Zaciekłe bliźnięta. Trylogia Dzikiego ognia. Tom 2 - Jen Williams

Kup ebooka

52.00 zł
43.38 zł (43,48 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

Co począć z taką ilo­ścią mięsa i tymi wszyst­kimi kośćmi? Było to pyta­nie, któ­rego, rzecz jasna, nikt nie wziął pod uwagę.

W końcu ludzie to nie zwy­kłe worki z krwią. Kiedy więc Tru­pie Wojny dobie­gły końca, pola bitew usłane były cia­łami -?sto­sami tru­pów, które pię­trzyły się tak wysoko, że tamo­wały rzeki, powo­du­jąc powo­dzie. Niebo zro­biło się czarne od wron, kru­ków i innych padli­no­żer­nych pta­ków. Ach, cóż to był za widok! Spo­rzą­dzi­łem wiele rysun­ków i nama­lo­wa­łem liczne obrazy.

Oczy­wi­ście, kiedy wzię­li­śmy, co chcie­li­śmy, zosta­wi­li­śmy ich tam -?los tych bez­kr­wi­stych ciał nie był pro­ble­mem Ebory, zaś miesz­kańcy rów­nin - co zresztą zro­zu­miałe -?nie kwa­pili się, żeby je zabrać, tak więc trupy ludzi zostały tam, gdzie były, i gni­jąc, użyź­niały zie­mię. Żero­wały na nich zwie­rzęta, a kości bie­liły się na polach bitew niczym ziarna ryżu roz­sy­pane po pod­ło­dze. Cza­sami, kiedy w moich poko­jach panuje cisza, nad­sta­wiam uszu i wydaje mi się, że sły­szę woła­jące mnie duchy, setki, tysiące gło­sów. Pra­gnę wstać i je naszki­co­wać, jed­nak sie­dzę z kawał­kiem węgla w dłoni i nic nie robię. Nie spo­sób wyobra­zić sobie, jak jest ich wiele, tak jak nie spo­sób oddać tego na płót­nie.

Nie wal­czy­łem w Tru­pich Woj­nach, jed­nak widzia­łem ich grozę. Arnia wydyma wargi i mil­czy, ale to oczy­wi­ste, co o tym sądzi. Sądzę, że to ważne, że ktoś jest tutaj, by być świad­kiem tych wyda­rzeń, a przy­naj­mniej kie­dyś tak uwa­ża­łem. Może gdy­bym nie widział rzezi i nie nosił w gło­wie tych potwor­nych obra­zów, pod­jął­bym inne decy­zje i nie byłoby nas teraz tu, gdzie jeste­śmy, z brze­mie­niem, które tak bar­dzo nam ciąży.

Cza­sami na­dal sły­szę te duchy. Wzy­wają do śmierci, tam, gdzie moje miej­sce.

Te słowa Mica­nala Oświe­co­nego pocho­dzą z jego naj­bar­dziej oso­bi­stego dzien­nika. Mica­nal był posęp­nym czło­wie­kiem, jed­nak nie można zaprze­czyć, że w jego zapi­skach jest praw­dziwa poezja, co nie powinno dzi­wić, zwa­żyw­szy na to, że był naj­słyn­niej­szym arty­stą Ebory: geniu­szem pośród mistrzów. I nie­za­leż­nie od tego, co sądzę na temat jego skłon­no­ści do dra­ma­ty­zo­wa­nia, nie­które ze wska­zó­wek -?doty­czące realiów Tru­pich Wojen i spu­sto­sze­nia, jakie szkar­łat­nica poczy­niła wśród Ebo­ran -?są bez wąt­pie­nia cudow­nym darem dla moich wła­snych badań.

Frag­ment dzien­ni­ków Lady Vin­cenzy "Vin­tage" de Gra­zon

-?Co ja zro­bi­łam?

Hestil­lion przy­lgnęła do srebr­nego strąka, tuląc go do piersi, jak gdyby na całym świe­cie nie ist­niało nic bar­dziej rze­czy­wi­stego. Czuła ucisk w żołądku.

-?Co się stało, Hestil­lion Eskt, uro­dzona w roku zie­lo­nego ptaka?

Hestil­lion pod­nio­sła wzrok. Klę­czała na pod­ło­dze pokoju nie­po­dob­nego do niczego, co kie­dy­kol­wiek widziała. Mięk­kie, szare ściany tu i ówdzie upstrzone były dziw­nymi włók­ni­stymi naro­ślami, z któ­rych koń­ców zwi­sały drobne świa­tełka. Sufit nad jej głową two­rzyła pozo­sta­jąca w cią­głym ruchu czarna ciecz, taka sama jak ta, która się­gnęła po nie z tru­piego księ­życa. Wciąż czuła na skó­rze dziwne mro­wie­nie, nie­przy­zwo­icie gorące, jakby dłoń, która ją dotknęła, była tra­wiona gorączką. Nagle przy­po­mniała sobie, gdzie się znaj­duje.

-?Jestem we wnę­trzu tru­piego księ­życa.

Kró­lowa sta­nęła w zasięgu jej wzroku. Poru­szała się ospale na nogach z rucho­mej czar­nej cie­czy. Jej twarz, biała maska zatknięta na ramiona, zda­wała się bar­dziej rze­czy­wi­sta, gdy spoj­rzała na Hestil­lion; rysy twa­rzy miała ostrzej­sze, bar­dziej wyra­zi­ste. Uśmiech­nęła się albo raczej roz­cią­gnęła usta w czymś, co przy­po­mi­nało uśmiech.

-?Trupi księ­życ? Tak je nazy­wa­cie?

Hestil­lion nabrała tchu.

-?Nie, nie­zu­peł­nie. To ludzie je tak nazwali. W końcu ni­gdy nie widzieli ich żywych. Przy­naj­mniej tych, które na­dal tu są.

Kró­lowa prze­chy­liła głowę.

-?Podoba nam się. Trupi księ­życ.

Roz­le­gło się brzę­cze­nie i pokój zadrżał leciutko. Hestil­lion poczuła drobne wibra­cje, które roz­bie­gły się od pode­szew jej pan­to­fel­ków aż do kości. Widząc zasko­cze­nie na jej twa­rzy, kró­lowa dziw­nym, pocią­głym ruchem pode­szła jesz­cze bli­żej i pochy­liw­szy się, szczu­płym pal­cem dotknęła pod­łogi. Szara, miękka tkanka natych­miast stała się pół­prze­zro­czy­sta i roz­lała się na boki niczym plama tłusz­czu na cien­kim papie­rze, aż ku swo­jemu prze­ra­że­niu, Hestil­lion ujrzała widoczny w dole odda­la­jący się szybko kra­jo­braz. Z jej gar­dła dobył się stłu­miony krzyk, a ona sama zato­czyła się w tył i omal nie upa­dła.

-?Widzisz, moja droga, lecimy w górę -?rze­kła kró­lowa. -?Jeste­śmy zmę­czeni, roz­bici i sta­rzy, ale na­dal to potra­fimy.

Hestil­lion z tru­dem prze­łknęła ślinę. Były teraz tak wysoko, że z ledwo to mogła pojąć. Jej uko­chana Ebora została tam, w dole. Na­dal roz­po­zna­wała jej mar­mury i sze­ro­kie ulice, lecz gdy na nią patrzyła, jakiś biały kształt prze­mknął jej przed oczami. Chmura. Znaj­do­wały się nad chmu­rami. Pew­nie to wła­śnie czuli ci, któ­rzy dosia­dali bitew­nych bestii, pomy­ślała i jesz­cze moc­niej przy­ci­snęła do piersi strąk. Był zimny w dotyku.

-?Czu­jesz się z tym to nie­swojo.

Było to stwier­dze­nie, nie pyta­nie, i gdy Hestil­lion spoj­rzała znów na kró­lową, zoba­czyła, że ta przy­gląda się jej z auten­tyczną cie­ka­wo­ścią. Jed­nak bar­dziej nie­po­ko­jące było to, że sufit nad jej głową poru­szał się i z czar­nej cie­czy zaczęły wyra­stać dłu­gie, lśniące wyrostki. Było ich sie­dem i wyglą­dały jak dłu­gie palce o licz­nych sta­wach. Gdy tak patrzyła, na końcu każ­dego z nich poja­wiły się blade gałki oczne, które obra­cały się przy wtó­rze cichych mla­śnięć, żeby pozbyć się resz­tek czar­nego śluzu.

Hestil­lion wypro­sto­wała się dum­nie. Celowo sta­rała się nie patrzeć na widoczne w sufi­cie oczy.

-?Co to ma być? Po co mnie tu spro­wa­dzi­łaś? -?spy­tała i zanim zdą­żyła ugryźć się w język, dodała: -?Czym jesteś?

-?Inte­re­su­jesz nas, Hestil­lion Eskt, uro­dzona w roku zie­lo­nego ptaka. I pomo­głaś nam. Dla­tego my pomo­żemy tobie. -?Prze­zro­czy­sta plama powięk­szyła się nagle i umknęła spod stóp Hestil­lion. Czuła się teraz, jakby stała w powie­trzu nad zie­jącą w dole ogromną prze­pa­ścią. Żołą­dek pod­szedł jej do gar­dła, jed­nak Hestil­lion ostat­kiem sił zmu­siła się, żeby spoj­rzeć kró­lo­wej pro­sto w oczy.

-?Prze­stań. To mi nie... pomaga.

Kró­lowa wzru­szyła ramio­nami i pod­łoga na powrót stała się pod­łogą. Oczy w sufi­cie cof­nęły się i znik­nęły pośród płyn­nej czerni.

Gdy odzy­skała głos na tyle, że była pewna, że jej nie zawie­dzie, Hestil­lion rze­kła cicho:

-?Nie jesteś mi nic winna, Kró­lowo Jure'lia.

-?Kró­lowa... robali. Cóż za cie­kawe słowa posia­da­cie. Należy się nimi roz­ko­szo­wać. Ale skoro już o tym mowa, zawdzię­czamy ci bar­dzo wiele. Mówi­łaś do nas, odszu­ka­łaś nas i obu­dzi­łaś nas z zim­nego snu śmierci pośród korzeni. Gdy­byś tego nie zro­biła, spa­li­by­śmy po wsze czasy uwię­zieni, i może nawet nie obu­dzi­li­by­śmy się, kiedy wasz cuch­nący bóg-drzewo wró­cił do życia. Bar­dzo nas cie­ka­wisz, dla­tego nie mogli­śmy cię zosta­wić. Tak orze­kli­śmy.

Hestil­lion zamru­gała. Kró­lowa Jure'lia pierw­szy raz oka­zała emo­cje inne niż roz­ba­wie­nie czy cie­ka­wość. Łatwiej i lepiej było sku­pić się na tym, niż na poczu­ciu winy, które obu­dziły jej słowa. Ostroż­nie poło­żyła strąk na pod­ło­dze, tak że opie­rał się o jej nogi. Nie mogła ani na chwilę stra­cić z nim kon­taktu, a czuła, że zaczy­nają jej drżeć ramiona. Strąki, z któ­rych przy­cho­dziły na świat wojenne bestie, nie były lek­kie.

-?To zna­czy, że nie jestem więź­niem? -?Hestil­lion zadarła brodę, świa­doma, że nawet gdy stoi pro­sto, kró­lowa Jure'lia jest od niej wyż­sza o dobre trzy stopy. -?Mogę odejść?

-?Odejść? Ależ natu­ral­nie, że możesz.

Kró­lowa kolejny raz ski­nęła ręką i tym razem, ku prze­ra­że­niu Hestil­lion, pod­łoga zro­biła się nie tylko prze­zro­czy­sta, ale i miękka. Jej stopa zapa­dła się w nią, a zaraz potem druga i dziew­czyna poczuła, że się osuwa.

-?Prze­stań! Prze­stań, nie o to mi cho­dziło!

Pod­łoga wró­ciła do swo­jej poprzed­niej postaci, a kró­lowa uśmiech­nęła się chłodno. Zaraz potem wycią­gnęła swe dłu­gie ramiona w stronę sufitu, skąd wybie­gły jej na spo­tka­nie włók­ni­ste, czarne macki, unio­sła się znad pod­łogi, zanu­rzyła się w czerni jak w kąpieli i chwilę póź­niej już jej nie było. Za późno Hestil­lion uświa­do­miła sobie, że w pomiesz­cze­niu nie ma żad­nych drzwi i nie ma jak się z niego wydo­stać.

-?Niby dokąd mia­ła­bym pójść, gdy­bym stąd ode­szła? -?zwró­ciła się do strąka. Uklę­kła, oto­czyła go ramio­nami i zamknęła oczy. -?Mia­ła­bym wró­cić do tych, któ­rych pomo­głam znisz­czyć? Już lepiej, żebym wypa­dła przez tę pod­łogę.

Coś wbi­jało jej się w pierś. Się­gnęła ręką za sta­nik sukni i wycią­gnęła pro­sto­kątną kartę mniej wię­cej tak długą, jak jej dłoń. Zło­żono ją tyle razy, że cała była pogięta, jed­nak Hestil­lion aż za dobrze pamię­tała przed­sta­wiony na niej obra­zek: zie­lone kształty jak powy­krę­cane palce na ciem­nym tle. Korze­nie. Alda­sair poda­ro­wał jej tę kartę lata temu, zaś ona ją zacho­wała, choć nie potra­fiła powie­dzieć dla­czego. A gdy szy­ko­wali się, żeby wylać na korze­nie Ygse­rila gęsty, zło­ci­sty płyn, wsu­nęła ją za gor­set. Pew­nie na szczę­ście, pomy­ślała. Czu­jąc, że znów ogar­nia ją złość na swoją głu­potę, scho­wała kartę z powro­tem tam, gdzie ją zna­la­zła i objęła ramio­nami srebrny strąk. Był zimny w dotyku i Hestil­lion zaczęła się zasta­na­wiać, po co wła­ści­wie wzięła go ze sobą.

Rozdział 2

2

Lód top­niał.

Pochy­lony nad cem­bro­winą Eri widział roz­ma­zany kształt wła­snej głowy i ramion spo­glą­da­jący na niego z czar­nego lustra studni. Nie był pewien, skąd wie­dział, że lód top­nieje, oprócz tego, że pamię­tał setki zim, kiedy zada­wał sobie to samo pyta­nie. W końcu robił to samo już wcze­śniej, wiele, wiele razy. Gdy tak stał, łatwo było wyobra­zić sobie, że utknął mię­dzy lustrami. Oczami wyobraźni widział setki, tysiące swo­ich odbić, powie­la­nych bez końca i na zawsze uwię­zio­nych w tym czar­nym lustrze. Odsu­nąw­szy od sie­bie tę myśl, poło­żył dło­nie na wiel­kim kamie­niu, który umie­ścił na cem­bro­wi­nie, i pchnął go pośpiesz­nie. Kamień runął w dół i chwilę póź­niej uszu Eriego dobiegł huk, a po nim plusk.

-?Dobrze.

A zatem znów będzie mógł czer­pać wodę ze studni. Przez zimę brał wodę z wiel­kich, sta­lo­wych wia­der, które wno­sił do domu tuż przed tym, jak w Ebo­rze robiło się naprawdę zimno. Bywało też, że zno­sił gar­ściami śnieg, choć przez więk­szość czasu nie wyściu­biał nosa na zewnątrz, bez­pieczny w murach Lone­fell. Jed­nak woda ze studni będzie słod­sza i nie będzie miała tego meta­licz­nego posmaku. Był to jeden z powo­dów, dla któ­rych tak wypa­try­wał wio­sny. Matka ucie­szy się, kiedy usły­szy, że robi się cie­plej i że wkrótce będzie mogła wyjść do ogro­dów.

Wia­dro było białe od szronu, ale linę Eri prze­cho­wy­wał w domu, żeby nie zgniła z wil­goci. Chwilę póź­niej trzy­mał w dło­niach wia­dro wody czy­stej jak niebo nad jego głową, i zanim prze­lał ją do misy, upił łyk, po czym uśmiech­nął się, gdy z zimna roz­bo­lały go zęby.

-?Brrr.

Z misą w rękach ruszył w drogę powrotną przez oszro­nione ogrody. Rośliny nie wypu­ściły jesz­cze pędów, jed­nak Eri wyobra­żał je sobie, jak cze­kają pod zie­mią niczym małe, zie­lone obiet­nice cze­goś lep­szego. W Lone­fell zaniósł miskę pro­sto do kuchni i doło­żył do pieca. Następ­nie zszedł kamien­nymi scho­dami do spi­żarni, przy­świe­ca­jąc sobie świecą. Spi­żar­nia była roz­le­gła i żółty blask świecy nie docie­rał do naj­dal­szych kątów, jeśli już to pogłę­biał cie­nie zale­ga­jące na pustych pół­kach.

-?Puste półki.

Eri stał i patrzył na nie, pod­czas gdy obu­dzony nie­po­kój wier­cił się w jego piersi niczym ośli­zgły, zimny robak. Zostały mu może dwie półki z jedze­niem. Słoje mary­no­wa­nych warzyw, które zro­bił sam, zuży­wa­jąc resztki octu, suszone i solone mięso kró­li­ków zła­pa­nych latem we wnyki, oraz dwa krążki sera zawi­nięte w grube płótno. Nie chciał ich odwi­jać w oba­wie, że zaple­śniały. Czas ucie­kał, jeśli w ogóle jesz­cze go miał.

Zdjął z półki paczkę suszo­nego mięsa i wyszedł. W dro­dze powrot­nej do kuchni nucił coś fał­szy­wie i od czasu do czasu mru­czał jakieś słowo, gdy mgła zapo­mnie­nia na chwilę opusz­czała jego umysł.

-?Pią­tego dnia zatań­czymy, uko­chana moja... a szó­stego zaśpie­wasz dla mnie...

Wsta­wił nie­wielką ilość wody i wrzu­cił do niej kilka kawał­ków sta­rego kró­li­czego mięsa, żeby nieco zmię­kło. Następ­nie dodał garść ziół i odro­binę soli. W końcu zje­dzą cie­pły posi­łek.

Zosta­wiw­szy danie na ogniu, wyszedł na kory­tarz i nie­wiele myśląc, skie­ro­wał się do poko­jów matki. Ściany tu pokry­wały kolo­rowe obrazy: pej­zaże krain za górami Tarah-hut, bitew­nych bestii w bla­sku chwały, daw­nych ebo­rań­skich boha­te­rów w lśnią­cych zbro­jach. Jego rodzice roz­ja­śniali wnę­trza Lone­fell obra­zami i opo­wie­ściami, a w każ­dym pokoju stały regały pełne ksią­żek. Gdy decy­do­wali się na życie w odosob­nie­niu, nie chcieli, by ich syn się nudził.

Pokój matki tonął w pro­mie­niach poran­nego słońca -?wcze­śniej przy­szedł tu, żeby roz­su­nąć zasłony -?zaś ona sama leżała nie­ru­chomo w łóżku. Świeża pościel była hafto­wana w las, ze zwie­rzę­tami wyglą­da­ją­cymi zza pni i gałęzi drzew.

Przy łóżku stało krze­sło i sia­da­jąc na nim, Eri przy­po­mniał sobie, że kiedy przy­byli do Lone­fell, było to jego ulu­bione krze­sło, choć wtedy jesz­cze nie się­gał sto­pami pod­łogi. Teraz spod cien­kiej, wytar­tej tapi­cerki tu i ówdzie wycho­dziły białe kępki wypeł­nia­cza.

-?Jest zimno, ale lód top­nieje. -?Mówiąc to, spo­glą­dał ponad łóż­kiem w odle­gły koniec pokoju. Jego matka była bryłą deli­kat­nych krzy­wizn, na któ­rych sta­rał się nie sku­piać uwagi. -?Nie­długo wszystko w ogro­dzie zacznie kwit­nąć. Cho­ciaż... mam nadzieję, że warzywa będą ład­niej­sze niż w zeszłym roku. Nie wiem, dla­czego tak jest... może zie­mia jest wyja­ło­wiona. Wszystko wokół wydaje się jałowe. -?Eri urwał, po chwili odchy­lił rąbek koca i nie­śmiało wsu­nął rękę w mat­czyną dłoń. Na­dal na nią nie patrzył. -?Kiedy tu przy­je­cha­li­śmy, myśla­łem, że czeka nas wielka przy­goda. Że jeste­śmy kimś w rodzaju wędrow­ców, któ­rzy poszu­kują swo­jego miej­sca. To wy spra­wi­li­ście, że tak to wyglą­dało, wszyst­kie te opo­wie­ści ojca i książki, które zabrał. Pamię­tam, jak cie­szył się, że będziemy je razem czy­tać. I nasz ogród. Pla­no­wa­li­śmy upra­wiać w nim tyle rze­czy. Mie­li­śmy jeść egzo­tyczne potrawy, a ja mia­łem swój wła­sny pokój pełen zaba­wek. Było ich tyle, że musie­li­ście chyba zatrud­nić wszyst­kich rze­mieśl­ni­ków w Ebo­rze. -?Odchrząk­nął i uści­snął zimne palce matki. - Prze­pra­szam. Teraz wiem, że musiało być wam obojgu bar­dzo smutno. Zosta­wi­li­ście wszystko, żeby prze­być taki szmat drogi i zamiesz­kać tu. Zna­la­złem listy... -?Eri urwał i zadrżał gwał­tow­nie. Zabur­czało mu w brzu­chu, a gdy szczel­niej otu­lił się płasz­czem, poczuł pod pal­cami wysta­jące żebra. -?To nie tak, że wty­kam nos w cudze sprawy, mamo, ale prze­czytałem każdą książkę dwa, cza­sem nawet trzy razy i ojciec nie miał nic prze­ciwko. -?Przy­gryzł wargę, po czym cią­gnął: -?Zna­la­złem listy od two­jej matki i od rodzi­ców ojca i wydaje mi się, że nie byli zado­wo­leni z tego, co zro­bi­li­ście. W listach tych pełno jest próśb i gróźb. Nie wie­dzia­łem, że powie­dzie­li­ście im, że nie mogą mnie zoba­czyć, ale chyba ni­gdy się nad tym nie zasta­na­wia­łem.

Do pokoju wpa­dła mucha. Eri wzdry­gnął się, gdy prze­le­ciała tuż przy jego uchu. Przez chwilę obi­jała się o szybę, pró­bu­jąc się wydo­stać, aż w końcu wstał i prze­go­nił ją, wyma­chu­jąc zwo­jem sta­rego per­ga­minu. Gdy w końcu wyle­ciała, sta­nął przy oknie i spoj­rzał w bez­chmurne niebo. Przy­naj­mniej dziś niczego nie zauwa­żył.

-?Chyba mam zwidy. -?Zer­k­nął na matkę i rów­nie szybko odwró­cił wzrok. - Rze­czy na nie­bie. Ale to nie może być prawda. Ebora umarła. Umarła dawno temu, pew­nie wtedy, gdy listy od dziad­ków prze­stały przy­cho­dzić. Tak? Po pro­stu muszę wię­cej jeść, to wszystko. Ale nie­długo będzie łatwiej. Już nie­długo... -?Eri drżącą ręką odgar­nął z czoła kosmyk wło­sów. -?A skoro o tym mowa...

Wygła­dził koc, któ­rym przy­kryta była matka, musnął ustami woskową czaszkę i wró­cił do kuchni. Jego chudy rosół stę­żał w coś, co przy­naj­mniej będzie miało wię­cej smaku niż woda i Eri pośpiesz­nie prze­lał go do miski. Następ­nie z naczy­niem w dło­niach udał się kolej­nym dłu­gim kory­ta­rzem do gabi­netu ojca. Książki tam były czujne, zbyt ciche, a mapy na ścia­nie wyglą­dały jak kłam­stwa, dla­tego dźwi­gnął ojca i wyniósł go do ogrodu, gdzie nad zamar­z­niętą sadzawką stały kamienne ławki. Usiadł na jed­nej z nich i powoli zaczął jeść gorący kleik, pod­czas gdy ojciec sie­dział na ziemi obok niego.

-?Czu­jesz, że jest cie­plej, prawda? -?Słony smak mięsa na języku popra­wił mu nieco humor. -?Nie powie­dzia­łem mamie, ale spi­żar­nia jest pra­wie pusta. Odwilż przy­szła w samą porę. -?Urwał, żeby wycią­gnąć spo­mię­dzy zębów wyjąt­kowo twardy kawa­łek mięsa. -?Za kilka tygo­dni wrócą kró­liki, a jeśli pogoda dopi­sze, będę mógł zapo­lo­wać nieco dalej. Wiem, co powiesz, ale Dzicz wciąż jest daleko od Lone­fell, a na wscho­dzie mogą być jele­nie. Cały jeleń wystar­czyłby mi... nam...

Padł na nich jakiś cień. Eri zadarł głowę i serce pode­szło mu do gar­dła, gdy znów to zoba­czył. Zerwał się tak gwał­tow­nie, że potrą­cił butem wia­dro z kośćmi, które zagrze­cho­tały sucho, on jed­nak nie zwró­cił na to uwagi. Na nie­bie szy­bo­wał smok, powolny i maje­sta­tyczny w zło­tych pro­mie­niach poranka. Uno­sił się na tyle nisko, że Eri widział sze­ro­kie, per­łowe łuski na jego brzu­chu, wiel­kie jak jego dłoń, i śnież­no­białe pióra na skrzy­dłach.

-?To nie może być prawda. Takie rze­czy już nie ist­nieją. Po pro­stu ich nie ma. Ojcze? -?Eri zaj­rzał do wia­dra z kośćmi -?robił to bar­dzo rzadko -?i naga, pożół­kła rze­czywistość wydała mu się rów­nież zimna i szo­ku­jąca jak woda w studni. Jęk­nął, ode­rwał wzrok od wia­dra i jesz­cze raz spoj­rzał na smoka. Bestia zmie­rzała na zachód, koło­wała powoli niczym orzeł i Eri mógłby przy­siąc, że ktoś jej dosiada. Po chwili smok roz­dzia­wił pasz­czę, z któ­rej buch­nął podobny do egzo­tycz­nego kwiatu fio­le­towy pło­mień. Gdy się roz­pro­szył, Eri uświa­do­mił sobie, że coś sły­szy, coś jesz­cze bar­dziej nie­zwy­kłego -?nie­siony wia­trem śmiech. Minęły dzie­siątki lat, odkąd sły­szał, jak ktoś się śmieje i przez moment miał pro­blem, żeby przy­po­mnieć sobie, jak to jest.

Eri stał i patrzył na smoka, aż ten stał się jedy­nie maleńką kropką na hory­zon­cie, zapo­mniany rosół zdą­żył wysty­gnąć. Jego ojciec mil­czał.

Rozdział 3

3

Naj­droż­szy Mari­nie, na strza­skane kości Sarnu, mam nadzieję, że list ten znaj­dzie cię bez­piecz­nego i w dobrym zdro­wiu. Wysła­łam go na twój ostatni adres i liczę, że wciąż pod nim miesz­kasz. Uni­wer­sy­tet w Reidn ma grube, solidne mury i jest tam dużo ludzi. Jeśli możesz, Mari­nie, zostań tam. Nie rób niczego głu­piego (nie żebyś miał skłon­ność do robie­nia głu­pot, skar­bie, ale twoja ciotka mar­twi się o cie­bie).

Wysła­łam też list do domu, do lasu win­nego, ale jestem w podróży i nie mam jak otrzy­mać odpo­wie­dzi. Życie w odosob­nie­niu zapew­nia nieco bez­pie­czeń­stwa, moż­liwe więc, że miesz­kańcy Domu nie widzieli żad­nych okrop­no­ści, ja jed­nak nie mogę prze­stać myśleć o ruinach Behe­mota ukry­tych w lesie. Co prawda były wie­ko­wym wra­kiem, a ze swo­ich obser­wa­cji wiem, że tylko pozo­sta­ło­ści z ostat­nich Desz­czów mogą wró­cić do życia, mimo to... Oczy­wi­ście, że się mar­twię.

Podró­żuję teraz z Ebo­ranką imie­niem Nan­thema. Myślę, że wspo­mi­na­łam ci o niej. Uda­jemy się do Ebory, czę­sto podró­żu­jemy nocą, uni­ka­jąc głów­nych dróg, choć nie jestem pewna, czy to pomoże. Cały czas musimy być czujne, a to bywa męczące. Jeśli nie cho­wamy się przed Behe­mo­tami na nie­bie, kry­jemy się przed wil­kami albo zdzi­cza­łymi stwo­rami. Mam nadzieję, że w Ebo­rze znaj­dziemy pomoc albo cho­ciaż dowiemy się, z czym wła­ści­wie mamy do czy­nie­nia. Mam ci tyle do powie­dze­nia, drogi Mari­nie, zbyt wiele, bym mogła napi­sać o wszyst­kim w jed­nym liście. Opo­wiem ci wszystko, kiedy następ­nym razem zoba­czę twoją drogą, przy­stojną twarz.

Cie­kawe spo­strze­że­nie na temat tego listu. Zatrzy­ma­ły­śmy się w mie­ści­nie o nazwie N?rg, osa­dzie na pół­nocy u pod­nóża wzgórz Min (A niech mnie! To nie są żadne wzgó­rza, tylko praw­dziwe góry. Moje obo­lałe stopy są tego naj­lep­szym dowo­dem). Mają tu nie­sa­mo­wite ptaki, naprawdę wiel­kie pta­szy­ska, które moim zda­niem muszą być w pew­nym stop­niu dotknięte sza­leń­stwem. Wyko­rzy­stują je do wysy­ła­nia wia­do­mo­ści, dla­tego liczę, że list ten dotrze do cie­bie. Jed­nak kobieta, z którą roz­ma­wia­łam i która opie­kuje się tymi pta­kami, wyznała, że ostat­nimi czasy prze­stały wra­cać. Zapy­ta­łam ją, czy zabi­jają je stwory z Behe­mo­tów, na co odparła, że nie. Jej zda­niem ptaki odnaj­dy­wały drogę powrotną dzięki tru­piemu księ­ży­cowi, a gdy ten znikł, zaczęły się gubić. Czy to nie zdu­mie­wa­jące, Mari­nie? Wygląda na to, że na świe­cie zawsze są jakieś nowe cuda.

Frag­ment pry­wat­nej kore­spon­den­cji Mistrza Marina de Gra­zon

Kiedy nad­szedł atak, Esther i jej mały bra­ci­szek stali po kostki w błot­ni­stym pia­sku. Kap­tury mieli szczel­nie zawią­zane, bo dzień był wietrzny i od czasu do czasu od strony morza nad­cią­gały chmury, z któ­rych padał zimny deszcz. Kap­tur Corina był jasno­nie­bie­ski, ozdo­biony wyszy­wa­nymi ryb­kami. Dostał go od dziadka na imie­niny zale­d­wie tydzień temu i nie zdej­mo­wał go nawet pod­czas posił­ków. Wnę­trze ogrom­nej sko­rupy zapew­niało schro­nie­nie przed nie­po­godą, ale było zimne i wil­gotne.

-?Śmier­dzi tu -?zauwa­żył Corin.

-?Mm, cudowny, rybny zapa­szek. Zupeł­nie jak twoje skar­pety. -?Weszli głę­biej. Esther szła przo­dem, a chi­cho­czący cicho Corin tuż za nią. Gład­kie, różo­wawe ściany upstrzone były pla­mami soli i nie­licz­nymi pąklami, jed­nak Esther widziała to, czego szu­kali tuż przed sobą. Białe kopce z czar­nymi plam­kami przy­kle­jone do ścian muszli. Każdy z nich był mniej wię­cej tak duży jak jej stopa. Dziew­czynka wyjęła nóż i trzy­mała go w goto­wo­ści.

-?No to zaczy­namy, Cori­nie. Chcesz otwo­rzyć pierw­szy?

Z bli­ska worki lęgowe kra­bów brzy­two­wych były bar­dziej prze­zro­czy­ste niż białe, a zamknięte w środku szare kulki pokry­wała gęsta, drżąca gala­reta. Corin zmarsz­czył brwi; te tutaj nie wyglą­dały jak smaczne kąski brą­zo­wego mięsa, które ojciec podał na kola­cję, i widać było, że zasta­na­wia się, czy cała ta wyprawa warta była zachodu.

-?Patrz, pokażę ci. -?Esther odpięła od pasa impre­gno­waną sakiewkę, pod­ło­żyła ją pod naj­bliż­szy worek i wyjęła nóż z pochwy. Wie­działa, że to wła­śnie on naj­bar­dziej fascy­nuje Corina, pozwo­liła więc, by mętne świa­tło przez chwilę tań­czyło na ostrzu. -?Bie­rzesz nóż, przy­trzy­mu­jesz worek od spodu, o tak, i odci­nasz go tuż przy ścia­nie muszli. Musisz to zro­bić szybko, ina­czej wszystko roz­leje się na boki.

Wyćwi­czo­nym ruchem odcięła worek, który z nie­przy­jem­nym dla ucha chlu­po­tem wpadł do cze­ka­ją­cej na niego sakiewki.

-?Och. -?Twarz Corina skryta była we wnę­trzu kap­tura, tak więc Esther nie widziała jego miny. -?Co to?

-?Co co?

Z początku usły­szeli coś jak brzę­cze­nie, a zaraz potem prze­ni­kliwy sko­wyt, który odbi­jał się echem od ścian muszli. Sama nie wie­dząc, dla­czego to robi, Esther przy­ło­żyła dłoń do ściany. Muszla wibro­wała tak bar­dzo, że zdrę­twiały jej opuszki pal­ców.

-?Ten hałas! Co to? -?Sły­sząc panikę w gło­sie Corina, Esther scho­wała nóż do pochwy, odło­żyła sakwę i wzięła brata za rękę.

-?To pew­nie jakiś duży sta­tek -?odparła, choć wie­działa, że to nie­prawda. Żaden sta­tek nie robił takiego hałasu. -?Chodź, spraw­dzimy, dobrze?

Szyb­kim kro­kiem ruszyli po spi­rali do wyj­ścia, wil­gotny pia­sek mla­skał im pod sto­pami. W pierw­szej chwili Esther pomy­ślała, że gdy byli we wnę­trzu muszli, nad­cią­gnęła burza. Co prawda morze na­dal miało tę samą sta­lową barwę i było spo­kojne, ale jakiś cień zawisł nad Col­dreef. Ota­cza­jąca osadę drew­niana pali­sada była niczym wię­cej niż rzę­dem zaostrzo­nych pali­ków, a cia­sne domy ze ścia­nami z drewna, które morze wyrzu­ciło na brzeg, i pan­ce­rzy kra­bów brzy­two­wych wyda­wały się jakieś małe, jakby skur­czyły się pod­czas ich nie­obec­no­ści. I wtedy spoj­rzała w górę.

-?W imię Tho­masa. -?Esther chwy­ciła Corina i wzięła go na ręce. Nie robiła tego, odkąd chło­piec skoń­czył cztery lata. -?Cori­nie, musimy wejść do środka.

Na nie­bie wisiał potwór. Dla Esther, która całe życie miesz­kała w Col­dreef, wyglą­dał tro­chę jak tłu­ste żuki mor­skie, które cza­sami widy­wała mar­twe nad brze­giem morza, tyle że ten był ogromny, wielki jak tysiąc dotknię­tych sza­leń­stwem kra­bów brzy­two­wych. Miał pękate, zie­lon­kawo-czarne, seg­men­to­wane ciało poprze­ci­nane licz­nymi pęk­nię­ciami i liniami. Tu i ówdzie widać było marsz­czące się dziury, z któ­rych wyle­wał się gęsty, czarny szlam i dziwne, zwinne stwo­rze­nia. Spa­dały na Col­dreef niczym nasiona z drzewa, roz­kła­da­jąc sze­roko odnóża o wielu sta­wach.

-?Co to, Essie? Co to jest?

Esther bie­gła nie­zdar­nie w stronę bramy pali­sady, myśląc wyłącz­nie o tym, że muszą wró­cić do ojca, ale teraz potwór opa­dał i jeśli się nie zatrzyma, naj­zwy­czaj­niej w świe­cie zmiaż­dży osadę. Sta­nęła prze­ra­żona i popra­wiła Corina na rękach. Do głowy jej nie przy­szło, żeby posta­wić go na ziemi.

-?Nie mam poję­cia. Nie... wiesz co, Cori­nie? Może się scho­wamy? Wró­cimy do muszli i pocze­kamy, aż to coś odleci.

-?Ale tata!

Esther skrzy­wiła się. Corin nie nazy­wał tak ojca, odkąd był bar­dzo mały. Nagle potwór zadud­nił i prze­chy­lił się gwał­tow­nie. Ruch nie wyglą­dał na kon­tro­lo­wany i Esther pomy­ślała, że potwór pró­buje zacho­wać rów­no­wagę. Dopiero teraz zauwa­żyła, że w seg­men­to­wym ciele bra­ko­wało nie­któ­rych czę­ści, a inne umiesz­czone były pod dziw­nymi kątami. Zaraz potem roz­legł się inny dźwięk, coś jak prze­raź­liwy pisk...

-?Essie! Patrz!

Miesz­kańcy Col­dreef naj­wy­raź­niej uświa­do­mili sobie, co wisi nad ich gło­wami. Nie­któ­rzy w śle­pej panice bie­gli do bram, pod­czas gdy inni stali z zadar­tymi gło­wami i patrzyli na potwora, jak gdyby pró­bo­wali odgad­nąć, czym wła­ści­wie jest. Esther zoba­czyła, że nie­któ­rzy chwy­tają za broń, pod­czas gdy inni tarzali się po ziemi, jak w jakimś amoku. Naj­pierw jeden, póź­niej kolej­nych dwoje, pię­cioro i sze­ścioro. Coś ich ata­ko­wało, coś, czego Esther nie była w sta­nie zoba­czyć. Jesz­cze ni­gdy w życiu tak się nie bała, czuła jak lodo­wata gula stra­chu pod­cho­dzi jej do gar­dła.

-?Chodź, Cori­nie, wra­camy do muszli. Tacie nic nie będzie. Spo­tkamy się tam. No już, chodź!

Nagle wszystko uto­nęło w upior­nym, fio­le­to­wym świe­tle, jak gdyby w osadę ude­rzył pio­run. Esther otwo­rzyła usta w bez­gło­śnym krzyku, a gdy spoj­rzała w górę, zoba­czyła na nie­bie nowy kształt -?rów­nie obcy i dziwny jak potwór i pod wie­loma wzglę­dami rów­nie prze­ra­ża­jący.

Nisko nad jej głową prze­le­ciał smok. Wokół jego potęż­nych szczęk tań­czyły fio­le­towe pło­mie­nie, a chwilę póź­niej ryk­nął ogłu­sza­jąco i wypluł kolejną kulę ognia. Smok skrzył się w przy­tłu­mio­nym świe­tle i patrząc na niego, Esther pomy­ślała o kawał­kach masy per­ło­wej, które znaj­do­wała cza­sami nad brze­giem morza. Na grzbie­cie bestii sie­działa młoda kobieta. Esther nie widziała jej wyraź­nie, z wyjąt­kiem czar­nych lśnią­cych wło­sów i dziw­nej czar­nej smugi na czole. Corin, któ­rego trzy­mała na rękach, zaczął wyry­wać się i kopać.

-?Potwory! Potwory!

-?Ćśś. -?Przy­tu­liła go mocno. Teraz na nie­bie poja­wiały się kolejne syl­wetki, cała mena­że­ria stwo­rzeń rodem z bajek dla dzieci. Nie wie­dzieć czemu, oczy Esther zro­biły się mokre od łez. -?Myślę, że te potwory przy­le­ciały, żeby nam pomóc.

***

Tor zauwa­żył dziury w bul­wo­wa­tym boku i choć od prze­szło trzy­stu lat nie widział z bli­ska żywego Behe­mota, wie­dział, że patrzy na zepsute frag­menty, czę­ści stwora, które nie zostały jesz­cze napra­wione. Zer­k­nął na Noon, ale jej już nie było, dostrzegł jedy­nie male­jący kształt Vostok, gdy smo­czyca zanur­ko­wała gwał­tow­nie w stronę wroga. On sam pochy­lił się ponad ramie­niem wiel­kiego kota i krzyk­nął do ucha Kirune:

-?Ta wielka dziura. Powiększmy ją.

Bestia wojenna wark­nęła, był to niski, dud­niący dźwięk, od któ­rego Torowi zadrżały nogi, po czym kot zło­żył swe wiel­kie, skó­rza­ste skrzy­dła i z zawrotną pręd­ko­ścią runęli w dół, ku nie­wia­ry­god­nie wiel­kiemu Behe­mo­towi. Za bul­wia­stym, ole­istym kształ­tem Tor widział małą, posępną osadę z mar­nymi cha­tyn­kami z muszli i drewna, które morze wyrzu­ciło na brzeg, i bie­ga­ją­cych w panice ludzi. Poczuł silną woń soli i wodo­ro­stów i na sekundę ogar­nęła go dziwna eufo­ria, że ich ocalą. Chwilę póź­niej ude­rzyli w bok Behe­mota i zaczęli się zsu­wać, aż Kirune zato­pił pazury w zie­lon­ka­wym mate­riale.

-?Musimy popra­co­wać nad lądo­wa­niami.

-?Jak­byś się na tym znał -?wark­nął Kirune. Bestia wojenna zło­żyła skrzy­dła -?zda­niem Tora wciąż wyglą­dały nie­zdar­nie, szare i skó­rza­ste jak skrzy­dła nie­to­pe­rza, z krót­kimi, czar­nymi rogami wyra­sta­ją­cymi ze sta­wów -?i dała susa w stronę postrzę­pio­nej dziury. Z tak bli­ska można było zoba­czyć dziw­nie mię­si­ste wnę­trze Behe­mota; szare, nie­mal prze­zro­czy­ste ściany, białe bro­dawki i sku­pi­ska żół­ta­wych świa­teł. Kirune natych­miast zaczął drzeć pazu­rami kra­wę­dzie dziury, wyry­wa­jąc kawałki księ­ży­co­wego metalu i odsła­nia­jąc blade wnę­trze. Tor zer­k­nął na prze­la­tu­jącą obok Vostok, jej fio­le­towy ogień wypeł­niał zachmu­rzony dzień nie­sa­mo­wi­tym bla­skiem. Pło­mie­nie lizały powierzch­nię Behe­mota i Tor kątem oka zło­wił jakiś ruch. Stwory podobne do ogrom­nych, sze­ścio­no­gich pają­ków z pul­su­ją­cymi wor­kami pośrodku. Trzy albo cztery skur­czyły się w ogniu, jed­nak po chwili Tor zoba­czył, że wcale nie zgi­nęły, lecz przy­kuc­nęły, żeby chro­nić deli­katne worki lęgowe, z któ­rych wyklu­wały się kopa­cze. Z pal­ców Noon strze­lił dziki ogień wzmoc­niony przez smo­czycę i zaraz potem obie odda­liły się od Behe­mota, któ­rego powierzch­nia dymiła i pokry­wała się pęche­rzami.

-?Na ziemi są kopa­cze! -?Krzyk dobie­gał z góry.

Tor zadarł głowę i zoba­czył Berna dosia­da­ją­cego Shar­rika. Przy­pięty uprzężą do grzbietu wojen­nej bestii potężny mło­dzie­niec trzy­mał w dło­niach lśniące topory, pod­czas gdy Shar­rik, gryf, który wyrósł na naj­więk­szą bitewną bestię, tłukł skrzy­dłami z taką siłą, że podmu­chy powie­trza roz­wie­wały Torowi włosy. Spo­glą­da­jąc przez ramię, Ebo­ra­nin zoba­czył ludzi bie­ga­ją­cych w panice i krzy­czą­cych, a zaraz potem usły­szał ryk Vostok.

-?Nie! Musimy sku­pić się na tym, żeby zra­nić Behe­mota! Zostaw­cie ludzi!

-?Ty rób swoje dziury -?zagrzmiał Shar­rik. -?My mamy życie do ura­to­wa­nia.

Tor poczuł, jak ramiona Kirune napi­nają się i wielki kot uniósł głowę. Podobne do żół­tych lamp oczy zmru­żyły się, gdy odpro­wa­dzał wzro­kiem odda­la­ją­cego się gryfa. Ostatni raz szarp­nął pazu­rami dziurę, po czym wzbił się w powie­trze. Jego skrzy­dła roz­po­starły się z trza­skiem, jak żagle, które gwał­tow­nie wypeł­niają się wia­trem, i chwilę póź­niej mknęli ku ziemi, żeby wylą­do­wać przed Shar­ri­kiem. Gdzieś za ich ple­cami Vostok wrza­snęła z wście­kło­ści.

-?Nie! Musimy współ­pra­co­wać!

Tor pochy­lił się, zaci­snął dło­nie na gęstym futrze na grzbie­cie Kirune. Pęd powie­trza spra­wiał, że łza­wiły mu oczy.

-?Kirune! Kiedy Vostok wydaje ci roz­kaz...

-?Żaden wąż nie będzie mi mówił, co mam robić!

Tor syk­nął przez zęby, ale w miarę jak zbli­żali się do osady, sta­wało się oczy­wi­ste, że sytu­acja na dole jest naprawdę bar­dzo zła. Ubita zie­mia roiła się od kopa­czy. Męż­czyźni, kobiety i dzieci upa­dali, pod­czas gdy inni ludzie, szu­ka­jąc ucieczki, wdra­py­wali się na dachy. Pośród cha­osu sztyw­nym kro­kiem cho­dziły "matki", dziwne pają­ko­wate stwory z pul­su­ją­cymi, bia­łymi koko­nami, z któ­rych wysy­py­wały się mię­so­żerne żuki.

Kirune opadł na zie­mię, wzbi­ja­jąc tuman kurzu, a tuż po nim Shar­rik. Nie­bie­sko-czarne skrzy­dła gryfa zda­wały się jasne na tle cha­osu. Bern poma­chał rado­śnie do Tora, a chwilę póź­niej pła­ska głowa gryfa wystrze­liła do przodu, potężny dziób zamknął się na paję­czych nogach jed­nej z matek i zła­mał je. Tor miał szczerą nadzieję, że potężny mło­dzie­niec nie sły­szał wark­nię­cia, które dobyło się z gar­dła Kirune.

-?Gdzie Alda­sair?

Bern wska­zał obu­chem topora domy za ple­cami Tora. Alda­sair dosia­dał wiel­kiej, czar­nej wil­czycy o sza­rych skrzy­dłach orła i cie­płych bursz­ty­no­wych oczach, która stała teraz na dachu jed­nej z chat i wyraź­nie zanie­po­ko­jona spo­glą­dała na panu­jący w dole chaos. Kuzyn Tora, blady jak płótno, sie­dział wypro­sto­wany na jej grzbie­cie.

-?Zro­bimy, co w naszej mocy. -?Tor dobył mie­cza. Wszę­dzie dookoła ludzie, któ­rzy padli pod napo­rem żar­łocz­nych żuków, dźwi­gali się z ziemi. Ich wnętrz­no­ści zostały wyżarte, z pustych oczo­do­łów wyle­wała się czarna, lepka ciecz, a usta roz­cią­gły się w powi­tal­nych uśmie­chach, gdy powol­nym kro­kiem szli w stronę bestii wojen­nych. -?To kukły. Zabij­cie je i tyle kopa­czy, ile zdo­ła­cie.

Ryk Kirune prze­to­czył się nad osadą niczym huk grzmotu. Zaraz potem wielki kot ruszył do ataku, jego potężne łapy roz­gnia­tały żuki na mia­zgę. Obok niego biegł Shar­rik, któ­rego czarny jak heban dziób ciął i roz­ry­wał niczym naj­przed­niej­szej roboty ostrze. Kukły padały na zie­mię z wydrą­żo­nymi cia­łami wysta­wio­nymi na posępne świa­tło dnia i Tor po raz pierw­szy usły­szał dobie­ga­jące zewsząd wrza­ski, okrzyki bólu poże­ra­nych żyw­cem i zawo­dze­nie tych, któ­rzy musieli na to patrzeć. On sam skrzy­wił się i odwró­cił wzrok. Nie miał czasu sku­piać się na kosz­ma­rze, który roz­gry­wał się na jego oczach.

Paję­cza matka zbli­żyła się do nich i Tor szarp­nął Kirune za gęste, szare futro.

-?Szybko! Zabij ją!

Jed­nak Kirune powa­lił wła­śnie dwie kukły i potęż­nymi szczę­kami roz­ry­wał to, co zostało z ich lep­kich wnętrz­no­ści. -?Kirune! Rób, co ci każę!

Jed­nak było już za późno. Pają­ko­po­dobny stwór pochwy­cił dłu­gimi odnó­żami ucie­ka­jącą kobietę, na którą z kokonu wysy­pały się żar­łoczne żuki. Nagle tuż przy nim poja­wiła się wielka, czarna wil­czyca, chwy­ciła matkę zębami i zaczęła nią potrzą­sać jak pies kró­li­kiem, po czym odrzu­ciła ją z odrazą. Sie­dzący na jej grzbie­cie Alda­sair obser­wo­wał wszystko z takim samym obrzy­dze­niem.

-?Dobra robota, Jes­sen. -?Uspo­ka­ja­jąco pogła­skał wil­czycę mię­dzy uszami. -?Świet­nie ci idzie.

Wtedy wła­śnie dzień wypeł­nił się zie­lo­no­fio­le­to­wym świa­tłem, a wszyst­kie cie­nie stały się kru­che i czarne. Tor zadarł głowę i zoba­czył Vostok oto­czoną pierście­niem wła­snych pło­mieni i Noon, z któ­rej wycią­gnię­tych dłoni wyle­wała się rzeka zie­lo­nego ognia. Spoj­rzał w kie­runku, w któ­rym strze­lały pło­mienie i poczuł, że żołą­dek pod­cho­dzi mu do gar­dła -?w boku Behe­mota powstało pęk­nię­cie, jed­nak to nie oni je zro­bili. Część istoty otwie­rała się, meta­lowa skóra łusz­czyła się i odła­ziła pła­tami, pod­czas gdy ze środka prze­py­chało się na zewnątrz coś bla­dego i lśnią­cego.

-?To czerw! -?wrza­snęła Noon i gwał­tow­nie zama­chała ramio­nami. -?Nie możemy pozwo­lić, żeby się wydo­stał!

Tor zaci­snął palce na uprzęży, gotowy naka­zać Kirune, by na powrót wzbił się w niebo, gdy przy ścia­nie jed­nego z domów dostrzegł grupę ludzi. Matka zmie­niła się w kukłę o pustych, czar­nych dziu­rach zamiast oczu, ale była z nią trójka małych dzieci. Wszyst­kie tuliły się do niej, naj­wy­raź­niej nie rozu­mie­jąc, co się z nią stało ani dla­czego trzyma je tak mocno, że nie mogą się ruszyć. Ich roz­pacz­liwe krzyki spra­wiły, że Tor poczuł ucisk w sercu. Z mie­czem w dłoni, roz­piął uprząż i zesko­czył na zie­mię.

-?Pomóż Vostok -?zwró­cił się do Kirune, wska­zu­jąc spód Behe­mota i coraz bar­dziej widocz­nego czer­wia. -?To coś nie może wyjść.

Zło­ci­ste oczy Kirune bły­snęły nie­na­wist­nie i wielki kot obna­żył kły, a zaraz potem dał susa w stronę gro­mady kukieł. Tor otwo­rzył usta, żeby zapro­te­sto­wać, ale nie miał czasu do stra­ce­nia. Zamiast tego rzu­cił się bie­giem w stronę chatki, po dro­dze dep­cząc i odko­pu­jąc na boki rojące się wszę­dzie kopa­cze. Jedno z dzieci było już stra­cone. Krzy­cząc i wierz­ga­jąc, leżało na ziemi, pod­czas gdy żuki w jego wnę­trzu wyże­rały wszystko, co czy­niło je czło­wie­kiem. Nie bacząc na bole­sne kłu­cie w piersi, Tor prze­szedł nad nim i płyn­nym ruchem roz­pła­tał na pół pierś matki. W jej wnę­trzu zostało tak nie­wiele, że ostrze mie­cza prak­tycz­nie nie napo­tkało żad­nego oporu. Pozo­stała dwójka dzieci krzyk­nęła z prze­ra­że­nia i odsu­nęła się od niego.

-?Zacze­kaj­cie! Jestem po waszej stro­nie! -?Drzwi do chatki otwo­rzyły się gwał­tow­nie, tęga kobieta chwy­ciła dzieci za szyje i z impo­nu­jącą siłą wcią­gnęła je do środka. Spoj­rze­nie, które posłała Torowi, było niczym siar­czy­sty poli­czek, niczym maska wyra­ża­jąca jed­no­cze­śnie grozę, strach i wście­kłość.

-?Mor­derca! -?wrza­snęła kobieta, po czym zatrza­snęła drzwi.

-?Cho­lera -?mruk­nął pod nosem Ebo­ra­nin.

-?Bestie wojenne! Bestie wojenne, do mnie! -?Głos nale­żał do Vostok. Jej fio­le­towy ogień i pło­mie­nie dzi­kiego ognia Noon popa­rzyły czer­wia, lecz stwór nie prze­sta­wał prze­ci­skać się przez pęk­nię­cie w ścia­nie Behe­mota. Byli przy nich Jes­sen i Alda­sair, lecz wil­czyca krą­żyła tylko bez celu, samej nie wie­dząc, jak może pomóc. Widoczny w dru­gim końcu osady Shar­rik nie­mal uległ pod napo­rem kukieł, gdy kon­tro­lo­wani przez Jure'lia męż­czyźni, kobiety i dzieci cze­piali się jego skrzy­deł i kudła­tego zadu. Krępy męż­czy­zna z białą brodą wisiał ucze­piony szyi gryfa. Sie­dzący na grzbie­cie wojen­nej bestii Bern pró­bo­wał odpie­rać ich ataki. Jego bliź­nia­cze topory -?Tor pamię­tał, że Bern nazy­wał je Zacie­kłymi Bliź­nię­tami -?ocie­kały czarną posoką.

-?Kirune?

Ogromny kot głowę miał spusz­czoną i roz­trą­cał nosem roz­człon­ko­wane kukły. Tor znowu krzyk­nął, na co bestia mach­nęła tylko leni­wie czarno-sza­rym ogo­nem. Ebo­ra­nin pod­biegł do niej i zer­k­nął z nie­po­ko­jem na wiszą­cego w górze Behe­mota. Sądząc po jego roz­mia­rach, czerw był już nie­mal w poło­wie na zewnątrz.

-?Kirune! Musimy wra­cać na górę. Czy ty mnie w ogóle słu­chasz? - Pod­szedł do kota i pokle­pał go po karku. Zanim się obej­rzał, leżał na ple­cach, a ciężka łapa Kirune przy­gnia­tała go do ziemi. Masywna głowa bestii zawi­sła tuż nad jego twa­rzą i Tor zoba­czył ogromne, żółte kły.

-?Jestem zajęty! -?Krót­kie, grube wąsy Kirune uma­zane były czar­nym szla­mem. Jego gorący oddech cuch­nął tru­pem. -?Nie roz­ka­zuj mi.

Tor poczuł, że ogar­nia go wście­kłość i z siłą, któ­rej się po sobie nie spo­dzie­wał, ode­pchnął łapę Kirune, po czym dźwi­gnął się z ziemi. Wsu­nął miecz do pochwy i sta­nął przed kotem, który prych­nął na niego.

-?Pry­chamy, tak? Kirune, wielka bestia wojenna, legenda Ebory pry­cha na swo­jego pana, bo ten zabro­nił jej bawić się zabaw­kami! -?Czub­kiem buta trą­cił szczątki kukły. -?Wielki Kirune, płacz­liwy kotek.

Kirune wark­nął gar­dłowo, zło­żył skrzy­dła i przy­cup­nął na tyl­nych łapach, jakby szy­ko­wał się do skoku. Tor wie­dział, że gdyby to zro­bił, jego cię­żar poła­małby mu wszyst­kie kości, jed­nak w tej chwili nie mógł się wyco­fać. Myślał o oszpe­co­nej poło­wie swo­jej twa­rzy i o tym, że gdyby bóg-drzewo Ygse­ril nie wydał na świat wojen­nych bestii, wystar­czy­łoby soku, żeby go ule­czyć, żeby ule­czyć wszyst­kich Ebo­ran, któ­rzy na­dal kur­czowo trzy­mali się życia, mimo szkar­łat­nicy. Ogon Kirune zamia­tał wście­kle zie­mię, w sze­roko otwar­tych kocich oczach cza­iło się nie­bez­pie­czeń­stwo.

-?Tor! Na krew i ogień, spójrz tam!

Głos Noon był piskliwy z prze­ra­że­nia. Tor spoj­rzał w górę, aku­rat w chwili, gdy ogromny czerw prze­ci­snął się przez pęk­nię­cie i runął na nich z góry. Ebo­ra­nin rzu­cił się w bok i nie­mal w tym samym momen­cie czerw rąb­nął o zie­mię, nisz­cząc przy tym kilka cha­ty­nek z drewna i sko­rup kra­bów. Z bli­ska istota była kre­mo­wo­szara, a jej obłe ciel­sko tu i ówdzie mie­niło się per­ło­wym bla­skiem. Jego przed­nia część, którą z braku lep­szych pomy­słów Tor uznał za głowę, była nieco ciem­niej­sza od reszty, z garstką lśnią­cych guz­ków na czubku i widoczną nieco niżej ciemną, pul­su­jącą pasz­czą. Stwór prze­to­czył się po ziemi i Tor dostrzegł maleń­kie, krót­kie odnóża. Chwilę póź­niej czerw zaczął poże­rać znisz­czone domy. Drewno, muszle, szkło, słoma i zie­mia -?wszystko zostało wessane i pożarte szyb­ciej niż Tor sądził, że to moż­liwe. Kilku męż­czyzn z osady uzbro­jo­nych w coś, co wyglą­dało jak sta­lowe har­puny i kilka zardze­wia­łych mie­czy, rzu­ciło się na stwora i poczęło dźgać jego śli­skie, obłe ciel­sko. Ich atak nie trwał jed­nak długo, bo chwilę póź­niej ule­gli pod napo­rem paję­czych matek, które osa­czyły ich i krzy­czą­cych powlo­kły w stronę roz­dzia­wio­nej pasz­czy czer­wia.

Tor wsko­czył na grzbiet Kirune. Tym razem -?o dziwo -?wielki kot odwró­cił się od tru­pów, po czym, obna­żyw­szy kły, rzu­cił się do ataku. Ode­pchnęli na bok jedną z paję­czych matek i Tor gołymi rękami wyrwał z jej objęć męż­czy­znę, zaraz jed­nak kątem oka zoba­czył, jak drugi znika w pasz­czy ogrom­nego czer­wia. Dołą­czył do niego Bern. Szyja i nagie ramiona czło­wieka pokry­wały liczne zadra­pa­nia i uką­sze­nia, i Tor przy­po­mniał sobie, że kiedy widział go ostatni raz, Bern omal nie zgi­nął pod napo­rem kukieł.

-?Gdzie Shar­rik?

Bern wska­zał głową niebo i wywi­ja­jąc topo­rami, zaata­ko­wał kolejną paję­czą matkę. Shar­rik był w górze, jego potężny kształt rzu­cał cień na nich wszyst­kich, pod­czas gdy Vostok zata­czała kręgi na nie­bie.

-?Odsuń­cie się! -?zagrzmiała smo­czyca. -?Musimy go spa­lić.

Czerw jak gdyby usły­szał jej słowa, bo nagle jego ciel­sko zapul­so­wało tak gwał­tow­nie, że wszy­scy pole­cieli do tyłu. Jego tylna część unio­sła się i opa­dła, a zaraz potem znów zadrżała i gęsty zie­lony płyn począł wycie­kać z cze­goś, co z braku lep­szych pomy­słów Tor uznał za jego odbyt. Zie­lona ciecz roz­lała się po placu i spły­nęła w stronę ruin cha­ty­nek, zale­wa­jąc rumo­wi­sko, oca­la­łych miesz­kań­ców osady i wię­żąc zarówno ludzi, jak i kukły.

-?Żywica. -?Tor nie wie­dząc, co robić, ści­snął ręko­jeść Dzie­wią­tego Desz­czu. -?Jak możemy to powstrzy­mać?

Ciel­sko czer­wia znowu zapul­so­wało i jesz­cze wię­cej zie­lo­nego płynu spły­nęło na zie­mię, gro­żąc zala­niem całej wio­ski i uwię­zie­niem Tora i Berna.

-?Bern! Chodź tu szybko!

Ber­nowi nie trzeba było powta­rzać dwa razy. Wsko­czył na grzbiet Kirune za ple­cami Tora i tłu­kąc wście­kle skrzy­dłami, bestia wojenna wzbiła się w powie­trze. Nie było to łatwe, bo choć Kirune był silny, Bern swoje ważył. Zdo­łali jed­nak umknąć przed zale­wa­jącą wszystko żywicą i dołą­czyli w powie­trzu do Vostok i Shar­rika.

-?Rusz­cie się! Z drogi! -?ryk­nęła roz­ka­zu­jąco Vostok, która już wycią­gała długą, wężową szyję, żeby plu­nąć ogniem na czer­wia. Noon unio­sła obie ręce, wokół jej pię­ści tań­czyły szma­rag­dowe pło­mie­nie wiedź­miego ognia pod­sy­cane ener­gią życiową, którą zaczerp­nęła od smo­czycy.

-?Cze­kaj­cie! -?Tor roz­pacz­li­wie wyglą­dał cze­goś na ziemi. Jak można było stra­cić z oczu ogrom­nego wilka? -?Gdzie jest Jes­sen? Gdzie są Jes­sen i Alda­sair?

Na chwilę wszy­scy zamil­kli i Tor miał czas, żeby pomy­śleć, co by zro­bił, gdyby jego kuzyn został zabity. Utrata Hestil­lion i Alda­sa­ira, tak bar­dzo sobie bli­skich, byłaby ponad jego siły. Nagle Bern postu­kał go w ramię i wska­zał w dół. Jes­sen stał w odle­głym końcu placu. Alda­sair na­dal sie­dział na grzbie­cie wil­czycy i wcią­gał na sio­dło kolejne dzieci -?troje czy czworo tuliło się do niego, pod­czas gdy Jes­sen trzy­mała w zębach małego szkraba, deli­kat­nie chwy­ta­jąc go za koł­nierz.

-?Nie ma na to czasu -?syk­nęła Vostok. -?Zostaw je, Jes­sen, i wynoś się stam­tąd!

Wil­czyca spoj­rzała na nich i nawet z tej odle­gło­ści widać było wyzwa­nie malu­jące się w jej bursz­ty­no­wych oczach. Oto­czony dziećmi Alda­sair rów­nież patrzył w ten spo­sób.

-?Głu­pie szcze­niaki! Uciekną, kiedy wszystko sta­nie w ogniu. -?Vostok roz­warła szczęki i Tor zoba­czył fio­le­towe pło­mie­nie budzące się do życia.

-?Prze­stań! -?Pochwy­cił spoj­rze­nie Noon i ode­tchnął z ulgą, widząc, że nie ma w nim wście­kło­ści Vostok. -?Noon, musimy o tym pomy­śleć...

Wiszący nad ich gło­wami Behe­mot na­dal wyplu­wał z sie­bie paję­cze matki, które spa­dały do osady, gdzie zie­lona żywica roz­le­wała się mię­dzy zruj­no­wa­nymi domami. Tor miał nadzieję, że część ludzi zdo­łała uciec, że może choć tyle zdo­łali dla nich zro­bić, dostrze­gał jed­nak ciem­niej­sze kształty uwię­zione pod war­stwą żywicy i leżące wszę­dzie ciała.

-?Musimy go prze­nieść -?szep­nął mu do ucha Bern, po czym odwró­cił się w sio­dle i krzyk­nął do Vostok: -?Pod­nieś go, zabierz na plażę za pali­sadą i tam spal.

Smo­czyca syk­nęła przez zęby wyraź­nie roz­ju­szona tym, że kolejny raz zigno­ro­wano jej roz­kazy, ale Noon pochy­liła się i powie­działa coś do jej roga­tego ucha.

-?Dobrze. Może wspól­nymi siłami zdo­łamy go unieść. Szybko, bierzmy się do roboty.

Nie było to łatwe zada­nie. Bern w powie­trzu prze­siadł się na grzbiet Shar­rika, choć Tor był pra­wie pewien, że męż­czy­zna spad­nie i się zabije. Udało się jed­nak i nie­ba­wem wszyst­kie trzy bestie wojenne zaczęły obni­żać lot. Vostok i Shar­rik pod­le­ciały do głowy czer­wia, pod­czas gdy Kirune chwy­cił jego drugi koniec. Ciel­sko stwora było śli­skie i wielki kot nie mógł go uchwy­cić. W pew­nej chwili mruk­nął coś o tym, jak bar­dzo czerw cuch­nie, po czym wbił pazury w grubą skórę i wspól­nymi siłami nie­pew­nie pode­rwali czer­wia z ziemi.

Reak­cja Behe­mota była natych­mia­stowa. Z góry posy­pały się na nich paję­cze matki i Tor musiał wywi­jać mie­czem niczym kosą, żeby utrzy­mać je z dala od Kirune. Mimo wspól­nych wysił­ków nie zdo­łali unieść czer­wia wysoko nad zie­mię, a do tego na wpół wlo­kąc go poza gra­nice osady, pozo­sta­wili po sobie liczne znisz­cze­nia. Prze­żyli też chwilę grozy, gdy brzuch stwora zacze­pił o drew­nianą pali­sadę. W końcu jed­nak uwol­nił się z nie­przy­jem­nym dla ucha odgło­sem i Tor ode­tchnął, widząc na pia­sku za nimi paru­jącą stertę sza­rych wnętrz­no­ści. Gdy tylko opu­ścili osadę i Vostok wrza­snęła prze­ni­kli­wie, upu­ścili czer­wia, a Kirune wark­nął z ulgą.

-?Odsuń­cie się, wszy­scy się odsuń­cie! -?Vostok pochy­liła głowę i tym razem Noon sta­nęła w sio­dle oto­czona zie­lo­nymi pło­mie­niami jak aure­olą. -?Noon, wyce­luj swój wiedźmi ogień w ranę.

Obie -?wiedźma i smo­czyca -?uwol­niły swoje moce. Blask ognia był tak jasny, że Tor musiał osło­nić oczy. Mimo to patrzył, jak skóra czer­wia wybrzu­sza się i pokrywa pęche­rzami. Miej­sce, w któ­rym została roz­darta, kipiało i z rany na plażę wyle­wała się struga gorą­cych wnętrz­no­ści. Sam czerw zda­wał się kur­czyć i zapa­dać w sobie, jakby coś w jego wnę­trzu nie­od­wra­cal­nie się zepsuło. Bliź­nia­cze pło­mie­nie zga­sły, pozo­sta­wia­jąc po sobie gęsty obłok cuch­ną­cego dymu i jed­nego bar­dzo mar­twego czer­wia.

-?Udało się. -?Tor uśmiech­nął się od ucha do ucha i zato­pił palce w futrze Kirune, licząc, że on także się ucie­szy, jed­nak wielki kot odsu­nął głowę i umknął przed jego doty­kiem.

-?Chyba wystar­cza­jąco go roz­ju­szy­li­śmy. Patrz­cie! -?Tor odwró­cił się i spoj­rzał w miej­sce wska­zane przez Berna. Prze­chy­lony na bok Behe­mot odda­lał się, stop­niowo nabie­ra­jąc pręd­ko­ści. Było w nim wię­cej dziur niż Tor pamię­tał i kilka ciem­nych plam pozo­sta­wio­nych przez ogień Noon i Vostok. Świet­nie się spi­sali. Było warto.

-?Prze­gna­li­śmy go -?powie­dział na głos, jed­nak nikt mu nie odpowie­dział. Dopiero po chwili dotarło do niego, że z osady zostało nie­wiele wię­cej oprócz kilku zruj­no­wa­nych cha­ty­nek i zie­lo­nej żywicy. To, co prze­trwało, pło­nęło, pod­czas gdy garstka oca­la­łych stała nad brze­giem, trzy­ma­jąc się w obję­ciach. Byli przy nich Jes­sen i Alda­sair i na oczach oszo­ło­mio­nej gro­mady poma­gali zsiąść z sio­dła małym pasa­że­rom. Tor uświa­do­mił sobie, że sły­szy płacz dziecka.

-?Warto było sto­czyć tę bitwę choćby tylko dla nich, prawda?

Rozdział 4

4

-?Vostok jest zła.

Nie trzeba było tego mówić. Obu­rzona smo­czyca odda­liła się kilka godzin temu i znik­nęła w zdzi­cza­łym lesie na skraju ponu­rej polany, jed­nak Noon wciąż czuła w sercu jej gniew. Był niczym ogień i pomy­ślała, że pozo­stali powinni o tym wie­dzieć. Zro­bili postój w dro­dze powrot­nej z odle­głej osady i wszy­scy -?zarówno ludzie, jak i bestie wojenne - uni­kali jej wzroku.

Sie­dzący po dru­giej stro­nie ogni­ska Tor wes­tchnął.

-?Nie jeste­śmy jesz­cze tym, kim powin­ni­śmy być. To oczy­wi­ste. -?Kirune leżał nieco dalej za jego ple­cami -?ciem­no­szary kształt odwró­cony tyłem do ludzi. Skwi­to­wał słowa Tora prych­nię­ciem, jed­nak Ebo­ra­nin puścił je mimo uszu. -?Choć­by­śmy nie wiem, jak się sta­rali, Noon, nie może tego od nas ocze­ki­wać. Nasza pierw­sza potyczka z Jure'lia nie okryła nas chwałą. Czy kogoś to dziwi?

-?Chwałą? Więk­szość miesz­kań­ców zgi­nęła. -?Noon przy­gry­zła wargę. Trudno było oddzie­lić jej wła­sną złość od tej, którą czuła smo­czyca. -?Ich osada jest w ruinie. Dali­śmy ciała. Spie­przy­li­śmy sprawę i zgi­nęli ludzie.

Poma­rań­czowy blask ogni­ska spra­wiał, że pur­pu­rowe bli­zny na twa­rzy Tora zda­wały się szare. Minę miał posępną.

-?To wojna -?powie­dział. -?Spo­dzie­waj się czę­ściej takich wido­ków.

-?Dni chwały Ebory dawno już minęły. -?Łagodny głos Alda­sa­ira zda­wał się dry­fo­wać nad nimi w zapa­da­ją­cym zmroku. Leżąca u jego boku wielka wil­czyca przy­po­mi­nała utkany z ciem­no­ści kopiec, tylko jej poma­rań­czowe oczy pło­nęły w ciem­no­ściach niczym lam­piony. -?Nasze armie z ich lśnią­cymi zbro­jami i śpie­wa­ją­cymi mie­czami to nic wię­cej niż rdza i zaku­rzone kości. Jeste­śmy jak... echo zamierz­chłych cza­sów.

Sie­dzący obok niego Bern wyglą­dał na stro­ska­nego i Noon pomy­ślała, że ma ku temu powody. Od bitwy Alda­sair nie ode­zwał się pra­wie sło­wem, a gdy teraz to zro­bił, wyda­wał się zagu­biony. Bern zdjął kocio­łek z ognia, napeł­nił cynowy kubek i podał go Ebo­ra­ni­nowi.

-?To był długi dzień. Masz, napij się cze­goś gorą­cego. -?Odchrząk­nął. - Miesz­kańcy Fin­ne­ral znają tro­chę tych ludzi. Han­dlo­wa­li­śmy z nimi, a nasze statki zawi­jały do tej zim­nej, małej zatoczki. Mają tu te ogromne kraby, któ­rych mięso jest tak tłu­ste i pożywne, że wystar­cza na wiele dni. Robią też mate­riał z wodo­ro­stów, nazy­wają go mor­ską skórą, jest mocny jak dia­bli. My przy­wo­zi­li­śmy nasz metal i skóry wie­lo­ry­bów, cho­ciaż... -?Urwał i zaka­słał w zaci­śniętą pięść. -?Pew­nie przez jakiś czas będzie mniej tego wszyst­kiego. -?Za krę­giem ognia Shar­rik wycią­gnął się na szcze­ci­nia­stej tra­wie, odsła­nia­jąc futrza­ste pod­brzu­sze. Chwilę póź­niej ciszę prze­rwało jego dono­śne chra­pa­nie.

-?Wojna to jedno. Wiem, że będzie znacz­nie gorzej. -?Noon się­gnęła umy­słem do Vostok i wyczuła jej bli­skość; była niczym biały pło­mień gniewu. -?Ale my... my wszy­scy się mylimy. Musimy się bar­dziej sta­rać.

-?A ty nagle sta­łaś się eks­pertką, tak? -?Tor wziął kocio­łek i napeł­nił swój kubek. -?Wiedźma z rów­nin, która więk­szość życia spę­dziła uwię­ziona w Cyta­deli, chce mnie uczyć, jak powinny wal­czyć ebo­rań­skie bestie wojenne?

Powie­dział to lek­kim, żar­to­bli­wym tonem, jed­nak Noon wyczuła w jego sło­wach stal. Nic dziw­nego, dep­tała prze­cież wszystko, co przy­słu­gi­wało mu od uro­dze­nia. Mimo to poczuła, jak wzbiera w niej gniew.

-?Wiem o byciu bro­nią wię­cej niż ty kie­dy­kol­wiek się dowiesz.

-?Dobrze zro­bisz, jeśli jej posłu­chasz, synu Ebory. -?Vostok wychy­nęła spo­mię­dzy drzew; mimo potęż­nej budowy poru­szała się bez­gło­śnie. Jak zwy­kle Noon poczuła radość na widok smo­czycy. Nawet w gęst­nie­ją­cym mroku wyglą­dała maje­sta­tycz­nie, jej lśniące łuski odbi­jały poma­rań­czowy blask tysią­cem minia­tu­ro­wych słońc. -?Nasze pro­blemy są liczne i zło­żone i nie mamy czasu, żeby je roz­wią­zać.

Tor odwró­cił wzrok od smo­czycy. Noon wie­działa, że nie sprze­ciwi się jej otwar­cie -?na­dal był pełen podziwu dla pierw­szej bestii wojen­nej, która przy­szła na świat po set­kach lat ocze­ki­wa­nia, i nie­jed­no­krot­nie przy­ła­py­wała go, jak patrzył na Vostok z czymś w rodzaju tęsk­noty.

-?Znisz­czy­li­śmy czer­wia, zabi­li­śmy dzie­siątki kukieł i prze­pę­dzi­li­śmy Behe­mota. -?Upił łyk z cyno­wego kubka i skrzy­wił się. -?Na korze­nie, Bern, co to za pomyje? Zresztą nie­ważne. -?Pokrę­cił głową. -?Ja, tak czy ina­czej, nazy­wam to zwy­cię­stwem. Na wybrzeżu są ludzie, któ­rzy prze­żyli dzięki nam, nie zostali uwię­zieni pod żywicą i nikt nie wyżarł im wnętrz­no­ści.

-?Prze­pę­dzi­li­ście Behe­mota, który już wcze­śniej był osła­biony. -?Vostok pode­szła do ognia i na chwilę przy­lgnęła głową do ramie­nia Noon. -?Od wie­ków leżały w ruinie, więc nie miały kiedy się zre­ge­ne­ro­wać, dla­tego mamy wyjąt­kową oka­zję. To rów­nież wyjąt­kowa sytu­acja z innego powodu, ponie­waż wal­czymy chyba naj­gor­szymi bestiami wojen­nymi w histo­rii Ebory.

Na dźwięk tych słów Kirune pode­rwał się z ziemi, obna­żył kły i zasy­czał wście­kle. Nawet Shar­rik uniósł głowę, a jego pióra się zje­żyły.

-?Posłu­chaj­cie mnie. Musimy wal­czyć, jak­by­śmy byli jed­no­ścią. Musimy poru­szać się i ata­ko­wać jak jeden oddział. Bez jed­no­ści jeste­śmy cha­osem. -?Vostok prych­nęła i Noon dotknęła dło­nią łusek na jej szyi. Były cie­płe. -?To dla­tego, że żadne z was nie ma wspo­mnień zapi­sa­nych w korze­niach. Kiedy umar­li­śmy ostatni raz, nasze dusze powinny były wró­cić do korzeni Ygse­rila, a zamiast tego zosta­li­śmy wygnani i zagu­bi­li­śmy się. Sta­li­śmy się upio­rami, żer­du­chami nawie­dza­ją­cymi pozo­sta­ło­ści po naszych wro­gach, a teraz, kiedy nawet te dusze prze­pa­dły i obró­ciły się w nicość, ja jedna prze­trwa­łam dzięki Noon, żeby na powrót odna­leźć Eborę. Czy wy w ogóle rozu­mie­cie, co utra­ci­li­ście? Dzięki wspo­mnie­niom zapi­sa­nym w korze­niach pamię­ta­li­by­ście wszyst­kie swoje bitwy, wszyst­kie zwy­cię­stwa, i zna­li­by­śmy się tak, jak powin­ni­śmy. Czu­li­by­ście, jak korze­nie Ygse­rila zwią­zują nas ze sobą. -?Noon czuła, że złość Vostok ustę­puje pod napo­rem smutku, jed­nak głos smo­czycy nie zdra­dzał jej uczuć. -?Dla­tego musimy się nauczyć współ­pra­co­wać bez wię­zów, które nor­mal­nie nas łączyły. Krótko mówiąc, musi­cie się nauczyć przyj­mo­wać roz­kazy.

-?I to ty będziesz je wyda­wać, wężu? -?Kirune krą­żył teraz wokół ogni­ska, jego potężne łapy wzbi­jały obłoczki kurzu. -?Będziesz nami dowo­dzić tylko dla­tego, że zio­niesz ogniem?

-?Spo­koj­nie, Kirune. -?Tor wycią­gnął rękę w kie­runku wiel­kiego kota, jego twarz zdra­dzała nie­po­kój. -?To nie pomoże...

-?Dowo­dzę wami, ponie­waż jestem jedy­nym ogni­wem, które łączy was z dawną chwałą! -?zagrzmiała Vostok. W jej pasz­czy zatań­czyły fio­le­towe pło­mie­nie. -?Skra­dziono wam imiona i nadano nowe, przy­pad­kowe, pocho­dzące z daw­nych zwo­jów, ponie­waż nikt nie wie, jak naprawdę brzmią te praw­dziwe. Nie jeste­ście praw­dzi­wymi bestiami wojen­nymi. -?Smo­czyca opu­ściła głowę i Noon zaczęła się zasta­na­wiać, czym zakoń­czy się to całe sza­leń­stwo: nie­do­rzeczną walką na odlu­dziu, w któ­rej wszy­scy zginą spa­leni smo­czym ogniem? -?Kirune, nie chcesz stwo­rzyć więzi ze swoim wojow­ni­kiem i czer­piesz dziką radość ze sprze­ci­wia­nia się wszyst­kiemu i wszyst­kim. Twój ego­izm spro­wa­dzi na nas nie­szczę­ście. Shar­riku, jesteś dzielny, ale nie myślisz. Twoja siła mogłaby być wyko­rzy­stana do wielu innych rze­czy. Jes­sen, jesteś pło­chliwa, a to chyba naj­gor­sza i naj­bar­dziej nie­wy­ba­czalna cecha u bestii wojen­nych. Do tego twój wojow­nik wcale nie jest wojow­ni­kiem.

Mimo cie­pła, jakim ema­no­wał gniew Vostok, Noon skrzy­wiła się. Tym­cza­sem Alda­sair jak gdyby nie usły­szał słów smo­czycy, sie­dział ze spusz­czoną głową i pal­cami sple­cio­nymi na cyno­wym kubku.

-?A ty, Tor­ma­li­nie Lek­ko­du­chu. -?Tor pod­sko­czył jak opa­rzony. -?Jesteś próżny, roz­ko­ja­rzony, aro­gancki i gorąco wie­rzysz w to, że jesteś tu jedy­nym wojow­ni­kiem. Jeśli nie nauczysz się współ­pra­co­wać z Kirune, nie będzie z cie­bie żad­nego pożytku i sta­niesz się dla nas cię­ża­rem.

-?Ćwi­czy­łem przez dzie­się­cio­le­cia, pod­czas gdy ty nawie­dza­łaś wrak Esiaha Godwor­tha, ty nie­wy­da­rzona reli­kwio...

-?Hej. -?Noon usia­dła. -?Torze, bestie wojenne zgi­nęły z koń­cem Ósmego Desz­czu, wydarte ze swych ciał, kiedy wasz bóg-drzewo uwię­ził kró­lową Jure'lia. To nie tak, że chciały się stać żer­du­chami. Kto by chciał? - Wspo­mnie­nie smutku Vostok i zakło­po­ta­nie tym, czym się stały, na­dal było bole­śnie świeże.

Vostok zigno­ro­wała ich oboje.

-?Naszym celem był Behe­mot. Mie­li­śmy współ­pra­co­wać, żeby prze­gnać go na długo przed tym, zanim wypeł­znie czerw. I gdzie wtedy byli­ście?

-?Rato­wa­li­śmy ludzi. -?Głos Jes­sen był łagodny, jed­nak Noon po raz pierw­szy wyczuła w nim nutę gniewu. -?Pomo­gli­śmy dzie­ciom uciec.

-?Dzieci -?rzu­ciła szy­der­czo Vostok. -?To wojną powin­ni­ście się mar­twić, nie garstką dzieci. Jeśli pozwo­limy wszyst­kim Behe­mo­tom uciec, tak jak temu dziś, już wkrótce dzieci Sarnu nie będą niczyim pro­ble­mem.

-?Vostok. -?Noon zaci­snęła usta w wąską kre­skę. Dotkli­wie czuła gniew smo­czycy i świa­do­mość ta spra­wiała, że nie mogła zebrać myśli. W zamy­śle­niu dotknęła pal­cami koszuli; ukryta pod nią srebrna bli­zna wyda­wała się zbyt gładka. -?Naprawdę myślisz, że mogli­śmy dziś zabić tę rzecz? Mając do dys­po­zy­cji tylko cztery bestie wojenne?

Vostok odwró­ciła głowę i obej­rzała się na drzewa, jakby coś usły­szała, jed­nak Noon wie­działa, że unika odpo­wie­dzi. Już samo to spra­wiło, że zro­biło jej się zimno.

-?Czy kie­dyś już się tak zda­rzyło? -?spy­tał Bern. Na jego szcze­rej twa­rzy malo­wała się nie­zwy­kła powaga. -?Czy wcze­śniej zda­rzyły się jakieś bitwy, w któ­rych szanse były tak... nie­ko­rzystne?

-?Nie -?odparła zwięźle Vostok. -?Wcze­śniej zawsze były nas setki.

-?To bez zna­cze­nia -?ode­zwał się Shar­rik. Pod­niósł się z ziemi i roz­ło­żył skrzy­dła -?były ogromne, a w bla­sku ognia miały naj­głęb­szy odcień gra­natu. -?Jeste­śmy potężni! Będziemy wal­czyć!

-?Musi­cie nauczyć się wal­czyć -?upo­mniała go Vostok, tym razem nieco łagod­niej. Z gra­cją pod­ku­liła nogi i uło­żyła się na ziemi. -?Albo będziemy dzia­łać wspól­nie, albo zgi­niemy. Musimy zna­leźć spo­sób, żeby na powrót stać się jed­no­ścią.

-?Cóż... -?Tor­ma­lin odchy­lił się do tyłu, na chwilę spoj­rzał Noon w oczy i uśmiech­nął się pół­gęb­kiem. -?Może nam się poszczę­ści i po powro­cie do pałacu zasta­niemy świeżo wyklute bestie wojenne. Nie takie rze­czy się zda­rzały.

Rozdział 5

5

Chyba ni­gdy w życiu nie odby­łam dziw­niej­szej podróży.

Razem z Nan­themą zmie­rzamy powoli do Ebory. Podró­żu­jemy, kiedy jest to bez­pieczne i śpimy na zmianę. Spo­glą­dam w niebo i wypa­truję tru­piego księ­życa, niczym język, który odru­chowo bada dziurę po zębie -?wiem, że znikł, ale część mnie na­dal nie może w to uwie­rzyć. Odkąd były­śmy świad­kami, jak szczątki zato­pio­nego Behe­mota uno­szą się z dna morza, nie widzia­ły­śmy z bli­ska żad­nych Jure'lia. Widu­jemy je z daleka, ogromne, wzdęte guzy tkwiące nie­ru­chomo nad czub­kami drzew albo -?co bar­dziej nie­po­ko­jące -?nad maleń­kimi osa­dami. Trudno opi­sać, co czuję, gdy widzę, jak potwory z naszej histo­rii kolejny raz dźwi­gają się z kolan.

Dziw­nie jest rów­nież podró­żo­wać z Nan­themą. Nie­mal boję się na nią patrzeć, jak gdyby część mojej prze­szło­ści siłą wdarła się do teraź­niej­szo­ści. Jest taka cudowna, jak ją zapa­mię­ta­łam, kiedy śpi, jej dłu­gie rzęsy rzu­cają cień na policzki i wciąż cho­dzi tym swoim zama­szy­stym, pew­nym sie­bie kro­kiem. Dotyka mojej ręki i całuje mnie w poli­czek jak­by­śmy ni­gdy się nie roz­stały, wiem jed­nak, że w jej oczach musia­łam się bar­dzo zmie­nić, i choć jest prze­ra­żona rów­nie mocno jak ja, zawsze patrzy na wszystko z cie­ka­wo­ścią i zdu­mie­niem. To rzecz, którą kocha­łam w niej naj­bar­dziej.

Cie­szę się, że żyje. I cie­szę się, że nie muszę odby­wać tej podróży samot­nie.

Frag­ment dzien­ni­ków Lady Vin­cenzy "Vin­tage" de Gra­zon

-?Mówię ci, Vin, że ktoś tam jest.

Vin­tage zamarła i mru­żąc oczy, spoj­rzała w dal, ale widziała jedy­nie drogę dziu­rawą i zapusz­czoną po latach nie­uży­wa­nia. W tym odle­głym zakątku Ebory było mniej budyn­ków, za to mnó­stwo dróg tu i ówdzie upstrzo­nych posą­gami, które nie­gdyś musiały wyglą­dać spek­ta­ku­lar­nie.

-?Masz lep­szy wzrok ode mnie, kochana. Kto to?

W odpo­wie­dzi Nan­thema ścią­gnęła brwi. Podró­żo­wały od tygo­dni, były zmę­czone, brudne i głodne, bo żywiły się tym, co udało im się zna­leźć w dzi­kich obsza­rach Ebory, i od czasu do czasu kró­li­kiem ustrze­lo­nym z kuszy przez Vin­tage. Przez więk­szość czasu nie widziały śla­dów ludz­kiej byt­no­ści, więk­szość miesz­kań­ców ukry­wała się bowiem w domo­stwach, cze­ka­jąc, czy przyjdą po nich Jure'lia. Vin­tage doszła do budu­ją­cego wnio­sku, że więk­szość ludzi nie jest na tyle głu­pia, żeby dokąd­kol­wiek podró­żo­wać, to jed­nak zna­czyło, że ona i Nan­thema nie nale­żały do więk­szo­ści.

-?Podejdźmy bli­żej i sprawdźmy.

Cho­ciaż w ciągu ostat­nich dni lód stop­niał, wciąż było prze­raź­li­wie zimno i odpi­na­jąc wiszącą u pasa kuszę, Vin­tage stwier­dziła, że palce ma skost­niałe. Po obu stro­nach drogi ciemne, wyso­kie sosny wzno­siły się niczym czarna zło­wroga kur­tyna. Patrząc na nie, Vin­tage zaczęła się zasta­na­wiać, czy ludzie na powrót zmie­nili się w ban­dy­tów, jak mieli w zwy­czaju w cza­sie wojny.

-?To chło­piec -?powie­działa Nan­thema.

-?Dziecko? Na pną­cza! Co robi tutaj dziecko...? -?Chwilę póź­niej go zoba­czyła, a zaraz potem uświa­do­miła sobie, kto to taki. -?Nan, to Ebo­ra­nin.

Nan­thema poki­wała tylko głową.

Chło­piec sie­dział na pęk­nię­tym kamie­niu, na chu­dym ramie­niu miał zawie­szone coś, co wyglą­dało jak łuk z czar­nego drewna. Zda­niem Vin­tage nie wyglą­dał na wię­cej niż dwa­na­ście-trzy­na­ście lat, jed­nak był Ebo­ra­ni­nem, a to zna­czyło, że rów­nie dobrze mógł prze­żyć już dwie­ście wio­sen. Popie­late włosy miał dłu­gie i potar­gane i choć twarz miał deli­katną, a rysy ostre, był zde­cy­do­wa­nie za chudy. Pod­bita futrem kurtka wisiała na nim i odsta­wała przy koł­nie­rzu, tak że szyję miał odkrytą. Chło­piec gar­bił się, jakby nie miał siły pod­nieść głowy. Dopiero po chwili Vin­tage dostrze­gła, że pęk­nięty kamień to w isto­cie powa­lony posąg. Sądząc po wężo­wej gło­wie leżą­cej teraz u stóp chłopca, przed­sta­wiał smoka. No tak, bestia wojenna, pomy­ślała.

-?Dziecko Ebory -?mruk­nęła Vin­tage. -?Myśla­łam... zakła­da­łam...

Nan­thema zer­k­nęła na nią i zaci­snęła usta z nie­za­do­wo­le­niem.

-?Kiedy Ygse­ril prze­sta­wał wydzie­lać życio­dajny sok, rodziło się bar­dzo nie­wiele dzieci, a te, które przy­szły na świat, były słabe i cho­ro­wite. -?Dotknęła pal­cem opra­wek oku­la­rów. -?Kiedy odkry­li­śmy, że ludzka krew może nas ule­czyć, matki i ojco­wie kar­mili nią dzieci. Oczy­wi­ście nie wie­dzie­li­śmy, że spo­ży­wa­nie krwi ludzi spro­wa­dzi na nas szkar­łat­nicę... -?Pokrę­ciła głową. -?Nie pamię­tam, kiedy ostatni raz widzia­łam dziecko Ebory.

-?Chodź, prze­ko­najmy się, kim jest ten bie­dak i co robi na tym odlu­dziu.

Kiedy się zbli­żyły, chło­piec zadarł głowę i się­gnął po zawie­szony na ramie­niu łuk. U jego stóp leżał koł­czan pełen strzał -?Vin­tage pomy­ślała, że wyglą­dają na wie­kowe -?i przy­kryte płót­nem sta­lowe wia­dro. Oczy chłopca tonęły w cie­niu, jed­nak teraz, kiedy pode­szły bli­żej, Vin­tage zoba­czyła wokół nich zmarszczki, które nada­wały chłopcu wygląd starca. Zasta­na­wiała się, jak w ogóle mogła wziąć go za ludz­kie dziecko -?była to cecha cha­rak­te­ry­styczna Ebo­ran, podob­nie jak czer­wone oczy i nad­na­tu­ralna siła. Podró­żu­jąc z Torem, a teraz z Nan­themą, zaczęła zbyt­nio się do nich przy­zwy­cza­jać. Z cichym wes­tchnie­niem chło­piec dźwi­gnął się z kamie­nia.

-?Skar­bie, jest za zimno, żeby sie­dzieć na sta­rych kamie­niach. -?Vin­tage uśmiech­nęła się do niego. -?Moja bab­cia zwy­kła mawiać, że od sie­dze­nia na zim­nym dostaje się wilka. Z pew­no­ścią jesteś jesz­cze za młody na takie rze­czy, ale nie zaszko­dzi na sie­bie uwa­żać.

-?Wilka? -?Głos miał głęb­szy, niż się tego spo­dzie­wała. -?Jakiego wilka?

-?No cóż, to dobre pyta­nie. -?Zatrzy­mały się przed nim. Jego rdza­wo­czer­wone oczy zda­wały się zbyt jasne jak na tak ponury dzień i bar­dziej przy­po­mi­nały bliź­nia­cze rubiny niż kałuże czer­wo­nego wina. - Nic ci nie jest? -?Kiedy nie odpo­wie­dział, Vin­tage wska­zała swoją towa­rzyszkę. -?To Nan­thema. Jak zapewne widzisz, zna te strony, ja jed­nak jestem tu pierw­szy raz. Nazy­wam się lady Vin­cenza de Gra­zon, ale możesz mówić do mnie Vin­tage.

Usły­szaw­szy to, chło­piec uniósł brwi, jak gdyby imię zro­biło na nim wra­że­nie.

-?Jestem Eri -?powie­dział. -?Eri z... Nie pamię­tam. Chyba z Lone­fell.

-?Tak się nazywa twój dom? -?spy­tała Nan­thema.

-?Chyba tak.

-?Czy oprócz cie­bie jest tu ktoś jesz­cze? -?docie­kała Vin­tage, roz­glą­da­jąc się dookoła, jakby liczyła, że zoba­czy jesz­cze jakichś Ebo­ran. -?Masz może jakichś krew­nych?

Pyta­nie wyraź­nie przy­gnę­biło chłopca, który spoj­rzał na ciemny las po dru­giej stro­nie zruj­no­wa­nej drogi, po czym się­gnął po koł­czan.

-?W tych lasach są małe jele­nie, a przy­naj­mniej kie­dyś były. Trudno sobie przy­po­mnieć, ale jestem pewien, że kie­dyś je tu widzia­łem. Ostat­nio jed­nak sły­chać tu wilki, które wyją w nocy, a cza­sami też za dnia. -?Z tru­dem prze­łknął ślinę. -?Myśli­cie, że wilki zja­dły wszyst­kie jele­nie? -?Urwał, a gdy znów się ode­zwał, głos miał dziw­nie dono­śny. - Potrze­buję mięsa.

-?Może wła­śnie o to cho­dzi -?powie­działa Vin­tage. -?Jesteś sam, Eri?

Chło­piec zer­k­nął na wia­dro i przez chwilę mil­czał, jakby zasta­na­wiał się, co odpo­wie­dzieć.

-?Jedze­nie sta­nowi pro­blem -?ode­zwał się w końcu. -?Nie mogę wciąż uda­wać, że jest ina­czej. W spi­żarni został jeden słoik, a zie­mia jest zbyt zmar­z­nięta, żeby coś w niej posiać. -?Spoj­rzał na nie i zako­ły­sał się na pię­tach. -?Czy tam, dokąd idzie­cie, jest jedze­nie? I w ogóle dokąd idzie­cie?

-?Do serca Ebory, Eri, do pałacu. Mamy nadzieję, że zasta­niemy tam ludzi, albo cho­ciaż coś do jedze­nia. -?Vin­tage posłała chłopcu swój naj­cie­plej­szy uśmiech. -?Warto spraw­dzić, nie sądzisz? Chciał­byś pójść z nami?

-?Nie powi­nie­nem tam iść -?odparł chło­piec. -?Wiem to. Mie­li­śmy tam ni­gdy wię­cej nie wra­cać.

-?Kto tak powie­dział? Co wyda­rzyło się w pałacu? -?Nan­thema spoj­rzała na chłopca, lecz on tylko wzru­szył ramio­nami.

-?Nie wiem. Ni­gdy tam nie byłem, a teraz nie pamię­tam już nawet dla­czego... -?Po chwili schy­lił się i pod­niósł wia­dro. W środku coś zagrze­cho­tało. -?Pójdę i się rozej­rzę. Zawsze prze­cież mogę wró­cić, prawda?

***

Póź­niej, kiedy roz­bili obóz i Eri zasnął przy ogniu, Vin­tage przy­ła­pała się na tym, że wpa­truje się w jego twarz. Była zbyt wymi­ze­ro­wana, a skóra zda­wała się dziw­nie cienka, jed­nak Vin­tage pomy­ślała, że to nie dla­tego, że chło­piec nie doja­dał. Nan­thema jak gdyby czy­tała jej w myślach, bo wska­zała głową chłopca i paty­kiem szturch­nęła ogni­sko.

-?Uro­dził się po tym, jak Ygse­ril obumarł. Jest cho­ro­wity, bo nie kar­mił się życio­daj­nym sokiem z korzeni boga-drzewa. Wygląda sta­rzej niż powi­nien, nie sądzisz?

-?Wiesz, jak trudno okre­ślić wiek Ebo­ra­nina? -?Vin­tage mówiła ciszej niż Nan­thema, choć zda­wało się, że chło­piec śpi w naj­lep­sze. Świad­czyło o tym jego dono­śnie chra­pa­nie. -?Dla mnie wygląda jak chło­piec, który od dawna cho­ruje.

-?Bo ponie­kąd tak wła­śnie jest.

Zapa­dła cisza. Roz­pa­lili ogień nie­opo­dal kręgu kamieni rzeź­bio­nych mister­nie w splą­tane gir­landy blusz­czu, choć roz­tań­czone cie­nie spra­wiały, że gdy zer­kała na nie kątem oka, Vin­tage widziała wycięte w kamie­niu patrzące pożą­dli­wie twa­rze.

-?Powin­ny­śmy były popro­sić go, żeby zabrał nas do swo­jego domu. Cie­kawe, ilu Ebo­ran tam zostało i dla­czego posta­no­wili zamiesz­kać tak daleko od pałacu. -?Nan­thema zaci­snęła usta w wąską kre­skę. -?Zanim ode­szłam, ludzie ścią­gali do niego, żeby być jak naj­bli­żej sie­bie. Miesz­ka­nie tak daleko nie ma sensu. Może zoba­czymy, co jest w tym wia­drze?

Vin­tage wzru­szyła ramio­nami.

-?Pew­nie jedze­nie, które zabrał ze sobą z domu -?odparła, cho­ciaż sama w to nie wie­rzyła. Cokol­wiek było w wia­drze, nie brzmiało jak jedze­nie, kiedy grze­cho­cząc, obi­jało się o metal. -?Daj mu spo­kój, Nan. Zabie­rzemy go z sobą do pałacu, znaj­dziemy jedze­nie, żeby tro­chę go pod­tu­czyć i może znaj­dziemy kogoś, kto się nim zaopie­kuje. Bie­dak, wygląda, jakby potrze­bo­wał opieki.

Nan­thema nie wyglą­dała na prze­ko­naną. Wyjęła z torby rolkę zatłusz­czo­nego papieru, odwi­nęła z niej kawa­łek suszo­nej kieł­basy i odgry­zła kęs.

-?Jak to jest po tak dłu­gim cza­sie zoba­czyć dziecko swo­ich roda­ków? Taki widok budzi pew­nie nadzieję. W końcu tkwi­łaś uwię­ziona w Behe­mo­cie przez ponad dwa­dzie­ścia lat.

-?Tak naprawdę czas dla mnie nie pły­nął, Vin.

-?Wiesz, o czym mówię, Nan.

Nan­thema pod­nio­sła wzrok znad pęta kieł­basy i uśmiech­nęła się sze­roko.

-?Jak zawsze jestem cie­kawa, Vin. Mam nadzieję, że w pałacu będą jacyś ludzie i że ktoś inny zaj­mie się chłop­cem. Chcesz gryza?

Vin­tage przy­po­mniała sobie, jak chło­piec spoj­rzał na wia­dro i jak powie­dział: "Potrze­buję mięsa".

-?Dzię­kuję, skar­bie, ale nie.

Rozdział 6

6

Cela -?bo Hestil­lion tak myślała o pomiesz­cze­niu -?na swój okropny spo­sób była nie­mal przy­tulna. Ni­gdy nie było w niej zimno ani za cie­pło, a bul­wia­ste bro­dawki ema­no­wały sła­bym świa­tłem kilka godzin dzien­nie, dzięki czemu pamię­tała natu­ralny cykl nocy i dni. Kilka godzin po tym, jak kró­lowa po raz pierw­szy zosta­wiła ją samą, ściana pokoju otwarła się niczym powieki i do środka wsą­czyła się pękata, bez­kształtna istota z narę­czem mię­si­stych, brą­zo­wych, lar­wo­po­dob­nych rze­czy. Hestil­lion chwy­ciła strąk z bestią wojenną i ucie­kła pod prze­ciw­le­głą ścianę, jed­nak istota poło­żyła dar na pod­ło­dze mię­dzy nimi, po czym zaczęła wyko­ny­wać nie­na­tu­ralne, zachę­ca­jące gesty, jak gdyby Hestil­lion była nie­uf­nym, dzi­kim zwie­rzę­ciem, a ona pró­bo­wała się z nim zaprzy­jaź­nić. Kiedy Hestil­lion się nie ruszyła, istota pode­szła bli­żej na swo­ich krót­kich nogach, się­gnęła po jeden z brą­zo­wych strą­ków i go otwo­rzyła. W środku była jakaś biała, ziar­ni­sta breja. Istota nabrała ją w coś, co mogło ucho­dzić za jej dłoń, i pod­nio­sła do miej­sca, gdzie znaj­do­wa­łyby się jej usta, gdyby miała jaką­kol­wiek twarz. Gest był aż nadto zro­zu­miały. Chwilę póź­niej stwór ostroż­nie odło­żył otwarty strąk z powro­tem na pod­łogę i opu­ścił pomiesz­cze­nie przez otwór w ścia­nie.

Hestil­lion potrze­bo­wała kilku godzin, żeby zdo­być się na odwagę, i gdy uczu­cie pustki w żołądku stało się nie do wytrzy­ma­nia, pod­nio­sła strąk. Ku jej zasko­cze­niu oka­zało się, że ziar­ni­sta breja przy­po­mina w smaku mdłą owsiankę. Zja­dła ją, a gdy nic się nie wyda­rzyło, otwo­rzyła kolejny strąk. Ten zawie­rał wodę o lekko mine­ral­nym smaku.

Od tej pory powłó­czący nogami stwór -?nie potra­fiła powie­dzieć, czy to ten sam, czy może za każ­dym razem inny -?codzien­nie zosta­wiał jej paczki z jedze­niem, a ona jadła i piła bez obaw. A mimo to była prze­ra­żona, zła jak ni­gdy w życiu, i miała ser­decz­nie dość owsianki.

Świetlne wypustki roz­ja­rzyły się moc­niej, naśla­du­jąc świa­tło poranka, gdy ostatni bez­kształtny stwór prze­śli­zgnął się przez pomarsz­czony otwór w ścia­nie. Hestil­lion kucała na gąb­cza­stej pod­ło­dze, tuląc do piersi strąk z Ygse­rila. Zda­wało jej się, że zro­bił się cie­pły, a cza­sami, kiedy zamie­rała w cał­ko­wi­tym bez­ru­chu, miała wra­że­nie, że zamknięte w środku stwo­rze­nie poru­sza się i pró­buje się z nią skon­tak­to­wać. Wtedy jed­nak przy­po­mi­nała sobie, jak wędru­jąc w snach, myślała, że roz­ma­wia z wiel­kim bogiem Ygse­ri­lem, gdy tak naprawdę przy­mi­lała się i płasz­czyła się przed ich wro­giem, który pod­stę­pem prze­ko­nał ją, żeby uwol­niła kró­lową Jure'lia z jej wię­zie­nia w korze­niach boga-drzewa. Na­dal nie mogła znieść tej świa­do­mo­ści.

-?Ty. Stwo­rze. Potra­fisz mówić?

Istota poło­żyła paczki z jedze­niem na pod­ło­dze i zesztyw­niała. Stwory, które przy­cho­dziły codzien­nie, były na oko iden­tyczne. Skła­dały się z mięk­kiego, czar­nego mate­riału, który sta­no­wił chyba istotę wszyst­kiego, czym byli Jure'lia, nie miały głów, tylko krępe kor­pusy, krót­kie, klo­co­wate nogi i dłu­gie, ela­styczne ramiona. Palce, któ­rymi zakoń­czone były ich ręce, zmie­niały się i prze­kształ­cały w to, co aku­rat było potrzebne.

-?Wiem, że mnie sły­szysz. -?Hestil­lion nie­chęt­nie porzu­ciła przy­jemne cie­pło strąku i wstała. -?Chcę coś innego niż ta papka. Chcę praw­dzi­wego jedze­nia. Skoro mnie tutaj trzy­ma­cie, musi­cie mi dać coś praw­dzi­wego. Wino, chleb, mięso... -?Myśl o chle­bie, świeżo wypie­czo­nym i jesz­cze cie­płym, była niczym cios i przez chwilę Hestil­lion nie potra­fiła dobyć głosu. -?Gdzie twoja kró­lowa? Przy­pro­wadź ją do mnie!

Stwór, powłó­cząc nogami, ruszył gwał­tow­nie w stronę wyj­ścia, naj­wy­raź­niej zamie­rza­jąc ją zosta­wić, jed­nak Hestil­lion, nie­wiele myśląc, dogo­niła go, chwy­ciła za włók­ni­ste ramię i szarp­nię­ciem odcią­gnęła od wyj­ścia.

-?Powiedz coś! Wiem, że mnie sły­szysz, wiem!

W dotyku ramię istoty było twarde i łyko­wate, kiedy je jed­nak ści­snęła, zmie­niło się w gęstą, lepką sub­stan­cję, która prze­cie­kła jej przez palce i chwilę póź­niej stwór znik­nął za ścianą. Rycząc z wście­kło­ści, Hestil­lion rzu­ciła się za nim i jej głowa i tułów z mokrym mla­śnię­ciem prze­szły przez otwór w ścia­nie. Dostrze­gła zakrę­ca­jącą, wąską prze­strzeń pełną cieni i gala­re­to­wa­tego stwora, który zni­kał za rogiem. Chwilę póź­niej ściana zaczęła się zamy­kać i zaci­skać wokół niej niczym żywa obręcz.

-?Wiem, że mnie sły­szysz!

Zaparł­szy się sto­pami o pod­łogę, spró­bo­wała prze­pchnąć się na drugą stronę na wąski kory­tarz, jed­nak ściana wepchnęła ją z powro­tem do środka, zupeł­nie jakby wypluła ją z sie­bie z wielką siłą. Hestil­lion ude­rzyła o pod­łogę i choć natych­miast zerwała się na równe nogi, dziura w ścia­nie zdą­żyła się zaskle­pić, a powierzch­nia na powrót stała się cał­ko­wi­cie gładka.

Przez kil­ka­na­ście nie­rów­nych ude­rzeń serca Hestil­lion stała, trzę­sąc się, i wście­kłym wzro­kiem patrzyła na ścianę. W końcu z jej ust dobył się roz­dzie­ra­jący krzyk, od któ­rego roz­bo­lało ją gar­dło.

-?Sły­szysz mnie! Wiem, że mnie sły­szysz! Wiem to!

Na drżą­cych nogach wró­ciła do leżą­cego na pod­ło­dze strąka. Wyda­wał się mały i szary -?oso­bliwy arte­fakt sprzed setek lat w brzu­chu obcego potwora. Wie­działa jed­nak, że w środku jest coś, co łączy ją z Eborą i wszyst­kim, co porzu­ciła.

Uklę­kła przy nim, dotknęła dłońmi powierzchni strąka i zmu­siła się, żeby spoj­rzeć na niego jak należy. Tak naprawdę wcale nie był szary, lecz miał barwę pole­ro­wa­nego sre­bra. Był też dłuż­szy niż szer­szy, choć kształt miał nie­re­gu­larny, upstrzony deli­kat­nymi wypu­kło­ściami. Na skórce nie było bruzd ani zmarsz­czek, niczego, pod co mogłaby wsu­nąć paznok­cie.

-?Wiem, że ty też mnie sły­szysz -?powie­działa łagod­nie. -?I prze­pra­szam, jeśli nie jesteś gotowy, ale potrze­buję cię tutaj, maluszku.

Zaci­snąw­szy zęby, Hestil­lion zgięła palce tak, że wyglą­dały jak szpony, i zato­piła paznok­cie w skórce strąka. Napo­tkała opór i z początku jej palce śli­zgały się na powierzchni, jed­nak ści­snęła strąk kola­nami i wyko­rzy­stu­jąc wła­sny cię­żar, zdo­łała ode­rwać kawa­łek skórki. Była gruba i włók­ni­sta, i wypeł­niła pomiesz­cze­nie czy­stym, inten­syw­nym zapa­chem drzew i liści. Powstrzy­mu­jąc szlo­cha­nie -?ach, jakże ten zapach przy­po­mi­nał jej wcze­sne dzie­ciń­stwo -?zaczęła odry­wać kolejne kawałki. Nie zwra­cała uwagi na poła­mane, krwa­wiące paznok­cie. Skórka strąka była grub­sza, niż sądziła, tak gruba, że Hestil­lion zaczęła się zasta­na­wiać, czy coś w ogóle jest w środku, jed­nak ode­pchnęła od sie­bie tę okropną myśl i mru­cząc pod nosem, zdwo­iła wysiłki. W pew­nej chwili staw w małym palcu lewej ręki pękł z cichym trza­skiem i Hestil­lion poczuła przej­mu­jący ból, który się­gał aż do łok­cia. Syk­nęła tylko poiry­to­wana i pra­co­wała dalej. Coś się zmie­niło w fak­tu­rze skórki, była bar­dziej kru­cha i roz­pa­dała jej się w dło­niach, aż w końcu palce Hestil­lion natra­fiły na war­stwę cze­goś, co przy­po­mi­nało grubą, gęstą koronkę.

To wtedy poczuła, jak coś się poru­sza.

Z jej ust mimo­wol­nie dobył się cichy krzyk. Pod jej pal­cami drgnęły pur­pu­rowe łuski, maleń­kie i zacho­dzące na sie­bie. W jej gło­wie poja­wiła się dziwna myśl, że strąk okaże się pełen węży, które wypeł­zną i ją pożrą, a mimo to zakrwa­wio­nymi pal­cami na­dal roz­ry­wała grubą, twardą skórkę. Cokol­wiek było w środku poru­szało się słabo, nie było w sta­nie samo się uwol­nić i Hestil­lion zła­pała się na tym, że prze­ma­wia do niego szep­tem, jak do dziecka.

-?Spo­koj­nie, spo­koj­nie, już nie­długo. Zacze­kaj jesz­cze chwilę, kocha­nie.

Wsu­nęła ręce do strąka, objęła dłońmi zamkniętą w nim istotę i poczuła, jak ota­cza­jące ją płyny chlu­stają jej na pierś, mocząc gor­set i tak już podar­tej sukni. Stwo­rze­nie poru­szyło się nie­mrawo, śli­ską, łusko­watą skórę miało dziw­nie roz­pa­loną. Gdy Hestil­lion pocią­gnęła z całych sił, strąk roz­padł się na kilka więk­szych czę­ści, a ona sama upa­dła na pod­łogę z bestią wojenną w ramio­nach.

Przez kilka odde­chów była zbyt wyczer­pana, żeby cokol­wiek zro­bić. Leżała mokra od pach­ną­cych drze­wami pły­nów, czu­jąc na piersi cię­żar stwo­rze­nia i bole­sne pul­so­wa­nie w pal­cach. Kiedy w końcu zdo­łała unieść głowę, spoj­rzała w duże, per­ło­wo­białe oko. Bestia wojenna była nie­wiele więk­sza od spo­rych roz­mia­rów psa i oka­zała się smo­kiem o dłu­giej, wężo­wej gło­wie, którą prze­chy­lała nieco, żeby lepiej widzieć. Ciem­no­pur­pu­rowe łuski na gar­dle i brzu­chu miały kolor fuk­sji, zaś wyra­sta­jące za uszami małe, ciemne rogi były tak fio­le­towe, że nie­mal gra­na­towe. Małe i mokre skrzy­dła lepiły się do grzbietu stwo­rze­nia. Drżąc z obawy i zmę­cze­nia, Hestil­lion wycią­gnęła rękę i ostroż­nie dotknęła pyszczka smoka.

-?Czuję smak two­jej krwi.

Łagodny głos nale­żał do samca. Brzmiał bar­dzo młodo. Hestil­lion nie­pew­nie poki­wała głową.

-?Sły­szysz mnie.

-?Tak. -?Smok zamru­gał jak sowa. Choć w pierw­szej chwili pomy­ślała, że jego oczy są cał­ko­wi­cie białe, zoba­czyła teraz, że pośrodku są srebrne i nie­mal lustrzane.

-?Widzisz mnie?

Smok prych­nął i ześli­zgnął się z niej na pod­łogę. Wyda­wało się, że ma pro­blem, żeby ustać na łapach, bo głowę miał zbyt dużą w porów­na­niu do reszty ciała. Hestil­lion pomy­ślała, że wygląda jak dziecko.

-?Widzę cię i sma­kuję. Jestem głodny.

-?Tak. -?Hestil­lion wstała powoli, nie potra­fiła ode­rwać wzroku od smo­czątka. Dobrze wie­działa, że bestie wojenne wyklu­wały się ze strą­ków, kiedy osią­gnęły pełne roz­miary, a przy­naj­mniej gdy były na tyle duże, że nie robiło to zbyt wiel­kiej róż­nicy. To stwo­rze­nie, zamknięte w nie­wy­ro­śnię­tym strąku, spę­dziło za mało czasu na gałęzi Ygse­rila, było za słabe i mogło umrzeć. Ale przy­naj­mniej teraz miało szansę. Pierw­sze bestie wojenne, które przy­szły na świat po tak dłu­giej prze­rwie, zasłu­gi­wały cho­ciaż na to. -?Jak się nazy­wasz, panie?

Smok postą­pił kilka kro­ków do przodu. Idąc, pró­bo­wał patrzeć na wła­sne łapy, przez co omal się nie prze­wró­cił. Ogon miał krótki i gruby, tak że led­wie doty­kał nim pod­łogi.

-?Nie wiem. Jest tu coś do jedze­nia?

To rów­nież było coś nowego. Po śmierci dusze bestii wojen­nych wra­cały do korzeni Ygse­rila, by wieki póź­niej odro­dzić się w jego gałę­ziach. Pamię­tały, kim były, jak wyglą­dały i zacho­wy­wały dawne wspo­mnie­nia. Był to jeden z powo­dów, dla któ­rych sta­no­wiły tak potężną siłę -?były bowiem ucie­le­śnie­niem histo­rii Ebory. Hestil­lion pomy­ślała o wszyst­kich bestiach, które umarły na końcu Ósmego Desz­czu, kiedy obumarł Ygse­ril. Pomy­ślała o ich duszach szu­ka­ją­cych korzeni wiel­kiego drzewa, suchych i mar­twych, i poczuła ciarki peł­znące jej po ple­cach.

-?Co pamię­tasz, o jasny? Możesz mi coś powie­dzieć? Cokol­wiek? -?Smok obró­cił wężową głowę, żeby na nią spoj­rzeć. -?Póź­niej dosta­niesz jedze­nie.

Bestia par­sk­nęła obu­rzona i otrze­pała się niczym pies.

-?Cie­pło, słońce. Sze­lest. Spa­da­nie. -?Na próbę roz­ło­żyła jedno skrzy­dło, czarne pióra były pozle­piane. -?Prze­pra­szam.

-?Nie prze­pra­szaj, panie. Pro­szę, oto jedze­nie. -?Pode­szła do strą­ków z papką i zaczęła otwie­rać jeden z nich. Tym­cza­sem idące w jej stronę smo­czątko potknęło się, prze­wró­ciło i leżąc na boku, bez­rad­nie machało łap­kami. Hestil­lion pod­nio­sła je i igno­ru­jąc roz­pacz, od któ­rej gnio­tło ją w piersi, prze­nio­sła z powro­tem do strąka. Mam kogoś, z kim mogę poroz­ma­wiać, powie­działa sobie w duchu. Nie jestem sama.

-?Tutaj, zobacz. Tutaj. -?Poło­żyła je sobie na kola­nach -?mimo wszystko stwo­rze­nie było za duże, żeby mogła wygod­nie sie­dzieć -?i nakie­ro­wała jego pysz­czek w stronę otwar­tego strąka. Smok zaczął jeść tak łap­czy­wie, że resztki kle­iku ście­kały z jej szaty. Kiedy zjadł zawar­tość pierw­szego strąka, otwo­rzyła drugi i pod­sta­wiła mu pod pysz­czek.

-?Będziesz potrze­bo­wał imie­nia, panie. -?W odpo­wie­dzi usły­szała jedy­nie wil­gotne mla­ska­nie. -?I chyba sama będę musiała ci je nadać. -?Choć było jej nie­wy­god­nie, jego cię­żar sta­no­wił dla niej pewne pocie­sze­nie. -?Nie mam poję­cia, jakie imię nosi­łeś wcze­śniej, i nie jestem pewna, czy powin­nam cię nazwać imie­niem innej bestii. To chyba byłoby... nie­for­tunne. -?Odchrząk­nęła. -?Nie sądzi­łam, że kie­dy­kol­wiek będę trzy­mała w ramio­nach bestię wojenną ani że kie­dyś znów opusz­czę Eborę, a jed­nak tak się stało. Kiedy byłam bar­dzo, bar­dzo mała, w Ebo­rze rósł pewien kwiat. Był moim ulu­bio­nym, miał duży, fio­le­towy kie­lich o aksa­mit­nych płat­kach. Nazy­wał się cel­la­pha­lious. Był taki deli­katny i trudny w upra­wie. Wielu naszych ogrod­ni­ków poświę­cało dzie­siątki lat, żeby go wyho­do­wać, a późną wio­sną, kiedy nowe rośliny otwie­rały pąki, świę­to­wa­li­śmy. Nazy­wa­li­śmy ten dzień Świę­tem Cela­phon i w ten spo­sób wita­li­śmy nowe kwiaty. -?Hestil­lion uświa­do­miła sobie, że pła­cze. Łzy cie­płymi struż­kami spły­wały po jej brud­nej twa­rzy, jed­nak nie miało to zna­cze­nia. -?Cela­phon. Może tak cię nazwę. Jak ci się podoba takie imię?

Smo­czątko prych­nęło z pyszcz­kiem wciąż zanu­rzo­nym w strąku.

-?Cela­phon. Cela­phon.

-?Wła­śnie. -?Hestil­lion uśmiech­nęła się przez łzy. -?Dosko­nale to wyma­wiasz.

Wła­śnie otwo­rzyła trzeci strąk, nie myśląc o tym, co sama będzie jadła, kiedy ściana otwo­rzyła się i w wej­ściu sta­nęła kró­lowa Jure'lia. Gdy tylko prze­stą­piła przez próg, otwór w ścia­nie zaskle­pił się. Hestil­lion przy­ci­snęła Cela­phona do piersi i wstała. Sta­rała się nie zwra­cać uwagi na to, jaki jest ciężki.

-?Co to jest, lady Hestil­lion Eskt? Co ty zro­bi­łaś?

-?Wie­dzia­łaś, że go mam -?odparła. -?Wie­dzia­łaś i nic nie mówi­łaś.

-?Myśle­li­śmy, że to coś nie żyje. -?Kró­lowa prze­ma­wiała łagod­nym tonem, jed­nak Hestil­lion nie dała się zwieść. -?Żywa bestia wojenna, tutaj, mię­dzy nami. Widzie­li­śmy takie zmiany. Nie­bez­pieczne zmiany.

Pozo­sta­jący w cią­głym ruchu czarny sufit nagle wyraź­nie się oży­wił, a pod­łoga pod pan­to­flem Hestil­lion zro­biła się cie­pła, jakby Behe­mot sku­pił na niej całą swoją uwagę.

-?Jeśli chcesz go zabić, będziesz musiała zabić mnie -?oświad­czyła. -?To wszystko, co mi pozo­stało. Nie myśl sobie, że za niego nie umrę.

Było to ryzy­kowne posu­nię­cie. Hestil­lion wciąż nie wie­działa, dla­czego kró­lowa ją oszczę­dziła ani dla­czego zabrała ją do wnę­trza tru­piego księ­życa, bo prze­cież nie dla­tego, że była jej wdzięczna.

-?Wszy­scy tak bar­dzo przej­mu­je­cie się życiem i umie­ra­niem.

-?A wy nie?

Wyda­wało się, że kró­lowa wzięła głę­boki oddech i Hestil­lion przez chwilę zasta­na­wiała się, czy w ogóle ma płuca, czy był to celowy wybieg, żeby ją roz­broić.

-?Pew­nie nie. Nas inte­re­sują naro­dziny, zmiany i ruch. Kon­sump­cja. -?Bez względu na to, czy był to pod­stęp, czy nie, kró­lowa pochy­liła głowę, jakby naprawdę zasta­na­wiała się nad odpo­wie­dziami. -?Jed­nostka jest niczym, kiedy całość zmie­nia się i poru­sza. Mimo to dałaś nam wiele do myśle­nia, Hestil­lion Eskt. Powie­dzia­łaś, że coś takiego ni­gdy dotąd się nie zda­rzyło, że w całej histo­rii naszych ras ni­gdy dotąd ze sobą nie roz­ma­wia­li­śmy, i jest to prawda. Nawią­zano kon­takt. Stała się zmiana. Może jed­nak ma to zna­cze­nie.

Cela­phon wier­cił się jej w ramio­nach. Hestil­lion chciała, żeby kró­lowa prze­stała uży­wać jej nazwi­ska rodo­wego; zdra­dziła je tylko dla­tego, że myślała, że roz­ma­wia ze swoim bogiem.

-?Nie dbam o to, co dla was ważne. Zamie­rzam zatrzy­mać Cela­phona. Nie dosta­nie­cie go.

-?Już nada­łaś mu imię? Wy i te wasze imiona. -?Kró­lowa weszła głę­biej do pomiesz­cze­nia, jej lśniące oczy zatrzy­mały się na bestii wojen­nej i Hestil­lion poża­ło­wała nagle, że zdra­dziła jej imię smoka. -?Ale skoro nie dbasz o to, co dla nas ważne, lady Hestil­lion, po co tu przy­szłaś?

-?Nie przy­szłam tu! To wy mnie zabra­li­ście.

W pokoju zapa­dła cisza. Cela­phon umo­ścił się w obję­ciach Hestil­lion i oparł głowę na jej ramie­niu.

-?Czyżby, Hestil­lion Eskt? Nie pamię­tam, żebyś spe­cjal­nie się bro­niła. Czu­li­śmy, że potrze­bu­jesz uciec. -?Kiedy Hestil­lion nie odpo­wie­działa, kró­lowa odwró­ciła się z powro­tem do ściany, która otwo­rzyła się pod jej doty­kiem. -?Cie­kawe. Będzie wię­cej jedze­nia dla naszego sta­rego wroga. Bo i czemu miałby nie jeść? To naj­słab­sze zwie­rzę w mio­cie, więc i tak nie­ba­wem zdech­nie.

Po tych sło­wach wyszła, zosta­wia­jąc Hestil­lion i świeżo wyklute smo­czę w nie­zręcz­nej ciszy.

Rozdział 7

7

Ezio­nie, wybacz mi ten jakże krótki list, ale jak możesz sobie wyobra­zić, nie­bez­piecz­nie jest zatrzy­my­wać się gdzieś na dłu­żej, a w tej maleń­kiej wio­sce mamy oka­zję spę­dzić noc pod dachem. Zamie­rzam wyko­rzy­stać to naj­le­piej, jak się da.

Mam szczerą nadzieję, że wszy­scy jeste­ście bez­pieczni. Jak mają się Carla i dzieci? Co u Bern­harta? Jeśli macie choć tro­chę roz­sądku, będzie­cie sie­dzieć cicho. Gro­madź­cie jedze­nie, które może prze­trwać długi czas, i nie podró­żuj­cie, jeśli nie jest to abso­lut­nie konieczne. Nie zapo­mi­naj też o pra­cow­ni­kach, Ezio­nie -?pra­cują u nas od poko­leń i są dla nas jak rodzina. Chcę, żebyś wyobra­ził sobie moją twarz, kiedy to piszę, i wiedz, że jeśli dowiem się, że było ina­czej, napy­tasz sobie biedy. (Zapewne nie­na­wi­dzisz, kiedy star­sza sio­stra udziela ci rad, ale wiesz, że mam rację. Chyba zawsze to wie­dzia­łeś).

Zasko­czę cię, kiedy powiem, że podró­żuję z Ebo­ranką imie­niem Nan­thema. Pamię­tasz ją? Pew­nie tak. Zmie­rzamy do Ebory z nadzieją, że znaj­dziemy tam odpo­wie­dzi. Napi­szę do cie­bie znów, kiedy tylko dowiem się cze­goś wię­cej. Pro­szę, uca­łuj ode mnie Carlę i dzieci i powiedz im, że cio­teczka Vin­tage bar­dzo je kocha.

Frag­ment pry­wat­nej kore­spon­den­cji Lorda Eziona de Gra­zon

Noon pochy­liła się do przodu przy wtó­rze skrzy­pie­nia skó­rza­nej uprzęży i przy­ci­snęła dło­nie do łusek na szyi Vostok. W dole pod nimi lśniły oszro­nione pery­fe­rie Ebory: zaro­śnięte pola niczym skute lodem morze, a tu i ówdzie na końcu pustej drogi ruiny domo­stwa. Nad­cho­dziła wio­sna i dni robiły się coraz cie­plej­sze, jed­nak wcze­sne poranki wciąż jesz­cze nale­żały do zimy. Posta­no­wiono, że będą na zmianę patro­lo­wać Eborę i codzien­nie obser­wo­wać jej gra­nice. Od potyczki na wybrzeżu nie mieli żad­nych wie­ści o Jure'lia, musieli jed­nak zakła­dać, że wróg nie śpi. Noon nie­mal czuła pod pal­cami, jak krew Vostok pły­nie gorąca pod per­ło­wymi łuskami i pió­rami koloru kości sło­nio­wej. Na myśl o tym uśmiech­nęła się do sie­bie. Ona sama była prze­mar­z­nięta do szpiku kości, wróg miał nad nimi miaż­dżącą prze­wagę liczebną i wszyst­kim gro­ziło nie­bez­pie­czeń­stwo, ale przy­naj­mniej sie­działa na grzbie­cie cho­ler­nego smoka.

-?Ależ wszystko się zmie­niło -?powie­działa Vostok. -?Pamię­tam, kiedy...

-?Vostok, jeśli zamie­rzasz opo­wia­dać o tym, że kie­dyś były tu pola zło­tej psze­nicy, lądo­wi­sko dla bestii wojen­nych z różo­wego mar­muru albo jakaś inna prze­klęta rzecz, nie rób tego, pro­szę.

-?Wła­ści­wie tutaj był sad -?zadud­niła smo­czyca, wyraź­nie ura­żona. - Wspo­mnie­nia są ważne, dziecko. Sama zresztą o tym wiesz.

Noon przy­gry­zła wargę.

-?Tak, wiem. Prze­pra­szam.

Wspo­mnie­nia sta­no­wiły draż­liwy temat. Inne bestie wojenne Dzie­wią­tego Desz­czu, które pod­czas dłu­giej zimy naro­dziły się ze srebr­nych strą­ków, nie pamię­tały Ebory w jej daw­nej chwale. W ogóle nie pamię­tały nic ze swo­ich poprzed­nich żyć -?nawet wła­snych imion, nie mówiąc o tym, jak wal­czyć z Jure'lia, bro­nić Eborę czy lecieć w szyku bojo­wym u boku swych braci i sióstr.

-?Coś wymy­ślimy -?powie­działa z uda­waną pew­no­ścią sie­bie. -?Tor­ma­lin dokłada wszel­kich sta­rań, żeby stwo­rzyć więź z Kirune, a Alda­sair... No cóż, obaj robią, co mogą...

-?Muszą bar­dziej się sta­rać. Muszą nauczyć się słu­chać. Sama nie powstrzy­mam inwa­zji Jure'lia. -?Vostok gwał­tow­nie zało­po­tała skrzy­dłami, raz i drugi, tak że wzbiły się wyżej w niebo. Noon zaci­snęła dło­nie na wzmoc­nio­nym rze­mie­niu z przodu uprzęży i zmru­żyła oczy, czu­jąc, jak lodo­waty wiatr smaga jej twarz.

-?Co to?

-?Nie jeste­śmy same. Ktoś tu leci. Spójrz tam, w stronę gór.

Noon zamru­gała, żeby pozbyć się łez, które pęd powie­trza wyci­skał jej z oczu i spoj­rzała w kie­runku, w któ­rym nio­sła je Vostok. Nie­mal natych­miast to zoba­czyła -?mały, czarny kształt na tle sza­rego nieba. Żołą­dek pod­szedł jej do gar­dła, a pierś ści­snęła się z eks­cy­ta­cji.

-?To pie­przona Cyta­dela. Co oni tu robią? -?Noon zaci­snęła usta. Jak­kol­wiek nie­sa­mo­wite mogło się to wyda­wać, minęło sporo czasu, odkąd ostatni raz myślała o Cyta­deli i nie­szczę­snych celach peł­nych wiedźm dzi­kiego ognia.

-?Nie domy­ślasz się? -?zachi­cho­tała Vostok.

-?Jeśli myślą, że zabiorą mnie z powro­tem do tej nory... -?Noon się roze­śmiała. Leciała na pie­przo­nym smoku. -?Pod­le­cimy bli­żej i poka­żemy im, co potrafi twój ogień?

Led­wie to powie­działa, kra­jo­braz w dole roz­mył się, kiedy wystrze­liły ku widocz­nej w oddali czar­nej kropce. Noon pochy­liła się nad kar­kiem Vostok, nawet na chwilę nie spusz­cza­jąc z oczu czar­nej kropki. Gdy się zbli­żyły, zoba­czyła, że to rze­czy­wi­ście wielki nie­to­perz, bar­dzo podobny do tego, na któ­rym sama ucie­kła z Cyta­deli. Dosia­dała go kobieta w nie­bie­sko-sza­rej pele­ry­nie i pod­bi­tym futrem kape­lu­szu, który miał chro­nić ją przed zim­nem. Kolejna wiedźma dzi­kiego ognia i agentka Cyta­deli. Nie wyco­fała się, kiedy pod­le­ciały bli­żej, choć Noon dostrze­gła, że cała się spięła, a jej usta poru­szyły się, gdy mruk­nęła coś, żeby uspo­koić spło­szo­nego nie­to­perza. Żaden z wiel­kich nie­to­perzy, które przy­szły na świat w ciągu ostat­niego stu­le­cia, nie widział żywej bestii wojen­nej. Vostok pod­le­ciała bli­żej, po czym zawi­sła w powie­trzu. Sierść nie­to­perza falo­wała od leni­wych ude­rzeń jej skrzy­deł.

-?No, no. Zabłą­dzi­li­śmy, tak?

Kobieta się uśmiech­nęła. Była młoda, nie­wiele star­sza od Noon, a jej skóra miała cie­płą, brą­zową barwę. Spod pod­bi­tego futrem kape­lu­sza wysta­wały krę­cone pasma lśnią­cych, czar­nych wło­sów. Wyglą­dała jakby czę­sto się uśmie­chała, a jej zuchwale zadarta broda zdra­dzała pew­ność sie­bie nie­pa­su­jącą do kogoś, kto lada chwila może zgi­nąć upie­czony w smo­czym ogniu. Kape­lusz i włosy czę­ściowo zasła­niały nie­to­pe­rze skrzy­dło wyta­tu­owane na czole.

-?Sroga Noon, jak mnie­mam.

-?To ni­gdy nie było moje imię. -?Noon przy­tknęła palce do szyi Vostok i zaczerp­nęła jej ener­gii życio­wej, by obu­dzić w sobie dziki ogień. Chwilę póź­niej poczuła roz­le­wa­jące się w piersi przy­jemne cie­pło. -?Ni­gdy tam nie wrócę. Chyba już to wie­dzą.

Kobieta prze­chy­liła głowę.

-?Wierz mi, że nie przy­by­łam tu po to, żeby spro­wa­dzić cię do domu.

-?To jest dom Noon -?ode­zwała się Vostok. -?Nie żadne ludz­kie wię­zie­nie.

Po raz pierw­szy kobieta wyglą­dała na zde­ner­wo­waną.

-?To potrafi mówić?

-?Oczy­wi­ście, że potrafi -?wark­nęła Noon i zaci­snęła usta w wąską kre­skę. Roz­bu­dzony w jej wnę­trzu dziki ogień chciał wyrwać się na zewnątrz. -?Czego chcesz?

-?Jestem Agentka Maritza. Przy­by­łam, ponie­waż Cyta­dela jest cie­kawa. Z Ebory na rów­niny docie­rają roz­ma­ite opo­wie­ści. -?Ner­wowo zer­k­nęła na Vostok. -?I wygląda na to, że są one praw­dziwe.

-?Praw­dziwe? Potrze­bu­je­cie wię­cej dowo­dów? -?Noon wska­zała puste niebo nad ich gło­wami. Jesz­cze do nie­dawna wisiał na nim trupi księ­życ, nie­ru­chomy od setek lat. Kiedy wró­cili Jure'lia, stare Behe­moty -?w tym rów­nież ten -?obu­dziły się do życia. Agentka Maritza poki­wała ze smut­kiem głową.

-?Tak, przy­znaję, że znowu widziano na nie­bie robale.

Noon odchy­liła się w sio­dle i zasta­na­wiała się przez chwilę. Ostat­nie, na co miała ochotę, to miła poga­wędka z agentką Cyta­deli, jed­nak sroga zima spra­wiła, że więk­szość nowo otwar­tych szla­ków do Ebory świe­ciła pust­kami, a oni roz­pacz­li­wie potrze­bo­wali infor­ma­cji. Spo­kój Vostok pod­po­wia­dał jej, że smo­czyca w pełni się z nią zga­dza.

-?Wró­cili do swo­ich daw­nych sztu­czek, co?

Agentka Maritza poki­wała głową.

-?W kilku miej­scach, tak. Naje­dli się do syta, wyrzy­gali tę swoją zie­loną żywicę, a nawet zosta­wili kilka kukieł. -?Kąciki ust kobiety opa­dły i Noon skrzy­wiła się ze współ­czu­ciem. -?Ale nie było tak źle, jak można by przy­pusz­czać. Jest coś dziw­nego w ich dzia­ła­niu. Ata­kują, po czym zni­kają, jakby byli zdez­o­rien­to­wani albo nie­pewni. A same Behe­moty... -?Kobieta urwała. -?Jak wiele wie­cie o tym, co się stało?

-?Wię­cej niż mamy ochotę ci powie­dzieć -?zadud­niła Vostok.

Agentka zamru­gała, po czym pod­jęła prze­rwaną opo­wieść:

-?Roz­siane po Sar­nie stare, uszko­dzone Behe­moty napra­wiły się. Nikt by nie pomy­ślał, że będą w sta­nie znów latać, ale tak wła­śnie się stało.

Noon nie­chęt­nie pomy­ślała o Behe­mo­cie na ziemi Esiaha Godworta. Obse­sja męż­czy­zny na punk­cie wraku oka­zała się nawet więk­sza niż zami­ło­wa­nie Vin­tage do arte­fak­tów zwią­za­nych z Jure'lia. I choć dziki ogień Noon znisz­czył połowę wraku, wcale by się nie zdzi­wiła, gdyby oka­zało się, że ten rów­nież krą­żył gdzieś po nie­bie. Przy­po­mniała sobie wyschnięte, skur­czone ciało syna Esiaha, Tyrona Godworta, który został uwię­ziony w samym sercu tej mon­stru­al­nej kon­struk­cji. Chło­paka także zabiła jego wła­sna cie­ka­wość.

-?Na­dal są słabi -?powie­działa z zadumą Vostok. -?Zwy­kle ukry­wali się i mieli wieki, żeby zbu­do­wać i napra­wić te swoje stwory. Teraz są osła­bieni i muszą powoli docho­dzić do sie­bie.

Noon kolejny raz poło­żyła dłoń na szyi smo­czycy. Uwa­żaj, ostrze­gła ją w myślach. Nie możemy zdra­dzać zbyt wiele. Uczu­cie cie­pła pod pal­cami powie­działo jej, że Vostok się z nią zga­dza.

-?Ile bestii wojen­nych przy­szło na świat? -?Agentka Maritza uśmiech­nęła się. -?Czy w ogóle tak się mówi? Ile strą­ków zrzu­cił wasz bóg? I w jakim są sta­nie? -?Poryw lodo­wa­tego wia­tru szarp­nął jej kape­lu­szem i kobieta nacią­gnęła go głę­biej na czoło. Jej nie­to­perz nie oka­zy­wał żad­nych oznak zmę­cze­nia.

-?Dla­czego myślisz, że ci powiem? Cyta­dela może się walić. Prze­każ im to ode mnie.

Maritza prych­nęła.

-?Naprawdę myślisz, że Cyta­delę obcho­dzi jedna zbie­gła wiedźma? Cały Sarn ma teraz na gło­wie waż­niej­sze pro­blemy. Poza tym, z tego, co sły­sza­łam, i tak spi­sali cię na straty jako nie­bez­pieczną wariatkę.

Roz­ju­szona sło­wami agentki Noon poczuła, jak w Vostok nara­sta gniew. Od tej chwili poru­szały się jak jeden orga­nizm. Gdy Noon unio­sła ręce, żeby ude­rzyć w Maritzę cien­kim stru­mie­niem dzi­kiego ognia, Vostok pochy­liła głowę. Zie­lone pło­mie­nie strze­liły nie­całą stopę od agentki, która w pośpie­chu szar­pała lejce nie­to­pe­rza. Noon odchy­liła się do tyłu, miała przy­jemne wra­że­nie, że żołą­dek naci­ska jej na pierś. Tym­cza­sem Vostok wzbiła się wyżej ponad głowy agentki i jej wierz­chowca. Smo­czyca pochy­liła głowę i ryk­nęła, a spo­mię­dzy jej szczęk wylał się stru­mień pur­pu­ro­wego ognia. Przez chwilę Noon myślała, że Vostok ma dość Agentki Maritzy i posta­no­wiła strą­cić ją i nie­to­pe­rza z nieba, ale kiedy odzy­skała ostrość widze­nia, kobieta wciąż tam była, choć roz­pacz­li­wie pró­bo­wała odzy­skać pano­wa­nie nad prze­ra­żo­nym i nieco osma­lo­nym przez pło­mie­nie wierz­chow­cem. Wiel­kie nie­to­pe­rze z Cyta­deli były szko­lone do widoku dzi­kiego ognia, jed­nak spo­tka­nie ze smo­kiem było czymś zupeł­nie innym.

Wciąż wisząca nad agentką Vostok ryk­nęła wście­kle, a z tyłu jej gar­dła zami­go­tał zło­wiesz­czo pur­pu­rowy ogień. Agentka Maritza unio­sła wolną rękę, wokół któ­rej niczym ręka­wica zapło­nął zie­lony pło­mień. Widząc to, Noon roze­śmiała się rado­śnie.

-?Naprawdę chcesz się prze­ko­nać, na co nas stać, Agentko Maritzo? - Vostok nie­mal wibro­wała od zgro­ma­dzo­nej w jej wnę­trzu mocy. Smo­czyca chciała wal­czyć i Noon uświa­do­miła sobie, że ona rów­nież tego chce. - Pło­mie­nie two­rzą naprawdę piękną kom­bi­na­cję. Zapew­niam cię, że warto ją zoba­czyć, choć nie­długo nacie­szysz się tym wido­kiem, bo żar wytopi ci oczy.

Nie­to­perz na­dal pró­bo­wał się wyrwać i po chwili pło­mie­nie ota­cza­jące dłoń agentki zga­sły, gdy kobieta obu­rącz chwy­ciła lejce.

-?Jeśli myśli­cie, że na tym odlu­dziu jeste­ście bez­pieczne, myli­cie się. -?Agentka pró­bo­wała tchnąć w swoje słowa szy­der­czą nutę, lecz twarz miała mokrą od potu, więc nie zabrzmiały one wia­ry­god­nie. -?Jeśli upad­nie Sarn, to samo czeka Eborę.

Nie­to­perz wzbił się po łuku w górę i naj­szyb­ciej jak mógł, zawró­cił w stronę góry. Przez chwilę wyda­wało się natu­ralne, że polecą za nim i strącą go z nieba jęzo­rami zie­lono-pur­pu­ro­wego ognia, jed­nak Noon przy­po­mniała sobie głos Vin­tage mówiący jej, że głu­potą jest zabi­jać kogoś tylko dla­tego, że cię obra­ził. Tylko dla­tego, że chcia­łaś.

Kobieta i jej nie­to­perz byli teraz zale­d­wie małą plamką na nie­bie, smugą na tle sza­ro­ści Bez­kr­wi­stych Gór, pod­czas gdy dookoła nich wsta­wał, jeśli nie cie­pły, to z pew­no­ścią jasny dzień. Noon potarła dło­nie. Były zimne jak lód, choć ona sama wcale nie czuła chłodu, nie kiedy ogrze­wała ją złość Vostok.

-?Wra­cajmy -?powie­działa, się­ga­jąc po uprząż. -?Tor pew­nie chciałby o tym wie­dzieć.

Rozdział 8

8

Tor stał na dzie­dzińcu z ramio­nami sple­cio­nymi na piersi i obser­wo­wał, jak rosły męż­czy­zna pró­buje przy­ci­snąć gryfa do ziemi.

A przy­naj­mniej tak to wyglą­dało. Tak naprawdę Bern Młod­szy trzy­mał w dło­niach długi kawa­łek cien­kiej liny i pró­bo­wał wziąć miarę, jed­nak Shar­rik ani myślał uła­twić mu zada­nie. Leżał na bruku niczym kot i roz­po­ście­rał swe ogromne skrzy­dła, odpy­cha­jąc od sie­bie Berna.

-?Na kamie­nie, Shar­rik, możesz przez chwilę się nie wier­cić? Gdy­byś leżał spo­koj­nie, uwi­nął­bym się raz-dwa.

-?Nie chcę tej uprzęży. -?Głos gryfa był niski i chro­pawy. -?Chcę mieć zbroję, ozdo­bioną klej­no­tami. Jak na obra­zach.

-?Tak, cóż. -?Bern Młod­szy odsu­nął się i objął wzro­kiem bestię wojenną - począw­szy od głowy, aż po tłu­kący o zie­mię ogon -?jakby szu­kał jej sła­bych punk­tów. -?W tej chwili nie mamy niczego takiego, dla­tego będziesz musiał zado­wo­lić się tym, co jest. Twoja ostat­nia uprząż nie prze­trwała potyczki w Col­dreef i jestem pewien, że stało się tak, bo była źle dopa­so­wana.

-?To naj­lep­sza skóra, jaką mamy -?ode­zwał się Tor. -?Sam o to zadba­łem. Kie­dyś znaj­dziemy zbroję sto­sowną do two­jego maje­statu.

Shar­rik łyp­nął na niego wiel­kim, obwie­dzio­nym czer­wie­nią okiem, jakby wyczuł w jego gło­sie kpinę. Wyko­rzy­stu­jąc moment nie­uwagi, Bern wszedł pod skrzy­dło gryfa i w pośpie­chu opa­sał liną jego musku­larne ramię. Nie pierw­szy raz Tora zdu­miała łatwość, z jaką młody męż­czy­zna radził sobie z gry­fem. Shar­rik był ogromny, więk­szy nawet od Vostok, i moc­niej zbu­do­wany. Jego umię­śnione łapy wiel­kiego kota pora­stało gęste futro, zaś grubą szyję nie­bie­skie, białe i szare pióra. Dłu­gie skrzy­dła gryfa - skrzy­dła orła, takie jak u Vostok i Jes­sen -?były jasnonie­bie­skie z czar­nymi lot­kami. Jak zawsze, gdy widział Shar­rika, Tor nie potra­fił ode­rwać wzroku od jego wiel­kiego, zakrzy­wio­nego, czar­nego dziobu. Wyda­wał się ostrzej­szy i bar­dziej zabój­czy od jego mie­cza, Dzie­wią­tego Desz­czu. Bern naj­wy­raź­niej czuł się swo­bod­nie w obec­no­ści Shar­rika. Mię­dzy nim a gry­fem wytwo­rzyła się więź, jaka zwy­kle łączyła -?a przy­naj­mniej powinna łączyć -?bestie wojenne i ich jeźdź­ców.

-?Vostok mówi, że zasłu­gu­jemy na nie -?powie­dział Shar­rik, choć jego głos stra­cił nieco pew­no­ści sie­bie. -?Na klej­noty i takie tam. Że należy o nas dbać i oka­zy­wać nam szcze­gólne względy.

-?Już pra­wie koniec. -?Bern wypro­sto­wał się, na co Shar­rik uniósł skrzy­dła. Tor nie wie­dział, czy męż­czy­zna jest odważny czy tylko głupi, ale był tak wysoki i bar­czy­sty, że jeśli kto­kol­wiek miał szansę zmu­sić gryfa do posłu­szeń­stwa, to tym kimś był z pew­no­ścią Bern Młod­szy. Przy­był ze swo­imi ludźmi, żeby pomóc odbu­do­wać Eborę, i był obecny w Kom­na­cie Korzeni, gdy Ygse­ril obro­dził srebr­nymi strą­kami. Po tych wyda­rze­niach więk­szość jego ludzi wró­ciła do Fin­ne­ral, on jed­nak został, poma­gał napra­wić szkody wyrzą­dzone przez wieki zanie­dbań i gdy trzeba było, poda­wał swą silną pomocną dłoń. On i Alda­sair byli świad­kami naro­dzin każ­dej bestii wojen­nej. -?Gdy­byś nie zacho­wy­wał się jak dziecko, już dawno byśmy skoń­czyli.

Tor odwró­cił się, pod­czas gdy Bern na­dal pró­bo­wał nakło­nić gryfa do współ­pracy. Byli na naj­więk­szym dzie­dzińcu pałacu, miej­scu miesz­czą­cym nie­gdyś kilka okrą­głych ogro­dów z dużą sadzawką pośrodku. Zaro­śnięte, mar­twe ogrody zostały usu­nięte, by zro­bić wię­cej miej­sca, a sadzawkę wypeł­niono słodką wodą. Wzdłuż jed­nej ze ścian Bern wybu­do­wał duże, drew­niane pomiesz­cze­nie i posze­rzył naj­więk­sze wej­ście z myślą o bestiach wojen­nych i ich wygo­dzie. Prawda była taka, że stwo­rze­nia były za duże, żeby mogły zamiesz­kać w pałacu, a dzie­dzi­niec był naj­więk­szą prze­strze­nią jaką udało się im zna­leźć. Prze­ciw­le­głą ścianę pokrytą nie­gdyś piękną, wie­kową mozaiką przed­sta­wia­jącą ławice czer­wo­nych i żół­tych ryb, szpe­ciły teraz głę­bo­kie zadra­pa­nia, które uszko­dziły płytki i powy­ry­wały je, odsła­nia­jąc widoczną pod spodem szarą glinę. Tor patrzył na ścianę, marsz­cząc brwi.

-?Patrz­cie, Vostok wraca. Zobacz, Shar­rik, jak pięk­nie pre­zen­tuje się uprząż!

Sły­sząc słowa Berna, Tor odwró­cił się i zadarł­szy głowę, obser­wo­wał smo­czycę, któ­rej masywne ciało rzu­cało na nich cień, a szpo­nia­ste łapy wycią­gały się w stronę ziemi. Opa­dała z taką gra­cją, że jej potężne skrzy­dła nie­mal nie poru­szały powie­trza. Chwilę póź­niej Noon zesko­czyła z grzbietu Vostok.

-?Lady Vostok, jak twoja nowa uprząż? -?Bern pod­szedł do smo­czycy, jedną ręką szar­piąc w zamy­śle­niu sta­ran­nie przy­strzy­żoną żółtą brodę. -?Nie była nie­wy­godna? Nie spo­wo­do­wała żad­nych otarć? Nie krę­po­wała ruchów?

-?Spi­sała się dobrze.

Bern posłał gry­fowi trium­falne spoj­rze­nie.

-?Widzisz, Shar­rik? Spi­sała się! Prze­sta­niesz się teraz wier­cić?

-?Uwie­rzy­cie, że na pogó­rzach spo­tka­ły­śmy agentkę Cyta­deli? -?Policzki Noon były czer­wone od zimna, oczy jej lśniły. Jej czarne potar­gane włosy czę­ściowo zakry­wały wyta­tu­owane na czole skrzy­dło nie­to­pe­rza, jed­nak Tor nie pamię­tał, by kie­dy­kol­wiek widział Noon sta­ran­nie ucze­saną. Miała na sobie miękki, skó­rzany strój podróżny z cięż­kim kap­tu­rem, któ­rego naj­wy­raź­niej nie wło­żyła. Odru­chowo pod­niósł rękę, żeby dotknąć oszpe­co­nej połowy twa­rzy, roz­my­ślił się jed­nak i zamiast tego popra­wił koł­nierz. Dopiero po chwili dotarło do niego zna­cze­nie słów Noon.

-?Jeden z tych sza­leń­ców zapu­ścił się aż tutaj? Na­dal pró­bują zawlec cię z powro­tem do wię­zie­nia? -?Odchrząk­nął. -?Nic ci nie jest?

Noon prych­nęła lek­ce­wa­żąco.

-?Czyżby Kirune znów ude­rzył cię w głowę? Była sama i nie pró­bo­wała nic zro­bić. -?Za jej ple­cami Vostok ski­nie­niem głowy witała Shar­rika. Bern zapi­sy­wał coś w maleń­kim, znisz­czo­nym note­siku, który wyjął zza pasa. - A gdyby spró­bo­wała, Vostok i ja strą­ci­ły­by­śmy ją z nieba. -?Urwała i przyj­rzała mu się, jakby dopiero teraz zoba­czyła go wyraź­nie. -?Wszystko w porządku? -?spy­tała nieco łagod­niej.

Przez chwilę chciał odcią­gnąć ją na bok i poroz­ma­wiać z nią na osob­no­ści. Pamię­tał, jak bli­scy stali się sobie, kiedy wszedł do jej snów i gdy tuliła go we wraku Behe­mota. A póź­niej, w jaskini... Ebora z jej pro­ble­mami, sroga zima, a przede wszyst­kim bestie wojenne, wszystko to spra­wiło, że odda­lili się od sie­bie. Uśmiech­nął się więc tylko i rzu­cił żar­to­bli­wie:

-?Myślisz, że wszystko się roz­pad­nie, kiedy wy dwie opu­ści­cie pałac? Nic mi nie jest.

-?Hm. Cóż. Według tej agentki robale na razie sie­dzą cicho. Przy­pu­ścili kilka ata­ków, ale nie można nazwać tego inwa­zją. Vostok twier­dzi, że są osła­bieni i wciąż liżą dawne rany.

Tor zmarsz­czył brwi i splótł ramiona na piersi. Było mu zimno, mimo iż miał na sobie wato­waną szatę, którą zna­lazł w poko­jach nale­żą­cych nie­gdyś do jego rodziny. Była rdza­wo­czer­wona z potwo­rami mor­skimi hafto­wa­nymi na man­kie­tach jasno­zie­loną jedwabną nicią. Widok pokoi spra­wił, że zaczął myśleć o Hestil­lion. Wszyst­kie jej rze­czy na­dal tam były -?jej ubra­nia, szczotki do wło­sów i całe mnó­stwo jedwab­nych pan­to­fel­ków. Tor nie chciał na nie patrzeć i prze­niósł je do pokoju nale­żą­cego nie­gdyś do rodzi­ców.

-?Gdzie Alda­sair? -?Noon na próżno pró­bo­wała przy­gła­dzić włosy.

-?W Wylę­garni.

-?Na­dal obser­wuje?

-?Na­dal obser­wuje.

Tym razem to Noon zmarsz­czyła brwi.

-?Czyli nic się nie zmie­niło?

Tor wzru­szył ramio­nami.

-?Pój­dziesz tam? Wiem, że Alda­sair ucie­szy się na twój widok.

Wyszli z dzie­dzińca i ruszyli labi­ryn­tem pustych pała­co­wych kory­ta­rzy. Tor znał tę drogę na pamięć. Opu­ścił Eborę ponad pięć­dzie­siąt lat temu, chcąc uciec od kosz­ma­rów szkar­łat­nicy, od upadku mia­sta i zbyt licz­nych wspo­mnień, lecz mimo usil­nych sta­rań na­dal wszystko pamię­tał. Po dro­dze minęli kolejny z wewnętrz­nych ogro­dów, gdzie ludzie z rów­nin i miesz­kańcy Fin­ne­ral uwi­jali się przy sto­ja­kach do gar­bo­wa­nia skór. Tor pozdro­wił ich mach­nię­ciem ręki, pod­czas gdy Noon szła ze wzro­kiem wbi­tym przed sie­bie. Ode­zwała się dopiero, gdy ode­szli dość daleko, by nikt nie mógł ich usły­szeć.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki