Dyplomaci i szpiedzy
Maj 1943 roku.
Na frontach Europy i Azji toczą się ciężkie walki.
Ankara jest stolicą Turcji, państwa neutralnego, ale i w jej mury
zawitała wojna. Co prawda nie słychać tu huku wystrzałów i nie wybuchają
bomby lotnicze, lecz poprzez miasto, nawet wtedy, gdy okrywa je
nieprzenikniona czerń anatolijskiej nocy, przebiegają niewidzialne
fronty, na których zmagają się nieustannie całe oddziały ludzi-cieni,
szpiegów. Tak więc i tutaj toczy się walka, tyle tylko, że jest to walka
cicha i szczególnie podstępna.
Sir Hughe Knatchbull-Hugessen, ambasador Wielkiej Brytanii w Turcji,
wiele mógłby na ten temat powiedzieć. Sir Hugessen znany był jako jeden
z filarów brytyjskiej dyplomacji, zajmował wysoki szczebel w jej
drabinie, był osobistym przyjacielem premiera Churchilla i dlatego
właśnie znalazł się w stolicy Turcji. Kraj ten cieszył się z wielu
względów szczególnym zainteresowaniem rządu Jego Królewskiej Mości.
Ambasador Knatchbull-Hugessen miał na swym stanowisku wiele pracy i kłopotów, tym bardziej więc nie mógł nachwalić się swego nowego
kamerdynera, który właśnie w maju przyjął u niego pracę. Człowiek ten
pracował uprzednio u pierwszego sekretarza ambasady brytyjskiej, Mr
Douglasa Buska. Powściągliwy z natury Busk nie sławił zdolności
służącego, ale i go nie ganił, co można było traktować jako swego
rodzaju wyraz uznania. Oczywiście, obaj dyplomaci poczynili, co
należało, aby sprawdzić przeszłość nowego w ich domostwach człowieka,
nie zgłoszono im jednakże żadnych w tym względzie zastrzeżeń.
Kamerdyner zawsze był na swym miejscu, zawsze znajdował czas na usługi,
zawsze o wszystkim pamiętał. Można powiedzieć, że zdjął on z szanownej
głowy ambasadora wszelkie troski o drobne sprawy codzienności, drobne na
pozór, często wszakże kosztujące wiele nerwów. I dlatego po krótkim już
czasie Elyeza Bazna, bo tak się zwał nowy lokaj sir Hugessena, uzyskał
pełnię łask i zaufanie swego pana. Sir Hugessen mógł się teraz oddać
całkowicie dyplomacji, czyli przede wszystkim nakłanianiu rządu
tureckiego do przejścia z pozycji proniemieckich na pozycje
probrytyjskie.
Dużym krokiem w tym właśnie kierunku była wizyta Churchilla w Adanie w styczniu 1943 roku. Premier dokazał wiele, ale reszta pozostawała w rękach ambasadora. On właśnie miał uwieńczyć rozpoczęte dzieło.
Baron Franz von Papen, ambasador Rzeszy Niemieckiej w Ankarze, starał
się oczywiście o to, aby wszelkie wysiłki Anglików, w pierwszym zaś
rzędzie sir Hugessena, spełzły na niczym. Turcja zawarła 18 czerwca 1941
roku traktat o nieagresji z III Rzeszą, a wcześniej 25 marca taki
traktat z ZSRR. Zachowując neutralność, prowadziła jednak politykę
balansowania pomiędzy aliantami a państwami Osi. Ostatnio Niemcy
odnosili w Rosji sukcesy i w rządzie tureckim nasilały się sympatie
proniemieckie.
Baron von Papen zacierał ręce.
Ten wytrawny gracz polityczny znany był ze swej "dyplomatycznej"
działalności jeszcze z lat pierwszej wojny światowej, kiedy jako attaché
niemiecki w USA organizował tam akcje sabotażowo-szpiegowskie. Poza tym
z tego też okresu Papen doskonale znał... Turcję. Nie kto inny, a on
właśnie był wtedy głównym pomocnikiem generała Otto Limana von Sandersa,
szefa niemieckiej misji wojskowej w Turcji, faktycznego
głównodowodzącego armii tureckiej.
