Zadupia - António Lobo Antunes

Kup ebooka

34.00 zł
27.20 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

C

Lu­anda za­częła się od bied­nego na­brzeża, bez ma­je­statu, od ma­ga­zy­nów fa­lu­ją­cych w upale i wil­goci. Mo­rze przy­po­mi­nało mętny krem do opa­la­nia lśniący na brud­nej i sta­rej skó­rze, gni­jące cumy na chy­bił tra­fił rzeź­biły wodę ży­łami. Mu­rzyni roz­ma­zani za­le­wem ro­ze­dr­ga­nego świa­tła ku­cali w nie­licz­nych grup­kach, przy­glą­dali się nam w po­za­cza­so­wym roz­ko­ja­rze­niu, wzro­kiem jed­no­cze­śnie prze­ni­kli­wym i śle­pym, ta­kim jak na fo­to­gra­fiach pre­zen­tu­ją­cych zwró­cone do we­wnątrz oczy Johna Col­trane'a - kiedy wy­dmu­chi­wał w sak­so­fon prze­słodką go­rycz pi­ja­nego anioła - a ja wy­obra­ża­łem so­bie przy gru­bych war­gach każ­dego z tych męż­czyzn nie­wi­dzialną trąbkę, go­tową wznieść się pio­nowo w gę­stym po­wie­trzu jak sznury fa­ki­rów. Białe, chude ptaki roz­pły­wały się w pal­mach za­toki albo w od­dali po­śród drew­nia­nych chat na Il­hii, za­nu­rzo­nych w za­ro­ślach i owa­dach, do­kąd dziwki zmę­czone tymi wszyst­kimi męż­czy­znami z Li­zbony przy­cho­dziły wy­pić ostat­nie szam­pany z wodą so­dową, ni­czym do­go­ry­wa­jące wie­lo­ryby wy­rzu­cone na ostat­nią plażę, od czasu do czasu po­ru­sza­jąc bio­drami w rytm paso do­ble nie­od­gad­nio­nego smutku. Ma­lutcy ka­prale w oku­la­rach - z kom­pe­tent­nym wy­glą­dem skru­pu­lat­nych sta­ży­stów - pod­ska­ku­jąc, za­ga­niali nas w kie­runku by­dlę­cych wa­go­nów, nas, cze­ka­ją­cych na za­sła­nym od­pad­kami i nie­czy­sto­ściami na­brzeżu, na­brzeżu Cruz Qu­ebrada, pa­mięta pani, gdzie ścieki umie­rają, pło­żąc się u stóp mia­sta, spar­szy­wiałe psy rzy­gają śmie­ciami na wy­cie­raczkę - w każ­dym miej­scu świata, gdzie rzu­camy ko­twicę, za­zna­czamy na­szą awan­tur­ni­czą obec­ność po­przez ma­nu­eliń­skie obe­li­ski[1] i pu­ste puszki po kon­ser­wach, w sub­tel­nej kom­bi­na­cji bo­ha­ter­skiego szkor­butu i prze­rdze­wia­łej bla­chy. Za­wsze po­pie­ra­łem myśl, żeby na ja­kimś od­po­wied­nim placu na­szego kraju po­sta­wić po­mnik flegmy, po­pier­sie flegmy, mar­szałka flegmy, flegmy po­ety, flegmy męża stanu, flegmy konno, coś, co przy­czyni się w przy­szło­ści do stwo­rze­nia do­sko­na­łej de­fi­ni­cji do­sko­na­łego Por­tu­gal­czyka: chwa­lił się, że ru­chał i char­kał. W kwe­stii fi­lo­zo­fii, moja droga przy­ja­ciółko, wy­star­czy nam już ar­ty­kuł wstępny ga­zety, tak ob­fi­tu­jący w idee jak pu­sty­nia Gobi w Eski­mo­sów. Z tego względu, przy mó­zgu wy­czer­pa­nym skom­pli­ko­wa­nymi roz­my­śla­niami, za­ży­wamy am­pułki do po­sił­ków, że­by­śmy dali radę my­śleć.

Ży­czy pani so­bie na­stępne dram­buie? Mó­wie­nie o wy­chy­la­niu za­war­to­ści am­pu­łek za­wsze wzbu­dza we mnie pra­gnie­nie wy­pi­cia ta­kich sy­ro­pów, żół­tych, w bez­sen­sow­nej na­dziei, że po­przez nie od­kryję kwa­dra­turę koła emo­cji, de­li­katny ra­do­sny za­wrót głowy, o który przy­pra­wiają mnie se­krety ży­cia i lu­dzi. Cza­sem przy szó­stym albo siód­mym kie­liszku czuję, że pra­wie mi się to udaje, że za­raz tego do­ko­nam, że nie­zdarną pę­setą ro­zumu z chi­rur­giczną bie­gło­ścią po­chwycę wraż­liwe ją­dro ta­jem­nicy, za­raz jed­nak po­grą­żam się w bez­kształt­nej we­so­ło­ści za­wie­si­stego idio­ty­zmu, z któ­rego wy­ry­wam sie­bie na­za­jutrz ude­rze­niem aspi­ryny i sody oczysz­czo­nej, aby po­ty­kać się w kap­ciach w dro­dze do pracy, nio­sąc ze sobą nie­od­wra­calną ma­to­wość eg­zy­sten­cji, tak gę­stą od błota ta­jem­nic jak pa­sta cu­krowa w mo­jej po­ran­nej fi­li­żance. Ni­gdy się to pani nie przy­da­rzyło, czuć, że jest się bli­sko, że za chwi­leczkę osią­gnie pani to, do czego dą­żyła pani la­tami, zre­ali­zuje pani pro­jekt bę­dący jed­no­cze­śnie pani roz­pa­czą i na­dzieją, że wy­star­czy wy­cią­gnąć rękę, aby go do­się­gnąć w nie­kon­tro­lo­wa­nej ra­do­ści, i na­gle pada pani na plecy, z pal­cami za­ci­śnię­tymi na ni­czym, a tym­cza­sem pra­gnie­nie albo pro­jekt od­da­lają się spo­koj­nie od pani drob­nym truch­tem obo­jęt­no­ści, na­wet na pa­nią nie łyp­nąw­szy? Może jed­nak pani nie zna tego ro­dzaju prze­ra­ża­ją­cej prze­gra­nej, może me­ta­fi­zyka sta­nowi dla pani wy­łącz­nie nie­do­god­ność tak prze­lotną jak efe­me­ryczne swę­dze­nie, może za­miesz­kuje pa­nią we­soła lek­kość za­cu­mo­wa­nych ło­dzi, ko­ły­szą­cych się nie­śpiesz­nie w au­to­no­micz­nym ryt­mie ko­ły­sek. Jedną z rze­czy, która zresztą za­chwyca mnie w pani - po­zwoli pani, że to wy­znam - jest nie­win­ność, nie nie­winna nie­win­ność dzie­cięca i po­li­cyjna, wy­ni­ka­jąca ze swego ro­dzaju we­wnętrz­nego dzie­wic­twa utrzy­ma­nego kosz­tem ła­two­wier­no­ści albo głu­poty, lecz nie­win­ność mą­dra, pełna re­zy­gna­cji, nie­mal ro­ślinna, rzekł­bym, z ta­kich, ja­kiej lu­dzie ocze­kują od in­nych i od sie­bie sa­mych, ta­kiej sa­mej, któ­rej pani i ja, tu­taj sie­dząc, ocze­ku­jemy od we­zwa­nego moją ręką kel­nera, kie­ru­ją­cego się do nas z wy­ra­zem twa­rzy chro­nicz­nie do­brego ucznia - nie­pewna, roz­ko­ja­rzona uwaga i ab­so­lutne lek­ce­wa­że­nie z ra­cji wą­tłego na­piwku na­szej wdzięcz­no­ści.

Po­ciąg pe­łen wa­liz i nie­śmia­łej nie­pew­no­ści ob­co­kra­jow­ców na ob­cej ziemi, któ­rej por­tu­gal­skość ja­wiła się nam tak pro­ble­ma­tyczna jak uczci­wość mi­ni­stra, po­to­czył się z na­brzeża ku mus­se­ques - slum­som Lu­andy po­dob­nym do na­puch­nię­tego czła­pią­cego go­łę­bia. Pstro­kata nę­dza osie­dli oka­la­ją­cych mia­sto, po­wolne uda ko­biet, wzdęte od głodu brzu­chy dzieci, sto­ją­cych nie­ru­chomo na zbo­czach, pa­trzą­cych na nas, cią­gną­cych na sznurku ża­ło­sne za­bawki, jęły bu­dzić we mnie dzi­waczne po­czu­cie ab­surdu, któ­rego na­trętny dys­kom­fort od­czu­wa­łem od wy­jazdu z Li­zbony, w gło­wie albo w brzu­chu, w for­mie fi­zycz­nie nie­zlo­ka­li­zo­wa­nego nie­po­koju, nie­po­koju, który je­den z obec­nych na okrę­cie księży zda­wał się po­dzie­lać, mę­cząc się po­szu­ki­wa­niem w bre­wia­rzu bi­blij­nych uspra­wie­dli­wień ma­sa­kry nie­win­nych. Spo­ty­ka­li­śmy się cza­sem nocą na po­kła­dzie przy re­lingu - on z książką w ręku, a ja z rę­kami w kie­sze­niach - żeby wpa­try­wać się w te same czarne, ma­towe fale, na któ­rych przy­pad­kowe od­bi­cia (ja­kich świa­teł? ja­kich gwiazd? ja­kich prze­ogrom­nych oczu?) prze­ska­ki­wały ni­czym ryby, jak­by­śmy w tej ora­nej śru­bami okrętu mrocz­nej po­zio­mej prze­strzeni po­szu­ki­wali ja­kiejś wy­ja­śnia­ją­cej od­po­wie­dzi na na­sze nie­wy­po­wie­dziane nie­po­koje. Stra­ci­łem tego księ­dza z oczu (ta­kie już zresztą moje prze­zna­cze­nie, że szybko tracę z oczu wszyst­kich na­po­tka­nych księży i ko­biety), ale pa­mię­tam z ostro­ścią sen­nego kosz­maru dziecka jego gry­mas mio­ta­ją­cego się No­ego, na siłę wci­śnię­tego do arki z by­dlę­tami cier­pią­cymi na kolkę, wy­rwa­nymi z ro­dzi­mych la­sów swo­ich urzę­dów, z klu­bów re­kre­acyj­nych, ode­rwa­nymi od sto­łów bi­lar­do­wych, aby rzu­cić ich w imię żar­li­wych i idio­tycz­nych ide­ałów na dwa lata smutku, nie­pew­no­ści i śmierci. Zresztą w praw­dzi­wość tej ostat­niej nikt nie wąt­pił - wiel­kie skrzy­nie wy­peł­nione trum­nami zaj­mo­wały znaczną część ła­downi i nieco ma­ka­bryczna gra po­le­gała na tym, aby spró­bo­wać prze­wi­dzieć ich przy­szłych miesz­kań­ców, pa­trząc na twa­rze in­nych i wła­sną. Tam­ten? Ja? Obaj? Naj­więk­szy gru­bas w głębi roz­ma­wia­jący z ka­pra­lem o prze­no­si­nach? Za­wsze kiedy prze­sad­nie przy­pa­truję się lu­dziom, oni za­czy­nają mi­mo­wol­nie przyj­mo­wać nie wy­gląd zna­jomy, lecz ma­skę po­śmiertną, którą na­sza fan­ta­zja ich znik­nię­cie uszla­chet­nia. Sym­pa­tia, przy­jaźń, na­wet nie­jaka czu­łość stają się ła­twiej­sze, sa­mo­za­do­wo­le­nie po­ja­wia się bez kło­po­tów, głu­pota zy­skuje sub­telny po­wab nie­win­no­ści. W su­mie oczy­wi­ście to na­szą wła­sną śmierć wi­dzimy w cu­dzych prze­ży­ciach i to w jej ob­li­czu, i przez nią, sta­jemy się po­tul­nymi tchó­rzami.

Nie chce pani przejść na wódkę? Le­piej sta­wia się czoło widmu ago­nii z pa­lą­cym ję­zy­kiem i żo­łąd­kiem, a ten ro­dzaj al­ko­holu z fla­konu, za­cią­ga­jący bab­ci­nymi per­fu­mami, po­siada do­bro­czynną cnotę roz­pa­la­nia mi nie­żytu żo­łądka i w kon­se­kwen­cji pod­no­sze­nia po­ziomu od­wagi, nie ma to jak zgaga na roz­pusz­cze­nie stra­chu, to także - je­śli pani woli, żeby zmie­nić ten nasz zwy­cza­jowy pa­sywny ego­izm w im­pul­sywne po­le­mi­zo­wa­nie, nie­zbyt inne w grun­cie rze­czy, ale przy­naj­mniej bar­dziej ak­tywne - se­kret słyn­nego wrzodu na żo­łądku Na­po­le­ona, ro­zu­mie pani, klucz do wy­ja­śnie­nia Wa­gram i Au­ster­litz. I te spodeczki z ma­lut­kimi rze­czami, tru­ją­cymi i sło­nymi, któ­rych ce­sarz z pew­no­ścią ni­gdy nie spró­bo­wał, prze­mie­rzą na­sze je­lita ni­czym ka­myczki żrą­cej sody, dzięki przy­pły­wowi kolki zdolne nas pchnąć ku naj­bar­dziej sza­lo­nym albo słod­kim przy­go­dom. Kto wie, czy skoń­czymy, ko­cha­jąc się nocą wście­kle jak no­so­rożce z bó­lem zę­bów, do­póki po­ra­nek nie oświe­tli blado po­ścieli sko­pa­nej na­szym roz­pacz­li­wym try­ka­niem? Są­sie­dzi z dołu stwier­dzą zdu­mieni, że spro­wa­dzi­łem so­bie do domu dwa wiel­kie zwie­rzęta, które się wza­jem­nie po­że­rają w kon­cer­cie wy­cia nie­na­wi­ści i po­rodu, i kto wie, czy taka no­wość roz­bu­dzi w nich od dawna uśpione hu­mory i do­pro­wa­dzi do tego, że się scze­pią na wzór tych ja­poń­skich puz­zli nie­moż­li­wych do roz­dzie­le­nia, chyba że dzięki nie­skoń­czo­nej cier­pli­wo­ści chi­rurga albo spraw­nego noża osta­tecz­nego ka­stra­tora. Czy jest pani w sta­nie przy­nieść śnia­da­nie do łóżka, pach­nąc już pa­stą do zę­bów Bi­naca i opty­mi­zmem? Po­gwiz­dy­wać przez sie­ka­cze jak dawni pie­ka­rze, opró­szone mąką anioły z ko­szy­kiem na ra­mie­niu, za­stę­pu­jący zmę­czone sowy - noc­nych straż­ni­ków, któ­rych wspo­mnie­nie sta­nowi je­den z naj­mniej me­lan­cho­lij­nych ob­ra­zów z mo­jego dzie­ciń­stwa? Czy jest pani w sta­nie ko­chać? Prze­pra­szam, py­ta­nie jest głu­pawe, wszyst­kie ko­biety są w sta­nie ko­chać, a te, które nie są w sta­nie, ko­chają same sie­bie po­przez in­nych, co w prak­tyce i przy­naj­mniej w pierw­szych mie­sią­cach jest nie­malże nie do od­róż­nie­nia od praw­dzi­wego afektu. Pro­szę się nie przej­mo­wać: wino pły­nie swoim kur­sem i nie­ba­wem po­pro­szę pa­nią o rękę - to nor­malne. Kiedy czuję się bar­dzo sa­motny albo wy­pi­łem za dużo, bu­kiet wo­sko­wych kwia­tów pro­jek­tów mał­żeń­skich po­czyna wy­kwi­tać we mnie ni­czym pleśń w za­mknię­tych sza­fach i staję się lepki, wraż­liwy, ki­czo­waty i kom­plet­nie słaby; to chwila, ostrze­gam pa­nią, żeby się roz­trop­nie usu­nąć pod byle pre­tek­stem, wsiąść do sa­mo­chodu z wes­tchnie­niem ulgi, za­dzwo­nić po­tem od fry­zjerki do ko­le­ża­nek i opo­wie­dzieć im ze śmie­chem o mo­ich pro­po­zy­cjach bez wy­obraźni. Tym­cza­sem i do owego mo­mentu, je­śli nie uzna pani tego za nie­sto­sowne, przy­sunę nieco bar­dziej swoje krze­sło i po­to­wa­rzy­szę pani przy kie­liszku czy dwóch.

Po­ciąg, który umknął z nami z tam­tej afry­kań­skiej Cruz Qu­ebrada i od jej ko­rony za­rdze­wia­łych żu­rawi oraz dłu­go­no­gich mew, po­rzu­cił nas w swego ro­dzaju ko­sza­rach przy Lu­an­dzie, gdzie be­to­nowe ba­raki pło­nęły z go­rąca, a pot skwier­czał na skó­rze jak przy­pa­lany tłuszcz. W po­miesz­cze­niach ofi­cer­skich - oto­czo­nych ba­na­now­cami o wiel­kich li­ściach z frędz­lami iden­tycz­nymi jak skrzy­dła pod­upa­dłych ar­cha­nio­łów - mo­skity prze­la­ty­wały przez siatki w oknach, żeby w ciem­no­ści wy­wo­ły­wać ra­zem uparty i wiotki szmer, w któ­rym śpie­wała moja krew, wy­sy­sana szyb­kimi hau­stami i wresz­cie uwol­niona ze mnie. Na ze­wnątrz za­ska­ki­wało mnie niebo o nie­zna­nych gwiaz­dach, od­no­si­łem cza­sem wra­że­nie, że ktoś na­ło­żył fał­szywy wszech­świat na mój zwy­czajny i że wy­star­czyło pal­cami ro­ze­rwać tę kru­chą i nie­praw­do­po­dobną de­ko­ra­cję, aby na nowo wkro­czyć w zwy­kłą co­dzien­ność, za­miesz­kałą przez zna­jome twa­rze i za­pa­chy, to­wa­rzy­szące mi z wier­no­ścią szcze­nia­ków. Ko­la­cje ja­da­li­śmy na mie­ście, w gło­śnych ogród­kach re­stau­ra­cyj­nych za­tło­czo­nych żoł­nie­rzami, gdzie po­śród ich ko­lan nędzni pu­cy­buci krę­cili się w kucki, ką­tem oka zer­ka­jąc na ich ka­ma­sze z gwał­towną mi­ło­ścią, albo fa­ceci bez nóg, nie­śmiało wy­cią­ga­jący przed sie­bie bożki wy­rzeź­bione ko­zi­kiem, ta­kie jak pla­sti­kowe wieże Be­lém z mo­jego ro­dzin­nego kraju. Biali otłusz­czeni fa­ceci z tecz­kami pod pa­chą wy­mie­niali por­tu­gal­skie pie­nią­dze na an­gol­skie z po­wścią­gli­wo­ścią znaw­ców li­chwia­rzy, wszyst­kie ulice wy­glą­dały na zwy­kłą ulicę Mo­rais So­ares, zbli­żały się i od­da­lały w po­śpiesz­nym la­bi­ryn­cie w kie­runku fortu, pro­win­cjo­nalny neon roz­kła­dał się na chod­ni­kach w ka­łu­żach mi­go­czą­cych po­ma­rań­czo­wa­wym ze­zem. Za­ko­twi­czony w za­toce okręt, który nas przy­wiózł, po­dwa­jał swoje od­bi­cie w wo­dzie, przy­go­to­wu­jąc się do wyj­ścia w mo­rze - miał wró­cić beze mnie w zimę i mgłę Li­zbony, gdzie pod­czas mo­jej nie­obec­no­ści wszystko iry­tu­jąco trwało tak samo, w zwy­cza­jo­wym ryt­mie, po­zwa­la­jąc mi, wzgar­dzo­nemu, wy­obra­żać so­bie, co się wy­da­rzy w spo­sób nie­unik­niony po mo­jej śmierci i co było w grun­cie rze­czy prze­dłu­że­niem cie­pła­wej i neu­tral­nej obo­jęt­no­ści, bez en­tu­zja­zmu ani tra­ge­dii, które ja tak do­brze zna­łem, stwo­rzo­nych z dni po­zszy­wa­nych ze sobą w po­grze­bo­wej biu­ro­kra­cji wy­zby­tej nie­po­ko­jów pło­mien­nego żaru. Czy wie­rzy pani w unie­sie­nia, wiel­kie po­rywy, we­wnętrzne trzę­sie­nia ziemi, szy­bo­wa­nie w eks­ta­zie? Pro­szę nie ro­bić so­bie na­dziei, moja droga, tylko optyczna mi­sty­fi­ka­cja spryt­nej gry lu­ster - zwy­kłej ma­chi­na­cji te­atral­nej, bez in­nej rze­czy­wi­sto­ści, tylko kar­ton albo ce­lo­fan sce­no­gra­fii, które pa­nią kształ­tują - i siła na­szej wy­obraźni na­dają pani po­zór ru­chu. Tak jak ten bar i jego lampy art no­uveau o wąt­pli­wym smaku, jego by­walcy o sku­pio­nych gło­wach, po­wie­rza­jący so­bie prze­sło­dzone ba­nały w lek­kiej eu­fo­rii al­ko­ho­lo­wej, mu­zyka w tle przy­da­jąca na­szym uśmie­chom ta­jem­ni­czej głębi uczuć, któ­rych ni­gdy nie mie­li­śmy - jesz­cze pół bu­telki i uznamy sie­bie za Ver­me­era, tak spraw­nego jak on, po­tra­fią­cego przez do­mową pro­stotę jed­nego ge­stu wy­ra­zić wzru­sza­jącą i nie­wy­ra­żalną go­rycz na­szej kon­dy­cji. Bli­skość śmierci czyni nas ostroż­niej­szymi albo przy­naj­mniej roz­trop­niej­szymi; w Lu­an­dzie, cze­ka­jąc kilka dni na wy­jazd do strefy walk, ko­rzyst­nie wy­mie­nia­li­śmy me­ta­fi­zykę na ob­sce­niczne ka­ba­rety na wy­spie, po dziwce z obu stron, ku­beł z mu­su­ją­cym wi­nem Ra­po­se­ira na stole i drobną ze­zo­watą strip­ti­zerką roz­bie­ra­jącą się na sce­nie z tym sa­mym zmę­czo­nym wy­ob­co­wa­niem, z ja­kim stary wąż zrzuca skórę. Obu­dzi­łem się kilka razy w po­koju pod­łego pen­sjo­natu, nie wie­dząc na­wet, jak się tam zna­la­złem, ubie­ra­łem się w mil­cze­niu, wy­cią­ga­jąc buty spod czar­nego ko­ron­ko­wego sta­nika, z na­dzieją, że nie za­kłócę snu spo­wi­tego po­ścielą ciała, z któ­rego wi­dzia­łem tylko masę roz­czo­chra­nych wło­sów. Rze­czy­wi­ście, i zgod­nie z pro­roc­twami ro­dziny, sta­łem się męż­czy­zną; to swego ro­dzaju przy­gnę­bia­jące i cy­niczne łak­nie­nie, zro­dzone z ku­pi­dy­no­wej roz­pa­czy, z ego­izmu, i z po­śpie­chu, żeby ukryć się przed sa­mym sobą, za­stą­piło na za­wsze kru­chą przy­jem­ność dzie­cię­cej ra­do­ści, śmie­chu za­bal­sa­mo­wa­nego czy­sto­ścią, bez ogra­ni­czeń czy dwu­znacz­no­ści; śmie­chu, który udaje mi się sły­szeć, wie pani, od czasu do czasu, nocą, gdy wra­cam do domu, na pu­stej ulicy - roz­brzmiewa za mo­imi ple­cami w ka­ska­dzie szy­der­stwa.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki