Zachłanne morze - De Elizabeth

Kup ebooka

43.99 zł
36.51 zł (43,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Briar

Złe wieści smakują solą.

To jest coś, co Briar wie na pewno, ale czego nie jest w stanie wyjaśnić - podobnie jak tego, że bez zastanowienia potrafi kończyć zdania wypowiadane przez jej najlepszych przyjaciół. To potwierdzony fakt, trochę jak treści z podręczników; równie dobrze można to uznać za jedno z praw fizyki: kiedy Briar Winters czuje między zębami smak soli, niebawem wydarzy się coś strasznego.

Przełyka tę słoność, z trudem brnąc z trójką najbliższych przyjaciół przez zakurzony parking przy plaży. W gruncie rzeczy można ich nazwać jej rodziną.

Choć ostatnio trudno byłoby określić tym mianem Finna.

Ocean przed nimi odbija feerię tęczowych świateł. Wielki diabelski młyn przecina czarne niebo, wesołe okrzyki przeszywają lepkie, wilgotne powietrze. Nadmorski festyn to dla Briar zwykle ulubiona noc w roku, ale już za tydzień Kai, Astrid i Finn rozproszą się po całym kraju niczym czerwone pineski na mapie, każde na swojej nowej uczelni.

A ona nadal będzie tutaj.

W innym świecie Briar strzelałaby fotki do wyczerpania baterii i chłonęła każdą sekundę. Dzisiejsza noc stałaby się jednym z tych różowych wspomnień, na zawsze zapisanych w czasie przeszłym. Pytaliby się nawzajem: "A pamiętasz, wtedy, w wesołym miasteczku?", i myśleli o tej właśnie chwili.

Ten wieczór ciągle może się tak potoczyć.

Jednak jeśli Briar nie uda się uleczyć otwartej rany rozpościerającej się na jej relacji z Finnem, nie będą wspominać dzisiejszej nocy w ten sposób. Przeciwnie: zapamiętają ją jako noc przesiąkniętą cichym żalem, podczas której fale rozbijały się o brzeg, drwiąc: "Mogło być inaczej... Mogło być inaczej".

- Bee, jak myślisz?

Spogląda na Astrid, podchodząc do kasy biletowej.

- Słucham?

- Nostril czy septum?

Briar mruga.

- Ee?

Astrid unosi twarz ku niebu, a lśniące warkoczyki spływają jej na plecy.

- Nie mogę zdecydować, jaki piercing sobie zrobić przed spotkaniem zapoznawczym w przyszłym tygodniu.

- Oho, wychodzi z ciebie Słońce w Wadze - rzuca Kai ze śmiechem.

Dziewczyna żartobliwie piorunuje wzrokiem milczącego cały czas Finna.

- To ty go tego nauczyłeś?

Finn wzrusza ramionami.

- Po prostu zrób oba.

Briar aż skręca na dźwięk jego głosu, przepełnionego smutkiem, czemu winna jest tylko ona. Chłopak wygląda zupełnie inaczej niż w noc po zakończeniu szkoły - wtedy po raz ostatni między nimi wszystko było tak jak trzeba. Finn jest blady, opalenizna gdzieś znikła. Pobłyskujące złotem włosy wydają się niedbale zmierzwione, a nie, jak zwykle, ułożone. Pod chmurnymi szarymi oczami wiszą dwa półksiężyce, jakby do świtu ślęczał przy biurku zasypanym podręcznikami do matematyki i papierem milimetrowym. Briar z łatwością wyobraża go sobie siedzącego w okularach i spisującego na kartce swoje teorie i czuje ucisk w piersi na myśl o wszystkim, co nie zostało jeszcze powiedziane.

Przesuwają się naprzód w kolejce, wstępując w kałużę rubinowego światła bijącego z neonu nad ich głowami: "Letnie Wesołe Miasteczko w Loch Creek". Pod spodem, mniejszymi literami, dodano tutejsze motto: "Bezpieczna przystań od 1692". Kai i Astrid rozmawiają dalej, ale Briar milczy.

