Zabujani w sobie - L. Sherman

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

Line

- Nie po­trze­buję ani mapy, ani kom­pasu, żeby zna­leźć drogę do two­jego serca. - Fa­cet uśmiech­nął się do mnie przy­mil­nie.

"Tho­mas, do kurwy nę­dzy, dla­czego nie od­po­wia­dasz?!" - my­śla­łam. Zi­gno­ro­wa­łam przy­sta­wia­ją­cego się do mnie ko­le­sia, nie ma­jąc siły wy­słu­chi­wać ko­lej­nych sła­bych tek­stów na pod­ryw wy­gła­sza­nych przez pod­pi­tego, a wła­ści­wie pi­ja­nego, dupka. W Aar­hus trwał wła­śnie piąt­kowy wie­czór, a im póź­niej się ro­biło, tym bar­dziej de­spe­racko za­cho­wy­wali się fa­ceci, żeby za­pew­nić so­bie bzy­kanko na noc.

- Czy ty nie sły­szysz, jak to kre­tyń­sko brzmi? - Wła­ści­wie nie mia­łam ochoty od­po­wia­dać swo­jemu ostat­niemu za­lot­ni­kowi.

Ko­szula czę­ściowo wy­sta­wała mu ze spodni i śmier­działo mu z ust jak z go­rzelni. Gdyby mu się przyj­rzeć, może by i uszedł w tłoku, ale nie mia­łam na­stroju, by za­pra­szać do domu przy­pad­ko­wych fa­ce­tów, zwłasz­cza tych zdrowo na­rą­ba­nych.

- Bio­rąc pod uwagę, ile wy­pi­łeś, i tak ci na pewno nie sta­nie. Spa­daj! - Mach­nę­łam ręką, po­ka­zu­jąc, żeby spie­przał jak naj­da­lej ode mnie.

Ba­wi­ły­śmy się w no­wym kok­tajl­ba­rze Grace przy Sko­le­gade. Mia wpa­dła na ten ge­nialny po­mysł, żeby pójść w ja­kieś inne miej­sce, za­miast spę­dzać ko­lejny wie­czór w Café Ca­sa­blanca. Tę­sk­ni­łam za Ka­trine, która sie­działa w domu z Ja­spa­rem. Moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka była świeżo za­ko­chana, świeżo za­rę­czona i świeżo w ciąży, a więc nie w na­stroju, żeby wy­by­wać na mia­sto w piąt­kowy wie­czór. Ro­zu­mia­łam ją bar­dzo do­brze, zwłasz­cza że jej na­rze­czony aku­rat prze­by­wał w Aar­hus, co wcale nie było oczy­wi­ste, bo pra­co­wał czę­ściowo w No­wym Jorku i czę­sto tam wy­jeż­dżał. Uczył nas przez se­mestr w ze­szłym roku, kiedy przy­je­chał tu w ra­mach po­bytu ba­daw­czego. Ka­trine i Ja­spar za­bu­jali się w so­bie na amen, ale przez różne kom­pli­ka­cje roz­stali się na po­nad pół roku. Te­raz w końcu do sie­bie wró­cili i za kilka ty­go­dni mieli się po­brać. Wes­tchnę­łam. Na­gle po­czu­łam się sa­motna. Dla­czego Tho­mas nie od­po­wia­dał? To nie było w jego stylu - nie od­dzwa­niać na nie­ode­brane po­łą­cze­nie.

- Mogę pro­sić o je­den taki? - Za­sy­gna­li­zo­wa­łam bar­ma­nowi, że chcia­ła­bym gin z to­ni­kiem.

- Ma­li­nowy? - Uśmiech­nął się do mnie. Wy­glą­dał cał­kiem, cał­kiem, więc od­wza­jem­ni­łam uśmiech.

- Tak, jest za­je­bi­sty.

- Nie tań­czysz z przy­ja­ciół­kami? - Ski­nął głową w stronę par­kietu, gdzie Mia i reszta dziew­czyn krę­ciły bio­drami do pio­senki S.O.A.P. This Is How We Party.

- Nie je­stem w na­stroju. Pró­buję się skon­tak­to­wać z przy­ja­cie­lem, ale nie od­po­wiada.

Znów wy­bra­łam imię Tho­masa spo­śród swo­ich ulu­bio­nych kon­tak­tów. Był na sa­mej gó­rze, pod nim Ka­trine, a za nią cio­cia Eva. Nie­stety, wciąż nie od­bie­rał.

- Gin ma­li­nowy z to­ni­kiem cy­try­no­wym. - Bar­man po­sta­wił przede mną nową szklankę.

Upi­łam łyk słodko-gorz­kiego drinka.

Ogar­niała mnie co­raz więk­sza de­spe­ra­cja. Dzwo­ni­łam już trzy razy. Pil­nie po­trze­bo­wa­łam roz­mowy z kimś bli­skim. Za­czę­łam pi­sać ese­mesa, ale po spo­ży­ciu spo­rej ilo­ści al­ko­holu z trud­no­ścią tra­fia­łam w kla­wi­sze.

Ja: Nie wiem dla­cvegp mi nie ofpo­wiadsz al chcę z tobq po­ro­xma­wić. Tę­sk­nie.

Tho­mas miesz­kał przy Sko­le­gade, czyli tej sa­mej ulicy, przy któ­rej mie­ścił się bar, ale może nie było go w domu. Mó­wi­li­śmy so­bie wszystko, albo pra­wie wszystko, jed­nak bar­dzo się pil­no­wał, żeby nie zdra­dzić, z kim się spo­tyka ani co ra­zem ro­bią.

- Mogę za­pła­cić? - zwró­ci­łam się znów do bar­mana.

Na­dal mnie nie ska­so­wał za ostat­niego drinka, a ja chcia­łam jak naj­szyb­ciej stam­tąd wyjść.

- Mo­ment, za­raz przyjdę. - Mru­gnął do mnie dwu­znacz­nie.

- Masz do­brą po­lisę? Na twój wi­dok wgnio­tło mnie w pod­łogę.

- Do cięż­kiej cho­lery, czy wszyst­kim wam dzi­siaj od­biło?! Wy­daje ci się, że w ten spo­sób za­in­te­re­su­jesz sobą ko­bietę?! - wrza­snę­łam pro­sto w twarz na­stęp­nemu ty­powi, któ­remu się wy­da­wało, że może się do mnie przy­sta­wiać.

- Strasz­nie cię prze­pra­szam - wy­ją­kała moja ofiara. - Jaja so­bie ro­bi­łem, po pro­stu je­steś me­ga­la­ską.

- Mo­żesz ła­ska­wie stąd spa­dać? Nie zniosę dziś wię­cej ta­kich ty­pów jak ty.

Tho­mas: Gdzie je­steś?

Na­resz­cie. Wes­tchnę­łam z ulgą i na­tych­miast się od­prę­ży­łam.

Ja: Grce Sko­legde bli­slo Cie­bie.

Tho­mas: Zo­stań tam. Je­steś pi­jana. Przyjdę po Cie­bie. 10 min.

ROZ­DZIAŁ 2

Tho­mas

Te­le­fon pod­ska­ki­wał na sto­liku ka­wo­wym w za­ciem­nio­nym sa­lo­nie. Wy­łą­czy­łem dźwięk, ale wi­dzia­łem na wy­świe­tla­czu zdję­cie Line po­ka­zu­ją­cej ję­zyk. Sama wgrała do mo­ich kon­tak­tów tę mało wy­ra­fi­no­waną fotkę.

- Chyba nie masz te­raz na to czasu, co? - szep­nęła mi Mette do ucha, się­ga­jąc po te­le­fon i od­rzu­ca­jąc po­łą­cze­nie.

Kurwa, co prawda, to prawda. Nie mia­łem. Nie mo­głem nic po­wie­dzieć, bo usta wy­peł­niał mi si­li­ko­nowy kne­bel w kształ­cie piłki. Z rę­kami wy­krę­co­nymi do tyłu i przy­wią­za­nymi do krze­sła, sie­dzia­łem jak mnie pan Bóg stwo­rzył po­środku sa­lonu w miesz­ka­niu Mette. Mój ster­czący ku­tas był go­towy na wię­cej niż tor­tury, któ­rym mnie pod­da­wała od go­dziny. To chyba ja­kiś cud, że na­dal nie do­sze­dłem. Na­uczy­łem się jed­nak wy­trwa­ło­ści. W swoim sek­sow­nym ko­stiu­mie - się­ga­ją­cych za ko­lano la­kie­ro­wa­nych ko­za­kach na nie­bo­tycz­nie wy­so­kim ob­ca­sie i ob­ci­słym czer­wo­nym gor­se­cie z sa­tyny - Mette była do­miną do­sko­nałą. Uwo­dzi­ciel­sko piękną. Dłu­gie śnież­no­białe włosy upięła w koń­ski ogon, usta po­ma­lo­wała na ogni­stą czer­wień pa­su­jącą do gor­setu. Spró­bo­wa­łem ob­li­zać wargi, ale z kne­blem w ustach oka­zało się to nie­moż­liwe. Głę­boko od­dy­cha­łem, pró­bu­jąc za­pa­no­wać nad swoim zbyt ocho­czo rwą­cym się do ak­cji ku­ta­sem.

Mette uwo­dzi­ciel­sko prze­su­nęła skó­rza­nym pej­czem po mo­jej klatce pier­sio­wej. Z pew­nym wa­ha­niem za­trzy­mała go tuż pod pęp­kiem. Bar­dzo chcia­łem przy­spie­szyć bieg wy­pad­ków i wy­pią­łem w jej stronę pod­brzu­sze.

- Pro­szę, pro­szę, jaki nie­cier­pliwy... Obie­cuję, że przyj­dzie twoja ko­lej. Ale do­piero wtedy, gdy dojdę po raz ko­lejny.

Ocie­rała się o mnie aż do or­ga­zmu, po czym zo­sta­wiła mo­jego fiuta mo­krego od swo­ich so­ków.

- Mette, ja pier­dolę, dłu­żej nie wy­trzy­mam - wy­beł­ko­ta­łem zza kne­bla w ustach, cho­ciaż do­sko­nale wie­dzia­łem, że nie zro­zu­mie tego, co do niej mó­wię.

- Co tam, ko­cha­nie? Cze­goś ci trzeba?

Mo­głem tylko po­ki­wać głową.

Te­le­fon znów za­wi­bro­wał, ale Mette od­wró­ciła go wy­świe­tla­czem w dół, żeby mnie nie roz­pra­szał. Przy­su­nęła bat do mo­ich ją­der, które na bank były skur­czone, małe i po­si­niałe. Wie­dzia­łem, że na tor­sie zo­stały mi czer­wone ślady po wcze­śniej­szych ude­rze­niach, ale mia­łem to gdzieś. Już dawno nie upra­wia­łem lep­szego seksu. Po­wio­dłem wzro­kiem po po­nęt­nym ciele Mette, jej cu­dow­nie krą­głych po­ślad­kach, sztucz­nie po­więk­szo­nych pier­siach, ta­lii osy i grzesz­nych ustach.

- Je­śli cię te­raz roz­wiążę, mu­sisz mi obie­cać, że bę­dziesz nad sobą pa­no­wał i nie do­tkniesz mnie w in­nych miej­scach niż te, na które się umó­wi­li­śmy, okej? - spy­tała z prze­bie­głym uśmiesz­kiem.

Ener­gicz­nie po­ki­wa­łem głową, nie mo­gąc się do­cze­kać, kiedy szczel­nie wy­peł­nię sobą Mette, ale do­piero po wy­li­za­niu jej do or­ga­zmu. Roz­wią­zała su­pły, na sam ko­niec uwol­niła mnie od kne­bla w ustach. Wa­ru­nek był taki, że mo­głem jej do­ty­kać tylko na umó­wiony znak.

Spo­ty­ka­li­śmy się na tych za­sa­dach od po­nad mie­siąca, od im­prezy dla stu­den­tów prawa w Sta­kla­den na po­czątku se­me­stru, kiedy nasz flirt wy­mknął się spod kon­troli. Wy­lą­do­wa­li­śmy wtedy w jej miesz­ka­niu przy Klo­ster­gade. Gdy w końcu zo­sta­li­śmy sami i by­łem go­towy rżnąć ją do nie­przy­tom­no­ści, Mette na­lała mi whi­sky, pchnęła na sofę i wy­ja­śniła, że upra­wia seks tylko w je­den spo­sób: musi wszystko kon­tro­lo­wać i o wszyst­kim de­cy­do­wać. Je­śli się na to nie zga­dzam, mogę wra­cać do domu. Mój ku­tas był zde­cy­do­wa­nie zbyt twardy, że­bym ot tak się stam­tąd zwi­nął. Cho­ciaż ni­gdy nie pró­bo­wa­łem seksu opar­tego na do­mi­na­cji, by­łem otwarty i chcia­łem spró­bo­wać cze­goś no­wego. Krótko mó­wiąc, przy­sta­łem na jej wa­runki i trwało to już kilka ty­go­dni. Spo­ty­ka­li­śmy się w każdy pią­tek na sek­sma­ra­ton, cza­sami także w ciągu ty­go­dnia na szyb­kie bzy­kanko.

Sa­lon w jej miesz­ka­niu zo­stał za­ciem­niony, ale pa­liły się w nim świece, stwa­rza­jąc na­stro­jową at­mos­ferę. Moje oczy przy­zwy­cza­iły się do ciem­no­ści i ła­two roz­po­zna­wały me­ble oraz po­stać Mette.

- Po­łóż się na so­fie - roz­ka­zała mi.

W prze­stron­nym po­koju roz­lał się uwo­dzi­ciel­ski głos Idy Corr śpie­wa­ją­cej Let Me Think About It.

Mia­łem ochotę za­py­tać, czy nie mo­gli­by­śmy się prze­nieść do sy­pialni, ale Mette nie po­zwo­liła mi się od­zy­wać. Nie chcia­łem ni­czego ze­psuć. Do­tkną­łem sto­pami pod­ło­kiet­nika sofy. Mie­ści­łem się na sie­dzi­sku do­słow­nie na styk. Z moim me­trem dzie­więć­dzie­siąt pięć wzro­stu by­łem wyż­szy i szer­szy w ba­rach od prze­cięt­nego fa­ceta. Za­le­żało mi na do­brej kon­dy­cji i dużo tre­no­wa­łem, co się te­raz opła­ciło, bo dzięki temu ła­twiej mi było wy­trwać pod­czas tych wy­ma­ga­ją­cych se­an­sów.

Kurwa, od­dał­bym wszystko, żeby w końcu na mnie usia­dła i mnie ze­rżnęła, ale naj­pierw mu­sia­łem ją do­pro­wa­dzić do ko­lej­nego or­ga­zmu. Mój ku­tas po­ru­szył się na samą myśl o tym. Już nie­długo.

Prze­ło­żyła nogę nad moim cia­łem i po­woli przy­kuc­nęła nad mo­imi ustami. Au­to­ma­tycz­nie wy­su­ną­łem ku niej ję­zyk, za­nim zbli­żyła się jesz­cze bar­dziej.

Te­le­fon znów za­dzwo­nił. Na chwilę roz­pro­szyło to moją uwagę, ale szybko znów skon­cen­tro­wa­łem się na piesz­cze­niu ję­zy­kiem łech­taczki Mette. Chcia­łem jak naj­szyb­ciej dojść do mo­mentu, w któ­rym sam prze­żyję or­gazm.

Mette po­ję­ki­wała i wiła się nad moja twa­rzą. Wsu­ną­łem w nią dwa palce i po­czu­łem, jak co­raz szyb­ciej zwiera się wo­kół nich, co zna­czyło, że za­raz doj­dzie. W na­stęp­nej chwili wy­ję­czała gło­śno swój or­gazm, a moje usta wy­peł­niły się jej so­kami. Unio­sła się sprę­ży­stym ru­chem, wzięła małe opa­ko­wa­nie ze sto­lika, spraw­nie je roz­darła i na­ło­żyła mi gumkę. Le­ża­łem nie­ru­chomo, tylko ją ob­ser­wu­jąc. Wie­dzia­łem, że nie po­wi­nie­nem się ru­szać ani tym bar­dziej jej do­ty­kać.

- Dzięki, było cu­dow­nie. - Po­chy­liła się nade mną i po­ca­ło­wała mnie de­li­kat­nie w usta. Sta­no­wiło to wielki kon­trast w po­rów­na­niu z jej bru­tal­nym za­cho­wa­niem jesz­cze kilka mi­nut wcze­śniej. Od­wza­jem­ni­łem po­ca­łu­nek i wy­pią­łem ku niej bio­dra.

- Cze­ka­łeś wy­star­cza­jąco długo i zna­ko­mi­cie się spra­wi­łeś. - Usta­wiła się nade mną i na chwilę za­marła z moim człon­kiem tuż przy swo­jej cie­płej cipce, za­nim na­działa się na mnie jed­nym ru­chem. - Ooooch, za­je­bi­ście. Twój ku­tas jest prze­ogromny. Już pra­wie za­po­mnia­łam, że wy­peł­nia mnie po brzegi.

Za­częła mnie ujeż­dżać spo­koj­nymi, kon­tro­lo­wa­nymi ru­chami.

- O ja pier­do­lę­ęęę! - wy­krzy­cza­łem, po­zwa­la­jąc, by to nie­sa­mo­wite do­zna­nie za­wład­nęło moim cia­łem.

- Aż tak ci do­brze?

Kiw­ną­łem głową. Wciąż nie mia­łem od­wagi się ode­zwać, ale czu­łem się za­je­bi­ście i by­łem bli­ski or­ga­zmu. Już nie­długo. Na­de­szła moja ko­lej, żeby dać upust swo­jej żą­dzy, i tak wła­śnie się stało.

***

Ja i Mette ni­gdy nie spa­li­śmy ra­zem, nie pro­wa­dzi­li­śmy ze sobą mi­łych roz­mów ani nie przy­tu­la­li­śmy się do sie­bie. Ubra­li­śmy się, wy­pi­li­śmy po szklance wody przy ku­chen­nym stole i po­wie­dzie­li­śmy so­bie do­bra­noc. Do­piero po wyj­ściu na ulicę mo­głem spraw­dzić, czego Line ode mnie chce. Zo­ba­czy­łem aż pięć nie­ode­bra­nych po­łą­czeń i kilka ese­me­sów, które prze­czy­ta­łem po ko­lei. Z ich tre­ści i formy mo­głem wy­wnio­sko­wać, że moja przy­ja­ciółka z pew­no­ścią jest pi­jana i po­trze­buje to­wa­rzy­stwa bli­skiej osoby.

Wes­tchną­łem, przy­gła­dzi­łem swoje zmierz­wione od seksu włosy. Przy­jaź­ni­łem się z Line i Ka­trine od pierw­szego se­me­stru stu­diów, nie­dawno do­łą­czył do nas jesz­cze mój kum­pel Mi­chael. Trzy­ma­li­śmy się ra­zem na do­bre i na złe, wku­wa­li­śmy do eg­za­mi­nów, upi­ja­li­śmy w sztok i hucz­nie świę­to­wa­li­śmy uro­dziny. Zwłasz­cza ja i Line zbli­ży­li­śmy się do sie­bie jesz­cze bar­dziej po tym, jak Ka­trine spo­tkała mi­łość swego ży­cia i za­częła się szy­ko­wać do ślubu. Je­śli o mnie cho­dzi, na pewno nie czu­łem się go­towy do mał­żeń­stwa, ani tym bar­dziej do oj­co­stwa, ale je­śli dziew­czyny tego pra­gnęły, to niech im tam - by­le­bym ja sam tego unik­nął.

Ru­szy­łem przed sie­bie. Po­sła­łem Line krótką wia­do­mość, że ma zo­stać tam, gdzie jest, i na mnie po­cze­kać. Line była piękna jak mo­delka - dłu­go­noga blon­dynka o do­sko­na­łym ciele i gę­stych fa­lu­ją­cych wło­sach. Z jed­nej strony wy­szcze­kana, eks­tra­wer­tyczna i go­towa re­ali­zo­wać naj­od­waż­niej­sze po­my­sły, była kró­lową każ­dej im­prezy. Z dru­giej strony - kru­cha i wraż­liwa. Oprócz mnie i Ka­trine przed ni­kim się nie otwie­rała, wo­bec ob­cych się pil­no­wała i ni­gdy nie tra­ciła czuj­no­ści. Wie­dzia­łem, dla­czego tak jest, ale tylko nie­licz­nym da­wała się po­znać aż tak bli­sko, więc kiedy wzy­wała, za­wsze przy­by­wa­łem. Po tra­gicz­nej śmierci jej ro­dzi­ców w wy­padku sa­mo­cho­do­wym po­nad dzie­sięć lat temu z bli­skiej ro­dziny zo­stała jej tylko ciotka, która była dla niej jak matka.

Czy było mi jej szkoda? Nie, to zna­czy: nie dla­tego się an­ga­żo­wa­łem. Uwa­ża­łem ją za swoją naj­lep­szą przy­ja­ciółkę, po­dob­nie jak ona sko­czy­łaby w ogień za mną i za Ka­trine. Za­słu­gi­wała na na­szą mi­łość i zro­bił­bym dla niej wszystko. Uśmiech­ną­łem się na myśl o tym, jak świet­nie się za­wsze ba­wi­li­śmy i jak wspa­niale ukła­dała się na­sza re­la­cja, cu­dow­nie nie­skom­pli­ko­wana.

ROZ­DZIAŁ 3

Line

- Co po­wiesz na to, żeby stąd spa­dać? Zjadł­bym ja­kąś pizzę. - Ko­lejny głę­boki głos szep­nął mi zza ple­ców do ucha.

- Dość tego! Nie za­mie­rzam z ni­kim iść do domu! - Bły­ska­wicz­nie ob­ró­ci­łam się na krze­śle go­towa zdzie­lić w łeb ko­lej­nego ob­le­śnego dziada. Ta kro­pla prze­lała czarę.

- Spo­koj­nie. - Tho­mas chwy­cił mnie za rękę, którą za­mach­nę­łam się w po­wie­trzu.

- Tho­mas, na­resz­cie! Gdzie by­łeś? - Rzu­ci­łam mu się na szyję i mocno się do niego przy­tu­li­łam. Było to naj­lep­sze uczu­cie na świe­cie.

- Coś mi się wy­daje, że księż­niczka po­trze­bo­wała dziś ra­tunku.

- Na­wet nie masz po­ję­cia... Skąd lu­dzie biorą te wszyst­kie denne tek­sty na pod­ryw?

Tho­mas ryk­nął grom­kim śmie­chem, przy­cią­ga­jąc spoj­rze­nia sto­ją­cych wo­kół nas osób. Był wy­soki, sze­roki w ba­rach, do­brze umię­śniony i wy­glą­dał obłęd­nie ze swo­imi brą­zo­wymi wło­sami i przej­rzy­stymi błę­kit­nymi oczami. Cho­ciaż mie­rzy­łam pra­wie metr osiem­dzie­siąt, a więc dość dużo jak na dziew­czynę, czu­łam się przy nim małą ko­bietką.

- Śmier­dzisz sek­sem na ki­lo­metr. - Skrzy­wi­łam się.

- A ty al­ko­ho­lem. No, chodź, ty im­pre­zo­wiczko. Za­pła­ci­łaś? - Przy­wo­łał bar­mana unie­sie­niem ręki.

- Mam na­dzieję, że nie mu­sia­łeś z mo­jego po­wodu prze­rwać ja­kiejś go­rą­cej randki. -

Nie do końca trzy­ma­łam pion na swo­ich wy­so­kich ob­ca­sach. Na do­da­tek lekko beł­ko­ta­łam.

- Ni­czego nie prze­rwa­łaś. Zdą­ży­li­śmy skoń­czyć.

Bar­man wró­cił do na­szej czę­ści baru.

- Chciał­bym za­pła­cić za tę oto pa­nią. Dla niej na dziś wy­star­czy.

Obaj za­śmiali się do sie­bie. Za­mru­cza­łam z nie­za­do­wo­le­niem za ich ple­cami.

- Ej, nie mu­sisz za mnie pła­cić! - Tup­nę­łam ze zło­ścią, przez co ugry­złam się w wargę.

- Nie mu­szę, ale za­płacę, a ty mo­żesz mi po­sta­wić śnia­da­nie - rzu­cił do mnie Tho­mas przez ra­mię.

- Już za­pła­ciła, ale naj­wy­raź­niej o tym za­po­mniała - stwier­dził bar­man. - Cie­szę się, że przy­sze­dłeś po swoją dziew­czynę. Miał­bym obawy pusz­czać ją samą do domu ze względu na tych wszyst­kich na­pru­tych go­ści, któ­rzy przez cały wie­czór nie da­wali jej spo­koju.

- Ona nie jest moją... - Tho­mas za­milkł w po­ło­wie zda­nia i za­czął wy­gła­dzać swoje zmierz­wione włosy.

- Nie je­ste­śmy parą - do­koń­czy­łam za niego, po czym do­da­łam ze wzru­sze­niem ra­mion: - Tylko przy­ja­ciółmi.

- Okej, bez względu na to, co was łą­czy, ży­czę wam uda­nej nocy. - Mru­gnął do nas po­ro­zu­mie­waw­czo, jakby nie do końca wie­rzył, że je­ste­śmy tylko przy­ja­ciółmi.

- Chcesz u mnie prze­ki­mać? Tylko naj­pierw mu­szę coś zjeść.

- Tak, wbi­jamy do cie­bie, do mnie jest stąd za da­leko. Aha, czyli zgłod­nia­łeś przez dziki i nie­po­ha­mo­wany seks? - Unio­słam kil­ka­krot­nie brwi. - Była aż tak do­bra? - Szturch­nę­łam go, gdy szli­śmy obok sie­bie ulicą.

- Line, do cho­lery! To są pry­watne sprawy. - Ton jego głosu był żar­to­bliwy, ale wie­dzia­łam, że Tho­mas mówi po­waż­nie i nie ma ochoty na zwie­rze­nia.

- Okej, okej, już daję spo­kój two­jej łóż­ko­wej przy­ja­ciółce. Ej, stop, ta piz­ze­ria jest wciąż otwarta!

Tho­mas prze­wró­cił oczami i po­krę­cił głową na mój ko­men­tarz.

Sta­nę­li­śmy obok sie­bie w ko­lejce. Wciąż się chwia­łam, a w gło­wie szu­miało mi od al­ko­holu.

- I co, ty moja mała pi­jaczko, wo­lisz szynkę czy pep­pe­roni?

Nie za­uwa­ży­łam, że już na­de­szła na­sza ko­lej.

- Hmm, niech bę­dzie pep­pe­roni, i cola. Strasz­nie chce mi się pić.

Z trój­ką­tami pizzy i pusz­kami na­po­jów w rę­kach prze­szli­śmy resztę drogi do lo­kum Tho­masa. Miesz­kał sam w dwóch nie­wiel­kich po­ko­jach. Wcze­śniej miał współ­lo­ka­tora, ale ten skoń­czył stu­dia i wy­je­chał do Ko­pen­hagi. Na szczę­ście Tho­mas był w sta­nie sa­mo­dziel­nie opła­cać czynsz.

- Na­sta­wię dla cie­bie kawę, że­byś choć odro­binę wy­trzeź­wiała, a ja w tym cza­sie się wy­ką­pię.

Zrzu­ci­łam szpilki w ko­ry­ta­rzu i boso po­drep­ta­łam za Tho­ma­sem do kuchni. Nie była duża, ale udało mu się tam wci­snąć mały sto­lik z dwoma krze­słami. Usia­dłam na jed­nym z nich, pod­wi­nę­łam pod sie­bie nogi i na­la­łam kawy do wiel­kiego kubka, nie ża­łu­jąc so­bie mleka na sam ko­niec. Do­kład­nie tak, jak lu­bi­łam naj­bar­dziej.

- Dasz so­bie radę, kiedy będę się ką­pał? - za­py­tał ze szczerą tro­ską w gło­sie, co wy­dało mi się na­prawdę fajne.

- Mhm - mruk­nę­łam, dmu­cha­jąc na kawę, za­nim upi­łam łyk. Była fan­ta­stycz­nie mocna i roz­grze­wała całe ciało.

Sie­dzia­łam nad kawą, po­grą­żona we wła­snych my­ślach, gdy usły­sza­łam krzyk Tho­masa:

- Line, przy­nie­siesz mi ręcz­nik? Nie ma tu żad­nego.

Wsta­łam.

- Ja­sne, a gdzie są?

- W ko­mo­dzie w sy­pialni, szu­flada na sa­mym dole.

Spoza uchy­lo­nych drzwi wy­do­sta­wała się para. Tho­mas ich nie do­mknął po tym, jak wy­szedł mnie za­wo­łać. Z szu­flady wy­ję­łam duży nie­bie­ski ręcz­nik ką­pie­lowy. Po na­my­śle wzię­łam też drugi, tro­chę mniej­szy, gdyby chciał użyć osob­nego do wło­sów.

- Hej, kładę je na to­a­le­cie. - Spu­ści­łam de­skę, po­ło­ży­łam na niej ręcz­niki i od­wró­ci­łam się, żeby wyjść. Przy­jaź­ni­li­śmy się, ale nie by­li­śmy ze sobą aż tak bli­sko, żeby pa­ra­do­wać przed sobą nago. Na­gle do­strze­głam ja­kiś ruch. Przy­sta­nę­łam na chwilę i spoj­rza­łam w lu­stro. Tho­mas stał naj­spo­koj­niej w świe­cie i mył włosy szam­po­nem, na­gu­sieńki jak go Pan Bóg stwo­rzył. Nie za­uwa­żył, że go zo­ba­czy­łam. Nie za­su­nął do końca za­słonki od prysz­nica, a szcze­lina, którą zo­sta­wił, była dość duża, że­bym uj­rzała w lu­strze jego atrak­cyjne umię­śnione ciało. Po­wio­dłam wzro­kiem w dół, do miej­sca mię­dzy no­gami, gdzie ab­so­lut­nie nie po­win­nam była pa­trzeć. Otwo­rzy­łam sze­roko oczy i usły­sza­łam swój wła­sny jęk.

- Wy­star­czy, że go gdzieś po­ło­żysz. - Tho­mas naj­wi­docz­niej do­piero te­raz od­krył moją obec­ność.

- Przy­nio­słam dwa, zo­sta­wi­łam je na to­a­le­cie. Mogę po­ży­czyć ja­kiś T-shirt do spa­nia?

- Wiesz, gdzie są.

Zda­rzało nam się wbi­jać do sie­bie na noc, ale ni­gdy wcze­śniej nie wi­dzia­łam Tho­masa zu­peł­nie bez ubra­nia. Po­trzą­snę­łam głową, pró­bu­jąc się po­zbyć ob­razu jego ol­brzy­miego na­brzmia­łego pe­nisa. Oczy­wi­ście wi­dy­wa­łam go w ką­pie­lów­kach albo w bok­ser­kach, ale to było czymś zu­peł­nie, ale to zu­peł­nie in­nym.

- Ja­sne, we­zmę so­bie jedną i lecę pod koł­drę.

Za­mknę­łam drzwi do ła­zienki, opar­łam się o ścianę w przed­po­koju i ude­rzy­łam się w czoło.

- Boże prze­naj­święt­szy, ni­gdy nie wi­dzia­łam tak wiel­kiego... - Za­sło­ni­łam so­bie usta dło­nią, bo po­wie­dzia­łam to gło­śno.

- Czego? - Tho­mas zdą­żył za­krę­cić wodę i usły­szeć moje słowa.

- Nic, nic, tylko... O, rany, je­stem me­ga­zmę­czona i boli mnie głowa.

- Po­szu­kam cze­goś prze­ciw­bó­lo­wego, tylko naj­pierw włożę bok­serki. Zna­la­złaś ko­szulkę?

- Nie, ale już po nią idę.

Szybko się ro­ze­bra­łam i wło­ży­łam je­den ze spra­nych T-shir­tów Tho­masa. Przy­jem­nie pach­niał prosz­kiem do pra­nia i Tho­ma­sem. Łóżko było za­słane i sta­ran­nie na­kryte na­rzutą. Zło­ży­łam ją, prze­nio­słam na biurko i wsu­nę­łam się pod koł­drę.

- Łyk­nij to, za­nim za­śniesz. - Tho­mas przy­siadł na brzegu łóżka. Po­dał mi dwie ta­bletki i szklankę wody. - Jest ci przy­kro z ja­kie­goś po­wodu? Chcia­ła­byś o tym po­roz­ma­wiać? - W jego gło­sie sły­chać było tro­skę, gdy gła­dził mnie de­li­kat­nie po wło­sach.

Słowa uwię­zły mi w gar­dle. Po­win­nam mu opo­wie­dzieć o cioci Evie, ale tylko po­łknę­łam ta­bletki i po­pi­łam wodą.

- Nie te­raz, mo­żemy iść spać? Może ju­tro rano.

Pod­cią­gnę­łam koł­drę pod brodę i przy­su­nę­łam się jak naj­bli­żej ściany. Tak, sy­pia­li­śmy w jed­nym łóżku, ro­bi­li­śmy to już wcze­śniej, ale ni­gdy nic po­nad to.

- Okej. Ga­szę świa­tło i też się kładę.

***

W sy­pialni pa­no­wała ciem­ność. Le­że­li­śmy obok sie­bie w od­le­gło­ści przy­naj­mniej pół me­tra.

- Tho­mas - szep­nę­łam. - Śpisz?

- Jesz­cze nie.

Koł­dra za­sze­le­ściła, gdy ob­ró­cił się w moją stronę. Przez szcze­linę w ża­lu­zjach wpa­dało świa­tło księ­życa.

- Cho­dzi o cio­cię Evę - po­wie­dzia­łam ci­cho, wpa­tru­jąc się w ciem­ność. - Wy­kryto u niej raka.

- Do kurwy nę­dzy, Line. Chodź tu­taj. - Przy­su­nął się i mnie przy­tu­lił.

- To rak piersi. Cio­cia jest w su­mie do­brej my­śli, więc nie po­win­nam aż tak się tym przej­mo­wać.

Po­czu­łam łzy spły­wa­jące mi po po­licz­kach. Tho­mas po­ca­ło­wał mnie we włosy i mocno przy­ci­snął do sie­bie.

- Masz ta­kie uczu­cia, a nie inne, i nic na to nie po­ra­dzisz. Pa­mię­taj, że za­wsze mo­żesz o tym ze mną po­roz­ma­wiać.

- Boję się. - Po­cią­gnę­łam no­sem.

- Wiem. - Po­gła­dził mnie po ra­mie­niu. - Ro­zu­miem, że coś ta­kiego spra­wia ból. Ale nie wszy­scy mu­szą od razu umrzeć i cię zo­sta­wić.

Wy­po­wie­dział gło­śno moje naj­gor­sze obawy. Roz­pła­ka­łam się te­raz na do­bre.

- Prze­pra­szam, że tak cię obar­czam swo­imi pro­ble­mami, ale nie chcia­łam dzwo­nić do Ka­trine o tej po­rze. Umó­wi­ły­śmy się ju­tro na brunch i na przy­miarkę sukni ślub­nej.

- Line. - Jego głos za­brzmiał te­raz śmier­tel­nie po­waż­nie. - Może i nie je­stem Ka­trine i nie znam się na bab­skiej gadce, ale je­stem twoim przy­ja­cie­lem i za­wsze mo­żesz na mnie li­czyć.

- Wiem i dla­tego wła­śnie do cie­bie za­dzwo­ni­łam, kiedy po­czu­łam, że jest mi smutno.

- Do­wie­dzia­łaś się o tym dzi­siaj? - Jego dłoń ob­jęła mnie w pa­sie. Przy­su­nął mnie jesz­cze bli­żej do sie­bie.

Moja głowa spo­częła pod jego pod­bród­kiem i po­czu­łam, jak po­woli ucho­dzi ze mnie na­pię­cie.

- Tak, cio­cia za­dzwo­niła po po­łu­dniu. Wie­dzia­łam, że była na ba­da­niu, ale cze­ka­ły­śmy na wy­niki.

- Może po­win­naś ją ju­tro od­wie­dzić?

- Po­je­chała z Han­sem na week­end do Ko­pen­hagi. - Wes­tchnę­łam, ma­jąc świa­do­mość, że w moim gło­sie po­brzmiewa re­zy­gna­cja. - Zo­ba­czymy się w po­nie­dzia­łek, kiedy wróci z pracy, a ja z za­jęć. Idziemy spać? Je­stem wy­koń­czona.

- Tak. Może sko­czymy ju­tro wie­czo­rem coś zjeść? Nie mam żad­nych pla­nów oprócz tre­ningu z Mik­ke­lem w ciągu dnia.

- Faj­nie. Pew­nie, że tak.

- Do­bra­noc, Line.

ROZ­DZIAŁ 4

Tho­mas

Mik­kel pod­niósł sztangę i umie­ścił ją na sto­jaku.

- A to­bie się nie wy­daje, że to tro­chę dziwne po­su­wać jedną babkę, a spać z inną?

Upi­łem łyk wody i otar­łem pot z czoła ręcz­ni­kiem.

- Po pro­stu taka jest na­sza przy­jaźń.

Po­ło­ży­łem się na ławce, przy­go­to­wu­jąc do ko­lej­nej se­rii. Mik­kel usta­wił się za moją głową, żeby przej­mo­wać ode mnie sztangę.

- A Mette?

Par­sk­ną­łem gło­śno z po­wodu pod­nie­sio­nego cię­żaru. Mu­sia­łem chwilę za­cze­kać z od­po­wie­dzią.

- To tylko seks. Na sa­mym po­czątku po­sta­wiła sprawę ja­sno.

- Igrasz z ogniem. Całe szczę­ście, że nie masz z nią za­jęć w tym se­me­strze.

- Wiem. - Znów zro­bi­łem so­bie prze­rwę i prze­cze­sa­łem dło­nią włosy.

- No i jak to jest ze star­szą pa­nią? - Za­śmiał się ze mnie.

- W two­ich ustach brzmi to tak, jak­bym sy­piał ze starą siwą bab­cią. - Mette Lan­ger nie była ani stara, ani po­si­wiała. - A ona jest w kwie­cie wieku, ma trzy­dzie­ści pięć lat, me­ga­sek­sowne ciało i w do­datku wie, co robi.

- Trudno mi to doj­rzeć. - Mik­kel znów prze­jął ode mnie sztangę, a ja usia­dłem.

- Bez prze­sady, po­tra­fisz chyba oce­nić, czy ja­kaś dziew­czyna, wła­ści­wie po­wi­nie­nem po­wie­dzieć: ko­bieta, jest sek­sowna, na­wet je­śli twój ra­dar nie po­ka­zuje w tym kie­runku? Je­śli cho­dzi o mnie, za­wsze zwra­cam uwagę na przy­stoj­nych fa­ce­tów.

Mette wy­kła­dała na pra­wie, ale na szczę­ście ni­gdy nie mia­łem z nią za­jęć. To był ostatni se­mestr, póź­niej zo­stało mi już tylko na­pi­sa­nie pracy ma­gi­ster­skiej, więc o ile Mette nie miała zo­stać moją pro­mo­torką, jej za­trud­nie­nie na uni­wer­sy­te­cie nie sta­no­wiło żad­nego pro­blemu.

- Może i tak, ale nie­spe­cjal­nie przy­glą­dam się bab­kom. Je­śli mam być zu­peł­nie szczery, bar­dziej w moim gu­ście są ta­kie ko­biety jak Line. Na­tu­ral­nie piękne, które tego sztucz­nie nie pod­kre­ślają. Mette w tych swo­ich ob­ci­słych skó­rza­nych ciusz­kach, wy­so­kich la­kie­ro­wa­nych ko­za­kach i z tą czer­woną szminką na ustach to jedna wielka prze­sada.

- Z Line łą­czy mnie tylko przy­jaźń.

- Ni­czego nie su­ge­ruję. - Mik­kel usta­wił się do ostat­niej se­rii przed za­mianą miejsc. - Nie mu­sisz od razu się bro­nić tylko dla­tego, że o niej wspo­mnia­łem. Chyba że coś się działo ostat­niej nocy?

Przez te wszyst­kie lata stu­diów mnie i Mik­kela łą­czyła co­raz bliż­sza przy­jaźń. Wresz­cie za­ak­cep­to­wał to, że jest ge­jem, i mi o tym po­wie­dział. Ale z tego, co wie­dzia­łem, do tej pory nie był z żad­nym męż­czy­zną. Wy­obra­ża­łem so­bie, ja­kie to dla niego trudne, skoro wszystko w na­szym spo­łe­czeń­stwie krę­ciło się wo­kół osób he­te­ro­sek­su­al­nych. Ka­trine, Ja­spar i ja obie­ca­li­śmy wy­brać się z nim w naj­bliż­szy pią­tek do Gbaru, knajpy dla ge­jów i les­bi­jek.

- Nie, nic się nie działo. - Nie mia­łem ochoty mu opo­wia­dać o tym, że Line się roz­kle­iła i że obej­mo­wa­łem ją przez całą noc. Czu­łem się ab­so­lut­nie fan­ta­stycz­nie i wie­dzia­łem, że mógł­bym się od tego uza­leż­nić.

ROZ­DZIAŁ 5

Line

- Chyba mu­simy na tym po­prze­stać. - Ka­trine trzy­mała stertę ma­lut­kich śpiosz­ków i uśmie­chała się do mnie, nio­są­cej dru­gie tyle. - Ja­spara szlag trafi, kiedy zo­ba­czy, jak dużo znów na­ku­pi­łam.

- Na pewno spoj­rzy na to przez palce na wi­dok tej sek­sow­nej bie­li­zny, którą wzię­łaś przy oka­zji - stwier­dzi­łam. I do­da­łam po chwili: - Nie mogę so­bie wy­bić z głowy wiel­kiego piiip Tho­masa.

Opo­wie­dzia­łam Ka­trine o tym, co wi­dzia­łam wczo­raj w nocy pod prysz­ni­cem.

- A mnie się wy­daje, że chcia­ła­byś mieć z nim wię­cej do czy­nie­nia, niż masz od­wagę przy­znać. - Ka­trine czy­tała we mnie jak w otwar­tej książce.

- Może. Sama nie wiem. Chyba tak. Cho­ciaż nie, nie wiem.

Ze śmie­chu zgięła się wpół, sto­jąc przede mną w ko­lejce.

- Po­wiem to jesz­cze raz: za­pra­szam na ko­la­cję tylko dla nas czworga, ale do­piero po ślu­bie. Te­raz nie je­stem w sta­nie sku­pić się na ni­czym in­nym, zwłasz­cza że nie­długo czeka mnie na­jazd ro­dziny i przy­ja­ciół.

- Je­śli cho­dzi o mnie, nie wi­dzę prze­szkód, ale, jak mó­wi­łam, mi­sja nie bę­dzie pro­sta. Tho­mas ma tę babkę, z którą się spo­tyka w piątki.

- Spró­bu­jemy otwo­rzyć mu oczy na to, że pod żad­nym wzglę­dem nie może ci się oprzeć.

Ka­trine po­ło­żyła dzie­cięce ciuszki na la­dzie.

- Da­waj to, co tam trzy­masz - rzu­ciła do mnie przez ra­mię.

- O nie, ja płacę! To pre­zent od cioci Line dla dzi­dziu­sia.

- Na­prawdę nie mu­sisz. Mam pie­nią­dze.

- Czyż­byś już stała się utrzy­manką? - Da­łam jej przy­ja­ciel­skiego kuk­sańca.

- Nie, na li­tość bo­ską! I ni­gdy tak nie bę­dzie, ale Ja­spar nie po­zwala mi pła­cić czyn­szu ani ra­chun­ków, cho­ciaż bar­dzo bym chciała.

- Na pewno świet­nie zdaje so­bie z tego sprawę - za­pew­ni­łam ją.

- Twier­dzi, że nie chce, aby była mię­dzy nami nie­rów­ność po­le­ga­jąca na tym, że to on za­ra­bia praw­dziwe pie­nią­dze, a mnie na nic nie stać.

- To na­prawdę wpo­rzo z jego strony, Kat.

Eks­pe­dientka spa­ko­wała rze­czy do re­kla­mó­wek i je nam wrę­czyła.

- Co po­wiesz na to, żeby mi po­móc po­far­bo­wać włosy?

- No co ty, dla­czego chcesz zmie­nić ko­lor? Prze­cież jest obłęd­nie piękny! Zu­peł­nie ci od­biło?

Szły­śmy dep­ta­kiem w stronę rzeki. By­ły­śmy dziś umó­wione na brunch, ale po­sta­no­wi­ły­śmy, że naj­pierw pój­dziemy na przy­miarkę sukni ślub­nej, a do­piero póź­niej coś zjemy.

- Strasz­nie tę­sk­nię za ja­kąś zmianą. Aż mnie mrowi w ca­łym ciele.

- W ta­kim ra­zie trzeba to zro­bić. Przy Store Torv jest dro­ge­ria. Po­tem pój­dziemy do mnie i zaj­miemy się two­imi wło­sami, a na ko­niec zro­bimy so­bie do­brą ko­la­cję i obej­rzymy ja­kiś film?

- Za­je­bi­sty plan, mu­szę tylko na­pi­sać do Tho­masa, że dziś się nie spo­tkamy.

Wy­ję­łam te­le­fon z za­wie­szo­nej na ra­mie­niu to­rebki.

- On też może wpaść. Ko­niecz­nie mu o tym wspo­mnij.

- Wo­la­ła­bym, żeby nie przy­cho­dził aku­rat dziś, je­śli mamy za­pla­no­wać moją mi­sję. Na­pi­szę mu, że to bab­ski wie­czór z ma­secz­kami upięk­sza­ją­cymi i la­kie­ro­wa­niem pa­znokci.

- Twoją mi­sję mi­ło­sną. Masz ra­cję, chyba rze­czy­wi­ście to nie naj­lep­szy po­mysł, żeby jej obiekt uczest­ni­czył w pla­no­wa­niu.

- Je­steś naj­lep­szą przy­ja­ciółką pod słoń­cem. Na­prawdę nie uwa­żasz tej sy­tu­acji za dzi­waczną?

- Po raz sto sie­dem­na­sty od­po­wia­dam: nie. Ani tro­chę. Okej, nie za­uwa­ży­łam, co się święci, ale tylko dla­tego, że pa­trzę na Tho­masa wy­łącz­nie jak na przy­ja­ciela i nic wię­cej. Ale was jak naj­bar­dziej po­tra­fię so­bie wy­obra­zić ra­zem. Two­rzy­li­by­ście za­je­bi­ście piękną parę, no i wiem, że jest mię­dzy wami che­mia.

- Przy­tu­lał mnie do sie­bie przez całą noc, a rano po­czu­łam, że mu stward­niał - szep­nę­łam do niej, mimo że żadna z prze­cho­dzą­cych obok osób nie mo­gła nas usły­szeć.

- Glo­ben Flak­ket czy ja­kieś inne miej­sce? - Ka­trine za­trzy­mała się przy ka­wiarni na końcu dep­taka.

- Glo­ben to su­per­wy­bór.

- Wy­daje ci się, że on wie... mam na my­śli, że go po­dej­rza­łaś w lu­strze? - spy­tała Ka­trine.

Usia­dły­śmy przy oknie, żeby mieć wi­dok na prze­chod­niów.

- Nie wiem, ale tego nie wy­klu­czam, cho­ciaż nic nie po­wie­dział.

- Nie mie­ści mi się w gło­wie, jak mo­gli­ście ra­zem spać, skoro je­steś na niego me­ga­na­pa­lona, a on naj­wy­raź­niej nie po­zo­stał obo­jętny. Ja i Ja­spar nie mo­żemy się od sie­bie ode­rwać, zwłasz­cza rano, po obu­dze­niu się.

- Może mu stward­niał z po­wodu tam­tej babki. Albo była to zu­peł­nie na­tu­ralna re­ak­cja na bli­skość cie­płego ciała le­żą­cego obok w łóżku.

- Okej, zjedzmy coś, a póź­niej ku­pimy ci tę farbę, ty wa­riatko.

PRZED­MOWA

Dro­dzy Czy­tel­nicy,

od­daję w Wa­sze ręce hi­sto­rię mi­ło­sną, więc je­śli nie prze­pa­da­cie za opo­wie­ściami o pierw­szym spo­tka­niu z tym je­dy­nym albo tą je­dyną i o licz­nych prze­szko­dach, które trzeba po­ko­nać, za­nim praw­dziwe uczu­cie zwy­cięży, to w tym mo­men­cie po­win­ni­ście za­koń­czyć lek­turę.

Je­śli na­to­miast lu­bi­cie chwy­ta­jące za serce sceny mi­ło­sne, do­pra­wione ta­kimi, w któ­rych bo­ha­te­ro­wie zrzu­cają z sie­bie ubra­nia, jest to książka wła­śnie dla Was.

Mam jed­nak na­dzieję, że wy­nie­sie­cie z tej po­wie­ści znacz­nie wię­cej. Po­sta­wi­łam so­bie za cel na­pi­sa­nie kilku hi­sto­rii, któ­rych ak­cja roz­grywa się w moim mie­ście Aar­hus. Miesz­kam tu­taj od lata 1996 roku, kiedy ra­zem z tatą tuż przed roz­po­czę­ciem przeze mnie stu­diów re­mon­to­wa­li­śmy dla mnie ka­wa­lerkę w dziel­nicy Tr?j­borg. Nocą spa­li­śmy na ma­te­ra­cach na pod­ło­dze, a za dnia ma­lo­wa­li­śmy ściany i su­fity far­bami za­ku­pio­nymi w po­bli­skim skle­pie. Wierna ko­lo­rom mod­nym w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych, za­prze­da­łam swoją du­szę żół­temu, nie­bie­skiemu i bordo.

Jak już wspo­mnia­łam, jest to kla­syczna opo­wieść o mi­ło­ści mię­dzy dwoj­giem lu­dzi. Nie mo­gła ona oczy­wi­ście prze­biec zbyt pro­sto, bo by­łaby nudna.

Kiedy pi­szę, czer­pię in­spi­ra­cję mię­dzy in­nymi z mu­zyki. Do se­rii z Aar­hus w tle stwo­rzy­łam na Spo­tify li­stę od­po­wied­nich pio­se­nek - moim zda­niem ab­so­lut­nie to­po­wych duń­skich i za­gra­nicz­nych prze­bo­jów. Jako stu­dentka pe­da­ło­wa­łam przez mia­sto z mapą Aar­hus w ko­szyku na kie­row­nicy, przy dźwię­kach pio­senki Ko­cham Cię tak, jak za­wieje wiatr (Jeg el­sker dig som vin­den bl?ser) ka­peli P? Sla­get 12, któ­rej słu­cha­łam na trzy­ma­nym w kie­szeni walk­ma­nie. Ten uko­chany sprzęt wier­nie mi to­wa­rzy­szył, także pod­czas wszyst­kich mo­ich po­dróży.

Znaj­dzie­cie tę play­li­stę na Spo­tify pod na­zwą "For­tabt i os" (Za­bu­jani w so­bie). Wszyst­kie na­pi­sane przeze mnie se­rie, nie­kiedy też po­je­dyn­cze książki, mają wła­sne play­li­sty. Żeby je zna­leźć, wy­star­czy wpi­sać ich duń­skie ty­tuły.

Chcia­ła­bym po­dzię­ko­wać re­dak­torce Rikke Elli An­drup i wy­daw­nic­twu Ne­lumbo, dzięki któ­rym to wszystko stało się moż­liwe. Jest to naj­za­baw­niej­sza i naj­bar­dziej roz­wo­jowa po­dróż, jaką od­by­łam do tej pory, i nie mogę się do­cze­kać, żeby się do­wie­dzieć, do­kąd nas za­pro­wa­dzi na­stęp­nym ra­zem.

Chcia­ła­bym po­znać Wa­sze opi­nie na te­mat hi­sto­rii Line i Tho­masa roz­gry­wa­ją­cej się tu­taj, w Aar­hus. Jest to opo­wieść o mi­ło­ści, która po­ja­wiła się nie­po­strze­że­nie mię­dzy dwoj­giem bar­dzo bli­skich przy­ja­ciół i oka­zała się nie­zwy­kle sil­nym uczu­ciem.

Mo­że­cie spraw­dzić, co u mnie sły­chać, na stro­nie in­ter­ne­to­wej www.wri­terl­sher­man.com - znaj­dzie­cie tu także linki do mo­ich pro­fili w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych.

Ży­czę Wam przy­jem­nej lek­tury! Do zo­ba­cze­nia w sieci.

Lo­uisa :* :*