwódkami to omułki, wzięła zatem jednego i tak jak pokazał, rozdzieliła podwójną muszelkę, wydłubując mięso. Od samej tej czynności zrobiło jej się niedobrze, ale nie poddała się i położyła kęs na języku. Jedynie grzeczność nie pozwoliła jej wypluć go na stół, resztę odsunęła nietkniętą. Czarne kolczaste stwory okazały się jeżowcami, ugotowanymi i rozszczepionymi na pół, tak że w skorupach widać było różowe wnętrza niczym trujące egzotyczne kwiaty. Nerili zajadała się nimi, wygarniając łyżeczką mięso z muszli, lecz Maerad uznała, iż cuchną niczym stare gnijące buty. Zauważyła także, iż Cadvan, który zawłaszczył półmisek z omułkami, nawet nie tknął jeżowców.
W czasie posiłku Nerili i Cadvan prowadzili skomplikowaną rozmowę na temat polityki Norlochu, która lekko nudziła Maerad, a wino dołączyło się do znużenia, wywołując senność. Jej myśli rozpoczęły wędrówkę. Nigdy dotychczas nie przypuszczała, że Cadvan mógłby mieć kochankę, poza Ceredin, która zginęła, gdy był jeszcze młody. Teraz jednak, gdy się zastanowiła, nie znajdowała żadnych powodów, dla których miałby trwać w samotności. Domyślała się, że obecnie nie są już z Nerili parą, a oni sami nie byli przecież, cóż, nie byli... Nie miała powodów do zazdrości. Ale i tak ją czuła. Tak niewielu miała przyjaciół.
Znów pomyślała o Dernhilu, który ją kochał i którego odepchnęła w panice i zmieszaniu w Innailu, zdawało się, że tak dawno temu. Dernhil opowiadał jej o Drodze Serca, i Silvia także... Nawet królowa Ardina mówiła o miłości. "Masz wielkie serce - powiedziała - ale odnajdziesz je wyłącznie poprzez równie wielki ból. Oto mądrość miłości; wątpliwy to dar".
Lecz Maerad nie zrozumiała. I nadal nie pojmowała. Czy to miłość sprawiła, iż uśmiech Nerili wydawał się dziwnie ironiczny? Ale może po prostu to sobie wyobraziła. Cadvan i Nerili to jedynie dwójka bardów dyskutujących o zawiłościach wielkiej polityki, a skrywane uczucia, które tak bardzo poruszyły Maerad, stanowiły jedynie wybryki jej własnej zmęczonej wyobraźni.
Z roztargnieniem wyjrzała przez okno: ogród spowijały fioletowe cienie, w mroku jaśniały blade plamy kwiatów. Za każdym razem gdy bardowie wspominali o Drodze Serca, odczuwała bezrozumny lęk. Całe dzieciństwo broniła się przed brutalnymi mężczyznami z Gilmanowego Sioła, co z pewnością stanowiło część problemu. Ale gdzieś na głębszym poziomie skrywała w sobie obawę, ciemność, spowijające tę część jej jaźni, która umiała pokochać, jakby miłość mogła ją zniszczyć. Wydawała się zbyt niebezpieczna, a ona sama już i tak ryzykowała wiele, po prostu będąc sobą.
- Jesteś zmęczona, Maerad? - Głos Nerili wyrwał ją z zamyślenia. - Wydajesz się nieco senna.
- Bo jestem - odparła. - Przez ostatnich parę nocy niewiele spałam. Chętnie już się położę.
- Kiepski z niej żeglarz - wtrącił Cadvan. - Przez większą część drogi jej twarz miała bardzo ciekawy odcień zieleni.
- I ty jej nie pomogłeś? Sądziłam, że znakomity z ciebie uzdrowiciel.
Nerili spojrzała na niego drwiąco i Maerad odkryła, iż jeży się w obronie Cadvana, choć nic nie powiedziała.
- Zdołasz sama trafić do swego pokoju, Maerad? - spytał Cadvan. - Wciąż jest dość wcześnie i nie czuję się jeszcze gotów do snu. Mamy z Nerili wiele do omówienia.
- Dam sobie radę - oznajmiła lekko Maerad, choć wolałaby, by Cadvan nie zostawał sam z Nerili i zamiast tego poszedł z nią. - Do zobaczenia jutro.
Skłoniła na pożegnanie głowę i wyszła.
Wkrótce trafiła do swej sypialni, tylko raz skręcając w złą stronę. Z przyjemnością wsłuchiwała się w znajome odgłosy domu bardów: pomruk rozmów w odległych pokojach, śmiech ludzi na zewnątrz, melodię wygrywaną przez duet muzyków, podniesione głosy spierających się młodych bardów. Nagle wewnątrz niej rozkwitł bolesny głód, z którego obecności wcześniej nie zdawała sobie sprawy. Muzyka! Kiedy to grała po raz ostatni? Nie mogła sobie przypomnieć.
Już w komnacie Maerad podniosła lirę i zaczęła na niej brzdąkać, z początku przypadkowo, potem w skupieniu. Wyszła z wprawy. Przebiegła kilka gam, a potem wybrała melodię, którą usłyszała w Ettinorze; tego wieczoru nie miała ochoty na muzykę bardów. Była to melancholijna pieśń o mężczyźnie, który zakochał się w wodnicy. Nie do końca pamiętała słowa, toteż kiedy zdołała już odtworzyć melodię, zaczęła układać własne. Zaśpiewała je dwa razy, czując, jak niepokój ustępuje, wchłonięty przez grę. A potem, niepohamowanie ziewając, ostrożnie odłożyła lirę i zaczęła szykować się do snu.