Widziała to hasło milion razy. Potrafiłaby prześledzić historię swojej rodzinnej miejscowości aż do krzyków kobiet, których nikt nie rozumiał, ginących na płonących stosach. Loch Creek w stanie Massachusetts - bezpieczne schronienie wśród morza histerii na tle czarów. Przystań. Niektórzy wierzą, że to określenie nadal tu pasuje, wskazując na letnią falę turystów. Niektórzy mieszkańcy Loch Creek są tak dumni ze swojego życia tutaj, że nigdy stąd nie wyjeżdżają.

Do tej grupy należą jej rodzice. I właśnie dlatego Briar nie może im wyznać, że jej miasto bardziej przypomina pułapkę. Jest naznaczone tragediami, o których nikt nigdy nie mówi. Tutejszy smutek czai się tuż pod powierzchnią, jak szept z zaświatów kierowany do każdego, kto uważnie się wsłucha.

Choć dla Briar ten szept brzmi raczej jak ryk.

Telefon Astrid brzęczy powiadomieniem, imię "Ellie" rozświetla ekran. Nieproszona zazdrość gryzie Briar od środka. Przez całe lato jej przyjaciółka pisała ze swoją przyszłą współlokatorką w Vassar, gimnastyczką z Kansas City, która zamierzała studiować nauki polityczne tak samo jak Astrid. Jej telefon brzęczy co chwila z nowymi memami, SMS-ami i filmikami. Tak jakby jej przyszłość - przyszłość, w której nie ma Briar - przez cały czas siedziała w pokoju razem z nimi.

Astrid na wiadomość od Ellie parska śmiechem, a jej skóra w ciepłym odcieniu brązu rozświetla się od blasku ekranu. Briar obserwuje, jak przyjaciółka coś odpisuje, i zatrzymuje na chwilę wzrok na bransoletce przyjaźni na nadgarstku, takiej samej jak ta na jej ręce. I zanim zdąży zdusić tę myśl, zastanawia się, czy tak właśnie smakuje to uczucie, kiedy ktoś powoli zajmuje twoje miejsce.

Kai też to zauważył, ale on się szczerzy.

- Z czego się tak śmiejesz? - Zerka, drażniąc się z Astrid i chowając za ucho kosmyk sięgających do podbródka czarnych włosów. - Kurde, mam nadzieję, że dostanę w Northwestern fajnego współlokatora. Jeśli przydzielą mi jakiegoś wnerwiającego typa, który zostawia wszędzie skarpety, to rozpętam zamieszki.

Briar posyła mu lekki uśmiech i przełyka bolesne przypomnienie, że już wkrótce Astrid, Kai i Finn będą siedzieć w salach wykładowych, chodzić na imprezy i poznawać nowych ludzi. Z łatwością wyobraża sobie Kaia na warsztatach filmowych reżyserującego eksperymentalną krótkometrażówkę albo Astrid na debacie, stojącą na podeście i przedstawiającą argumenty przemawiające za systemem powszechnych ubezpieczeń zdrowotnych. I Finna w laboratorium fizycznym, badającego równania i zagadnienia związane z czasem. Tymczasem ona będzie tkwić w Loch Creek, pracując przez rok w biurze burmistrza, a potem pójdzie na jakąś uczelnię blisko domu. Dokładnie tak, jak zawsze chcieli jej rodzice.

Wydaje im się, że w ten sposób ją chronią, aby nic strasznego już nigdy nie dotknęło ich rodziny, ale ona odczuwa to bardziej jak pogrzeb za życia. Pewnego dnia stanie się częścią miasta, wrośniętą w jego tkankę niczym jedna z rzeźb pod Starym Ratuszem. Kamień zamiast skóry, szkło w miejsce oczu. Zatrzymana w czasie jako główna cheerleaderka lokalnego liceum i królowa balu ze świadectwem zawierającym piątki od góry do dołu, pokryty perłową poświatą owoc ciężkiej pracy, wyćwiczonych uśmiechów i steku bzdur. Nikt nigdy nie pomyślałby nawet o tym, żeby zerknąć do środka posągu Briar Winters i zobaczyć, że została doszczętnie wydrążona i teraz wypełniają ją pełzające karaluchy, które zadomowiły się w tej bezdennej ciemności.

- A ty, Briar? - pyta Kai.

- Co? - Przegapiła kolejny fragment rozmowy.

Chłopak przechyla głowę, a jego ciekawskie spojrzenie zdaje się pytać: "Co się z tobą dzisiaj wyprawia?".

- Myślisz, że będzie ci brakowało czegokolwiek z liceum? - doprecyzowuje.

Briar próbuje zliczyć, ile razy przez te wszystkie lata przekroczyli wspólnie próg liceum w Loch Creek: kilkaset poranków, kilkaset przejść przez drzwi. Ich przyjaźń zawsze była wartością stałą. Jak pi, liczba, która rozwija się w nieskończoność, ale nigdy nie zmienia kształtu. Połączenie nawiązane przypadkiem, kiedy nauczycielka w przedszkolu przydzieliła im siedzenia, nie zdając sobie sprawy, że właśnie tworzy rodzinę.

- Myślę, że właśnie czegoś takiego będzie mi brakować - stwierdza dziewczyna, skręcając luźny kosmyk włosów w kolorze miodu. - Tych małych momentów, kiedy jesteśmy tylko my. - I dodaje cicho: - Zanim zostanę tylko ja.

- Czy to nie dziwne - zaczyna Kai - że tyle rzeczy zrobiliśmy po raz ostatni, nawet nie zdając sobie z tego sprawy? Na przykład to: skończyłem pisać ostatni egzamin i w ogóle o tym nie pomyślałem. Zostawiłem błękitny arkusz na biurku pana Hallowaya i po prostu dałem dzidę.

Astrid prycha.

- A co niby miałeś zrobić? Zrobić sobie selfie z panem H., żeby uczcić tę okazję?

- Nie wiem. - Kai wzrusza ramionami. - Ale to było strasznie rozczarowujące. Codziennie chodzisz do szkoły i nagle pff. - Macha dłońmi ułożonymi w kształt skrzydeł motyla. - Koniec. Tak po prostu.

- Tak jest ze wszystkim - włącza się Finn. - Nigdy nie zdajesz sobie sprawy z tego, że coś się kończy, dopóki nie jest za późno.

Policzki Briar robią się ciepłe od szorstkiego tonu jego głosu. Te słowa brzmią jak zawoalowany komunikat tylko dla niej. Nie musi patrzeć na chłopaka, żeby wiedzieć, że wspomina noc po zakończeniu szkoły i jej ucieczkę z jego mieszkania następnego ranka. To, jak prosił, by została. Od tamtej pory wszystko było nie tak.

- No dobra - śmieje się Astrid. - Wystarczy egzystencjalnych rozkmin jak na jedną noc.

Twarz Kaia rozjaśnia się, ale Finn tylko bawi się mosiężnym kompasem przytwierdzonym do paska, prezentem na osiemnastkę, na który tej wiosny zrzuciła się cała ich trójka. Briar przygląda mu się, gdy przesuwa zatrzask w tę i z powrotem - i podąża za jego wzrokiem śledzącym ciemnowłosą dziewczynę idącą kilka kroków przed nimi. Gruby, kruczoczarny warkocz z niebieskimi pasmami spływa jej na plecy. Jest ubrana na czarno, nad długimi do kolan kozakami widać kabaretki. Briar czuje ucisk w piersi - rozpoznaje ją natychmiast.

To Morgan Parker-Blake. Dziewczyna, którą Briar zna całe życie. Dziewczyna, o której chciałaby zapomnieć.

Już samo patrzenie na Morgan sprawia, że Briar czuje niepokój. Łatwiej było widywać ją w szkole, gdzie ogólna zasada postępowania mogłaby zostać wpisana w kodeks uczniowski: "Nie rozmawiać z Morgan Parker-Blake". To wiedza powszechna, podobnie jak "Klatka D to miejsce, w którym ludzie urządzają sobie schadzki" czy "Pan Bridges robi niezapowiedziane kartkówki w trzeci piątek miesiąca".

Nikt nie rozmawia z Morgan. A Morgan nie rozmawia z nikim.

Istnieje na obrzeżach ich świata - jest elementem krajobrazu, cichym i nieruchomym. I Briar to odpowiada.

Ponieważ jeśli Morgan Parker-Blake siedzi cicho, to znaczy, że nie wygada jej najobrzydliwszego sekretu. Tajemnica pozostanie w niej zamknięta. Połknięta w całości.

Jednak poza szkołą zasady są niejasne. A w tej chwili Finn przygląda się Morgan, jakby ją znał. Jakby było coś, co desperacko chce jej powiedzieć, jak gdyby milion historii wydarzyło się przez te dwa miesiące, kiedy Briar z nim nie rozmawiała. Dziewczyna czuje mdłości na samą myśl o tym, że to możliwe.

- No halo? - woła Astrid, machając dłonią przed twarzą Briar.

Dziewczyna podskakuje, a jej klapki ślizgają się po piasku.

- Mam ci kupić bilet? Tak czy nie? - W jej pytaniu pobrzmiewa ostry ton, jakby zadawała je trzeci albo i czwarty raz.

- N-nie, sorry, już ogarniam. - Briar sięga po portfel, po czym zwraca się do mężczyzny w okienku. - Poproszę jeden. - Po namyśle rzuca w stronę Finna kolejne spojrzenie. - Dwa.

Dziewczyna wyciąga do kasjera rękę, a on odciska na niej ciemnoniebieski półksiężyc. Briar wpatruje się w tusz i próbuje przywołać słowa przeprosin, które skieruje do Finna. "Przepraszam, że uciekłam. Przepraszam, że nie powiedziałam ci dlaczego. Przepraszam, ale ciągle nie mogę ci powiedzieć. Proszę, nie pozwól, żeby to zniszczyło wszystko między nami".

- Żeby wejść ponownie, pokaż stempel - informuje mężczyzna w okienku. - Będę musiał zobaczyć też twoją rękę, koleżko.

- Finn. - Kai szturcha go łokciem. - Finn. Finnegan.

Chłopak wyraźnie jest myślami gdzieś indziej, jego oczy spowija mgła. Briar śledzi wzrokiem rysy jego twarzy i zastanawia się w ciszy, czy wyczerpały im się szanse, by porozmawiać o tym, co się wydarzyło - czy przypadkiem czas nie wymyka im się niczym muszla wciągana przez morze.

- Finn, pan musi ostemplować ci rękę - szepcze.

To pierwsze słowa, które skierowała do niego tego wieczoru. I nie tylko tego wieczoru.

Przez chwilę chłopak patrzy prosto na nią. Briar wciąga powietrze, nakazując swojej twarzy, żeby pozostała neutralna. Bo to przecież Finn. Chłopak, z którym przyjaźni się od ponad dekady, przez lata naznaczone wiosennymi popołudniami w domkach na drzewie i bezkresnymi letnimi dniami spędzanymi na plaży. Finn, który od dziewiątej klasy spędzał u niej każde święta i miał nawet własną skarpetę na kominku jej rodziców. Finn, jej najlepszy przyjaciel od przedszkola - od roku, w którym Briar przestała się odzywać.

Finn, który pomógł jej od nowa zacząć mówić.

Powinna z nim porozmawiać, tak jak zrobiła to wtedy, pozwolić wszystkim bolesnym słowom wydobyć się na zewnątrz. Jednak myśl o powiedzeniu mu, co wydarzyło się po ukończeniu szkoły, wbija między jej żebra ostrze niepokoju, formując z niego masę winy i wstydu.

Może powierzyć Finnowi prawie wszystko - ale nie to.

Briar wie, że musi znaleźć inny sposób, by naprawić sytuację. Zanim chłopak znajdzie się w innej strefie czasowej, zanim jego poranki będą jej popołudniami, zanim stanie się jedynie głosem w słuchawce i wszystko, wszystko wywróci się do góry nogami. Finn wsuwa rękę przez okienko kasy biletowej, ciągle na nią patrząc.

A Briar po cichu obiecuje sobie, że nie pozwoli im się rozstać, dopóki sprawy nie wrócą na swoje miejsce.

***

Na terenie wesołego miasteczka Kai prowadzi ich wzdłuż plaży, rzucając przez ramię kilka ostrożnych spojrzeń. Człapią za straganem z pizzą, gdzie opary czosnku mieszają się z morskim powietrzem.

- Chodźmy do wieży ratowników - proponuje. - Da się tam chyba przyzwoicie skitrać.

- Ile zabrałaś ze sobą? - szepcze Astrid do Briar, kiedy trzymając się za ręce, brną przez piasek.

- Wystarczy dla nas wszystkich. - Dziewczyna zerka za siebie, jakby w tłumie ktoś wiedział, że nosi w torebce kilkaset miligramów żelek z THC.

Może sobie tylko wyobrazić, co powiedzieliby jej rodzice, gdyby zobaczyli ją w zeszłym tygodniu, jak w ustronnym miejscu wymienia ich kasę na torbę gumisiów z trawką. "Briar - sapnęłaby jej matka z dłońmi splecionymi na piersi. - Co by powiedziało Towarzystwo Artystyczne?". Dziewczyna zastanawia się czasem, kim byłaby jej mama, gdyby hasło "reputacja" tak bardzo nie zaprzątało jej głowy.

Woda chlupie cicho. Za każdym razem, gdy pokryte pianą fale uderzają o brzeg, czuje jakby tyknięcie zegara, wysysające wspólny czas, który jeszcze im został.

- To tu - mówi Kai, kiedy dochodzą do wieży ratowniczej. Zerka na zegarek. - Jeśli weźmiemy je teraz, a potem pójdziemy na diabelski młyn, to wjadą, akurat gdy będziemy w gabinecie luster. - Uśmieszek marszczy jego bladą twarz. - I to będzie sztos.

Briar wbija paznokcie we wnętrza dłoni. Kai od kilku tygodni miał obsesję na punkcie tego pomysłu: zażyć żelki z trawką i błądzić po labiryncie lustrzanym. W każdej innej sytuacji zaśmiałaby się i zignorowała swoje obawy, tak jak wtedy, gdy Astrid każe jej oglądać horrory albo kiedy Finn za mocno wciska gaz na autostradzie.

Odkąd jednak Briar widziała swoje własne odbicie, minęło kilka miesięcy.

Nauczyła się odwracać wzrok, wchodząc do łazienki albo mijając skąpane w słońcu wystawy sklepowe. Zarzuciła nawet prześcieradło na lusterko w swoim pokoju i zaczęła robić makijaż na chybił trafił. Poszła do szkoły z nierównymi kreskami na powiekach częściej, niż byłaby w stanie zliczyć, ale lepsze to niż patrzenie w lustro. Wie, co w nim znajdzie, jeśli spojrzy: to, co zawsze tam na nią czeka.

To, co czeka na moment, aż wszyscy ją zostawią.

Kai unosi dłoń.

- Jedziemy z tym. Briar?

Dziewczyna wyciąga z torebki opakowanie tęczowych żelków. Kai i Astrid sięgają do środka, a Finn przygląda jej się zmrużonymi oczami.

- Też bierzesz? - pyta, a ona kiwa głową.

Ta wymiana zdań wydaje się sztywna niczym zardzewiały zawias, który zapomniał już, jak się zginać. Przed końcem szkoły rozmawiali milion razy dziennie - przekrzykiwali się ponad szafkami na szkolnym korytarzu i esemesowali pod ławkami w klasach. Wydzwaniał do niej w środku nocy; telefon brzęczał na szafce, a jego głos rozbrzmiewał natarczywie w jej uchu. "Czy czujesz się czasem tak, jakbyś coś straciła, ale nie możesz sobie przypomnieć co?"

Jednak ostatnio była tylko cisza.

Finn już ma zjeść swoją żelkę, gdy Astrid obejmuje go w talii.

- Powinniśmy najpierw wznieść toast!

- Żelkami? - Chłopak unosi brew.

- To może uroczysta obietnica? - próbuje Briar. - Że nic się nie zmieni po przyszłym tygodniu.

Słowa smakują kwaśno, opuszczając jej usta - okrutny żart, zwłaszcza że już teraz tyle zdążyło ulec zmianie.

Jednak Astrid już podchwyciła ten pomysł.

- Grupowe spotkania na FaceTimie co tydzień! - wykrzykuje, odrzucając za siebie warkoczyki.

Briar zmusza się do uśmiechu.

- Wycieczki samochodowe podczas ferii wiosennych.

- I festyn każdego lata - dodaje Kai. - Nieważne, gdzie wylądujemy. Zawsze będziemy wracać do domu.

Dziewczyna zerka na Finna, który patrzy przed siebie pustym wzrokiem, jakby nie wierzył w to, co mówią. Zresztą im dłużej Briar słucha ich zapewnień, tym bardziej brzmią jej jak kłamstwa. Nie będzie żadnych wideorozmów ani podróży przez cały kraj - nie, jeśli nie uda jej się odnaleźć drogi przez przepaść między nią a Finnem, zanim stanie się zbyt szeroka, aby w ogóle ją przekroczyć.

- Poza tym lato jeszcze nawet się nie skończyło. W przyszłym tygodniu mamy urodziny Briar. - Astrid obejmuje ją ramieniem. - Nie bójcie żaby. Wynajmiemy ten oldskulowy stary jacht i urządzimy najlepszą imprezę, jaką widziało to miasto.

Briar znowu zmusza się do uśmiechu. Urodziny powinny błyszczeć od brokatu i muzyki, ale dla niej stanowią jedynie pamiątkę tego, co utraciła.

Mimo to łatwiej jest przybrać maskę ekscytacji, niż przyznać, że nie znosi tych świeczek i wstążek. Że rozpakowywanie prezentów pod pełnymi oczekiwania spojrzeniami sprawia, że z poczucia winy bolą ją kości.

Że obchodzenie urodzin, kiedy miało się bliźniaka, a teraz już się nie ma, jest bolesne.

Przez sześć krótkich lat Briar dzieliła z nim ten dzień. I to były urodziny, które lubiła. Jednak te późniejsze smakowały już gorzko, wszystko się w niej buntowało na myśl o świętowaniu kolejnego roku spędzonego na ziemi, podczas gdy jej brat był w niej pochowany. Zwłaszcza tego lata, kiedy impreza kojarzy jej się z odliczaniem czasu do zbliżającego się dnia, w którym zostanie tu sama. Jak niechciany przedmiot - dziewczyna, o której zapomniał czas.

Finn odchrząkuje.

- Czy teraz możemy już je zjeść?

- Smacznego! - dowcipkuje Astrid.

Briar wsuwa sobie do ust misia, ale ten nie smakuje jak żelka. Kryształki soli chrupią jej pomiędzy trzonowcami, aż dostaje napadu kaszlu.

- Powinnaś jeść, a nie się krztusić - śmieje się Kai, uderzając ją w plecy, podczas gdy Astrid podaje jej butelkę wody.

Dziewczyna przepija resztę i przesuwa językiem po zębach. Z przyzwyczajenia sięga do swojej torby i oddycha z ulgą, gdy jej palce natrafiają na inhalator.

Zawsze ma go ze sobą, ale i tak musiała to sprawdzić. Na wszelki wypadek.

Bierze kolejny łyk, gapiąc się na horyzont. Światła wesołego miasteczka odbijają się w wodach linii brzegowej, sprawiając, że morze wygląda na dużo ciemniejsze niż normalnie - fala nieskończonej czerni. Briar bezwiednie myśli, jak to jest być pod wodą z kieszeniami ciężkimi od kamieni w kolorze opalu. Sen zapisany w piasku, woda skręcająca się w czerwonoskrzydłe motyle. Znajomy, aksamitny głos wydaje się szeptać na wietrze: "To tu, tutaj pewnego dnia będziesz spać".

Dziewczyna czuje, jak jeży się na niej gęsia skórka. Jak to będzie, kiedy zostanie sama, nie mając nic oprócz własnych ohydnych myśli?

- Briar. - Finn smaga jej imieniem słone powietrze, jakby powiedziała to na głos.

Przenosi wzrok na niego, czekając, aż powie coś więcej. On jednak milczy, jakby zużył już wszystkie swoje pytania, zostawił każde z nich bez odpowiedzi w jej telefonie. "Czy możemy porozmawiać? Co się stało? Dlaczego jesteś na mnie zła?". Zbyt wiele myśli splata się w tym jego milczeniu: mnóstwo popołudni, które spędzili razem jako dzieci, szorując kolanami po ziemi i łapiąc biedronki do szklanych słoików, wymieniając się niełatwymi wspomnieniami, które tylko oni mogli nawzajem zrozumieć. To, jak w pewnym momencie Finn zaczął patrzeć na nią, jakby była niezwykła, nie z tego świata. Przypomnienie, w jaki sposób czas dryfuje w kierunku przypływu, tego, że nawet bieżąca chwila za moment przeniesie się w czas przeszły.

- Wiesz co? Daj mi jeszcze jednego.

- Finn! - strofuje go Astrid. - Bierze się tylko jednego, jesteś... Fiiiiiiin!

Kai wyrywa mu paczkę w chwili, kiedy chłopak połyka trzeciego misia, a w Briar wybucha niepokój. To za dużo, nawet jak na niego...

- Stary, wyluzuj! - Kai kręci głową. - Co ci odbiło? Zachowujesz się dziwnie, odkąd tu weszliśmy.

- Chodźmy - mówi Finn głosem bez wyrazu. - Nie chcemy przegapić diabelskiego młyna.

Astrid marszczy czoło.

- Finn, co się dzieje...?

Jednak chłopak już ruszył w tamtą stronę. Astrid, sfrustrowana, robi wydech i rzuca Briar znaczące spojrzenie, które wydaje się mówić: "Ogarnij się, zanim wszystko się popsuje".

Dziewczyna przełyka narastające poczucie winy, podążając za Astrid i Kaiem. Jej myśli krążą wokół pytania, jak znaleźć się tu, w miejscu tętniącym kolorami i dźwiękami, sam na sam z Finnem. Gorączkowo wałkuje to w głowie, kiedy docierają do kolejki na diabelski młyn. Chudy nastolatek obsługujący panel kontrolny obcina ich wzrokiem.

- Będziecie musieli wchodzić dwójkami - oznajmia, a rozwiązanie rozpościera się przed Briar jak za dotknięciem magicznej różdżki.

Zanim zdąży zmienić zdanie, łapie Finna za rękę - robiła to już wcześniej milion razy. Znajomy dotyk jego dłoni był dla niej zawsze pokrzepieniem, czymś, co ją uspokajało, dawało poczucie bezpieczeństwa. Jednak teraz dziewczyna czuje, jakby chwytała w ten sposób ostatnią deskę ratunku. Jakby rzutem na taśmę próbowała znaleźć jeszcze jedną szansę.

- Jedziesz ze mną? - pyta, a on zaskoczony kiwa głową.

Jakby się nie spodziewał, że Briar jeszcze się do niego odezwie.

Jednak ona zamierza to zrobić, i to teraz. Powie mu to, co może. Pominie te części, które musi pominąć.