1.
Odgłos wyłączającego się ekspresu do kawy sprawił, że Edmund odwrócił głowę od okna i tym samym przerwał wędrówkę ścieżkami własnych myśli. Zapach parującej arabiki, jedynej, jakiej był wierny od lat, bez cukru i mleka, jak co rano zdążył się zadomowić w każdym kącie pomieszczenia. Na pewno dotrzyma mu towarzystwa przez większą część dnia, a być może nawet wyczują go klienci, którzy postanowią zajrzeć do jego małego królestwa w przeciągu kilku najbliższych godzin. Nie było ich ostatnimi czasy wielu, ale jakoś specjalnie się tym nie przejmował. Niektórzy przychodzili regularnie, zawsze wychodząc z jakimś niepowtarzalnym, skrzętnie wyszukanym starociem w dłoniach i z uśmiechem satysfakcji na ustach, inni zaglądali ostrożnie, jednak z pewną dozą ciekawości, czasem szukali jakiegoś upominku albo chcieli wiedzieć, czy uda im się znaleźć coś, co mogłoby przypomnieć im o czasach młodości.
Traktował prowadzenie antykwariatu bardziej jako hobby aniżeli solidne źródło utrzymania, nie rwał więc włosów z głowy, jeśli bywały miesiące, w których po opłaceniu czynszu za wynajem i podatków nie zostawało mu zbyt wiele. Był przecież na emeryturze. Nie miał rodziny na utrzymaniu, wnuków, byłych żon, alimentów, niczego, co mogłoby mu regularnie zaciskać na szyi pętlę. Nie miał też już zbyt wielu marzeń, o czym przekonywał się coraz częściej, kiwając markotnie głową do swojego odbicia, ilekroć udało mu się je przypadkiem złapać, a to w szybie, a to w jednym ze starodawnych luster, które ostatnio sprowadził do sklepu. Odwracał jednak szybko wzrok. Był czas na marzenia, on jednak minął bezpowrotnie. Teraz Edmund chciał jedynie w spokoju doczekać końca swoich dni. I by jego ulubiona kawa smakowała mu tak samo po sam kres ziemskiego żywota.
Odłożył kubek na parapet, przeciągnął się wciąż lekko ospale i już miał odejść od swojego miejsca przy oknie, gdy kątem oka zauważył uciekających sprzed budynku dwóch chłystków. Mogli mieć może po kilkanaście lat.
- Tchórze z was! - Usłyszał dziewczęcy głos i wychylił się przez okno, by zobaczyć, do kogo należał. - Ale może to was przynajmniej czegoś nauczy! Nie wolno niszczyć cudzego mienia! W swoich pokojach sobie tak sprayem popiszcie, a najlepiej to na czole! - krzyczała dalej dziewczyna, z wyglądu najpewniej ich równolatka, lecz chłopcy nie mieli już możliwości jej słyszeć, gdyż zniknęli za zakrętem.
- Co tu się dzieje? - zapytał zdumiony Edmund, a jego twarz przybrała groźny wyraz.
Ledwo co minęła siódma, a jakaś banda dzieciaków - jak się mógł domyślić, chodząca do pobliskiej szkoły - postanowiła właśnie skutecznie uprzykrzyć mu poranek.
- Popisali panu sprayem po drzwiach - odpowiedziała dziewczyna. - Nie dokończyli jednak, bo wystraszyli się Menela. I uciekli, aż się za nimi kurzyło, widział pan. Tacy z nich bohaterowie. Znam ich, bo są z równoległej klasy.
Edmund był już konkretnie rozdrażniony. Zamknął okno, podszedł do drzwi wejściowych i pomimo siarczystego mrozu, nie wkładając nawet płaszcza, wyszedł na zewnątrz. O czym opowiada ta dziewucha? Jakim sprayem, jaki znowu menel? Jeszcze mu tu pijaków potrzeba! A przecież to taka spokojna okolica, pomimo tego, że prawie w centrum miasta. Blisko szkoły, biur, sklepów, idealne miejsce na jego antykwariat. Od lat wynajmował mieszkanie na parterze jednego z osiedlowych bloków, by prowadzić w nim swój mały interes, i przecież do tej pory nie miał podobnych problemów. Było to dla niego niezwykle praktyczne i wygodne rozwiązanie, gdyż do sklepu można było wejść bezpośrednio z ulicy, a on sam mieszkał zaledwie dwa kroki dalej. A teraz? Nie wyobrażał sobie, by nagle musiał się stąd wynieść i szukać innego miejsca, bo jacyś niewychowani gówniarze będą sobie robić z niego pośmiewisko.
Spojrzał na dziewczynę, która patrzyła na niego dość niepokornym i tryumfującym wzrokiem, aż rzucił okiem na napis, który widniał na drzwiach wejściowych. "Tu siedzi stary pry" - przeczytał na głos, czując, jak gotuje się w nim krew. Ostatnia litera była zamazana, a po niej widoczne były plamy po rozlanym sprayu.
- Chyba chodziło im o pryka - powiedziała dziewczyna.
- Nie wpadłbym na to, gdybyś mi nie podpowiedziała - odparł z nutą złośliwości. Ten dzień ledwo się zaczął, a już podobał mu się coraz mniej, jak również to, że teraz, zamiast siedzieć w ciepłym pomieszczeniu, musi tu stać i zastanawiać się nad tym, jak i czym miałby usunąć te bohomazy.
- Niech się pan nie martwi, panie Mundku. To się szybko usunie, spokojna głowa. Sprawdzę w internecie, jak to zrobić.
Edmund westchnął przeciągle i przytaknął. Nie pozostało mu nic innego jak tylko zgodzić się na propozycję dziewczyny, on sam niewiele się na takich sprawach znał.
- A skąd ty wiesz, jak ja mam na imię? - zapytał, rozmyślając nad zdrobnieniem, którego użyła nastolatka. Od lat nikt się tak do niego nie zwracał. W zasadzie, kiedyś w przeszłości, istniała tylko jedna osoba, która mówiła do niego właśnie w ten sposób, ale było to tak dawno temu, że zdążył już od tego odwyknąć i wyrzucić to wspomnienie z głowy. Dźwięk zdrobnienia dotarł do jego mózgu i serca z zupełnie niespodziewanym natężeniem, poruszył struny, które od lat pozostawały uśpione i Edmund poczuł się z tym faktem jeszcze bardziej niekomfortowo. Dlaczego ten dzień, na samym początku nowego roku, nie mógłby być tak samo przewidywalny jak pozostałe dni jego mizernej egzystencji?
- Bo tutaj przecież wszyscy pana znają - odpowiedziała śmiało dziewczyna, kończąc tym samym jego mentalną podróż do przeszłości i sprowadzając go z powrotem w mroźny, styczniowy poranek. - A ja jestem Laura - dodała, wyciągając przed siebie dłoń włożoną we włochatą rękawiczkę na jeden palec.
Edmund uścisnął ją niepewnie, nie wiedzieć czemu czując lekkie skrępowanie. Niewiele miał do czynienia z dziećmi, a z nastolatkami to już w ogóle. Stanowiły dla niego czarną magię, zagadkę, której wcale nie miał ochoty rozwiązywać. Wolał przeważnie ich unikać i schodzić im z drogi. Zwłaszcza że ni w ząb nie potrafił się zorientować w ich współczesnych modach, zachowaniu oraz całej tej technologii internetowej. Może jeszcze do niedawna żałował tego, że nigdy nie założył rodziny, nie miał dzieci oraz wnuków, a przecież w wieku prawie siedemdziesięciu lat mógłby się już jakichś dorobić. Teraz jednak doceniał swoje niespieszne, przewidywalne życie introwertycznego emeryta, o ile oczywiście - tak jak było właśnie tego dnia - ktoś nie postanowił mu go zakłócić.
- A to jest właśnie Menel - dodała Laura, wskazując na leżącą bez ruchu przy jej boku górę czarnego futra.
- Pies - stwierdził fakt Edmund, uśmiechając się do siebie w duchu.
Jak to możliwe, że do tej pory go nie zauważył? A więc to nie żaden pijak wystraszył tych dwóch smarkaczy, tylko wielki włochaty stwór, który najwidoczniej wyłonił się im zza rogu, ukazując rzędy białych kłów na tle czarnego jak noc pyska.
- Ale nie mój - dodała dziewczyna. - Takiej pani, która mieszka, o tam - Edmund podążył wzrokiem za jej dłonią - w jednym z tych szeregowców. Wyprowadzam go regularnie i dostaję za to pieniądze. Bo wie pan, ja zbieram na pianino.
- Pianino? - zapytał zdumiony, myśląc jednocześnie o swoim dawnym instrumencie, tym samym, który przez lata zbierał jedynie kurz w jego małym mieszkaniu, a teraz od wielu miesięcy czekał w antykwariacie, aż ktoś się nim wreszcie zainteresuje. Nie cieszył się jednak powodzeniem. Ludzie chcieli teraz kupować elektroniczne sprzęty z wieloma funkcjami, gwarancją, z renomowanych sklepów muzycznych. Nikt nie zwracał uwagi na stare pianino z duszą, pomimo tego, że po odkurzeniu i nastrojeniu niektórych strun wciąż mogłoby wydać z siebie wiele pięknych dźwięków. - A umiesz grać? - zapytał.
- Tylko teoretycznie. Dlatego zbieram również na lekcje.
Edmund powtrzymał się przed wybuchnięciem śmiechem.
- To można umieć grać na czymś teoretycznie?
- Można - odpowiedziała, a zobaczył w jej oczach pewność i determinację. - Uciekam, panie Mundku, bo jeszcze trochę, a spóźnię się do szkoły. A muszę przecież najpierw odprowadzić Menela. Zajrzę do pana niebawem, tylko sprawdzę w internecie, czym najlepiej usunąć spray z drzwi.
Laura odwróciła się na pięcie i pobiegła w stronę wspomnianych przez nią wcześniej szeregowców.
Stał jeszcze chwilę zadumany i wpatrywał się w coraz intensywniejszy ruch na ulicach. Było prawie przed ósmą i miasto zdawało się już całkowicie rozbudzone. Z ulic i skwerów wciąż nie zdążyły zniknąć świąteczne dekoracje, a on w drodze do pracy, choć miał do pokonania zaledwie kilka kroków, nadal znajdował butelki, wypalone petardy, serpentyny - dowody na dopiero minionego sylwestra oraz na to, że ludzie potrafią śmiecić, zanieczyszczać i nie dbać o wspólne dobra, o czym przekonał się dzisiaj na własnej skórze.
Po kilku minutach wszedł do antykwariatu i zaparzył sobie ciepłą herbatę z miodem i cytryną. Sklepik był jego drugim domem, miejscem, w którym czuł się najlepiej, tak więc zawsze dbał o to, by ulubione przez niego produkty znajdowały się w zasięgu ręki. Zawahał się chwilę, zanim podszedł do pianina i otworzył jego klapę. Sprzęt bez wątpienia był stary i być może wymagający renowacji, ale wciąż nie mógł uwierzyć, że do tej pory jeszcze nikt się nim nie zainteresował. Ile to już lat nie grał? Dziesięć? Może piętnaście? Edmund przesunął palcami po klawiaturze. Czy pamięta cokolwiek, co umiałby zagrać bez nut? Teraz wszystko można ściągnąć z tego całego internetu, a on przecież miał kilka grubych zeszytów z nutami, które od lat kurzyły się gdzieś w czeluściach piwnicy, o ile jeszcze do tej pory nie zjadły ich myszy.
Po chwili palce same poprowadziły go po utworze Schumana pt. "Marzenie" i już po kilku sekundach Edmund nie mógł wyjść z wrażenia, że tak doskonale wszystko pamięta. Może nie jest z niego jeszcze taki stary pryk? Zatopił się w wychodzącej spod jego dłoni melodii, gdy nagle usłyszał dzwonek do drzwi.
- Czy dostanę u pana może takie książki? - pytała jego stała klientka, pani Stenia, kobieta zapewne o kilka lat młodsza od niego. Prawie jej nie poznał, była tak szczelnie opatulona czerwonym, moherowym szalem. - Wszędzie już szukałam, ale to takie rzadkie wydania i pewnie już wypadły z obiegu.
- Coś powinno być - odparł, zerkając na trzymaną przez nią listę. - Niedawno nabyłem kilka staroci.
Ruszył w kierunku regałów, na których prym wiodły często zapomniane i niedostępne w księgarniach książki i po kolei zaczął wyszukiwać pozycje z listy kobiety. Dałby sobie głowę uciąć, że pomysł kupna książek był jedynie pretekstem, a tak naprawdę od lat robiąca do niego maślane oczy Stenia po prostu chciała go odwiedzić i zamienić z nim kilka słów. Było mu jej trochę szkoda, niestety nie był nią zainteresowany. Nią ani nikim innym. W głowie wciąż nucił melodię do zagranego właśnie utworu.
Jakże niezwykłe jest to, że często ze zdarzeń, które początkowo wzbudzają naszą irytację, może w rezultacie wyjść coś dobrego - myślał. Przecież gdyby tych dwóch młodocianych hultajów nie pomazało mu drzwi sprayem, nie nawiązałby rozmowy z tą młodą dziewczyną, ona nie wspomniałaby mu o pianinie, a on na pewno nie przypomniałby sobie dzisiaj o tym, że kiedyś całkiem nieźle na nim grał. Edmund musiał przyznać, że ciąg zdarzeń z tamtego poranka uruchomił w nim jakąś tęsknotę. Może jego czas na marzenia nie przepadł jeszcze bezpowrotnie? Czy on jeszcze mógłby w ogóle w życiu jakieś mieć? Oprócz tego, oczywiście, żeby ten durnowaty napis znikł z drzwi do jego antykwariatu?
- I jak? - zapytała Stenia, zaglądając w stronę regałów. Stała w sklepie już dłuższą chwilę i widocznie zrobiło jej się ciepło, gdyż uwolniła swoją szyję i twarz z grubego szala, a oczom Edmunda ukazał się jej dość głęboki dekolt.
- Wszystko mam! - krzyknął z dumą.
- Cieszę się. Wiedziałam, że na pana to można liczyć. Z pana to jednak prawdziwy ekspert w dziedzinie staroci, a do tego dżentelmen. Przy najbliższej okazji znów do pana zajrzę, panie Edmundzie. A ten napis na drzwiach to jakimś detergentem trzeba potraktować. Niech się pan nie przejmuje, ta dzisiejsza młodzież to w ogóle wychowania nie ma. Takie czasy, a ja postaram się coś wymyślić.
Edmund nucił półgłosem melodię zagranego utworu na długo po tym, gdy kobieta opuściła antykwariat.