Jeden. Dmuchawce na wietrze
Jeden
Dmuchawce na wietrze
Czerwiec
-?Już idę, już idę! -?zawołała Bea zdyszanym głosem, wychodząc spod
prysznica i omal nie tracąc równowagi, gdy poślizgnęła się na macie.
Złapała zasłonę prysznicową, zrywając ją z kółek, po czym owinęła się
najbliższym ręcznikiem i zbiegła po schodach.
-?Cholerni budowlańcy -?mruknęła, uderzając palcem w dębową poręcz.
Dlaczego musieli przyjść właśnie dziś, i to wcześniej niż zwykle, akurat
wtedy, kiedy była spóźniona? Szarpnęła ciężkie drzwi wejściowe.
-?Przepraszam, kochanie -?powiedział mężczyzna w poplamionym farbą
kombinezonie, szeroko otwierając oczy na widok jej skąpego stroju. -
Chyba, eee... złapaliśmy cię w niedogodnym momencie.
-?Tak, no cóż, trochę się spieszę. -?Przytrzymała drzwi, wpuszczając
budowlańca i jego pomocnika do środka. Jedną ręką mocno ścisnęła ręcznik
na piersi, drugą odgarnęła zbłąkany kosmyk blond włosów. -?Zaprowadzę
was na górę, do mojej sypialni.
Chłopak z trądzikiem stłumił chichot, unosząc przekłutą brew w stronę
szefa, aż ten szturchnął go ostro w żebra. Bea odchrząknęła i szybko
dodała:
-?Żeby pokazać, co trzeba wycenić.
Zarumieniła się z zażenowania.
-?Jasne, jak sobie życzysz, kochana.
Słyszała, jak budowlaniec mruczy coś do pomocnika, gdy prowadziła ich po
rzeźbionych dębowych schodach, starając się nie myśleć o tym, jak
niewiele zakrywa ręcznik, i płonąc w środku na myśl o tym, co właśnie
powiedziała.
-?Moja łazienka ma przylegać do sypialni, a przynajmniej na to liczę -
wyjaśniła. -?Dlatego pomyślałam, że najlepiej zacząć od mojego pokoju.
-?Dobrze.
-?Trzeba będzie wyburzyć tę ścianę i zrobić drzwi tam, na końcu. -
Wskazała przez pokój, zauważając na podłodze swoje majtki i biustonosz.
Kopnęła je pod łóżko i wzięła oddech, by mówić dalej.
-?Nie da się -?odezwał się chrapliwy głos z korytarza.
Zaskoczona ruszyła w jego stronę.
-?Dlaczego nie? -?zapytała, lecz przygotowana tyrada uwięzła jej w gardle, gdy stanęła twarzą w twarz z najbardziej przenikliwymi
niebieskimi oczami, jakie kiedykolwiek widziała. Była pewna, że,
ktokolwiek ukrywa się pod tym zarostem, musi być przystojny, i mimo
irytacji nie mogła oderwać od niego wzroku.
-?To bardzo stary dom, a to, młoda damo, jest ściana nośna -?powiedział,
a jego idealne usta wygięły się w lekkim uśmiechu, który od razu uznała
raczej za wyraz rozbawienia niż zachwytu nad jej wyglądem. Odchrząknął i stuknął w ścianę. -?Nie radziłbym jej burzyć.
Młoda damo? Nie mógł być od niej dużo starszy, pomyślała. A może
jednak -?trudno było ocenić przez ten zarost. Ale nawet jeśli jest
starszy, to dlaczego zwraca się do niej per "ty"?
-?Ale ja to zaplanowałam -?zaprotestowała, nie mogąc znieść jego
protekcjonalnego tonu i rozbawionego spojrzenia. Może był
przyzwyczajony, że kobiety miękną pod wpływem jego dominującej
obecności, ale ona dopiero co pozbyła się apodyktycznego męża i nie
zamierzała zastępować go równie despotycznym budowlańcem.
-?A właściwie... kim pan jest? -?zapytała, żałując, że znalazła się w tak
kompromitującej sytuacji. Spóźnienie to jedno, ale stanie przed nim
półnago to zupełnie co innego.
-?Luke Thornton -?przedstawił się, przyglądając się ścianie. -?Trochę
się spóźniłem i poprosiłem Billa, żeby przyjechał wcześniej. -?Skinął,
by poszła za nim, i przeszedł do innej sypialni po drugiej stronie
korytarza. -?Mam lepszy pomysł.
Zmrużył oczy, przyglądając się ścianie przed sobą.
-?Ten mały pokój idealnie nada się na prywatną łazienkę. -?Wyjrzał przez
okno. -?Wyobraź sobie kąpiel z widokiem na latarnię Corbi?re.
Odsunął się, żeby mogła spojrzeć. Bea pochyliła się i ogarnęła wzrokiem
rozciągający się przed nią widok: pola i białą wieżę nad brzegiem morza.
Miał rację. Zawsze lubiła patrzeć na ten majestatyczny budynek na końcu
zatoki St Ouen.
-?Imponujące, prawda? -?odezwał się, stojąc za nią.
Bea ścisnęła ręcznik, żałując, że nie zdążyła chociaż włożyć bielizny, i skinęła głową.
-?A tamtą -?kontynuował, nie czekając na odpowiedź -?możesz zostawić
jako główną łazienkę. Jest większa i bliżej pozostałych sypialni.
Zastanowiła się chwilę.
-?Rozumiem, co pan ma na myśli, ale wszystko już dokładnie zaplanowałam.
-?Nie chciała zbyt łatwo ustępować, choć desperacko chciała się ubrać. -
Wygląda na to, że nie mam wielkiego wyboru, więc chyba skorzystam z pana
propozycji.
Luke wzruszył ramionami.
-?Jak chcesz, to twój dom. -?Spojrzał na notatnik, który podał mu Bill.
-?Według mojej sekretarki, oprócz remontu łazienki i urządzenia drugiej
przy sypialni, chcesz też odnowić toaletę na dole, wykonać trochę prac
tynkarskich w holu i pomalować resztę domu.
Bea skinęła głową. Kiedy tak to wyliczył, wszystko brzmiało jak ogromne
przedsięwzięcie. Luke wyjął długopis i zaczął robić notatki. Skinął na
pozostałych.
-?Możecie jechać, złapiemy się później.
Powoli zszedł po schodach, przesuwając dłonią po ścianach.
-?Nie przejmuj się nim, kochana -?szepnął Bill zza jej pleców. -?Nie
chce być niemiły, to po prostu jego sposób bycia.
-?Dużo ostatnio przeszedł -?dodał pomocnik, po czym znów dostał
kuksańca. -?Au, za co to było?
-?Idź do auta. -?Budowlaniec pokręcił głową. -?Ten chłopak za dużo
kłapie dziobem. -?Kiwnął w stronę Luke'a. -?Ale to porządny gość.
Bea spojrzała na szerokie plecy Luke'a, gdy wszedł do toalety na dole.
-?Świetnie to ukrywa -?mruknęła, po czym pobiegła do sypialni się ubrać.
Gotowa, żeby zacząć nowy dzień, wsunęła buty i zeszła do kuchni. Co
właściwie było z nim nie tak? Przy nim jej wcześniejszy nastrój wydawał
się wręcz pogodny.
