Polubić ateńskie spacery to wyzwanie. Szczególnie jeśli omijać wytarte, turystyczne szlaki. Można ich nie omijać i do tego właśnie zachęcają lokalne władze. Latem zeszłego roku, a więc w środku pandemii, nowo wybrany burmistrz (siostrzeniec nowego premiera) postanowił, że tak urządzi centrum miasta, że turyści padną z wrażenia. Poprzez zwężenie fragmentów jezdni, wytyczenie ścieżek rowerowych i poszerzenie chodników burmistrz zamierzał zreorganizować blisko siedmiokilometrową drogę, która, pokonywana pieszo, będzie zahaczała o najważniejsze turystyczne atrakcje i połączy historyczne dzielnice: plac Syntagma, Omonię, Plakę, Monastiraki, okolice starożytnej Agory czy Akropolu. Nie przeprowadził konsultacji, nie słuchał krytyków, nie zamierzał tracić czasu na imposybilistów, oświadczył, co umyślił, i wysłał w miasto robotników. Kazał im pomalować deptaki na krwistą czerwień, ścieżki dla rowerzystów na kanarkową żółć, do tego postawić wzdłuż nowych szlaków donice z krzakami, kwiatami i minidrzewami oraz metalowe ławki. Gdy trasa była gotowa, burmistrz zakrzyknął: a teraz spacerujcie! Nie minęły dwa tygodnie, gdy się okazało, że rewolucyjna wizja zrodziła piękną katastrofę. Ludzie nie mogli siadać na ławkach, bo nagrzane słońcem, parzyły pośladki i uda. Nie cieszyli oczu zielenią, bo natychmiast zwiędła. Na deptaki bali się wchodzić, bo czerwień odstrasza, w dodatku, odbijając promienie, oślepia. A co najważniejsze - ruch na zwężonych drogach wcale nie zmalał. Nie dla mnie "wielki ateński spacer" - przynajmniej nie ten, na który namawiał burmistrz.
Po skończonej rozmowie w dzielnicy Sepolia na północnym zachodzie miasta szedłem w kierunku centrum i miałem ochotę krzyczeć, kląć w głos. Na nietypowy wrześniowy gorąc i moje gruczoły potowe, nagle nadaktywne, na nieustający hałas motocyklowych i samochodowych silników, na smród spalin, na szkodliwe pyły, na to całe greckie życie. Dobrze, że miałem na twarzy antywirusową maseczkę. Dobrze i niedobrze - maseczka zatrzymywała szkodliwe pyły, ale jednocześnie kazała z powrotem połykać rozgrzane powietrze.
Prawdziwsi Grecy nie narzekają na upały. Nie żeby się nie pocili, nie żeby im nie przeszkadzały plamy z potu, ale zwyczajnie już do nich przywykli. Wiwi, moja bratowa, lubi westchnąć o poranku: "Ach, Dionis, dzisiaj to dopiero będzie gorąco. Chcę do Szkocji!", po czym układa listę rzeczy do zrobienia i prawie wszystkie wiążą się z byciem poza klimatyzowanym domem i poza przyjemnym, chłodnym ogrodem: zakupy na laika, czyli warzywnym bazarku, odeskortowanie i odbiór siostrzeńców ze szkoły (siostra Wiwi Regina mieszka z rodziną na piętrze - na ateńskiej politechnice uczy fotografii i żeby zdążyć na poranne zajęcia, musi wyjechać z domu wcześniej niż inni), kilkukrotne wyjście z psem - uroczą terierką Bobicą, odprowadzenie matki nad morze i przywiezienie jej z powrotem do domu (Georgija ma siedemdziesiąt pięć lat i problemy z chodzeniem; mieszka w tylnym skrzydle. Ma krótkie, siwe włosy i piękną, mocno pobrużdżoną twarz, trwale spaloną słońcem - jakby żyła na łódce, na morzu, na wyspie, a nie w nadmorskiej dzielnicy wielkiego miasta. Dzień bez kąpieli - także zimą - Georgija uznaje za stracony, dlatego jest na plaży codziennie i spotyka się ze znajomymi, emerycką pareą, czyli paczką przyjaciół. Razem pływają, grają w karty, dyskutują, podjadają i piją tsipuro. Georgija, gdy wchodzi do wody, zawsze ma ze sobą mały trójząb i poluje z jego użyciem na ośmiornice. Czasami jakaś przyssie się jej do ramienia, wtedy dziab i już po niej, a czasami aktywnie ich szuka pod wodą. Co upoluje, przynosi córce do oprawienia, wysuszenia i zgrillowania). Że się spoci, zgrzeje, upałem umęczy, to dla Wiwi normalka. Ostatnio zabrali mnie z Nikosem - moim przyrodnim bratem - na kolację. Siedzieliśmy na dachu restauracji, słońce już dawno zaszło, księżyc oświetlał Akropol, a powietrze wciąż prawie parzyło. Najpierw pomógł mi miniwiatrak na baterie, który Wiwi zawsze nosi w torebce, a później schłodzone wino.
-
Trasę spaceru wybrałem nieprzypadkowo. W przewodniku turystycznym można by ją nazwać: "Zagłębie biedy i marności - śladami greckich neofaszystów". Oczywiście taki rozdział w większości przewodników nie miałby prawa zaistnieć, bo kto z turystów chciałby czytać o przemocy, o krwi wsiąkającej w ateńskie chodniki, o bezkarnych nożownikach, o współczesnych pogromach, o ksenofobii? Nazbyt by się to kłóciło z turystycznym wyobrażeniem Aten. Śladami Meliny Mercouri, śladami otomańskiej przeszłości, śladami rewolucji, śladami niemieckich urbanistów, śladami neoklasycystów, śladami okupacji, starożytnymi śladami, olimpijskimi śladami, poznając ateńskie wzgórza, poznając ateńskie pomniki, ateńskie place w pigułce, "wielki ateński spacer" - to wszystko owszem i jak najbardziej. Ale nie marność, nie neofaszyści.
"Kalimera, where are you from?" - pytają czasem turystów uśmiechnięci restauracyjni naganiacze. I gdy ci przystają i uprzejmie odpowiadają, sprytni Grecy zagarniającym gestem już ich prowadzą do stołów wyłożonych papierową ceratą. Mało ich obchodzi, skąd są ich goście, ważne, że przywieźli pieniądze. W końcu żołądki wszyscy mamy podobne. Ale gdy dokładnie o to samo imigrantów pytają neofaszyści z partii Złoty Świt, nie siląc się nawet na angielski, tylko wyrzucając w powietrze głośnym, zastraszającym tonem: apo pu ise?, skąd jesteś - stawka jest większa. Gra może toczyć się o życie.
Nie rozumiałem tego, gdy blisko dekadę temu zająłem się opisywaniem greckiego kryzysu. Uważałem Złoty Świt za margines, za społeczno-politycznego potworka, który nie będzie miał szansy pokazać, jak bardzo jest groźny, bo w krytycznym momencie zanihiluje go swą cudowną mocą demokracja, rozprawi się z nim prawo, wywiozą go na taczkach i utopią w morzu ludzie pamiętający dramat hitlerowskiej okupacji. Ale potwór rozdymał się, utył na niepamięci, historycznej niewiedzy, na głupocie, bezradności, nieprzenikliwości, na prostackim rozumieniu wolności słowa, zgroźniał, aż w końcu zaatakował.
Minąłem stację metra Attiki - właśnie tu, mniej więcej, jest granica "brunatnego zagłębia". Jeszcze sto lat temu zamożni stołeczni kupcy stawiali tu niezbyt wysokie, jedno- lub dwupiętrowe neoklasyczne kamienice i przy dobrej pogodzie z dachów oglądali odległe o kilka kilometrów morze. Dziś po ich bogactwie nie ma śladu, a bajeczne widoki zasłonił gęsty, betonowy las. Stąd, do okolic placu Wiktorii, kilka przecznic w tę lub tamtą - cała ta okolica uchodzi za niebezpieczną i "podupadłą".
"Podupadanie" zaczęło się od bogacenia. Na kilkanaście lat przed kryzysem z 2010 roku miejscowa klasa średnia zaczęła realizować marzenie o życiu na przedmieściach - na bardziej zielonym, mniej betonowym wschodzie Aten lub na zachodzie, bliżej wody, w każdym razie dalej od smogu, który był wtedy ateńskim problemem, ale najbardziej dławił przemysłowe centrum. Exodus był masowy - szczególnie wśród młodych, których męczył też wielkomiejski pęd. Na miejscu zostali starzy i mniej zamożni. Oraz dużo, bardzo dużo pustych mieszkań. W sam raz na tani wynajem dla coraz liczniejszych imigrantów, którzy zjawiali się w Grecji - byli wśród nich Polacy, Ukraińcy, Rosjanie, Gruzini, Albańczycy, mnóstwo Albańczyków. Właśnie tu zaczynali śnić swój grecki sen. Zapisywali dzieci do miejscowych szkół i wkrótce greccy uczniowie byli w nich mniejszością. Otwierały się jedna po drugiej gruzińskie piekarnie, polskie cukiernie i wyroby garmażeryjne, a nawet polska księgarnia i katolicki kościół. Niedługo później także kafejki internetowe prowadzone przez kolejnych przybyszów: Afgańczyków i Pakistańczyków; minimarkety, w których specjalizowali się Banglijczycy, pokoiki z "money transferem", żeby sprawnie słać euro do rodzin na Bliskim Wschodzie i w dalekiej Azji, zakłady fryzjerskie z unikalnym know-how w dziedzinie ujarzmiania afro - dla klientów z Konga, Nigerii, Sudanu, Senegalu czy Tanzanii. Opustoszałe kamienice znów tętniły życiem - a raczej dudniły, bo życia było w nich aż za dużo. Na wyższych piętrach na jedno mieszkanie przypadała jedna grecka, albańska lub polska rodzina, na parterach i w piwnicach w jednym pokoju, jednym pomieszczeniu tłoczyło się i piętnaście osób. Bez łóżek, bez materacy nawet - spało się na dywanie, w kocu albo w śpiworze, jeden obok drugiego. Płaciło się od głowy, pięć euro za nockę. Dziesięć, jeśli warunki były nieco bardziej ludzkie. Zero, jeśli zupełnie nie miało się forsy - wtedy musiała wystarczyć ławka na placu przy kościele Ajios Pandelejmonas[2] albo kawałek trawnika. Lokalni rentierzy mieli całoroczne żniwa i jednocześnie powody do zmartwień, bo ceny nieruchomości spadały popisowo. Gdy przyszedł kryzys, spadały w całym kraju, ale tam najbardziej. Zdarzały się i takie okazje - trzy tysiące euro za osiemdziesięciometrowe mieszkanie! Głównym powodem była zła sława. Po Atenach szybko rozeszła się opinia, że lepiej omijać platiję Attikis, ulice Acharnon i Michail Woda, a już przede wszystkim Ajios Pandelejmonas - plac z dużym kościołem i ogródkiem zabaw dla dzieci: centrum zagłębia marności. Bo nie dość, że imigranci, to jeszcze narkotyki, alkohol, rozboje i kradzieże - stała litania wyobrażeń o biedzie.
Ale była też grupa, dla której ta litania brzmiała słodko, jak hymn o nadziei, jak zapowiedź szczęścia - neofaszyści, po grecku chrysawgites, czyli z braku lepszego odpowiednika: złociści. Okolica Ajios Pandelejmonas była dla nich jak pole z najżyźniejszą glebą, której niewiele potrzeba, by wydała obfity plon. Dlatego Złoty Świt otworzył w pobliżu partyjne biuro i rozpoczął orkę.
-
Był rok 2010. Janis Papadopulos chwilę wcześniej wrócił z USA - studiował tam i pracował jako korespondent gazety "Ta Nea". Jest o rok młodszy ode mnie, podobnego wzrostu, za to lżejszy o jakieś dwadzieścia kilogramów. We wczesnej młodości biegał zawodowo i teraz też lubi się pościgać w maratonach i półmaratonach. Spotykamy się w jego dzielnicy, Ambelokipi, gdzie nie ma parków - biegaczom zostają do dyspozycji wąskie chodniki, wyasfaltowane pagórki i zatłoczone ulice, pustoszejące jedynie bladym świtem lub późną nocą. Dziennikarz pochodzi z Kilkis, całkiem sporego miasta na północy, studiował w Salonikach, a Ateny zaczął poznawać dopiero, gdy wrócił z Ameryki. Akurat trwała kampania wyborcza do wyborów samorządowych i w sondażach nagle zaczął się pojawiać Złoty Świt - szef partii Nikos Michaloliakos kandydował na radnego. W tym samym czasie w mediach zaczęło być głośno o "zaniepokojonych mieszkańcach" okolic kościoła Ajios Pandelejmonas. Mówili, że nie czują się w tej dzielnicy bezpiecznie, że imigranci uprzykrzają im życie, że nikt im nie pomaga. Nikt poza Złotym Świtem.
- Ich nieformalną rzeczniczką została Temida Skordeli. Przedstawiała się jako żona i gospodyni domowa, rzekomo niezaangażowana politycznie, bezrobotna i uboga. Kojarzysz? - zapytał mnie Papadopulos.
Kojarzę. Widywałem ją w programach telewizyjnych. Miała wtedy jakieś czterdzieści lat, farbowane blond włosy do ramion, wąskie, zaciśnięte wargi, jakby wiecznie była zła, i donośny zachrypnięty głos, charakterystyczny dla wieloletnich palaczy.
Papadopulos zaczął spędzać na placu wokół kościoła długie godziny. Czasami tylko obserwował, innymi razy rozmawiał z "zaniepokojonymi mieszkańcami". Skordeli, którą tam widywał, nie wyglądała na przestraszoną, nie przypominała samej siebie z telewizyjnych wywiadów. Była prowokująca, zadziorna, krzykliwa. Obecna przy każdym jednym spięciu z imigrantami.
Bywało surrealistycznie. Na przykład Albańczycy, których obserwował Papadopulos, którzy żyli w Grecji od blisko dwudziestu lat. Musieli pamiętać własne początki, gdy Grecy nie witali ich chlebem i solą, wręcz przeciwnie - oskarżali ich o wszelkie zło i poniżali. Teraz oni, opierając się o ściany wymazane rasistowskimi hasłami Złotego Świtu, popijając wieczorne piwko, mówili: my jesteśmy lepsi, jesteśmy biali, nie jak ta nowa hołota.
- Albo lokalna młodzież - opowiadał mi Papadopulos. - Zidentyfikowałem grupę kilkunastu chłopaków, w wieku między piętnaście a dwadzieścia lat, którzy bez powodu atakowali imigrantów z Azji i Afryki. Wyzywali ich, gdy ci przechodzili przez plac, prowokowali, kopali, grozili im i rzucali się za nimi w pogoń. Pytałem, dlaczego tak się zachowują, wzruszali ramionami. Pytałem, czy należą może do Złotego Świtu, zaprzeczali. Podczas jednej takiej zawieruchy uciekający imigrant złamał niechcący boczne lusterko samochodu zaparkowanego przed barem o nazwie Portes. Kierowca wyskoczył z auta i zaczął przeklinać greckich napastników. Wtedy z baru wyszedł postawny facet - jeszcze nie wiedziałem, kim jest - i kierowca mówi do niego: zrób coś, żeby przestali, wiem, że to ty nimi dowodzisz.
Reporter nie miał powodu, by znać postawnego gościa, który rzekomo dowodził młodzieżową bandą i codziennie przesiadywał w Portes. Nie bywał w jego sklepie z paramilitarnym osprzętem i pseudowojskową odzieżą w dzielnicy Monastiraki, u stóp Akropolu. Sklep nazywał się Falanga i można w nim było kupić neonazistowskie memorabilia i artefakty.
Jednego razu podszedł do Papadopulosa i jego kolegi fotoreportera, gdy lokalsi wdali się z nimi w dyskusję, twierdzili, że bez pozwolenia nie mogą robić im zdjęć. Widząc ich dziennikarskie legitymacje, rosły mężczyzna postanowił wygłosić wykład. O tym, że imigranci to zło, że tylko Rosjanie i Serbowie to dla Greków bracia - Polaków ani Albańczyków nie wymienił. Że łączy ich wspólna religia. Że jego partia startuje w wyborach i jeśli odniesie sukces, zrobią w dzielnicy taki porządek, że będzie błyszczeć, że znikną wszyscy ciapaci, a jeśli ich lider dostanie miejsce w radzie Aten - zaczną się pogromy!
- Tak powiedział: pogromy. Nie użył tego słowa przez przypadek czy przez pomyłkę. Wiedział, co mówi.
Papadopulosa zmroziła zapowiedź otwartej przemocy. Ku przestrodze napisał tekst - przekonywał, że nie należy lekceważyć tego faceta ani jego formacji, że trzeba trzymać rękę na pulsie. Przypomniał sobie tę rozmowę rok później, gdy złociści urządzili imigrantom faktyczne pogromowe piekło.
Postawny facet z jego opowieści - wysoki, ogolony na łyso, całkiem przystojny, z zadbaną brodą i tubalnym głosem - to Ilijas Panajotaros, wieloletni członek Złotego Świtu, bliski współpracownik lidera, partyjna szycha. W przeszłości przewodził kibicowskiej organizacji Galazia Stratia, Niebieskiej Armii, która w 2004 roku zasłynęła pobiciem albańskich imigrantów w odwecie za porażkę greckiej reprezentacji w piłce nożnej.
- Wiesz, co wtedy powiedział do kamer? "Nienawiść i przemoc są usprawiedliwione, jeśli kierować je przeciwko podludziom".
-
Dziesiątego maja 2011 roku Manolis Kantaris - biznesmen, czterdzieści cztery lata - poszedł po samochód zaparkowany kilka ulic od domu. W domu na terenie zagłębia czekała na niego żona. Miał po nią przyjechać i zabrać do szpitala, bo synek już pchał się na świat, poród powinien się zacząć lada moment. Mężczyzna miał na ramieniu aparat fotograficzny. Zabrał go zawczasu, żeby nie zapomnieć i móc pstrykać ostatnie ciążowe foty. Minął market Persepolis, przeciął głośną ulicę Acharnon, zostawił za sobą syryjską kafejkę internetową i kilka zakładów fryzjerskich. Był już przy samochodzie, gdy podeszło do niego trzech młodych nie-Greków, imigrantów. "Dawaj aparat" - syknął jeden z drugim. "Camera, now, give!"
Kantaris myślał pewnie, że ma przeciwko nim jakąś szansę, że jak odmówi, to może sobie pójdą. Przecież wokół było pełno ludzi. Odmówił, ale oni zamiast uciec, wyjęli nóż. Dźgali go w plecy, ramię i szyję. Wyrwali aparat i w długą.
"Gdzie on się podziewa?" - pomyślała żona i poczłapała sprawdzić, co się dzieje. Zobaczyła męża leżącego w kałuży krwi. W wywiadzie po latach powie, że nie spanikowała, jest lekarką, wiedziała, że musi zachować spokój. Próbowała zaciskać rany, razem z ratownikami i umierającym mężem wsiadła do karetki. Wysiadła wdową. Kilka godzin później urodziła syna.
Dziennikarze popędzili na miejsce zbrodni, gdzie już zgromadzili się przechodnie i dokąd z pobliskiego Ajios Pandelejmonas zdążyli dobiec sąsiedzi, "zaniepokojeni mieszkańcy" - wtedy już powszechnie kojarzeni ze Złotym Świtem, zdemaskowani jako partyjni działacze. Ich "zaniepokojenie", jak się okazało, było na pokaz, było narzędziem w propagandowej walce, która przebiegała według znanego schematu: udajemy, że jesteśmy zwykłymi obywatelami i boimy się groźnych imigrantów, że państwo nas olewa i że tylko złociści idą nam z odsieczą, kopniakami przeganiając barbarzyńców z naszej dzielnicy. Jesteśmy im nieskończenie wdzięczni. I wy, rodacy w całej Grecji, też powinniście, bo gdy przyjdzie wasza kolej, gdy was zaleje imigrancka fala, tylko złociści zjawią się z pomocą. Złociści, z którymi my współtworzymy partię!
Jeden z "zaniepokojonych" najpierw opowiadał do kamer, że nie widział samego morderstwa, ale był w pobliżu, usłyszał hałas i poszedł sprawdzić, co się dzieje. Nazajutrz przypomniał sobie, że jednak widział zajście - na własne oczy widział imigrantów dźgających Kantarisa. "- Było ich trzech, wszyscy śniadzi: z Maroka, Tunezji, może z Algierii, w każdym razie z Afryki Północnej - powiedział do kamer. - Tylu ich się tu kręci, odkąd wybuchła arabska wiosna, że nie mamy przez nich życia"[3].
Wieczorem 10 maja doszło do pierwszych ataków odwetowych. Oberwało kilkoro przypadkowych imigrantów - od zakapturzonych, ubranych na czarno facetów na motorach. Nie patyczkowali się. Podjeżdżali, krzyczeli apo pu ise i nie czekając na odpowiedź, walili pałami po nogach, po głowie, gdzie popadło. Ofiary nie wzywały karetek, nie zgłaszały się na policję - bały się, że zamiast pomocy dostaną areszt i nakaz deportacji.
Jedenastego maja cała Grecja żyła brutalnym morderstwem. Złoty Świt zwierał szeregi, zapowiadał na następny dzień wielki marsz protestacyjny. A kolejni przypadkowi imigranci dostawali po żebrach.
Pół godziny po północy z 11 na 12 maja Alim Abdul Manan - dwudziestojednolatek z Bangladeszu - wracał do domu. Na skrzyżowaniu podjechał do niego motocykl. Kierowca zgasił silnik, pasażer zeskoczył z siedzenia, podbiegł do Alima i wyciągnął nóż. Dźgnął mężczyznę pięć razy, po czym wskoczył z powrotem na motor, krzycząc: "Zarżniemy wszystkich, których spotkamy na drodze!"[4]. Odjechali. Alim umarł, zanim karetka dojechała do szpitala. Za jego śmierć nikt nie odpowiedział, bo policja nie znalazła sprawców.
Kilkanaście godzin po zabiciu Banglijczyka, w miejscu, gdzie zginął Manolis Kantaris, gromadzili się już złociści, ich sympatycy, "zaniepokojeni mieszkańcy", członkowie innych prawicowych organizacji oraz policjanci. Za chwilę miał stąd ruszyć antyimigrancki marsz, procesja krwawej zemsty. Ale najpierw przemowy. "Kochani patrioci" - zaczął jeden ze złocistych. "Według konstytucji władza ma działać dla dobra obywateli i narodu. W ostatnich latach władze działają przeciwko nam, przeciwko narodowi. Jako patrioci musimy bronić konstytucji, podobnie jak nasi bracia policjanci. Musimy działać razem z nimi, zjednoczeni. Nie możemy akceptować przemocy - musimy na przemoc odpowiadać. Nie może być tak, że obcy wchodzi bez pozwolenia do mojego domu, robi, co chce i włos mu z głowy nie spadnie. Nie! Ja takiego obcego zabiję! (Tłum skanduje: Przemocą we wrogów ojczyzny!, Grecja dla Greków, dla chrześcijan!). Jesteśmy tu wszyscy, przyjaciele zabitego Manolisa, żeby powiedzieć jego dzieciom, że miarka się przebrała. Koniec! Grecja musi pozostać Grecją! Nie chcemy tu żadnych imigrantów. Nie pozwolimy, by nas mordowali!"
Mówca zakończył słowami: "Po stronie Greków stoi Złoty Świt!".
Brawa!
Mikrofon przejął rzecznik Złotego Świtu Ilijas Kasidiaris, który próbował przekonywać, że wiec jest obywatelski, ponadpartyjny - choć to on, twarz partii, jeden z partyjnych wiceliderów, zapraszał do udziału, dawał głos kolejnym mówcom, choć to on określił trasę marszu i szedł na jego czele. Nie lubi odmawiać sobie splendoru, ale tym razem wiedział, że za kilka godzin, gdy poleje się krew, przyznanie się do organizacji wiecu może okazać się kłopotliwe. "Jest nas dużo, przyjechaliśmy z całej okolicy. Nie zasłaniamy twarzy, bo to dla nas duma i honor, że możemy trzymać w dłoni grecką flagę, a nie jakąś szmatę". Chwilę później: "Stoję przed wami jako obywatel. Owszem, reprezentuję Złoty Świt, ale dziś nie ma powodu, by bawić się w politykę. Dziś wszyscy jesteśmy Grekami".
Przekazał mikrofon koledze: "Nie przyszliśmy tu płakać. Przyszliśmy, by odzyskać kontrolę nad naszym terenem, nad naszymi dzielnicami. Jeśli musi się w tym celu polać krew, niech się leje!".
Zebrani zaczęli skandować tradycyjny partyjny okrzyk: "Krew, honor, Złoty Świt!".
Natychmiast włączył się rzecznik Kasidiaris i zaproponował inny okrzyk: "Obcy won z Grecji!".
"Obcy won!"[5].
Gdy pochód ruszył, mobilizowanie do okrzyków wziął na siebie kolega rzecznika partii, właściciel sklepu Falanga, Iljas Panajotaros. Ten sam, który rok wcześniej zapowiadał pogromy.
Z marszu co rusz odłączały się grupki złocistych uzbrojonych w noże, kije bejsbolowe, kastety, a nawet śrubokręty. Gdy tylko wypatrzyli kogoś o ciemniejszym kolorze skóry, od razu atakowali. Znów rzucali w powietrze: apo pu ise, i znów nie czekali na odpowiedź. Bili i szli dalej. Tłukli szyby w imigranckich sklepach, restauracjach, kafejkach internetowych. Tłukli i szli dalej. Bili, tłukli, szli dalej. A ich koledzy na motorach, jak sępy, krążyli po sąsiednich ulicach. I jeb kogoś po plecach! Jeb po nogach!
W szpitalnych dyżurkach rozdzwoniły się telefony - dyspozytorzy słali w miasto karetki.
Raez, Pakistańczyk, wtedy w Grecji od jedenastu lat: "Rzuciło się na mnie pięciu kolesi w czarnych kapturach i zaczęli mnie kopać. Upadłem na ulicę, ale oni nie przestawali. Okładali mnie jakimiś pałami - po głowie, twarzy, po plecach. Jakimś cudem udało mi się uciec. Gonili mnie i walili w drzwi mojego bloku, gdy schowałem się w środku"[6].
Badara Gueye, dwadzieścia osiem lat, Senegalczyk: "Jak zobaczyliśmy, co się dzieje na ulicach, zamknęliśmy się w domu i zostaliśmy tam przez dwa dni. Słyszeliśmy krzyki: wychodźcie, zabijemy was!"[7].
Mohammed, trzydzieści trzy lata, Sudańczyk: "W przeszłości byłem zawodowym sportowcem. Biegam maratony, mam szybkie nogi. Ci kolesie trzy razy próbowali mnie złapać, ale im się nie udało. Nie mogli mnie dogonić"[8].
Youseff, dwadzieścia sześć lat, Afgańczyk: "Było ich około dwudziestu. Zatrzymali autobus miejski, pięciu z nich weszło do środka i zaczęli krzyczeć do imigrantów: na ziemię, na ziemię! Przeżyłem to samo w Iranie - tam do autobusów wchodziła policja i wyłapywała Afgańczyków. Ale tu jest Europa - pomyślałem! Takie rzeczy w Europie?! W dodatku to nie policja, tylko zwykli ludzie. Kazali nam wysiąść. Wysiadłem, dostając parę kuksańców. Znam grecki, ale uznałem, że jak się odezwę po grecku, wezmą to za prowokację. Więc zacząłem mówić po niemiecku. W końcu odepchnąłem jednego z nich i uciekłem. Prawie wpadłem pod samochód. Odwróciłem się i widziałem, jak ci kolesie rzucają się w pogoń za innymi, którym udało się uciec"[9].
Rauf Malik, Pakistańczyk, wtedy w Grecji od szesnastu lat: "Przechodziłem obok grupy około czterdziestu osób. Usłyszałem: apo pu ise, skąd jesteś? Z Pakistanu - odpowiedziałem i wtedy natychmiast się na mnie rzucili. Bili mnie po głowie, po twarzy. Krzyczeli: zabijemy cię, bo wy zabiliście Kantarisa. Jakiś Grek chciał mi pomóc, ale za karę także i on oberwał. Krzyczał, żebym uciekał. Zostawiłem motor i pobiegłem do policjanta, opowiedziałem mu, co się stało, a on na to: wynocha, nic nie mogę poradzić"[10].
Iftichar Malik, Pakistańczyk, właściciel sklepu: "Widziałem, jak pałami wybijają witryny, co najmniej dziesięć sklepów zniszczyli. Pobili pięciu Chińczyków, którzy w nich pracowali, rozwalili im głowy, więc karetki zabrały ich do szpitala. Oberwały także dzieci, które bawiły się na podwórku. Wszystko to działo się na oczach policjantów - stali i nie reagowali"[11].
W ciągu kilku godzin do dwóch ateńskich szpitali trafiło około czterdziestu osób, z czego blisko połowa w stanie ciężkim. Dominowały rany kłute, złamane kończyny, żebra, nosy i szczęki.
Ataki trwały nieprzerwanie jeszcze dwa dni. W sumie pobitych zostało ponad sto osób, a według nieoficjalnych danych - raczej bliżej dwustu, w tym kilku sprawiedliwych Greków, którzy stanęli w obronie Azjatów i Afrykańczyków. Imigranci, zbyt przestraszeni, by zgłosić atak, szukali pomocy u Lekarzy bez Granic lub czekali w domach, aż krwiaki same się wchłoną, siniaki wyblakną, rany zasklepią.
Dziennikarze pisali o "orgii przemocy" na niespotykaną skalę, o "czystym rasizmie", o "kryształowych nocach". W dokumentach sądowych wprost pisano o pogromach.
- To był straszny czas. Jak z horroru - mówi mi Javed Aslam, przewodniczący Związku Pakistańczyków w Grecji i Pracowniczej Unii Imigrantów, pięćdziesięciolatek z gęstą, siwą brodą, który ponad połowę życia przeżył w Atenach. Spotykamy się w jego biurze w centrum, obok gmachu urzędu miasta. - Mniej więcej wtedy zacząłem prowadzić listę z nazwiskami wszystkich pobitych imigrantów, którzy zgłaszali się do mnie po pomoc. Jest na niej ponad pięćset nazwisk - ale ofiar było o wiele więcej. Ile ja spędziłem wieczorów w szpitalnych izbach przyjęć! Nie zliczę. Pęknięcia czaszki, połamane nogi i ręce, wybite oczy, odcięte palce. Złociści bili, jakby ich nie obchodziło, czy zabiją.
Do siedziby Związku złociści też przyszli, ale jak mówi Aslam, na szczęście nikogo nie zastali. Próbowali podpalić drzwi i napisali na nich, że Pakistańczycy mają się wynosić.
- Policja? Praktycznie nie reagowała. Nawet wtedy, gdy zginął Alim z Bangladeszu. Na serio zaczęła reagować o wiele później, kiedy doszło do kolejnego morderstwa.
Po trwających kilka dni pogromach policja zatrzymała jednego napastnika - Ilijasa Koliopulosa, bezrobotnego kelnera, ojca trójki dzieci. Twierdził, że w dniu marszu był w okolicy Ajios Pandelejmonas przypadkowo - szukał pracy i tam go zawiało. Chodząc od knajpy do knajpy, zobaczył zgromadzenie i niewiele myśląc, przyłączył się. Kamery przemysłowe uwieczniły, jak razem z innymi napastnikami tłucze szyby imigranckich sklepów i demoluje ich wnętrza. Mówił, że żałuje, że chciał pokryć straty, jakie spowodował, ale nie doprosił się o wycenę. Podczas przesłuchania nie wspomniał jednak, że jest członkiem Złotego Świtu i że partia dwa lata wcześniej dała mu miejsce na listach w wyborach parlamentarnych. Sąd skazał go na rok więzienia. Tylko jego jednego. Nie ucierpiała partia ani żaden z prowodyrów, reżyserów i wykonawców pogromu, których widać na dziesiątkach zdjęć i filmów: Kasidiaris dowodzący zgromadzeniem, Panajotaros podgrzewający pogromową atmosferę okrzykami, obecni w tłumie i aktywni Janis Lagos, Panajotis Iliopulos, Efstatios Bukuras. Złoty Świt nie odżegnywał się od organizacji pogromu. Wręcz przeciwnie, był dumny z tego, jak skutecznie udało się go przeprowadzić. Słychać to na nagraniach z partyjnego spotkania, jakie odbyło się zaledwie kilka dni później[12].
NGO-sy, aktywiści, antyfaszyści, dziennikarze i prawnicy zdobyli tony dowodów na udział złocistych w pogromie. Składali pisma, słali listy otwarte, przypominali, apelowali nawet do Sądu Najwyższego. Na próżno. Po pięciu latach dochodzenia, prowadzonego przez wydział prokuratury do walki z rasizmem, sprawa się przedawniła. "Ten pogrom był najbardziej jaskrawym przykładem rasistowskiej przemocy w ostatnich dekadach - odbywał się w biały dzień, w centrum stolicy, przy udziale wielu osób, w obecności policji, kosztem życia i zdrowia cudzoziemców. Powodem do bicia był kolor skóry, nic więcej. Sprawcy przemocy mogą dziś czuć ulgę - nie będą ścigani za swoje czyny. [...] Przemoc na tle rasowym, jeśli nie jest karana, lubi się powtarzać. Pełną odpowiedzialność za przyszłe ataki będzie ponosiło greckie państwo" - napisali prawnicy i aktywiści antyfaszystowscy Tanasis Kambajanis i Kostas Skarmeas[13].
Policja potrzebowała nieco ponad tygodnia, by namierzyć morderców Manolisa Kantarisa. Ujęła dwóch młodych Afgańczyków - trzeci napastnik zniknął. Zanim trafili do aresztu, mordercy zdążyli sprzedać aparat fotograficzny, który ukradli ofierze - zarobili na nim sto dwadzieścia euro. Sąd skazał ich na dożywocie.
Wdowa po Kantarisie odesłała bukiet kwiatów, jaki przysłał jej z kondolencjami lider Złotego Świtu Nikos Michaloliakos. Oświadczyła, że nie chce mieć z nim i jego ludźmi nic wspólnego.