Zachłysnąć się tobą. Najpiękniejsze wiersze i piosenki - Konstanty Ildefons Gałczyński

Kup ebooka

47.20 zł
36.34 zł (31,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ulica szarlatanów

Szarlatanów nikt nie kocha.

Zawsze sami.

Dla nich gwiazdy świecą w górze

i na dole.

W tajnych szynkach piją dziwne

alkohole.

I wieczory przerażają

bluźnierstwami.

Wymyślili swe tablice

szmaragdowe.

Krwią dziewicy wypisali

charaktery.

Strachy w liczbach: 18,

3 i 4.

Przeklinamy Jezu-Chrysta

i Jehowę.

Szarlatani piszą księgi

o papieżach.

Zawsze w nocy mówią źle o

Watykanie

Zawsze w nocy słychać szklane,

szklane łkanie:

plączą gwiazdy zaplątane

w szkła na wieżach.

Kiedy miesiąc umęczony

wschodzi na nów,

alkohole z przerażenia

drżą słodyczą.

Nie pomogą alkohole:

W nocy krzyczą

łzy fałszywe szmaragdowych

szarlatanów.

Bardzo cicho i boleśnie

jest nad ranem

Dzwonią dzwony, świt pochyla

się w pokorze.

Odpuść grzechy szarlatanom,

Panie Boże,

wszak Ty jesteś takim samym

szarlatanem.

1928

Piosenka o trzech wesołych aniołach

- Słuchajcie, słodkie siostry -

tak mówił stary opat.

(Na dworze było wietrzno,

ponuro i listopad.)

- Raz było trzech aniołów,

jak trzy wyborne liry,

imiona ut sequuntur:

Piotr, Paweł i Zefiryn.

Śliczni to byli chłopcy,

jeden w drugiego gładszy,

łaskawym na nich okiem

Pan Bóg zza pieca patrzył.

No, w raju, jak to w raju,

zielono i wesoło,

obiady, gadu-gadu,

wieczerze i tak w koło.

Lecz nasi aniołowie

coś nazbyt byli dziarscy

i często Bóg Dobrodziej

brew zagniewaną marszczył;

i gęsto w skórę leli

aniołów rajskie zbiry -

na próżno: znów szaleli

Piotr, Paweł i Zefiryn.

Od sromu jak od gromu

cierpiały aniołówny...

Ha, było trzech aniołów,

lecz siedem grzechów głównych.

Anioł Piotr, jak to Piotry,

szklenicą zwykł się bawić

i nieraz w Mons Pietatis

musiał skrzydła zastawić;

a gdy wyłysiał mieszek,

to wonczas furis more

do piwnic Dobrodzieja

dobierał się wieczorem.

Paweł zasię po Pawle

rycerskie wziął zasługi:

Dzień w dzień na rajskiej łące

aniołów kładł jak długich.

Sam święty Jerzy, siostry,

przyglądał się i dziwił:

"Ho, ho, nasz anioł Paweł

bije się jak Radziwiłł.

Dobrodziej też by chwalił,

lecz właśnie śpi w obłokach".

Tak mówił święty Jerzy

i dalej męczył smoka...

Zefiryn był muzykant,

miłośnik strun i syryng,

niefrasobliwy, lekki,

jednym słowem, Zefiryn;

znał się na mitologii,

Achillach i Chimerach,

miał skłonność do księżyca,

troszeczkę do Baudelaire'a

i do sekretnych uciech,

nie gardził również pozą,

błąkając się, dziwacząc

andante maestoso.

A taki był wstydliwy...

coś niby... jak Jan Jakub;

kazania wielce cenił:

"Do rybek" i "Do ptaków";

chociaż wuj Zefiryna,

już taki starszy anioł,

raz widział "Słówka" Boya

pod kołdrą. (Ach, ty draniu!)

Tak żyli aniołowie,

ale nadeszła kryska

i wezwał Bóg Dobrodziej

nadanioła Matyska.

"Wypędź mi - prawi - Piotra,

Pawła i Zefiryna,

kalają Paradisum,

Ego Deus - daj wina!"

Po takim paternoster

i po wytrawnym winie

Dobrodziej chodził gniewny

i huczał po łacinie.

Zefiryn zasromany

pochylił nisko głowę,

wstydził się jak Jan Jakub,

skrzydła tuląc różowe.

Piotr zasię, jak to Piotry,

brat rygielkom i zamkom,

siedział w chłodzie piwniczki

i świecił sobie lampką.

Paweł, jak zwykle Paweł,

anioł bitny, rogaty,

na podwórcu rajowym

bił się z Jerzym w palcaty.

Ale nic nie pomogło,

zjawił się Anioł Michał

i rzecze: "Zefirynku,

już mi nie będziesz wzdychał.

Zwołaj swoich kamratów,

tak Decyzja orzekła...

ruszaj się, pókim dobry!

ani mru-mru! do Piekła!"

Wypędziły aniołów

rajskie draby i zbiry.

Zmarnowali kariery

Paweł, Piotr i Zefiryn.

Ergo, siostry najsłodsze

(Boże, módl się za nami!),

lepiej wam się przed nocą

nie wdawać z aniołami.

1926

Muza

(z którą, po pijanemu, autor dotarł do trzeźwej pointe'y)

Niechaj tam innym Sława dmie w laurowy puzon,

niech się hołota bawi hucznie i wesoło,

kupcy niech śpią na mieszkach -

ja ze swą Muzą

gołą

w strofie zamieszkam.

Muzo, ta strofa będzie "kościołem Dyjanny",

w którym przy Tobie zasnę jak jaki Endymion;

tam, czy wieczór, czy świt ranny,

będziemy ziółka zbierać,

rozbierać się i ubierać,

i mleczko ssać

ze zmyślonych jałowic wymion.

Jak ogród podzielimy strofę na kwatery,

z rymów zielonych zrobimy szpalery,

a z białych będziesz miała majtki,

z czerwonych dla mnie będzie frak,

i tak

będziemy żyli jako królestwo z bajki.

O strofy, "koralowe ostrowy" ułudy!

("Cudy

nie dziwią poetów".)

Kiedy nie zechcesz ze mną razem

spożyć obiadu, auto-Pegazem

pojedziesz w raj trioletów.

Gdybyś skłonności miała lunatyczne,

to w każdym wierszu będzie wschodził miesiąc.

Zimą w oktawie będziemy przez miesiąc

mieszkać, a latem w rondzie elastycznem.

Ze znaku zapytania dam Ci parasolkę,

bo się boisz piegów i komet;

a gdybyś miała gorączkę,

to podnieś tylko rączkę:

z przecinka zrobię Ci termometr...

Tam usta połączymy jak rymy najsłodsze,

tam będę Cię miłował i pieścił jak przeor -

usta do ust się zbliżą, rym o rym się otrze,

strofa stanie się niebem, cezurą - meteor...

O tam, o tam!

ten świat mi będzie rajem

i szczęście tam

rozwinie "złote żagle"...

Et pourtant:

(tak pomyślałem nagle)

nad Pegaza, Dianę i Ceres

lepszy uczciwy interes:

knajpa, dom, elektryczne magle

albo zgoła karet wynajem.

1926

Na dziwny a niespodziewany odjazd poety Konstantego

elegia

Żandarmom Republiki

...Więc odjeżdżasz, oszuście, słodki szarlatanie,

któryś kochał alkohol, cygara i czaple1,

któryś był taumaturga, bufon i hochsztapler,

odjeżdżasz, a więc jedźże na karku złamanie!

Ach, znamy, dobrze znamy twoje promenady,

od "Kresów" do "Ziemiańskiej", z "Ziemiańskiej" do "Kresów",

dżdżyste rajdy autami z córkami mechesów,

noce w mrocznych winiarniach, komersze i szpady.

Faktycznie, pamiętamy "noce infernalne"

i "Poemat o piekle", i liścik Lechonia,

twoje usta za duże, spalone przez koniak

i przez miłości słotne, a fenomenalne.

O, poeto najsłodszy, hodujący kwiatki,

robiący tricki lepsze niż święty Franciszek,

pustkę serca wyleczył ci pełny kieliszek

i krawat, w którym lśniła duża łza twej matki.

A kiedy przychodziły noce niepogody,

po Nalewkach się błąkał twój kabriolet stary,

noc zmieniała się w strofy, a strofy w dolary...

hélas! strofy są zawsze, honoraria - w środy.

I takeś, o, Konstanty, gwizdał po Warszawie,

jak jakiś wzniosły Rilke albo zdoła Irzek2;

prawie co noc w "Empirze" grywałeś na lirze,

rachunki dobrzy ludzie płacili łaskawie.

Ale wszystko się kończy i odjeżdżasz oto,

łzy Eleonory zmieszały się z deszczem,

odjeżdżasz... never, never! Zostań chwilę jeszcze,

lubiła cię hołota, więc zostań z hołotą.

O, pociągu jesienny, jadący w szarugę,

o, koła, roztrzęsione strachem i malarią!

Kochałem cię naprawdę, Stanisławie Mario,

a ty szaleństwa moje i moją papugę.

1926

1 Czapla - ulubiony ptak poety (przyp. wyd.).

2 Irzek - pierwszoplanowa postać w monumentalnej beletrystyce Kadena (przyp. red.).