Spojrzała na zegarek. Musiała się pospieszyć. Dojazd zajmie jej co
najmniej piętnaście minut, nawet jeśli pojedzie wzdłuż zatoki St Ouen aż
do St Brelade, mijając wydmy i pole golfowe. Wyjęła lusterko i poprawiła
wiśniowy błyszczyk. Żołądek ścisnął się jej z nerwów -?czekała ją
niełatwa rozmowa. Współpracownicy to jedno, ale użeranie się z rozpieszczoną żoną jej największego klienta było jeszcze gorsze.
-?Wow, ale świątynia pomarańczowego laminatu -?oznajmił Luke, stając w drzwiach.
Bea zmarszczyła brwi. Miał rację, ale nie musiał być aż tak bezpośredni.
-?Trochę tak, ale nie stać mnie na zrobienie wszystkiego naraz. Sprawdza
się, nawet jeśli jest... no... trochę pomarańczowa, więc musi poczekać, aż
uzbieram na nową kuchnię.
Luke przeczesał dłonią swoją potarganą, brązową grzywkę.
-?Nie jest aż tak źle.
Zauważyła błysk rozbawienia w jego oczach.
-?To chyba kwestia gustu -?odparła, unosząc brwi i mimowolnie zerkając
znów na kuchenny zegar.
-?Dobrze -?powiedział, uśmiechając się do niej. -?Widać, że się
spieszysz, a ja zrobiłem już wszystkie potrzebne notatki. Przekażę je
jutro mojej sekretarce, która przygotuje dla ciebie wycenę.
Bea nie mogła nie zauważyć, jak jego uśmiech rozjaśnia całą twarz -?a przynajmniej tę jej część, którą widziała spod zarostu. Poczuła, jak jej
żołądek wykonuje fikołka, gdy jego ciemnoniebieskie oczy zdradziły
rozbawienie. Odwróciła wzrok i zanurzyła rękę w torebce. Żałowała, że
jej ciotka już nie żyje -?na pewno śmiałyby się razem z jego miny, gdy
po raz pierwszy zobaczył kuchnię.
-?Nigdy nie mogę w niej niczego znaleźć -?mruknęła, czując jego
spojrzenie, gdy gorączkowo szukała kluczyków do samochodu.
-?Nauczyłem się nie komentować damskich torebek. -?Wzruszył ramionami. -
Czy mam coś jeszcze dopisać do listy, zanim pójdę?
Przypomniała sobie, która jest godzina, i spróbowała nie wpadać w panikę.
-?Właśnie, jeśli chodzi o te prace... -?Bea zastanowiła się nad zakresem
robót, o które go prosiła. Podniosła marynarkę z oparcia krzesła i zawahała się. -?To trochę krępujące -?powiedziała. -?Nie jestem pewna,
czy będzie mnie stać na wszystko naraz. -?Przygryzła dolną wargę. -
Kiedy rozmawiałam z siostrą o kontakcie z tobą, liczyłam, że uda mi się
wziąć kredyt na ten remont.
Jego wyraz twarzy złagodniał.
-?Przykro mi z powodu twojej ciotki. Słyszałem, że była niezwykłą
kobietą.
Bea przełknęła ślinę. To było jeszcze zbyt świeże, by mówić o ciotce
Annabel bez emocji, ale musiała spróbować.
-?Była. -?Odchrząknęła, starając się nie myśleć o bólu. Nie mogła teraz
rozmazać makijażu, nie miała czasu go poprawiać. -?Jeśli nie masz nic
przeciwko, na razie poproszę tylko o wycenę łazienek i tynkowania.
Resztę chyba będę musiała zrobić sama.
Luke skinął głową i coś zanotował.
-?Żaden problem. Zadzwoń, jeśli wycena będzie ci odpowiadać. Chłopcy
mogą zacząć już na początku przyszłego tygodnia.
Bea była zaskoczona, że mogą zacząć tak szybko, ale nic nie powiedziała.
-?Dobrze, dziękuję. -?Odprowadziła go do drzwi wejściowych. Przez chwilę
wydawał się taki łagodny. -?Przepraszam, że tak cię poganiam, ale jestem
już bardzo spóźniona i muszę jechać.
Poczekała, aż wsiądzie do swojego niebieskiego pick-upa, i patrzyła w milczeniu, jak znika w chmurze kurzu na długim, żwirowym podjeździe. To
jak z nasionami dmuchawca, pomyślała. Nigdy nie wiadomo dokąd polecą.
Westchnęła ciężko. To nie był moment, by wpadać w panikę z powodu
ogromnej odpowiedzialności, jaką na siebie wzięła. Ilu ludzi zamieniłoby
się z nią miejscami w jednej chwili, żeby mieć tak wspaniały dom i ogród
jak The Brae?
Rozejrzała się po dużym, wyłożonym boazerią holu. Ten dom powinien
tętnić rodzinnym życiem, a nie należeć do samotnej, i pogrążonej w żałobie trzydziestoletniej rozwódki. Czy to szaleństwo tak bardzo
walczyć o jego utrzymanie?
W drodze do drzwi Bea spojrzała na zbiór obrazów wiszących na ścianie.
-?Czy mamy tu gdzieś Jersey Kiss? -?zapytała z powątpiewaniem. Żaden na
takiego nie wyglądał. Czym właściwie było Jersey Kiss i dlaczego ciotka
nie zostawiła żadnej wskazówki w testamencie?
Dwa. Śliski problem
Dwa
Śliski problem
Lipiec
-?Udało ci się już ustalić, czym właściwie jest to całe "Jersey Kiss"? -
zapytała Mel. -?Myślisz, że to jakiś obraz czy coś w tym stylu?
Bea bardzo chciałaby poznać odpowiedź. Odkąd dowiedziała się od prawnika
ciotki, że odziedziczyła jakiś przedmiot o tej nazwie, bez przerwy
zachodziła w głowę, co to takiego.
-?Nie mam pojęcia. Nie widziałam niczego, do czego pasowałaby ta nazwa,
a sprawdziłam wszystkie obrazy w domu.
-?Mama mówi, że to może być biżuteria. Przecież Antonio kupował twojej
ciotce piękne rzeczy, prawda? Podobno wyjątkowe egzemplarze czasem mają
własne nazwy.
-?Może... -?Bea znów spróbowała odtworzyć w myślach zawartość szkatułki z biżuterią ciotki i zastanawiała się, dlaczego Joyce (jej macocha i matka
Mel, która nigdy wcześniej nie interesowała się ani nią, ani jej ciotką)
nagle tak bardzo chce rozwiązać tę zagadkę. -?Z drugiej strony prawnik
mówił, że ciotka Annabel spisała testament ponad dwadzieścia lat temu.
Ciągle potrzebowała pieniędzy na swoje ogrodowe projekty, więc może w międzyczasie to sprzedała?
-?Pewnie tak -?powiedziała Mel z rozczarowaniem w głosie. -?No dobrze,
skoro to nie ta zaginiona rzecz sprawia, że jesteś taka zamyślona, to
co?
-?Skoro już musisz wiedzieć... myślałam o Luke'u Thorntonie.
Bea naciągnęła na siebie czarną szyfonową bluzkę, po raz kolejny
żałując, że jej biust nie jest o dwa rozmiary mniejszy. Może jednak zbyt
optymistycznie założyła, że zmieści się w ubrania Mel.
-?Ach, słynny Luke Thornton. Nigdy go nie poznałam, ale Grant mówi, że
to dość dominujący typ.
-?No proszę, zupełnie mnie to nie dziwi -?mruknęła Bea, unosząc brew. -
A czy twój przyszły narzeczony wspomniał może, dlaczego Luke jest taki
ponury?
-?Chyba ma jakieś problemy w relacji. -?Mel przechyliła głowę i przyjrzała się krytycznie jej sylwetce.
-?Chcesz powiedzieć, że jego dziewczyna miała dość rozsądku, żeby go
zostawić? -?Bea nie mogła się powstrzymać od wbicia szpili.
Mel pokręciła głową.
-?Nie dziewczyna. Facet. Wspólnik w interesach. Podobno zniknął,
zabierając jego pieniądze czy coś w tym stylu. Ktoś mówił, że Luke
trochę się przez to posypał. -?Zmrużyła oczy. -?Wydajesz się bardzo
zainteresowana kimś, kogo sama nazwałaś okropnym.
-?Po prostu pytam -?odparła Bea, wkładając kolejną bluzkę i marszcząc
brwi na widok swojego odbicia w lustrze. -?Za ciasna. Wiedziałam, że to
bez sensu. Nie ma szans, żebym zmieściła się w twoje ubrania, a swoje
już dawno zajechałam.
Mel pociągnęła materiał z tyłu, próbując go jakoś dopasować.
-?Pośpiesz się i wybierz cokolwiek.
-?Nie mogę tego założyć. -?Bea z trudem zdjęła bluzkę i rzuciła ją na
zmiętą narzutę, gdzie leżało już z dziesięć innych rzeczy.
-?Musimy coś wymyślić -?westchnęła Mel, składając ubranie.
-?To mój pierwszy raz, kiedy wychodzę z domu, odkąd ciotka Annabel... no
wiesz.
-?Bea, ona umarła. Tak, wiem i przykro mi, ale musisz się ogarnąć i żyć
dalej. -?Mel zaczęła przeszukiwać jej szafę. -?To było podłe ze strony
Simona, że odszedł dosłownie chwilę później, ale dziś są moje zaręczyny
i nie pozwolę ci siedzieć w domu i się nad sobą użalać.
-?Po prostu nie chcesz mieć do czynienia z Joyce, jeśli się nie pojawię
-?zauważyła Bea, sięgając po fioletową jedwabną bluzkę, którą zakładała
na każdą "lepszą" okazję.
-?Posłuchaj, może nie mamy tej samej matki i wiem, że moja bywa trudna,
ale chce dla mnie dobrze.
Bea skinęła głową. To nie była wina Mel, że jej matka tak bardzo starała
się wypchnąć ją na pierwszy plan w oczach ich ojca. Biedny człowiek. Bea
nie miała pojęcia, jak on to znosi.
-?W każdym razie minęły już miesiące, od kiedy Annabel powiedziała ci o Simonie i jego romansie z tą swoją puszczalską asystentką. Śliski typ.
Ciotka Annabel... -?pomyślała Bea. Wiedziałaby, co powiedzieć, żeby ją
pocieszyć.
-?Najgorsze jest to, że Claire już jest z nim w ciąży. -?Wzięła głęboki
oddech i uniosła ręce. -?I jak? -?zapytała, przykładając bluzkę do
siebie. -?Nie jest idealna, ale może być.
-?Świetnie! Teraz wypróbuj tę szminkę. To inny odcień niż ten wiśniowy,
który zawsze nosisz. Myślę, że będzie ci pasował.
Bea wydęła usta przed lustrem, starannie malując bladoróżowe usta na
intensywny odcień fuksji, kiedy nagle ktoś z całej siły załomotał do
drzwi wejściowych.
Podskoczyła, rozmazując przy okazji szminkę aż po policzek.
-?Cholera.
Odłożyła ją na toaletkę i zeszła na dół, a Mel ruszyła za nią.
-?Co ty, do diabła, masz na sobie? -?zapytał Simon, mierząc ją wzrokiem
od góry do dołu, gdy otworzyła drzwi.
-?Wejdź, Simon -?rzuciła Mel z przekąsem.
Zignorował ją. Bea chwyciła starą kurtkę Barbour wiszącą za drzwiami i narzuciła ją na bieliznę. Naprawdę powinna przestać otwierać drzwi w takim stanie, pomyślała zirytowana.
-?Nie wierzę. -?Obrócił się, wpatrując się w jej biust w nowym czarnym
satynowym staniku push-up, na zakup którego namówiła ją Mel. -?Idziecie
razem na imprezę. Ciotka Annabel byłaby zachwycona.
Bea skrzyżowała ręce, przytrzymując kurtkę.
-?Zostaw ją w spokoju.
-?Nigdy mnie nie lubiła, prawda? -?rzucił, patrząc na nią ze skrywaną
irytacją.
-?Pewnie dlatego, że za tą twoją urodą i urokiem kryje się charakter
ropuchy -?wtrąciła Mel.
-?O czym ona mówi? -?Uniósł brwi.
-?Doskonale wiesz, że moja matka chrzestna cię lubiła... dopóki nie
odkryła, że nie jestem jedyną kobietą, z którą sypiasz -?odparła Bea
ostro. -?Wtedy zmieniła zdanie.
-?Między nami się nie układało. To nie tylko moja wina, że małżeństwo
się rozpadło. Do tanga potrzeba dwojga.
Bea usłyszała, jak Mel gwałtownie wciąga za nią powietrze.
-?Mel, może nalejesz nam coś do picia? -?zaproponowała spokojnie,
patrząc na Simona, którego twarz wykrzywiła się złośliwie. -?To nie
potrwa długo.
Mel odwróciła się i ciężkim krokiem poszła do kuchni.
Bea zmrużyła oczy, patrząc na Simona.
-?Domyślam się, że chodzi ci o twój list?
Wyciągnęła z kieszeni kurtki zgniecioną chusteczkę, splunęła na nią i zaczęła ścierać rozmazaną szminkę z policzka.
-?Nie mogę uwierzyć, że domagasz się połowy tego domu. Zawsze go
nienawidziłeś, a poza tym dobrze wiesz, że ciotka Annabel zostawiła go
mnie.
-?Tak, chciała mieć pewność, że niczym nie będziesz musiała się martwić
-?powiedział, powtarzając jej słowa, które Bea słyszała już setki razy.
-?To nie moja wina, że twój ojciec ma wyrachowaną żonę ani że twoja
matka zmarła. Faktem jednak jest, że twoja ciotka umarła, kiedy wciąż
byliśmy małżeństwem. -?Pochylił się bliżej. Czuła jego miętowy oddech. -
Technicznie rzecz biorąc, nadal nim jesteśmy. Dlatego dom jest naszą
wspólną własnością, a ja, jako twój mąż, mam prawo do połowy jego
wartości.
Żar gniewu palił ją od środka.
-?Może pod względem prawnym, ale moralnym? Na pewno nie. -?Przypomniała
sobie jego list. -?A co właściwie miałeś na myśli, pisząc o "Dniu na W"?
Simon uśmiechnął się z zadowoleniem.
-?Pomyślałem, że to całkiem sprytne, nie sądzisz?
Bea posłała mu lodowate spojrzenie.
-?Jak uważasz. Dzień Wyzwolenia, a dla mnie dzień wypłaty. Łapiesz?
Bea powoli zamknęła oczy, jakby chciała sprawić, żeby zniknął.
-?Tak. Przezabawne.
-?Też tak sądzę. Nie chcę, żebyś przegapiła datę.
-?Raczej mi to nie grozi -?ucięła. -?Po co tu przyjechałeś?
-?Urządziliśmy się już z Claire w nowym mieszkaniu. Może gdybyśmy nie
zamieszkali u twojej ciotki, nasz związek nie rozpadłby się tak szybko...
-?zamyślił się, po czym wzruszył ramionami. -?W każdym razie pomyślałem,
że zabiorę parę rzeczy, których nie zdążyłem wziąć, kiedy mnie
wyrzuciłaś.
Poprawił obraz na ścianie, po czym przyjrzał mu się uważnie.
-?Ten jest chyba mój -?dodał, zdejmując z haczyka przedstawienie krwawej
sceny polowania, której Bea zawsze nie znosiła.
Wzięła głęboki oddech.
-?Zabierz go. I przy okazji zabieraj się z mojego domu. I przestań
dobijać się do drzwi, jakbyś miał do tego prawo.
Podeszła, by je otworzyć.
-?No cóż, były zamknięte. -?Simon wyciągnął rękę, żeby ją zatrzymać. -?A kiedy właściwie zmieniłaś zamki?
Czy on oszalał?
-?Zaraz po tym, jak się wyprowadziłeś. Kiedy niby miałabym to zrobić? -
zapytała, oszołomiona jego bezczelnością.
-?Zmieniłaś się, Beatrice -?powiedział ciszej. -?Kiedyś byłaś miła i porządna.
Bea wzięła głęboki oddech, starając się opanować głos.
-?Naprawdę? Bo wydaje mi się, że nadal jestem. To ty odszedłeś, nie ja.
Nie rozumiem więc, dlaczego ciągle obrażasz się o wszystko, co robię.
-?Może gdybyś też była w związku, zrozumiałabyś, co czuję do Claire.
Poza tym dobrze wiesz, że odszedłem tylko dlatego, że twoja wścibska
ciotka zrobiła z tego taką aferę i nakręciła cię do granic możliwości -
zawahał się na moment, po czym spojrzał na nią z góry znad swojego
orlego nosa -?tego samego, który jeszcze niedawno wydawał jej się bardzo
pociągający, a teraz najchętniej uderzyłaby go w niego z całej siły. -
Gdyby nie ona, nadal bym tu z tobą mieszkał.
-?To znaczy, gdyby nie przyłapała cię z Claire. Naprawdę myślisz, że nie
dowiedziałabym się w końcu, że twoja dziewczyna jest w ciąży?
Głos jej zadrżał i natychmiast tego pożałowała.
-?Ciotka Annabel przyłapała was na seksie w samochodzie Claire. Miała
pełne prawo być wściekła.
-?Słuchaj, przykro mi z powodu dziecka. Wiem, że to musi cię boleć.
Wyciągnął rękę, żeby dotknąć jej ramienia, ale Bea cofnęła się.
Simon wzruszył ramionami i rozejrzał się po zaniedbanym korytarzu.
-?Dlaczego nie możesz przestać mnie karać za to, że jestem szczęśliwy?
Problem polega na tym, że spędziłaś za dużo czasu z tą starą kobietą.
Annabel była twoją matką chrzestną i rozumiem, że zajęła się tobą po
śmierci mamy, ale jej już nie ma. Musisz przestać trzymać się tej
rudery. Wtedy oboje będziemy mogli iść dalej.
Bea nie chciała dać mu satysfakcji -?ani wybuchem gniewu, ani łzami.
-?Ja już poszłam dalej, Simonie. Niezależnie od tego, co sobie wmawiasz.
-?Jak uważasz. -?Zaśmiał się, zerkając na swój nowy zegarek Cartiera. -
Mnie to obojętne, ale chciałbym wiedzieć, kiedy zamierzasz spłacić moją
część tego mauzoleum?
Bea poczuła znajome, nerwowe ściskanie w żołądku.
-?Nie rozumiem, dlaczego tak się upierasz. Jesteś prawnikiem, zarabiasz
więcej niż ja kiedykolwiek będę. Nie potrzebowałeś tych pieniędzy na
mieszkanie. Dom został zapisany mnie, nie tobie. Może po prostu
zakończmy tę sprawę, uporządkujmy wszystko i doprowadźmy rozwód do
końca.
Simon jęknął.
-?Czyli co? Weźmiesz kredyt hipoteczny, żeby mnie spłacić, czy mam iść
do sądu po nakaz zapłaty?
Bea zawahała się. Wiedziała, że nie stać jej na walkę w sądzie.
-?Wiesz dobrze, jak trudno teraz o kredyt. Potrzebuję trochę więcej
czasu.
-?Czasu, żeby mnie nie spłacić, tak?
-?Nie. Czasu, żeby znaleźć rozwiązanie. A twoje naciski niczego nie
przyspieszą.
-?Mój prawnik wszystko wyjaśnił w liście. Masz rok i jeden dzień od
śmierci twojej ciotki, czyli do zakończenia postępowania spadkowego. To
będzie dziesiąty maja przyszłego roku. To aż nadto czasu, żeby załatwić
kredyt. To ty uparłaś się, żeby trzymać tę rozpadającą się ruinę z lat
dwudziestych. Claire zrezygnowała z pracy, jest w ciąży i nie chce
wracać do niej po porodzie. Muszę uporządkować finanse. Weźmiemy ślub,
jak tylko nasz rozwód będzie sfinalizowany, a to nie nastąpi, dopóki nie
załatwimy spraw majątkowych. Więc nie dam ci ani dnia więcej, niż muszę.
-?Nie sprzedam tego domu. -?Bea zacisnęła pięści.
Pochylił się w jej stronę, a jego oczy stały się zimne jak stal.
-?Bądź realistką. To ruina. -?Rozłożył ręce, wskazując na chłodny
korytarz.
-?To mój problem -?odparła, myśląc o ogrodzie ciotki Annabel, o tej
niezwykłej spuściźnie pełnej roślin przywiezionych z całego świata.
Simon cofnął się i jeszcze raz zmierzył ją wzrokiem. Pokręcił głową z szyderczym uśmiechem, po czym odwrócił się i wyszedł, kierując się do
swojego lśniącego BMW.
Bea trzasnęła ciężkimi dębowymi drzwiami z całej siły, dopiero po chwili
uświadamiając sobie, że to nie był najlepszy pomysł, bo z sufitu posypał
się tynk, opadając jak cukier puder na zużytą kamienną posadzkę.
Osunęła się ciężko na staroświecki fotel. Może i zupełnie nie pasował do
reszty mebli, ale kupiła go na swojej pierwszej aukcji razem z matką
chrzestną, gdy miała szesnaście lat. Chłodna, znajoma faktura drewna
działała kojąco.
Łatwo było udawać odwagę, ale jak, do licha, miała znaleźć pieniądze na
remont domu?
-?Pij -?zarządziła Mel, podając jej podwójny gin z tonikiem i usiadła
obok. -?Ten facet to kompletny idiota. Mało, że cię zdradził, to jeszcze
zachowuje się, jakby wciąż miał kontrolę nad każdym aspektem twojego
życia. I pewnie zarabia dużo więcej od ciebie.
Bea ponuro wzruszyła ramionami.
-?Niestety tak. -?Upiła łyk chłodnego napoju i westchnęła z ulgą. -
Myślał, że wciąż może otwierać drzwi swoim kluczem, wyobrażasz sobie?
Siedziały chwilę w milczeniu, aż jej gniew powoli zaczął opadać.
Spojrzała na swoje świeżo zrobione paznokcie w stylu french, obejmujące
szklankę, i po raz pierwszy zauważyła, że ślad po obrączce na palcu
wreszcie zaczyna znikać. Wkrótce nie zostanie po nim nic. Ani po dawnej
Beatrice Porter.
-?Mel, nie jestem pewna, czy dam radę dziś wyjść -?przyznała cicho. -
Wyglądam okropnie i...
-?Bzdura! -?przerwała jej Mel, stając przed nią. -?To są moje zaręczyny.
-?Wyciągnęła ręce, pokazując olśniewający pierścionek z brylantem. -
Kiedy ostatnio byłaś zaproszona do zamku Elizabeth? Nie opuścisz ani
minuty. Rzadko mamy okazję tam gościć i chcę, żeby ten wieczór był
wyjątkowy. Jesteś moją siostrą... no dobrze, przyrodnią siostrą. I będziesz się świetnie bawić, czy ci się to podoba, czy nie.
Bea parsknęła śmiechem.
-?Biedny Grant. Nie ma pojęcia, na co się pisze, prawda?
-?Nie ma. -?Mel szturchnęła ją lekko i uśmiechnęła się porozumiewawczo.
-?A ty mu tego nie powiesz.
* * *
Bea zeszła z promu kursującego na małą wyspę w zatoce, żałując, że nie
założyła wygodniejszych butów. Spojrzała w górę na wieżyczki zamku i uśmiechnęła się pod nosem -?Mel naprawdę wybrała wyjątkowo romantyczne
miejsce na przyjęcie zaręczynowe.
Po dotarciu do sali dostrzegła Shani i Paula przy barze. Zero zaskoczeń.
Bea uśmiechnęła się, widząc swoich najbliższych przyjaciół pogrążonych w rozmowie. Jak oni w ogóle znajdują czas na pracę, prowadząc zajęcia w największym klubie fitness w mieście? Pozostawało to dla niej zagadką.
-?Hej -?powiedziała, przytulając ich oboje.
Spojrzała na swoje buty.
-?To nie był najlepszy pomysł -?dodała, unosząc stopę. -?Nie wiem,
dlaczego na niego wpadłam.
-?Tylko Mel mogła wymyślić imprezę w miejscu, do którego trzeba dopłynąć
łodzią -?stwierdziła Shani. -?Myślałam, że w zamku będzie chłodniej, a tu dalej gorąco.
Bea przytaknęła, wachlując się torebką.
-?Twoje włosy wyglądają przepięknie, Shan.
-?Jeszcze trochę je skrócisz i wszyscy pomyślą, że ogoliłaś się na łyso.
-?Zaśmiał się Paul. -?Z tą buzią jeszcze ujdziesz w tłumie, ale bez
włosów? Wysoka, bez biustu... można by cię wziąć za faceta.
Shani roześmiała się i szturchnęła go w żebra.
-?Nie przeginaj! Może i mieszkamy razem, ale dobrze wiesz, że jestem od
ciebie silniejsza.
-?Zachowujecie się jak stare małżeństwo -?zauważyła Bea, krzywiąc się na
widok przerażonej miny Paula.
-?Co za koszmarna wizja -?jęknął. -?Poza tym, nawet gdybym interesował
się kobietami, ona nie byłaby w moim typie.
Bea pokręciła głową, przyzwyczajona do ich przekomarzań.
-?Gdyby ktoś was nie znał, mógłby się poważnie zaniepokoić tym, jak ze
sobą rozmawiacie.
-?Wyglądasz świetnie -?powiedziała Shani. -?Nie mogę uwierzyć, że jednak
przyszłaś.
Bea skinęła w stronę Mel rozmawiającej z gośćmi.
-?Nie bardzo miałam wybór. Po tym, co Simon odwalił dziś w domu, nie
byłam pewna, czy będę w nastroju.
Paul zmrużył oczy.
-?Bea, kochanie, dziś obowiązuje strefa wolna od Simona. -?Objął ją
ramieniem. -?To wieczór Mel i choć potrafi być irytująca, nie pozwolimy,
żeby ten palant zepsuł ci zabawę. -?Rozejrzał się. -?Kurczę, tu jest jak
w piekarniku.
-?Zgadzam się. -?Uśmiechnęła się Bea, czując, że wraca jej humor. -?To
będzie świetny wieczór. -?Rozejrzała się po sali pełnej gości. -
Przyjechali już tata i Joyce?
-?Jeszcze nie, bo nie było werbli na jej wejście. -?Skrzywił się Paul. -
Nie wiem, jak twój ojciec z nimi wytrzymuje. Święty człowiek.
-?O, już są. O mój Boże, fryzura Joyce wygląda jak skrzyżowanie Margaret
Thatcher z watą cukrową. -?Zachichotała Shani.
-?Perfekcyjna rola matki panny młodej, co? -?dodał Paul.
Bea i Shani wybuchnęły śmiechem.
-?No dobrze, dziewczyny, spokój. Przejdźmy do ważniejszych spraw.
Wszyscy widzieli pierścionek? -?Klasnął w dłonie. -?To co sądzimy?
Shani?
-?Jest oszałamiający. Musiał kosztować fortunę.
Po drugiej stronie sali Grant podniósł kieliszek i postukał w niego
długopisem, prosząc o uwagę.
-?Mel i ja -?zaczął, nerwowo przestępując z nogi na nogę -?chcielibyśmy
podziękować wam wszystkim za przybycie i wspólne świętowanie w ten
duszny lipcowy wieczór.
Mel zachichotała, a Bea zignorowała kuksaniec Paula.
-?Wybraliśmy już datę naszego wielkiego dnia -?kontynuował Grant -?i żeby nie było żadnych wymówek, od razu wam ją podamy. -?Mrugnął do Mel.
-?Zarezerwujcie sobie Dzień Wyzwolenia!
-?Co on powiedział? -?syknęła Shani, marszcząc brwi.
Bea ledwo była w stanie wydobyć głos.
-?Chyba... dziewiąty maja.
Serce waliło jej tak mocno, że miała wrażenie, iż wszyscy to słyszą.
-?Wygląda na to, że tak -?szepnęła, przełykając gulę w gardle.
-?Ale to rocznica śmierci twojej ciotki Annabel -?zauważyła Shani,
krzyżując ręce. -?A to zołza.
Bea wzięła głęboki oddech i powoli wypuściła powietrze. Po drugiej
stronie sali dostrzegła triumfalny wyraz twarzy Joyce, ocierającej łzy
perfekcyjnie wyprasowaną koronkową chusteczką.
Nie pozwoli jej zobaczyć, jak bardzo ją to zabolało.
-?Joyce to jędza -?stwierdził Paul, trochę za głośno. -?Założę się, że
zrobiła to specjalnie.
Bea poczuła tylko, jak Shani obejmuje ją ramieniem, nie słysząc już, co
jeszcze -?jeśli w ogóle coś -?mówił Grant. Wystarczyło, że będzie
musiała zmierzyć się z tym okropnym dniem, a do tego jeszcze udawać
radość na ślubie swojej przyrodniej siostry.
-?Dobra, chodźcie, bo zaraz mnie tu szlag trafi od samego stania -
powiedział Paul, przykładając dłoń do ucha. -?Słyszycie to?
Chwycił Shani za rękę, gdy tylko przemowa dobiegła końca, a w sali
rozbrzmiały pierwsze takty You're the One That I Want.
-?No dalej, dziewczyny, pokażmy, co potrafimy!
Bea pozwoliła im pobiec na parkiet i pokręciła głową, gdy machali do
niej, żeby do nich dołączyła. W środku było zdecydowanie za gorąco.
Potrzebowała powietrza.
Z ulgą, że może choć na chwilę zostać sama, podniosła torebkę i ostrożnie przeszła przez salę, starając się nie zataczać. Nie była
pewna, czy to przez obcasy, czy przez nadmiernie wypolerowany parkiet.
Dotknęła chłodnego granitu zamkowej ściany, a potem podeszła do
metalowej balustrady i oparła się o nią, patrząc na zatokę, gdzie jachty
kołysały się łagodnie na spokojnej wodzie.
Westchnęła.
-?Nie zamierzasz chyba skakać? -?odezwał się baryton zza palmy
kanaryjskiej obok niej. -?Trochę drastyczny sposób na ucieczkę, nie
sądzisz?
Ten szorstki ton rozpoznałaby wszędzie.
Przechyliła się niepewnie przez balkon, próbując zajrzeć za drzewo.
-?No proszę, znowu się spotykamy, pani Potter.
Poczuła lekki dotyk na ramieniu.
Odwróciła się gwałtownie, zawstydzona, że patrzyła w złą stronę,
odsunęła liść palmy... i poślizgnęła się, ciężko lądując na podłodze.
-?Auć.
-?Przepraszam -?powiedział, tłumiąc śmiech. -?Nie chciałem cię
wystraszyć. -?Wyciągnął rękę. -?Pomogę ci wstać.
Zamknęła na moment oczy, jakby to miało sprawić, że zniknie, po czym
spojrzała w te błyszczące niebieskie oczy, gdy cierpliwie czekał, aż
poda mu rękę.
-?Dziękuję -?mruknęła, ale jej obcasy ślizgały się zbyt mocno, by sama
mogła się podnieść.
Luke pochylił się.
-?Obejmij mnie za szyję -?nalegał, ledwo kryjąc uśmiech.
Nie widząc innego wyjścia -?poza pozbyciem się tych przeklętych butów -
chwyciła go za rękę. Ich twarze znalazły się zaledwie o milimetry od
siebie. Wciągnęła w płuca intensywny zapach jego cytrusowej wody po
goleniu.
Przyjemny dreszcz przeszył miejsca, o których wolała teraz nie myśleć.
Luke ostrożnie postawił ją na nogi, wyprostował się i uśmiechnął.
-?Mam nadzieję, że nic ci się nie stało.
Z trudem łapała oddech, patrząc na niego. Wyglądał inaczej niż wcześniej
-?włosy miał krótsze, a brodę starannie przystrzyżoną. Bea potarła
pośladki, żeby choć trochę złagodzić ból po upadku. Miał w sobie coś
niebezpiecznie pociągającego, mimo że wyraźnie bawiła go jej drobna
kompromitacja. I wiedziała bez najmniejszych wątpliwości, że ten pewny
siebie przystojniak stojący przed nią to ostatni mężczyzna, w którym
powinna się zakochać.
Trzy. Nieznośny upał
Trzy
Nieznośny upał
Luke musiał się naprawdę powstrzymywać, żeby Bea nie zauważyła, jak
bardzo bawi go jej konsternacja. Jej oczy miały najgłębszy odcień
jadeitu, jaki kiedykolwiek widział. Były piękne, nawet teraz, gdy
mrużyły się z irytacji, a ona najwyraźniej nie wiedziała, co powiedzieć.
-?Mam na imię Beatrice -?powiedziała, robiąc krok do przodu i odgarniając liść palmy.
-?Beatrix Potter1 -?powtórzył przeciągle, najwyraźniej świetnie
się bawiąc jej kosztem.
Zielone oczy zmrużyły się jeszcze bardziej.
-?Nie. Beatrice przez "c" i Porter przez "r". A nazwisko zmienię z powrotem na Philips już w przyszłym tygodniu -?odparła, poprawiając
krótką spódnicę i prostując ramiona, by wydać się wyższą. Bez tych
obcasów, ocenił, miała niewiele ponad metr sześćdziesiąt.
-?To nie jest takie złe nazwisko... Mogło być gorzej -?odparł Luke, czując
lekkie wyrzuty sumienia, że tak się z nią drażni.
-?Łatwo ci mówić. Najgorsze jest to, że każdy myśli, że pierwszy wpadł
na ten żart.
Luke usiłował spoważnieć.
-?To musi być... irytujące, delikatnie mówiąc.
Patrzył w milczeniu, jak przygląda się jego twarzy, zastanawiając się,
czy powinien wyjaśnić, że jego krzywy nos to pamiątka po wyjątkowo
brutalnym starciu na boisku rugby kilka lat wcześniej. Gdyby nie była
tak spięta, trudno byłoby mu się powstrzymać przed pocałowaniem tych
lekko nadąsanych ust.
-?Kiedy Mel dała mi namiary na twoją firmę -?powiedziała, przywracając
go do rzeczywistości -?wspomniała, że jesteś znajomym Granta, chociaż
nigdy wcześniej o tobie nie słyszałam.
Luke wzruszył ramionami.
-?Jesteśmy starymi kumplami ze szkoły. -?Nie dodał, że to właśnie Grant
złamał mu nos. -?Dopiero niedawno się z nim spotkałem i zaprosił mnie
dziś na imprezę.
Wolałby, żeby jej oczy nie były aż tak hipnotyzujące. Budziła w nim coś,
czego nie czuł od dawna... od czasu, gdy uznał, że zaufanie komukolwiek to
kompletna głupota i strata czasu.
-?Właściwie miałem się wymigać -?przyznał. -?To chyba nie do końca moja
bajka.
Zauważył na jej twarzy przebłysk czegoś nieuchwytnego. Zaskoczenia?
Rozczarowania?
Przestań, skarcił się w myślach. Tylko się w niej nie zakochaj.
-?Ale cieszę się, że przyszedłem -?dodał, zanim zdążył się powstrzymać.
Zarumieniła się lekko, co tylko podkreśliło jej urodę. Mógłby się
założyć, że nie ma pojęcia, jak atrakcyjnie wygląda.
-?Biorą ślub w Dzień Wyzwolenia. To chyba nie było łatwe do
zorganizowania, prawda?
-?Pewnie nie -?odpowiedziała Bea po chwili.
Luke zmarszczył brwi. Czy znowu powiedział coś nie tak?
-?To będzie spore wyzwanie organizacyjne -?dodała. -?Chociaż moja
macocha na pewno jest zachwycona. Od dawna marzyła, żeby zorganizować
ślub.
-?Myślałem, że jesteście siostrami? Chociaż... szczerze mówiąc, wyglądacie
zupełnie inaczej. Ty masz bardzo jasną cerę, a Mel wprost przeciwnie.
Miał ochotę przestać mówić, zanim uzna go za kompletnego wariata.
-?Moja mama zmarła, kiedy miałam cztery lata. Joyce była sekretarką
mojego ojca. Pobrali się kilka miesięcy później.
Nie wiedział, co powiedzieć na taką szczerość. Po raz pierwszy dostrzegł
w jej oczach głęboki smutek. Jego problemy były inne, ale rozumiał jedno
-?ona też wiedziała, czym jest ból i zdrada.
-?To musiało być dla ciebie... trudne do zaakceptowania? -?zapytał
ostrożnie.
Bea wzruszyła ramionami.
-?Niewiele pamiętam, szczerze mówiąc. Po wyjeździe w podróż poślubną
wysłali mnie do mojej matki chrzestnej, a niedługo potem Joyce zaszła w ciążę z Mel. Uwielbiałam mieszkać w The Brae i wszystkim to odpowiadało,
więc właściwie tam dorastałam.
-?Twoja ciotka była siostrą twojej mamy?
Chciał wykorzystać jej otwartość. Miał wrażenie, że rzadko mówi o swojej
przeszłości.
Bea skinęła głową.
-?Szczerze mówiąc, to jedyna matka, jaką naprawdę pamiętam.
-?Bardzo za nią tęsknisz?
To było oczywiste pytanie, ale gdy zobaczył, jak jej oczy ciemnieją od
emocji, poczuł nagłą potrzebę, by ją objąć i pocieszyć.
Już miał zmienić temat, kiedy ktoś zawołał ją od drzwi.
-?Bea, tu jesteś!
Luke odwrócił się i zobaczył jasnowłosego mężczyznę mniej więcej jej
wzrostu, który właśnie wszedł do środka.
-?Przepraszam, kochanie, nie wiedziałem, że masz towarzystwo -
powiedział, mierząc Luke'a spojrzeniem, zanim się uśmiechnął.
Bea pomachała do niego.
-?Paul, chodź. Poznaj Luke'a. To znajomy Granta.
Luke czuł na sobie jej wzrok, ściskając dłoń Paula. Gdy ten przez chwilę
tylko patrzył na niego bez słowa, Luke pomyślał, że może chcą
porozmawiać sami.
Odwrócił się do Bei i uśmiechnął.
-?Może jeszcze się zobaczymy. Miło było cię poznać, Paul -?dodał,
ściskając jego rękę jeszcze raz, po czym odszedł.
Kiedy się obejrzał, Bea rozmawiała ze swoim przyjacielem.
Była piękna, bez wątpienia.
Ale skąd brała się w nim potrzeba, żeby się nią opiekować?
Wyglądała przecież na osobę, która świetnie radzi sobie sama.
Westchnął.
Miał wystarczająco dużo własnych problemów -?widmo bankructwa i kłopoty
z Chrisem. Żałował, że w ogóle go poznał, a już na pewno, że zgodził się
założyć z nim firmę.
Ale to nie był wieczór na rozpamiętywanie.
Przywołał na twarz uśmiech i wrócił do sali, żeby pogratulować Grantowi
zbliżającego się ślubu.
* * *
-?No proszę, zupełnie cię nie doceniłem -?zażartował Paul, gdy wrócili
do Shani. -?Trzymać taki atrakcyjny okaz tylko dla siebie!
-?Jest obłędnie przystojny... i jaki wysoki -?westchnęła Shani. -?Jak to
możliwe, że nigdy wcześniej nie natknęłam się na Luke'a Thorntona?
-?Znasz go? -?zapytała Bea, nie potrafiąc ukryć zainteresowania.
-?Nie, ale kilka razy widziałam jego zdjęcie w "Jersey Gazette". Chyba w związku z jakąś sprawą sądową. Jest bardzo ambitny... i podobno ma
powodzenie u kobiet. Zresztą, patrząc na niego, trudno się dziwić. -
Mrugnęła do Bei. -?Dobra robota.
-?Jaka znowu dobra robota? -?Bea zmarszczyła brwi i znów potarła obolałe
miejsce. -?Poślizgnęłam się w tych przeklętych butach i musiał mi pomóc
wstać. To było strasznie żenujące. Gdyby Paul przyszedł chwilę później,
pewnie usłyszałby, jak rozmawiamy o remoncie mojego domu. Mam tylko
nadzieję, że Luke da mi uczciwą wycenę.
-?Może mógłbym mu pomóc? -?zażartował Paul, robiąc minę.
-?Jakoś nie widzę cię przy szlifowaniu ścian ani z pędzlem w ręku. -
Roześmiała się Bea.
-?Skąd wiesz? Mogę się okazać genialny. Może kiedyś wpadnę?
-?Żeby mnie skompromitować? Nie, dzięki. To znajomy Granta i mam
wrażenie, że robi to raczej dla niego niż dla mnie. -?Spojrzała na ich
zawiedzione miny. -?Zresztą i tak pewnie nie on będzie u mnie pracował.
Bardziej prawdopodobne, że przyjdą dwaj inni faceci, którzy byli z nim
wcześniej.
-?Przepraszam bardzo -?wtrąciła Mel, pojawiając się za Shani. -?Grant
mówił, że rozmawiałaś z Lukiem... Jesteś mi teraz wdzięczna za jego numer?
-?To zupełnie nieistotne. -?Bea zmierzyła ją wzrokiem, wreszcie mając
okazję porozmawiać na osobności. -?Dlaczego bierzesz ślub w Dzień
Wyzwolenia? Wiesz przecież, że to będzie dla mnie koszmar.
-?Nie wszystko kręci się wokół ciebie -?odparła Mel, poprawiając swoje
lśniące czarne włosy.
-?To jednak trochę niedelikatne, Mel -?zauważyła Shani.
-?"Trochę" to mało powiedziane -?dodał ostro Paul.
Mel stanęła z rękami na biodrach i spojrzała na każdego po kolei.
-?Cała wyspa ma wtedy wolne, wszędzie są flagi i dekoracje. Nie widzę
powodu, żeby z tego nie skorzystać i nie urządzić sobie ślubu w takiej
atmosferze.
-?A Bea? -?zapytała Shani, kładąc jej rękę na ramieniu.
-?Na litość boską, chyba dobrze zamienić ten smutny dzień w coś
radosnego?
Bea westchnęła. Chciałaby tak myśleć... ale było na to za wcześnie.
-?Może za rok czy dwa. Ale nie w pierwszą rocznicę śmierci Annabel, Mel.
-?Ale z ciebie egoistka. Wszystko musi się kręcić wokół ciebie, prawda?
Mama mówiła, że tak zareagujesz.
Paul zrobił krok do przodu, ale Bea złapała go za ramię.
-?Nie warto -?powiedziała cicho. Nie potrzebowała awantury w środku
przyjęcia. Przez moment miała wrażenie, że Mel zaraz go uderzy. -?To nie
jest odpowiedni moment na tę rozmowę.
-?I bardzo dobrze -?syknęła Mel. -?Musicie mi wybaczyć, ale wracam do
milszych gości, takich, którzy cieszą się razem ze mną. -?Pochyliła się
do Bei. -?A jak już przestaniesz się obrażać o datę ślubu, przypomnij
mi, żebym porozmawiała z tobą o zakazie zbliżania się dla Simona. Nie
można pozwolić, żeby dalej przychodził do twojego domu i cię tak
traktował.
Bea wzięła głęboki oddech. Nie potrafiła zdecydować, czy Mel naprawdę
jest tak bezduszna, czy to tylko wpływ jej matki.
-?Ona naprawdę tego nie rozumie, prawda? -?odezwał się Paul, gdy tylko
Mel odeszła.
-?Jest dziwna. Najpierw robi ci wyrzuty o datę ślubu, a za chwilę chce
ci pomóc z Simonem. Ja już nic z tego nie rozumiem -?powiedziała Shani.
-?Ale za to uwielbia swoją pracę jako asystentka prawnika, co?
Odwróciła się do Bei.
-?No dobrze... co tym razem odwalił Simon?
Bea pokręciła głową.
-?Nie. Nie rozmawiamy o nim. I nie wtrącajcie się w moje kłótnie z Mel.
Zawsze tak między nami było, więc przed ślubem będzie pewnie jeszcze
gorzej. Takie rzeczy zazwyczaj powodują napięcia w rodzinach.
-?Zwłaszcza w twojej -?mruknął Paul, wciąż czerwony ze złości. -?Gdyby
jej matka nie próbowała tak desperacko wybielić Mel w oczach twojego
ojca, nie byłoby między wami problemów. Dogadujecie się świetnie, dopóki
Joyce nie zaczyna manipulować.
Bea musiała przyznać mu rację. Czasem zastanawiała się, czy to przez
nagłą śmierć jej mamy w wypadku samochodowym stała się dla nich
wszystkich kimś niemal legendarnym. Pamiętała, jak kiedyś pytała o to
ciotkę Annabel, a ta zawsze powtarzała, że jej ojciec nigdy nie przestał
kochać jej matki -?i że szybki ślub z sekretarką wcale nie oznaczał, że
o niej zapomniał.
Może miała rację.
-?Wracając do ciekawszych tematów -?powiedział Paul, wskazując na Luke'a rozmawiającego z grupą kobiet, które niemal pożerały go wzrokiem.
Bea spojrzała w jego stronę.
Luke jakby wyczuł, że ktoś na niego patrzy, i odwrócił głowę prosto w jej kierunku.
Paul westchnął.
A ona -?zanim zdążyła odwrócić wzrok -?zobaczyła, jak Luke wraca do
rozmowy.
-?On naprawdę jest niesamowity -?jęknęła Shani. -?Taki... silny. To ważne,
dla dziewczyny tak wysokiej.
-?Szkoda, że nie jest tobą zainteresowany, co? -?zakpił Paul, chwytając
się za ramię tam, gdzie go pacnęła. -?Auć.
-?Paul ma rację -?dodała Shani. -?Masz szczęście.
-?Dajcie spokój -?syknęła Bea. -?Nie jesteśmy już nastolatkami. On po
prostu jest uprzejmy. Jestem jego potencjalną klientką, nic więcej.
Zresztą i tak nie będę mogła sobie pozwolić na większość prac. A tak w ogóle... -?zawahała się -?idę na randkę z Tomem. Pewnie w przyszłą sobotę.
Chociaż ma teraz sporo na głowie, więc może trochę później.
Zapadła cisza.
Bea czekała, aż któreś z nich wreszcie się odezwie.
-?Tom? Tom Brakespear? -?Paul podszedł do kanapy i opadł na nią ciężko,
klepiąc miejsce obok siebie. -?Siadaj i opowiadaj. Chcę wiedzieć
wszystko. Czy to ten piękny chłopak z Jersey, którego rzuciłaś dla
Simona? Ten z uczelni?
-?Ten sam. -?Bea skinęła głową, z ulgą zauważając, że temat Luke'a zszedł na dalszy plan. Przypomniała sobie, jak bardzo jej ojca rozbawił
fakt, że chłopak, z którym spotykała się na studiach, też pochodził z Jersey.
-?A gdzie on się podziewał przez te wszystkie lata? -?zapytała Shani,
siadając obok nich.
-?Głównie w Londynie, o ile wiem. Kilka lat temu wrócił na Jersey z żoną
i dwójką dzieci, ale się rozwodzą. Co zabawne, zarządza spółkami
powierniczymi, tak jak ja... i jest teraz moim nowym przełożonym.
Bea z satysfakcją patrzyła na ich zaskoczone miny.
-?To ten nowy szef, o którym mówiłaś ostatnio?
Bea skinęła głową.
-?Nie mogłam w to uwierzyć, kiedy przedstawiono go nam w poniedziałek.
-?Czy to nie będzie trochę... niezręczne? -?zapytał Paul w zamyśleniu. -?W końcu nie rozstaliście się w najmilszych okolicznościach.
-?Zachowuje się zupełnie normalnie. -?Bea wzruszyła ramionami. Spotkanie
z Tomem okazało się o wiele łatwiejsze, niż się spodziewała.
-?Jesteś pewna, że to dobry pomysł, żeby się z nim umawiać? -?Shani
podniosła drinka, przez chwilę wpatrywała się w niego, po czym odstawiła
go, nie upiwszy łyka.
-?To on mnie zaprosił i nie miałam powodu odmówić. Myślałam, że go
lubicie. Poza tym spójrzmy prawdzie w oczy: oboje naciskaliście, żebym w końcu zaczęła się z kimś spotykać. Powinniście być zadowoleni.
-?No... jesteśmy -?powiedziała Shani mało przekonująco. -?Ale skoro masz
szansę spotykać się z kimś nowym i ekscytującym, jak Luke, to po co
zawracać sobie głowę Tomem?
-?Tom mnie zaprosił, a Luke nie. I może nie przyszło wam to do głowy,
ale wątpię, żeby był mną zainteresowany w ten sposób.
-?Dlaczego nie? -?zapytali jednocześnie.
-?Mel twierdzi, że ma teraz wystarczająco dużo problemów na głowie. -
Bea upewniła się, że Luke nie stoi w pobliżu, i pochyliła się, ściszając
głos. -?A poza tym... wystarczy na niego spojrzeć. Widać, że jest
rozchwytywany i zajęty swoim biznesem.
-?Ja bym się na niego rzuciła, gdyby przyszedł do mojego domu -
oznajmiła Shani.
Bea roześmiała się.
-?Ty pewnie tak. Ja raczej nie widzę siebie w takiej roli. Zresztą... z Tomem to nie jest żadna prawdziwa randka -?zmieniła temat. -?Po prostu
idziemy coś zjeść i nadrobić zaległości.
-?Dobrze ci to zrobi. Oderwiesz się trochę od Simona i tego domu. Jesteś
zdecydowanie za młoda, żeby mieć na głowie tyle problemów -?mruknął
Paul, popijając drinka i rzucając tęskne spojrzenia w stronę Luke'a.
-?Ciocia Annabel była przekonana, że jeszcze długo pożyje -?powiedziała
cicho Bea. -?Miała tylko siedemdziesiąt lat.
-?No cóż... w każdym razie cieszę się, że spotkasz się z Tomem. Nadal jest
taki przystojny? -?zapytała Shani, szturchając ją lekko.
-?Niewiele się zmienił. Właściwie wydaje mi się jeszcze bardziej
atrakcyjny. Już nie chłopak z boysbandu... bardziej gwiazda rocka. -?Bea
zaśmiała się, wyobrażając go sobie w skórzanej kurtce i dżinsach, z rozwichrzonymi włosami.
-?Rockman w szarym garniturze -?zakpiła Shani. -?Był zbyt idealny, żeby
grać w jakimkolwiek zespole. No, chyba że jazzowym z lat
sześćdziesiątych. Ale przynajmniej go znasz. A ty pewnie na początek
będziesz wolała kogoś, przy kim czujesz się swobodnie.
1. Beatrix Potter -?angielska autorka klasycznych książek dla dzieci (m.in. Piotruś Królik). [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki