Zachłanny mózg. Jak nienasycony homo sapiens skazuje świat na zagładę - Sébastien Bohler

-
Proszę czekać

Utracone miejsca

Utracone miejsca

Kiedy miałem siedemnaście lat, moi rodzice nabyli niewielki dom na wyspie Yeu, wydłużonym, dziesięciokilometrowym skrawku ziemi u wybrzeży Wandei. To był cichy, dziewiczy zakątek, którego mieszkańcy utrzymywali się z rybołówstwa, turystyki, drobnego rzemiosła i lokalnego budownictwa. Gdzieniegdzie wyrastały skupiska niemal identycznych domów, pobielonych wapnem, z niebieskimi, żółtymi lub czerwonymi okiennicami. W dzikiej części wyspy naprzeciw oceanu piętrzyły się wysokie klify. Z drugiej strony, gdzie panował ciepły, niemal śródziemnomorski klimat, rozciągały się długie, piaszczyste plaże, z których przy dobrej pogodzie można było dostrzec stały ląd. Z czasem, gdy wraz z rodzeństwem doczekaliśmy się własnych dzieci, chętnie je tam zabieraliśmy. Przyjeżdżaliśmy na wakacje lub na Wielkanoc, by w otoczeniu przyrody łapać chwile oddechu od wyczerpującego życia w wielkim mieście. Przez lata nic się nie zmieniało - te same dęby ostrolistne, pinie, mimozy, ta sama skalna zatoczka z piaszczystą plażą, gdzie łowiliśmy krewetki i kraby, które zjadaliśmy potem na obiad. Nieopodal plaży cumowały niewielkie biało-niebieskie łodzie, kołyszące się z ledwie słyszalnym chlupotem. Do portu wpływały dziesiątki kutrów zaopatrujących targ rybny. Rodziny rybaków zarabiały krocie na handlu tuńczykiem, dorszem czy sardynką.

Przypuszczalnie życie na wyspie przez stulecia wyglądało z grubsza podobnie, jeśli nie liczyć ogólnej poprawy warunków bytowych, postępu w oświacie i jakości usług medycznych, a także rozwoju turystyki. Zmiana dała się odczuć zaledwie jakieś dziesięć lat temu. Najpierw zauważyliśmy, że plaża zaczęła się cofać. Piaszczysta połać ziemi, która schodziła z wydm ku morzu, niegdyś porośnięta piaskownicą zwyczajną - trawą o smukłych, zaostrzonych źdźbłach - zniknęła w niecałe trzy lata. Podczas przypływu woda podchodziła bezpośrednio pod wydmy. Cypel zamykający plażę od północno-zachodniej strony, na którym postawiono malowniczą willę, zaczął się osuwać. Właściciel podjął decyzję o sprzedaży działki, ale było za późno. Każdy potencjalny nabywca widział, że jej dni są policzone, a nikt nie zamierzał inwestować w nieruchomość skazaną na zniszczenie.

W tym też czasie łodzie rybackie opuściły zatoczkę. Życie w porcie zamarło. Z około dwudziestu kutrów, które zazwyczaj cumowały przy nabrzeżu, pozostały dwa lub trzy. Działo się coś niepokojącego. Ale co?

Od klimatologów, których spotykałem w związku z wykonywaną pracą, dowiedziałem się wówczas czegoś, o czym wie dziś większość ludzi. Wzrost temperatur, spowodowany przemysłową emisją gazów cieplarnianych, prowadzi do globalnego podniesienia poziomu oceanów oraz zakwaszenia wód. Ten proces, w połączeniu z masowymi połowami, dziesiątkuje populacje ryb, co z kolei sprawia, że rybacy stopniowo przerzucają się na hodowlę.

Dom, do którego przyjeżdżaliśmy, znajduje się dzisiaj kilka centymetrów nad poziomem morza. Szacuje się, że pod koniec wieku wzrost poziomu oceanów wyniesie od 80 centymetrów do 6 metrów, w zależności od skali globalnego ocieplenia, które staramy się aktualnie ograniczyć do 2 stopni, wiedząc, że tego celu i tak nie uda się osiągnąć. Inaczej mówiąc, musimy przestać myśleć w kategoriach pokoleń. Logika moich rodziców, którzy, inwestując w atrakcyjną nieruchomość, mieli nadzieję przekazać ją swoim dzieciom, wkrótce nie będzie mieć już racji bytu. Moje dzieci częściowo wychowały się w tym miejscu, związały się z nim, tak jak kiedyś ja. Ale one prawdopodobnie nie będą mogły przekazać pałeczki swoim dzieciom. Musimy im to zacząć uświadamiać.

Utrata ukochanego miejsca z pewnością jest przykra, ale przecież chodzi tu tylko o domek letniskowy. Tymczasem dla milionów ludzi, których jedyne domy znajdują się w strefach zagrożonych zalaniem, rzecz jest o wiele poważniejsza. Weźmy choćby Holendrów - u schyłku tego stulecia wielu z nich będzie zmuszonych opuścić dotychczasowe miejsce zamieszkania, ponieważ duża część ich kraju leży poniżej poziomu morza. Wiadomo, że z podobnym problemem będą musiały zmierzyć się Azja Południowo-Wschodnia, Londyn, Nowy Jork czy Luizjana. Wysepka, o której wspomniałem, jest metaforą o wiele szerszego zjawiska. Przeszliśmy od świata, w którym dało się planować przyszłość swoją i kolejnych pokoleń, do nowej rzeczywistości, w której przyszłość jest nieprzewidywalna. Wzrost poziomu wód jest, raz jeszcze, tylko jednym z wielu niepokojących objawów. Niszczymy nasz świat. Gdy ty spokojnie czytasz te słowa, co dziewięć minut z powierzchni Ziemi znika jakiś gatunek1. Pustynnienie całych subkontynentów przełoży się wkrótce na wzrost presji migracyjnej. To bomba z opóźnionym zapłonem. Słyszałeś o tym niejeden raz. Wszyscy znamy fakty, i właśnie to stanowi istotę problemu.

Nieoceniony mózg

Nieoceniony mózg

Ziemia jest dzisiaj zamieszkana przez niemal osiem miliardów ludzkich istnień. Już sama ta liczba może wydawać się gigantyczna, ale to jej przyrost robi prawdziwe wrażenie. Zaledwie dwa wieki temu było nas na świecie nieco ponad miliard. Ostatnie pięćdziesiąt lat to największy skok demograficzny w dziejach ludzkości. Co roku nasze szeregi zasila około 90 milionów osób1. Gdyby ze swojej odległej planety obserwowali nas kosmici, uznaliby homo sapiens za niebywale utalentowany gatunek. Rośniemy w siłę, mnożymy się. Jesteśmy panami atomu, elektronu, informatyki, silnika tłokowego i inżynierii genetycznej. Potrafimy ratować ludzi przed śmiercią dzięki narzędziom reanimacyjnym i chirurgicznym, o których sto lat temu nikomu się nie śniło. Poza tym udało nam się skomunikować ze sobą miliardy osób, co dawniej uznano by za czystą magię.

Ten sukces zawdzięczamy rozwojowi niezwykłego narządu, cechującego się zdolnością myślenia abstrakcyjnego i planowania, potrafiącego projektować maszyny, porozumiewać się za pomocą mowy i pisma, dzięki czemu zespoły mężczyzn i kobiet mogą współpracować ze sobą w trakcie realizacji skomplikowanych projektów. Ten narząd - nasz mózg - składa się z około 100 miliardów komórek nerwowych (neuronów) i takiej samej liczby komórek glejowych, które otaczają te pierwsze, pełniąc funkcje odżywcze i ochronne. Kształtuje świadomość, czyli zdolność myślenia o sobie samym i refleksji nad sensem, jaki chcemy nadać życiu. Jest najbardziej niewiarygodnym cudem techniki, jaki kiedykolwiek powstał. Udoskonalał się przez tysiące lat za pomocą starannie dobieranego zestawu genów, umożliwiającego znalezienie odpowiedzi na coraz to nowe wyzwania środowiskowe. Zawdzięczamy mu wszystko. Jest naszą przepustką do życia, poskromił drapieżniki stokrotnie silniejsze od nas, pokonał potężniejszych jeszcze, bo mikroskopijnych wrogów, od niepamiętnych czasów atakujących nasz układ odpornościowy i dziesiątkujących populacje.

Ma on jednak także ciemną stronę. Pierwiastek destrukcji, który przez miliony lat pozwalał mu triumfować nad wrogimi siłami natury, dziś zagraża jemu samemu - i ośmiu miliardom jego pobratymców. Im śmielej mózg sobie poczyna, tym szybciej zbliża się do upadku. Już dawno zawarł pakt z diabłem. Ten pakt w pierwszej kolejności zapewnił mu siłę, władzę i panowanie nad przyrodą, w drugiej ściągnął nań zniszczenie i ruinę. Dzisiaj nadszedł czas wywiązania się z przyjętych zobowiązań.

Dług ekologiczny

Dług ekologiczny

Co roku media i ośrodki zajmujące się badaniem klimatu ogłaszają nam pewną datę. Dzień, w którym, według szacunków naukowców, ludzkość zużyła więcej zasobów, niż Ziemia potrafi wyprodukować w tym samym przedziale czasu. Wyliczenia są owocem pracy klimatologów, ekonomistów, agrotechników, leśników, mineralogów i geologów. Tworzą oni bilans poboru i zwrotu zasobów. Zwrot polega, na przykład, na fotosyntezie, która odnawia rezerwy amazońskiej biomasy, lub odtworzeniu populacji ryb oceanicznych. W ten sposób co roku określa się moment, w którym ludzkość przestaje zużywać tylko to, co planeta może na bieżąco wyprodukować. Od tego dnia, nazywanego po angielsku overshoot day, zaczynamy zaciągać tzw. dług ekologiczny. Aby w ekonomii panowała równowaga, dzień długu ekologicznego powinien wypadać najwcześniej 31 grudnia: jeżeli ostatniego dnia roku nie mamy zaległości, wszystko jest w porządku - zasoby odnawiają się w takim samym tempie, w jakim są wykorzystywane.

Po raz pierwszy usłyszałem o długu ekologicznym, gdy wraz z Mathieu Vidardem i innym dziennikarzem, debiutującym wówczas Axelem Villardem, przygotowywałem audycję dla radia France Inter. Axel zrobił materiał o stopniu wyczerpania zasobów naturalnych, w którym pojawiała się informacja, że dzień długu wypadał 21 sierpnia1. Dwa lata wcześniej był to 25 września. A jeśli cofnąć się jeszcze o dwadzieścia lat, do roku 1987, dług zaczynaliśmy zaciągać 19 grudnia. To był czas, gdy ludzkości, jeśli nie liczyć kilku dni, udawało się jeszcze spłacać zobowiązania. Od tamtej pory zadłuża się ona jednak z roku na rok tak konsekwentnie, że dzisiaj dzień długu ekologicznego wypada już niemal w połowie roku. Co to oznacza? To proste: przez pięć miesięcy wykorzystujemy rezerwy, których nie będziemy w stanie odnowić. Co zrobimy, gdy nie zostanie już nic?

Taką sytuację analizują specjaliści z zakresu dynamiki populacyjnej, odnosząc się do pojemności środowiskowej. Pojemność środowiskowa ekosystemu określa maksymalną ilość osobników, jaką może przyjąć dany ekosystem. Jeżeli wskutek zbyt szybkiego wzrostu demograficznego jest ich za dużo, zasoby się wyczerpują, zwiastując śmierć. Wówczas albo liczebność populacji spada do akceptowalnego poziomu i na nim się zatrzymuje, albo następuje zapaść2. To mi przypomina pewne doświadczenie, które przeprowadziłem jako młody badacz, gdy niechcący doprowadziłem do zapaści demograficznej.

Doświadczenie z bakteriami

Miałem wtedy nie więcej niż dwadzieścia pięć lat i przygotowywałem doktorat z neurobiologii w Instytucie Pasteura. Część mojej pracy polegała na namnażaniu bakterii Escherichia coli w celu stworzenia mutacji DNA potrzebnej do doświadczeń, które pozwalałyby zrozumieć funkcjonowanie komórek nerwowych mózgu. Moje zadanie sprowadzało się do umieszczenia kilku mikrogramów bakterii Escherichia coli w próbówce z płynem bogatym w cukier. Następnie przenosiłem probówkę do pomieszczenia, w którym panowało 37 stopni Celsjusza, i mocowałem na obracającej się tarczy. Mieszanie i stała temperatura zapewniały badanym przeze mnie mikroorganizmom idealne warunki do rozwoju. Po upływie dwunastu godzin próbówka zawierała nieprzejrzystą zawiesinę setek miliardów bakterii. Te jednokomórkowce dzielą się co dwadzieścia minut, a ich populacja rośnie bardzo szybko tak długo, jak długo jest jedzenie. Należy je więc wyjąć z próbówki, zanim skończą się zapasy pożywienia.

Jak niejednemu doktorantowi, rano zdarzało mi się pospać. Zjadałem nieśpiesznie śniadanie i przychodziłem do laboratorium około jedenastej. Tego dnia, gdy tylko otworzyłem drzwi dusznego pokoju, by zabrać swoją próbówkę z bakteriami, natychmiast zrozumiałem, że coś poszło nie tak, i to bardzo. Zawartość próbówki była mleczna, całkowicie mętna, a po otwarciu straszliwie cuchnęła. Rozprowadziwszy płyn na płytce laboratoryjnej, zauważyłem ciągnące się, kleiste włókna z wyglądu przypominające połączenie śluzu ślimaka i stopionego sera.

Wszystkie moje bakterie nie żyły. Wiedziałem, co się stało. Po przewidzianych dwunastu godzinach liczba bakterii sięgnęła 500 miliardów, przekraczając górną granicę zagęszczenia populacji w tej ograniczonej przestrzeni. Ja w tym czasie przy kuchennym stole przygotowywałem sobie spokojnie kawę. W chwili, gdy umywszy filiżankę, wychodziłem z domu, próbówka zawierała już nie 500, ale 1000 miliardów bakterii. Aby je wyżywić przez kolejne dwadzieścia minut, potrzebna byłaby druga próbówka. Dwadzieścia minut później moje bakterie próbowały jeszcze podwoić swoją liczbę, wyszarpując sobie ostatnie cząsteczki cukru, jakie pływały w tej śmiercionośnej zupie. Hekatomba zaczęła się, gdy jechałem metrem. Kiedy dotarłem do Instytutu Pasteura, w probówce był już tylko białawy bulion, cmentarzysko tysięcy miliardów bakterii, które wyczerpawszy dostępne zasoby, zmieniły się w gnijącą papkę.

Gdyby wielcy decydenci i ekonomiści zapisali się na kurs z kultur bakteryjnych, uświadomiliby sobie, co oznacza nadmierna eksploatacja zasobów na ograniczonym obszarze. Przyroda nie szczędzi nam wymownych przykładów, do czego prowadzi wyczerpywanie zapasów w ekosystemach. Weźmy choćby roztocza dobroczynka gruszowego. Ten mały stawonóg, bywalec sadów i winnic, żywi się głównie innym roztoczem, przędziorkiem owocowcem3. W okresach ekspansji populacji dobroczynka giną wielkie ilości przędziorków, dobroczynki zaś gwałtownie się rozmnażają.

Populacja przędziorka znika, przetrzebiona wskutek uczty. Ponieważ stół dobroczynków świeci pustkami, populacja tych bezkarnych obżartuchów także ulega zagładzie, zgodnie z bezlitosną logiką. Stawonóg nie ma dylematów: jeśli nadarza się okazja do jedzenia, wcina i nie zastanawia się nad tym, co będzie później. Jeżeli nie wykorzysta okazji, zrobią to jego ziomkowie, a wówczas nie zostaną mu nawet okruszki i umrze wcześniej niż inni.

Upadek Akadyjczyków

Można by sądzić, że ludzie mają nieco więcej oleju w głowie. Prawdą jest, że umiemy wybiegać myślą poza teraźniejszość, problemem pozostają jednak ramy czasowe. Posłużmy się przykładem starożytnej cywilizacji. Jakieś 4400 lat temu gospodarka znajdującego się w Mezopotamii Imperium Akadyjskiego zaczęła się spektakularnie rozwijać dzięki irygacji pól i uprawie zbóż koniecznych, by zaspokoić potrzeby rosnącej populacji. W reakcji na wzrost demograficzny inżynierowie imperium musieli zwiększyć eksploatację terenów. Mając na celu podniesienie produkcji rolnej, wykopali kilometry kanałów transportujących wodę z gór. Niestety, system napotkał na przeszkodę: woda wykorzystywana do nawadniania pól w trakcie transportu ulegała zasoleniu4. Z upływem stuleci na gruntach rolnych osadzały się coraz większe ilości soli, tworząc pokłady, które możemy obserwować do dzisiaj.

Archeolodzy twierdzą, że Akadyjczycy byli zmuszeni sięgnąć po odmiany zbóż odporne na wysokie zasolenie. Eksploatacja środowiska pociągnęła za sobą niepożądane skutki, które inżynierom udało się pokonać inną metodą. Jednak nie można opracowywać w nieskończoność coraz bardziej zaawansowanych technologii, aby łagodzić groźne następstwa tych dotychczasowych. Fizjologia roślin uprawnych ma swoje ograniczenia. Kiedy rolnictwo Akadyjczyków przekroczyło punkt krytyczny, ziemia eksploatowana do granic możliwości w ciągu kilku dekad wyjałowiała. Cywilizacja, która zawdzięczała rozkwit pomysłowości rządzących, zaczęła chylić się ku upadkowi. Aż w końcu nastąpił jej kres. Tak jak to się stało z populacją bakterii w próbówce. Oczywiście skala czasu jest nieporównywalna, ale przecież wszystko zależy od punktu odniesienia. Gdyby bowiem zdarzyło się tak, że z odległej planety obserwowaliby nas długowieczni kosmici, bylibyśmy dla nich jak bakterie dogorywające w próbówce.

Wśród cywilizacji upadłych wskutek nadmiernej eksploatacji środowiska zasadę przekroczenia pojemności środowiskowej ilustruje najlepiej cywilizacja Wyspy Wielkanocnej. Wyspę, skrawek ziemi zagubiony na środku Oceanu Spokojnego w odległości prawie 4 tysięcy kilometrów od najbliższego kontynentu, w XII wieku zamieszkiwało około 15 tysięcy osób. Antropolog Jared Diamond w książce Upadek5 opisał, w jaki sposób mieszkańcy wyspy doprowadzili do samozagłady. Polinezyjczycy z Wyspy Wielkanocnej stworzyli rozwiniętą cywilizację opartą na gospodarce leśnej, szkutnictwie i produkcji słynnych dziś posągów wotywnych, które później stały się symbolem tego wymarłego ludu.

Najbardziej pożądany zasób - drewno - występował oczywiście w ograniczonej ilości. Ale wyspiarze się tym nie przejmowali. Gdy zużyli wszystko, co się dało, populacja zaczęła się kurczyć, by spaść w XVIII wieku do marnej liczby 2 tysięcy mieszkańców. Jeśli zestawimy Wyspę Wielkanocną z probówką w laboratorium w Instytucie Pasteura albo mezopotamską megaprobówką sprzed czterech tysięcy lat, to można przyjąć, że mamy tu do czynienia z naczyniem laboratoryjnym średniej wielkości.

Oczywiście największym naczyniem, jakie mamy do dyspozycji, jest Ziemia. W lutym 2018 roku naukowcy z uniwersytetu w Leeds w Wielkiej Brytanii opublikowali wyniki zakrojonego na szeroką skalę badania na temat długu ekologicznego w różnych częściach świata, wskazujące, że większość krajów rozwiniętych regularnie przekracza próg odnawialności zasobów w co najmniej pięciu z siedmiu podstawowych kategorii, jakimi są zużycie wody, fosforu, azotu i gleb, ślad ekologiczny, zużycie zasobów materialnych oraz emisja dwutlenku węgla6. W zamian państwa te gwarantują swoim obywatelom pewne przywileje, przede wszystkim dostęp do wody i pożywienia, centralne ogrzewanie czy służbę zdrowia, ale również "usługi" nie pierwszej potrzeby, takie jak szybkobieżny transport, szerokopasmowy Internet czy ogólnodostępna telefonia. Badanie wskazuje na naszą niezdolność do odróżnienia życiowych potrzeb zaspokajanych w wyniku eksploatacji zasobów od wygodnictwa, będącego w dużej mierze przyczyną długu ekologicznego. Warto wspomnieć, że niektóre kraje rozwijające się przekraczają próg tolerancji, mimo że nie zaspokajają elementarnych potrzeb swoich mieszkańców.

Nadmierna eksploatacja prowadzi do wyczerpywania zasobów naturalnych, ale na tym problem się nie kończy. Pociąga ona też za sobą groźną w skutkach zmianę klimatu. Globalne ocieplenie jest kolejną daniną płaconą za postęp techniczny, który pozwolił milionom osób zaspokoić nie tylko potrzeby, ale również zachcianki, zapewniając komfort, dietę mięsną, nowe środki transportu, nowe rozrywki, nowe sprzęty AGD. Wraz z rewolucją przemysłową, która wybuchła w XIX wieku, ludzkość zaczęła masowo korzystać z paliw kopalnych - węgla i ropy - opierając na nich każdy aspekt gospodarki. Wspomniane tu węglowodory to nic innego jak tysiące pokoleń lasów przeobrażonych na przestrzeni milionów lat w podziemny magazyn zawierający miliardy ton węgla. Spalając je, gwałtownie wtłoczyliśmy cały ten węgiel w atmosferę. Podpaliliśmy ogień pod gigantycznym szybkowarem, w którym ciśnienie ciągle rośnie. Problem w tym, że wzrost produkcji dwutlenku węgla jest jeszcze szybszy niż wzrost populacji, ponieważ wskaźnik jego emisji liczony na mieszkańca także rośnie. Wszyscy znamy skutki tego procesu, ale nie robimy nic, by go powstrzymać. Po każdym szczycie klimatycznym zwiększa się produkcja CO2. Tak było po szczycie w Rio w 1992 roku, w Kioto w 1997, w Kopenhadze w 2009 i w Paryżu w roku 2015. Obecnie przemysł, transport, rolnictwo i sektor energetyczny - wielka czwórka głównych trucicieli - emitują do atmosfery osiem razy więcej szkodliwych substancji niż w 1950 roku7.

W 2017 roku emisja gazów cieplarnianych wzrosła o 2 procent, co stało w całkowitej sprzeczności z deklarowanymi celami paryskiego porozumienia8. Już dzisiaj widać, jak nasza bierność wpłynie na światową równowagę demograficzną i ekologiczną. Szacuje się, że około 2100 roku temperatury wzrosną o trzy, być może nawet o cztery stopnie. Obserwatorzy z CNRS (Centre National de la Recherche Scientifique, Krajowe Centrum ds. Badań Naukowych) oraz uniwersytetów w Nowym Jorku i Kalifornii9, a także z innych dużych ośrodków badawczych przeprowadzili symulacje, z których wynika, że poziom mórz podniesie się o kilka metrów. W 2018 roku na kole podbiegunowym odnotowano temperaturę 34 stopni Celsjusza10. Tak czy inaczej, pod wodą znajdą się setki kilometrów wybrzeży w Europie, Ameryce Północnej i Azji Południowo-Wschodniej, co będzie prowadziło do masowej migracji i sporów o ziemię. Przed koniecznością przymusowej przeprowadzki stanie 85 milionów Chińczyków, 32 miliony Wietnamczyków, 28 milionów Hindusów, 21 milionów Japończyków, 17 milionów Amerykanów i dwie trzecie Holendrów11. Jednocześnie na południe od nas, w Afryce, następuje najszybszy na świecie wzrost demograficzny, a skutki ocieplenia klimatycznego są tam najbardziej odczuwalne. Tysiące hektarów tamtejszych ziem uprawnych dotykają coraz dotkliwsze susze, zmuszając do emigracji lokalne populacje, które regularnie docierają do bram Europy i których szacunkowa liczba jest wciąż niepewna, choć niepokojąca, spekuluje się bowiem o maksymalnie miliardzie migrantów w okresie następnych czterdziestu lat12.

Mówimy głośno, że ludzka aktywność powoduje degradację ekosystemu, że tysiące gatunków zwierząt giną z powodu zakwaszenia oceanów, masowych połowów i wyrębu lasów, jednak to przede wszystkim nasz gatunek poniesie koszty tych zmian. W ciągu ostatnich dwóch dziesięcioleci klęski żywiołowe spowodowane ociepleniem klimatu (głównie powodzie i huragany) kosztowały nas trzy tysiące miliardów dolarów, czyli o 250 procent więcej niż w analogicznym okresie poprzedzającym13. To sygnały, które powinny być dla nas ostrzeżeniem. Człowiek w swej obecnej postaci stąpa po powierzchni Ziemi dopiero od kilkuset tysięcy lat. Jego pobyt tutaj może okazać się wyjątkowo krótkotrwały. Rekiny czy gąbki mają za sobą setki milionów lat ziemskiego życia. Nam, z naszymi supermózgami, rakietami i symfoniami fantastycznymi grozi coś na kształt przedwczesnego wytrysku. Skończymy, zanim na dobre się rozkręcimy po tym, jak zaczęliśmy kilka tysiącleci wcześniej.

Wiemy, ale nic nie robimy

Świadomość tego, co nas czeka, zdaje się nie mieć żadnego wpływu na bieg wydarzeń. Wygląda to tak, jakby nasz umysł zaniemógł, sterowany przez głębsze, nieświadome procesy, nad którymi nie mamy kontroli. Bezczynnie przyglądamy się przygotowaniom do własnego pogrzebu. A przecież w zglobalizowanym świecie Ziemia niczym się nie różni od odizolowanej wyspy.

Jesteśmy zagubieni pośrodku Wszechświata, nie ma w pobliżu planety, którą moglibyśmy skolonizować, więc ochrona naszych zasobów naturalnych i klimatu powinna być kwestią życia lub śmierci. A dziennikarze przebąkują o tym gdzieś między reklamą kawy a wynikami ostatniej kolejki ekstraklasy, to wprost niepojęte. Doskonale wiedzą, w czym rzecz, ale udają, że sprawa ich nie dotyczy.

To rozdwojenie jaźni ma w sobie coś tragicznego. Nasz mózg sobie z nami pogrywa, a my nie mamy o niczym pojęcia. W dodatku on sobie bardzo brzydko pogrywa. To w dużej mierze o jego gierkach będzie mówić ta książka. Jeżeli chcemy zachować nadzieję, że nie trafimy wkrótce na listę wymarłych gatunków, koniecznie musimy rozpoznać głęboko ukryte wady fabryczne naszego ja.

Dzisiaj, w obliczu błyskawicznego tempa zmian następujących w przyrodzie i zagrażających naszemu istnieniu, zachowujemy się jak piloci samolotu, których jedyną reakcją na wycie wszystkich systemów ostrzegawczych, sygnalizujące nadchodzącą katastrofę, byłoby stwierdzenie: "Zostały nam dwie minuty, to akurat w sam raz, żeby zaparzyć sobie kawę". Czas rozprawić się z mitem, że człowiek to kowal własnego losu, istota racjonalna, kierująca się rozumem, aby zapewnić sobie jak najlepszą przyszłość. Ludzki mózg jest tak naprawdę bombą z opóźnionym zapłonem. Targają nim sprzeczne siły, których nie potrafi pogodzić. Ktoś mógłby pomyśleć, że to paradoks. Nic bardziej mylnego, to po prostu, jak pokazuje niniejsza książka, prehistoryczne dziedzictwo naszego układu nerwowego.

Natura nie myśli, nie przewiduje. Wytwarza mózgi, które odnoszą chwilowe sukcesy, przewyższając skutecznością inne tego rodzaju wytwory. Ale gdy najskuteczniejszy z nich wykopie sobie własny grób, nie będzie nikogo, by go stamtąd wydostać.

Pięć sekretnych pobudek mózgu

Pięć sekretnych pobudek mózgu

Ludzki mózg jest zaprogramowany na realizację kilku zasadniczych zadań krótkoterminowo zapewniających mu przeżycie. Mam na myśli odżywianie, reprodukcję, dążenie do władzy, robienie tego przy jak najmniejszym nakładzie sił i zdobywanie maksymalnej ilości danych o otaczającym środowisku. Tych pięć priorytetów stanowiło credo wszystkich mózgów poprzedzających nasz własny na zawiłej ścieżce ewolucji gatunków. Poczynając od mózgu pierwszych istot żywych, które pojawiły się w oceanach ery prekambryjskiej pół miliarda lat temu, a na mózgu prezesa firmy, zawiadującego tysiącami podwładnych i zarządzającego za pośrednictwem smartfona kursem swoich akcji, kończąc. Żaden się nie wyłamał. Mechanizmy sterujące ich działaniami, jednocześnie proste i trwałe, mimo upływu czasu zachowały część podstawowych cech.

Weźmy na przykład minoga, jedną z najstarszych ryb zasiedlających dawne oceany. Ten bezżuchwowy kręgowiec przypomina dużego węgorza, ale jego pozbawiony szczęki pysk nadaje mu wygląd jak z horroru: lejkowaty otwór gębowy minoga jest bowiem wyposażony w dziesiątki ułożonych pierścieniowo zębów. Najstarsza znaleziona skamielina minoga liczy 300 milionów lat. Pod względem anatomicznym praktycznie niczym się nie różni od współczesnych gatunków tej ryby. Oto mamy więc do czynienia ze zwierzęciem, które pojawiło się jeszcze przed dinozaurami, gdy życie na naszej planecie dopiero raczkowało, i które prawdopodobnie będzie żyło jeszcze długo po tym, jak my znikniemy z powierzchni Ziemi. Jego maluteńki mózg, nie większy niż naparstek, jest w dużej mierze zorganizowany wokół struktury neuronalnej określanej mianem prążkowia (nazwa wzięła się stąd, że analogiczna struktura u ssaków wygląda, jakby była prążkowana)1.

Gdy nasz minóg szuka stref obfitujących w morskie mikroorganizmy albo większych ryb, do których będzie mógł się przyssać, by żywić się ich krwią, jego zachowaniem kierują umiejscowione w kręgosłupie zwoje nerwowe nadzorowane przez prążkowie. Jeśli łowy się powiodą, prążkowie uwalnia cząsteczkę dopaminy, która działa w dwojaki sposób: wyzwala uczucie przyjemności i wzmacnia obwody neuronalne odpowiedzialne za sukces łowiecki. Osiągnięcie tego efektu ma dla minoga pierwszorzędne znaczenie: obwody neuronalne sterujące ruchem zwierzęcia, które zapewniły mu pokarm, zostaną wykorzystane podczas kolejnych łowów i zwiększą jego szanse przeżycia. Ten mechanizm to swoista metoda wychowawcza. Prążkowie mówi bowiem minogowi: "Płyń na łowy, a jeżeli ci się powiedzie, dostaniesz w nagrodę działkę dopaminy, dzięki której poznasz, co to szczęście, w każdym razie szczęście minoga".

Opisany system wzmacniania okazał się tak skuteczny, że został przekazany wszystkim kręgowcom. Neurony prążkowia, obdzielające dopaminą i szczęściem za podejmowanie działań służących przetrwaniu, napędzają zachowanie ryb, gadów, ptaków, ssaków i torbaczy.

Historia stara jak świat

Ziemskie formy życia zazdrośnie strzegły wspomnianego systemu: gdy jakieś 140 milionów lat później pojawiły się pierwsze ssaki, także zostały wyposażone w ową przepustkę do życia. Oligoceński suniodon był rodzajem małej ryjówki żyjącej w poszyciu leśnym. Przypuszczalnie miał mózg podobny do szczurzego, osłonięty jednomilimetrową korą mózgową, złożoną z kilku warstw neuronów połączonych za pomocą licznych rozgałęzień, co umożliwiało obróbkę informacji na zasadzie sprzężenia zwrotnego. Kora mózgowa oglądana przez mikroskop (w formie, jaką można dziś zaobserwować u szczura) składa się z walcowatych kolumn, z których każda pełni funkcję procesora. Kolumny tworzą skupiska: niektóre obszary przetwarzają bodźce wzrokowe, inne - bodźce zapachowe, dotykowe lub dźwiękowe. Obszar usytuowany w górnej części czaszki zawiaduje motoryką.

Taka budowa anatomiczna pozwala małemu gryzoniowi obserwować otoczenie, rozpoznawać zapachy z rzadko spotykaną precyzją, odnajdywać się w labiryncie, zapamiętywać miejsca, w których będzie mógł znaleźć pożywienie, rozróżniać przedstawicieli swojego gatunku na podstawie ich wyglądu lub woni, odczytywać sygnały świadczące o ich wrogości lub nawiązywać z nimi współpracę, polegającą na przykład na wymianie pożywienia w zamian za pewnego rodzaju korzyści lub na wzajemnym osuszaniu się po przymusowej kąpieli2 3 4.

Wszystkie gatunki ssaków mają korę mózgową. Istnieje ścisła zależność między jej objętością a inteligencją i organizacją społeczną w obrębie danego gatunku. Brytyjski psycholog Robin Dunbar zmierzył powierzchnię kory mózgowej różnych gatunków naczelnych, takich jak uistiti, makaki, kapucynki, szympansy, goryle czy orangutany5 6 7. Na podstawie pomiarów stwierdził proporcjonalną zależność między stopniem rozwinięcia kory mózgowej naczelnych a wielkością ich organizacji społecznej. Jeśli przyjąć tę skalę, człowiek jest najwyższym stadium ewolucji - stworzył największą organizację społeczną dzięki korze mózgowej rozwiniętej w takim stopniu, że musiała stopniowo ubijać się w ciasnej czaszce, przyjmując znaną nam dziś charakterystyczną, pofałdowaną postać.

Wydaje się, że optymalna liczba kontaktów społecznych, jakie skutecznie może utrzymywać ludzki mózg, wynosi około 150. Ten próg obowiązuje zarówno w społeczeństwach, które zachowały strukturę klanową, jak i na współczesnych portalach społecznościowych. Możesz mieć 3000 znajomych na Facebooku, ale tak naprawdę spośród nich będziesz znał nie więcej niż 150 osób. Kwestie te zbadała za pomocą ankiety pewna grupa antropologów. Kilka tysięcy osób z pięciu kontynentów wypełniło kwestionariusz, na podstawie którego badacze oszacowali wielkość kręgu znajomych.

Za "znajome" uznawano tylko te osoby, z którymi dany człowiek widywał się lub kontaktował co najmniej raz w roku, co wykluczało wirtualne kontakty z social mediów. Na podstawie zebranych wyników ustalono, iż średnia liczba rzeczywistych znajomych wynosi 153. Niedawno przeprowadzone badanie w branżowych mediach społecznościowych, takich jak LinkedIn, pokazało, że optymalna liczba kontaktów, dzięki którym można znaleźć pracę za pośrednictwem tego typu portali, wynosi 1578.

Poza swoimi skłonnościami społecznymi ludzki mózg ma też zacięcie do wytwarzania narzędzi - zdolność, za którą stoją wyspecjalizowane obszary kory mózgowej9. Czołowa część mózgu składa się z modułów odpowiedzialnych za planowanie i wyobrażanie sobie przyszłych działań, podczas gdy obszary skroniowe kontrolują język, dzięki czemu możemy informować innych o swoich zamiarach i organizować wspólne przedsięwzięcia. Wreszcie, istnieje sieć struktur korowych, która służy temu, co psychologowie nazywają teorią umysłu, czyli zdolności wyobrażania sobie, co myślą inni, odgadywania ich intencji i przyporządkowywania im emocji.

Komunikacja, wyobrażanie sobie myśli innych i wspólne wytwarzanie narzędzi to filary rozwoju zaawansowanych technologii. Prawdopodobnie nieograniczony potencjał, który najpierw doprowadził nas do panowania nad światem, a teraz - na skraj przepaści.

Prążkowie i dopamina

Kora mózgowa to wspaniały dar natury dla kręgowców, a dla ssaków w szczególności. Jest ona, dosłownie, śmiercionośną bronią, która pozwoliła tym zwierzętom przyjmować coraz bardziej złożone strategie zachowań, współdziałać w grupach liczących dziesiątki osobników w celu zwiększenia szans na przeżycie, a w wypadku niektórych gatunków, takich jak szympans czy człowiek (ale również wśród ptaków, np. kruków), planować działania z wyprzedzeniem, zwiększając tym samym swój wpływ na otoczenie. Ale kora mózgowa jest tylko bronią i, jak to jest z każdym tego rodzaju narzędziem, o sposobie jej użycia i przeznaczeniu decyduje ten, kto ją trzyma. A tym kimś nigdy nie przestało być prążkowie. Ta podkorowa struktura mózgowa, obecna już u minoga i przekazana milionom pokoleń gatunków ryb, płazów, gadów i ssaków, okazała się ponadczasowa i niezniszczalna dlatego, że bez niej nie udałoby się przeżyć żadnemu stworzeniu.

Aby lepiej poznać sposób jej działania, wróćmy do mózgu szczura. Składa się on z części zewnętrznej, czyli kory mózgowej (łac. cortex), i głębiej schowanych starych struktur, obecnych już u pierwszych gadów czy ryb i dziedziczonych w ciągu milionów lat ewolucji. Niektóre tego rodzaju struktury przypominają migdał - na przykład jądro nazywane ciałem migdałowatym1, istny kłąb emocji, takich jak strach, smutek lub złość - inne są pałąkowate, jak podwzgórze, które reguluje uczucie sytości, temperaturę ciała czy popęd seksualny. W centrum szczurzego mózgu znajduje się prążkowie, które napędza wszystkie zachowania gryzonia.

Obowiązuje ta sama zasada, co u minoga: jeżeli jakieś zachowanie zwiększa szanse przetrwania lub przekazania genów, bez względu na to, czy chodzi o zdobywanie pożywienia, partnerów seksualnych, statusu społecznego, czy eksplorację nowych terytoriów, prążkowie dostaje zastrzyk dopaminy, a korzystne zachowanie zostaje wzmocnione. Warto się tutaj zatrzymać na moment, by poznać bliżej mechanizm uwalniania dopaminy. Poniżej prążkowia, granicząc z rdzeniem kręgowym regulującym pierwotne odruchy i niektóre funkcje wegetatywne, takie jak oddychanie, znajduje się inna struktura mózgowa, skupisko neuronów zgrupowanych w kompleks nazywany polem brzusznym nakrywki. Ten podkorowy obszar mózgu jest źródłem paliwa - to tutaj powstaje dopamina. Neurony znajdujące się w polu brzusznym nakrywki za pomocą długich włókien łączą się z prążkowiem, gdzie uwalniają dopaminę, aby "nagrodzić" zwierzę za odniesiony sukces.

W jaki sposób zdolność komórek nerwowych do tworzenia połączeń tłumaczy nieprzemożny wpływ prążkowia na wszystkie nasze działania? Ogólnie rzecz biorąc, neurony bardzo różnią się od pozostałych komórek ciała. Podczas gdy komórka wątroby czy skóry ma mniej lub bardziej zwarty kształt, a jej średnica nie przekracza kilku mikrometrów, neurony w trakcie swojego rozwoju przechodzą prawdziwą metamorfozę, która wyposaża je w wypustki i włókna długie niekiedy na kilka centymetrów, a w przypadku neuronów kontrolujących motorykę nóg - nawet kilkadziesiąt centymetrów.

Komórka nerwowa składa się z kulistego ciała z jądrem, zawierającego informację genetyczną w postaci DNA, oraz dwóch rodzajów włókien: gęsto rozgałęzionych wypustek, które niczym anteny odbierają informacje przychodzące z innych neuronów, i czegoś na kształt wydłużonego kabla, który nazywamy aksonem. To właśnie akson może łączyć neuron z bardzo odległymi obszarami mózgu.

Dzięki swoim długim aksonom komórki nerwowe brzusznego pola nakrywki łączą się z trzema podkorowymi strukturami mózgu: jądrem półleżącym, jądrem ogoniastym i skorupą, które wspólnie tworzą prążkowie (patrz rys. poniżej).

Komunikując się głównie za pośrednictwem dopaminy, te cztery obszary naszego mózgu decydują o wielu sprawach. W praktyce w ich rękach skupia się cała władza. Rozkazy płynące z pola brzusznego nakrywki oraz prążkowia docierają długimi aksonami także do tych zakątków kory mózgowej, w których mieszczą się rozumowanie, zdolność planowania i organizacji, myślenie abstrakcyjne, a nawet pamięć.

W środku wielkiej puszki

Ludzki mózg różni się od mózgu szczura pod co najmniej kilkoma względami. W naszym narządzie znajdują się co prawda te same struktury, co u szczura, ale na drodze ewolucji zaszły w nim dwie ważne zmiany. Po pierwsze, mózg człowieka został "postawiony do pionu". Jesteśmy ssakami dwunożnymi, więc nasza czaszka opiera się na kręgach szyjnych. Wewnątrz obszaru zetknięcia z kręgami znajduje się w niej tzw. otwór wielki, dziura, przez którą przechodzą najważniejsze kable spinające nasz mózg z ciałem: żyły, tętnice oraz neurony, które łączą mózg z rdzeniem kręgowym. Wraz z ewolucją człowiekowatych, około 1,5 miliona lat temu10, zwiększyła się średnica tego otworu, poprawiając ukrwienie mózgu i tym samym umożliwiając jego spektakularny rozwój. W efekcie - i to jest druga ważna zmiana - dysponujemy mózgiem o objętości około 1400 cm3, liczącym 100 miliardów komórek nerwowych i około miliona miliardów miejsc ich styku nazywanych synapsami.

Nasz narząd, zasilany w krew przez "pompownię" o dużej przepustowości, pokrywa monstrualna - w porównaniu do mózgów innych stworzeń - struktura zewnętrzna (kora). Gdyby ją rozprostować, miałaby powierzchnię 60-calowego telewizora, czyli jednego z największych na rynku. A wszystko to upchane w twojej czaszce...

Tak jak w przypadku szczurów, neurony dopaminergiczne oplatają swoją siecią różne części naszej kory, dyktując własne warunki. W konsekwencji, mimo że kora mózgowa jest zabójczą bronią, która zapewniła ssakom - a szczególnie naczelnym będącym najbardziej zaawansowanym stadium ewolucji - sukces, osiągając w przypadku ludzi niezrównaną moc, to za sterami wciąż stoi prążkowie. Realizuje ono identyczne cele jak 10 milionów lat temu: znaleźć pożywienie, partnerów seksualnych, podnieść pozycję społeczną, poszerzyć terytorium i zdobyć informacje zwiększające szanse przeżycia. A wszystko przy jak najmniejszym wydatku energii. Zmieniła się tylko jedna, choć niebagatelna rzecz: w ciągu ostatniego miliona lat kora mózgowa człowieka bardzo się rozwinęła i jest dziś nieporównywalnie potężniejsza niż jej szczurzy odpowiednik. Tworząc zaawansowane technologie wykorzystywane zarówno w branży spożywczej, informacyjnej czy przemysłowej, kora potrafi dostarczyć prążkowiu niemal wszystko, czego potrzebuje, czasem bez żadnego wysiłku. Problem polega na tym, że prążkowie tylko na to czeka. W żadnym razie nie przyszłoby mu na myśl, by się ograniczać. Nie jest do tego stworzone.

Ta logika jest mu obca, nie została uwzględniona w projekcie. Zobaczymy dalej, jak i dlaczego tak się stało. Na razie wystarczy zapamiętać, że prążkowie zgarnia wszystko, co jest do wzięcia. To jedna z wielkich wad fabrycznych naszego mózgu.

Ciało migdałowate to kompleks jąder podkorowych (przyp. red. nauk.). [wróć]