Żaden koniec - Zośka Papużanka

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (31,34 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Naj­pierw na­leży zro­bić ży­cie, wła­sne lub cu­dze, nikt nie spraw­dza; tech­nika do­wolna, farby pla­ka­towe, pa­stele, ołó­wek, li­no­ryt, można na­wet wy­dzier­gać na szy­dełku. Na­stęp­nie my wy­ci­namy ele­menty we­dług na­de­sła­nego ry­sunku. Kro­imy ży­cie na dwa ty­siące ele­men­tów, pa­ku­jemy, wy­sy­łamy pod wska­zany ad­res. Za­czy­nasz ukła­dać i w ogóle cię to nie zaj­muje, bo kto po­wie­dział, że ukła­da­nie puz­zli jest in­te­re­su­jące, że sami dla sie­bie je­ste­śmy in­te­re­su­jący. A po po­łu­dniu, kiedy masz go­tową ramkę i ka­wa­łek ob­razka, przy­cho­dzi kot, kła­dzie się na środku, ty oczy­wi­ście się de­ner­wu­jesz i pod­no­sisz głos, a on od­cho­dzi, bar­dzo ob­ra­żony, z waż­nymi ele­men­tami niby nie­chcący przy­kle­jo­nymi do łap.

Naj­gor­szą rze­czą jest stwier­dzić, że bra­kuje jed­nego ele­mentu. Śmieszne, że gdy się zgubi dwa­dzie­ścia, nikt się tym nie przej­muje.

Nie wy­ko­nu­jemy mo­deli prze­strzen­nych. Ży­cie jest pła­skie jak ka­łuża.

.

Wcze­śnie. Kwie­cień wcho­dzi przez uchy­lone okno, przy­no­sząc złotą smugę słońca na brzegu stołu, szmer pierw­szych sa­mo­cho­dów, biały puch to­poli tak po­wszechny, jakby ktoś roz­pruł ogromną koł­drę, zde­ner­wo­wany, że znów nie może za­snąć. Taki sam dzień jak wtedy, jak osiem­dzie­siąt, trzy­dzie­ści lat temu, jak dwa dni temu i jak za dwa dni. Wiemy to co­dzien­nie od rana i za­po­mi­namy, bo nie da się z tą my­ślą żyć, mu­sie­li­by­śmy co­dzien­nie umie­rać.

Ja­kub po­trafi za­snąć w każ­dej sy­tu­acji, w każ­dym miej­scu. Przy­kłada głowę do po­duszki i za­sy­pia. Na­pełni brzuch obia­dem, za­pada w fo­telu i za­sy­pia. Żona trąca go w nocy łok­ciem z py­ta­niem, czy śpi. Ona nie śpi i chcia­łaby po­ga­dać, naj­lep­sze roz­mowy są wtedy, gdy przy­naj­mniej jedna osoba spo­śród tych, które mo­głyby po­ga­dać, nie śpi, ale Ja­kub śpi, mru­czy coś przez sen i jego żona musi po­ga­dać sama ze sobą albo z jego mru­cze­niem. To na­wet śmieszne; ona pyta: ko­chasz mnie? On od­bur­kuje: uhm. A co chciał­byś do­stać na uro­dziny? Hmhmhm. Lor­netkę? Mhmh. Nie lor­netkę? Yhm. To co chciał­byś do­stać? Hmhmhm. Mo­to­cykl? Mhmh! Ja­kub de­ner­wuje się przez sen, że żona nie po­trafi zro­zu­mieć ta­kich pro­stych rze­czy, a ona śmieje się ra­zem ze swoją po­duszką. Coś trzeba ro­bić, gdy się nie umie za­sy­piać.

Ja­kub umie i za­sy­pia, ale bu­dzi się bar­dzo wcze­śnie, mimo że nie ma ta­kiej po­trzeby, nie po­wi­nien, jest nie­dziela i nikt nie po­wi­nien wsta­wać tak wcze­śnie. Je­śli ktoś jed­nak wsta­nie, musi na­kar­mić kota. Ja­kub to wie i kot to wie, sie­dzi już obok mi­ski i pręży drżący ogon. Ja­kub wy­mie­nia wodę, na­sy­puje kotu ko­cie je­dze­nie, znaj­duje puszkę z ludzką kawą, ale wciąż nie o to cho­dzi, wciąż ma po­czu­cie, że nie­dziela obu­dziła go nie­po­trzeb­nie i przed­wcze­śnie, po­nie­waż ist­nieje ja­kaś po­trzeba i na coś jest zbyt późno.

Kot już zjadł i aż do dru­giego śnia­da­nia może znowu spać. Ja­kub też mógłby, gdyby miał po­dob­nie na wszystko wy­wa­lone. Spo­śród stwo­rzeń cho­dzą­cych po świe­cie tylko kot na­daje się w stu pro­cen­tach do ży­cia w spo­łe­czeń­stwie, kot ma wy­wa­lone. Lu­dzie zu­peł­nie nie na­dają się do ży­cia z ludźmi. Ja­kub też się nie na­daje, nie umie mieć wy­wa­lone, idzie do ła­zienki, myje zęby i goli się szybko, na pa­mięć, jakby je­chał po swo­jej twa­rzy świet­nie znaną trasą dom-sklep czy szkoła-dom.

Ogląda się w lu­strze bez szcze­gól­nej od­razy, ale też bez przy­jem­no­ści. Czter­dziestka jest trudna do wy­tłu­ma­cze­nia.

W po­koju na krze­śle wisi ja­sna ko­szula; żona Ja­kuba już w so­botę wie­działa, że w nie­dzielę nie bę­dzie się jej chciało pra­so­wać, a wy­pra­so­wana ko­szula się przyda. Żony są ta­kie prze­ni­kliwe, ro­zu­mieją czas. Wy­pra­so­wana ko­szula ozna­cza, że te­ścio­wie przy­cho­dzą do nas na obiad albo my idziemy na obiad do te­ściów, my­śli Ja­kub, ale już wie, że ten obiad nie na­stąpi, nie od­bę­dzie się, że te­ścio­wie ani tu, ani tam, po­nie­waż on musi na­tych­miast wło­żyć ko­szulę i wyjść. Ja­kub nie wie, skąd wie, że musi wło­żyć ko­szulę i wyjść. Za­pina gu­ziki, za­raz wyj­dzie. Lu­dzie cza­sem ro­bią coś, co trzeba zro­bić, cho­ciaż nie wie­dzą dla­czego. Koty wie­dzą, ale nie po­wie­dzą. Może jego żona by wie­działa, ale udaje, że śpi. Może udaje, bo wie, że Ja­kub musi te­raz na chwilę odejść bez tłu­ma­cze­nia, może tego tłu­ma­cze­nia nie ma, może tak bę­dzie le­piej albo ja­koś po pro­stu bę­dzie. Lu­dziom trudno się do tego przy­znać.

Ja­kub nie wie, dla­czego ma na so­bie nie­dzielną ko­szulę wy­pra­so­waną w so­botę, dla­czego na stole, na któ­rego bla­cie co­raz sze­rzej i sze­rzej pa­no­szy się świa­tło z okna, przy­go­to­wuje port­fel, klu­cze i te­le­fon, dla­czego otwiera szafę i zdej­muje z wie­szaka ma­ry­narkę i dla­czego stara się dzia­łać po ci­chu, a robi to na tyle gło­śno, że bu­dzi żonę. Za­raz o coś za­pyta. Pauza dia­lo­gowa, wielka li­tera.

- Już wsta­łeś?

Ja­kub uwiel­bia od­po­wia­dać w nie­po­trzebny spo­sób na nie­po­trzebne py­ta­nia. Już. Co to zna­czy już. Jest dwa­dzie­ścia po siód­mej. Już wsta­łeś? Prze­cież wi­dać. Stoję. Wsta­łem. Nie leżę. Wsta­łem. Ale mał­żeń­stwo w du­żej mie­rze po­lega na od­po­wia­da­niu so­bie na oczy­wi­ste i nie­po­trzeb­nie za­dane py­ta­nia, więc Ja­kub od­po­wiada, że tak, ko­cha­nie, że wstał i to się stało już. Na łóżko wska­kuje kot i roz­po­czyna kon­cert ad­re­so­wany do pierw­szej na­iw­nej, nic nie ja­dłem, nic nie pi­łem, w tym domu się gło­dzi zwie­rzęta, je­ste­ście skan­da­licz­nie ludzcy.

- Trzeba na­kar­mić kota - mówi żona Ja­kuba.

- Już mu da­łem jeść. Wstrętny kłam­czuch.

- Nie chcesz przyjść tu do mnie? - Żona wy­sta­wia stopy spod koł­dry. Wiecz­nie jest jej zimno w stopy, na­wet w kwiet­niach, a mają ich za sobą tyle zgod­nie spę­dzo­nych w zgod­nym mał­żeń­stwie peł­nym zbęd­nych py­tań.

Ja­kub my­śli, że miło by­łoby wsko­czyć do cie­płego łóżka, zrzu­cić kota z koł­dry, wsu­nąć chłodne stopy żony po­mię­dzy swoje cie­płe uda i po­mru­czeć do jej ucha, że jesz­cze chwilkę, że jest nie­dziela, tak wcze­śnie, i nikt ni­czego nie musi. Ale on wła­śnie musi. Wła­śnie tej nie­dzieli musi coś. Te­raz, w tej chwili. Już.

- Nie - od­po­wiada, wkła­da­jąc klu­cze do kie­szeni ma­ry­narki. - Chcę, chcę bar­dzo, ale nie. Mu­szę, coś mu­szę.

Kot cie­szy się, gdy Ja­kub, ten zdrajca, wy­cho­dzi. Nie ma te­raz żad­nych świad­ków, któ­rzy by go wi­dzieli przy pierw­szym po­siłku, i można z całą ko­cią bez­czel­no­ścią że­brać o drugi.

.

Ja­kub jest tro­chę po­dobny do swo­jego kota. Działa sys­te­ma­tycz­nie i z roz­my­słem. Głodny - jeść. Zmę­czony - spać. Głodny - jeść znowu. Praca - pra­co­wać. Na tym polu kot oczy­wi­ście wy­grywa, bo ma wy­wa­lone na ka­pi­ta­lizm i nie pra­cuje, bez­czel­nie je je­dze­nie, na które Ja­kub za­ro­bił, i śpi w po­ścieli, którą Ja­kub ku­pił. Te­raz aku­rat kot ma wy­wa­lone i śpi, a Ja­kub pierw­szy raz od dawna nie działa z roz­my­słem i sys­te­ma­tycz­nie. Po­wi­nien le­żeć w łóżku obok żony albo na­kar­mić kota po raz trzeci, a on tym­cza­sem je­dzie sa­mo­cho­dem i słu­cha mu­zyki. Słu­cha gło­śno, żeby za­głu­szyła my­śli na­pra­sza­jące się o wy­ja­śnie­nie tego, co się wła­śnie stało, żeby za­ma­lo­wała po­wsta­jący w gło­wie Ja­kuba ry­su­nek jego sa­mego. Na tym ry­sunku Ja­kub w wy­pra­so­wa­nej ko­szuli je­dzie sa­mo­cho­dem, szcze­góły są wy­raźne, ale sa­mo­chód je­dzie po ni­czym i do ni­kąd i Ja­kub wo­lałby po pro­stu je­chać, za­miast o tym my­śleć. Ja­kub nie chce tych my­śli, bo nie zna od­po­wie­dzi. Nie wie. Może wie, ale nie ma czasu ko­mu­kol­wiek się tłu­ma­czyć, na­wet sa­memu so­bie, bo wjeż­dża na au­to­stradę i po­wi­nien się skon­cen­tro­wać.

Ruch jest nie­duży, co ra­czej oczy­wi­ste, nie­dziela rano, wszy­scy śpią lub kar­mią koty. Włą­czona mu­zyka ryt­micz­nie pro­wa­dzi sa­mo­chód i pró­buje wy­łą­czyć my­śle­nie, ale my­śle­nie wy­grywa i do­maga się in­for­ma­cji, do­kąd się je­dzie. I po co.

Ja­kub wła­ści­wie wie­dział to od po­czątku, wie­dział w chwili prze­bu­dze­nia, wie­dział, gdy się go­lił i gdy szu­kał ma­ry­narki, cały czas wie­dział, ale uwiel­bia su­spens. Chce się zo­ba­czyć z bab­cią. Obu­dziło go prze­świad­cze­nie, że po­wi­nien się zo­ba­czyć z bab­cią, zu­peł­nie jakby był Czer­wo­nym Kap­tur­kiem.

Co obu­dziło kota - nie wia­domo.

Dla­tego Ja­kub się ogo­lił, zna­lazł ma­ry­narkę, wsiadł do sa­mo­chodu. Żeby zo­ba­czyć się z bab­cią. Nie ma ko­szyczka ze sma­ko­ły­kami i le­kar­stwami, ale to nic, bab­cia jest zdrowa i pew­nie wcale nie je, a Ja­kub nie jest Czer­wo­nym Kap­tur­kiem. Za­dzwoń do: tata, mówi Ja­kub do te­le­fonu, a te­le­fon wy­łą­cza mu­zykę w sa­mo­cho­dzie i od­po­wiada - dzwo­nię do: tata, mo­bile.

- Cześć, tato - mówi Ja­kub.

- Cześć - mówi tata.

- Jadę do was.

- Co ta­kiego? - pyta tata. Ja­kuba dziwi jego zdzi­wie­nie.

- Jadę. Chcia­łem się zo­ba­czyć z bab­cią. Je­stem w dro­dze, będę za ja­kieś pół go­dziny, do­brze?

- Do­brze - od­po­wiada tata. - Ale bab­cia umarła go­dzinę temu.

.

Kie­rowca srebr­nego wy­pa­sio­nego audi, które je­dzie za Ja­ku­bem, na­ci­ska klak­son. I ma ra­cję, Ja­kub nie po­wi­nien tak zwal­niać na au­to­stra­dzie, to nie­bez­pieczne. Srebrne audi wy­mija Ja­kuba, jego kie­rowca osten­ta­cyj­nie zwal­nia na le­wym pa­sie, uchyla okno i po­ka­zuje Ja­ku­bowi faka, wiel­kiego faka na całą au­to­stradę. Nie­dziela rano, kwie­cień, piękna po­goda i na­gle taki fak.

Ja­kub za­ci­ska ręce na kie­row­nicy i jego wzrok za­trzy­muje się na rę­ka­wach ko­szuli zdję­tej z opar­cia krze­sła, rę­kawy wy­sta­jące spod ma­ry­narki, wy­ję­tej z szafy przed go­dziną. Równo go­dzinę temu.

.

A ja by­łam wtedy w Ba­zy­lei, mówi Ju­styna. Ale jesz­cze nie te­raz, dużo póź­niej mówi. Wiele lat i wiele spraw póź­niej.

.

Coś w Ja­ku­bie mówi mu, że na­leży za­dzwo­nić do Ju­styny. Za­dzwoń do: Ju­styna, mówi Ja­kub do te­le­fonu, a te­le­fon od­po­wiada - dzwo­nię do: Ju­styna, mo­bile. Jego sa­mo­chód wy­peł­nia się dźwię­kiem wo­ła­nia, od­bierz, od­bierz, głu­chym dźwię­kiem, jak z grobu. Od­bierz, od­bierz, te­le­fon Ja­kuba prosi te­le­fon Ju­styny, ale Ja­kub wie, że Ju­styna nie od­bie­rze. Wie tak samo do­kład­nie, jak wie, że po­wi­nien do niej za­dzwo­nić. Ma zresztą na­dzieję, że Ju­styna nie od­bie­rze, bo mu­siałby wtedy jej po­wie­dzieć. Z dwojga złego le­piej taką rzecz po­wie­dzieć niż na­pi­sać, na­pi­sana ja­koś moc­niej się staje, wy­raź­niej jest. Dla­tego Pan Bóg świat po­wie­dział, a nie na­pi­sał, i wszystko jest ta­kie nie do końca. Oprócz śmierci. Śmierć jest do końca i Pan Bóg to zro­bił spe­cjal­nie nam na złość. Ale Ja­kub o tym nie my­śli. W ogóle w tej chwili nie my­śli, bo te­le­fo­nuje i pro­wa­dzi sa­mo­chód. Zo­staw wia­do­mość, mówi na­grany głos Ju­styny, ale Ja­kub się roz­łą­cza. Nie ma żad­nej wia­do­mo­ści do na­gra­nia. To, co ma, na pewno nie jest wia­do­mo­ścią. Wia­do­mość ma Ju­styna, która pi­sze: Cześć, Kuba, nie mogę te­raz roz­ma­wiać, je­stem w Ba­zy­lei.

- By­łam wtedy w Ba­zy­lei - mówi Ju­styna. - Nie ode­bra­łam. Prze­stra­szy­łam się. Prze­cież ty ni­gdy do mnie nie dzwo­nisz.

.

Ona czę­sto po­dró­żuje, może jest w Ne­apolu, może w Bar­ce­lo­nie, może być na­wet w Ba­zy­lei, mówi do sie­bie Ja­kub. Ale cała Ba­zy­lea ra­zem ze swo­imi ba­zy­lisz­kami i Ar­nol­dem Böc­kli­nem, i Ju­styną gdzieś tam w środku nie wie­dzą na ra­zie, że Ja­kub je­dzie i je­dzie, i bę­dzie je­chał, po­nie­waż ży­cie wła­śnie po­ka­zało mu faka i po­nie­waż nie można zwal­niać na au­to­stra­dzie. Można tylko je­chać, można też ewen­tu­al­nie na­pi­sać książkę, ale le­piej nie te­raz, nie pod­czas jazdy au­to­stradą. Wielu lu­dzi za­trzy­muje się i pi­sze książki, ale nie­wiele z tego wy­nika.

.

Wielu lu­dzi za­trzy­mało się i na­pi­sało o śmierci wiele ksią­żek. Za­trzy­mu­ją­cych śmierć. Smut­nych, w więk­szo­ści. Ale mimo tych wszyst­kich smut­nych ksią­żek śmierć jest na­dal i nie musi być po niej smutno. Ja­kub czy­tał wiele smut­nych ksią­żek o cu­dzych śmier­ciach, ale nie­wiele z tego wy­ni­kło. Śmierć się za­trzy­muje, bo tak, ale lu­dzie nie umieją, ich in­te­re­suje to, co da­lej. Kła­mią jak kot, że nie je­dli jesz­cze śnia­da­nia.

Lu­dzie są or­dy­narni. Nie dość, że nie wsty­dzą się pi­sać, cho­ciaż nie po­tra­fią, to jesz­cze nie wsty­dzą się pi­sać o spra­wach, któ­rych po­winni się wsty­dzić. Wsty­dzą się umie­rać, ale pi­sać o tym się nie wsty­dzą ani tro­chę.

.

He­lenka stała pod bu­dyn­kiem. Cze­kała i pa­liła jed­nego pa­pie­rosa za dru­gim. Nie umiała nie ro­bić ni­czego, dla­tego już wiele lat wcze­śniej opa­no­wała pa­le­nie pa­pie­ro­sów, żeby można było za­pa­lić, bo wtedy dzieje się ja­kieś dzia­nie się. Dla He­lenki w świe­cie bar­dziej jest coś niż nic, nie znio­słaby wi­doku sa­mej sie­bie bez ja­kie­goś dzia­nia się ani nie znio­słaby my­śli, że ktoś wi­dzi ją w cza­sie nie­ro­bie­nia ni­czego, dla­tego pa­liła pod­czas każ­dego an­traktu w jej ży­cio­wej nar­ra­cji. Ja­kub i jego żona nie pa­lili, ale nie mu­sieli, po­nie­waż ro­bili coś, kłó­cili się, gdzie za­par­ko­wać sa­mo­chód, par­ko­wali sa­mo­chód, wy­sia­dali, wyj­mo­wali rze­czy z ba­gaż­nika, wi­tali się z He­lenką. Bar­dzo wiele mieli do zro­bie­nia i Ja­kub za­pa­lił do­piero po tym wszyst­kim, gdy pa­pie­ro­sowy po­ca­łu­nek jego matki przy­po­mniał mu, że nie pa­lił pra­wie dwie go­dziny. Żona Ja­kuba nie pa­liła, wo­lała nic od cze­goś, ale mo­głaby pa­lić, miała całą masę pu­stych miejsc w nar­ra­cji, żadne wy­daw­nic­two nie za­in­te­re­so­wa­łoby się jej pa­mięt­ni­kami. Wła­ści­wie te­raz nar­ra­cja też nie jest jej, tylko cu­dza, jest nar­ra­cją Ja­kuba, ale żona Ja­kuba też była Ja­kuba, więc różne rze­czy mieli wspólne, ja­kieś od­cinki w nar­ra­cji rów­nież. A poza tym sam ją po­pro­sił, żeby ten od­ci­nek opo­wie­ści roz­dzie­lić mię­dzy ich dwoje, żeby z nim po­je­chała.

- Po­jedź ze mną - po­wie­dział. - Sam so­bie z nimi obiema nie po­ra­dzę.

- Ale dla­czego z obiema? - za­py­tała. - Prze­cież mamy je­chać do two­jej babci.

- Moja matka też tam bę­dzie. Po­wie­dzia­łem jej, że przy­je­dziemy od­wie­dzić bab­cię, więc po­wie­działa, że też tam bę­dzie.

- Ale po co?

- Nie wiem. Pew­nie po to, że­bym nie mógł so­bie z nimi obiema po­ra­dzić.

- To dla­czego jej po­wie­dzia­łeś, że chcesz przy­je­chać od­wie­dzić bab­cię. Wie­dzia­łeś, że też przyj­dzie.

- Wie­dzia­łem. Po­wie­dzia­łem. Nie wiem.

.

Ja­kub za­wsze mó­wił wszyst­kim wszystko. Jego praca opie­rała się na mó­wie­niu. Był wy­kła­dowcą od wy­kła­da­nia słów. Uczył więc tau­to­lo­gii, au­to­te­ma­ty­zmu, me­ta­ję­zyka i tro­chę ko­mu­ni­ka­cji. Mó­wił o mó­wie­niu. Wra­cał z uczelni do domu i mó­wił o tym, co było w pracy, po­tem od­bie­rał te­le­fony, od­dzwa­niał. Wy­ja­śniał, tłu­ma­czył, opo­wia­dał. Bar­dzo ład­nie i mą­drze mó­wił, trzeba przy­znać, ale za dużo. Gdyby słu­chał babci, wie­działby, że nie trzeba tak wiele mó­wić, że w ogóle nie trzeba mó­wić, żeby po­usta­wiać cały świat. Sło­wami to każdy po­trafi.

- Jak po­dróż? - spy­tała He­lenka, jakby przy­je­chali co naj­mniej z Mek­syku. Żona Ja­kuba skie­ro­wała na niego bła­galne spoj­rze­nie, ty po­wiedz, a Ja­kub opo­wie­dział He­lence, jak po­dróż, do­kład­nie i z pi­kant­nymi szcze­gó­łami w po­staci re­montu na dro­dze, po­stoju na kawę oraz że się za­no­siło na deszcz, ale się w końcu nie roz­pa­dało, nie ma o czym mó­wić, ale można po­wie­dzieć.

- Wcho­dzimy? - za­py­tała He­lenka.

- Za­raz, skoń­czę pa­lić - od­parł Ja­kub.

- To ja też so­bie jesz­cze jed­nego za­palę - po­wie­działa He­lenka, świa­doma, że nie można so­bie po­zwo­lić na pu­sty prze­bieg w po­ezji. W pro­zie tak, ale nie w li­ryce. A umie­ra­nie to chyba ra­czej po­ezja, przy­naj­mniej tego się spo­dzie­wamy, otwie­ra­jąc książkę, przy­zwy­cza­ili­śmy się, książki nas przy­zwy­cza­iły. - Ona już chyba nie­długo umrze. Tak wy­gląda.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki