Rozdział pierwszy
Wtorek, 14 lutego 2017 r.
- Proszę bardzo.
Will otwiera drzwi do restauracji i gestem zaprasza mnie do środka. Okej. Miło. Szarmancki. Stara szkoła. I bardzo ładnie pachnie! Nowocześnie, piżmowo. Może to "CK One" połączony z jakimś męskim mydłem? Używa mydła. Alleluja! Może nie powinnam się od razu zrażać. Może tym razem będzie inaczej.
To moja druga randka w tym miesiącu. Obiecałam sobie, a także mojej przebojowej dziewięćdziesięcioczteroletniej Babuńci, że postaram się zapomnieć o Genie, o moim ukochanym, zagubionym w akcji dżinie, i ponownie rzucę się w wir randkowania.
Gdy tylko wchodzimy do włoskiej restauracji, łysy mężczyzna w obcisłej czerwonej kamizelce, z wyłupiastymi oczami i przerażającym uśmiechem ociera się o mnie sensualnie za pomocą swojego akordeonu. Walentynkowa randka w ciemno z pewnością nie była jedną z moich najmądrzejszych decyzji. Mimo to dam temu Willowi szansę. To nie jego wina, że właściciel restauracji zatrudnił napalonego akordeonistę i postawił figurki całujących się pingwinów na każdym ze stolików. Czuję się jak w filmie Disneya.
Miłość. Czym tak naprawdę jest prawdziwa miłość? Babuńcia powtarza mi ciągle, że taka miłość wymaga cierpliwości, ale nie powinna dawać na siebie czekać dłużej niż trzy i pół roku. "Do diabła. Nawet FedEx działa szybciej" - mawia.
Cały czas staram się bronić Gene'a. Bo co, jeśli utknął w starej lampie albo u paskudnego pana, zabraniającego mu kontaktów ze mną? Jestem przekonana, że nie zostawiłby mnie z własnej woli. Kocha mnie. Poza tym wysłał ten piękny bukiet z zapowiedzią cudownych rzeczy, mających w końcu nadejść. Nic więcej nie mógł wtedy zrobić. Wiem, że po mnie wróci. Dlatego też uznałam, że zadowolę Babuńcię i Cici, moją starszą siostrę, która zwykła mówić: "Nie można zrezygnować z miłości w wieku czterdziestu jeden lat", a przy okazji skorzystam z kilku darmowych obiadów.
Brakuje mi jego śmiechu. Miał (ma? Nie chcę wyobrażać sobie najgorszego; nie mogę znieść myśli, że już go nie ma) niesamowicie zaraźliwy chichot! Nie dopuszczałam do siebie myśli, że mogę już go nie usłyszeć.
Gdy darzysz kogoś ogromnym uczuciem, kochasz w nim nawet najdrobniejsze rzeczy. Sposób, w jaki ta osoba mruży oczy przy uśmiechu. W jaki układa głowę na poduszce. Sposób, w jaki pije kawę, liże lody, wkłada buty. Te drobne ruchy są wyjątkowe dla danej osoby. Lubię obserwować i porównywać je z bliska. To taka piękna forma sztuki zwana osobowością. Niestety, zdałam sobie z tego sprawę, gdy Gene'a już nie było. Po jego zniknięciu zrozumiałam, jak bardzo brakuje mi tego, jak zgniatał stopą tył trampka, by móc włożyć w niego drugą stopę bez konieczności schylania się. Kiedyś mnie to cholernie irytowało. Dlaczego nie mógł wkładać butów jak normalny człowiek? Jak można być aż tak leniwym? Teraz oddałabym wszystko, żeby odzyskać tego nienormalnego faceta. Wiem, że dziwactwa sprawiają, że jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, a kiedy naprawdę kogoś kochasz, kochasz bezwarunkowo. Kochasz wszystkie wady i ekscentryczności tej osoby.
Will stuka palcem w stół, wpatrując się we mnie.
- Och, bardzo przepraszam, odpłynęłam myślami.
Biorę łyk wina i uśmiecham się do niego ciepło, licząc, że wybaczy mi lekkie rozkojarzenie. Muszę przestać myśleć o Genie! Jestem na randce! Muszę postarać się żyć dalej! Iść dalej!
- Paradoksalnie chcesz tu być, tak? - mówi, wciąż wyglądając na zirytowanego. - Mam dziś jeszcze inne sprawy do załatwienia. - Bawi się bezmyślnie swoim cienkim zielonym krawatem. - Sprawy ciężkiej wagi.
O mój Boże! Ależ to było nieuprzejme... i niepoprawne! Może trochę przesadził z czerwonym winem, a może po prostu mylą mu się słowa. Pewnie dlatego powiedział "paradoksalnie" i "ciężkiej wagi". Nie bądź snobką, Cat. Zignoruj to.
- Tak, oczywiście, że chcę tu być. Wokół panuje taka miła atmosfera! Jest tak romantycznie!
Staram się, by mój głos brzmiał jak najradośniej pomimo małolaty siedzącej na kolanach jakiegoś chłopaka w rogu sali. Wygląda na to, że jej język ma własny umysł. I próbuje uprawiać seks z jego uchem.
Odwracam wzrok i spoglądam na swój pusty talerz. Chciałabym, żeby kelner przyniósł nam trochę chleba. Po tym wszystkim, co zrobił dla mnie Gene w kwestii utraty zbędnych kilogramów, powinnam strzelić sobie w łeb, że tej zimy znów pozwoliłam sobie na przybranie na wadze. Co prawda nie jestem tak duża jak kiedyś - dzięki treningom dwa razy w tygodniu na siłowni, której jestem właścicielką i kierowniczką - ale nie jestem też superszczupła. Nadal zmagam się z tymi uporczywymi fałdkami.
Ostatnio z racji planów rozwoju firmy mam w pracy od groma papierkowej roboty. Większość dni spędzam przy biurku, zajadając M&M'sy i wpatrując się w opalone, wysportowane ciała osób ćwiczących na orbitrekach cztery i pół metra dalej. Wiem, że muszę ograniczyć podjadanie (ewentualnie zamknąć drzwi od biura), ale zaczynam wierzyć, że tłuszczyk w okolicach brzucha to niespodziewany prezent, pojawiający się u drzwi tuż po czterdziestce. Prezent, którego nie chcesz, ale za Chiny nie możesz zwrócić. Przechodzą mnie ciarki. Brr! Mój brzuch jest jak horror klasy Z.
Nie tylko moja waga przyprawia mnie o dreszcze. Również walentynki i Złotousty Will sprawiają, że się stresuję. Pragnę węglowodanów! Przynieście mi chleb! Może, jeśli nawiążę z nim jakąś rozmowę, uda mi się zapomnieć o głodzie...
- A więc... opowiedz mi może coś o swoim ostatnim projekcie, Will. Nigdy wcześniej nie umawiałam się z naukowcem. W czym się specjalizujesz?
- W ludziach. To znaczy badam zwłoki i to, jak się rozkładają.
Łyk wina trafia do złej dziurki. Zaczynam się krztusić tak bardzo, że pewnie poplamiłam już śnieżnobiałą bluzkę. Chwytam serwetkę i wciskam ją sobie do ust, by zatamować strumień. Oddychaj, Cat, oddychaj. Mogło być gorzej. Równie dobrze mógłby produkować metamfetaminę jak ten koleś z Breaking Bad. Jeszcze kilka wdechów i znów będziesz mogła się odezwać.
- Fascynujące! A co robisz ze swoimi... yyy... odkryciami? - pytam, starając się zatuszować wpadkę gorliwym uśmiechem.
- Sceptycznie jestem najlepszym balsamistą w Ottawie, dlatego kiedy twoja słynna Babuńcia kopnie wreszcie w kalendarz, powinnaś do mnie przyjść.
Śmieje się z własnego żartu, a potem zauważam, że kładzie na stoliku wizytówkę. Sceptycznie? Nie jestem pewna, co bardziej mnie w nim odpycha: to, że zajmuje się konserwacją zwłok, to, że chce zabalsamować Babuńcię, czy może to, że nie potrafi się poprawnie wysłowić?
- Dzięki, Will, ale jestem pewna, że ona przeżyje nas wszystkich.
- Zastanawiałem się też, czy może po tym... no, gdybyś chciała... to po...
Teraz to on nie może z siebie czegoś wydusić. No, dawaj, wyrzuć to z siebie! Dlaczego się waha? Może chodzi mu o coś sprośnego?
- ...chciałabyś zobaczyć rozkładające się ciała?
Znowu krztuszę się winem, tym razem jednak pozwalam, by wyciekło mi z ust i spłynęło po brodzie. Mam to gdzieś! To nie ja zachowuję się absurdalnie! Usłyszałam to pytanie, ale nie wierzę, że naprawdę to powiedział. Może to jakiś żart? Ukryta kamera czy coś? Rozglądam się dookoła. Nie. Nic tu nie ma. To jakiś obłęd! Utknęłam w twitterowej rzeczywistości. #Najgorszarandkaw5slowach. Nic nie odpowiem. Zresztą odechciało mi się rozmawiać. Wreszcie przynieśli nam makaron i, dzięki Bogu, również pieczywo! Chwytam miękką ciepłą bułeczkę i pożeram ją jak lwica ofiarę. Mam gdzieś, że kiedyś dokuczano mi z powodu nawyków żywieniowych. Dzisiejszego wieczoru nie dbam o kalorie ani tym bardziej o to, by zachowywać się jak dama. Moim celem jest po prostu przetrwanie tej niedorzecznej randki.
Facet z akordeonem pojawia się przy naszym stoliku. No przecież. Flirtuje z makaronem na moim talerzu. Melodia brzmi niczym marsz pogrzebowy i przypomina mi, czym Will zajmuje się zawodowo. Nie sądzę, by udało mi się przełknąć resztę posiłku.
- A co do twojej Babuńci... - kontynuuje.
A już się łudziłam, że porzucił ten temat. Moje niedoczekanie.
- Powinnaś zadbać o to, by spisała testament. Może ci się wydawać, że już to zrobiła, ale tak naprawdę to nigdy nie wiadomo. Testament jest legalnie wiążący we wszystkich ważnych kolekcjach.
- Słucham? Co ty właśnie powiedziałeś?
Kolekcjach? Wybucham tak gwałtownym śmiechem, że z oczu płyną mi łzy. Czerpanie tak szalonej przyjemności z jego błędów jest trochę dziwne, ale w końcu zadziera z moją rodziną. Czuję, jak podnosi mi się ciśnienie, mimo że nadal śmieję się do rozpuku.
- Hej, postaraj się za mną nadążać, Cat. Wiem, że jesteś tylko zwykłą laską z siłowni - uśmiecha się pogardliwie - ale powiedziałem, że...
- Dobra, wystarczy tego dobrego. - Wstaję, rzucając serwetką w talerz. - Jesteś nie tylko bezczelny i uważasz się za nie wiadomo kogo, ale jesteś też po prostu głupi. Lepiej wygoogluj sobie te wszystkie wymyślne słowa, których błędnie używasz, i zostaw moją Babuńcię w spokoju.
Chwytam torebkę i ruszam w stronę drzwi, ale po chwili zastanowienia odwracam się na pięcie, wracam do stolika, łapię za jego talerz i wylewam mu na głowę jego zawartość. Makaronowe wstążki ześlizgują się z jego włosów i spływają mu po twarzy niczym wodospad sosu pomidorowego, kaparów i sera.
- A to za nazwanie mnie zwykłą laską z siłowni.
3
Don't stop believin', hold onto that feelin'*... - piosenka zespołu Journey wypełnia wnętrze samochodu, gdy siedzę z głową wspartą na dłoniach i zastanawiam się, co dalej. Jak żyć. To znaczy, co mam ze sobą począć. Jak do tego doszło, że znów spotykam się z jakimiś frajerami i mam nieodpartą ochotę na jedno z tych pysznych czekoladowych ciast sprzedawanych na plastikowych tackach? Łzy spływają mi po twarzy, a ja nie mam przecież na rzęsach tego nowego wodoodpornego tuszu. O kurwaczek! Moje życie to jakiś żart!
Cieszę się, że na spotkanie z Willem przyjechałam własnym autem, ale wkurza mnie, że łudziłam się, iż poznam kogoś podobnego do Gene'a. Na świecie nie ma już nikogo, kto by do mnie pasował. I to nie jest tak, że wierzę w tę jedną połówkę pomarańczy przypisaną nam w dniu narodzin. Przecież to totalny stek bzdur! Ale kiedy spotykasz kogoś, kto cię rozumie, kto pozwala ci być sobą i jednocześnie lepszą wersją ciebie, to jest cholernie trudno kimś go później zastąpić. Czuję, że bez Gene'a nie żyję w pełni. Działam na autopilocie. Jakby wszystko, co mnie otacza, było szare, zupełnie jak moje sprane gatki. Pewnie dlatego czułam wewnętrzny przymus, by kupić ten komplet bielizny z La Senzy za sześćdziesiąt pięć dolarów, gdy tylko zobaczyłam slogan, że "Szary to nowy czarny". Ale to nieprawda. Szary nie jest nowym czarnym. To po prostu nijaki kolor rozpadających się w praniu gaci, które pozostawiły mnie z wyrzutami konsumenckiego sumienia. Koniec z tym. Muszę przestać się użalać i coś z tym zrobić. Jedynym sposobem na przywrócenie koloru w moim życiu jest znalezienie Gene'a.
Gdzie więc, do cholery, on się podziewa?
* "Nie trać wiary. Nie porzucaj marzeń".