Zamierzałam napisać biografię człowieka o tajemniczej, skomplikowanej osobowości. Lecz nadeszła wojna - Rosja napadła na Ukrainę. W tej sytuacji musiałam przestawić akcenty. Mój bohater wciąż pozostawał człowiekiem zagadką, ale był także Ukraińcem czy - według definicji Jewhena Małaniuka - bardziej Małorosjaninem.
Potem w mediach pokazano baner, którym Rosjanie otoczyli gruzy teatru w Mariupolu. Gruzy, pod którymi leżały setki ciał ukraińskich cywili próbujących schronić się przed bombami w podziemiach teatru - zamordowanych mimo napisu "Dieti" w języku rosyjskim, po obu stronach placu teatralnego. Na banerze zobaczyłam, obok Puszkina i Tołstoja, portret Gogola i poczułam bolesny wstyd.
Ze wstydem borykałam się już w dzieciństwie. Wstydem polskiego dziecka noszącego rosyjskie nazwisko po rosyjskim dziadku. Choć pewnie mogłabym odgrywać rolę ofiary...
Zbierając bowiem w 2010 roku materiały do biografii Feliksa Dzierżyńskiego, gościłam w moskiewskim mieszkaniu jego wnuka, Feliksa Janowicza Dzierżyńskiego. Spytał o pochodzenie mojego nazwiska. Próbowałam, najdelikatniej jak mogłam, opowiedzieć historię pradziadka Matwieja, pułkownika w armii Wrangla, rok starszego od dziadka mojego rozmówcy. Matwiej Matwiejewicz Frołow został zamordowany w masowej egzekucji, przeprowadzonej w obozie jenieckim w Symferopolu niemal na bezpośredni rozkaz szefa organów bezpieczeństwa, który tydzień wcześniej pisał do swojego podkomendnego, kierującego tamtejszą Czeka, Wasilija Mancewa: "Zróbcie wszystko, by z Krymu nie uciekł na ląd stały żaden białoarmista"1.
Pan Feliks wysłuchał spokojnie, pokiwał głową i skomentował: "Wszyscy wtedy ginęli..." - co było jedną z wersji głośnej diagnozy Lwa Tołstoja "Nie ma w świecie winnych".
A ja wiem, że winni są! Dlatego nie chcę występować w roli ofiary. Moja rosyjska rodzina, w której wszyscy mężczyźni służyli w carskich mundurach, była częścią tego systemu, myślała imperialnie i nie wykluczam, że moi przodkowie bez cienia wątpliwości pacyfikowali powstanie styczniowe, jak i podbijali Kaukaz.
Jednocześnie mam problem, po której stronie stanąć w dyskusji wywołanej przez Oksanę Zabużko pytaniem, jak czytać rosyjską literaturę po Buczy. Czy przyznać jej rację, kiedy pisze: "Czas spojrzeć na rosyjską literaturę nowymi oczami, wszak w dużej mierze to ona utkała "siatkę maskującą" dla rosyjskich czołgów"2. Czy też poprzeć polemistów, na przykład Grzegorza Przebindę, który apeluje: "Nie szukajmy winowajców Buczy hen, w rosyjskiej literackiej klasyce XIX wieku. Nie przybliży nas to ani o milimetr do przykładnego ukarania prawdziwych oprawców"3. Gdybym miała dodać coś od siebie do tej dyskusji, przypomniałabym opinię Pawła Hertza, który tłumaczył, na czym polega różnica w nieszczęściu Polaków i Rosjan. Że ci pierwsi słuchali swoich pisarzy, a ci drudzy swoich nie słuchali. A jednak...
Mnie też zaproszono na panel zorganizowany przez Teatr im. Kochanowskiego w Opolu. Siedział obok mnie Iwan Wyrypajew - ostatni z ostatnich Rosjan, którego można by oskarżyć o rosyjskie zło. Niemniej... czułam się bezradna wobec oskarżeń rzucanych przez Tymura Jaszczenkę, bo Timur jako Ukrainiec naprawdę jest ofiarą.
Im bardziej czułam się bezradna, tym mocniej intrygował mnie Hohol przekuty w Gogola, ten zdrajca bardziej podobny do więźnia - jak go nazywa Oksana Zabużko, który mimo wyboru języka literackiego (rosyjskiego) "nadal pozostaje ukraińskim pisarzem i powinien pozostać w ukraińskim kanonie literackim"4.
Na moją prośbę wypowiedział się do tej książki Jurij Andruchowycz. Zadałam mu pytanie, co dzisiaj zrobią Ukraińcy z pomnikami Gogola. Bo to, że obalają pomniki Puszkina, jest w pełni zrozumiałe. Lecz co z pisarzem, który twierdził, że sam nie wie, czy jego dusza jest bardziej chachłacka czy rosyjska?
Oto, co mi Andruchowycz odpisał:
Gogol jest postacią ambiwalentną. Ocena Gogola w dużej mierze zależy od kryteriów stawianych przez danego interpretatora. Każda z opcji ma wystarczająco dużo argumentów dla mniej lub bardziej przekonującego uzasadnienia. Gogol może być postrzegany jako "patriota Ukrainy", który w nieświadomej misji wniknął w DNA imperium, aby je zatruć i rozwalić, a także jako szczery imperialista, który świadomie służył idei "zjednoczonej, wielkiej Rosji". Albo jako kosmopolita, który wybrał życie w przytulnej, ciepłej Europie, z dala od strasznego Petersburga. Albo, przeciwnie, jako pansłowiański ksenofob i domorosły mistyk oszalały na punkcie prawosławia. I tak dalej. Jeśli chodzi o przynależność kulturową Gogola, zauważam formułę, która stała się u nas dość powszechna w ostatnich latach: "ukraiński pisarz, klasyk literatury rosyjskiej". Osobiście nie wiem, jak to połączyć. Nie sądzę, by definicja "ukraińskiego pisarza" w przypadku Gogola odpowiadała rzeczywistości.
Ale biorąc pod uwagę całą tę dwuznaczność, ukraińscy aktywiści pomników Gogola nie ruszą. W całej Ukrainie nie ma ich w końcu tak wiele - najwyżej pięć lub sześć. Nieporównywalnie mało w zestawieniu z liczbą pomników Puszkina, których mieliśmy dziesiątki. Pod tym względem Puszkin - jeśli weźmiemy pod uwagę wyłącznie pomniki postaci rosyjskich - ustępuje tylko Leninowi.
Lenin reprezentował komunistyczną ideę internacjonalizmu, a Puszkin imperialną ideę rosyjską, więc z powodzeniem współistnieli. Gogol zaś jako imperialista wciąż "nie dorównuje Puszkinowi" (vide: ambiwalencja) i dlatego nie drażni tak mocno ukraińskich aktywistów.
Ostatecznie jednak wszystko będzie zależeć i od tego, jak daleko Rosja posunie się w swoich zbrodniach przeciwko narodowi ukraińskiemu. W zasadzie to sama Rosja każdym wystrzelonym pociskiem lub bombą niszczy własne pomniki.
Oczywiście Gogol to nie tylko kwestia ukraińska. To również historia człowieka borykającego się z chorobami - fizycznymi i psychicznymi, swoją seksualnością oraz poczuciem kosmicznej grozy.
Jego życie "to ciągła tortura, której najstraszniejsza część, rozgrywająca się w sferze mistycznej, jest poza zasięgiem naszego wzroku - pisał Konstantin Moczulski. - Dusza Gogola jest złożona, mroczna, całkowicie samotna i nieszczęśliwa; dusza patetyczna i prorocza; dusza, która przeszła nieludzkie próby i dotarła do Chrystusa"5.
Gogol to również opowieść o jednym z pierwszych celebrytów, którego czytelnicy zamęczyli swoją miłością.
Według Nabokova jego życie toczyło się do góry nogami.
Według Mierieżkowskiego nie całkiem był człowiekiem.
Dostojewski uznał go za demona śmiechu.
Rozanow znienawidził i nazwał strasznym chochołem.
A więc kim był Gogol?
Czyżby Jokerem, który wyszedł z komiksu, aby przemienić Rosję w Gotham?
Zapraszam do lektury.