Już te tylko epizody kariery von Papena wystarczająco predestynowały go
na stanowisko niemieckiego ambasadora w Turcji. Nie zapominajmy również,
że nie kto inny, a Franz von Papen był tym kanclerzem Rzeszy, który
umożliwił Hitlerowi dojście do władzy, później zaś, jako specjalny
wysłannik Hitlera, zmusił rząd austriacki do kapitulacji przy
przymusowym wcielaniu Austrii do Rzeszy.
Do kierowania więc ambasadą niemiecką w Ankarze wyznaczył Hitler takiego
człowieka, który mógł gwarantować przystąpienie Turcji do Osi, aby zaś
jego wysiłki nie ustawały, przydzielił mu do pomocy w charakterze
pierwszego sekretarza ambasady ambasadora Alberta Jenkego, szwagra
niemieckiego ministra spraw zagranicznych Ribbentropa.
Papen zacierał ręce, póki nie nadszedł Stalingrad. Niebawem Wehrmacht
musiał także wycofać się z Kaukazu. Tureccy politycy i wojskowi zaczęli
z wolna tracić wojenny animusz i coraz częściej głosili nietykalność
zasad neutralności. Sytuacja stawała się krytyczna. Papen wytężał siły
coraz bardziej również na niedyplomatycznej niwie. Wspomagał go w tym
dziele niemiecki wywiad, zakamuflowany w Turcji pod różnymi postaciami,
zgrupowany wokół rezydentur w Stambule i Ankarze.
Ludwig C. Moyzisch zajmował oficjalnie stanowisko attaché handlowego
ambasady niemieckiej w Ankarze, w rzeczywistości jednak zaliczał się do
tych szczególnych pracowników dyplomacji, którzy zajmowali się
działalnością, powiedzmy, bardzo dyskretną. Moyzisch był ongiś
wiedeńskim dziennikarzem, dawno już jednak zerwał kontakt z prasą. Teraz
zaś był ni mniej, ni więcej tylko... rezydentem wywiadu zagranicznego
SS. Z racji owej funkcji miał stopień sturmbannführera, choć jego wygląd
zewnętrzny w niczym nie przypominał obowiązującego rzekomo w SS typu
nordyckiego. Pochodził z Austrii, a jego twarz dowodziła nader wymownie
mezaliansu, jaki któryś z jego germańskich przodków popełnił z osobą o cechach wybitnie orientalnych. Być może z tego właśnie powodu Ludwig C.
Moyzisch znalazł się w Ankarze, gdzie w potrzebie mógł równie dobrze
udawać Turka, jak Egipcjanina.
Formalnie Moyzisch znajdował się na liście pracowników ambasady i podlegał poprzez Papena niemieckiemu Ministerstwu Spraw Zagranicznych,
ale w rzeczywistości kierował jego poczynaniami specjalny wydział
Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy o nazwie "Ausland" ("Zagranica"),
na którego czele stał gruppenführer SS Walter Schellenberg.
Moyzisch nie miał lekkiego życia, a w maju 1943 roku zastanawiał się
szczególnie intensywnie nad realizacją swych zadań. Przybywało ich z dnia na dzień, bowiem naciskał i Papen i Schellenberg, przy czym ten
drugi zlecał już nie tylko penetrację wrogich ośrodków dyplomatycznych i szpiegowskich, ale również coraz bardziej energiczną inwigilację osób
zatrudnionych w niemieckich placówkach dyplomatycznych oraz w działającym nader ruchliwie w Turcji, głównie w Stambule, aparacie
Abwehry, która stworzyła tu swe ognisko promieniujące na cały Bliski
Wschód. Choć Moyzisch współdziałał na ogół z rezydentem Abwehry, Paulem
Lewerkühnem, musiał go też pilnie obserwować.
W miarę niemieckich klęsk militarnych pogarszała się - niestety -
sytuacja także na froncie cichym. Dotychczasowe kontakty rwały się,
nowych brakowało. Ogólnie biorąc, pracy Moyzischowi przybyło ogromnie,
więc pewnego majowego wieczoru 1943 roku pomyślał o przyjęciu nowej
sekretarki.
George H. Earle był takim samym attaché morskim Stanów Zjednoczonych w Turcji jak Moyzisch attaché handlowym. Podobnie też jak on mało się
przejmował swymi rzekomymi obowiązkami dyplomatycznymi. Krótko mówiąc,
był... rezydentem wywiadu amerykańskiego w Turcji.
George Earle był szpiegiem wysokiego lotu, znacznie wyższego niż
sturmbannführer Moyzisch, który reprezentował co prawda inicjatywę,
pomysłowość i doświadczenie, lecz w gruncie rzeczy jego rola ograniczała
się zawsze do roli wykonawcy. Earle zaś był także współtwórcą bardzo
dalekosiężnych planów, w których nawet Turcja odgrywała drugorzędną
rolę, choć znaczenie tego państwa dla polityki Stanów Zjednoczonych
wzrastało wprost proporcjonalnie do niemieckich klęsk w Związku
Radzieckim.
Sama biografia Mr Earle'a jest dość wymowna. On - przyjaciel prezydenta
Roosevelta - piastował stanowisko gubernatora stanu Pensylwania, potem
został ambasadorem w Austrii i Bułgarii, uznano go nawet za znawcę spraw
bałkańskich. Bardziej jednak niż sytuacja na Bałkanach interesowała Mr
Earle'a kwestia zawarcia odrębnego pokoju z Niemcami i to właśnie
sprowadziło go do Turcji. Nie trzeba chyba dodawać, że attaché morski
ambasady USA w Ankarze zdecydował się na objęcie tego stanowiska po
długiej rozmowie z samym Allanem Dullesem, szefem amerykańskiego wywiadu
(OSS) w Europie. W trakcie tej konferencji uzgodniono wiele konkretnych,
szczegółowych spraw, zaś na zasadnicze wytyczne działalności Mr Earle'a w Ankarze czasu stracono niewiele; zarówno szef, jak i podwładny od
dawna już kierowali się poglądem, że nie niemieckie Niemcy powinny być
dla Stanów Zjednoczonych wrogiem numer jeden.
Jedną z pierwszych spraw, w których maczał palce nasz nowo mianowany
attaché morski, była wizyta nowojorskiego arcybiskupa Spellmana w Turcji
wiosną 1943 roku. Earle postarał się o to, aby do Papena doszły wieści,
że świątobliwy turysta pragnie go ujrzeć. Papen zapytał Berlin, lecz
stamtąd otrzymał zakaz spotkania. Ale Mr Earle nie tracił ducha.
Zdecydowawszy się na umieszczenie w ambasadzie niemieckiej swego
człowieka, którego zamierzał wykorzystywać wszechstronnie, przystąpił w maju 1943 roku do działania.
Elizabeth Kapp, córka generalnego konsula niemieckiego w Sofii,
pracowała dzięki ojcowskiej protekcji w tamtejszej ambasadzie Rzeszy.
Była sekretarką pomniejszego kalibru i z pracy była na ogół zadowolona,
lecz któregoś dnia - było to bodaj właśnie w maju 1943 roku - poprosiła
ojca o pomoc w przeniesieniu jej do placówki niemieckiej w jakimś
zupełnie neutralnym, spokojniejszym niż Bułgaria kraju. Ojciec zgodził
się z jej stanowiskiem. Istotnie, w Bułgarii groziły anglo-amerykańskie
naloty, a poza tym, w miarę odwrotu Wehrmachtu z rosyjskich ziem,
zbliżał się front. Elizabeth była młodą, dwudziestoletnią panną i należało jej się, zdaniem papy, coś więcej z życia niż ciągły strach.
Papa Kapp począł się tedy starać o wyjazd córki z Sofii, rozpytywać tu i tam, czy w jakimś neutralnym, spokojnym kraju nie znalazłaby się dla
niej posada.
Elizabeth nie ukrywała, że najchętniej wyjechałaby do Stanów
Zjednoczonych, gdzie jej ojciec pracował kiedyś jako dyplomata.
Niestety, nie wchodziło to w grę, póki między Stanami a Niemcami trwał
stan wojny. Trzeba było pogodzić się z losem i korzystać z tego, co on
przyniesie.
Poznaliśmy dotąd pierwszoplanowe postacie naszej opowieści. Warto by
jednak dodać do nich jeszcze jedną. Choć występowała ona z dala od
właściwego miejsca akcji i nie wiązała się bezpośrednio z tak zwaną
sprawą "Cicero", jej wpływ na przebieg akcji był znaczny, a w każdym
razie decydujący o zaskakującej poincie całej historii.
Hauptsturmführer SS Bernhard Krüger, szef działu VI-F4 w Głównym
Urzędzie Bezpieczeństwa Rzeszy, komórki zajmującej się głównie
fałszowaniem przeróżnych dokumentów, kierował z racji swych obowiązków
supertajną akcją nazwaną od jego imienia "akcją Bernhard". Krüger nie
był twórcą całego przedsięwzięcia, odziedziczył je właściwie po swym
poprzedniku, sturmbannführerze Alfredzie Naujocksie. Niemniej młody
Krüger zdołał uzyskać szereg świetnych osiągnięć, jak choćby wykonanie
paszportów wszystkich krajów świata w taki sposób, że nie wzbudzały one
nigdzie zastrzeżeń. Jednakże teraz, w maju 1943 roku, Krüger osiągnął
szczyt swego fałszerskiego powodzenia.
Pewnego dnia Krüger, odebrawszy jakiś telefon, bez chwili zwłoki opuścił
swe biuro przy Beymestrasse w Berlinie i jak bomba wpadł do samochodu,
który na pełnym gazie ruszył wprost do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen.
Tam w odizolowanym szczelnie bloku nr 19 czekano już na niego. Krüger
pochylił się nad retuszerskim stołem, gdzie leżał przygotowany dlań
materiał.
Jak stwierdził, wykonanie było doskonałe.
"Macie dziś święto" - zawołał uradowany do stojących przy nim więźniów.
Dziwni to byli ludzie. Kruger po ściągał ich tu specjalnie z całej
niemal Europy, penetrował w pogoni za nimi więzienia, obozy i getta.
Okazali się warci jego wysiłku: mieli doprawdy nadzwyczajne
uzdolnienia...
Znamy więc już wszystkich bohaterów najbardziej chyba sensacyjnej afery
szpiegowskiej II wojny światowej. Najmniej, co prawda, mówiliśmy dotąd o głównym bohaterze, ale jego poznaje się najlepiej w toku akcji.
Ankara - październik 1943
Hauptsturmführer Krüger odwiedzał często blok nr 19 w Sachsenhausen.
Zdarzało się to wtedy zwłaszcza, gdy telefonowała do niego sekretarka
szefa wywiadu gruppenführera Schellenberga i lakonicznie zamawiała
materiał.
"Herr Krüger? Potrzebujemy sto, pierwszy gatunek." Albo innym razem:
"Herr Krüger, potrzebujemy dwadzieścia, może być druga klasa w drobniejszych". Mowa była czasami również o klasie trzeciej.
Po takim telefonie Krüger natychmiast wsiadał w samochód, zawsze sam,
jechał do Sachsenhausen, a potem co rychlej powracał do Berlina, wprost
na Berkaestrasse, gdzie mieścił się oddział finansów wywiadu
zagranicznego.
28 października 1943 roku w gabinecie Krügera zadzwonił telefon.
- Herr Krüger? Potrzebujemy natychmiast dwadzieścia, pierwsza klasa.
Natychmiast...
Szef "akcji Bernhard" ruszył do Sachsenhausen.
W tym samym mniej więcej czasie konsul Kapp otrzymał wiadomość od
znajomego z Berlina, że przeniesienie jego córki zostało przez centralę
załatwione pozytywnie. Elizabeth mogła już pakować walizki i szykować
się do podróży. Oczywiście, tak jak prosił Kapp, w grę wchodziła
ambasada niemiecka w stolicy Turcji. Kapp dowiedział się przypadkowo od
radcy Seilera z ambasady ankarskiej, że potrzebują tam sekretarki dla
któregoś z wyższych urzędników. Ankara bardzo konsulowi odpowiadała, tak
więc pokierował sprawę, by jak najwcześniej załatwiono ją w Berlinie.
Jeśli wszystko przedłużyło się nieco, to tylko z tego powodu, że osobą
panny Kapp zajął się kontrwywiad, sprawdzając, czy można mieć do niej
pełne zaufanie, bowiem stanowisko, które miała objąć, bardzo tego
wymagało. Zastrzeżeń nie było żadnych, bo i skąd: córka wieloletniego
niemieckiego dyplomaty, siostra dwóch oficerów frontowych, członkini
Bund der Deutschen Mädel1, młoda zresztą kobieta, której
charakteru życie nie zdążyło zepsuć, dziewczę bez żadnej jeszcze
przeszłości.
Znany nam już Mr George Earle pod koniec października bawił w Stambule i oczekiwał pewnej wiadomości z Berna. Tym szwajcarskim miastem Earle mało
by się interesował, gdyby nie fakt, iż tam właśnie, przy willowej ulicy
Herrengasse, umiejscowiło się kierownictwo wywiadu amerykańskiego w Europie.
Zarówno Earle, jak i Dulles w niczym nie zmienili swych zapatrywań na
kwestię możliwości zawarcia odrębnego pokoju z niemieckimi Niemcami, co
umożliwiłoby Niemcom dalsze prowadzenie wojny na jednym tylko froncie...
wschodnim. W miarę radzieckich sukcesów energia obu tych mężów wzmagała
się do tego stopnia, iż zaniepokoiło to prezydenta Roosevelta.
Allan Dulles rozpoczął już w lutym 1943 roku pertraktacje z przedstawicielami tych kół niemieckich, które były pozytywnie
ustosunkowane do państw zachodnich, szczególnie do USA. Do Berna zawitał
wówczas niejaki "Herr Paul", w rzeczywistości książę Maksymilian Egon
Hohenlohe, by odbyć z Dullesem występującym pod pseudonimem "Mister
Buli" bardzo serdeczną rozmowę. Dulles nie przeciwstawił się bynajmniej
idei narodowego socjalizmu, kwestionował tylko osobę Hitlera jako zbyt
skompromitowaną, aby Zachód mógł z nią pertraktować. Drugą osobą, z którą Dulles rozmawiał w sprawie zawarcia odrębnego pokoju z Niemcami,
był niejaki doktor Schudekopf, trzecią wreszcie wicekonsul niemiecki w Zurychu - dr Brandt Gisevius. Konferencje "Mister Bulla" z Niemcami
miały bardzo interesujący przebieg, najciekawsze było jednak to, że
wszyscy trzej byli agentami wywiadu. Pierwszych dwóch delegował do Berna
Schellenberg, Giseviusem zaś kierował Canaris.
Dulles miał więc dobre kontakty z Niemcami. A Earle? Jego zadanie
polegało na tym, aby do Niemców dotrzeć także poprzez ambasadora barona
von Papena.
Earle oczekiwał wiadomości z Berna i otrzymał ją. Był bardzo zadowolony.
Nie mógł przecież wiedzieć, jak nieoczekiwane wyniki przyniesie
ostateczne załatwienie tej sprawy, która weszła właśnie w stadium
realizacji.
George Earle znajdował się w Stambule, w Ankarze zaś 29 października
odbyło się uroczyste przyjęcie z okazji święta narodowego Turcji.
Znaleźli się na nim i ambasador von Papen, i ambasador Hughe Knatchbull
Hugessen. Pierwszy uśmiechnął się pod siwym wąsem, myśląc o Angliku. Czy
ten choćby przez minutę mógł przypuszczać, co dzieje się w jego własnej
siedzibie?... A może?... Papen wzdrygnął się i nerwowo sięgnął po
kieliszek wina. A może?...
Sir Hughe Knatchbull Hugessen czuł się na przyjęciu bardzo dobrze, po
powrocie zaś do domu pierwszą osobą, którą ujrzał, był jego nieoceniony
kamerdyner, Elyeza Bazna. Służący otworzył drzwi, wyrażając już samą swą
postawą gotowość do usług.
Ambasador nie omieszkał wyrazić głośno swego zadowolenia, co ze strony
Bazny skwitowane zostało pełnym szacunku ukłonem.
Sir Hugessen udał się wnet na spoczynek. Kamerdyner, jak było to już
zwyczajem, podał mu tabletki nasenne i szklankę wody.
- Dziękuję. - Ambasador przełknął tabletki i wodę. - Pamiętasz dosłownie
o wszystkim.
Bazna skłonił się znów z uszanowaniem, po czym opuścił sypialnię,
bezszelestnie zamykając drzwi.
Sir Knatchbull Hugessen zasypiał spokojnie, w błogim poczuciu dobrze
spełnionego obowiązku.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki