Zaczyn - J.D. Urban

Kup ebooka

6.46 zł
5.36 zł (6,46 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 3 - Pięć

Młotek było słychać już z sieni. Bił równo, po dwa uderzenia na gwóźdź, gęsto i odrobinę za mocno - tak biją młodzi, którzy ufają rękom bardziej niż drewnu. Olma przeszła z koszem przez sień i wyszła na dziedziniec, w szare, niskie rano. Powietrze było ciężkie od wilgoci, która jeszcze nie postanowiła, czym chce być.

Pod okapem składu klęczał Jur i zbijał kozły pod weselne stoły. Pierwszy raz widziała go z bliska: rosły, w kaftanie ciasnym w ramionach, rękawy podwinięte mimo zimna. Ręce miał do łokci w starej, wżartej barwie - przy jasnych deskach wyglądały jak pożyczone od kogoś innego. Obok stały trzy gotowe kozły, szeroko rozstawione, równe.

Sten stał w progu składu, o pięć stąpów od niego, i patrzył tak, jak patrzył na wszystko - od krawędzi do krawędzi.

- Ten krzywy - powiedział.

- Nie krzywy, panie. - Jur nie podniósł głowy. - To sęk tak prowadzi. Deska prosta, o, jak przyłożyć łatę, to widać, że...

- Mówię, że krzywy.

Jur przyłożył łatę. Łata leżała na desce równo, całą długością. Odłożył ją bez słowa, wstał, wziął gotowy kozioł i postawił go przed Stenem na kamieniach, na płask.

- To niech pan na nim stanie - powiedział za głośno jak na ten dziedziniec. - U ojca zbijam kadzie, co trzymają barwę przez całą zimę i nie puszczą kropli. Kozioł pod półmiski utrzyma.

Powiedział o jedno zdanie za dużo i sam to usłyszał - po słowie "barwę" zrobiło się na dziedzińcu ciszej, choć nikt się nie poruszył. Parobek przy studni przestał kręcić korbą. Sten patrzył na kozioł, nie na Jura, długo, jakby wyceniał drewno.

- Zbijaj - powiedział w końcu. - Do wieczora mają być wszystkie.

I odwrócił się do składu, gdzie czekały bele.

Posłaniec przyszedł przed południem, kiedy Olma przebierała w spiżarni groch. Usłyszała obce buty w sieni i wyszła - chłopak od wozaków stał na środku dziedzińca, w opończy ciężkiej od wody, w butach oblepionych gliną po kostki. Pachniał mokrą wełną i traktem: końmi, deszczem, cudzym dymem. Para szła mu z ust, kiedy mówił.

- W dolinach leje trzeci dzień - mówił do Stena, nie zdejmując kaptura. - Trakt za przewozem rozmiękł na klej. Wozy z południa stoją przy przeprawie, dwanaście albo i więcej, i będą stały. Koło wchodzi po piastę.

- Kmieć - powiedział Sten.

- Kmieć kazał się kłaniać i powiedzieć, że nie dowiezie. Ani bitego, ani żywego nie przeprowadzi, świnia w tej glinie utonie prędzej niż wóz. - Chłopak przestąpił z nogi na nogę; w butach mu chlupnęło. - Mówił, że jak chwyci mróz i drogę zetnie, to przyjedzie choćby w nocy. Ale na mróz się nie zanosi. Na śnieg się zanosi.

Sten stał prosto i nieruchomo. Jeżeli coś się w nim przesunęło, to głębiej, niż sięgał wzrok.

- Zadatek niech trzyma do wiosny - powiedział. - Albo odda owsem, po cenie z żniw. Powtórzysz.

- Powtórzę.

- A z południa? - Sten zadał to pytanie tym samym głosem, którym mówił o owsie, tylko o pół oddechu później. - Ludzie przejdą?

- Ludzi przy przeprawie nie widziałem. Jak kto konno i zna brody, to się przeciśnie. Wozem - nie. - Chłopak wzruszył ramionami pod mokrą opończą. - Może puści. Do wesela dni jeszcze trochę jest.

Sten skinął głową, odliczył chłopakowi za drogę i patrzył, jak brama się za nim zamyka. Potem odwrócił się i zobaczył Olmę w drzwiach spiżarni, z sitem grochu w rękach.

- Słyszeliście - powiedział.

- Słyszałam. Bez wieprzka mięsa jest na połowę stołu. - Olma odstawiła sito na próg. - W mieście świnie są. U rzeźnika za bramą, u ludzi po podwórzach. Można by popytać, kto...

- Nie będę chodził po mieście i pytał. - Nie podniósł głosu; zamknął go, jak się zamyka księgę. - Pół Suwar patrzy na to wesele. Jak zacznę siedem dni przed ucztą skupować świnie po podwórzach, to mi wieczorem na rynku policzą, czego nie mam.

- To kupię ja. Kucharce wolno pytać o mięso, od tego jest.

- Kupujcie, co jest do kupienia, po uczciwej cenie. - Sten wziął sito z progu i podał jej, jakby zamykał targ. - Ale prosić nie będziecie. Nie w moim imieniu. Gości liczcie sześćdziesiąt - trakty do wesela mogą jeszcze puścić.

Wyszedł do składu. Olma stała chwilę z sitem w rękach; groch był zimny i sypki, przesuwał się pod palcami jak drobne kamyki. Liczyć umiała. Właśnie dlatego wolałaby nie liczyć.

W kuchni Bela stała przy oknie na dziedziniec. Lufcik był uchylony na wietrzenie, a posłańcy nie mówią cicho. Kroiła dalej to, co kroiła, równo, do końca deski. Potem odłożyła nóż.

- Moi z południa jadą wozami - powiedziała. - Siostra z mężem, z dziećmi. Konno nie pojadą, bo z kim dzieci.

- Posłaniec mówił: do wesela dni jeszcze trochę jest - powiedziała Olma. - Może puścić.

- Może - powiedziała Bela.

Wzięła nóż i kroiła dalej, tym samym równym ruchem, tylko deska stukała teraz odrobinę głośniej.

W południe Olma wyniosła na dziedziniec miskę wczorajszego grochu, odgrzanego ze skwarką. Do kuchni nikt Jura nie wołał, a od rana nikt mu nic nie podał; parobkom wynosiło się jadło pod okap i jemu wyniesiono by tak samo albo wcale.

- To mnie? - Jur wstał z klęczek za szybko, otarł ręce o spodnie, raz i drugi, choć barwy się tak nie ściera. - Bo ja mam swój chleb, w sieni, w węzełku, nie trzeba było... - Wziął miskę obiema rękami, ostrożnie, jakby była z targu za całą tarczę. - Dziękuję. Gorące.

- Groch to groch - powiedziała Olma. - Zimno dziś na dworze do zbijania.

Jadł na stojąco, pod okapem, plecami do składu, szybko i porządnie. Kozły stały już rzędem, osiem sztuk, dziewiąty leżał rozłożony na kamieniach. Oddał miskę wyskrobaną do czysta i podziękował jeszcze raz, w pół drogi do kozłów.

Potem wrócił do desek. Słyszał przecież wszystko, co przyniósł posłaniec - dziedziniec nie jest duży. Bił młotkiem gęściej niż rano; gwóźdź poszedł mu krzywo i zgiął się w pół. Wyrwał go obcęgami, położył na kamieniu, wyprostował dwoma uderzeniami i wbił jeszcze raz, do końca.

?

Wieczorem, przy rozliczeniu, Sten skreślił wieprzka na liście jednym pociągnięciem i nie powiedział przy tym nic.

U siebie zapaliła lampkę i rozłożyła listę jeszcze raz, we własnym świetle. Lampka kopciła łojem; za oknem wiatr niósł od murów rzadką, zimną mżawkę i stukał okiennicą, aż podłożyła szczapkę. Usiadła do rachunku tak, jak się siada do patroszenia: bez pośpiechu, z podwiniętymi rękawami.

Gęsi z targu - są, ale gęś to ptak paradny: dużo skóry, dużo zapachu, mięsa na dwa palce. Słonina - dwie połcie Stena i to, co dokupiła, nim podrożała do reszty. Szynka jedna, pod belką, na pokaz bardziej niż do dzielenia. Groch, kapusta, kasza, mąka - tego starczy, tym się brzuchy dopcha. Ale uczta weselna to mięso na stole, a mięsa, licząc uczciwie, miała na trzydzieści gąb.

Gąb miało być sześćdziesiąt.

Przeliczyła drugi raz, od końca, jak sprawdza się szycie. Przeliczyła trzeci, dając gęsiom więcej, niż dadzą. Rachunek stał, jak stał: połowa.

Z tego, co jest - pomyślała i poczuła, że mówi to sobie przez zęby.

Przyciągnęła lampkę bliżej i zaczęła od nowa, od drugiej strony. Pieczyste rozebrać na kaszę ze skwarkami, gęsi nie w całości na półmiskach, tylko rwane, z kapustą, w głębokich misach - głęboka misa karmi czworo tam, gdzie płytka dwoje. Tłuszcz z gęsi zebrać co do łyżki, do garnka, na okrasę; gęś oddaje drugie tyle, ile daje, trzeba tylko nie wylać. Groch ze słoniną gęsty, na przedzie stołu, bo od grochu się zaczyna i na grochu łamie się pierwszy głód. Szynkę pokroić cienko, na deski, między kiszone - niech chodzi po stole, niech każdy widzi, że była.

Sadło gęsie, zebrane co do płata, liczyło się podwójnie: raz jako okrasa, drugi raz jako to, że nikt nie zapyta o masło. Podroby pójdą w kaszę - żołądki i serca, krojone drobno, ciemne od cebuli; wątróbki osobno, na deskę przy szynce, bo wątróbka wygląda na więcej, niż waży.

Brzuchy będą pełne. Ale wesele to nie stypa, na weselu ludzie nie jedzą, żeby przestać płakać - na weselu patrzą, co dom położył na stół, i liczą razem z nią, tylko na cudzą niekorzyść.

Można było też pójść jutro do ludzi. Miasto miało spiżarnie, komory, chlewiki po podwórzach; miało garkuchnię, przekupki, które wiedziały, u kogo co wisi pod belką, i baby, co za dobre słowo przyniosłyby drugie tyle. Wystarczyło popytać, poprosić.