Zadra - Robert Małecki

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (21,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

DZIEŃ TRZECI

Smród ko­cich od­cho­dów niósł się po ca­łej klatce scho­do­wej, jakby wgryzł się w stare, skrzy­piące pod ko­mi­sa­rzem de­ski pod­łogi.

Gross pod­szedł do drzwi miesz­ka­nia na dru­gim pię­trze w ka­mie­nicy przy Rynku. Na sta­rej, ob­ła­żą­cej z nie­bie­skiej farby pły­cie do­strzegł ta­bliczkę z fan­ta­zyj­nie, ręcz­nie wy­pi­sa­nym na­zwi­skiem Płoc­kich.

Obok stara, spróch­niała i prze­krzy­wiona ko­moda po­zba­wiona fron­tów od­gry­wała rolę szafki na buty. Jedna para na dru­gich, małe i duże, znisz­czone, z wy­raź­nie star­tymi ob­ca­sami, po­wci­skane były w każde wolne miej­sce.

Po pra­wej stał sfa­ty­go­wany dzie­cięcy wó­zek z wy­tartą ta­pi­cerką i nie­re­gu­lar­nymi, za­cho­dzą­cymi na sie­bie ob­wód­kami plam.

Pa­no­wał tu pół­mrok. Ob­tłu­czony klosz lampy od­sła­niał pu­ste miej­sce na ża­rówkę.

Gross za­stu­kał raz jesz­cze, tym ra­zem gło­śniej niż po­przed­nio. Aż za­dud­niło.

- Pro­szę otwo­rzyć - ode­zwał się, ale od­po­wie­działa mu ci­sza.

Na­ci­snął klamkę i zdzi­wił się, że drzwi były otwarte. Pchnął je do wnę­trza, ale stuk­nęły o coś i jego oczom uka­zał się nie­wielki wy­ci­nek przed­po­koju, a da­lej ściana z bo­aze­rią, praw­do­po­dob­nie two­rząca drugi, pro­sto­pa­dły ko­ry­tarz. Po pod­ło­dze wa­lały się za­bawki i ciu­chy.

- Halo, dzień do­bry - rzu­cił, na­chy­la­jąc się do drzwi i wcią­ga­jąc w noz­drza przy­kry za­pach skwa­śnia­łego potu wy­mie­sza­nego z uryną.

Po chwili przez szparę za­ob­ser­wo­wał, jak około dwu­letni chło­piec w sa­mym pam­per­sie prze­mknął z po­koju do po­koju. Wtedy też usły­szał nio­sące się z dołu trza­śnię­cie cięż­kich drzwi wej­ścio­wych i na­ra­sta­jący od­głos skrzy­pie­nia scho­dów.

Od­wró­cił się i do­strzegł wcho­dzą­cego na górę męż­czy­znę w le­ni­nówce, nie­wiel­kiego i chu­dego, z ogo­rzałą czer­woną twa­rzą, którą po­kry­wał dłuż­szy, sztywny za­rost.

- Czego tu? - wark­nął nie­zna­jomy.

Gross się­gnął po le­gi­ty­ma­cję.

- Pan Zdzi­sław Płocki? - spy­tał.

- Psom się nie zwie­rzam - od­parł, pod­cho­dząc do ko­mi­sa­rza. - Niech wy­pier­dala stąd.

W jed­nej ręce niósł dwie puszki piwa, a w dru­giej wo­rek fo­liowy z kil­koma kaj­zer­kami.

Męż­czy­zna prze­pchnął się obok Grossa i za­trza­snął za sobą drzwi.

Po­li­cjant nie­mal na­tych­miast na­ci­snął klamkę i pchnął je po­now­nie.

Płocki się od­wró­cił.

- Wy­pier­da­laj, ścier­wo­chuju! - Rzu­cił się na drzwi, pró­bu­jąc je za­mknąć, ale Gross zdą­żył wsu­nąć nogę.

Za­bo­lało.

Stęk­nął i ze­brał wszyst­kie siły. Na­tarł mocno, a po chwili usły­szał ru­mor za drzwiami i na­cisk z dru­giej strony na­tych­miast ze­lżał. Ko­mi­sarz wtar­gnął do środka i spoj­rzał na le­żą­cego na ple­cach Płoc­kiego, który ję­czał, trzy­ma­jąc się za ło­kieć. Puszki piwa po­to­czyły się do dru­giego ko­ry­ta­rza, a bułki roz­sy­pały na progu. Nie­mal gołe dziecko, które ko­mi­sarz wi­dział nie­dawno, po­ja­wiło się znowu na końcu ko­ry­ta­rza i ssąc smo­czek, zer­kało z prze­stra­chem na Grossa, a po­tem na ojca. Ucie­kło, nie­zdar­nie prze­bie­ra­jąc bo­symi sto­pami.

- Żona jest? - spy­tał Gross, za­głu­sza­jąc uda­wane jęki męż­czy­zny.

Ten z tru­dem ski­nął głową.

Ko­mi­sarz prze­szedł nad nim i sta­nął w za­gra­co­nym nie­wiel­kim przed­po­koju. Po le­wej znaj­do­wało się po­miesz­cze­nie ze sta­rym te­le­wi­zo­rem ki­ne­sko­po­wym usta­wio­nym w me­blo­ściance, za­pad­niętą ka­napą i wy­tar­tym po­środku dy­wa­nem. Z po­koju prze­cho­dziło się do ko­lej­nego.

Gross spoj­rzał w prawo, do kuchni. I wtedy ją do­strzegł.

Ubrana w ja­sną ko­szulę nocną, brudną i miej­scami prze­tartą, sie­działa na ta­bo­re­cie. Po­de­szwy jej stóp były czarne od brudu. Twarz ukryła w dło­niach.

- Dzień do­bry - przy­wi­tał się Gross. - Pani Zo­fia Płocka?

Kiedy pod­nio­sła głowę i od­wró­ciła się w jego stronę, zo­ba­czył, że lewe oko za­my­kała opu­chli­zna, a z pęk­nię­tej wargi są­czyła się krew, która ście­kała po bro­dzie.

- Wy­no­cha - wy­beł­ko­tała.

- Mógł­bym po­móc.

- A pro­sił kto?

W jej oczach do­strzegł strach.

Ko­mi­sarz wsu­nął rękę do torby, żeby wy­jąć przy­go­to­waną kse­rówkę pi­sma. Ale zre­zy­gno­wał, a ona w końcu spu­ściła wzrok.

- Kto pa­nią skrzyw­dził?

Ko­bieta mach­nęła ręką i przy­ci­snęła do łuku brwio­wego brudną i wil­gotną szmatkę, w którą praw­do­po­dob­nie owi­nęła kostki lodu.

Gross usły­szał do­cho­dzący z przed­po­koju ru­mor. Od­wró­cił się, gdy Płocki już wstał i ku­le­jąc, szedł do kuchni. Usiadł przy stole obok żony. Wy­jął dwie puszki piwa i otwo­rzył pierw­szą z nich. Syk­nęło, po czym pió­ro­pusz piany z mla­skiem opadł na sfa­ty­go­waną ce­ratę i pod­łogę. Nie zwa­ża­jąc na to, męż­czy­zna otwo­rzył dru­gie, które rów­nież ob­fi­cie spry­skało blat. Jedną puszkę pod­su­nął żo­nie, po czym się­gnął do re­kla­mówki po bułkę. Wsa­dził ją so­bie do ust i od­gryzł po­rządny kęs.

- Pij - wy­beł­ko­tał.

Po­krę­ciła głową i znowu spoj­rzała na Grossa.

- Wy­pier­da­laj z mo­jego domu! - krzyk­nęła.

Gross po­szedł do sa­lonu z te­le­wi­zo­rem i do ko­lej­nego po­koju, który oka­zał się sy­pial­nią trojga dzieci. Nie prze­kro­czył jed­nak progu.

W ma­łej i wą­skiej klitce z od­kle­ja­ją­cymi się ta­pe­tami znaj­do­wało się jedno dzie­cięce łó­żeczko, w któ­rym spała dziew­czynka z od­rzu­co­nymi za głowę rę­koma. Obok ust, na ma­te­racu, le­żał ośli­niony smo­czek.

Chło­piec w pam­per­sie wci­snął się w kąt po­koju i ba­wił się kil­koma kloc­kami, nie­świa­domy tego, że jest ob­ser­wo­wany. Naj­star­sze dziecko, na oko pię­cio­let­nie, uda­wało, że śpi. Sku­lone na le­żą­cym bez­po­śred­nio na pod­ło­dze ma­te­racu, mocno za­ci­skało po­wieki. Gross wi­dział, jak nie­na­tu­ral­nie drżały.

Cienki koc przy­kry­wał kil­ku­latka po samą szyję.

Po­li­cjant usły­szał kroki od strony kuchni. Od­wró­cił się i zo­ba­czył męż­czy­znę z drew­nianą nogą od krze­sła w dło­niach.

- Spo­koj­nie. - Ko­mi­sarz uniósł ręce w obron­nym ge­ście i za­czął ob­cho­dzić Płoc­kiego, nie spusz­cza­jąc go z oczu.

Męż­czy­zna za­ci­snął zęby, ale oczy miał nieco za­mglone. W tym sta­nie nie był groź­nym prze­ciw­ni­kiem. Mimo to ko­mi­sarz po­słusz­nie wy­co­fy­wał się w stronę przed­po­koju.

- No już - wark­nął Płocki przez zęby. - Szyb­ciej.

Drew­niana laga ki­wała się na boki przed oczami Grossa.

- Spo­koj­nie - po­wtó­rzył, zbli­ża­jąc się do wyj­ścia. - Je­śli dzie­ciom sta­nie się krzywda, źle skoń­czysz - rzu­cił, kiedy wy­ma­cał klamkę.

Ob­ser­wu­jąc Płoc­kiego, wy­szedł na klatkę scho­dową i do­piero wtedy po­woli za­mknął za sobą drzwi. Se­kundę póź­niej huk ude­rze­nia roz­szedł się echem po ca­łym pio­nie, a drzwi za­drżały w oścież­nicy.

- I że­bym cię tu wię­cej nie wi­dział, psie je­bany! - wy­darł się Płocki.

Ko­mi­sarz od­cze­kał, po czym zszedł po trzesz­czą­cych scho­dach na pierw­sze pię­tro.

- To Płocki tak roz­ra­bia?

Gross od­wró­cił się na dźwięk przy­ci­szo­nego star­czego głosu.

Na wy­cie­raczce przed sze­ro­kimi drzwiami stał chudy sta­ru­szek w ko­szuli i ku­fajce. Skórę na pod­bródku miał ob­wi­słą. W po­cią­głej, po­marsz­czo­nej twa­rzy, na któ­rej wy­raź­nie było wi­dać plamy wą­tro­bowe, uwagę zwra­cały wy­łu­pia­ste oczy, po­więk­szone do­dat­kowo gru­bymi szkłami oku­la­rów.

- Pan wej­dzie, pa­nie wła­dzo. - Męż­czy­zna mach­nął na ko­mi­sa­rza i scho­wał się do miesz­ka­nia.

Prze­pu­ścił go­ścia, po czym prze­krę­cił dwu­krot­nie za­mek.

- Pro­szę - wy­szep­tał i wska­zał otwarte drzwi do po­koju.

W ko­ry­ta­rzu było ciemno, je­dyne świa­tło wpa­dało tu wła­śnie od strony po­koju dzien­nego.

Gross wszedł i za­trzy­mał się nie­malże w progu. Pod ścianą na po­dob­nym do szpi­tal­nego łóżku le­żała drobna siwa ko­bieta. Jej głowa za­pa­dła się w gru­bej po­duszce z pie­rza. Po­wieki miała za­ci­śnięte, a po­marsz­czone usta - otwarte. W pierw­szej chwili Gross po­my­ślał, że wi­dzi zwłoki.

- To moja mał­żonka - po­wie­dział męż­czy­zna i pod­szedł do łóżka.

Za­sy­czał ma­te­rac prze­ciw­o­dle­ży­nowy.

Sta­rzec po­gła­dził ko­bietę po twa­rzy szorstką dło­nią i po­wie­dział do niej czule coś, czego po­li­cjant nie do­sły­szał. Po­tem męż­czy­zna ci­cho jęk­nął, jego cia­łem wstrzą­snął krót­ko­trwały szloch. Za­drżały mu ra­miona, ale w porę się opa­no­wał.

Od­wró­cił się do Grossa ze łzami w oczach i chu­s­teczką przy­ci­śniętą do ust.

- Prze­pra­szam - po­wie­dział, zsu­wa­jąc ro­gowe oku­lary i ocie­ra­jąc oczy. - Niech pan spo­cznie. - Wska­zał stary fo­tel.

Gross pod­szedł naj­pierw do okna, które wy­cho­dziło na ską­pany w ule­wie Ry­nek. Z tej per­spek­tywy na­wet przez po­żół­kłą fi­rankę wi­dział uko­śnie pa­da­jące, dłu­gie kre­ski desz­czu i ogromne ka­łuże, na któ­rych po­wierzchni po­ja­wiały się i zni­kały nie­wiel­kie koła.

W końcu usiadł w wy­ło­żo­nym ko­lo­ro­wym ko­cem fo­telu, usta­wio­nym przo­dem do przy­kry­tego ser­wetą te­le­wi­zora.

W domu pa­no­szyła się wil­goć. Przy piecu ka­flo­wym znaj­do­wało się wia­dro wę­gla i kilka szczap drewna. Na rusz­tach tkwił opał, spo­mię­dzy któ­rego wy­sta­wały zmięte ga­zety.

- Pan z po­li­cji, prawda? - za­py­tał star­szy męż­czy­zna i usiadł obok. - Nie jest pan pierw­szy, który tu przy­cho­dzi.

Gross mil­czał.

- Na­pije się pan her­baty? - Męż­czy­zna się­gnął po por­ce­la­nowy dzba­nek, który stał na roz­dzie­la­ją­cym fo­tele okrą­głym sto­liku, i pod­niósł go w stronę ko­mi­sa­rza.

Ten uprzej­mie po­dzię­ko­wał.

- W czym mogę po­móc? - spy­tał po­li­cjant, kiedy go­spo­darz wy­peł­nił żół­tawą her­batą szklankę wci­śniętą w wi­kli­nowy ko­szyk.

Sta­rzec upił kilka ma­łych ły­ków, a Gross pa­trzył na jego po­wy­krę­cane ar­tre­ty­zmem palce.

- Coś panu opo­wiem - po­wie­dział go­spo­darz, po czym wbił wzrok w wy­tarty, siny par­kiet, za­le­d­wie w nie­wiel­kiej czę­ści przy­kryty dy­wa­nem. - W ty­siąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym dzie­wią­tym roku, w po­ło­wie wrze­śnia, kiedy hi­tle­rowcy we­szli do Chełmży, mia­łem sie­dem lat. Mój oj­ciec, Jan Wil­now­ski, był wów­czas na­uczy­cie­lem ję­zyka pol­skiego w gim­na­zjum. Wspa­niały, ko­chany czło­wiek. - Wes­tchnął. - Któ­re­goś dnia, to mu­siało być w paź­dzier­niku, moja matka we­szła do tego po­koju, trzy­ma­jąc zło­żoną kartkę pa­pieru, którą wy­jęła z ko­perty. A oj­ciec stał przy lu­strze, przy ścia­nie, i wią­zał kra­wat. Jak za­wsze na po­dwójny wę­zeł. Pięk­nie to ro­bił. - Męż­czy­zna roz­pro­mie­nił się na to wspo­mnie­nie. - Prze­czy­tał pi­smo i zło­żył je bez słowa, po czym przy­tu­lił matkę, która długo trzę­sła się w jego ra­mio­nach. Ja też się roz­pła­ka­łem, cho­ciaż zu­peł­nie nie wie­dzia­łem, o co cho­dzi, i nie do­my­śla­łem się, że może nas spo­tkać ja­kieś nie­szczę­ście. Kilka dni póź­niej oj­ciec po­sa­dził mnie so­bie na ko­la­nach i po­pro­sił, że­bym dbał o mamę, że­bym był jej po­słuszny. Po­wie­dział, że wy­je­dzie na dwa ty­go­dnie i szybko do nas wróci. Obie­ca­łem, że będę grzeczny. Oj­ciec zmierz­wił mi włosy i przy­tu­lił. Długo trzy­mał mnie w ra­mio­nach, a kiedy mnie pu­ścił, szybko od­wró­cił twarz i wstał z fo­tela. Za­brał sa­kwo­jaż i wy­szedł z domu. Kiedy za­mknęły się za nim drzwi, usły­sza­łem stłu­miony płacz matki. Sie­działa w ła­zience. Chcia­łem ją po­cie­szyć, ale coś cią­gnęło mnie do okna. Wsze­dłem na fo­tel, jak to zwy­kle ro­bi­łem, żeby do­brze wi­dzieć Ry­nek, ale oj­ciec na­wet się do mnie nie od­wró­cił. Nie po­ma­chał mi, jak to czę­sto ro­bił, kiedy do­kądś wy­cho­dził, cho­ciaż cze­ka­łem na ten jego gest już z unie­sioną dło­nią.

Gross prze­łknął ślinę, gdy po twa­rzy star­szego męż­czy­zny spły­nęły łzy.

- Wy­bie­głem za nim, ale ba­łem się go do­go­nić. Sze­dłem więc, za­cho­wu­jąc bez­pieczny dy­stans, by nie znik­nął mi z oczu. Cho­wa­łem się za in­nymi męż­czy­znami i ko­bie­tami, któ­rzy, tak jak i on, szli w stronę oto­czo­nego pło­tem dworca. Kiedy tam do­tarł, po­ka­zał nie­miec­kiemu war­tow­ni­kowi pi­smo, które wy­jął z kie­szeni płasz­cza, i tak jak wielu po­zo­sta­łych męż­czyzn, mło­dych i sta­rych, usta­wił się na pe­ro­nie. Zo­sta­łem z in­nymi przy pło­cie, prze­ci­sną­łem się do przodu, by wszystko wi­dzieć. Wkrótce oto­czyli ich es­es­mani z ka­ra­bi­nami, ode­brali rze­czy oso­bi­ste i pie­nią­dze, a po­tem wtło­czyli do by­dlę­cych wa­go­nów. - Go­spo­darz się­gnął po her­batę. - Wo­ła­łem ojca, ale pisk ha­mul­ców in­nego po­ciągu mnie za­głu­szył. Ja­kaś ko­bieta mnie przy­tu­liła i po­ło­żyła mi dłoń na ustach. Druga gła­skała po gło­wie, gdy w końcu za­miast krzy­czeć, za­czą­łem pła­kać.

Ko­mi­sarz po­pra­wił się w fo­telu, a sta­rzec pod­niósł pa­lec wska­zu­jący, da­jąc mu znać, że jego opo­wieść zmie­rza ku koń­cowi.

- Wśród tych, któ­rzy za­ga­niali na­szych do wa­go­nów, był je­den Po­lak, któ­rego tu­tej­sza spo­łecz­ność do­brze znała - do­dał. - Wie pan, kto to był?

Gross nie zdą­żył od­po­wie­dzieć, gdy ko­ści­sty, po­wy­krę­cany w sta­wach pa­lec wska­zał su­fit.

- To był dzia­dek Płoc­kiego! - Męż­czy­zna po­ru­szył się, a mię­śnie jego twa­rzy na­pięły się w gry­ma­sie zło­ści.

Ko­mi­sarz cze­kał na ciąg dal­szy.

- Cho­dzi mi tylko o to, pa­nie wła­dzo, że zło prze­nosi się z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie. A Płoc­kiego nic nie za­trzyma, póki nie wy­bije swo­jej ro­dziny. Do­kład­nie tak, jak jego oj­ciec de­ge­ne­rat i par­szywy dziad.

Po chwili, w któ­rej po­now­nie dało się sły­szeć syk ma­te­raca, Gross się ode­zwał.

- Od dawna to trwa?

- Ostat­nio mu się na­si­liło.

- Ostat­nio, czyli?

Męż­czy­zna ze­brał my­śli i tym ra­zem przy­ło­żył pa­lec do ust.

- Bę­dzie już kilka ty­go­dni - stwier­dził. - Ale wspo­mni pan moje słowa. Le­piej go stąd za­bierz­cie. O tych bied­nych dzie­ciach po­my­śl­cie, bo ja już nie mogę słu­chać ich pła­czu.

Ko­mi­sarz za­trzy­mał się w progu i spoj­rzał na sta­ruszkę, która za­rzę­ziła ci­cho.

- Na co cierpi pana żona? - spy­tał, od­wra­ca­jąc się do sie­dzą­cego w fo­telu sta­ruszka.

- Wy­cho­dziła do wa­rzyw­niaka po fa­solkę na obiad. Ale po­tknęła się w tych ciem­no­ściach na scho­dach. Nie­szczę­śli­wie zła­mała bio­dro i rękę.

- Nie po­winna na­dal być w szpi­talu?

- Była. - Zre­zy­gno­wany mach­nął ręką. - Wsa­dzili ją w gips, ale stwier­dzili, że już jej w ni­czym nie po­mogą. Że mógł­bym ją dać do ho­spi­cjum. Ale kto to wi­dział od­da­wać żonę do za­kładu?

Gross stę­żał.

- Pan by od­dał? - Sta­rzec prze­krzy­wił głowę, a jego wy­łu­pia­ste oczy świ­dro­wały ko­mi­sa­rza. - Je­śli ma umrzeć - kon­ty­nu­ował go­spo­darz, ści­szyw­szy głos - to tylko w domu. Tu, gdzie jest bez­pieczna i ko­chana.

Wstał, żeby po­pra­wić koł­drę, i przy­krył ko­bietę ciem­no­zie­lo­nym ko­cem, który le­żał zło­żony w jej no­gach.

- Pro­si­łem le­ka­rza, żeby tylko nie cier­piała bólu - do­dał płacz­li­wie.

Gross zer­k­nął na ścianę, gdzie Je­zus z cier­niową ko­roną na gło­wie wzno­sił umę­czony wzrok ku nie­bio­som.

A te pła­kały nie­ustan­nie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki