Andrzej Sarwa
STRZYGA
Zdawało się jej, iż przypływa skądś, z jakowejś niezmierzonej dali. Z czarnej pustki niepamięci i niebytu. Na razie była samą czystą świadomością i niczym ponadto. Zawieszona w próżni niedookreślonej. zawieszona pomiędzy istnieniem a nieistnieniem wiedziała tylko jedno, iż jest, iż po prostu jest.
I właśnie owa myśl natrętna pulsowała w mózgu:
- Jestem... Jestem... Jestem...
Nie wiedziała czy mijają sekundy czy wieki. Jej oczy nie rejestrowały obrazów. Jej uszy nie wychwytywały dźwięków. Cisza i ciemność. Wszechogarniająca, wszechobecna, nieskończona... Lecz powoli, bardzo powoli jęła uświadamiać sobie, że poczyna podlegać przemianie. Odzyskiwała poczucie własnego ciała. Mrowienie w stopach, zdrętwiałe mięśnie rąk, nieprzyjemny ucisk w kręgosłupie. Delikatnie poczęła poruszać palcami, jakby jeszcze nie dowierzając, iż może nimi władać zgodnie z własną wolą.
A one - co za radość! - by posłuszne. Zginały się i rozprostowywały w rytm sygnałów wysyłanych przez umysł. Jakiś ciężar przygniatał jej piersi. Nie, nic na nich nie leżało. To tylko gęste, znieruchomiałe powietrze nie chciało nakarmić płuc i chociaż w nie wnikało, nie syciło przecież. Już była sobą. Prócz czucia wracała i pamięć. Przesuwały się w niej barwne obrazy przeszłych zdarzeń...
Było lato. Tak, było lato... Za oknem w miniaturowym ogródku rosły malwy.
Stefan Grabiński
W DOMU SARY
Już na ostatnim posiedzeniu w klubie zachowanie się i postawa Stosławskiego bardzo mi się nie podobały. Ten zwykle wesoły i otwarty człowiek zmienił się do niepoznania. W dyskusji nie brał prawie udziału lub też wygłaszał zdania bez związku z poruszonym tematem, budząc zdumienie obecnych; u kilku złośliwych zauważyłem nawet ironiczne spojrzenia, zwrócone w stronę mego niefortunnego druha. Usiłowałem bronić go, wiążąc gwałtem rzucone przezeń słowa z tokiem prowadzonej rozmowy - wtedy uśmiechnął się blado, jakby dziękując mi za ratunek, i do końca już milczał uparcie. W ogóle sprawiał już wtedy nader przykre wrażenie. Nie tylko bowiem raziła dziwna małomówność, tak sprzeczna z dawnym usposobieniem, lecz niepokoił też zagadkowy wygląd zewnętrzny. Zwykle wyświeżony, nawet przesadnie elegancki, przyszedł Stosławski tego wieczora w stroju zaniedbanym, niemal opuszczony. Twarz niegdyś zdrową, tryskającą młodym, bujnym życiem, oblekła chorobliwa bladość, oczy przesłoniła mgła zadumy, której bezwład i beztreściwość tworzyły bolesny kontrast ze szlachetną linią rysów.
Tknięty złym przeczuciem, zaprosiłem go po sesji do siebie i poddałem troskliwym oględzinom lekarskim. Nie opierał się, chociaż już była pora spóźniona, i pozwolił się zbadać
cierpliwie. Oprócz znacznego wyczerpania nerwów i ogólnego osłabienia nie znalazłem nic podejrzanego. Zastanawiała tylko przyczyna.
- Ej, Kaziu! - zażartowałem, grożąc mu palcem - za dużo się bawisz! Kobietki, co? Za wiele, mój kochany, za wiele!
Musisz uważać więcej na siebie. Tak dalej iść nie może. Wyczerpiesz się wkrótce. A potem, co? Potrąciłem o właściwą strunę.
- Kobiety - zauważył w zamyśleniu - kobiety... Dlaczego mówisz o wielu, nie o jednej?
- O ile cię znam, mój kochany - odparłem uśmiechnięty - żadnej dotąd nie udało się usidlić zepsutego ulubieńca płci pięknej. Czyżbyś się naprawdę tak gwałtownie zmienił? Trudno przypuścić, żebyś był zakochany.
- Użyłeś tylko niewłaściwego wyrażenia. Czy nie przypuszczasz poza miłością i chwilową żądzą innej ewentualności?
- O czym myślisz?
- O opętaniu płciowym. Rozumiesz mnie?
Władysław Stanisław Reymont
DZIWNA OPOWIEŚĆ
- Dopiero przed chwilą odebrałem twój list. Cóż się stało?
- Bardzo ci jestem wdzięczny, czekałem na ciebie niecierpliwie...
- Pojedynek może, co?
- Nie, nie. Później ci opowiem. Zostań u mnie, tak się boję samotności, tak mnie wszystko przeraża, tak... Nie zapalaj lampy...
Urwał nagle, obejrzał się trwożnie, skulił się w fotelu i nerwowo przegarniał rozżarzone węgle.
Nie śmiałem przerwać milczenia, czerwony blask ognia pełzał w ciemnościach i drgał połyskliwie na sprzętach i podłodze, cisza wlokła się senna i nużąca, tylko deszcz brzęczał nieustannie po szybach, bełkotały rynny i wicher łomotał po dachach...
Naraz jakiś zegar kościelny zaczął wybijać północ; przenikliwe, potężne dźwięki, jakby uderzenia srebrnych młotów waliły się w ciszę mieszkania, biły miarowo, monotonnie i konały w długim, przejmującym jęku, ale nim przebrzmiało ostatnie uderzenie, nagle zatrzęsły oknami przeraźliwe głosy trąb, jakaś orkiestra zagrała wrzaskliwy tusz i buchnęły wrzaski.
- Nowy Rok! - wyszeptał podnosząc na mnie oczy.
Otworzyłem okno, już tańczono na ulicy, cały plac de la Sorbonne mrowił się ludźmi i lampionami migocącymi jak barwne motyle. Kawiarnie były natłoczone, werandy napchane, siedziano nawet na trotuarach pod parasolami, a wszędzie pito wśród ogłuszających wrzasków i śpiewań. Śmiechy wrzały bezładne, dzikie i pijane, a co chwila przybywały nowe gromady rozkrzyczanych, nowe ryki się podnosiły, nowe tańce szły zapamiętale, nowe śpiewy i zamęt podnosiły się do szczytu, bito krzesłami, bito laskami i pięściami w stoły i ściany, ryczano na trąbach, udawano głosy zwierząt i syren okrętowych, zaś na rogu bulwaru sformował się jakiś pochód i ruszył wśród ogłuszających pisków i gwizdania.
- Strasznie mi zimno! - jęknął przesuwając się do ognia. Zamknąłem okno i siadłem przy nim.
- Wiesz, umarł Karol! - szepnął bardzo cicho.
- Karol! Gdzie i kiedy?...
Dotknęła mnie boleśnie ta niespodziana wiadomość.
- Nie wiem gdzie, nie wiem kiedy, ale wiem, że umarł.
- Ktoś ci musiał przecież o tym powiedzieć?
- On sam powiedział mi o tym parę godzin temu... Bezwiednie cofnąłem się o parę kroków.
- On sam! Popatrz mi w oczy, zdrów jestem i mówię przytomnie!
Byłem absolutnie pewny, że nagle zwariował.
- I ja bym nie wierzył, gdyby mi kto o tym powiedział jeszcze wczoraj, jeszcze nawet dzisiaj rano... A teraz już wiem, wiem na pewno. A skoro to jedno jest pewne, pewne jest wszystko! - Mówił jakby do siebie i uśmiechał się dziwnie. Nie odzywałem się patrząc mu uważnie w twarz i wydał mi się tak zmieniony, tak jakoś inny i obcy, że musiałem mieć w oczach trwogę i zdumienie, gdyż się odezwał spokojnie:
- Nie obawiaj się o mnie, jestem zupełnie zdrowy i zupełnie świadomy swego stanu, a że jestem zdenerwowany i wstrząśnięty do głębi, to chyba normalne - przecież obcowałem z nieboszczykiem, patrzyłem w odkrytą twarz tajemnicy... czy to mało?
Cóż mogłem odpowiedzieć? tylko słuchałem śledząc z niepokojem jego rozgorzałe oczy.
A on mówił:
- Widziałem Karola przez te ostatnie trzy dni - trzy razy. Widziałem go jak teraz ciebie i rozmawiałem tak samo. Był w tym pokoju i siedział na tym samym miejscu, gdzie teraz ja siedzę... Widziała go moja posługaczka... A może on tu jeszcze jest... Zawiesił głos i rozglądał się dokoła. Przyznaję, że zrobiło mi się zimno i jakoś strasznie.
- Mów wszystko, wytrzymam! - prosiłem, ledwie pokrywając wzruszenie.
- Zapal lampę, będzie mi może raźniej opowiadać... Zapaliłem wszystkie, jakie były w obydwóch pokojach.