Ostrzeżenia
Na początku marca 1940 roku do generała Marice'a Gamelina, naczelnego
dowódcy armii francuskiej, przybył belgijski attaché wojskowy w Paryżu,
generał Maurice-Hector Delvoie. Przyjął go jednak nie sam naczelny
dowódca, ale jeden z bliskich jego współpracowników, pułkownik
Jean-Louis Petibon.
Pułkownik był wyjątkowo serdeczny. Przede wszystkim wyjaśnił, dlaczego
generał Gamelin nie mógł przyjąć go osobiście: nadzwyczaj ważne sprawy
wymagały jego obecności w innym miejscu. Generał Delvoie niczym nie dał
poznać, że wiadomość ta zaskoczyła go i rozczarowała.
Początkowo rozmowa toczyła się wokół błahych spraw, czyli wspólnych
znajomych, wydarzeń (czy też braku wydarzeń) na froncie, ostatnich
premier w teatrach paryskich... Dopiero potem generał wyjaśnił faktyczny
cel swojej wizyty.
- Przychodzę z polecenia mego króla, Leopolda II - rzekł, bawiąc się
cygarniczką. - Otrzymałem rozkaz przekazania generałowi Gamelinowi
pewnej ściśle poufnej i pochodzącej z bardzo wiarogodnego źródła
informacji...
Petibon słuchał skupiony, kreśląc w notesie rozmaite nic nieznaczące
znaki. Jego stosunek do Belga nie wolny był od lekkiego,
niedostrzeganego oczywiście na zewnątrz, lekceważenia. Mimo napięcia,
jakie starał się nadać swojej twarzy, nie sądził, aby informacja gościa
z Brukseli miała rzeczywiście być czymś ważnym. "Ach, te belgijskie
rewelacje - pomyślał - z wielkiej chmury mały deszcz...".
- Informacja ta dotyczy - kontynuował generał Delvoie - ofensywy
niemieckiej... Niemcy rozpoczną ją w najbliższej przyszłości... Adolf
Hitler ustalił już termin... Uderzą na początku maja.
Pułkownik Petibon nie zdołał ukryć lekkiego uśmiechu. Spoważniał jednak
natychmiast.
- A więc o to chodzi... - powiedział przeciągle. - To naprawdę wielkiej
wagi wiadomość. Czy źródło jest rzeczywiście pewne?
Generałowi nie podobał się uśmiech, jakim Francuz skwitował jego słowa.
- Przekazałem panu - zauważył zimno - dosłownie to, co nadeszło z Brukseli. Wiadomość pochodzi z "bardzo wiarygodnego źródła".
- Ależ nie wątpię, nie wątpię! - wykrzyknął pułkownik Petibon. - Proszę
nie brać mi za złe mojej ostrożności. W każdym razie jeszcze dziś
przekażę tę wiadomość naczelnemu dowódcy.
- Dziękuję - rzucił krótko bynajmniej jeszcze nie rozchmurzony Belg.
Petibon starał się naprawić popełnioną gafę.
- To my przede wszystkim powinniśmy panu podziękować - rzekł wylewnie. -
Naczelny dowódca będzie również bardzo wdzięczny pańskiemu królowi i panu osobiście. Nie muszę przecież mówić, jak bardzo cenne jest dla nas
każde takie doniesienie.
- Spełniamy naszą powinność - sucho zauważył generał Delvoie. I nachylając się przez stół, ściszonym głosem zapytał: - Czy doniesienie
to znajduje potwierdzenie w materiałach waszego II Oddziału?
- W każdym razie nie jest z nimi sprzeczne, choć może bardziej
sprecyzowane - odpowiedział pułkownik. - Ale prawdę rzekłszy, nie jest
chyba wykluczone, że może to być świadoma dezinformacja. Niemcy lubią
stosować tę metodę.
Belg pokręcił głową.
- Nie byłbym tak pochopny w swoich twierdzeniach.
- Oczywiście - Petibon przez chwilę szukał odpowiednio "dyplomatycznego"
sformułowania - wszystko to jest bardzo możliwe. Termin podany przez
pana nie wydaje się nieprawdopodobny. Ale, znając Niemców, nie można
odrzucać i możliwości dezinformacji... Nie mamy przecież żadnych
przekonywających dowodów, że Niemcy w ogóle zamierzają nacierać...
W gabinecie zapanowało milczenie. "A więc Francuzi wciąż jeszcze liczą
na jakieś niewojenne rozwiązanie - pomyślał Delvoie. - W Brukseli,
niestety, wielu sądzi tak samo. Nic dobrego z tego nie wyjdzie i wyjść
nie może". Zdaniem Delvoie'a nadzieje takie były z gruntu nierealne i zdumiewało go wciąż, jak ludzie skądinąd rozsądni i trzeźwi mogli
jeszcze wierzyć, że wojna może się skończyć... bez działań wojennych.
- Czy francuski sztab generalny - zapytał po chwili Belg - podejmie
jakieś poważne kroki w związku z informacją, którą panu przekazałem?
Wyjątkowo uprzejmy uśmiech Petibona był równie dyplomatyczny jak jego
słowa.
- Decyzje, naturalnie, należą do naczelnego dowódcy i do Najwyższej Rady
Sojuszniczej... Niemniej jednak żadnych specjalnych przedsięwzięć
spodziewać się nie należy. Wszystko zostało już przewidziane i przygotowane i gdyby Niemcy rzeczywiście przeszli do aktywnych działań
bojowych, nie pozostanie nam nic więcej, jak tylko przystąpić do
wykonywania tego, co jest już zaplanowane...
Gość poruszył się niespokojnie w fotelu.
- Być może jednak - zauważył ostrożnie - jakieś wstępne kroki byłyby
celowe... Zaskoczenie napastnika to duża szansa dla nas.
- Trudno - odpowiedział pułkownik, szeroko rozkładając ręce - agresor
jest zawsze w lepszej sytuacji od państw pokojowo nastrojonych. Tak było
również i w czasie pierwszej wojny światowej... Na szczęście w wojnie
zwycięża nie ten, który ją pomyślnie zaczyna, ale ten, który ją
pomyślnie kończy.
Dziwne myśli snuły się po głowie generała.
- Boję się, że Belgia będzie nieuchronnie pierwszym obiektem
niemieckiego uderzenia. Ten "pomyślny" dla Niemców początek to okupacja
całej Belgii. Doświadczenia pierwszej wojny światowej nie są dla nas
zbyt różowe...
- Nam zwycięstwo przyszło również niełatwo - gdy mowa była o pierwszej
wojnie światowej Francuz łatwo poddawał się sentymentalizmowi. - Co się
zaś tyczy Belgii...
Petibon urwał.
- Proszę, niech pan dokończy - zachęcał go Delvoie.
- Dobrze - powiedział pułkownik. - Sądzę, że moja uwaga nie urazi pana.
Po prostu, gdy wspomniał pan o niezbędności pewnych środków ostrożności
i o zagrożeniu Belgii, pomyślałem mimo woli o stanowisku pańskiego rządu
sprzeciwiającego się wkroczeniu wojsk alianckich na terytorium waszego
kraju. To może poważnie utrudnić przyszłą obronę Belgii i realizację
alianckiego planu wojny.
Mówiąc to, pułkownik Petibon pomyślał, że kilka słów prawdy nie
zaszkodzi temu tak skłonnemu do pouczeń Belgowi. Tymczasem generał nie
czuł się wcale stropiony.
- Mój Boże! - wykrzyknął w odpowiedzi, rozkładając szeroko ręce -
doskonale pana rozumiem: jestem przecież wojskowym... Z drugiej strony
jednak przysięgnę, że pan aprobuje w gruncie rzeczy stanowisko mego
rządu, który nie chce stwarzać sytuacji ułatwiającej Niemcom pogwałcenie
naszej neutralności...
- Pogwałcą ją i tak w każdej dogodnej dla nich chwili - wtrącił Petibon.
Generał też nie miał w tym zakresie żadnych złudzeń.
- Niemniej jednak - oświadczył - trzeba się liczyć z tym, że taki krok z naszej strony przedstawiłby ewentualną agresję niemiecką w znacznie
łagodniejszym świetle... Poza tym - w tym momencie Belg rzucił
przeciągłe spojrzenie na swego rozmówcę - nie chcemy przyśpieszać
ewentualnej akcji Hitlera... Ten ostatni argument powinien, jak sądzę,
szczególnie trafić panu do przekonania...
Petibon poczęstował gościa jeszcze jednym papierosem. Delvoie zauważył z satysfakcją, że jego aluzja wprawiła pułkownika w zakłopotanie. "Nie ma
obaw - pomyślał - Petibon nie podejmie dyskusji... Inna rzecz, że ja też
nie zdobyłem się na jasne postawienie sprawy. Powinienem był powiedzieć
otwarcie: jeżeli się prowadzi "dziwną wojnę" i liczy na to, że uda się w ogóle uniknąć w niej działań wojennych, to nie należy mieć pretensji do
innego kraju, gdy ten nie chce prowokować agresji potężnego wroga".
Obaj wojskowi palili w milczeniu. Pierwszy przerwał generał.
- Nawiasem mówiąc - rzekł nadając swemu głosowi wyjątkowo poważne
brzmienie - czy nie byłoby zbyt ryzykowne, nawet w wypadku zgody mego
rządu, wprowadzenie dużych sił alianckich w głąb Belgii? A jeśli
uderzenie nastąpi w innym punkcie, na przykład gdzieś bardziej na
południe?
- Przez Ardeny i Mozę?
- Chociażby...
- Nasz plan wojny przewiduje zapewne i taką ewentualność... - powiedział
Petibon dobrze wiedząc, że tak wcale nie jest.
Generał Delvoie także o tym wiedział.
Francuski plan wojny był planem czysto obronnym. Może dlatego tak ważne
miejsce zajmowała w nim linia Maginota.
Zaplanowany w 1929 roku system fortyfikacji zwany linią Maginota powstał
w latach 1930-1935, ale uzupełniano go aż do samej wojny. Tworzyły go
rejony ufortyfikowane "Lauter" (między Renem a zachodnimi stokami
Wogezów) i "Metz" (między Nied a Longuyon). Korytarz Saary między obu
tymi rejonami został zamknięty przez "sektor obronny Saary". W Alzacji,
wzdłuż Renu, ciągnęła się podwójna linia schronów bojowych.
Oceniana w oderwaniu od całości frontu i od możliwości współczesnej
wojny linia Maginota mogła się wydawać nie do przejścia przez
jakakolwiek armię. Ten wielki zespół betonowych bloków, kopuł i wież
pancernych, zapór przeciwczołgowych, podziemnych kazamatów, generatorów,
kuchni elektrycznych, wind, kompresorów powietrznych - przez wiele lat
imponował i urzekał wszystkich. Gdyby jednak linię Maginota spróbowano
ocenić z punktu widzenia przyszłej ofensywy niemieckiej - natychmiast
ujawniłyby się jej luki i braki.
Główną słabością linii Maginota była jej niepełność: osłaniała ona tylko
część granicy francuskiej.
Już w 1930 roku, gdy zatwierdzono plany jej budowy, podniósł przeciwko
temu swój stanowczy głos protestu Georges Clemenceau, "Tygrys", szef
rządu francuskiego z okresu pierwszej wojny światowej wołał:
Straciliśmy dziesięć lat na bezużyteczne kłótnie. System rejonów
ufortyfikowanych będzie stworzony wyłącznie w tej części granicy, która
rozciąga się między Szwajcarią a Luksemburgiem. Co do reszty liczymy,
że Belgia i Szwajcaria zorganizują osłonę od strony Niemiec! Straszliwa
lekcja 1914 roku nie zdała się więc na nic!
W dwa lata później, gdy linia znajdowała się już w budowie, nie kto inny
tylko późniejszy naczelny dowódca armii francuskiej, a ówczesny szef
sztabu generalnego, generał Gamelin, wystąpił do Najwyższej Rady
Wojennej z memoriałem na temat konieczności przedłużenia pozycji
ufortyfikowanych przynajmniej do rzeki Skaldy. Projekt jego odrzucono
pod pretekstem, że byłoby to równoznaczne z pozostawieniem Belgów ich
własnemu losowi.
W 1934 roku Najwyższa Rada Wojenna odmówiła uwzględnienia innej,
bardziej skromnej propozycji. Tym razem argumentowano, że rozbudowa
linii Maginota w kierunku północnym jest po prostu niepotrzebna. Ardeny
i Moza stanowią przeszkodę naturalną, która i bez fortyfikowania jest
dla nieprzyjaciela nie do pokonania.
Stanowisko Najwyższej Rady Wojennej rozstrzygnęło sprawę. W 1940 roku
linia Maginota rozciągała się wzdłuż granicy francusko-niemieckiej, ale
nie chroniła granic Francji na odcinku belgijskim, luksemburskim i szwajcarskim. Czyżby liczono, że Niemcy hitlerowskie uszanują
neutralność małych państewek tego rejonu? Tego nie twierdzili nawet
najzagorzalsi zwolennicy obrony na linii Maginota. Niektórzy z nich
natomiast dowodzili, że jest to pułapka na Niemcy, próba zmuszenia ich
do działań na pozostawionym im jednym tylko kierunku...
Francuski plan wojny, opracowany przez generała Gamelina i przedstawiony
do aprobaty Najwyższej Radzie Sojuszniczej, rozważał trzy możliwe
kierunki działań niemieckich. Niemcy mogli więc uderzyć od czoła na
linię Maginota oraz mogli próbować ją obejść jednym z dwóch możliwych
manewrów oskrzydlających: od północy, przez Belgię, i od południa, przez
Szwajcarię.
W ocenie generała Gamelina hipoteza czołowego uderzenia na linię
Maginota w Alzacji i Lotaryngii była czymś mało prawdopodobnym.
Przełamanie systemu fortyfikacyjnego linii Maginota wymagałaby potężnych
środków, zwłaszcza artyleryjskich, których Niemcy wówczas nie mieli.
Podjęcie takiego uderzenia byłoby dla nieprzyjaciela bardzo ryzykowne.
Zdaniem francuskiego naczelnego dowódcy również hipoteza manewru
oskrzydlającego od południa była całkowicie nieprawdopodobna. Nie
stwarzała ona dla Niemców żadnych możliwości rozwinięcia sukcesu, była
po prostu - jak to określał generał Gamelin - "mało wydajna".
Pozostawała więc jako najbardziej realna koncepcja manewru
oskrzydlającego linię Maginota z północy, przez Belgię. Niemcy
dysponowali dostatecznymi środkami dla podjęcia próby przeprowadzenia
takiej operacji, jej powodzenie stworzyłoby im rozległe możliwości
dalszych sukcesów. Uchwycenie wybrzeża flamandzkiego sprzyjałoby
rozwojowi aktywnych działań przeciwko Wielkiej Brytanii. Czy to, że
manewr ten stanowi powtórzenie planu Schliffena zastosowanego przez
Niemców w pierwszej wojnie światowej, czyniło mniej prawdopodobnym
zastosowanie go ponownie w nowej kampanii przeciwko Francji? Zdaniem
generała Gamelina - bynajmniej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki