W drodze do sławy
W DRODZE DO SŁAWY
Podobno mężczyźni wolą blondynki, co potwierdzają kariery takich gwiazd
jak Marilyn Monroe, Jayne Mansfield czy Brigitte Bardot. Od każdej
reguły zdarzają się jednak wyjątki, czego przykład mieliśmy w naszym
kraju. Kalina Jędrusik była naturalną blondynką, ale sławę zdobyła
dopiero wtedy, gdy zmieniła kolor włosów na ciemniejszy, stając się
najseksowniejszą artystką epoki PRL...
Kraków
Jędrusik dość wcześnie zaczęła sprawiać problemy wychowawcze. Po
zakończeniu II wojny światowej podjęła naukę w I Liceum
Ogólnokształcącym im. Juliusza Słowackiego w Częstochowie, ale została
relegowana z tej szkoły. Nie miała wprawdzie kłopotów z nauką i chętnie
angażowała się w działalność szkolnego teatru, problemem jednak okazał
się jej wyzywający styl zachowania. Władze placówki przywiązywały dużą
wagę do moralnego poziomu uczennic, tymczasem Kalina nie lubiła nosić
stanika. Problemy nie kończyły się zresztą na bieliźnie, bo również
reszta garderoby dziewczyny okazała się nie do zaakceptowania przez
miejscowe grono pedagogiczne.
Kalina próbowała dokończyć naukę w liceum dla pracujących, ostatecznie
jednak skończyło się na eksternistycznej maturze. Po uzyskaniu
świadectwa dojrzałości zdała egzaminy do Państwowej Wyższej Szkoły
Aktorskiej w Krakowie, bo choć marzyła o karierze operowej, to jednak
uznała, że wymaga ona zbyt wielu wyrzeczeń.
"Przerażała mnie niesamowita dyscyplina - tłumaczyła po latach - jakiej
muszą się podporządkować śpiewacy, którzy od rana do wieczora nie myślą
o niczym innym, jak tylko o głosie, gardle i strunach głosowych, o tym,
by być sprawnym technicznie. To niesłychanie komplikuje życie, a ja
właśnie cenię swoją niezależność"1.
Podobno już podczas egzaminów wstępnych zauważono zarówno jej talent,
jak i urodę. Największą rolę odgrywał jednak jej niekonwencjonalny
sposób bycia, który przyciągał uwagę mężczyzn.
"Odprowadzałem kogoś na egzamin wstępny do krakowskiej Szkoły Aktorskiej
- wspominał Lucjan Kydryński - i wśród zdenerwowanych, przejętych
kandydatek na przyszłe gwiazdy krążyła również Ona. Już wtedy trudno
było jej nie dostrzec w tłumie. Silny makijaż, rzęsy długości paru
centymetrów, niebieska jedwabna bluzka i długa czarna spódnica. Zaczęła
rozmowę, rozmawiała zresztą ze wszystkimi, zawsze przecież była szalenie
kontaktowa. Pamiętam, że zwierzyła mi się, że jeśli zostanie przyjęta,
to niezależnie od szkoły aktorskiej zapisze się także na historię
sztuki. I była bardzo zdziwiona, kiedy starałem się jej wytłumaczyć, że
to nie jest historia sztuki, jaką się grywa w teatrze..."2.
Ostatecznie skoncentrowała się na aktorstwie, o czym zapewne
zadecydowała panująca w szkole atmosfera. Razem z nią studiowali:
Zbigniew Cybulski, Bogumił Kobiela, Konrad Swinarski, Leszek Herdegen,
nieco później pojawił się Jerzy Grotowski, uczelnię systematycznie
odwiedzał zaprzyjaźniony z Herdegenem Sławomir Mrożek. Znakomicie
prezentowało się również grono miejscowych pedagogów, wśród których byli
Wanda Szczuka, Lidia Zamkow, Tadeusz Burnatowicz, Władysław Woźnik.
Kalina przeżyła wówczas swoją pierwszą miłosną fascynację, której
obiektem był wykładowca poezji antycznej i wiersza, Wacław Nowakowski.
"Piękny, monumentalny głos - opowiadała Jędrusik - wysoki, postawny
mężczyzna. Zdolna byłam do wielkich i romantycznych uczuć. Kiedy
przyciskał mnie do swej piersi, osuwałam się zemdlona... I on o tej mojej
miłości wiedział - naiwne, ale jakże piękne i czyste było to
uwielbienie"3.
Podobno uczucie to było platoniczne, ale Kalina już wtedy przejawiała
słabość do znacznie starszych od siebie mężczyzn. Mówiono, że łączyło ją
coś z Janem Kurnakowiczem, miała mieć również romans z ówczesnym
rektorem krakowskiej Akademii Sztuk Plastycznych. Wynajmowała pokój w jego mieszkaniu, w związku z czym doszło do małego skandalu, gdy "żona
rektora, ścieląc łóżko, znalazła w nim szpilki do włosów"4.
Zażyłość tę wydaje się potwierdzać fakt, że Kalina nazywała rektora
"Kiciuś", co można uznać za wyjątkową poufałość ze strony młodej
studentki...
Jeszcze bardziej intrygująca była jej przyjaźń z koleżanką z roku,
Alicją Migulanką. Uważano, że dziewczyna była "sługą i podnóżkiem
Kaliny", troszczyła się, aby "ta miała co jeść, robiła jej pranie,
zakupy". A Jędrusik zachowywała się jak "kociątko, które przewracało
rzęsami", bezwzględnie wykorzystując oddanie przyjaciółki. Opowiadano,
że nie była to wyłącznie przyjaźń, czemu stanowczo zaprzeczali ludzie
dobrze znający obie dziewczyny.
"Bzdura! Ohydna plotka! - oburzał się kolega ze szkoły, Gustaw Gracki. -
Panna Migulanka dlatego była Kalinie potrzebna, że jej ojciec był
podoficerem II Korpusu i przysyłał córce bogate paczki. A Kalinka
pierwsza te paczki przeglądała i wydzielała z nich, co jej było
potrzebne. Plotka zrobiła z nich parę lesbijek"5.
Kalina wykorzystywała materialnie swoją przyjaciółkę, ale Migulanka
chyba naprawdę darzyła ją uczuciem. Gdy bowiem Jędrusik związała się ze
Stanisławem Dygatem, Alicja przeżyła załamanie nerwowe. A gdy okazało
się, że Kalina nie będzie mogła mieć dzieci, zaproponowała, że "urodzi
dla niej dziecko", jeżeli ona "tylko tego zapragnie".
Alicja Migulanka nigdy nie zrobiła większej kariery, chociaż przez wiele
lat grała na scenach warszawskich i regularnie pojawiała się na planie
filmowym. Były to jednak role epizodyczne, a jej najbardziej znaną
kreacją okazała się rola strażniczki Wali w Nadzorze Wiesława
Saniewskiego. Nie utrzymywała kontaktów z Kaliną, która zresztą
całkowicie wyparła jej osobę ze swoich wspomnień. Inna sprawa, że w ten
sam sposób postąpiła z innymi koleżankami ze studiów...
Trójmiejski tygiel
W pierwszej połowie lat 50. jednym z najważniejszych punktów na
kulturalnej mapie Polski stało się Trójmiasto. Pojawiła się tam grupa
utalentowanych twórców, których nazwiska niebawem miały stać się znane w całym kraju.
Stanisław Dygat prowadził kronikę kulturalną "Głosu Wybrzeża", a publikowali tam również Maciej Słomczyński, Mieczysław Jastrun i Arkady
Fiedler. W zespole redakcyjnym gazety zwracała uwagę młoda stażystka z Warszawy, Agnieszka Osiecka, a w całym Trójmieście głośno było o plastykach skupionych wokół miejscowej Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk
Plastycznych.
W Gdańsku, w Klubie Artystów grano Przy drzwiach zamkniętych Sartre'a,
a więc sztukę, której nie można było wystawiać na profesjonalnych
scenach. W klubie Rudy Kot recitale przy fortepianie dawał Edmund
Fetting, "mrucząc pod nosem delikatne, pół swingujące, pół marzące
piosenki". Trójmiasto w ogóle żyło muzyką i nie bez powodu to właśnie
tutaj, w Sopocie, zorganizowano w 1956 roku Międzynarodowy Festiwal
Muzyki Jazzowej, na który zjechało 50 tysięcy fanów z całego kraju. Trzy
lata później w Gdańsku powstał pierwszy polski zespół rockowy Rhythm and
Blues, a w połowie następnej dekady debiutowały Czerwone Gitary.
Środowiska artystyczne Trójmiasta wzajemnie przenikały się, a głównym
miejscem spotkań był klub SPATiF-u przy ulicy Monte Cassino w Sopocie.
"Spotykaliśmy się po to, żeby porozmawiać o sztuce - wspominał ówczesny
dziekan Wydziału Malarstwa, profesor Władysław Jackiewicz - ale zawsze
towarzyszyły temu nadmierne ilości alkoholu, więc po pewnym czasie
wszystko zamieniało się we wzajemne wymówki typu: "A wiesz, gdzie ja mam
twoje malarstwo?""6.
Lokal był położony na piętrze budynku, co czasami stwarzało pewne
problemy. Bardziej "wyczerpani" uczestnicy biesiad miewali kłopoty z zejściem na dół, a pewna krewka aktorka zrzuciła ze schodów jednego z krytyków. Podobno nie była zadowolona z recenzji na swój temat...
Na początku sezonu teatralnego 1953/1954 dyrekcję Teatru Wybrzeże objęła
Lidia Zamkow i wraz z nią do Trójmiasta przeprowadziła się grupa jej
podopiecznych z krakowskiej PWSA. W ten sposób w Gdańsku znaleźli się
Jędrusik, Migulanka, Herdegen, Cybulski i Kobiela. Ci dwaj ostatni
właśnie na Wybrzeżu zaczęli swoją drogę do nieśmiertelności, organizując
tu słynny studencki kabaret Bim-Bom...
Na scenie Teatru Wybrzeże miał miejsce debiut sceniczny Kaliny, a pobyt
nad Bałtykiem zaważył na całej jej karierze. W Gdańsku spotkała bowiem
najważniejszego mężczyznę swojego życia.
Pan Stanisław
Panna Jędrusik miała wówczas 23 lata i prezentowała się niezwykle
atrakcyjnie. Ale jej uroda nie odpowiadała socjalistycznemu ideałowi
kobiety - była zbyt zmysłowa, aby grać role robotnic, aktywistek czy też
uległych żon rewolucyjnych bohaterów.
Cybulski zabrał ją na casting do Kanału Andrzeja Wajdy, bo akurat
poszukiwano "młodej i ładnej aktorki do głównej roli". Cybulski ostrzegł
jednak filmowców, że Kalina jest "porządną dziewczyną, jeszcze dziewicą
i jego przyjaciółką, której nie pozwoli skrzywdzić". Warunkiem jej
udziału w zdjęciach próbnych było więc to, że "ją sam przywiezie i odwiezie".
"I przywiózł Kalinę Jędrusik - wspominał Kazimierz Kutz - on, strażnik
jej cnoty, choć Kalina nigdy nie robiła wrażenia, by kiedykolwiek mogła
być dziewicą. [...] Wyglądała wtedy jak świeżo wypieczona bułeczka; z obfitym biustem sięgającym niemal po zęby i oczami młodej sowy. Mówiąc
nieco po staroświecku, była ponętna. Ale jej seks był z modelu, który
miał dopiero nadejść. Dlatego nie nadawała się na bohaterkę Kanału.
Ostatecznie rolę tę zagrała Teresa Iżewska"7.
Na większości mężczyzn Kalina robiła jednak piorunujące wrażenie, a jednym z nich miał się okazać Stanisław Dygat. Pisarz pełnił wówczas
funkcję kierownika literackiego Teatru Wybrzeże, ale pierwszy raz trafił
na nią przypadkowo na ulicy. Spotkanie to miało wywrzeć na obojgu
ogromne wrażenie.
"Byłam jedną z niewielu - opowiadała Kalina - które interesowały się nie
tylko polską literaturą, ale też autorami. Znałam pisarzy z fotografii,
wiedziałam, jak wygląda Stanisław Dygat. I w Gdańsku, na spacerze,
spotkałam go - szedł z moją koleżanką z teatru, Dziunią Nawrocką;
okazało się (o czym jeszcze nie wiedziałam), że była jego żoną.
Obejrzałam się - i zobaczyłam, że on też na mnie patrzy, ale jak! Szedł
z żoną tyłem, bo patrzył na mnie. U Sienkiewicza to bym wtedy
powiedziała: Mój ci on jest, ale ja naprawdę sobie pomyślałam - to
będzie MÓJ MĘŻCZYZNA"8.
Stanisław Dygat był w tym czasie jednym z najbardziej popularnych
polskich pisarzy. Sławę przyniosła mu autobiograficzna, wydana w 1946
roku powieść Jezioro Bodeńskie, a jego renomę ugruntowały Pożegnania
opublikowane dwa lata później.
Dygat nie uważał się jednak za zawodowego literata i twierdził, że zajął
się pisaniem wyłącznie z tego powodu, że nie potrafił znaleźć sobie
innego sposobu zarabiania na życie.
"Mniemał - na przykład - opowiadał blisko z nim zaprzyjaźniony Kazimierz
Kutz - że jest życiowym nieudacznikiem, a pisarzem został tylko dlatego,
że nie nadawał się do żadnego zawodu i mimo wielu prób, albo raczej
chęci, do żadnego nie trafił. Toteż pisania nie uważał za zawód,
podśmiewał się z tych, którzy uważali się za zawodowych pisarzy; dla
niego było to tylko męczące zajęcie"9.
Dygat miał ogromny talent, ale był człowiekiem zbyt leniwym, by
całkowicie poświęcić się literaturze. I chociaż jego prozę uznano za
niezwykle nowatorską i choć cieszyła się ona ogromnym powodzeniem, to
trudno było go skłonić do terminowego wywiązywania się z zobowiązań.
Chętnie natomiast brał zaliczki i z tego powodu wielokrotnie miał
kłopoty.
"Pożegnania Staś napisał pod terrorem - potwierdzała Irena Szymańska.
- Była to książka dla Klubu Odrodzenia, przyrzeczona subskrybentom i zapowiedziana na określony termin, a terminy subskrypcyjne traktowano
jeszcze wtedy w wydawnictwach serio. Przerażeni, że Staszek nie zabrał
się do roboty, po prostu porwaliśmy go, zamknęli w domu "Czytelnika" w Bierutowicach i tam, trzymając co prawda nie o chlebie i wodzie, ale
odciętego od znajomych i przyjaciół, zmusiliśmy go - my, to znaczy
ówczesny dział wydawniczy "Czytelnika" z Zofią Dembińską na czele - do
napisania w sześć tygodni książki"10.
Regularnie jednak pisał opowiadania i felietony, był również
współautorem dwóch dramatów, ale przez całe życie "słabo rozróżniał
nominalną wartość banknotów NBP", a do tego "z nawyku wydawał więcej,
niż zarabiał". W efekcie wraz z żoną i córką często nie miał z czego żyć
i zasypywał wydawców prośbami o pieniądze. A gdy to nie skutkowało,
wysyłał po zaliczki swoją córkę, licząc na to, że widok dziecka skruszy
ich opory.
Z tego powodu chętnie przyjmował też różnego rodzaju synekury, pod
warunkiem że nie wymagały jednak zbyt wiele pracy. Niestety - z funkcji
wiceprezesa wrocławskiego Związku Literatów Polskich został zwolniony za
permanentne lenistwo i właśnie wtedy przeniósł się do Trójmiasta. Tam
został kierownikiem literackim Teatru Wybrzeże, w którym posadę dostała
również jego żona, aktorka Władysława Nawrocka.
Hipisi nad Bałtykiem
Ich małżeństwo było przedziwnym związkiem, bo żona, podobnie jak on,
"nie kojarzyła sobie wydawania z zarabianiem". Sytuacji nie zmieniło
przyjście na świat ich córki, wobec której oboje zachowywali się w sposób całkowicie nieodpowiedzialny.
"Kiedyś, wychodząc w nocy z restauracji - wspominała Magda Dygat -
zapomnieli zabrać mnie z szatni, gdzie leżałam w beciku. A do tego
zgubili numerek i gdy w końcu wrócili, bo przypomnieli sobie, że mieli
jeszcze chyba coś poza parasolem, szatniarka nie chciała mnie
wydać"11.
Na szóste urodziny córka dostała od nich "zieloną, emaliowaną patelnię".
Była to jedyna rzecz, jaką mogli kupić nad ranem, gdy wracając z imprezy, przypomnieli sobie o rocznicy ich dziecka. Przy okazji
uświadomili córce, że przecież "żadna jej koleżanka nie ma własnej
patelni".
"Kiedy budziłam się w nocy sama w domu - kontynuowała Magda - szłam spać
do sąsiadów, którzy byli już do tego przyzwyczajeni. Rodzice czasami
dziwili się, że jestem ciągle jeszcze mała, a czasami odkrywali ze
zdziwieniem, że chodzę do szkoły"12.
Nawrocka była zajęta głównie sobą i nigdy nie ukrywała, że obecność
dziecka uważa za zbyteczną. Przez całe życie sprawiała zresztą wrażenie
osoby, która urodziła się w niewłaściwym miejscu i w niewłaściwym
czasie, bo chyba znacznie lepiej pasowałaby do epoki dzieci kwiatów i festiwalu w Woodstock.
"Matki stosunek do liczb - tłumaczyła Magda Dygat - był wynikiem jej
braku poczucia czasu. A już zupełnie nie miała i nie ma głowy do takich
przyziemnych spraw, jak imiona, urodziny, chrzest. Nigdy nie wiedziała,
który jest rok i dziś [w 2001 roku - S.K.], będąc w wieku
osiemdziesięciu kilku lat, ciągle ma nadzieję, że w przyszłości wszystko
jej się lepiej w życiu ułoży"13.
Dygatowie prowadzili życie godne komuny hipisów, podobnie też
zachowywali się w sprawach intymnych. Stanisław "wszystkie zajęcia
uważał za męczące, łącznie z erotyką" i w wieku 33 lat nie był już
zainteresowany współżyciem z żoną. Dbał zatem, aby Władysława miała
młodszych partnerów seksualnych, a jednym z nich został 20-letni bokser
i początkujący pisarz, Edward Kurowski.
Pisarz prowokował dwuznaczne sytuacje, namawiał, aby młodzieniec robił
Nawrockiej masaże, aż wreszcie stało się to, co musiało się stać.
"Aktorka wyszła z łazienki we flanelowym szlafroku - wspominał Kurowski
- i położyła się na moim łóżku, mówiąc, że bardzo dobrze się czuje, choć
woda była ledwie ciepła. Przekonana, że mój masaż ją rozgrzeje,
odsłoniła do połowy ciało, zacząłem więc swoje zajęcia od szyi, mówiąc,
że piersi aktorki już po kilku masażach stały się bardziej jędrne, co
stwierdziła z zadowoleniem. Zapytałem, czy chodzący po sąsiednim pokoju
pisarz nie zajrzy do nas, aktorka odpowiedziała "na pewno nie, krążąc za
szybą układa powieściowe dialogi, które podobno dobrze mu idą". [...]
- Idźcie wreszcie gdzieś, bo mi przeszkadzacie - wtrącił pisarz, jakby
nas podsłuchiwał.
- Przecież cicho leżymy.
- Ale łóżko skrzypi"14.
Małżonkowie sypiali oddzielnie, Dygat miał zresztą zwyczaj zamykania na
noc drzwi od swojego pokoju. Nawrockiej natomiast zupełnie nie
przeszkadzało, że mąż śpi obok - miała niewiele ponad 30 lat i stosowne
do wieku potrzeby erotyczne.
"Zatoczyłem się, widząc wyciągniętą ku mnie rękę - kontynuował Kurowski
- usiadłem na tapczanie [...] dotykasz ją kolanem, czujesz, że jest bez
dolnej części piżamy, pyta, co ci jest, nadciśnienie? Możliwe -
odpowiadasz - chyba tak, damska ręka dotyka twoich spodenek, chce ci je
zdjąć? Próbujesz dotknąć jej biodra, nie pozwala, odruch czy naprawdę
nie wolno, kolanem można, niczym więcej...
Leżysz niby spokojnie, ale coś w tobie kipi, słyszysz własny oddech i aktorki, chcesz coś powiedzieć, czujesz pustkę w głowie i suchość w ustach, co robić? Do odważnych świat należy - to głupie, żadna odwaga,
odważniej byłoby odejść teraz, nie potrafisz... musisz być zdecydowany,
ale od decyzji do jej wykonania mijają długie chwile, w czasie których
czujesz jej palce na swoim biodrze, całą delikatną dłoń, podsuwa się pod
gumkę twoich spodenek i wtedy nagle decydujesz się wejść na jej ciepłe,
prawie gorące ciało, które nie uczyniło żadnego ruchu, żeby cię zrzucić,
napięte damskie nogi jakby sflaczały, uda trochę się rozeszły, więc
dalsze działanie było już niezależne od ciebie, pewnie krótko trwało, po
czym wasze ciała zlepiły się i ponownie znieruchomiały.
- Niech pan już idzie - szepnęła aktorka jakby resztkami sił"15.
Dygat uwielbiał flirtować i romansować z kobietami, ale nie zawsze
interesowało go seksualne zbliżenie. A już regularne kontakty erotyczne
z jedną partnerką śmiertelnie go nudziły, nawet wtedy, gdy była nią tak
atrakcyjna osoba jak Władysława Nawrocka. Niewykluczone też, że miał na
ten temat podobne zdanie jak pewien niemiecki filozof, który twierdził,
że nie będzie wykonywał "śmiesznych ruchów" niegodnych honoru mężczyzny...
Otwarte małżeństwo może funkcjonować wyłącznie wówczas, gdy pomiędzy
partnerami panują przyjazne stosunki. Dygatowie jednak często się
kłócili, "oskarżając się wzajemnie o różne drobne niepowodzenia". Po
przeprowadzce do Trójmiasta awantury domowe stały się codziennością i zdominowały ich życie. Sytuację najlepiej podsumowała rozmowa Dygata z córką po wspólnym wyjściu do kina na Summertime.
"Płakałam, kiedy pociąg z Katharine [Hepburn - S.K.] odjeżdżał -
wspominała Magda Dygat - a na peronie został zakochany w niej Włoch.
Ojciec pocieszał mnie, że gdyby ona została i gdyby się pobrali, toby
się kłócili tak jak mamusia z tatusiem"16.
Niebezpieczne związki
Kilka miesięcy po pierwszym spotkaniu na ulicy Jędrusik i Dygat poznali
się osobiście na balu sylwestrowym. Później pisarz adorował aktorkę,
przychodził z bukietami kwiatów na jej występy, towarzyszył podczas
spacerów na plaży. Kalinie to imponowało, aprobowała również różnicę
wieku (Dygat był starszy o 16 lat). Znów odezwała się słabość do
starszych partnerów.
Zostali kochankami, ukrywając swój romans, a Kalina w tym czasie podobno
bardzo dbała o przychylność córki partnera. Znała zresztą Magdę
doskonale, bo dziecko często pojawiało się za kulisami teatru, w którym
pracowali Jędrusik i Dygatowie.
"Grały w jednym teatrze - relacjonowała Magda - ale nie w tych samych
sztukach. Kiedy mama była na scenie, ona zajmowała się uwodzeniem jego i mnie. Wydawała się taka śliczna, miała długie blond włosy. Wyglądała jak
księżniczka z bajki. Rozmawiała ze mną jak z przyjaciółką, dawała mi
prezenty. [...] Zaprzyjaźniła się bardzo z moją mamą. Czuła się samotna
daleko od domu. Potrzebowała rodziny"17.
Dygat, choć czuł się podobno życiowym nieudacznikiem, był przecież
poczytnym pisarzem i przystojnym mężczyzną. Potężnie zbudowany, zawsze
nienagannie ubrany i pachnący dobrymi kosmetykami prezentował się
korzystnie na tle innych mężczyzn. Do tego dochodziły jeszcze maniery
wyniesione z dobrej, przedwojennej rodziny, dzięki czemu pisarz "wydawał
się taki "pański" i "arystokratyczny"" w swoim zachowaniu. Wyróżniał się
na tle szarej polskiej rzeczywistości lat 50., nic zatem dziwnego, że
Kalina straciła dla niego głowę.
On również zakochał się w niej jak młodzik, zapewne jednak nie doszłoby
do rozwodu, gdyby nie upór Jędrusik. Razem z aktualnym partnerem
Nawrockiej zmusiła ona Dygatów do złożenia pozwu rozwodowego, wychodząc
z założenia, że pora zakończyć to nieudane małżeństwo i uregulować
sytuację prawną całej czwórki.
Rozwód nie był jednak sprawą łatwą i formalności ciągnęły się przez
dłuższy czas. Dygat opuścił rodzinę i zamieszkał z Kaliną w "schronisku
dla aktorów, w ciemnym, ponurym poniemieckim domu". Gdy jednak Nawrocka
wyjechała na urlop, to za jej zgodą zamieszkali w domu Dygatów. A po
powrocie Władysławy już się stamtąd nie wyprowadzili.
Sytuacja ta bulwersowała nawet najbardziej odpornych ludzi z ich
otoczenia. Jeden pokój zajmowała matka Nawrockiej z Magdą, natomiast w drugim tłoczyli się Kalina, Stanisław, Władysława i jej aktualny
partner. A Dygatowie ciągle nie mieli jeszcze rozwodu...
Najważniejszym problemem tej sześcioosobowej "rodziny" był niedostatek.
Kłopoty finansowe zbliżały ich do siebie i sprawiały, że nie było czasu
na wzajemne kłótnie oraz pretensje.
"Co rano wszyscy w domu wywracali kieszenie w poszukiwaniu drobnych,
żeby kupić coś na śniadanie - wspominała Magda Dygat. - Potem każdy
wychodził na miasto w poszukiwaniu pieniędzy. Macocha [Kalina Jędrusik
- S.K.] i ja wyłączone byłyśmy z obowiązku aprowizacji domu, ja
musiałam iść do szkoły, a ona na ogół leżała na kanapie z powodu jakichś
dolegliwości"18.
Sytuacja przypominała układy w rodzinach z marginesu społecznego, ale
czy życie pod wspólnym dachem z żoną, kochanką, partnerem żony, córką i teściową nie nosi w sobie cech patologii? A przynajmniej dużej dawki
perwersji?
"Atmosfera była przyjazna i serdeczna do momentu - kontynuowała Magda -
kiedy okazało się, że druga żona ojca przez cały ten czas ukrywała swój
stan posiadania. Pech chciał, że stało się to w dniu, w którym matka, w desperacji spowodowanej brakiem innych możliwości, poszła sprzedać
butelki. Scena, w której z rąk macochy wyślizguje się torebka i wylatują
z niej banknoty różnej wielkości, była dramatyczna, żenująca i filmowa,
szczególnie że brały w niej udział dwie aktorki. Ojciec przepraszał w imieniu swoim i nowej żony, było nawet jakieś wiarygodne tłumaczenie,
ale nie udało się przywrócić beztroskiej idylli, i tak dobrze
zapowiadające się życie rodzinne szóstki osób na czterdziestometrowej
powierzchni musiało się skończyć"19.
Macocha i pasierbica
Pod jednym względem nadal byli zgodni - Trójmiasto okazało się zbyt małe
jak na ich ambicje, toteż postanowili w komplecie przenieść się do
Warszawy. W stolicy warunki lokalowe były jednak jeszcze trudniejsze niż
na Wybrzeżu, zatem ponownie zamieszkali wspólnie. Nie trwało to na
szczęście zbyt długo, bo Dygat dostał jednopokojowe mieszkanie przy
Wiktorskiej na Mokotowie, a po kilku latach nieco większe przy ulicy
Joliot-Curie.
Latem 1958 roku orzeczono wreszcie rozwód pomiędzy Władysławą i Stanisławem, który niedługo później poślubił Kalinę. W podróż poślubną
wyjechali na dwa miesiące do Włoch, co w tamtych czasach było wręcz
nieprawdopodobną ekstrawagancją.
"[Staś] prowadził mnie śladem młodzieńczych fascynacji - wspominała
Jędrusik - Capri, Neapol, Wenecja, Werona, Rzym... Wieczne Miasto kojarzy
mi się ze smakiem bananów. Dotknęłam zakazanego owocu - ja, przeniesiona
z tego potwornego zakątka Europy. W tamtych latach zamętu i grozy w Polsce, potwornej nędzy moralnej i materialnej, jakimś cudem udało się
nam przeżyć dwa miesiące miłości we Włoszech. Pamiętam, że pożerałam
banany. Nigdy wcześniej ich nie jadłam"20.
Podróż nie przebiegała jednak bezproblemowo, bo pomiędzy małżonkami
zdarzały się starcia, a główną ich przyczyną był trudny charakter
Dygata. Świadkami jednej z takich sytuacji byli Zofia i Andrzej Łapiccy,
którzy po latach opowiedzieli o tym swojej córce.
"W latach 50. rodzice pojechali z Dygatami do Włoch - relacjonowała
Zuzanna Łapicka-Olbrychska. - Oglądałam zdjęcia, na których Staś Dygat i mój ojciec są w wytwornych letnich garniturach z alpaki. W takim
garniturze Dygat usiadł do kolacji. Kalina zaczęła go upominać:
"Stasiek, poplamisz się, Stasiek, zdejmij tę marynarkę, bo się
poplamisz". Dygat spojrzał na nią przeciągle, wziął masło i zaczął nim
smarować klapy marynarki. Kalinę zamurowało"21.
Jędrusik nie mogła mieć dzieci, co z czasem stawało się coraz większym
problemem. Opinie na temat powodów jej bezpłodności są podzielone -
miała jakoby poronić w pierwszych miesiącach związku z Dygatem,
ewentualnie urodzić bliźnięta, które zmarły podczas skomplikowanego
porodu. Wiadomo jednak, że pisarz nie chciał mieć więcej potomków, a Kazimierz Kutz twierdził nawet, że "nie wiadomo, co wtedy naprawdę się
stało i jaką "winę" wziął wtedy Dygat na siebie". Sugerował w ten sposób
aborcję, która do 1956 roku była w Polsce zakazana, a wykonana pokątnie
mogła doprowadzić do poważnych komplikacji zdrowotnych Kaliny.
Aktorka do końca życia nie mogła się pogodzić ze swoją bezpłodnością i ze smutkiem sama siebie nazywała "pulardą". Musiało się to odbić na jej
kontaktach z pasierbicą, którą Dygat na swój sposób przecież kochał.
Zazdrosna o względy, jakie okazywał córce, Kalina bez problemów wcieliła
się w rolę złej macochy. Dręczyła dziewczynę za plecami męża, a gdy
Magda skarżyła się na jej zachowanie, zrzucała na nią całą winę. Podobno
zawsze patrzyła na pasierbicę "wzrokiem, który mówił, że nie bierze
jeńców" i robiła wszystko, aby obrzydzić jej życie.
"Ojciec zabierał mnie też na wakacje razem z macochą. Nie są to moje
najprzyjemniejsze wspomnienia. Kpiła ze mnie nieustannie, poświęciła
kiedyś cały dzień na przekonywanie mnie, że jestem niedorozwinięta, bo
nie znam przekleństw, a potem wyparła się przed ojcem, twierdząc, że
jestem nienormalna, bo zmyślam takie rzeczy.
- Magda! Na litość boską, skąd ty znasz takie słowa! - wykrzyknął
ojciec, gdy zapytałam, co to znaczy.
Nie miała instynktów opiekuńczych i nie można było zwrócić się do niej o żadną poradę, odwrotnie, starałam się ukrywać wszystkie moje problemy,
słabości i niedomagania. Ponieważ wiedziała, że boję się duchów,
opowiadała wieczorami o zamordowanych przez ubeków młodych akowcach,
pochowanych w piwnicy domu, w którym mieszkaliśmy. Jakby chciała zemścić
się na ojcu za to, że zabierał mnie z nimi na wakacje. Bałam się
okropnie i nie mogłam zasnąć, mimo że w tym domu nie było piwnic, więc
może miała rację, mówiąc, że jestem niedorozwinięta"22.
Jędrusik prowokowała awantury z pasierbicą, po czym przedstawiała mężowi
swoją wersję wydarzeń. Dygat miał pretensje do córki, nie mogąc
"zrozumieć, dlaczego rzuca oszczerstwa na jego żonę i czepia się jej,
kłamiąc". W efekcie pomiędzy ojcem i Magdą dochodziło do kłótni, po
których przez wiele dni nie odzywali się do siebie.
Pod nieobecność męża Kalina potrafiła nawet zadręczać pasierbicę
opowieściami o życiu erotycznym jej rodziców. Z radością obserwowała
niesmak i zgorszenie na jej twarzy, znęcanie się nad dziewczyną
sprawiało jej perwersyjną przyjemność. Ale pod tym względem nie różniła
się specjalnie od Dygata, któremu zdarzało się zapomnieć, z kim
rozmawia, i zwierzać się nastoletniej córce ze swoich erotycznych
problemów.
"[...] odwożąc mnie do domu ze wspólnej Wigilii - żaliła się Magda - na
której dostałam od niego zieloną torebkę ze skaju, zabawiał mnie
opowiadaniem o swojej nowej dziewczynie, która była niemal w moim wieku.
Kiedy powiedziałam, że to obrzydliwe, żeby młoda dziewczyna miała romans
ze starszym mężczyzną, zatrzymał samochód, kazał mi wysiąść i oddać
torebkę. Wysiadłam, ale torebki nie oddałam"23.
Nienawiść Kaliny do pasierbicy przybierała różne formy. Czasami kłamała,
innym razem oskarżała ją o kradzież albo o to, że dziewczyna się w niej
zakochała i prześladuje ją swoją miłością. A czasami wykorzystywała
Magdę do tego, by dokuczyć mężowi, przy czym robiła to w podobny sposób
jak jego pierwsza żona.
"- Idź i poproś ojca, żeby powiedział "rura" albo "fruwać" -
podpuszczała matka, kiedy nie odzywali się do siebie. Pisarz grasejował
["r" wymawiał na sposób francuski - S.K.] i bardzo go złościło, gdy
żona się z tego wyśmiewała.
Awantury z macochą miały charakter bardziej burzliwy:
- Idź i poproś ojca, żeby powiedział "kurwa", albo powiedz mu, żeby się
"odpierdolił".
- Czy to znaczy to samo co "rura" i "fruwać"?"24.
Narodziny gwiazdy
NARODZINY GWIAZDY
Polska Marilyn Monroe
Ale nawet Magda przyznawała, że Jędrusik i Dygata łączyła "jakaś
niezrozumiała więź" i pomimo wszelkich problemów darzyli się głębokim
uczuciem. Oczywiste też było, że bez pomocy męża Kalina nigdy nie
zrobiłaby kariery.
"Kiedy Staś przywiózł Kalinę do Warszawy - wspominał Jacek Bocheński -
zobaczyłem rzeczywiście fascynującą kobietę. To była sama zmysłowość,
niezależnie od sławnego dekoltu, to było coś, od czego feromony biły
całymi falami - choć słowo feromony to anachronizm: wtedy nikt o żadnych
feromonach jeszcze nic nie wiedział"25.
Dygat miał jasną wizję kariery żony, znał jej potencjał i chciał ją
uczynić polskim odpowiednikiem zachodnich gwiazd ekranu. Zawsze zresztą
miał z lekka pogardliwy stosunek do socjalistycznych produktów kultury i najwyżej cenił to, co amerykańskie. Zdawał sobie również sprawę, że
niebawem polskim widzom do reszty obrzydną prezentowane na ekranie
dzielne przodownice pracy i pojawi się zapotrzebowanie na aktorstwo w zachodnim stylu. Uważał, że żona może stać się krajową wersją Marilyn
Monroe, dlatego starannie reżyserował jej zachowanie, sposób mówienia i barwę głosu, a nawet kupił jej ukulele.
"[Była] arcydziełem Stasia i niewątpliwie najlepszą postacią, jaką
napisał - twierdził Kazimierz Kutz. - Tyle że żywą. Była jego
zrealizowanym snem o Hollywoodzie, snem o zniewalającym, amerykańskim
fenomenie banału. Była tym samym idealnym przykładem nieograniczonego
wpływu mężczyzny na ciało i duszę kobiety. Mitem Hollywoodu fascynował
się Stasio od wczesnej młodości. Już pod koniec lat dwudziestych słał
miłosne listy do gwiazd amerykańskiego kina. Kalina była niewątpliwie
ucieleśnieniem tamtych fascynacji"26.
Sytuację ułatwiały naturalne predyspozycje Jędrusik - jej otoczenie
uważało, że właściwie nigdy nie była dziewczyną. Drobna, ale obdarzona
znakomitymi warunkami fizycznymi, wydawała się stworzona do roli obiektu
męskiego pożądania.
"Gdybym zamknęła oczy i chciała przywołać tamte obrazy - wspominała
Agnieszka Osiecka - to powiedziałabym: siedziałyśmy na kanapie z dziewczynami i Kaliną. Filigranowa, pełna uroku, inteligencji
przewrotnej i dowcipu - kobietka, lalka, artystka. Ale nie dziewczyna.
Kalina nigdy nie wydawała mi się dziewczęca. Czymś się zdecydowanie
różniła od nas wszystkich, od dziewczyn z tamtych lat"27.
Dygat nic nie pozostawiał przypadkowi, toteż przygotował dla Kaliny
specjalny "dekalog", który miał zapewnić jej sukces. Lektura jego
zaleceń jest bardzo interesującym przeżyciem.
"Nigdy nie proś o drobne przysługi kogoś, kto jest od Ciebie w lepszej
sytuacji materialnej i moralnej - czytamy w pierwszym punkcie. - Kogoś
takiego znacznie mniej zdenerwuje prośba o sprawę dużą i ważną. Może
nawet ją spełnić, żeby popisać się przed innymi"28.
Dalej było równie ciekawie, bo Dygat zalecał żonie, aby "odmawiała
wszelkich usług, chyba że chodziło o usługi wymienne". Proponował, aby
Kalina "uczyła się w tym znajdować satysfakcję" i wyrabiała sobie opinię
"egoistki, osoby nieugiętej i wyrachowanej". Miała starać się "robić
wrażenie osoby bardzo zajętej swoimi sprawami", a gdyby kiedykolwiek
"zagroziła komuś, że coś zrobi", to powinna "naprawdę być gotowa to
zrobić". Albowiem "blefować można jedynie w kartach", natomiast "w życiu
blefują jedynie hochsztaplerzy".
Czytając wytyczne Dygata, można odnieść wrażenie, że pisał je człowiek,
który doskonale wiedział, że życie jest dżunglą, w której przetrwają
wyłącznie najsilniejsi. I chciał, aby do tego grona należała także
Kalina.
"Nie wolno Ci sprawiać na ludziach wrażenia szczerej i otwartej.
Nikczemnicy (a więc wszyscy, którzy Cię otaczają) uważają osoby szczere
i otwarte za głupców łatwych do pożarcia"29.
Przy okazji nakazywał, aby Kalina "nie angażowała się w cudze sprawy,
jeżeli nie miała w tym interesu", a jeżeli już o nich musiała mówić, to
powinna "robić to z obojętnością", a nawet "z lekkim akcentem
znudzenia". Koniecznie natomiast powinna wykluczyć "w każdej sytuacji
pozę osoby fajnej, swojego chłopa", co zapewni, że "ludzie będą ją
szanowali i udawali, że ją kochają".
Dzięki koneksjom Dygata Jędrusik trafiła do zespołu Teatru Narodowego,
którego dyrektorem był Erwin Axer. Debiut stanowił dla niej duże
wyzwanie, bo nie był to już gdański teatr, tylko jedna z najważniejszych
scen w kraju.
"Pierwszym wielkim przeżyciem na terenie Warszawy - opowiadała w wywiadzie prasowym - była dla mnie rola Zosi w Ostrym dyżurze
Lutowskiego, którą otrzymałam jako zastępstwo za Danutę Szaflarską.
Byłam przerażona i onieśmielona tym, że właśnie mnie - prawie
debiutantce - powierzono rolę, którą grała tak znakomita aktorka jak
Danuta Szaflarska. Był to prawdziwy doping do dalszej pracy"30.
Axer zarządzał wówczas również Teatrem Współczesnym, niebawem jednak
rozdzielono te sceny. Kalina przeszła do Współczesnego, który przez
wiele lat miał uchodzić za najlepszy teatr w stolicy, a zapewne również
i w kraju. To właśnie na tej scenie odniosła ogromny sukces jako Polly w Operze za trzy grosze Bertolta Brechta.
"Wróżono jej karierę operową - wspominał Bartosz Śmigielski. - Kalina i opera? Już to widzę, jak Kalina stosuje specjalną dietę bez krzty
alkoholu i idzie wcześnie spać, by głos był w formie! Na początku lat
sześćdziesiątych jej głos był już lekko schrypnięty. A więc Polly
śpiewała już głosem Kalinowym. [...] Była to Polly najlepsza, jaką udało
mi się widzieć w Polsce i za granicą. Miała coś z dziecka i coś z dziwki. I w tym przedstawieniu ona jedna i Bardini jako Peachum śpiewali
songi tak, jak chciał Brecht"31.
Grała dużo i często, nie narzekała również na brak uznania widzów.
Wielbiciele przynosili jej kwiaty, prezenty, przesyłali listy z niedwuznacznymi propozycjami. Jej wielkim sukcesem okazała się rola
Holly Golightly w scenicznej adaptacji Śniadania u Tiffany'ego (1965).
Oboje z Dygatem uwielbiali tę książkę, a dodatkowym wyzwaniem dla Kaliny
było zmierzenie się z legendarną kreacją Audrey Hepburn. Adaptacji
dokonał Dygat, uprzednio prosząc listownie Trumana Capote'a o zgodę;
dodał jednak, że nie stać go na wysokie honorarium. Amerykański pisarz
pokazał klasę, zrezygnował z wynagrodzenia i przysłał Jędrusik w prezencie zamykane na kluczyk pudełko od Tiffany'ego.
W tych czasach przywiązywała jeszcze dużą wagę do tego, by przedstawiano
ją Jędrusik-Dygat. Wiedziała bowiem, że dopiero pracuje na swoje
nazwisko, podczas gdy mąż jest osobą bardzo popularną. Ale niebawem nie
było to już potrzebne, gdyż Kalina stała się prawdziwą gwiazdą.
Teatr Telewizji
Dygat doskonale wiedział, że teatr był rozrywką elitarną, natomiast
popularność w zachodnim stylu mogły zapewnić wyłącznie film i telewizja.
Początkowo nie potrafił jednak zagwarantować Kalinie odpowiednich ról
filmowych, wobec czego całą uwagę skierował na telewizję. Konkurencja
była tam zresztą o wiele słabsza, gdyż wielu aktorów nie miało jeszcze
przekonania do możliwości szklanego ekranu.
Lata 50. były pionierskimi czasami rozwoju telewizji. Pierwszy
ogólnopolski program wyemitowano w październiku 1952 roku, a dopiero
cztery lata później emisja odbywała się pięć razy w tygodniu. Na dodatek
liczba odbiorników telewizyjnych była ograniczona, toteż program
oglądano głównie w klubach i świetlicach. Ale Dygat wiedział, że do
telewizji należy przyszłość, więc Kaliny nie mogło w niej zabraknąć.
Siedziba TVP mieściła się wówczas przy placu Powstańców Warszawy i w niczym nie przypominała lokali dzisiejszych stacji telewizyjnych.
"[...] do gmachu telewizji w Warszawie wchodziło się przez dziurę w podłodze - wspominał Jerzy Gruza. - Takie to robiło wrażenie. Wejście od
razu z ulicy i stromymi schodami w dół. Budynek dawnego banku przy placu
Wareckim, obok jedynego drapacza chmur w stolicy, dziś hotel "Warszawa",
był absolutnym zaprzeczeniem nowoczesnej stacji telewizji. Przypominał
raczej mrowisko pełne uwijających się w różnych kierunkach mrówek. To
była chyba jedyna stacja telewizyjna na świecie, do której wchodziło się
przez kuchnię, później przez bar i charakteryzatornie dla aktorów. [...]
Kiedy szło się po schodach na górę, mijało się studio i słynną
"reżyserkę", do której można się było dostać tylko po żelaznej drabinie.
Studio było wielkości trzech pokojów z kuchnią, z ręcznie robionymi
przez polskich inżynierów kamerami i reflektorami wiszącymi tuż nad
głową aktora"32.
Praktycznie wszystkie programy emitowano na żywo, nie dysponowano bowiem
jeszcze sprzętem do rejestracji obrazu. W takiej sytuacji nie mogło
oczywiście zabraknąć różnego rodzaju pomyłek, które sprawiały obsłudze i widzom wiele uciechy. Bohaterką jednej z nich była Irena Dziedzic.
"Było to w czasach - opowiadał Igor Śmiałowski - kiedy jako młodziutka
dziennikarka rozpoczynała swoją karierę w warszawskiej TV w charakterze
spikerki.
Otóż kiedyś, nie wiedząc, do której kamery ma się zwrócić, z całą
szczerością spytała:
- No, chłopaki, który mnie bierze pierwszy?
A to było już na wizji!"33.
Z czasem wprowadzono zasadę, że zanim przywrócono ład i porządek po
jakiejś poważniejszej gafie, na ekranie pojawiała się tablica z napisem
"przepraszamy za usterki"...
Niemal od samego początku funkcjonowania TVP jednym z najważniejszych
jej programów był Teatr Telewizji. Spektakle emitowane w poniedziałkowe
wieczory okazały się skuteczną próbą przeniesienia na ekran autentycznej
atmosfery teatralnej. Starannie dobrany repertuar (chociaż zdarzały się
też sztuki o radzieckich partyzantach), ciekawe inscenizacje, znakomita
gra aktorska. To musiało przynieść sukces.
"Wszystko szło wtedy "na żywo" - opowiadał Jerzy Gruza. - W studiu nie
większym od M3 powstawały wielkie inscenizacje literatury światowej. Co
poniedziałek premiera! [...] Fenomen w skali światowej. Czegoś takiego
nie było i nie ma"34.
Po każdym spektaklu oczekiwano na reakcję publiczności. Największą rolę
odgrywały telefony od telewidzów, którzy z reguły dzwonili na gorąco,
jeszcze pod wpływem emocji.
"W któryś wtorek - kontynuował Gruza - zapytałem Hanuszkiewicza po jego
premierze:
- Jakie miałeś reakcje?
- Fenomenalne, dziesiątki niemych telefonów.
- ?
- Ludzie ze wzruszenia nie mogli mówić"35.
Równie ważna, a nawet ważniejsza była reakcja władz. Partyjni decydenci
podejrzliwie obserwowali repertuar Teatru Telewizji i natychmiast
interweniowali, gdy uznali, że zaprezentowano coś niestosownego. Tak
było w przypadku Asfaltowej drogi Kazimierza Korcellego, czyli sztuki
o tym, jak z powodu kaprysu partyjnego ministra budowano szosę na plażę.
Na domiar złego do obejrzenia spektaklu namówiono samego Władysława
Gomułkę, co źle się skończyło.
"Reżyserował Tadeusz A. [Aleksandrowicz] - relacjonował Gruza - ja
grałem operatora kroniki filmowej. Główną rolę sekretarki ministra
[grała] aktorka w skąpym kostiumie kąpielowym, o największych chyba
piersiach w Polsce. Rzecz działa się głównie na plaży.
Nie wiadomo, czy te cyce, czy sam fakt pokazania naszego ludowego
ministra, który zużywa reglamentowany cement dla osobistej wygody, tak
rozeźlił pierwszego sekretarza, że walnął z całej siły szklanką herbaty
w kineskop telewizora, który, jak to się wówczas często zdarzało, mógł
wybuchnąć i spowodować śmiertelne zejście Pierwszego Telewidza.
Na szczęście nic takiego się nie stało, bo byśmy wszyscy siedzieli.
Gomułka złapał za czerwony telefon, opierdolił Sokorskiego, Korcellego,
a Tadeusz A. dostał zakaz czegoś tam..."36.
Niestety nie był to ostatni przypadek szczególnej irytacji Zofii i Władysława Gomułków z powodu pojawienia się na małym ekranie aktorki z dużym biustem... Występy Jędrusik jeszcze wielokrotnie będą wywoływać ich
nerwowe reakcje.
Teatr Telewizji odegrał ogromną rolę w karierze Kaliny. Największy
sukces odniosła w inscenizacji sztuki Jeana Giraudoux Apollo z Bellac,
gdzie partnerowała Adamowi Hanuszkiewiczowi i Jackowi Woszczerowiczowi.
Udźwignęła ciężar roli, prezentując typ nowoczesnej dziewczyny bardzo
odległej od ówczesnych oczekiwań partyjnych decydentów.
"Na ekranie telewizyjnym - pisał krytyk Henryk Bieniewski - pojawiała
się dziewczyna w obcisłej, uwydatniającej pełny biust bluzce, wąska w pasie, gładko uczesana, z włosami związanymi w koński ogon, jak nosiły
się w owym czasie modne dziewczyny, naśladując francuską aktorkę
Brigitte Bardot. Agnieszka poruszała się lekko, zwiewnie i takie też
były ruchy jej rąk. Na początku niepewna, wystraszona, w miarę
osiąganych sukcesów - coraz bardziej zdecydowana. Operowała głosem
wysokim, dźwięcznym, z lirycznym zaśpiewem"37.
Za: K. Tomasik, Seksbomby PRL, e-book, Warszawa 2014. [wróć]
Za: P. Gacek, Kalina. Jestem, jaka jestem, Warszawa 2010, s. 14. [wróć]
Za: ibidem. [wróć]
D. Michalski, Kalina Jędrusik, Warszawa 2010, s. 60. [wróć]
Za: ibidem, s. 58. [wróć]
Za: A. Klim, Seks, sztuka i alkohol. Życie towarzyskie lat 60., Warszawa 2013, s. 41. [wróć]
K. Kutz, Portrety godziwe, Kraków 2004, s. 69-70. [wróć]
Za: D. Michalski, op. cit., s. 78. [wróć]
K. Kutz, op. cit., s. 48. [wróć]
I. Szymańska, Czego wtedy nie powiedziałam..., "Polityka" 6/1978. [wróć]
M. Dygat, Rozstania, Kraków 2001, s. 41-42. [wróć]
Ibidem, s. 49. [wróć]
Ibidem, s. 46. [wróć]
E. Kurowski, Moje życie ze Stanisławem Dygatem, Toruń 2004, s. 90-91. [wróć]
Ibidem, s. 57-58. [wróć]
M. Dygat, op. cit., s. 179. [wróć]
Ibidem, s. 137. [wróć]
Ibidem, s. 76. [wróć]
Ibidem, s. 77. [wróć]
Za: P. Gacek, op. cit., s. 23. [wróć]
Za: J. Szczerba, Co ja Jezus Chrystus jestem?, wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/2029020,96856,6894162.html. [wróć]
M. Dygat, op. cit., s. 206-207. [wróć]
Ibidem, s. 14. [wróć]
Ibidem, s. 209. [wróć]
Za: D. Michalski, op. cit., s. 77. [wróć]
K. Kutz, op. cit., s. 70. [wróć]
Za: P. Gacek, op. cit., s. 25. [wróć]
Za: ibidem, s. 5. [wróć]
Za: ibidem, s. 6. [wróć]
Za: I. Czyńska, Kalina Jędrusik-Dygatowa. Sylwetki aktorów, "Ekran" 14/1958. [wróć]
Za: D. Michalski, op. cit., s. 127. [wróć]
J. Gruza, 40 lat minęło jak jeden dzień, Warszawa 1998, s. 8. [wróć]
I. Śmiałowski, Igor Śmiałowski opowiada, Warszawa 1981, s. 38. [wróć]
J. Gruza, op. cit., s. 21. [wróć]
Ibidem, s. 21. [wróć]
Ibidem, s. 50. [wróć]
H. Bieniewski, Teatr Telewizji i jego artyści, Warszawa 2009, s. 11-12. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki