ROZDZIAŁ IW którym Czarny Książę zaczyna zmieniać się w Czarne Serce, Berenika każe spadać, a zoo... Szkoda gadać
Gnała przez rozsłonecznioną łąkę, a maki, chabry i rumianki pryskały
spod końskich kopyt. Te, co nie zdążyły prysnąć, cóż... poległy.
Włosy, jeszcze przed chwilą ujarzmione ciemnozieloną aksamitką, nagle
wyrwały się na wolność i zatańczyły dookoła głowy dziewczyny, razem z wiatrem smagając jej twarz. Roześmiała się głośno, z całego serca, z całej duszy.
- Naprzód! - krzyknęła, a kruczoczarnej klaczy nie potrzeba było lepszej
zachęty. Wyciągnęła się w cwale, upojona słońcem i wolnością, tak samo
jak dosiadająca jej amazonka.
- Patrycja! - zabrzmiało gdzieś z tyłu, ale dziewczyna nawet się nie
obejrzała.
- Dogoń mnie, draniu! - krzyknęła, wiedząc, że on i tak jej nie usłyszy,
ogłuszony tętentem kopyt. Wiedziała również, że wiekowy Ofir za
chińskiego pana nie dogna jej rasowej arabskiej klaczy, zwanej swego
czasu Zołzą, obecnie wołanej słodkim zdrobnieniem Sheri (klacz od
pamiętnej eskapady pod Łukaszowy dom, kiedy to dowiedziała się, kto jest
gorszą zołzą od niej, dziwnie spokorniała). - To za to, że znów
zostawiłeś mnie na cały tydzień samą!
Wpadła na leśny dukt. Zwolniła, bo tu łatwo było się potknąć o przygodny
korzeń. Klacz przeszła w spokojny galop, zgrzana, ale szczęśliwa.
Patrycja poklepała ją serdecznie po spoconej szyi.
- Ale było... - mruknęła, nasłuchując narastającego tętentu Ofirowych
kopyt. - Gabriel mnie zabije...
Fakt, mężczyzna nienawidził przegrywać, nawet jeśli nie miał na wygraną
- jak w tym przypadku - żadnych szans. Nawet jeśli nie był to wyścig na
śmierć i życie, lecz zwykła zabawa w "co mi zrobisz, jak mnie złapiesz"
z ukochaną dziewczyną.
- Zwiejemy mu - szepnęła Patrycja do czarnego ucha i ściągnęła lewą
wodzę.
Klacz posłusznie skręciła między drzewa.
O, to już przypominało Patrycji dawno zarzucone pisanie
romantyczno-fantastycznych powieści o Anaeli i Amrem: zaczarowany las,
ona uciekająca hordzie bandziorów, on gnający jej na pomoc. Szczęk
mieczy, świst strzał, wdzięcznie powiewająca suknia, gałązki chłoszczące
boki konia, wiatr we włosach i...
- Ożeż urwę nać! - Świeczki stanęły jej w oczach. Ściągnęła wodze tak
gwałtownie, aż klacz wryła się kopytami w mech. - O w mordę! -
wychrypiała dziewczyna, łapiąc się za kolano. - Umarłam...
Koń podczas tej radosnej galopady wjechał między dwie sosny, nie
zważając na to, że siodło i nogi jeźdźca wystają poza koński bok.
Patrycja tak grzmotnęła kolanem w drzewo, że...
- Straciłam nogę, jak Boga kocham - wyjęczała, zawracając klacz na
ścieżkę.
Tam czekał już na nią Gabriel.
- Przejażdżka po lesie? - Uśmiechnął się krzywo.
- Proszę cię, nie teraz. - Dziewczyna otarła łokciem łzy i podwinęła
suknię, odsłaniając nogę, by zbadać straty.
- Będziesz mnie uwodziła? - Zaśmiał się mężczyzna. Nie zwróciła na niego
uwagi. Skórę na kolanie miała zdartą do krwi, ale gorszy był ból
szarpiący staw. - Tak zazwyczaj się kończą galopady między drzewami -
skwitował, rzuciwszy okiem na ranę. - No to co, moja śliczna, ścigamy
się?
Strzelił szpicrutą, a Ofir skoczył w przód. Po chwili zniknęli
niedowierzającej własnym oczom Patrycji za zakrętem.
- Zostawił mnie! - stwierdziła, gdy odzyskała głos. - Ty to widzisz,
Sheri? Zostawił mnie, żeby być pierwszy w domu! Nie wierzę, po prostu
nie wierzę!
Koń ruszył smętnym stępem w kierunku Dworku Rządcy.
Gabriel czekał, oparty o bramkę padoku. Nie miał na twarzy nawet cienia
triumfu - dobrze znając swą drugą połówkę, wiedział, że zapewne zostałby
za ów triumf wychłostany szpicrutą - po prostu stał i czekał.
Chciała go minąć - już po drodze zadbała, by zetrzeć z policzków ślady
łez - ale chwycił wodze w garść i zatrzymał Sheridanę w miejscu.
Bezceremonialnie ściągnął dziewczynę z siodła i mimo że wiła się i ciskała na jego głowę przekleństwa, zaniósł do domu, by tam złożyć
obolałą i wściekłą na kanapie przed kominkiem.
Tak jak ona poprzednio, tak teraz on podciągnął jej suknię, odsłaniając
opalone, szczupłe udo. Próbowała obciągnąć sukienkę i warknęła coś w rodzaju "spierniczaj", ale w ogóle się tym nie przejął. Delikatnymi
dłońmi zbadał kolano, musnął skórę na udzie. Dziewczyna opadła pokonana
na poduszki. Uśmiechnął się i wyszedł, by po chwili wrócić z wodą
utlenioną i jodyną.
- Wiem, wiem, może trochę zaboleć - mruknęła, by w następnej sekundzie
rzucić "nacią" i pełnym pretensji: - To miało być trochę?!
Gabriel, nie przejmując się zbytnio jej jękami, nałożył zręcznie
opatrunek, a potem podciągnął suknię jeszcze wyżej.
- Muszę sprawdzić, czy moja mała Anaela nie poobijała się jeszcze
bardziej - wymruczał, całując miękką ciepłą skórę po wewnętrznej stronie
uda...
Syci siebie, spali przytuleni na łożu o wiele szerszym i wygodniejszym -
choć wcale nie młodszym - od tego, na którym Patrycja oddała się
Gabrielowi w pamiętny huraganowy wieczór.
Noc powoli wzięła w objęcia Dworek Rządcy. Konie posapywały w stajni,
psy na dywaniku przy łóżku. W jaśminie zaśpiewał ptak i urwał nagle.
W ciszę wdarła się melodyjka wygrywana przez komórkę Gabriela. Patrycja
obudziła się pierwsza, sięgnęła po znienawidzony telefon, żeby wyrzucić
go przez okno, ale Gabriel był szybszy.
Odebrał połączenie, chwilę słuchał, przytakując, potem wstał i nie
patrząc na Patrycję, zaciskającą pod kołdrą pięści, zaczął się ubierać.
- Ty wyjeżdżasz do jakiejś kobiety! - wybuchnęła wreszcie, gdy zaczął
się pakować w swój ukochany plecak z czarnego płótna.
- Ja? Do kobiety? - zdziwił się, nie przerywając pakowania. - Po co mi
kobieta, skoro mam ciebie?
Patrycja poczuła się nagle jak nie-kobieta, i to ją wkurzyło jeszcze
bardziej.
- Patrz na mnie, gdy do ciebie mówię! - wrzasnęła. Spojrzał przelotnie,
składając zapasową koszulę. - Łajdaczysz się z jakąś... już ja ją dorwę!...
a ja tu gniję w samotności! Nie znam dnia ani godziny! Dzwoni o każdej
porze dnia i nocy, a ty wstajesz i do niej pędzisz, jak nigdy nie
pędziłeś do mnie!
- Do ciebie to akurat pędziłem... - Wyszedł do łazienki po szczoteczkę do
zębów i tubkę pasty.
- Nie trzymasz u tej dziwki drugiego kompletu?!
Wrócił, cisnął szczoteczkę do plecaka i chwycił wściekłą Patrycję za
nadgarstki.
- Co ty bredzisz, dziewczyno? Czy ty siebie w ogóle słyszysz? Oskarżasz
mnie o zdradę, bo...?
- Bo wymykasz się bez przerwy, a ja nie wiem dokąd i po co!
- Wiesz doskonale, bo powiedziałem ci przed pierwszym wyjazdem: wzywają
mnie, gdy trzeba wykupić jakiegoś konia z rzeźni.
- I wykupujesz go tygodniami?!
- Czasem trzeba negocjować - odparł, uciekając wzrokiem.
Prychnęła kpiąco, ale nie było jej do śmiechu.
- Wiedz jedno, kochanie, gdy będę chciał cię zdradzić, uprzedzę cię o tym.
Patrycję zatkało. Całe jej ciało, od czubka gołych stóp po cebulki
włosów, było jednym wielkim:
- Co?!
- Ustaliliśmy na początku: związek wolny, ale wierny - ciągnął
beznamiętnie, nie zwalniając uścisku. - Gdy pokocham inną kobietę,
powiem ci o tym i poproszę o zwolnienie z przysięgi. To chyba uczciwe?
Patrycja oniemiała, a potem zaczęła się śmiać, nie zabrzmiało to jednak
zbyt radośnie.
- Ty żartujesz, Gabriel, prawda? - To nie było pytanie, tylko prośba, by
zaprzeczył. - Któregoś dnia przyjdziesz i powiesz: "Wiesz, Pati, wpadła
mi w oko Sklepikowa, więc cię z nią zdradzę, a ty albo się ucieszysz,
albo możesz spadać"?!
- O Sklepikową nie musisz być zazdrosna - uciął, puszczając ją. - Nie
mój poziom. I to "możesz spadać" też do mnie nie pasuje. - Schylił się
po upuszczoną tubkę pasty.
- Ale cała reszta się zgadza?
- Mniej więcej.
Powrócił do pakowania plecaka, a ona zwinęła się pod kołdrą i zaczęła
cicho płakać. Nienawidził tego.
- Nie wiem, kiedy wrócę - rzucił, ruszając do drzwi.
- Ale jeszcze w tym roku?!
Posłał jej przez ramię mordercze spojrzenie i wyszedł.
Prowadził terenówkę wściekle szybko. Za wściekle i za szybko jak na
dżdżystą noc, ale ryzykowna jazda, krople deszczu uderzające w szyby i umykające do tyłu, podświetlone reflektorami drzewa musiały wystarczyć,
by rozładować pasję, która nim targała.
Z każdym przejechanym kilometrem oddalał się od miejsca, do którego
normalny człowiek o tej porze wolałby się zbliżać. Dom. Dwór w Zaborowie, powoli przemieniany w piekło.
Patrycja. Ręce zacisnęły się na kierownicy, tak aż pobielały knykcie.
Kiedy i dlaczego z roześmianej, rozkosznej dziewczyny zaczęła się
zmieniać w rozhisteryzowaną wiedźmę? Przecież jeszcze rok temu, jeszcze
pół roku temu! - była kobietą jego marzeń! Spokojna, chętna, uległa.
Dawała mu to, czego potrzebował, czego oczekiwał od partnerki: wolność,
a zarazem słodką niewolę. Kiedyś wpatrzona w niego z zachwytem i miłością, gotowa na każde skinienie, teraz nauczyła się... odmawiać. I żądać. "Umyj się, przecież nie będziesz mnie dotykał rękami po koniach",
"Zmień koszulę, w tej chodzisz drugi tydzień", "Znów to piwo? Nie! Po
piwsku nie będę cię całować", "Znowu wyjeżdżasz?! Nie zniosę tego
dłużej!" - Gabriel chwilami czuł się jak rozdeptany pantoflem żonkoś po
ćwierćwieczu małżeństwa.
Patrycja już nie rozumiała, że jako pisarz - i jako mężczyzna -
potrzebuje swobody. Chce się myć, przebierać, pić to cholerne piwo i wyjeżdżać, kiedy przyjdzie mu na to ochota. Czy on miał wobec niej
równie absurdalne wymagania? Czy zabraniał Patrycji... czegokolwiek?
Wymagał tylko, by prowadziła dom, dbała o zwierzęta, gotowała i była
jemu, Gabrielowi, wierna. Była. Owszem. Przy okazji była również uparta,
pyskata i mendziła jak baba po klimakterium o czystych koszulach i piwie, a on zaczął uciekać w pracę inspektora, choć coraz częściej - na
jego prośbę - kumple wzywali go nie do wymagających pomocy koni, a na
imprezę w terenie. Gdyby Patrycja się o tym dowiedziała...
Przypomniał sobie spokojne życie z Janką w Poczekajce. Może i tamta była
chora, za to cicha, posłuszna, pracowita, a przede wszystkim niczego od
Gabriela nie wymagała. On był panem domu, to on rządził i decydował, ona
zaś miała być dobra w kuchni i w łóżku. I też była, i pewnie byłaby
dalej, gdyby na horyzoncie nie pojawili się Patrycja z Łukaszem i nie
postawili Gabrielowego życia na głowie. Janka zwariowała doszczętnie, a Patrycja, w końcu zdobyta, okazała się zaledwie po roku wspólnego życia
namiastką tamtej. Wiedźmą, która obróciła jego życie w piekło.
A Gabriel cenił sobie wprawdzie dobre jedzenie i chętne ciało, ale wyżej
stawiał wolność i święty spokój.
Odetchnął, rozluźnił ręce i zwolnił nieco.
Muszą poważnie porozmawiać. Jeżeli Patrycja zacznie się buntować - droga
wolna.
Patrycja wpatrywała się niewidzącymi oczyma w sufit nad łóżkiem,
rozmyślając o Gabrielu, czy raczej mężczyźnie, którym się stał.
Od czasu przeprowadzki pod Warszawę minął ponad rok, a Patrycji wydawało
się, że zna tego mężczyznę mniej, niż go znała - choć to ponoć
niemożliwe, bo faceci są skonstruowani jak cepy czy gwoździe, a ich
obsługa jest równie prosta: nakarmić i zaspokoić, pogadamy później.
Bogiem a prawdą, jak mogła go znać, skoro - nim została panią na dworze
- spotkała swego lubego trzy, może cztery razy, oddała mu się raz jedyny
w pewną pamiętną burzową noc, potem długo, długo nic, i nagle została
porwana do Zaborowa. Odurzona miłością, zamieszkała z człowiekiem, o którym nie wiedziała kompletnie nic.
No tak. Gdy wyobrażała sobie Amrego, wydawał się osobnikiem łatwym w obsłudze: nie jadł, nie spał, nie oddychał, tylko malowniczo tłukł się
na miecze, galopował całymi dniami przez stepy i knieje, ratując po
drodze damy w opresji. A potem następował "The end" i nie było
wyjaśnione, jak utrzymywać osobnika tego pokroju w codziennej
egzystencji czy raczej: jak utrzymać siebie przy nim i nie zwariować.
I nawet nie chodziło o potencjalną konkurencję płci żeńskiej - Patrycja
miała w pamięci pełne nienawiści "Trzymam się od was, zdradliwe żmije, z daleka", śmiała więc wątpić, by Gabriel, nabrawszy ochoty na kobiety,
nagle zaczął szaleć, choć pewnie niejedna chętnie poszalałaby z nim.
Gabriel - tak jak Amre - wyglądał zabójczo. Absolutnie oszałamiająco:
niedogolony, w czarnej rozchełstanej koszuli, zakurzonych oficerkach i z nieodłączną szpicrutą w dłoni (którą nigdy nie potraktowałby ukochanych
koników, ale przydawała mu męskości, oj przydawała...) wyglądał na
nieposkromionego dzikusa. Wolnego, samotnego wilka. I nie tylko tak
wyglądał. Tak się też, niestety, zachowywał: jakby nadal był wolnym,
samotnym wilkiem, który nie przygarnął rok temu do stada wilczycy
imieniem Patrycja, lecz jedynie jej psa i konia.
Leżała teraz, jak zwykle sama, wpatrując się oczyma pełnymi łez w sufit.
Spodziewała się po Amrem, że będzie dziki - miała to jak w banku po
przeczytaniu wszystkich Gabrielowych książek. Spodziewała się, że będzie
niepokorny - pokornym zresztą by gardziła, bo sama miała silny
charakter. Spodziewała się, że będzie chodził własnymi ścieżkami i znikał na całe dnie, nadal korzystając z wolności i swobody, jaką przez
lata sobie wywalczył. No, owszem, spodziewała się tego wszystkiego, ale
żeby aż tak?!!!
- Chodź na śniadanie!
- Piszę.
- Masz tu świeżą koszulę.
- Jutro.
- Pojedź ze mną na spacer.
- Cały dzień harowałem.
- Zostańmy w domu.
- Przejedźmy się.
Nie, on nie był złośliwy i wcale nie robił jej na przekór. On po prostu
wybrał sobie przed laty, niczym rak pustelnik, domek ślimaka i nie
zamierzał go przebudowywać tylko dlatego, że Patrycja wcisnęła do środka
swoje serce (nic więcej nie weszło).
Przewróciła się na bok i westchnęła. Był pięknym mężczyzną. Niejedna we
wsi i okolicy wodziła za hrabią Romockim łakomym, zalotnym czy wprost
wyzywającym spojrzeniem. Te same oczy, patrząc na Patrycję, były pełne
niechęci. Gdyby nie ona, miałyby hrabiego dla siebie. Więc może by tak
wygryźć warszawiankę z Zaborowa? Kury wytruć... - Nie, kury należą do
pięknego Gabriela, poza tym jeszcze kto wymyśli, że na ptasią grypę, a nie na trutkę pozdychały, i zacznie się chryja w telewizji i drób każą
wytłuc w trzech powiatach... Nie, tę dziwaczkę, co gania w wianku po
łąkach, konno podjeżdża pod sklep i psy na smyczy prowadza, trzeba
wyeksmitować bardziej subtelnie. Za pomocą tego, co w wielkim świecie
nazywają ostracyzmem.
I znów, jak za dobrych poczekajkowych czasów, czuła biedna Patrycja
nieprzyjazne spojrzenia, słyszała szepty, które cichły, gdy
przechodziła, Sklepikowa czasem jej nie zauważała, obsługując kogoś poza
kolejnością, a listonosz nie zawsze trafiał listem w skrzynkę. Takie tam
drobiazgi - no ale przecież nie będzie się skarżyła Gabrielowi, że jej
ktoś dokuczył! Wyśmieje ją, gdy się dowie, że sąsiadka nie odpowiedziała
jej na "dzień dobry".
Patrycja westchnęła raz jeszcze, po czym wstała i wyszła na ganek.
Noc pochylała się nad nią w całej okazałości, gwiazdy, rozsypane hojną
ręką na niebie i księżyc w pełni oszałamiały pięknem. W krzaku jaśminu,
który tracił ostatnie liście, zanucił coś pod nosem kos czy może drozd?
Słowiki o tej porze już za morzem zimowały... Otuliła się kapą tak
szczelnie, że wystawały tylko jej zwilgotniałe oczy.
Najbardziej przerażała w Gabrielu mroczna część jego natury, którą
czasami ukazywał. Oczywiście nie śmiał podnieść na Patrycję ręki - za to
zapłaciłby życiem - ale na przykład zabierał ze sobą na owe dziwne
całotygodniowe eskapady... broń.
Gdy po raz pierwszy ujrzała, jak wychodzi z piwnicy, niosąc podejrzany
futerał, zapytała z czystej niewinnej ciekawości:
- Co to? Flet poprzeczny? Będziesz na nim konikom przygrywał?
Rzucił jej takie spojrzenie, że umilkła, i ruszył do samochodu. Złapała
go za rękaw.
- Co to jest? Mam prawo wiedzieć, co trzymasz w domu.
Znów to spojrzenie: mroczne i złe.
- Na pewno chcesz wiedzieć?
Otworzył pokrywę, a Patrycja aż się cofnęła. W środku, na granatowym
aksamicie spoczywał...
- Karabin snajperski, jakbyś pytała - rzekł uprzejmie. - Blaser R 93
Royal.
- P-po co ci on? - wyjąkała, patrząc na broń z mieszaniną ekscytacji i przerażenia. - Przecież nie polujesz.
- Czasem muszę dobić śmiertelnie rannego konia. - Zamknął futerał z trzaskiem, ucinając tym dyskusję.
- I po to ta luneta? Z odległości pół metra nie trafisz?
Uciszył ją tym samym wzrokiem, którym na pewno nie patrzył na
śmiertelnie ranne konie. Tym samym, którym żegnał ją dziś w nocy.
Wzdrygnęła się.
Teraz już wiedziała, jakim cudem rok temu trafił szarżującego bizona
między oczy. To nie był żaden cud. Gabriel umiał strzelać. I umiał
zabijać. Szczególnie wzrokiem...
Cóż... Chciałaś Amrego - to go masz (gdzieś na trasie Wyszków - Warszawa).
Jest twój, choć zamiast miecza ma snajperkę. Twój wymarzony Amre, który
mógł mieć każdą, a wybrał ciebie.
"Mogłem mieć każdą, a wybrałem ciebie" - wróciły echem słowa pewnej
rozmowy. Zmarszczyła brwi, by przypomnieć sobie... I nagle ciarki
przebiegły jej po plecach. To Łukasz tak kiedyś powiedział. A właśnie:
ciekawe, co porabia Łukasz? Czy urok rzucony przez Dziadka działa?
Zaśmiała się cicho, żeby nie budzić psów sąsiada. Dziadek Aureliusz...
Poczekajka...
Zatęskniła nagle za Chatką.
W porównaniu z Dworkiem Rządcy była niczym, a jednak Patrycja tęskniła
do niej całym sercem i całą zbolałą duszą. Czuła się jak wyrwane z zielonego lasu drzewo, przesadzone do za ciasnej doniczki: umierała
powoli, zanikała, więdła, utraciwszy swoje miejsce na ziemi.
Tam, w Chatce, miała swój pokoik na poddaszu: "Tu, o tutaj jest cienka
czerwona linia, ja mam pokój, zwierzaki, kuchnię i sień!", miała swoją
Pandę-psa, która teraz oddała serce Gabrielowi, miała popieprzoną krowę,
wtranżalającą telefony komórkowe, i narowistą klacz. Teraz nawet klacz
zrobiła się taka... nudna.
Patrycja aż zakryła dłonią usta, żeby nie krzyknąć. Nudna?! A więc to
cię dręczy, moja droga?! Znudziło ci się już życie u boku ukochanego,
wymarzonego, wymodlonego Czarnego Księcia? Zaledwie po roku ci się
znudziło?!
No, żeby nie skłamać, to jakby wykreślić dni, w których Gabriel
przepadał, bo "go nosiło", i te noce, które spędzali w oddzielnych
sypialniach, bo a to on się obraził, a to ona, z tego roku zostałby może
jeden miesiąc... może dwa...
Patrycja nigdy nie była pewna, czy schodząc na śniadanie, zastanie
swego... hmm, właściwie kogo: kochanka? prawie-męża?
żonatego-narzeczonego?... czy więc zastanie swego partnera w domu, czy
gdzieś, gdzie komórka nie odpowiada, bo albo nie ma zasięgu, albo po
prostu ją wyłączył.
Nigdy nie była też pewna, czy wracając z którejś ze swoich eskapad, nie
ujmie jej za ramiona i nie powie, patrząc poważnie w rozszerzone
strachem oczy:
- Wybacz, Patrycjo, ale jutro wprowadza się tutaj nowa Patrycja, z którą
cię jeszcze nie zdradziłem, bo wiesz: przysięga, ale zrobię to, gdy
tylko spakujesz walizki. Będę cię miło wspominał.
Kurde! Ona nie tego chciała! Chciała być pewna swego mężczyzny, chciała
zasypiać u jego boku i być budzona pocałunkiem, a nie trelem przeklętej
komórki! A Gabriel był nieobliczalny. Do tej pory wolny jak wiatr,
zamierzał tę wolność zatrzymać.
- Nie chcę cię niewolić. Chcę cię jedynie przy sobie mieć - szepnęła w noc.
No pięknie, ich związek chylił się ku końcowi, zanim się na dobre
zaczął. Patrycja objęła kolana ramionami i skuliła się pod kapą, aż
nagle poderwała się na równe nogi.
Dosyć tego, dzwoni do Bereniki!
- Zabiję - usłyszała zaspany głos czarownicy. - Jeśli to nie narodziny
lub śmierć, zabiję!
- Gorzej, Bereniko - odparła Patrycja najsmutniejszym tonem, na jaki
mogła się zdobyć, nie zalewając się natychmiast łzami. - Mój związek z Gabrielem się sypie. - I zalała się łzami.
- Teraz? O czwartej rano? - wywarczała tamta.
- Nie. W ogóle.
- To nie zawracaj mi dupy - rzuciła czarownica i się rozłączyła.
Patrycja patrzyła na ciemniejący wyświetlacz, po raz drugi tego dnia nie
wierząc własnym oczom. Berenika także?! Odwróciła się od niej?!
Oparła czoło o obolałe kolano i rozpłakała się żałośnie. Wtem ktoś
delikatnie dotknął jej włosów. Spragniona tego dotyku, już chciała się
poderwać, rzucić Gabrielowi w ramiona i - wyznając miłość - wszystko mu
wybaczyć, gdy ten ktoś ciepłym językiem przeciągnął po jej policzku. To
była Panda-pies, nie Gabriel.
Wnerwiający dźwięk wwiercał się Patrycji w uszy już o świcie. Dzwonek
komórki, nastawionej na ptasi trel - oby zdechł. Usiłowała zignorować i trel, i komórkę, i świt, ale się nie dało. Po czwartej próbie, gdy
przeklinała już wszystko, co lata i dzwoni na całym bożym świecie,
poddała się i sięgnęła po telefon.
- Jak się masz, księżniczko?! - usłyszała głos ukochanego.
- Eglemn namn gla - wymamrotała.
- Ej, to chyba nie uroczna nalewka? - zawiesił głos i zaśmiał się.
No tak, nalewka. Faktycznie, warzyła w nocy miłosną nalewkę, tylko jej
lubczyku zabrakło. Dworek Rządcy nie miał przecież chwaszczaka. Z rozpaczy postanowiła więc sprawdzić, czy bez lubczyku też zadziała i...
- Cssso? - Nie dosłyszała ostatniego zdania, wspominając z nostalgią
degustację nalewki.
- Mam dla ciebie niespodziankę.
- ...
- Nie jesteś ciekawa, co to za niespodzianka?
Byłabym jak cholera, tylko nie o tej porze i nie tak skacowana.
- Cóż, dowiesz się wieczorem, gdy wrócę - rzucił tylko i rozłączył się,
nim zdążyła zaprotestować.
No tak traktować to się nie pozwoli!
Chwyciła za telefon.
Zadzwonił jej w ręku.
- Słuchaj, mój miły, jeżeli jeszcze raz rozłączysz się...
- Dlaczego mówisz do mnie "mój miły"? - usłyszała zdziwiony głos
Bereniki. - Czy ja mam do ciebie gołębie pocztowe wysyłać? - Czarownica
nie czekała na odpowiedź. - Dzwonię i dzwonię od rana. Po kiego
wymyślili telefony komórkowe?!
- Zaraz, zaraz - przerwała ten słowotok Patrycja - ty jako jedna ze
znakomitszych polskich wiedźm...
- ...powinnam ot tak, na pstryknięcie, telepatycznie się z tobą porozumieć
albo osobiście za pomocą teleportacji na sabat cię zaprosić. To chciałaś
powiedzieć, żmijko?
- No właśnie - zaśmiała się Patrycja. - I wiem, co na to odpowiesz, bo
jestem geniuszem telepatii: "Harrych Potterów się za dużo naczyta...".
Coś ty powiedziała?! Na sabat?!
- No, wreszcie... - westchnęła Berenika. - Moja arcyinteligentna
protegowana zatrybiła.
- Ogłosiłyście sabat?! Zbiera się Krąg?!
- Patrycjo pół-Marynowska, pół-Romocka, czy ciebie upośledziło w tym
Zaborowie? Chyba wyślę ci nietoperza z oficjalnym zawiadomieniem wyrytym
na skrzydle.
- To niehumanitarne! - oburzyła się dziewczyna.
- I tylko w bajkach - zgodziła się czarownica. - Odeszła Julia...
- Jak to: odeszła?
- Nieważne. Przyjmujemy kogoś na jej miejsce. Myślę, że będziesz
zaskoczona.
- Zaskoczona? - powtórzyła za nią Patrycja. - Że przyjmujecie tego
kogoś? A więc będzie to facet?
Berenika tylko zachichotała.
- Facet?! No to już mnie zaskoczyłaś.
Berenika zachichotała jeszcze głośniej, właściwie to zaśmiała się
szczerze, z całego serca.
- W takim razie nie znasz moich zdolności do zaskakiwania bliźnich.
Zapraszam w najbliższą sobotę. Tym razem sama trafisz, co?
I nie czekając na odpowiedź, przerwała połączenie.
- Łał, ale będzie się działo, co, Nesiu?! - Patrycja pogłaskała sukę po
głowie, na co ta odpowiedziała typowo psim wybuchem uczuć. - Przyjmujemy
do Kręgu wiedźmina. Muszę poczytać Sapkowskiego. Dawno nie miałam go w ręku... Ale najpierw... matko! Która to godzina?! Cholera, autobus mi
uciekł. Spóźnię się pierwszego dnia...
Najdroższy Amre
Pisanie listów tak weszło Patrycji w nawyk, że mimo zmaterializowania
się ukochanego pisała je nadal - teraz w ślicznym zeszycie, wciąż jednak
wyobrażając sobie, że czyta te słowa nieistniejący, nieuchwytny jak cień
Czarny Książę. Właściwie to Czarny Książę, którym okazał się Gabriel,
był równie nieuchwytny i rzadko osiągalny jak Amre...
Byłam dzisiaj pierwszy dzień na praktykach w zoo. Wiem, wiem, to trochę
dziwne, że z taką szkołą przetrwania, jaką miałam w Zamościu, tutaj mogę
ubiegać się jedynie o stanowisko (bezpłatne) praktykantki, ale niestety,
etaty są obsadzone od lat i nie przewiduje się dodatkowych, a ja
przecież nie mogę żyć bez zoo. Nie mogłam. Do dzisiaj. Jak już
wspomniałam, byłam dzisiaj pierwszy i ostatni dzień na praktykach w warszawskim zoo. Na dobry początek zaszczepiłam parę setek królików na
myksomatozę (ta taka królicza cholera), potem zbadałam z doktorem
Janiszewskim kangura - jak zwykle z odległości paru metrów - jak mu się
goi skaleczona noga. Goiłaby się lepiej, gdyby nie rozwalał jej sobie
podczas codziennego badania - widać jeszcze nie przywykł. A potem... No
właśnie. Potem dostałam zawodowego zawału serca.
Jak pamiętasz hierarchia mojego zoo wyglądała tak, że na samym szczycie
był Dyrektor, potem Plama, to jest kierownik hodowli, potem byli
kierownicy poszczególnych działów, potem pielęgniarze i pracownicy, a na
końcu Kudłaty. Ja orbitowałam - w zależności od tego, komu się akurat
stawiałam - między piętrem pierwszym, drugim a trzecim. Przez myśl mi
nie przeszło, że w Warszawie, moim rodzinnym mieście, lekarz
weterynarii, który głową odpowiada za życie i zdrowie paru tysięcy
zwierząt, w tym kilku ginących gatunków, w ogrodowej hierarchii jest... po
Kudłatym.
Amre, no wcięło mnie zupełnie, gdy doktor Janiszewski - spoko gościu,
tak w ogóle i bardzo go szanuję (spotkaliśmy się w Lublinie na obchodach
czegoś tam) - przygotował kilka leków, które miał zamiar zaordynować
dzisiaj pacjentom, po czym wręczył mi dwie butelki i z dwóch pozostałych
zaczął pracowicie zdrapywać naklejki.
Stała i patrzyła na to z rozdziawioną buzią, aż zauważył jej niemądrą
minę i zapytał, nie mniej zdziwiony niż ona:
- Nie zdrapywałaś u siebie naklejek?
Jezu, po co? Do kolekcji? Może trzeba je było wklejać do Księgi Skarg i Zażaleń?! - Takie myśli przebiegły Patrycji przez głowę, nim
odpowiedziała:
- Nie. W jakim niby celu?
- Żeby pielęgniarze nie wiedzieli, co podaję zwierzętom - wyjaśnił jak
dziecku.
- A to tajemnica lekarska czy co? - zdziwiła się, zaskakując samą
siebie, że potrafi się jeszcze dziwić. Doktor odstawił butelki ze
zdrapanymi naklejkami, westchnął smutno i rzekł:
- Widać w twoim zoo było jeszcze po staremu, czyli normalnie. U nas
rządzi klasa robotnicza - zaczął smutno. - Gdy przyniesiesz lek nie
taki, jakiego oczekują, odmówią jego podania zwierzęciu.
- Jak to odmówią?! - zrobiła oczy jak pięć złotych.
- Dasz amoksycylinę na zapalenie płuc takiemu kucykowi, to pielęgniarz
stwierdzi, że doksycyklina byłaby lepsza, i nie poda tej twojej
amoksycyliny, tylko wyleje ją do ścieków.
- No dobra, więc kucyk nadal ma zapalenie płuc, bo nie dostał właściwego
antybiotyku i... - Patrycja podejrzewała, co odpowie jej rozmówca, toteż
ze zgrozy odjęło jej mowę.
- ...i zejdzie śmiertelnie, a winą zostanie obciążony lekarz.
- No nieee. Nie wierzę... - Patrycja z wrażenia aż usiadła. -
Pielęgniarze, zwykli robole po podstawówce, podważają diagnozę lekarza i podjęte przez niego leczenie?! I ja wam oddałam moją pigmejkę, którą
wykończyliście na zapalenie płuc właśnie?! - Oparła głowę na ramionach,
całkiem pokonana.
- Spokojnie, pani doktor, radzimy sobie. - Poklepał Patrycję po plecach.
- Widzę - rzuciła ponuro. - Zdrapujecie naklejki.
Tak więc Amre, najdroższy, dopóki mi szok nie minie - a nieprędko minie
- będę dwa razy w tygodniu dojeżdżała na weekendowe dyżury do mojej
dawnej lecznicy. Mogłabym sobie odpuścić pracę i stać się Panią na
Dworze, Gabriel zarabia lepiej, niż sądziłam, że można zarabiać, pisząc
książki (no chyba że się ich pisze tyle co on i tak genialnie jak on),
ale zaczynam powoli wariować, skazana na zaborowski ostracyzm.
Aha: ja też piszę nową powieść. Wprawdzie Mój Ukochany, przeczytawszy
po kryjomu jej fragment (zastanawiałam się, co on takiego śmiesznego
podczytuje, niemal płacząc - okazało się, że to moja "Gra o Ferrin", a dodam, że n i e j e s t to komedia romantyczna, tylko przesiąknięty łzami i krwią dramat fantasy!), stwierdził, że jestem niegroźną grafomanką i mogę sobie pisać (łaskawca, doprawdy), bylebym tylko nie pokazywała
tego nikomu więcej oprócz Hanki i Pandy-psa (nie wiem, czy tak wysoko
ceni Pandę-psa, czy tak nisko Hanię), ale mimo tych gorzkich słów
zamierzam dokończyć "Grę", bo po pierwsze, jak kiedyś stwierdziła Agata:
"grafoman też człowiek i pisać musi, a po drugie, przynajmniej w moich
powieściach Czarny Książę przedkłada ukochaną nad stado rzeźnianych
chabet.
W sobotę sabat. Ciekawa jestem wiedźmina i tego, co tym razem i dla
kogo będziemy wyczarowywać. Ciii, wrócił Gabriel. Obiecał mi jakąś
niespodziankę. Ciekawa jestem jaką.
Jak zawsze Twoja
Patrycja-Anaela
Zbiegła na dół, z początku niepewna, jak ma się zachować: czy udawać
obrażoną księżniczkę, czy - pal licho honor - zrobić to, do czego
wyrywało się jej serce i ciało, ale już po chwili tonęła w ramionach
Gabriela-Amrego, walcząc o należną sobie ilość pieszczot z Pandą-psem i Neską. Wszystkie trzy, uradowane powrotem pana, podekscytowane jak
szczeniaki, powiodły go do kuchni. Tam przewodnik stada zasiadł na
honorowym miejscu i pozwolił się Patrycji nakarmić.
- A niespodzianka? Niespodzianka! - Zaczęła się domagać, gdy tylko
zaspokoił pierwszy głód. Wyciągnął się leniwie na krześle, zagarnął
Patrycję wpół i posadził sobie na kolanach.
- Czego mogę oczekiwać w zamian? - wymruczał, całując jej słodkie,
chętne usta.
- Ty już wiesz, czego - spłoniła się i ukryła twarz na jego piersi. -
Nie! Zaraz! Najpierw chcę wiedzieć w zamian za co! - Poderwała głowę,
patrząc wyczekująco w szare oczy.
- Seks za informacje?! - wykrzyknął z udanym oburzeniem. - To się nazywa
prostytucja!
- To się nazywa "zaraz dostaniesz w łeb"! - Uniosła pięść, która przy
jego dłoni wyglądała jak piąstka dziecka, i pogroziła mu przed nosem. -
Niespodzianka!
- Dostałem rozwód! - wypalił.
Patrycja znieruchomiała. Zielone oczy zogromniały.
- Czy to znaczy...? To znaczy...?
- Jestem wolny!
- Czy to znaczy...? - Jej nieśmiałe pytanie zawisło w próżni.
Wiedział, o co chce zapytać, wiedział, o czym marzy - znał przecież
Patrycję lepiej niż ona sama siebie znała, mimo to zwlekał z odpowiedzią, spodziewając się jej reakcji.
- Weźmiemy ślub? - zapytała cicho.
Pokręcił głową, a jej natychmiast łzy zabłysły w oczach.
- Nigdy nie obiecywałem ci ślubu. Pozwól mi cieszyć się wolnością...
- Jesteś wolny dzięki mnie! - krzyknęła, zrywając się na równe nogi. -
Gdyby nie ja, do dziś gniłbyś na Wzgórzu Wisielca, znany jako
Holender-ten-kryminalista-opiekun-wariatki!
- I może byłbym szczęśliwszy - mruknął.
- Coś ty powiedział?!
- Przepraszam, Pipi... - zaczął pojednawczym tonem, ale nie trafił z tym
"Pipi".