ROZDZIAŁ 2
GŁUPIEC
- Teraz ty będziesz grać na czas, zamiast powiedzieć, co wiesz? - zapytał Konstanty, biorąc na kolana Spację, małego, chociaż odrobinę przekarmionego psiaka.
Róża poznała Sebastiana Bartmana, czyli groźnego Batmana z Rynku tuż po powrocie do miasta. Co prawda kojarzyła go z czasów szkolnych, ale ich drogi nie miały okazji się przeciąć. Być może dlatego, że kilka lat starszy mięśniak od zawsze sprawiał wrażenie groźnego i niedostępnego.
Ich pierwsza rozmowa zdecydowanie nie należała do przyjemnych.
Była wtedy w kawiarni na Starówce. Dokładnie tej samej, w której dzisiaj spotkała się z Konstantym. Dopiero zaczynała zdobywać pierwszych klientów, poznawać zadworzańskie zwyczaje i specyficzną miejską strukturę.
Wtedy, gdy parę lat temu Bartman wszedł do lokalu, od razu rozpoznała, że nie ma dobrych zamiarów.
- Ty jesteś tą czarodziejką z Krakowa? - zapytał, gdy tylko ją zobaczył, mierząc ją jednocześnie lodowatym spojrzeniem swoich jasnych, mroźnobłękitnych oczu.
- Nie jestem z Krakowa - odpowiedziała niepewnie, z trudem powstrzymując się od spuszczenia wzroku, a kiedy mężczyzna się do niej zbliżył, instynktownie odsunęła się od kawiarnianego stolika, byle dalej od niego. - Jestem z Zadworu.
Sebastian w kilku prostych słowach, przecinanych wieloma wulgaryzmami, wyjaśnił jej, że podobnie jak inni, którzy prowadzą biznes przy Starym Mieście, dziewczyna ma mu płacić za tak zwaną "opiekę". Mówiąc wprost: przyszedł do niej wymusić haracz. Kiedy później sięgała do tego pamięcią, sama się sobie dziwiła, że podjęła z nim jakąkolwiek dyskusję.
- Nie wolisz wymiany barterowej? - Spojrzała na niego jak poważna bizneswoman na jeszcze poważniejszego biznesmena, który najwyraźniej nie do końca zrozumiał to, co powiedziała.
Lekko w szoku przysiadł naprzeciwko niej na krześle, które mu wskazała.
- Moja wiedza i umiejętności są znacznie więcej warte niż procent od mojego lichego zarobku - przybrała rzeczowy ton, jakby zaczynała autoprezentację na rozmowie o pracę. - I to ci się opłaci. Ja mogę zmienić miejsce pracy i nie być pod twoją jurysdykcją, co dla ciebie oznacza i brak informacji, i brak pieniędzy. Nie zależy mi, żeby pracować właśnie tutaj, ludzie przyjdą do mnie i tak, w absolutnie każde miejsce, gdziekolwiek tylko będą moje wróżby.
Może i nie zdobyłaby się na taką dyskusję, ale już kiedyś zdarzyło się, że zaoferowanie swoich umiejętności uratowało jej skórę.
Bartman popatrzył na Różę z miną, która wskazywała, że nie dowierza, że ktoś posiadający przynajmniej połowę mniejszą masę mięśniową niż on odważył się negocjować jego anegocjonowalne warunki. Pewnie gdyby naprzeciwko nie siedziała kobieta, nie byłby aż tak cierpliwy i jego zaciśnięte pięści wycelowałby w stronę rozmówcy. Prewencyjnie, żeby delikwent wiedział, z kim ma do czynienia. Wobec kobiet Seba nie stosował agresji - nie pozwalał mu na to jego dość specyficzny kodeks honorowy.
- Ty naprawdę, kurwa, myślisz, że ja wierzę w... o, to o? - Wskazał na karty, które leżały na stoliku. Patrzył na nie jak na coś obscenicznego, co miało go sprowokować, ale z miernym skutkiem. Ot, niczym nieudana próba wciągnięcia go w jakiś pastisz mieszczący się w dłoni.
Ją też musiał za taką mieć: za z lekka szaloną, nieobliczalną i pozbawioną wartości moralnych. Ale dało to im - to jest kartom i Róży - iskrę zainteresowania.
Pozostawało tylko ją wskrzesić.
Posłała mu tajemniczy uśmiech, ignorując przytyk, co, zgodnie z zamierzeniem, jeszcze bardziej go skołowało. Nie okazywała wobec niego strachu, a przecież właśnie tego się spodziewał. Po to przyszedł do Zamkowej.
W końcu udało jej się namówić Sebastiana na sesję tarota. Poprosiła, żeby wylosował trzy karty, które miały symbolizować jego przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Dwa kwadranse później nie dość, że kupiła jego zainteresowanie, to z chwili na chwilę wzbudzała w nim coraz większe zaufanie. Finał spotkania był taki, że o dziwo, zamiast steku obelg, przekleństw i obowiązku płacenia, miała w nim stałego klienta, który zwolnił ją z opłaty za opiekę i obiecał pełną ochronę.
?????????? ? ? ? ??????????
Kiedy teraz opowiadała o tym Konstantemu, starała się przypomnieć sobie, co wtedy powiedziały o nim karty. Na próżno. Prawda była taka, że wtedy bardziej myślała o swoim bezpieczeństwie i powiedziałaby mu wszystko, co czyniłoby ją wiarygodną. Dopiero na kolejnych spotkaniach zaczęła czytać Batmana z Rynku tak naprawdę, a on wnet zaczął rozumieć Różę i jej karty. Pytał, interpretował, zagadywał wprost i naokoło. Wiedział, że tarot nie da mu odpowiedzi. Z czasem poznała jego największe tajemnice. Nawet nie chciała myśleć, co zrobiłby Kostek, gdyby poznał choćby połowę z nich.
Ich dywagacje przerwał pisk opon czarnego samochodu, który zatrzymał się tuż przy ławce, na której siedzieli. Pies zaczął miotać się na kolanach Konstantego, który niepewnie spojrzał na Różę.
Ciemne szyby BMW automatycznie się opuściły, jakby w zwolnionym, budującym napięcie, tempie, co już przywodziło na myśl scenę z gangsterskiego filmu. Kiedy pierwsze, co zauważyła, okazało się lufą pistoletu, trudno było o jakiekolwiek inne porównanie.
Zamarła w bezruchu, w ostatniej chwili chowając ręce w kieszeni bluzy. Zamknęła w dłoni pęk kluczy i z jakichś panicznie dalekich odmętów pamięci wypłynęła dość naiwna myśl, że uda jej się obronić, układając je jak ostrza noży między palcami, tworząc tym samym prowizoryczny kastet. Intuicja mówiła jej jednak, choć może było to myślenie intencjonalne, że nie będzie jej potrzebny.
Spojrzała w oczy celującemu w nich mężczyźnie, szybko orientując się, że kojarzy go z twarzy. Był bardzo charakterystyczny, skrzywiony w grymasie czegoś pochodnemu rozbawieniu, skrywał łysinę pod płytką czapką złodziejką, a poza bronią, którą trzymał w ręku, zwróciła uwagę na ogromną, błyszczącą cyrkonię w lewym uchu. Kilka razy widziała go w towarzystwie Sebastiana Bartmana.
- Koniec randki, Knopf. Do auta. - Łysol wychylił się z siedzenia pasażera, pistoletem wskazując na tylne drzwi.
- Panią wróżkę też zapraszamy, tylko niech nie próbuje żadnych sztuczek - usłyszeli drugi męski głos, kierowcy, którego nie dało się dojrzeć. - Nalegam i na razie uprzejmie proszę. Gwarantuję wam, że będzie znacznie gorzej, jeśli nas nie posłuchacie.
Nie mając większego wyboru, na trzęsących się nogach, weszli do czarnego auta. Róża wciąż zaciskała w dłoniach klucze tak mocno, że zaczęły boleć ją palce.
- Jestem Mucha. - Kierowca był dobrze zbudowanym, ściętym na krótko mężczyzną, który na oko mógł być w ich wieku. Wyglądał jak stereotypowy przedstawiciel półświatka, który cieszy się szacunkiem wśród podobnych sobie. Był groźny, ale też całkiem przystojny. - A to mój przyjaciel Cyberia. - Wskazał na towarzysza, który nawet nie myślał o wymianie uprzejmości. Uśmiechnął się za to szyderczo i zwrócił do Kostka:
- To ty - skierował na niego długi palec wskazujący, ozdobiony ciężkim sygnetem z żółtego złota - gnido, szarpipiórze, wrzuciłeś zdjęcie Seby do netu?
- Jak mogłem to zrobić? Przecież nawet nie było mnie na miejscu zbrodni - odpowiedział Konstanty dość spokojnie jak na okoliczności i swój temperament, wpatrując się w trochę dzikie, przekrwione oczy Cyberii. - Skąd mógłbym mieć zdjęcie ofiary? - dodał naiwnie.
Róża czuła, jak przyjacielowi trzęsą się nogi i tylko udaje pewnego siebie. Był bardziej przerażony niż ona. Przysunęła się do niego na ciasnym siedzeniu z czarnej skóry, licząc, że jej dotyk może go uspokoić.
- Jak nie ty, to, kurwa, kto? - Uniósł broń, którą trzymał w ręce, co jeszcze bardziej dodało grozy już i tak przerażającej scenie.
Najspokojniejszy ze wszystkich był pies. Zwykle ruchliwy i hałaśliwy, siedział na kolanach Kostka, wpatrując się jak zaklęty w łysola, przekrzywiając włochatą mordkę to na jeden, to na drugi bok. Patrzył na chudego i przeraźliwie bladego Cyberię jak na interesujący czarno-biały eksponat, a jedynymi kolorowymi elementami były tatuaże i biżuteria. Nie dało się określić, ile ma lat. A jego wybałuszone i lekko przekrwione oczy naprawdę przerażały.
- Ktoś, dzięki komu udało się zidentyfikować ofiarę - odezwała się Róża, wykorzystując zew odwagi i potrzebę wsparcia Konstantego. - Bo to chyba dzięki tym zdjęciom namierzyliście swojego znajomego, czyż nie?
Mężczyźni wymienili się krótkimi spojrzeniami. Przyszło jej do głowy, że ich sekundowe zakłopotanie przypomina jej pierwsze spotkanie z Sebastianem. On też nie dowierzał, że ktoś może nie dać się mu zastraszyć.
- Kiedy zniknął? - zapytał Konstanty.
- A co cię to? - warknął skrzekliwie łysol, wciąż ściskając w ręku broń. - Seba nie musi się nikomu tłumaczyć.
- Ostatnio widzieliśmy go trzy dni temu - przerwał koledze Mucha, który najwyraźniej był gotowy na dialog. - Widzieliśmy, że gadałeś z policjantem, który był na wieży. Co ci powiedział? - zwrócił się do Kostka, po czym natychmiast przeniósł spojrzenie na Różę.
Mimo że nie mierzył do nich z pistoletu, jego spojrzenie było wręcz mordercze. Czarne i nieprzeniknione. Widziała tego faceta pierwszy raz w życiu i miała pewność, że nigdy o nim nie zapomni.
O Cyberii słyszała, zresztą jak każdy w Zadworze. Zasłynął z tego, że na początku lat dwutysięcznych otworzył pierwszą w mieście kafejkę internetową, a jego pseudonim pochodził od nazwy pierwszego takiego lokalu na świecie - otwartego w Londynie w dziewięćdziesiątym czwartym roku. W Zadworze każdy znał otwarty jakieś dziesięć lat później Cyber Pub. Kiedy internet stał się powszechny, przearanżowano go na coś na kształt salonu gier komputerowych, wypożyczalnię sprzętu elektronicznego, a także, jeśli wierzyć miejskim legendom, miejsce do prowadzenia różnych szemranych interesów. Właśnie po to chodziło się do lokalu teraz: sprzedać coś, czego nie można było sprzedać w lombardzie, kupić coś, czego nie sprzedawano w sklepach. Okryty miejską legendą Cyber Pub był trochę jak hultajska karczma - ale we współczesnym rozumieniu tego słowa - do której wieki temu przybywano w interesach balansujących na granicy prawa.
- Co ci powiedział ten pies?! - Podniesiony głos Cyberii wyrwał dziewczynę z krótkiego zawieszenia na ciemnych oczach Muchy.
- Powiedział, że było to morderstwo - odparł spokojnie Konstanty.
- No, kurwa, eureka! Chyba Seba nie położył się sam pod tym jebanym wahadłem! - Facet zaczął zupełnie niekontrolowanie wymachiwać ręką, w której trzymał broń. Róża była pewna, że jeśli miałoby dojść do strzału, to tylko przez jego nieuwagę.
- Pod odważnikami - poprawił dziennikarz wciąż niezachwianym przerażeniem głosem, wręcz przeciwnie: mówił swoim ulubionym tonem najlepszego ucznia. - W Zadworze nie mamy zegara wahadłowego. Sebastian Bartman leżał pod zegarowymi odważnikami. Jego twarz zmasakrowano najcięższym, godzinowym, który waży pięćdziesiąt kilogramów. Trzeba go nakręcać co trzydzieści sześć godzin. Zabójca najpewniej przeciął łańcuch trzymający odważnik, który spadł z kilku lub kilkunastu metrów i wylądował na twarzy waszego znajomego.
- Co jeszcze ustalili śledczy? - zapytał Mucha, zerkając na Różę, chyba wyczuwając, że ilekroć on na nią patrzy, ona szybko odwraca wzrok. Uniósł lekko kącik ust.
- Tego nie wiem. Ale chcę się dowiedzieć - odparł bez ogródek Konstanty.
Wróżbitce przeszło przez głowę, że tak właściwie nie mieli powodów, żeby nie rozmawiać z Muchą i Cyberią, nie licząc tego oczywistego, że obaj byli gangsterami, a jeden, i to niestety ten bardziej porywczy, groził im bronią. Liczyła, że do czasu, kiedy mogą im coś zaoferować, mogą także czuć się bezpieczniej. Poza tym, choć była to dość odważna myśl, mając po swojej stronie ludzi Batmana z Rynku, szybciej rozwiążą zagadkę, która miała takie znaczenie dla Kostka. Zagadkę, która właściwie bez żadnego racjonalnego powodu stała się nawet dla niej pewną pokusą i wyzwaniem.
Ku własnemu zdziwieniu zorientowała się, że wyjęła ręce z kieszeni. W żadnej z nich nie miała kluczy. Już się nie bała.
- Mamy wiedzieć o wszystkim. O każdej poszlace, domniemaniu i fantazji prokuratora, a nawet szeregowego funkcjonariusza. Chcemy mieć informacje od każdego i o każdym, kto może być w to zamieszany. - Mucha na moment spuścił z oka dziewczynę, zwracając się bezpośrednio do dziennikarza. - To my będziemy weryfikować, które informacje są ważne. - Zrobił krótką pauzę. - Nie próbujcie kłamać, bo my naprawdę solidnie weryfikujemy to, co do nas dociera. Zapytam teraz uprzejmie i nieagresywnie: rozumiemy się?
Było to dość ironiczne, bo w tym samym momencie Cyberia ostrzegawczo podniósł broń, lufą do góry i wyszeptał bez cienia ironii, przerażająco i ledwo słyszalnie:
- Pif-paf.
Konstanty krótko skinął głową. Na jego czole i jasnych włosach szklił się pot.
- W takim razie mów, co jeszcze zdradził ci komisarz Płaska - powiedział spokojnie Mucha, najwyraźniej przekonany, że to jeszcze nie wszystkie informacje.
- Nie mają nic. - Redaktor Knopf z coraz większym trudem krył strach. - Naprawdę. Wiedzą jedynie, że było to zabójstwo. Ktoś przeciął łańcuch z odważnikiem. Nie są w stanie stwierdzić, dlaczego ofiara, to znaczy Bartman leżał na tej wersalce pod zegarem. Nie można wykluczyć, że w zabójstwie uczestniczyła więcej niż jedna osoba, ale nie ma żadnego tropu. Żadnego. Jakby zabójca i on teleportowali się na miejsce zbrodni. Przynajmniej tak było jakąś godzinę temu. Gdybym nie opublikował tego zdjęcia, nie mieliby nawet tożsamości.
Mucha badawczo przyglądał się Konstantemu, chcąc określić, czy mówi prawdę. Po kilku wleczących się przez gęstą atmosferę sekundach chyba mu uwierzył, bo przeniósł wzrok z powrotem na Różę.
- A ty, Brzyska, co o tym myślisz? - zapytał, świdrując ją spojrzeniem.
- A co mam o tym myśleć? - Jej głos drżał, co na pewno nie umknęło rozmówcom. Nie wiedziała, czy to strach, czy aura, którą obdarzył ją mężczyzna.
- Przecież znasz Sebę, bywał u ciebie.
Uniosła brwi ze zdziwienia.
- Niczego mu nie przepowiedziałaś? Nie wyczytałaś z gwiazd, że ktoś chce go zajebać? - zaskrzeczał Cyberia, wciąż pobudzony i nieobliczalny, jak kontra, antydefinicja Muchy.
Mimo że broń leżała już na desce rozdzielczej, Róża bardziej niż Muchy obawiała się przerażających oczu Cyberii.
- Jakbym zobaczyła zagrożenie, to na pewno bym mu o tym powiedziała - odparła, ostentacyjnie patrząc za okno, licząc, że łatwiej będzie jej zamaskować emocje.
- Więc te twoje karty są chuja warte, jak nie potrafią przewidzieć tego, że ktoś wywinie kitę! - Łysol wyciągnął w jej stronę palec wskazujący. Tarcza sygnetu była pokryta masą perłową.
- Moje karty nie są... - zaczęła dziewczyna, ale w słowo wszedł jej Mucha:
- Kiedy Seba był u ciebie ostatnio? - zapytał rzeczowo.
Zawahała się.
- Dawno. Nie przychodził, odkąd... - urwała, uznając, że nie może zdradzać szczegółów ich spotkań, a kumple Batmana powinni to uszanować. Nawet jeśli ten już nie żył. Jednak z drugiej strony... - Nie było go u mnie jakieś dwa, może nawet trzy miesiące. - W końcu odpowiedziała zgodnie z prawdą, ale bez ujawniania okoliczności i szczegółów.
W pierwszej chwili chciała powiedzieć, że Sebastian Bartman nie konsultował się z nią, odkąd związał się ze swoją obecną partnerką, o której od zawsze dużo rozmawiali. Róża była świadkiem, jak długo rozważał ten związek.
Nie wiedziała, czy istnieje jakiś kodeks honorowy wróżbitów, ale skoro mieli go nawet współcześni hultaje, to i ona może się na takowy powołać. Sekrety jej klientów były jej sekretami.
Zamykając temat, dopowiedziała:
- Zawsze informowałam Sebastiana, jeśli tylko zauważyłam jakieś niebezpieczeństwo. Dlatego, między innymi, współpracowaliśmy.
- Róża, a może był u ciebie morderca? - Ku ogólnemu zdziwieniu, do przesłuchiwania dziewczyny dołączył Konstanty.
Obdarzyła przyjaciela spojrzeniem, jakby to ona miała zaraz dopuścić się mordu.
- Przykro mi, ale nikt z moich klientów nie deklarował, że jest mordercą ani nawet że planuje zabójstwo i czeka na właściwy układ gwiazd.
Cyberia popatrzył na nią, jakby zobaczył kosmitkę, za to Mucha miał na twarzy grymas, który mógłby być uśmiechem i zachętą, by kontynuowała.
- W czasie pełni księżyca, chociażby, z ludzi wychodzą najczarniejsze żądze i demony. Każdy o tym wie i nie potrzeba tutaj astrologa, by stwierdzić, że księżyc działa na człowieka. Wystarczy zwykła obserwacja. Nawet statystyki mówią, że najwięcej przestępstw popełnianych jest podczas pełni.
- Ale teraz nie ma pełni - wtrącił półgębkiem Konstanty.
- No właśnie. Jest nów. On też działa na ludzi - westchnęła zrezygnowana.
- To znaczy, że w każdej fazie księżyca można...
- A teraz jak działa księżyc? - dopytał Cyberia z nutą naiwnego zainteresowania, którą Róża zawsze potrafiła wychwycić u rozmówcy. Podpowiadała jej, że ruch jest po jej stronie.
- Tak, że musimy już iść - powiedziała krótko, ale tak stanowczo, jak tylko potrafiła.
Bandzior odpowiedział na to parsknięciem śmiechem. Nie spodziewał się po niej takiej zuchwałości. Sama się jej po sobie nie spodziewała.
- Jeśli wiecie coś jeszcze, słuchamy, jeśli nie, to pozostajemy w kontakcie - podsumował spotkanie Mucha. - Miło było poznać.
Ostatnie słowa skierował tylko do niej. Była tego absolutnie pewna.
Z ulgą wypuściła powietrze z płuc, kiedy wyszli z samochodu.
Nasunęła na głowę kaptur i włożyła ręce do kieszeni z przodu bluzy. Cichy brzdęk kluczy przypomniał o pierwszym przerażeniu.
- Hej, czarodziejko - zawołał za nią Cyberia, wychylając się z BMW.
Róża odwróciła się szybko i zobaczyła, że mężczyzna zbliża lufę pistoletu do ust, w których ma nieodpalonego skręta i naciska spust.
Przez jej ciało zdążył przejść paraliżujący dreszcz, zanim się zorientowała, że broń, którą przed chwilą im groził, okazała się... stylizowaną zapalniczką.
Mężczyźni odjechali z piskiem opon, głośno się śmiejąc, a oni, ledwo trzymając się na nogach, wstrząśnięci ostatnim kadrem, niemniej jak całym spotkaniem, opadli na ławkę, na której siedzieli wcześniej.
- Teraz zapalniczka, następnym razem broń palna. Co to było to przed chwilą? - Konstanty odezwał się pierwszy.
Był kompletnie roztrzęsiony, a nerwy, które tak skutecznie trzymał na wodzy, właśnie puściły. Świadczyło o tym absolutnie wszystko: głos, wyraz twarzy, trzęsące się dłonie i każdy najmniejszy gest. Był żywym ucieleśnieniem określenia "kłębek nerwów".
- Przepraszam bardzo, ty się mnie o to pytasz? - Róża skryła twarz w dłoniach. - W co ja właśnie zostałam wmanewrowana, Kostek?
Wsparła łokcie na kolanach, dźwigając ciężką od emocji głowę. Na usta cisnęła się jej cała kanonada przekleństw, jednak powstrzymała się, czekając na komentarz kolegi. Nie miała jeszcze siły na wybuch.
- Wygląda na to, że nie tylko ja chcę się dowiedzieć, kto zabił Bartmana - odparł, siląc się na spokój, z dość miernym skutkiem.
Nie odzywali się przez kilka chwil.
- Uważasz, że to niemoralne bratać się z łotrami? Nawet jeżeli robi się to w dobrej wierze? Przecież chcę jedynie odkryć prawdę. Ludzie na nią zasługują. - Zaciągnął się elektronicznym papierosem, który dobył z wewnętrznej kieszeni kurtki. Wypuszczając dym z ust, zmrużył oczy, jakby poszukiwał jakiegokolwiek, choćby najkrótszego wytchnienia.
- Chodzi o to, że chwilowo interesy tych łotrów są podobne do twoich, Kostek - odparła powoli. - Nie mieszaj w to szlachetnej prawdy.
- Zwracasz się do mnie zdrobniale tylko wtedy, kiedy jesteś na mnie zła bądź chcesz mnie zdenerwować. Zdenerwowany jestem wystarczająco, na pewno niemniej niż ty, dlatego domyślam się, że jesteś zła. Rozumiem to. Przepraszam. Przepraszam, Róża.
To szczere wyznanie nie pozwoliło jej nie spojrzeć na Kostka. Konstantego. Wiedziała, że przyjacielowi z trudem przychodzi przyznawanie komuś racji, a tym bardziej przyznawanie się do winy.
- Powiedz mi tylko, co to była za figura z pytaniem o mordercę Bartmana?
Tak naprawdę tylko o to była zła. O to, że to pytanie padło przy tych zbirach.
Nie znosiła, kiedy ludzie traktowali ją jak wyszukiwarkę internetową, gdzie można znaleźć odpowiedź na każde pytanie. Poruszała się w tak tajemniczej i kruchej przestrzeni, że aż niezbadanej przez nią samą. Owszem, czasami wiedziała więcej, ale nie posiadała wiedzy bezgranicznej. Przekazywała tylko to, co zobaczyła, co udało jej się odczytać. Konstanty powinien o tym wiedzieć i pamiętać we wszystkich okolicznościach, a przede wszystkim nie oczekiwać od niej, że ta na przypadkowej sesji tarota może rozpoznać w człowieku mordercę.
Zakłopotany potarł dłonią czoło i unikając spojrzenia dziewczyny, zaczął jąkliwie:
- Myślałem, że cię zaskoczę i coś powiesz...
Róża uniosła brwi. Ani trochę nie wierzyła w słowa znajomego.
- Chciałeś, żebyśmy we dwoje byli dla tych bandytów atrakcyjni. Chciałeś im pokazać, że ja też mogę coś wiedzieć - stwierdziła, nie zapytała.
- To coś złego? Przecież prędzej czy później na pewno coś wyczytasz. Może nawet rozpoznasz zabójcę. Tacy jak ty rozpoznają morderców, miejsca zbrodni i tak dalej.
- Ja tak nie potrafię, nie jestem jasnowidzem Jackowskim ani nikim, za kogo najwyraźniej mnie bierzesz, Kostek! - Jego słowa być może miały ją połechtać, ale osiągnęły odwrotny efekt.
Była na tyle poirytowana, że wiedziała, iż dalsza rozmowa jest zupełnie pozbawiona sensu. Pożegnali się szybko, jak zawsze, gdy ktoś wyczuwał nieprzyjemne napięcie. To był ich wieloletni kod: odpuszczali, nie drążyli, a jak temat ich męczył, wracali do niego, jak ochłonęli. Praktykowali to od początków swojej znajomości, gdy jeszcze trudniej było im panować nad temperamentem. W tym wypadku oboje wiedzieli, że jeszcze nie raz będą rozmawiać o tajemniczej śmierci Sebastiana Bartmana.
?????????? ? ? ? ??????????
Nazajutrz nie tylko Zadwór, ale cały kraj i być może nawet media zagraniczne mówiły o tajemniczym morderstwie. "Zabójstwo w ratuszu", "Ofiara w urzędzie", "Masakra na wieży zegarowej" - to były tylko niektóre tytuły tekstów i materiałów telewizyjnych. Na Starym Mieście roiło się od wozów transmisyjnych, podobnie jak przed komendą policji przy Poniatowskiego. Róża przejeżdżała obok z samego rana swoim wysłużonym Nissanem Micrą. Chciała wyjechać i odpocząć od miasta. Wiedziała, że dzisiaj jest jedyny dzień, który może spędzić w pobliskim Panowie, w domku letniskowym jej rodziców. Za kilka dni Brzyscy mieli wyjechać na wczasy, zostawiając jej pod opieką nastoletnie rodzeństwo. Poza tym w Panowie miała przyjąć swoich, jak to określała, klientów premium, którzy nie chcieli, żeby ktokolwiek dowiedział się, że korzystają z jej usług. Zazwyczaj byli to ludzie znani w mieście z działalności w samorządzie lub innych publicznych instytucjach. Odwiedzały ją również żony bogatych mężów, które nie miały co robić z pieniędzmi, a wizyty u Róży były dla nich sposobem na swoiste oświecenie. Przychodziła do niej także najlepsza w mieście psychoterapeutka, do której czekało się nawet kilka miesięcy na wizytę, a która z jakichś względów wyjątkowo dbała o dyskrecję. Parę razy był u niej zakonnik z klasztoru Dominikanów. Odwiedzał ją mimo roli, którą piastował. Ich sesje zamieniały się w zażarte dysputy filozoficzne i mimo różnic światopoglądowych bardzo polubiła się z ojcem Barnabą.
Doskonale pamiętała, przed kim pierwszy raz otworzyła drzwi domku letniskowego. Może nie do końca drzwi, a furtkę, bo Sebastiana Bartmana nie zaprosiła do środka, tylko na taras za domem. Była jesień, zaciągał chłodny wiatr, który smagał wysokie zarośla wokół działki i nad rzeką.
Wtedy pierwszy raz poznała go jako zwykłego faceta, a nie groźnego Batmana z Rynku. Było to ich drugie spotkanie. Sebastian jeszcze w Zamkowej zastrzegł, że nikt nie powinien dowiedzieć się o ich znajomości i że mogą spotykać się wyłącznie bez świadków.
Zanim rozłożyła mu karty, długo rozmawiali. Było dla niej wręcz niewiarygodne, że ten przerażający facet, łysy, wytatuowany i umięśniony, może być tak sympatyczny i wrażliwy. Jego wygląd absolutnie zaprzeczał usposobieniu. Gdyby nie wiedziała, jak wygląda Batman, uznałaby, że musi to być trochę zawstydzony, może nawet zakompleksiony szary człowiek. Normals mający pracę, której nienawidzi, i prozaiczne, polskie problemy. Pamiętała, jak się zaczerwienił na jej uwagę, że jak na gangstera jest całkiem miły.
Nie lubiła spoufalać się z klientami, ale czuła, że przy nim może sobie na to pozwolić. Sebastian był inteligentnym mężczyzną, ale nie na tyle o tym przekonany, by przekuć to w atut. Chciał, żeby jego głównym orężem była jego siła i groźna postawa. Karty i numerologia imienia wskazywały, że jako Dziewiątka miał w sobie szeroko rozwiniętą duchowość i intuicję. Mimo częstych spotkań nie potrafiła rozgryźć tajemnicy, którą skrywał, a on zbywał ją, gdy o niej wspominała. Miała wrażenie, że Sebastian nie ma nikogo, z kim byłby tak ekshibicjonistycznie szczery jak z nią. Szanowała go za to, a dla własnego komfortu nie zastanawiała się nad tym, czym dokładnie się zajmuje. Chciała widzieć w nim zwykłego człowieka, a nie bezwzględnego gangstera.
Ich ostatnie spotkanie odbyło się również w Panowie. W ogrodzie pachniało piwoniami, a coraz cieplejsze promienie słońca lśniły się na leniwie płynącej rzece, meandrującej między zaroślami obok posesji. Zgodnie z tym, co powiedziała Musze i Cyberii, było to dobrych kilka tygodni temu. Rozmawiali o kobiecie, z którą chciał wejść w głębszą relację. Bywało, że ich spotkania koncentrowały się tylko na niej, i tak też było ostatnim razem. Miał swoje rozterki i niepewności, które najprawdopodobniej konsultował tylko z Różą. Mimo sugestii wróżbitki Bartman nigdy nie wspomniał imienia oraz daty urodzenia wybranki, choć mogłoby to pomóc w stworzeniu jej obrazu. Z tego, co opowiadał jej Sebastian, jego wybranka była z innego środowiska.
- Ona jest od Białych Mesiów, a to taka nasza biznesowa konkurencja - tłumaczył, dość zgrabnie określając to, czym się zajmuje, a raczej nieudolnie to maskując, czyniąc ze swojego fachu tajemnicę poliszynela. - Jesteśmy trochę jak Romeo i Julia, ale nie w Weronie.
Doskonale pamiętała, jak parsknęła śmiechem, kiedy to powiedział. Nie z braku empatii do Bartmana, o nie, a dlatego, że ktoś o tak groźnej aparycji odwołuje się do Szekspira i tworzy analogię do szekspirowskich kochanków. Nie znała szczegółów i nie miała pojęcia, kim są Białe Mesie. Wnioskowała, że nazwa opisuje kierowców białych Mercedesów. Domyślała się także, że to inna niż ta, której przewodził Batman, bandycka szajka działająca w Zadworze i okolicach. Haracze, narkotyki, pewnie nielegalne salony gier i przemyt, jak to przy granicy. Wolała nie myśleć o tym, że jej klient może robić jeszcze coś gorszego. Nigdy też nie próbowała się o tym przekonać na swoje sposoby.
Przybywając do Panowa, nigdy do końca nie wiedziała, kto ją odwiedzi. Kiedy po miejscowości rozchodziła się wieść, że przyjechała Wróżka z Zadworu, zawsze przybywali do niej klienci z przypadku. Byli to kuracjusze miejscowego uzdrowiska albo turyści wypoczywający w spa. Od czasu do czasu mieszkańcy wioski. Dziewczyna nigdy nie ukrywała swojego przyjazdu, ale też nigdzie tego nie ogłaszała. Kiedy chciała zarobić więcej, oznaczała lokalizację, chociaż w Panowie miała jeszcze inny, niezawodny sposób: wizyta w sklepie przy wjeździe do wioski, który stanowił centrum informacyjne dla turystów i mieszkańców. Żeby było zabawniej, nazywał się PAP. I chociaż jego nazwa pochodziła ponoć od imion dzieci właścicieli, to rozwinięcie "Pańska Agencja Prasowa" powszechnie funkcjonowało w lokalnym żargonie.
Kiedy zajechała na mały parking przed sklepem, od razu spostrzegła, że senior stojący przy stojaku na rowery bacznie jej się przygląda. Kiedy upewnił się, że w Nissanie o zadworzańskich numerach rejestracyjnych siedzi Wróżka z Zadworu, wsiadł na wysłużone Wigry trzy i odjechał. Zapewne zadba o to, by wieść o przybyciu Róży rozniosła się jak najszybciej. Wystarczyło, żeby informacja dotarła na główną promenadę lub do któregoś z ośrodków turystycznych, a tego popołudnia przyjmie przynajmniej o kilka osób więcej. A jako że udzielała porad poza standardowym miejscem pracy, mogła odpowiednio podnieść stawkę za spotkanie.
W sklepie kupiła puszkę Coli i chleb. W bagażniku wiozła sałatkę i produkty na grilla. Grilla też miała ze sobą - małego, elektrycznego i dużo łatwiejszego w obsłudze od tych tradycyjnych, z których w letnie wieczory unosił się dym tak gęsty, że aż szczypał w oczy i utrudniał oddychanie tym, o czym marzyli przyjezdni, czyli, o ironio, świeżym powietrzem.
Kiedy zdarzało się, że zostawała za miastem dłużej, odwiedzał ją Konstanty i inni nieliczni znajomi. Wtedy rozpalali ognisko przy rzece. Gdy, tak jak dzisiaj, planowała zostać tylko na jedną noc, wolała, żeby nikt jej nie odwiedzał. Wyłącznie klienci. Jeśli okazałoby się, że będzie ich za mało, wybierze się na kawę na zatłoczony deptak przy zalewie, a tam już na pewno nie będzie narzekać na brak zainteresowania. Miała jednak nadzieję, że tam uda się dopiero po pracy, w pełni incognito, żeby zjeść słodkie gofry i wtopić się w tłum. Wystarczyło, że upnie lub wyprostuje włosy, a powłóczystą spódnicę, chustę i biżuterię z naturalnych kamieni zamieni na kolorowy top, dżinsy i sportowe buty. Róża bardzo lubiła w sobie te dwie twarze i jeszcze nie udało jej się orzec, które z tych oblicz jest bardziej kreacją niż naturą. Była sobą w każdym wydaniu, choć tym eterycznym bardziej się bawiła, niż brała w pełni na serio. Nawet numerologia jej imienia wskazywała na dwie skrajności - chaos, kiedy ściąga z siebie cygańskie przebranie, oraz stałość i skrupulatność, kiedy pracuje z głodnymi wiedzy tajemnej klientami. I był to dla niej fakt, a nie majacząca w tajemniczym nimbie przepowiednia.
Gdy przed południem uruchomiła ekspres do kawy w niewielkiej kuchni nowoczesnego domku wczasowego, wciąż miała w głowie wczorajsze wydarzenia: wieść o morderstwie, grożenie bronią i spojrzenie Muchy. To wszystko nadal przyprawiało ją o dreszcze, ale także - chociaż wcale nie była pewna, czy to dobrze - o jakąś dziwną ekscytację, którą racjonalnie byłoby odsunąć. Miała nadzieję, że całodzienna praca nad cudzym życiem jej to ułatwi i pozwoli uciec od myśli o swoim.
W oczekiwaniu na pierwszego klienta zdecydowała się wybrać kartę dla siebie. Nie robiła tego często, tylko wtedy, gdy czuła, że tego naprawdę potrzebuje. A raczej karty potrzebują przekazać jej jakąś informację. Nie potrafiła dokładnie opisać tej zależności, ale może właśnie w tym tkwiła ta najbardziej niezbadana tajemnica jej relacji z tarotem.
Wybrała piętnastą kartę Wielkich Arkanów, Diabła. O ile na pozór symbolizować powinien czyste zło, w istocie karta wskazywała bardziej na beznadzieję lub beznadziejną sytuację. Mówiła też o kimś charyzmatycznym. Sugerowała zapytać, czy działa się w dobrej wierze. Tylko o jakie działania chodzi? O czyją charyzmę i magnetyzm? W pierwszym odruchu pomyślała o niedawnej rozmowie z Muchą i Cyberią. Może chodzi o nich albo o któregoś z nich, a może o beznadzieję sytuacji, pułapkę, w którą być może wpadła?
- Kim jesteś, diable? - zapytała na głos samą siebie.
Chwilę później pojawił się pierwszy klient. Zapomniała o wylosowanej karcie i Sebastianie Bartmanie. Jeszcze nie wiedziała, że wspomnienie wczorajszych wydarzeń dogoni ją nawet tutaj, a Diabeł za kilka godzin dosłownie zapuka do drzwi jej azylu.