Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach - Filip Springer

-
Proszę czekać

Spis tre­ści

War­sza­wa. Przy­czó­łek Gro­chow­ski

Sy­väran­ta

Oświę­cim

Ot­ter­lo

Wil­no

Świ­no­uj­ście

Lu­blin

War­sza­wa. Po­li­tech­ni­ka

War­sza­wa. Przy­czó­łek Gro­chow­ski

Pa­ryż

Ber­ga­mo

Lon­dyn

War­sza­wa. Ul. Spo­koj­na

War­sza­wa. Ul. Sę­dziow­ska

War­sza­wa. Ra­ko­wiec

War­sza­wa. Za­chę­ta

Hel­sin­ki

Lu­blin. Osie­dle Sło­wac­kie­go

Hel­sin­ki. Ota­nie­mi

War­sza­wa. Przy­czó­łek Gro­chow­ski

Po­znań. Na­ra­mo­wi­ce

Szu­min

War­sza­wa. Aka­de­mia Sztuk Pięk­nych

Cho­cia­nów

El­bląg. Wzgó­rze Mo­re­la

Szu­min

War­sza­wa. Ul. Sę­dziow­ska

War­sza­wa

War­sza­wa. Ur­sy­nów

Tron­dhe­im

Ber­gen

War­sza­wa. Przy­czó­łek Gro­chow­ski

Po­sło­wie

Przy­pi­sy

Pa­ryż

Na Tro­ca­déro za­ku­ta­ni w sza­li­ki ko­le­sie wy­pusz­cza­ją w noc ko­lo­ro­we bącz­ki, li­cząc, że sprze­da­dzą je tym, któ­rym spad­ną one na gło­wę. Nikt te­go nie ku­pu­je, wszy­scy pa­trzą tyl­ko, jak nie­bie­skie świe­tli­ki le­cą z bu­cze­niem pro­sto w nie­bo. Po­tem każ­dy od­cho­dzi w swo­ją stro­nę, mi­mo że tam­ci na­wo­łu­ją i prze­ko­nu­ją. Jest zim­no i wie­je wiatr, prze­łom paź­dzier­ni­ka i li­sto­pa­da.

Dzień póź­niej na Con­cor­de ha­łas i słoń­ce, ja­cyś lu­dzie, ład­ne dziew­czy­ny pa­trzą przed sie­bie. Przy­po­mi­nam so­bie, jak pi­sał:

"Kie­dyś do­tar­li­śmy z Lesz­kiem na śro­dek pla­cu de la Con­cor­de. By­ło póź­ne po­po­łu­dnie. Sta­li­śmy ty­łem do Tu­ile­ries, oto­cze­ni mro­wiem sa­mo­cho­dów okrą­ża­ją­cych plac, za­fa­scy­no­wa­ni eks­po­zy­cją wiel­kiej licz­by ru­chów jed­no­cze­snych na tle wzno­szą­cej się płasz­czy­zny Champs-Ély­sées. Za­cho­dzą­ce słoń­ce uję­te w ra­my L'Arc de Triom­phe, oświe­tla­ją­ce każ­dy po­jazd, czy­ni­ło z te­go sza­le­nie moc­ne, spój­ne wi­do­wi­sko, jak po­to­ki pły­ną­cej la­wy. Wy­da­wa­ło się nam, pro­win­cju­szom, że sto­imy w cen­trum współ­cze­sne­go świa­ta"51.

Też tak tu mam. Mu­szę za­my­kać oczy, bo wszyst­ko jest zbyt ja­sne i zbyt du­że. I to po­czu­cie, że nie je­stem stąd i że to wi­dać. A ra­czej, że je­stem stam­tąd. Prze­cież róż­ni­ca nie jest dziś tak wiel­ka jak wte­dy. Je­mu, gdy pro­sił o coś do pi­cia, sta­wia­li na sto­le bu­tel­kę wód­ki, bo my­śle­li, że dzi­cy Po­la­cy pi­ją tyl­ko to. W chiń­skiej re­stau­ra­cji nie roz­po­znał przy­praw i gdy prze­sa­dził z czymś pi­kant­nym, my­ślał, że na trwa­łe uszko­dził so­bie ję­zyk. To po­czu­cie nie­przy­sta­wal­no­ści mu­sia­ło być więk­sze niż te­raz. Ale na­wet dziś jest doj­mu­ją­ce.

Do Pa­ry­ża przy­jeż­dża po to, by utwier­dzić się w prze­ko­na­niu, że ma ra­cję. Ogło­sze­nie o sty­pen­dium rzą­du fran­cu­skie­go dla mło­dych ar­chi­tek­tów zo­ba­czył na ta­bli­cy in­for­ma­cyj­nej, tej sa­mej, przy któ­rej po raz pierw­szy roz­ma­wiał z Zo­sią. Zło­żył pa­pie­ry, choć nie li­czył na suk­ces - nie był w żad­nej mło­dzie­żo­wej or­ga­ni­za­cji, a do te­go nie wie­dział, ile z par­ty­zanc­kiej prze­szło­ści przy­je­cha­ło za nim do War­sza­wy. Ku wła­sne­mu zdu­mie­niu do­stał się. Po­mo­gła mu Kry­sty­na Bie­rut, do­bra zna­jo­ma Zo­si z cza­sów oku­pa­cji. Gdy się do­wie­dział, od ra­zu wy­słał do niej de­pe­szę z in­for­ma­cją, kie­dy przy­jeż­dża. Aku­rat by­ła na wa­ka­cjach w Pa­ry­żu. Dla oszczęd­no­ści pod­pi­sał się tyl­ko imie­niem. W am­ba­sa­dzie my­śle­li, że to sam Oskar Lan­ge in­for­mu­je mło­dą Bie­ru­tów­nę o swo­jej wi­zy­cie. Na dwo­rzec pod­sta­wi­li sa­mo­chód i de­le­ga­cję z kwia­ta­mi. 1 paź­dzier­ni­ka 1948 ro­ku wy­siadł na Ga­re de l'Est i oto jest.

Te­raz jed­nak tra­ci re­zon. Sie­dzi przy sto­le, na któ­rym le­żą dwa nie­wiel­kie pro­sto­pa­dło­ścia­ny. Oskar ma je usta­wić w ta­ki spo­sób, że­by sta­ły jak naj­bli­żej sie­bie, ale by każ­dy z nich był ciąg­le od­bie­ra­ny ja­ko od­dziel­na for­ma. Tro­chę eg­za­min, ale tro­chę też do­świad­cze­nie. Usta­wia kloc­ki i cze­ka. Do sto­łu pod­cho­dzi Pier­re Je­an­ne­ret, wie­lo­let­ni współ­pra­cow­nik i ku­zyn sa­me­go Le Cor­bu­sie­ra. Nie wy­glą­da na ni­ko­go wiel­kie­go, jest drob­ny i ni­ski, ra­czej mil­czą­cy, dość su­ro­wy w oby­ciu. Nie­wiel­ką li­nij­ką coś tam mie­rzy, oglą­da kom­po­zy­cję z kil­ku stron i ki­wa po­ta­ku­ją­co gło­wą. Oskar zo­sta­je przy­ję­ty.

Te­go Je­an­ne­re­ta pod­po­wia­da mu Je­rzy Soł­tan, któ­ry od 1945 ro­ku pra­cu­je u Le Cor­bu­sie­ra.

- Do nas le­piej nie przy­chodź, bo bę­dziesz oglą­dał tyl­ko je­go ple­cy. Idź do Je­an­ne­re­ta - mó­wi Oska­ro­wi, gdy ten py­ta, któ­rą pra­cow­nię wy­brać na prak­ty­kę.

Miesz­ka w ho­te­lu L'Epo­que na rue Sa­int-Char­les w dziel­ni­cy Gre­nel­le. Nie spę­dza w nim jed­nak zbyt wie­le cza­su, chce po­znać mia­sto. Za­chwy­ca go pa­ry­skie me­tro, szcze­gól­nie je­go "ko­śla­wa, po­zor­nie przy­pad­ko­wa, nie­po­rad­na miej­sca­mi for­ma"52. Wy­da­je mu się praw­dzi­wa, wręcz or­ga­nicz­na. Mia­sto z po­cząt­ku zda­je się go jed­nak przy­tła­czać swym ogro­mem. Przez pierw­szych kil­ka ty­go­dni nie mo­że się w nim od­na­leźć. W jed­nym z li­stów do Zo­fii pi­sze:

"Chcę ci prze­ka­zać Pa­ryż ta­ki, ja­ki jest, a nie ta­ki, o ja­kim śni­łem. Po­tęż­ny i ka­me­ral­ny, prze­sad­nie wraż­li­wy, uprzej­my i bru­tal­ny, prze­ła­do­wa­ny i sa­mot­ny, ra­do­sny i smut­ny. Do­pin­gu­ją­ce się prze­ci­wień­stwa. Obok wspa­nia­łych dzieł sztu­ki - naj­ohyd­niej­sze, lep­kie, nie­smacz­ne ki­cze"53.

W sto­łów­ce przy bul­wa­rze Sa­int-Ger­ma­in po­zna­je rzeź­biar­kę Ali­nę Sza­pocz­ni­kow i przy­szłe­go hi­sto­ry­ka sztu­ki Ry­szar­da Sta­ni­sław­skie­go, ma­la­rzy Lu­dwi­kę Pin­ku­sie­wicz (Lut­kę Pink), Ka­zi­mie­rza Zie­len­kie­wi­cza, Je­rze­go Ku­jaw­skie­go i przede wszyst­kim Le­cha Kun­kę, któ­ry, jak się oka­zu­je, miesz­ka w tym sa­mym ho­te­lu co Oskar. Wkrót­ce wspól­nie wy­pra­wiać się bę­dą na ca­ło­dnio­we eska­pa­dy do pa­ry­skich mu­ze­ów. Zwie­dza­ją zwy­kle osob­no i nie­za­leż­nie, du­żo szki­cu­ją i no­tu­ją. Od cza­su do cza­su spo­ty­ka­ją się tyl­ko, by wy­mie­nić uwa­gi, po­tem znów roz­cho­dzą się w swo­je ką­ty. Naj­wię­cej cza­su spę­dza­ją w Mu­sée de l'Hom­me w Pa­ry­żu. Wy­cho­dzą do­pie­ro wy­pra­sza­ni przez straż­ni­ków. Po­tem go­dzi­na­mi dys­ku­tu­ją. Kun­ka prze­ra­sta Han­se­na wie­dzą z za­kre­su hi­sto­rii sztu­ki, cza­sa­mi ro­bi mu wręcz wie­lo­go­dzin­ne wy­kła­dy. Wę­dru­jąc ra­zem po uli­cach Pa­ry­ża, nie mo­gą się na­dzi­wić uśmiech­nię­tym twa­rzom prze­chod­niów. Oskar wspo­mni to po ja­kimś cza­sie tak: "Z cza­sem uświa­do­mi­li­śmy so­bie, jak je­ste­śmy smut­ni, jak smut­na jest pol­ska uli­ca"54.

Cza­su na wszyst­kie wiel­ko­miej­skie przy­jem­no­ści nie ma­ją jed­nak zbyt wie­le, bo dni wy­peł­nia­ją im obo­wiąz­ki sty­pen­dy­stów. Oskar szli­fu­je swój fran­cu­ski na kur­sach dla Po­la­ków w Al­lian­ce Fra­nça­ise, spo­ro cza­su zaj­mu­je mu też pra­ca u Je­an­ne­re­ta. Mistrz jest wy­ma­ga­ją­cy, ale ser­decz­ny. Ja­ko pierw­sze zle­ca Oska­ro­wi wy­ko­na­nie ry­sun­ków per­spek­ty­wicz­nych do pro­jek­tu do­mu o ste­la­żu alu­mi­nio­wym. Ten po­sta­na­wia umie­ścić w nich na pierw­szym pla­nie blond dziew­czy­nę z war­ko­czem. Jej zna­cze­nie jest czy­sto kom­po­zy­cyj­ne, syl­wet­ka ma wpro­wa­dzać wi­dza w ob­raz. Je­an­ne­re­to­wi ry­sun­ki się po­do­ba­ją, mó­wi Oska­ro­wi, że wi­dać po nich, że zro­bił je Po­lak. In­ne zda­nie ma klient­ka. Gdy Je­an­ne­ret po­ka­zu­je jej szki­ce, ko­bie­ta wpa­da w szał i wy­cho­dzi, trza­ska­jąc drzwia­mi. Pra­cow­nia tra­ci zle­ce­nie.

Wi­zy­ty w mu­ze­ach spra­wia­ją, że Oskar co­raz po­waż­niej za­czy­na my­śleć o ma­lar­stwie. Roz­ma­wia o tym z Le­chem Kun­ką, wspól­nie wpa­da­ją na po­mysł, by od­wie­dzić pra­cow­nię Fer­nan­da Lége­ra. Mistrz nie tyl­ko ich przyj­mu­je, ale tak­że zga­dza się, by od­by­li u nie­go dłuż­szą prak­ty­kę. Oskar z du­szą na ra­mie­niu idzie z tym po­my­słem do Pier­re'a Je­an­ne­re­ta. Ten, gdy do­wia­du­je się, że cho­dzi o Lége­ra, ki­wa tyl­ko przy­zwa­la­ją­co gło­wą. Od­tąd trzy dni w ty­go­dniu Oskar bę­dzie spę­dzał nad de­ską kre­ślar­ską w pra­cow­ni przy rue Ja­cob, a dwa po­zo­sta­łe przed szta­lu­gą w ate­lier przy pla­cu Pi­gal­le.

"Od Lége­ra do­wie­dzia­łem się, że ma­lar­stwo nie mu­si być mę­ką, że mo­że być przy­jem­no­ścią, pięk­ną przy­go­dą, a nie ka­tow­nią jak dla Van Go­gha"55 - wy­zna po la­tach.

Nie­sie­ni en­tu­zja­zmem Kun­ka i Han­sen po­sta­na­wia­ją iść za cio­sem i od­wie­dzić in­nych wiel­kich mi­strzów. Jest ich prze­cież w Pa­ry­żu nie­ma­ło. Uda­je im się zaj­rzeć do pra­cow­ni Vic­to­ra Brau­ne­ra, Au­gu­ste'a Her­bi­na czy Al­ber­ta Ma­gnel­lie­go. Gdy te­mu ostat­nie­mu zwie­rza­ją się, że w je­go ob­ra­zach do­strze­ga­ją ele­men­ty cza­so­prze­strze­ni, ma­larz ro­bi wiel­kie oczy ze zdzi­wie­nia. Wszyst­kie te wi­zy­ty, choć nie­zwy­kle po­ucza­ją­ce, wy­da­ją się ni­czym wo­bec nie­speł­nio­ne­go ma­rze­nia o od­wie­dze­niu naj­waż­niej­szej w tam­tym cza­sie pra­cow­ni w Pa­ry­żu. Znaj­du­je się ona w im­po­nu­ją­cej ka­mie­ni­cy przy rue Sa­int-Au­gu­stin. Na pierw­szym pię­trze re­zy­du­je tam ten, któ­re­go ob­ra­zy zna­ją już na pa­mięć - Pa­blo Pi­cas­so. Dwu­krot­nie zo­sta­ją sprzed je­go drzwi od­pra­wie­ni z kwit­kiem. W koń­cu po­sta­na­wia­ją sko­rzy­stać z pol­skich kon­tak­tów Pi­cas­sa, któ­re na­wią­zał pod­czas wi­zy­ty na Świa­to­wym Kon­gre­sie In­te­lek­tu­ali­stów we Wro­cła­wiu. Je­den z tro­pów pro­wa­dzi do ar­chi­tek­to­nicz­ne­go mał­żeń­stwa Syr­ku­sów, oka­zu­je się jed­nak nie­sku­tecz­ny. Z po­mo­cą przy­cho­dzi nie­za­stą­pio­na Zo­fia. Po­przez da­le­ką zna­jo­mą do­wia­du­je się, że Pi­cas­so w cza­sie po­by­tu w Pol­sce za­ja­dał się tor­ci­ka­mi we­dlow­ski­mi. Naj­wy­raź­niej bar­dzo przy­pa­dły mu do gu­stu, bo wspo­mi­nał o nich w li­stach do pol­skich zna­jo­mych. Wkrót­ce do Pa­ry­ża do­cie­ra prze­sył­ka z War­sza­wy za­wie­ra­ją­ca sto­sow­ny li­ścik po­le­ca­ją­cy i cze­ko­la­do­wy sma­ko­łyk od We­dla. Kun­ka i Han­sen po­dej­mu­ją ostat­nią pró­bę. Znów pu­ka­ją do tak do­brze już im zna­nych drzwi. In­for­mu­ją, że ma­ją prze­sył­kę, któ­ra ma być do­rę­czo­na mi­strzo­wi do rąk wła­snych. Zo­sta­ją wpusz­cze­ni i po­pro­sze­ni o od­da­nie pa­kun­ku. Roz­sta­ją się z nim nie bez obaw, któ­re jed­nak szyb­ko roz­wie­wa po­ja­wie­nie się w koń­cu ko­ry­ta­rza sa­me­go Pi­cas­sa. Ma­larz czy­ta list, a po­tem obej­mu­je obu stu­den­tów przy­ja­ciel­skim ge­stem. Pro­wa­dzi ich, nie­przy­tom­nych ze szczę­ścia, w głąb pra­cow­ni. Dłu­go roz­ma­wia­ją. Oskar mó­wi, że chciał­by zo­ba­czyć por­tret sy­na Pi­cas­sa w wóz­ku, tłu­ma­czy, że wi­dział go tyl­ko ja­ko czar­no-bia­łą re­pro­duk­cję. Pi­cas­so się zga­dza, spo­śród dzie­sią­tek płó­cien sto­ją­cych pod ścia­na­mi wy­bie­ra do­kład­nie to, o któ­re cho­dzi. Oskar pa­trzy za­chwy­co­ny, a za­raz po­tem py­ta:

"Czy to, co pan ma­lu­je, nie po­win­no być re­ali­zo­wa­ne w in­ny spo­sób? Wi­dzę u pa­na to, co się na­zy­wa czwar­tym wy­mia­rem - czas. A pan cią­gle ro­bi dwu­wy­mia­ro­we ob­ra­zy. Pan się mę­czy, mio­ta­jąc się bez prze­rwy mię­dzy czte­re­ma bo­ka­mi tra­dy­cyj­ne­go ob­ra­zu".

Pi­cas­so spo­glą­da na Oska­ra za­dzi­wio­ny i py­ta:

- "A czy pan ma­lu­je?

- Pró­bu­ję.

- Pro­szę mi przy­nieść je­den z pa­na ob­ra­zów"56.

Po kil­ku go­dzi­nach wi­zy­ta do­bie­ga koń­ca. Już tu nie wró­cą. Oskar nie przy­nie­sie swo­je­go ob­ra­zu.

"Z za­pro­sze­nia Pi­cas­sa na dru­gie spo­tka­nie nie sko­rzy­sta­łem z po­wo­du mo­jej głu­po­ty [...]. Zda­wa­łem so­bie spra­wę, że wię­cej wiem, niż umiem ja­ko ma­larz"57.

12 kwiet­nia 1949 ro­ku Oskar Han­sen ob­cho­dzi dwu­dzie­ste siód­me uro­dzi­ny. Pier­re Je­an­ne­ret ma dla nie­go pre­zent. Za­bie­ra go na ko­la­cję do ku­zy­na - Le Cor­bu­sie­ra. Oskar jest za­sko­czo­ny i zde­ner­wo­wa­ny, przed każ­dym z wcze­śniej­szych spo­tkań z mi­strza­mi stu­dio­wał ich dzie­ła. W cią­gu kil­ku ostat­nich mie­się­cy uda­ło mu się wpraw­dzie zgro­ma­dzić wszyst­ko, co na­pi­sał wiel­ki Cor­bu, książ­ki te sto­ją jed­nak na ra­zie, cze­ka­jąc na prze­czy­ta­nie. Dziś bę­dzie mu­siał im­pro­wi­zo­wać.

Mistrz cze­ka na nich w swo­im miesz­ka­niu, to­wa­rzy­szą mu żo­na i gosz­czą­cy u nich przy­ja­ciel ze Szwaj­ca­rii. Pod no­ga­mi plą­cze się szorst­ko­wło­sy jam­nik. Sia­da­ją przy sto­le, pi­ją ka­wę. Roz­mo­wa to­czy się o po­li­ty­ce. Oskar chło­nie każ­dy de­tal z za­pro­jek­to­wa­ne­go przez Le Cor­bu­sie­ra wnę­trza.

"Uświa­do­mi­łem so­bie, że oto wi­dzę no­wy świat, stwo­rzo­ny przez in­ne re­la­cje prze­strzen­ne. Za­chwy­ca­łem się syn­te­tycz­no­ścią, jed­no­znacz­no­ścią form i kom­po­zy­cyj­ną kla­row­no­ścią ich ze­sta­wień: źró­dło świa­tła to nie okno, a prze­szklo­na płasz­czy­zna, bia­łe becz­ko­we skle­pie­nia da­ją­ce świa­tło od­bi­te, gra­ni­ce "do­mu" to ży­we ścia­ny z ka­mie­nia i ekra­ny eks­po­nu­ją­ce ob­ra­zy, ob­szar miesz­kal­ny to cią­gła po­sadz­ka z mo­du­lar­nych kwa­dra­tów. Ogól­ne wra­że­nia cią­gło­ści, jak­by jed­no­prze­strzen­ność "do­mu""58.

Po ko­la­cji Le Cor­bu­sier po­sta­na­wia opro­wa­dzić Oska­ra po do­mu, po­ka­zu­je mu swo­je pra­ce. Za­trzy­mu­je się zwłasz­cza przy pew­nym płót­nie wi­szą­cym przy scho­dach. Ka­że Oska­ro­wi przyj­rzeć się ca­łe­mu wnę­trzu, a po­tem zdej­mu­je ob­raz ze ścia­ny. Ten pro­sty za­bieg zmie­nia at­mos­fe­rę w ca­łym po­miesz­cze­niu.

"Ob­raz wi­si tu­taj po to, by uprze­strzen­nić wnę­trze" - tłu­ma­czy Le Cor­bu­sier.

"Nie uprze­strzen­nić, tyl­ko oży­wić"59 - po­pra­wia go mi­mo­wol­nie Oskar.

Po­tem idą do pra­cow­ni, Le Cor­bu­sier po­ka­zu­je mu nie­do­koń­czo­ny go­be­lin. Oskar jest za­sko­czo­ny i roz­cza­ro­wa­ny. Na­pi­sze:

"Szcze­rze mó­wiąc, zro­bi­ło mi się przy­kro, że i On dał się opę­tać ko­mer­cyj­nej hi­ste­rii, On, twór­ca "bia­łych do­mów" z me­go dzie­cię­ce­go snu, współ­twór­ca ar­chi­tek­to­nicz­ne­go "pu­ry­zmu". Nie zga­dza­ła mi się re­la­cja po­mię­dzy hu­ma­ni­stycz­ny­mi ha­sła­mi Le Cor­bu­sie­ra a przed­mio­to­wą ro­lą pla­sty­ki we wnę­trzu je­go miesz­ka­nia"60.

Tuż przed koń­cem wi­zy­ty Le Cor­bu­sier wy­cią­ga plik od­bi­tek fo­to­gra­ficz­nych, na któ­rych wi­dać róż­ne sta­dia re­ali­za­cji nie­ukoń­czo­nej jesz­cze Jed­nost­ki Miesz­kal­nej w Mar­sy­lii. Oskar prze­rzu­ca zdję­cia za­chłan­nie, do­py­tu­je o szcze­gó­ły. Mu­szą już jed­nak wy­cho­dzić. Obie­cu­je więc so­bie, że jesz­cze te­go la­ta wy­bie­rze się do Mar­sy­lii, by zo­ba­czyć Uni­té d'Ha­bi­ta­tion na włas­ne oczy. Z do­mu Le Cor­bu­sie­ra wy­cho­dzi z mie­sza­ny­mi uczu­cia­mi.

Do­pie­ro po wie­lu la­tach bę­dzie umiał opi­sać ten kon­glo­me­rat wra­żeń. Opo­wie o tym w wy­wia­dzie Han­so­wi Ulri­cho­wi Ob­ri­sto­wi:

"Prze­czy­ta­łem i usły­sza­łem wie­le rze­czy na te­mat Par­te­no­nu, Akro­po­lu i tak da­lej, ale kie­dy po­je­cha­łem tam pierw­szy raz, aby je zo­ba­czyć, prze­kro­czy­ło to wszel­kie mo­je wy­obra­że­nia. Zda­łem so­bie spra­wę, że nie ist­nie­ją sło­wa, któ­ry­mi moż­na by to opi­sać. [...] Nie mo­głem odejść. By­ło to nie­wia­ry­god­ne do­świad­cze­nie cza­so­prze­strze­ni: przy wscho­dzie słoń­ca, w po­łu­dnie, wie­czo­rem, kie­dy lu­dzie nad­cho­dzą, krę­cą się wo­kół. [...] Punkt od­nie­sie­nia, któ­rym mie­rzę Pi­cas­sa, to Par­te­non, po­nie­waż jest on czymś, cze­go nie moż­na po­jąć bez zo­ba­cze­nia te­go na wła­sne oczy. [...]

Na­to­miast Le Cor­bu­sier jest jak Ha­gia So­phia. Cze­mu? Po­nie­waż wie­le się spo­dzie­wa­łem po Ha­gia So­phia [...] i tak sa­mo wie­le ocze­ki­wa­łem od Le Cor­bu­sie­ra. Ale kie­dy pierw­szy raz tam po­je­cha­łem, nie zna­la­złem te­go, cze­go się spo­dzie­wa­łem. Do­pie­ro kie­dy wró­ci­łem póź­niej, roz­po­zna­łem praw­dzi­wą war­tość te­go wszyst­kie­go [...].

Pi­cas­so na­uczył mnie rze­czy, któ­re wią­żą się z ży­ciem, pod­czas gdy Le Cor­bu­sier był wiel­kim spe­cja­li­stą, czło­wie­kiem o wy­jąt­ko­wych zdol­no­ściach, mo­że na­wet ge­niu­szem, ale nie dał mi te­go co Pi­cas­so"61.

Pa­ryż w li­sto­pa­dzie, tak do­sko­na­ły, że w nie­go nie wie­rzę. Zno­wu zim­no, zno­wu ostre słoń­ce. Gbu­ro­wa­ty kel­ner w Dziel­ni­cy Ła­ciń­skiej, księ­gar­nie na bul­wa­rze Sa­int-Ger­ma­in, ka­wiar­nia­ne krze­sła sto­ją­ce wprost na chod­ni­ku, nie ma jak przejść. Sprze­daw­cy chiń­skiej tan­de­ty, uży­wa­nych płyt z cza­so­pism, sznu­ro­wa­deł i mi­nia­tu­ro­wych pa­ry­skich bu­dy­necz­ków od­la­nych z prze­zro­czy­ste­go pla­sti­ku. Wy­pa­tru­ją po­li­cjan­tów, gdy tyl­ko ich zo­ba­czą, zwi­ja­ją swo­je roz­ło­żo­ne na kar­to­nach kra­my i zni­ka­ją. Rue Mo­uf­fe­tard, gdzieś tu miesz­kał. Wspo­mi­nał ta­kich sa­mych han­dla­rzy, pew­nie nie czar­nych, mo­że Al­gier­czy­ków al­bo Ara­bów, zresz­tą nie wiem. Roz­kła­da­li to­war na uli­cy, trze­ba by­ło ich ostroż­nie ob­cho­dzić, by cze­goś nie po­de­ptać. "Praw­dzi­wa, spon­ta­nicz­na For­ma Otwar­ta, ist­ny klej­not, ist­na cza­so­prze­strzeń"62 - mó­wił.

A po­tem już me­tro, jed­no, dru­gie, trze­cie. Fa­cet śpią­cy na sto­ją­co, ko­bie­ta z bia­łym pie­skiem, ro­bię zdję­cie, wy­cho­dzi nie­ostro. Lot­ni­sko w Be­au­va­is, sto­imy w ko­lej­ce do od­pra­wy. Z bram­ki obok od­la­tu­ją do Klu­żu w Ru­mu­nii. Za­sta­na­wiam się, jak to jest wra­cać stąd do Klu­żu.

Za­sta­na­wiam się, jak to by­ło wte­dy wra­cać stąd do War­sza­wy.

Przy­pi­sy

51 Oskar Han­sen, "Mo­je: Pa­ryż - Ber­ga­mo - Lon­dyn (1948-1950)", 1999, ma­szy­no­pis udo­stęp­nio­ny przez ro­dzi­nę.

52 Oskar Han­sen, "Mo­je: Pa­ryż - Ber­ga­mo - Lon­dyn (1948-1950)", 1999, ma­szy­no­pis udo­stęp­nio­ny przez ro­dzi­nę.

53 Oskar Han­sen, "Mo­je: Pa­ryż - Ber­ga­mo - Lon­dyn (1948-1950)", 1999, ma­szy­no­pis udo­stęp­nio­ny przez ro­dzi­nę.

54 Oskar Han­sen, "Mo­je: Pa­ryż - Ber­ga­mo - Lon­dyn (1948-1950)", 1999, ma­szy­no­pis udo­stęp­nio­ny przez ro­dzi­nę.

55 Roz­mo­wa z Oska­rem Han­se­nem, prze­pro­wa­dził Woj­ciech Wło­dar­czyk [w:] W krę­gu For­my Otwar­tej, 25 kwiet­nia-23 ma­ja 1986, ka­ta­log wy­sta­wy, Mu­zeum ASP w War­sza­wie, s. 19.

56 Roz­mo­wa z Oska­rem Han­se­nem, prze­pro­wa­dził Woj­ciech Wło­dar­czyk [w:] W krę­gu For­my Otwar­tej, 25 kwiet­nia-23 ma­ja 1986, ka­ta­log wy­sta­wy, Mu­zeum ASP w War­sza­wie, s. 20; roz­mo­wa z Pi­cas­sem przy­to­czo­na zo­sta­ła przez Han­se­na po fran­cu­sku.

57 Oskar Han­sen, "Mo­je: Pa­ryż - Ber­ga­mo - Lon­dyn (1948-1950)", 1999, ma­szy­no­pis udo­stęp­nio­ny przez ro­dzi­nę.

58 Oskar Han­sen, "Mo­je: Pa­ryż - Ber­ga­mo - Lon­dyn (1948-1950)", 1999, ma­szy­no­pis udo­stęp­nio­ny przez ro­dzi­nę.

59 Oskar Han­sen, "Mo­je: Pa­ryż - Ber­ga­mo - Lon­dyn (1948-1950)", 1999, ma­szy­no­pis udo­stęp­nio­ny przez ro­dzi­nę.

60 Oskar Han­sen, "Mo­je: Pa­ryż - Ber­ga­mo - Lon­dyn (1948-1950)", 1999, ma­szy­no­pis udo­stęp­nio­ny przez ro­dzi­nę.

61 Oskar Han­sen, wy­wiad Han­sa Ulri­cha Ob­ri­sta [w:] idem, Ku For­mie Otwar­tej / To­wards Open Form, red. Jo­la Go­la, War­sza­wa 2005, s. 175.

62 Por. Oskar Han­sen, wy­wiad Han­sa Ulri­cha Ob­ri­sta [w:] idem, Ku For­mie Otwar­tej / To­wards Open Form, red. Jo­la Go­la, War­sza­wa 2005, s. 175.