1
Dwudziestego szóstego mój ojciec już o drugiej nad ranem pojechał do
pewnego nauczyciela z Salli, którego zastał w agonii, a opuścił
natychmiast po jego śmierci, by udać się dalej w kierunku Hüllbergu,
gdzie chciał zbadać dziecko, które wiosną wpadło do wypełnionego
wrzątkiem koryta dla świń i teraz już od wielu tygodni, wypisane ze
szpitala, jest znów w domu z rodzicami. Lubił chodzić do tego dziecka,
nie omijał żadnej okazji, żeby je odwiedzić. Rodzice byli prostymi
ludźmi, ojciec pracował jako górnik w Köflach, matka w gospodarstwie
rzeźnika w Voitsberg, dziecko jednak nie pozostawało całymi dniami samo,
lecz pod opieką siostry matki. Tego dnia mój ojciec opisał dziecko tak
dokładnie, jak nigdy dotąd, mówiąc, że obawia się, iż ma ono przed sobą
niewiele życia. Bez cienia wątpliwości twierdził, że dziecko nie
przeżyje zimy, będzie je więc od tej pory odwiedzał jak najczęściej.
Zwróciłem uwagę, że ojciec mówi o tym dziecku jak o ukochanym człowieku,
bardzo spokojnie, i nie musi zastanawiać się nad słowami; na okazanie
oczywistej sympatii do dziecka pozwolił sobie, gdy napomknął, w jakim
ono wzrasta środowisku, i że rodzice w mniejszym stopniu je wychowują, w większym zaś chronią, oraz gdy swoje przypuszczenia odnośnie do rodziców
i ich stosunku do dziecka uzupełnił i wyjaśnił, wykazując się wiedzą o środowisku opisywanych osób. Chodził przy tym po pokoju tam i z powrotem
i już wkrótce przestał odczuwać jakąkolwiek potrzebę, żeby się położyć.
Obecnie, kiedy drugi lekarz przyjął ofertę zatrudnienia na uniwersytecie
w Grazu i przeprowadził się do stolicy landu, ojciec został jedynym
doktorem na stosunkowo dużym, a poza tym "trudnym" obszarze. Widoki na
nowego lekarza są znikome. Otwieranie tutaj praktyki graniczy z szaleństwem. Ojciec jednak przywykł już do tego, że stał się ofiarą na
wskroś chorej ludności, skłonnej zarówno do okrucieństw, jak i do
obłędu. Kiedy spędzam weekend w domu, ojciec odczuwa to jako coś, co
przynosi mu coraz bardziej potrzebne uspokojenie. Sprawia wrażenie
zmęczonego. Gdy jednak po otwarciu przeze mnie okiennic oślepiła nas
rzeka Ache, uznał, że powinniśmy wybrać się na spacer. "Chodź ze mną",
powiedział, "chodź". Podczas gdy się ubierałem, rozprawiał o pewnym
"fenomenie natury", o kasztanowcu, który zakwitł właśnie teraz, pod
koniec września, a który on odkrył za osadą, nad Ache. Przy tej okazji
chciał wreszcie ze mną porozmawiać, prawdopodobnie, pomyślałem, o czymś,
co ma związek z moimi studiami w Leoben, o górnictwie i hutnictwie. Ma
na to czas właśnie teraz, bo później będzie musiał przez cały dzień
wizytować pacjentów. "Wiesz", powiedział, "często mnie to wszystko
przerasta".
Nie chcieliśmy budzić siostry, zeszliśmy więc jak najciszej do
przedsionka, gdzie wisiały nasze płaszcze. Kiedy jednak, już ubrani,
zamierzaliśmy wyjść z domu, zadzwonił dzwonek i w drzwiach stanął
nieznany mi człowiek, jak się okazało, właściciel gospody z Gradenbergu,
który poprosił ojca, żeby natychmiast się tam z nim udał.
Zamiast więc pójść nad Ache i rozmówić się ze sobą, pojechaliśmy jego
autem do Gradenbergu, i nie było już więcej mowy o kwitnącym
kasztanowcu, usłyszeliśmy za to bardzo niepokojące rzeczy o żonie
oberżysty.
Opowiadał, że do drugiej w nocy obsługiwała górników, którzy, już od
kilku godzin pijani, siedzieli naprzeciw siebie, tworząc dwa wrogie
obozy, i że nagle, zupełnie bez powodu, została uderzona przez jednego z nich w głowę i w tym samym momencie na ich oczach padła bez przytomności
na podłogę. Przerażeni górnicy wnieśli ją natychmiast do sypialni
znajdującej się na pierwszym piętrze gospody, przy czym po drodze głowa
kobiety obijała się o poręcz schodów. Górnicy położyli żonę oberżysty do
łóżka, a jej mężowi, który gdy popchnęli drzwi sypialni, obudził się, po
czym wstał oszołomiony i wysłuchał ich relacji o całym zajściu,
zasugerowali, żeby natychmiast, jeszcze w nocy, złożył na żandarmerii
doniesienie na brutalnego sprawcę tego czynu, Größla, znanego im
wszystkim, choć tylko z widzenia. Żandarmi, również ten na służbie,
powiedział oberżysta, spali jak zabici, wreszcie jednak, po tym jak
zaczął rzucać kamieniami w okna posterunku, udało mu się wyjednać
posłuchanie i wpuszczenie do środka. Początkowo żandarmi radzili mu,
żeby przyszedł przed południem i dopiero wtedy złożył zeznania do
protokołu, on jednak uparł się przy sporządzeniu go natychmiast i zażądał, aby przynajmniej jeden z żandarmów poszedł z nim do gospody,
gdzie leży jego nieprzytomna żona i gdzie czekają górnicy, którzy, jego
zdaniem, tak samo niezwłocznie powinni złożyć zeznania. Zanim jednak z dwoma żandarmami wrócił do gospody, minęło już zbyt dużo czasu, okazało
się bowiem, gdy weszli razem z nim do sypialni, że górnicy, z wyjątkiem
jednego, już sobie poszli. Oberżysta od razu pomyślał, że ani na chwilę
nie powinien był zostawiać żony samej, gdy teraz nagle, targany
najokrutniejszymi przypuszczeniami i podejrzeniami, musiał stanąć przed
nią wraz z towarzyszącym jej przez cały czas górnikiem Koligiem, którego
jednak nie znał bliżej, tylko z nieregularnych wizyt w gospodzie, i który nie uchodził za tutejszego, w sensie człowieka godnego zaufania, a poza tym mówił styryjskim dialektem, nieprzyjemnie różniącym się od
dialektu używanego w tej okolicy.
Mimo iż Kolig, który wytrwał przy żonie oberżysty, był tak pijany, że
wprawdzie umiał stanąć prosto, ale nie potrafił sklecić najprostszego
zdania, młodszy z żandarmów i tak niezwłocznie go przesłuchał, każąc mu
natychmiast usiąść na jednym ze stojących w rogu krzeseł, starszy z nich
dwóch natomiast zrobił leżącej w łóżku kobiecie zdjęcia, jakby już nie
żyła. Wszystko, co przesłuchiwany Kolig podał do protokołu, było
zupełnie nieprzydatne, a kiedy pojawiła się groźba, że nie wytrzymując w pozycji siedzącej, zaraz się gibnie i spadnie z krzesła, niezadowolony z niego żandarm złapał go, pociągnął i wypchnął na korytarz.
Zbiegły Größl jest człowiekiem, który gdy tylko wejdzie do gospody,
siedzi w niej tak długo, póki z całą pewnością nie popadnie w konflikt z prawem. Nie będzie trudno go odnaleźć, powiedzieli żandarmi, a biorąc
pod uwagę jego wcześniejsze podobne postępki, mówili o karze
kilkuletniego więzienia, gdyż Größl, uderzając żonę oberżysty pięścią w głowę, doprowadził ją do utraty przytomności, a w rezultacie do
ciężkiego uszkodzenia ciała. Ledwie starszy żandarm napomknął o ciężkim
uszkodzeniu ciała, wszyscy uświadomili sobie, że należałoby powiadomić
lekarza. "Tymczasem upłynęło kilka godzin", powiedział oberżysta.
Było już wpół do piątej, kiedy przybywszy do Gradenbergu, zostaliśmy
natychmiast zaprowadzeni przez oberżystę do sypialni, gdzie czuwali obaj
żandarmi. Ojciec kazał wszystkim mężczyznom wyjść na korytarz. Podczas
gdy badał kobietę, która, choć widziałem ją tylko przez chwilę, zrobiła
na mnie wrażenie martwej, na korytarzu obaj żandarmi dzielili się ze mną
niepochlebnymi uwagami o leżącym na podłodze Koligu, nazywając go
tępakiem, mającym coraz mniej skrupułów wobec swojej sześcioosobowej
rodziny. Nie wiedzieli, co z nim zrobić; kiedy ojciec wyszedł z sypialni, akurat trzymając Koliga za ramiona marynarki, ściągali go ze
schodów, których połowę zajęły jego nogi, a później przestali się nim
zajmować.
Kobieta rzeczywiście odniosła ciężkie obrażenia, natychmiast więc musi
znaleźć się w szpitalu w Köflach; niech żandarmi zniosą ją ostrożnie i ułożą na platformie pikapa, powiedział ojciec.
Pokój, z którego żandarmi wynieśli żonę oberżysty, był wilgotny, w zielonobrązowe wzorki, zapełniony meblami z lekkiego drewna i ponury
nawet przy najjaśniejszym świetle dziennym. Ojciec spojrzał na mnie,
potem gdzieś w bok, a następnie powiódł wzrokiem za żandarmami, którzy
schodząc po schodach, ostrożnie znosili kobietę, ja zaś pomyślałem, że
nie oznacza to dla niej niczego dobrego.
Podczas gdy ja zająłem w samochodzie miejsce obok kierującego nim
oberżysty, ojciec usiadł za nami, przy chorej ułożonej na tylnym
siedzeniu.
Przez całą drogę na skróty przez Krennhof oberżysta i ja nie
zamieniliśmy ze sobą ani słowa. Ze względu na wczesną porę jechało się
łatwo i szybko. Już dawno nie byłem w tej okolicy, pomyślałem, musiałem
cofnąć się myślą aż do najwcześniejszych lat dziecinnych, żeby zobaczyć
siebie tu czy tam nad potokiem Gradner. Uświadomiłem sobie, że ojciec
rzadko zabiera mnie ze sobą na swoje wyprawy i że od śmierci matki
jestem zawsze zdany wyłącznie na siebie. Moja siostra, traktowana tak
samo, odczuwa to zapewne o wiele boleśniej.
Stosownie do nastroju i w odróżnieniu od wcześniejszej sytuacji, kiedy w drodze do Gradenbergu oberżysta tyle mówił, teraz, jadąc do Köflach, nie
odezwał się słowem. Mnie zagadnięcie go wydawało się również bez sensu.
Jeśli dobrze zrozumiałem ojca, było pewne, że kobieta nie przetrzyma
drogi do Köflach, ale gdy pielęgniarze wysunęli ją z samochodu, nadal
żyła, umarła jednak w trakcie naszego pobytu w szpitalu. Zanim jeszcze
wniesiono ją do jedynego w tym szpitalu pokoju operacyjnego, bo nawet
niepodobna tu mówić o sali operacyjnej, umarła, co jej mąż poczuł, bo
podczas gdy pielęgniarze wieźli ją przez korytarz, trzymał żonę za rękę
i płakał. Nie pozwolono mu zostać przy zmarłej, tylko wyprowadzono go na
dziedziniec, gdzie, zostawiony samemu sobie, musiał pół godziny czekać
na mojego ojca. Nie zakłócałem jego samotności i przyglądałem mu się,
ale tak, żeby tego nie widział. Potem wrócił ojciec i zaczął przechadzać
się z oberżystą po dziedzińcu, starając się go uspokoić. Mówił mu o koniecznych teraz do załatwienia sprawach, o formalnościach
pogrzebowych, komisji sądowej, o złożeniu na Größla doniesienia z powodu
popełnionego morderstwa. Dla oberżysty będzie teraz lepiej, powiedział
ojciec, jeśli zostanie wśród ludzi, nie zasklepi się w swojej udręce,
nie ucieknie w nią, on, mój ojciec, oszczędzi mu różnych urzędowych
dróg, jak tej do sądu, inne zaś, choćby tę najpierwszą - do leżącej w prosektorium żony, przejdzie wspólnie z nim dla uśmierzenia jego bólu.
Powiedział, że stwierdził u zmarłej śmiertelny w każdym wypadku wylew
krwi do mózgu, ale jeszcze wczesnym przedpołudniem otrzyma dokładne
orzeczenie od okręgowego lekarza sądowego. To, że oberżysta dopiero po
trzech godzinach od śmiertelnego uderzenia kobiety pięścią poinformował
go, mojego ojca, o całym zajściu, jest bez znaczenia. I tak nie udałoby
się jej uratować. Zmarła wkroczyła w trzydziesty drugi rok życia, ojciec
znał ją od wielu lat. Nigdy nie może oprzeć się wrażeniu, iż to
niesłychana brutalność ze strony oberżystów, że sami, umordowani przez
cały dzień rzeźnictwem, handlem bydłem, gospodarowaniem na roli, kładą
się spać na ogół bardzo wcześnie, a żony, jako że u takich ludzi myśli
krążą wyłącznie wokół interesów, zostawiają samym sobie w otwartych do
świtu gospodach, wydając je na pastwę świata mężczyzn, którzy wskutek
rosnącego nad ranem spożycia alkoholu stają się coraz bardziej
grubiańscy i brutalni, powiedział ojciec, gdy na chwilę odłączyliśmy się
od idącego z nami oberżysty, który, jak się zdawało, odchodził od
zmysłów. "Te wszystkie przeciągające się do późna noce w gospodach źle
się kończą", powiedział ojciec, "a w tej okolicy w znacznym procencie
śmiertelnie". Ordynarni oberżyści, nierzadko wyłącznie po to, żeby
wszelkimi możliwymi sposobami wyciągnąć pijusom pieniądze z kieszeni, a do ich spragnionych gardeł wtłoczyć jak najtańszą gorzałkę, w obrzydliwy
sposób odkomenderowują do salek pełnych gości swoje bezradne żony, które
musząc pracować do północy albo i całą noc, padają ofiarą zapijaczonych
gości. Kiedy dogoniliśmy oberżystę, ojciec powiedział, że z odnalezieniem Größla nie będzie kłopotów. Żandarmeria została
powiadomiona o morderstwie i żadna kryjówka Größlowi nie pomoże. Im
dłużej jednak ojciec przekonywał tego człowieka, który jako handlarz
bydłem przez obcowanie z nim, a także przez obcowanie ze światem
oberżystów, będącym jego światem, w sposób tak znamienny dla okolicy
Bundscheck uosabiał brutalność samą w sobie, że aż wzruszało, kiedy
płakał i był całkiem zagubiony, tym bardziej, rzecz jasna, wydawało mu
się to bezsensowne, wobec czego udzielił oberżyście, bardzo prosto i zrozumiale, pomyślałem, najkonieczniejszych wskazówek, po czym znów
zostawiliśmy go samemu sobie.
Ojciec poszedł do prosektorium, żeby rozmówić się z lekarzem sądowym, a ja tymczasem, obserwując oberżystę, jak siada na ławce, jedynej na całym
dziedzińcu szpitalnym, domyśliłem się, że młody pielęgniarz przewozi
obok mnie na dwukołowym wózku prosektoryjnym zwłoki jego żony. Widok
wózka prosektoryjnego nie był dla mnie niczym nowym, często bowiem w drodze do szkoły, która to droga prowadziła obok szpitala, aż do
miejsca, gdzie między dwoma krzewami bzu można popatrzeć na
prosektorium, przystawałem, aby przyglądać się wózkowi, który jeśli nie
jest używany, dniem i nocą stoi obok wejścia do prosektorium, w szopie
otwartej z tej właśnie strony, którą mogłem obserwować. Ten
prosektoryjny wózek z blachy zawsze niezmiernie mnie fascynował i często
pojawiał się w scenach z moich dziecięcych snów jako główny rekwizyt,
budzący dreszcz grozy. Młody pielęgniarz, świeży absolwent szkoły,
podjechał wózkiem pod wejście do prosektorium, skąd dobiegły mnie kroki
ojca. Ojciec, pomyślałem, kiedyśmy wyszli ze szpitala i pośpiesznie
oddalili się wzdłuż murów, aby nieszczęsny, siedzący nadal na ławce
oberżysta nie mógł nas zobaczyć, więc ojciec tam, gdzie czuje się jak w domu, czyli wśród chorych i w szpitalach, nie zachowuje się, co zawsze
twierdzi się o stanie lekarskim, jak w olbrzymim, nieprzejrzyście
urządzonym sklepie, lecz raczej - tak wydało mi się właśnie tego dnia -
jak w coraz bardziej przejrzystej dziedzinie nauki. Zapewne, co
zauważałem raz po raz, jest wielu lekarzy, którzy, pomyślałem, chociaż z nich niezmiernie uczone głowy, są po prostu handlarzami, ludźmi
mówiącymi i działającymi również jak handlarze; ale mój ojciec do nich
nie należy.
Towarzyszenie ojcu w pracy powoduje u mnie ciągłe uczucie smutku, z tego
też względu wzbrania się on na ogół zabierać mnie ze sobą na wizyty do
chorych, zawsze bowiem, w każdym wypadku, okazuje się, że wszyscy,
których musi odwiedzić, dotknąć i zbadać, są chorzy i smutni;
niezależnie od tego, o co chodzi, ojciec porusza się nieustannie w chorym świecie wśród chorych ludzi, chorych jednostek; nawet jeśli ten
świat udaje, stwarzając pozory zdrowia, to jednak ciągle jest chory, a ludzie, jednostki, również tak zwani zdrowi, też zawsze są chorzy. On do
tego przywykł, mnie jednak może to niechybnie wprawić w stan wzburzenia,
doprowadzić do szkodliwej zadumy; akurat ja, jego zdaniem, miałem zawsze
skłonności do tego, żeby wszystko i wszyscy doprowadzali mnie do stanu
zaburzenia umysłu i żebym, szkodząc sobie w ten sposób, popadał w zadumę
nad wszystkim i wszystkimi. A moja siostra w jeszcze o wiele
groźniejszym wymiarze. Błędem byłoby jednak, twierdził, zamykać się na
fakt, że wszystko jest chore i smutne, powiedział: rzeczywiście chore
i smutne, z tego też powodu raz po raz, w dłuższych lub krótszych
odstępach czasu, "kusi" go, by zabrać mnie lub moją siostrę ze sobą na
wizyty do pacjentów. "To zawsze jest ryzyko", powiedział. Najczęściej
obawia się, że któreś z nas, moja siostra lub ja, na widok chorego lub
objawów jego choroby, dozna na całe życie uszczerbku, choć przecież on,
ojciec, akurat w odniesieniu do nas ma na względzie coś wręcz
odwrotnego.
Weszliśmy do Köflach. Ojciec chciał pójść do banku i na pocztę, ale były
jeszcze zamknięte, zabrał mnie więc do zaprzyjaźnionego z nim,
odnoszącego sukcesy adwokata, specjalisty od nieruchomości, z którym
studiował w Grazu i którego znam z jego wizyt u nas w lecie.
Ojciec miał nadzieję, że przyjaciel poczęstuje nas śniadaniem.
Zadzwoniliśmy, otwarto nam drzwi, po czym weszliśmy do mieszkania
urządzonego jak na małe miasteczko z rozmachem, chociaż w szczegółach
nie do końca gustownie, ale na pierwszy rzut oka przytulnego, w którym
przede wszystkim zwracało uwagę mnóstwo miejsc do siedzenia. Przyjęła
nas młoda żona adwokata i natychmiast zaprowadziła do jadalni. Jakiś
czas później do pokoju wszedł sam mecenas. Ojciec powiedział, że ma
niewiele czasu, bo zaraz musi wracać ze mną do domu. Podczas śniadania,
na które zjawiliśmy się w samą porę i które było tak obfite, że tak
obfitego jeszcze nigdy nie jadłem - mogłem też patrzeć w dół na ulicę i obserwować wszystko, co się na niej dzieje - rozmawialiśmy o zbrodni,
której Größl dopuścił się na żonie oberżysty. To straszne, powiedział
ojciec, jak ludzie, jeśli nie mają zahamowań, atakują się wzajemnie
przede wszystkim w gospodach, i to nie wiedzieć z jakiego powodu, gdyż,
powiedział ojciec, również zbiegły Größl nie wie, dlaczego zabił żonę
oberżysty. "Może", powiedział ojciec, "on jeszcze w ogóle nie wie, że
ją zabił". Ludzie ze wsi, którzy najpierw ulegają zwyrodnieniu i stają
się brutalami, a potem jeszcze są zupełnie bezbronni wobec tej swojej
brutalności, ludzie, którzy ulegają wszelkim zwyrodnieniom, którzy
muszą ulec wszelkim zwyrodnieniom, ci ludzie są dzisiaj w przerażającej większości.
Istotnie, na wsi jest więcej brutali i zbrodniarzy niż w mieście.
Brutalność, podobnie jak bestialstwo, to na wsi fundament. W mieście
brutalność jest niczym w porównaniu z brutalnością na wsi, a bestialstwo
w mieście niczym w porównaniu z bestialstwem na wsi. Zbrodnie w mieście,
miejskie zbrodnie, są niczym w porównaniu ze zbrodniami na wsi,
wiejskimi zbrodniami. Miejskie zbrodnie są śmieszne wobec zbrodni
wiejskich. Ten oberżysta, powiedział ojciec, to urodzony brutal i zbrodniarz. Wszystko na i w tym człowieku jest brutalne i zbrodnicze.
Handlarzem bydła, którym jest, jest w każdej chwili i we wszystkich
sytuacjach swojego życia. "Chociaż teraz płacze", powiedział ojciec, "to
przecież płacze z powodu bydlęcia. Dla oberżysty żona była wyłącznie
bydlęciem". Pewnego dnia wyławia ją perwersyjnym chwytem ręki z nieprzebranego stada niezamężnych kobiet i podporządkowuje sobie. Taka
gospoda, jak każda rzeźnia, handel bydłem czy gospodarstwo rolne pod
Bundscheck, to brutalna hodowla kobiet. Jeśli się dokładniej wsłuchać,
można, kiedykolwiek i dokądkolwiek idzie się przez wieś, usłyszeć w różnych domach, jak mężowie biją żony. On, powiedział ojciec, chodzi
dzień w dzień nieomal wyłącznie do obrzydliwych ludzi; wkraczając do
tych domów, wkracza w sam środek brutalności, w bestialstwo, ze swoją
torbą lekarską porusza się w gruncie rzeczy wyłącznie w świecie
zbrodniarzy. Ludzie spod Gleinalpe, spod Koralpe, z dolin Kainach i Gröbnitz to egzemplifikacje Styrii stworzonej po temu od milionów i tysięcy lat oraz nastawionej na najbrutalniejsze ekscesy cielesne. Potem
jednak przypomniał sobie poranną wizytę u dziecka górnika z Hüllbergu i opisał, jak serdecznie go tam przyjęto, uspokajano przez kwadrans, a później równie serdecznie pożegnano. Ale błędem byłoby myśleć,
stwierdził, że to, co powiedział o ludziach pokroju oberżysty, odnosi
się jedynie do osób zamożnych; rodzice tego dziecka i ich dziecko to
wyjątek, "biedacy są dwakroć tak brutalni, podli i zbrodniczy, właśnie
oni, stosownie do swoich możliwości, w jeszcze straszliwszej mierze",
powiedział.
O nauczycielu, którego musiał odwiedzić jako pierwszego, nie mówił, jak
mi się zdaje dlatego, że skonał mu tak szybko, iż ojciec właściwie tego
nie zauważył. Myślałem, że już zapomniał o nauczycielu, kiedy bowiem
jeszcze raz zaczął mówić o dziecku i jego oparzeniach, a także
naśladować jego sposób mówienia, wrócił do oberżysty. Czeka na nas w szpitalu, powiedział ojciec, musi nas odwieźć tym swoim pikapem do
Gradenbergu, a później do domu. Teraz jest już prawdopodobnie w prosektorium, dokąd ojciec chciał mu towarzyszyć, o czym potem jednak
całkiem zapomniał, a ja pomyślałem, że w prosektorium oddają teraz
oberżyście ubrania zmarłej żony, i rzeczywiście, z węzełkiem pod pachą
czekał na nas już u wejścia do szpitala, po tym jak my, wyszedłszy od
adwokata, poszliśmy jeszcze na pocztę i do banku.
W drodze powrotnej do Gradenbergu ojciec wyliczył chorych, których musi
odwiedzić tego dnia, wymienił nazwiska Saurau, Ebenhöh, Fochler,
Krainer.
Podczas gdy mnie wyczerpały już same przeżycia spowodowane śmiercią żony
oberżysty, po ojcu nie było widać ani śladu zmęczenia. Siedząc we dwóch
obok prowadzącego auto oberżysty, który jechał tak spokojnie, jakby nie
stało się nic strasznego, wyobrażaliśmy sobie obaj, każdy dla siebie,
chorych, których należało odwiedzić, a gdy oberżysta, przepraszając,
zatrzymał się u pewnego rzeźnika za Krennhof, aby sfinalizować jakiś
interes, i zniknął na kilka minut, ojciec powiedział, że ten człowiek,
którego zna od jego najmłodszych lat, dziesięć lat temu jeszcze
młodzieniec, a dzisiaj już tylko otłuszczający się coraz bardziej
mężczyzna, odpychający, cierpiący na coraz większą ociężałość seksualną
i poruszający się na dwóch nogach w kształcie litery "o", wzbudza w nim
nienawiść. Nie mniej odpychająca wydawała mu się również podczas każdej
wizyty w Gradenbergu jego dopiero co zmarła żona. Bezdzietność wśród
takich ludzi jak oboje oberżystów z Gradenbergu sprawia, że ich
małżeństwa coraz bardziej tracą sens, aż w końcu przeradzają się w najpodlejsze perwersyjne związki, tak że jeśli jakiś oszalały Größl nie
rozłączy takich małżonków, pozostaje im w najnikczemniejszy sposób
zmarnieć.
Na ostatnim odcinku drogi musieliśmy nad potokiem Gradner wyminąć stado
bydła, a wtedy oberżysta powtórzył kilka razy, że ciągle nie może pojąć
tego, co się stało. W ogóle nie potrafi wyobrazić sobie rzeczywistości.
Po przyjeździe do Gradenbergu ujrzeliśmy wielu ludzi przed gospodą, do
której całkiem niedawno wkroczyła komisja sądowa. Gdy wysiadłem z pikapa, dostrzegłem wyzierającą zewsząd gawiedź, w bliższej i w dalszej odległości.
Ojciec kazał mi poczekać przed gospodą, a sam szybko wszedł do środka
rozmówić się z komisją, która zgromadziła się w sali jadalnej. Gospodę
od góry do dołu wypełniali mamroczący coś bez przerwy urzędnicy, na
pierwszym zaś piętrze, w otwartym oknie, w oknie sypialni, dostrzegłem,
spojrzawszy w górę, głowy dwóch żandarmów. Przechadzałem się tam i z powrotem przed gospodą, aż wreszcie ojciec wyszedł z oberżystą, który
odwiózł nas do domu. W sali jadalnej znajdowali się oprócz Koliga
wszyscy górnicy będący świadkami zabójstwa. Była sobota, kopalnia
zamknięta. Większość w ogóle nie mogła sobie przypomnieć tego zajścia,
wszyscy składali sprzeczne zeznania, ale dwóch z nich widziało, jak
Größl uderzeniem powalił żonę oberżysty na ziemię, to im wystarczyło.
Tymczasem, w co mój ojciec nie mógł uwierzyć, Größl nadal nie został
schwytany, prawdopodobnie ukrywa się w najbliższej okolicy; nikt nie
podejrzewał go o ucieczkę w siną dal, chociaż ma tyle pieniędzy, że bez
problemów mógłby uciec nawet za granicę. W domu natychmiast
przesiedliśmy się do swojego auta. "Pojedziemy do Stiwoll", powiedział
ojciec.
Droga do Graden pod Kainach była, również ze względu na Größla,
zamknięta, ale ponieważ nas znano, pozwolono nam przejechać. Taki
przypadek, jak przypadek Größla, to oczywiście sensacja, która nagle
obiegła całą okolicę, na wszystkich morderstwo popełnione na żonie
oberżysty wywarło silne wrażenie, wiadomość szybko dotarła do
posterunków żandarmerii, co zauważyliśmy szczególnie w Afling, gdzie
zatrzymaliśmy się u mojego wuja. Ojciec zabrał ze sobą lekarstwa dla
wujenki. Weszliśmy do domu i zaczęliśmy nawoływać, zajrzeliśmy do
pokojów na dole, potem do kuchni, stwierdziliśmy jednak, że w otwartym
domu nie ma żywego ducha. Ojciec położył lekarstwa na kredensie w kuchni, napisał kartkę, po czym wyszliśmy.
Ojciec, jak powiedział, był z moją matką w Afling rok przed jej śmiercią
na pogrzebie jednego z kolegów ze studiów, i ona wtedy ciągle mówiła o swojej śmierci, która miała niebawem nastąpić. Podczas kiedy on nie
odkrył jeszcze u niej ani jednej oznaki śmiertelnej choroby, ona już
wówczas, co zrozumiał dopiero o wiele później, była przeniknięta tą
swoją śmiertelną chorobą. Po powrocie z pogrzebu w Afling można było u niej stwierdzić zmianę całkiem zagadkową dla niego jako lekarza -
pogłębiającą się melancholię, która coraz bardziej rozpościerała się nad
nami wszystkimi. Ojciec pamięta każde poszczególne słowo matki, widzi
drogę, którą chadzali przed pogrzebem i po nim, była to ta sama pora
roku, koniec września, wszystko, co miało jakikolwiek związek z pogrzebem w Afling, widział tak dokładnie, jak jeszcze nigdy. Zwłaszcza
w jasne dni, kiedy świat, gdziekolwiek spojrzeć, wydaje się przejrzysty
niczym powietrze i tylko spokój zdradza, że właściwie mamy do czynienia
z piękną naturą, smutek osób pozostałych po dawno już zmarłym człowieku
jest dwakroć silniejszy.
Są to bowiem ciągle takie same kolory, jak oglądane teraz wzdłuż potoku
Söding, uwydatniające się przez ostry kąt padania słońca, w których to
kolorach już dostrzegamy dojrzałą jesień, i zawsze fascynuje nas
powstały za sprawą intensywnej obserwacji pogląd na odbicie natury w sobie samej.
To, co istotne w człowieku, uwidacznia się dopiero w chwili, kiedy
musimy uznać go za straconego dla siebie, w chwili, gdy ów człowiek już
się z nami żegna. Naraz można go we wszystkim, co w nim jest wyłącznie
przygotowaniem na ostateczną śmierć, rozpoznać poprzez jego prawdę.
W trakcie jazdy przez dolinę Söding ojciec mówił o mojej matce, która
coraz bardziej i bardziej zajmuje go w snach na jawie, nie w nocy, i regularnie przynosi mu na dłuższy czas ukojenie, potem bowiem on odrywa
się od swojej działalności lekarskiej, kierując aktywność na zewnątrz,
dzięki czemu jest zdolny do jasnego widzenia zdarzeń naturalnych.
Dopiero teraz ją rozumie, bo dawniej żyła obok niego wprawdzie przezeń
kochana, ale nigdy nie rozumiana. Człowiek jest z ukochaną osobą
wreszcie razem wtedy, gdy ten, zmarłszy, jest w nim rzeczywiście.
Od dnia pogrzebu w Afling matka często domagała się, żeby zabierał ją ze
sobą na wizyty do chorych, i to jej życzenie nie wydaje mu się już
dzisiaj niepojęte. Nie miała naturalnie możliwości studiowania
cierpień i mąk na świecie, ale przyglądać się im nie przestała od
pogrzebu w Afling. W tym czasie rozmawiał z nią często o nas, dzieciach,
przede wszystkim o trudności polegającej na tym, żeby dobre dla nas
uczucia rodziców przerodziły się w dobre dla nas wychowanie przez
rodziców. Często powtarzała ojcu, że jesteśmy dla niej w większej mierze
dziećmi otaczającego nas krajobrazu niż dziećmi swoich rodziców.
Trwając przez całe życie w tym przekonaniu, odbierała nas, moją siostrę
jeszcze silniej niż mnie, jako stworzenia zrodzone z natury, wskutek
czego zawsze byliśmy jej obcy. On sam, powiedział ojciec, ponieważ
wszyscy troje po jej śmierci staliśmy się całkiem bezradni, a moja
siostra i ja, ona w wieku dwunastu, ja w wieku siedemnastu lat, czyli w najniebezpieczniejszej fazie rozwoju, on zatem natychmiast po śmierci
naszej matki, "a prawdę mówiąc, już podczas pogrzebu", jak wyznał teraz,
gdy zobaczyliśmy przed sobą Stiwoll, pomyślał o ponownym ożenku; ale
nasza matka w nim coraz bardziej i bardziej spychała tę myśl w podświadomość.
Przyszedł mi na myśl list, który kilka dni temu napisałem do ojca i w którym starałem się opisać kiepskie relacje między nami trojgiem, między
nim a mną, między nim a moją siostrą i między mną a moją siostrą.
Napisałem do niego, łudząc się, że otrzymam odpowiedź, ale jakże
wyraźnie zobaczyłem teraz, że nigdy takiej odpowiedzi nie otrzymam.
Mój ojciec nigdy nie zdoła odpowiedzieć na zadane przeze mnie w liście
pytania.
Nasze relacje są niezwykle trudne, ba, pogmatwane, a relacje między nim
a moją siostrą i między mną a moją siostrą są najtrudniejsze,
najbardziej pogmatwane.
Poczynione w ostatnich latach obserwacje dotyczące naszych relacji
starałem się scharakteryzować w liście w najbardziej niepozornych, ale,
jak mi się zdaje, absolutnie najważniejszych szczegółach. Przy tym,
zachowując największą oględność, pilnowałem się, żeby nie zranić ojca.
Nie zranić nikogo. Na podstawie długoletnich obserwacji nie było
trudno naszkicować obraz naszej rodziny, który można nazwać obrazem
jednakowo prawdziwym ze wszech stron. Mój list był bardzo spokojny w tonie, nie pozwoliłem sobie w nim na żadne, nawet najmniejsze
wzburzenie, chociaż nie brakowało tam momentów kluczowych, do których
zmierzałem, takich momentów kluczowych, w formie bezpośrednich lub
pośrednich pytań, jak na przykład, kto ponosi winę za całkiem niedawną
próbę samobójczą mojej siostry albo za przedwczesną śmierć matki. Od
dawna nosiłem się z zamiarem napisania tego listu i zasiadałem do niego
wciąż od nowa, ale zawsze już na samym początku ogarniały mnie
wątpliwości co do sensu tej czynności. Napisanie takiego listu było dla
mnie ciągle niemożliwe. Za każdym razem natychmiast uświadamiałem
sobie bolesność wypowiedzenia w liście tego, o czym się przez całe lata
wyłącznie myślało, przyobleczenia przypuszczeń w słowa. Mój zamiar
udaremniała również obawa, że może będę musiał przywołać w tym liście
dawno zapomniane przykłady, niezbędne, by dowieść własnego poglądu na
naszą rodzinę. Musiałbym bowiem zachować się szczerze, czyli
bezwzględnie, a jednak zważając na wszystkich, których by taki list
dotyczył, i to przez długi czas uniemożliwiało jego powstanie.
Jednakże w ubiegły poniedziałek napisanie tego listu przyszło mi naraz z łatwością, za jednym zamachem; nie przekraczając ośmiu stron, wszcząłem
śledztwo, które osiągnęło apogeum w pytaniach o ewentualność wyjaśnienia
nam naszej sytuacji i poprawy wzajemnych stosunków. Na koniec wiele razy
przestudiowałem dokładnie ten list, ale nie znalazłem w nim niczego, co
mogłoby odwieść mnie od jego wysłania. Ojciec powinien był otrzymać go
już we wtorek rano. Do tej pory jednak nie zająknął się o nim ani
słowem, chociaż byłaby już po temu najwyższa pora i chociaż wszystko w nim świadczyło o tym, że nie tylko otrzymał list o czasie, ale także
przeczytał go z największą uwagą, przestudiował i wcale o nim nie
zapomniał.
Ojca znano świetnie również w Stiwoll, co dostrzegłem od razu, gdyśmy
tam tylko wjechali.
Dobra pamięć umożliwiała mu zwracanie się do wszystkich po nazwisku.
Znał też świetnie sytuację życiową każdego mieszkańca z osobna.
Kiedy czuł, że nie mam jasności co do kogoś, z kim się wita lub zamienia
kilka słów, charakteryzował mi go pokrótce.
Szybko przeszliśmy przez miejscowość, udając się do niejakiego Blocha,
właściciela biura nieruchomości. Ten człowiek mu się podoba. Ożeniony z kobietą podobnie jak on sam pięćdziesięcioletnią, Bloch żyje dobrowolnie
wśród tępej społeczności górskiej, z natury wrogo nastawionej do
zadowolenia, jakie on czerpie z prowadzonych interesów.
W Stiwoll, powiedział ojciec, też jest lekarz, ale Bloch uwolnił go od
wiecznej hańby, jaką przez wiele lat był okryty, lecząc Żyda Blocha, i pewnego dnia poprosił o konsultację mojego ojca. Również ojciec Blocha
mieszkał dawniej w Stiwoll.
Między Blochem a moim ojcem rozwinęła się, ponad Knobelbergiem i Kaintalerhöhe, dobrze ponad dwadzieścia pięć kilometrów, przyjaźń,
która, jak wyraził się ojciec, "ma w sobie swoją filozofię". Bloch
mieszka w tym samym domu, w którym mieszkał jego ojciec, dawno temu
zamordowany przez Niemców.
Natychmiast spostrzegłem, że Bloch zamieszkuje jeden z najpiękniejszych
domów w Stiwoll, na przedłużeniu głównego placu, po prawej stronie,
toteż, zwłaszcza że spodobała mi się sama fasada, właśnie dlatego że
taka zaniedbana, zgodnie z rzeczywistym wiekiem szara i zniszczona
jeszcze od czasu ostatniej wojny, natychmiast w chwili wejścia do
środka, pod świeżo pobielone wapnem sklepienie, nabrałem przekonania, że
Bloch ma dobry gust. Ojciec powiedział, że przychodzi tutaj co najmniej
raz w tygodniu na dłuższą rozmowę, na prelekcję wygłaszaną na zmianę to
przez Blocha, to znów przez niego, tutaj, co wobec stosunków
niewątpliwie panujących w Stiwoll wydaje się niemożliwe, dokonują obaj
"autopsji na ciele natury", jak również "na ciele świata i jego
dziejów", tutaj uprawiają "porównawcze nauki polityczne, stosowaną
historię natury, historię literatury", tutaj też są "bezwzględni wobec
społeczeństwa i równie bezwzględni wobec państwa". Ogólnie rzecz biorąc,
w domu Blocha panuje jednak polityka, a co się tyczy ludzi, to jest o nich mowa raczej w odniesieniu do ich substancji politycznej aniżeli
prywatnej. W położonej nad sienią bibliotece człowiek dokonuje
ufundowanego na najwyższym wysiłku umysłowym oglądu świata i nie ulega
żadnym złudzeniom. Sztuki są przeważnie zaniedbywane, ale czasem, z sympatii do żony Blocha, obaj otwierają się również na nie.
Siedząc w biurze, oddzielonym od przedpokoju po prawej ręce tylko
szklaną ścianą, Bloch, najwyraźniej podekscytowany, dyktował sekretarce,
jak później wspomniał, pismo skierowane do znanego mi geometry
Rosenstingla z Voitsbergu. Ojciec zastukał w okno biura i Bloch wyszedł
na zewnątrz. Po uprzejmym powitaniu natychmiast zaprowadził nas na
pierwsze piętro, do biblioteki. W rzeczy samej, jeszcze nigdy nie
widziałem na wsi tylu książek na jednej stercie, co w bibliotece Blocha,
i to, jak stwierdziłem, samych znajdujących się w ciągłym użyciu, bez
najmniejszej tak zwanej wartości bibliofilskiej, w czym mieszkańcy
krajów niemieckojęzycznych doprawdy dziwnie się lubują, ba, są na zabój
zadurzeni - jeśli pominę tu łacińskie wydanie dziejów świata autorstwa
norymberskiego lekarza Schedla, której to księgi jest na całym świecie
zaledwie kilka egzemplarzy.
Bloch zapytał, co sprowadza mojego ojca o tak niezwykłej porze do
Stiwoll, na co ojciec odpowiedział, że ponieważ już się z tym uporał,
chce mu oddać Prolegomena Kanta i dysertację Marksa; wyjął obie
książki z torby lekarskiej i położył je przed nami na stole. Chciałby
teraz pożyczyć wszystkie wykłady Nietzschego O przyszłości naszych
instytucji edukujących i francuskie wydanie Myśli Pascala, jak
również Mistyfikację Diderota. W następnej kolejności musi udać się do
niejakiej Ebenhöh na Piberweg, powiedział. Bloch jej nie znał. Nie mając
nic innego w domu, nalał nam dwa kieliszki białego wina marki Klöscher.
Nad ranem Bloch znów cierpi na te swoje "okropne" bóle głowy, znikają
jednak, kiedy coraz intensywniej zaczyna zajmować się korespondencją
handlową. Bierze już coraz więcej środków przeciwbólowych, które mój
ojciec przepisuje mu co tydzień. Od czterech lub pięciu dni w ogóle nie
śpi. Ojciec przestrzegł go przed zażywaniem zbyt dużych ilości tego
medykamentu, szkodliwego przede wszystkim dla nerek.
Niedawno, powiedział Bloch, udało mu się kupić większy kawałek ziemi w pobliżu Semriach. "Trwało to dwa lata", powiedział. Osiem dni temu była
to jeszcze działka rolna, teraz zaś dzięki jego zręczności jest już
budowlana, tak że zamierza podzielić ją na ponad sto parcel; w ten
sposób będzie można się tego wszystkiego szybko pozbyć z zyskiem.
"Trzeba tylko umieć wyczekać chwili, gdy wróg straci głowę", powiedział.
Jest to jego największy interes w tym roku, uznał Bloch. Teraz
potrzebuje lepszego środka nasennego. Ojciec mu go przepisał. Bloch
powiedział: Naturalnie nie jestem lubiany, po czym ojciec wstał i umówili się na przyszłą środę. Od dwóch lat spotyka się z Blochem co
środę. Do chorej Ebenhöh poszliśmy pieszo.
Bloch opanował sztukę ustawiania życia jako łatwego do przejrzenia w swych najważniejszych funkcjach mechanizmu na tryb szybszy lub
wolniejszy, jednak ciągle użyteczny, czyli znośny, w zależności od
osobistych potrzeb, i ciągle stara się w tę sztukę, sprawiającą mu
przyjemność, wtajemniczyć swoją rodzinę. W gruncie rzeczy Bloch jest
jedynym człowiekiem, z którym ojciec może rozmawiać tak, że nigdy nie
jest to przykre, a także jedynym, któremu bezgranicznie ufa. Bloch stał
się jego przyjacielem nad przyjaciółmi, innymi, utraconymi przyjaciółmi,
rozsianymi po całym tym udającym inteligentny kraju, skazanymi na
głębokie, słabo nasłonecznione doliny, małe miasteczka, otępiałe rynki i wsie, przyjaciółmi już od dawna przystosowującymi się do swoich
monotonnych doktorskich losów w sposób dla niego całymi latami, jeszcze
po ukończeniu studiów bolesny, a teraz już tylko odpychający. Szczytem
osiągnięć wszystkich tych ludzi stał się moment ukończenia nie
najlepszych studiów w szkołach wyższych, powiedział; wypuszczeni w katastrofalnie prostoduszny wobec nich świat, zostali wchłonięci przez
najokrutniejsze w swym otępieniu życie rodzinne i zawodowe, niezależnie
od tego, czy zaczęli pracować jako lekarze kliniczni, czy też
pootwierali własne praktyki. Beznadziejność, z jaką koledzy mojego ojca
ze studiów marnieją wszędzie, niezależnie od tego, dokąd incydentalnie
wysyła całkiem pozbawione treści listy, jest dla niego wstrząsająca.
Dożywotni dyletanci, pożenili się o wiele za wcześnie lub o wiele za
późno, a teraz unicestwia ich postępująca bezideowość, coraz większy
brak wyobraźni, bezsilność, a wreszcie małżonki.
Ojciec spotkał Blocha akurat w chwili, gdy nie miał już przyjaciół,
tylko korespondentów związanych z nim wspólną młodością i prostodusznością wobec świata.
Czasem widuje któregoś z tych, którzy roztopili się w hierarchii
ordynarno-seksualnej i sentymentalnie mówią o wspólnocie, ale widuje
ich tylko przez przypadek, na stacjach kolejowych, na kongresach, i robi
mu się niedobrze, musi brać się w garść, aby nie stracić panowania nad
sobą. Na uniwersytecie, mówi ojciec, podczas obowiązkowych semestrów
spędzanych w klinice rozmawiali ze sobą o badaniach, działaniach
podejmowanych na rzecz bardzo chorej ludzkości, o odkryciach,
największych wysiłkach własnych umysłów, o skierowanym przeciw samym
sobie, ze względu na nauki medyczne i godną politowania ludzkość,
bezwzględnym radykalizmie umysłowym, ale to, co pozostało, to dobrze
ubrani podróżni uprawiający leczniczy szwindel, którzy gdy się widzą,
szybko mówią sobie "dzień dobry", opowiadają o udręce z żonami i dziećmi, o budowaniu domów, o opętaniu automobilizmem. W Blochu
natomiast ojciec widzi ciągle kogoś, kto nie traci panowania nad sobą
z powodu zasadniczej pychy historii, z roku na rok nabierającej
przyśpieszenia co najmniej po stokroć lub po tysiąckroć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki