Zabrakło nam jutra - Wioletta Sawicka

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I

Powroty

ZAMOŚĆ, JESIEŃ 2022

Do pokoju na dziesiątym piętrze wieżowca zaglądał ponury, jesienny poranek. Na łóżku pod oknem leżała starsza kobieta. Nieruchomy wzrok miała utkwiony w ołowiane niebo. Wyglądała jak zastygła w bezruchu. Jednak to nie ułomność schorowanego ciała ani leki, które podała jej córka, wprawiły Alicję w ów niezwykły stupor, tylko właśnie kolor nieba. Jego barwa, jakaś bijąca z niego groza sprawiły, że bardziej niż kiedykolwiek wróciła do pamiętnego dnia z dzieciństwa, który na zawsze odmienił jej życie.

Właśnie takie ołowiane niebo widziała osiemdziesiąt cztery lata temu, kiedy matka przywiozła ją do Krzemienieckich. Wszystko wokół tonęło wtedy w szarości. Znikała w niej prędko dorożka, którą odjeżdżała matka. A ona, Alicja, czteroletnie wówczas dziecko, stała zagubiona na obcym podwórzu, pośród obcych ludzi, i przyciskając do siebie szmacianą laleczkę, patrzyła za rozpływającym się w szarzyźnie pojazdem.

Choć minęło tyle czasu, zmienił się świat, system, granice państw i wszystko wokół, gdzieś na dnie serca w Alicji pozostał żal. Niczym opatrunek koiły go późniejsze większe i mniejsze radości. Dalsze koleje niełatwego losu także nie skłaniały do rozdrapywania dziecięcych ran, lecz ból nigdy do końca nie zniknął.

A teraz wrócił ze zdwojoną siłą. Także przez tę książkę, Wyspy szczęśliwe, którą przed kilkoma dniami przyniósł z biblioteki podopieczny Joli, Filip. Rozłożoną grzbietem do góry powieść Alicja przyciskała do piersi, jak wtedy, dawno temu, swą szmacianą laleczkę.

Wraz z książką i odnalezioną w niej przyjaciółką, Martą, do Alicji niespodziewanie wrócił też Wołyń. Jednak w sposób, na który nie była gotowa. Powrócił dziecięcy żal, szarość tamtego dnia, strach porzuconego dziecka, surowość niechętnych spojrzeń obcych ludzi. Owe doznania sprawiły, że nie mogła się w pełni skupić na treści książki.

Córka przyniosła jej nowe okulary, ale chociaż dobrze widziała w nich litery, te nie chciały się układać w książkową historię, tylko przeniosły Alicję do zupełnie innej opowieści. Tej, którą napisało jej własne życie.

- Czemu mamusia dziś taka markotna? - z zamyślenia wyrwało ją pytanie Marii.

- Ja, markotna? Nie, po prostu się zamyśliłam - odrzek­ła, otrząsnąwszy się z zadumy, i przeniosła spojrzenie na krzątającą się w pokoju córkę.

Jej jedyne dziecko, Marysia, niewysoka, puszysta blondynka z sercem na dłoni dla potrzebujących, stanowiło dla Alicji największą nagrodę za lata cierpienia i najlepszą życiową podporę. Czasem zastanawiała się, skąd w córce ten upór i determinacja w dążeniu do celu. Skąd siła i energia, by dźwigać bez użalania się liczne obowiązki, jakie na siebie wzięła?

Maria była internistką w miejscowym szpitalu, udzielała się w wolontariacie, prowadziła też fundację oraz ośrodek opiekuńczy dla niepełnosprawnych. Odkąd wybuchła wojna w Ukrainie, przygarnęła do ośrodka także uchodźców. Mieszkała na drugim końcu Zamościa, ale starała się przed pracą wpadać na Wyszyńskiego, żeby podać matce leki, śniadanie i wszystkiego dojrzeć, nim zjawi się któraś z wynajętych opiekunek.

A przecież miała męża, w dodatku musiała się też zajmować dorosłym synem, Wojtkiem, który urodził się z porażeniem mózgowym. Jakby tego było mało, pisała książki medyczne i jeszcze nim wybuchła wojna w Ukrainie, woziła do Krzemieńca dary dla tamtejszego szpitala i prowadziła tam szkolenia dla personelu medycznego.

Marysia nie dość, że ze wszystkim sobie radziła, to jeszcze sprawiała wrażenie, że cała ta praca przychodzi jej bez większego wysiłku. Miała bezcenny dar zjednywania sobie ludzi i zarażała otoczenie pogodą ducha. Z nieustępliwego charakteru i głodu wyzwań córka trochę przypominała Alicji Helenę Krzemieniecką.

Tamta też była taka uparta, silna i nie bała się ryzyka, jeśli w coś wierzyła, mając za nic konwenanse i ograniczenia. Owo podobieństwo uderzyło tak mocno Alicję dopiero teraz, gdy patrzyła, jak córka pospiesznie wkłada kurtkę przed wyjściem do szpitala.

- Czemu mamusia tak mi się przygląda? - zapytała Maria, szukając w torebce kluczyków do auta. - Dlatego, że znów trochę przytyłam? Wie mama, jak jest. W ciągu dnia nie zawsze mam czas coś zjeść, za to wieczorem się opycham jak głupia.

- Wcale nie przytyłaś, ale powinnaś bardziej o siebie zadbać, a ty wszystko w biegu i w biegu. Zdrowie masz tylko jedno.

- Obiecuję, że zadbam, a mama powinna w końcu się do nas przeprowadzić. Będzie mamie u nas dobrze. Pokój na parterze stoi wolny. I do ogrodu mama wyjedzie na wózku, i wieczorami nie będzie sama, i z Wojtkiem sobie pogada w ciągu dnia. To naprawdę najlepsze rozwiązanie - przekonywała kolejny raz.

Temat przeprowadzki Alicji do domu córki i zięcia regularnie wracał w ich rozmowach. Alicja jednak konsekwentnie odmawiała, choć wysuwane argumenty brzmiały rozsądnie. Jednak mimo znacznych ograniczeń stwarzanych przez mieszkanie w bloku i zamknięcia w czterech ścianach Alicja chciała jeszcze zachować resztki niezależności.

- Nie przesadza się starych drzew, moja kochana, a poza tym u was nie będę mieć takiego widoku. - Wskazała głową w stronę okna. - Idź już, Marysiu, żebyś się nie spóźniła. Dochodzi ósma. A ja sobie poczytam, nim przyjdzie Jola.

- Dobrze. - Maria nachyliła się nad łóżkiem, żeby pocałować matkę. - Jola będzie za dwie godziny i zostanie do obiadu, a ja wpadnę po pracy. Pa. - Machnęła ręką na pożegnanie.

- Pa, kochanie. - Alicja odwzajemniła gest za znikającą córką.

Gdy została sama, włączyła lampkę przy łóżku i wróciła do Wysp szczęśliwych, próbując się skupić na czytaniu. Znów jednak zamiast Małszewa gdzieś na Mazurach przed jej oczami pojawił się Wołyń. Objawił się tamtą szarością nieba, zapachem mokrej ziemi, widokiem Góry Królowej Bony wynurzającej się z mgły.

Powróciło też jak żywe wspomnienie Heleny. Jej mocna dłoń, gdy wzięła za rękę niemal przyrosłą do ziemi Alicję, gdy ta, tkwiąc nieruchomo na podwórzu, wciąż patrzyła za niewidoczną już dorożką matki. I głos Heleny, który dodawał przerażonej dziewczynce otuchy: "Nie bój się, mała, będzie dobrze...".

Gdyby ktoś zapytał Alicję, kim stała się dla niej potem Helena, a także Seweryn, mogłaby odpowiedzieć tylko jednym słowem: wszystkim.

Zamknęła oczy. Czuła to znajome ukłucie w klatce piersiowej, jak zawsze wtedy, gdy znienacka dopadały ją wspomnienia. Obrazy z przeszłości, tej bliższej i dalszej, dobrej i złej, gdy przed oczami znów widziała łuny ognia i rzeki krwi, przewijały się w głowie Alicji jak w kalejdoskopie. Znów słyszała szczęk żelastwa, huk wystrzałów i ludzkie krzyki.

Kołysał ją tamten pociąg, którym, ukryta pod ławką, uciekała z piekła. Przeszłość wróciła także wspomnieniem czułego dotyku Szymona, ciepłem spojrzenia jego rozumnych oczu, kojącym głosem i poczuciem bezpieczeństwa, jakie dzięki niemu zyskała. Wspomnienia zlewały się w głowie starej kobiety w chaotyczną całość. Trwało to jakiś czas, nim, wciąż trzymając rozłożoną na kołdrze książkę, zmęczona zapadła w drzemkę.

Obudziły ją szelesty w pokoju. Uniosła ciężkie powieki i usiłując wrócić do rzeczywistości, patrzyła, jak Jola, dość tęga kobieta po pięćdziesiątce, ściera kurz na regale. Włosy miała upięte w węzeł na czubku głowy, była ubrana w długą kraciastą koszulę.

Widać dziś nie wybierała się do sądu ani na wizytację do żadnej z objętych kuratelą rodzin, skoro zamiast urzędowej garsonki pozwoliła sobie na koszulę i legginsy, uznała Alicja, obserwując w milczeniu tamtą, jak ostrożnie, żeby nie robić hałasu, unosiła z półek figurki i wycierała je szmatką.

Jola miała w sobie dużo ze służbistki i cechowała ją pewna urzędnicza oschłość, ale zyskiwała przy bliższym poznaniu. Pierwszy raz spotkały się kilkanaście lat temu w osiedlowej bibliotece, kiedy Alicja jeszcze trochę chodziła. Czasem wypiły razem kawę, dyskutowały o książkach i życiu. Szybko znalazły wspólny język i zaczęły się darzyć sympatią.

Od roku Jola była też jedną z dochodzących opiekunek Alicji. Za niezbyt wygórowaną opłatę przychodziła raz, czasem dwa razy w tygodniu, na kilka godzin.

- Dzień dobry, Jolu, dawno przyszłaś? - odezwała się Alicja, spojrzawszy uprzednio na zegarek. - Już prawie jedenasta! Trzeba było mnie obudzić.

- Dzień dobry, pani Alu, tak smacznie pani spała, że nie miałam sumienia pani budzić. A jestem od pół godziny. Wstawiłam rosół i zabrałam się za porządki, żeby nie siedzieć bezczynnie. Zakupy też zrobiłam. Paragon jest na stole w kuchni.

- Jesteś jak zwykle niezawodna, dziękuję, kochana. - Alicja podciągnęła się do pozycji półleżącej. - Zaraz oddam ci pieniądze.

- Nie, nie, jeszcze zostało z tych, które zostawiła na zakupy pani doktor. Córka, znaczy - doprecyzowała.

- A to dobrze, ale zostaw już to sprzątanie i usiądź przy mnie. Nawet nie wiesz, jak niezwykłą książkę mi przysłałaś. - Alicja poklepała dłonią okładkę. - Zaraz ci wszystko opowiem. Ale najpierw zrób nam herbaty i chyba muszę skorzystać z toalety. - Wskazała na krzesełko sanitarne.

Niedługo potem Alicja opowiedziała opiekunce przy drugim śniadaniu o Marcie i latach spędzonych z nią w zakładzie dla kalek we Wrocławiu. Trochę też o Wołyniu, ale niewiele, żeby nie rozniecać większego żalu. Jola słuchała z zainteresowaniem. Czasem coś wtrąciła albo niedowierzająco kręciła głową.

- To naprawdę niezwykły przypadek, że odnalazła pani w tej książce swoją przyjaciółkę.

- Teraz myślę, Jolu, że to ta książka odnalazła mnie - odrzekła wzruszona Alicja. - Czuję się, jakbym dzięki niej odbyła długą podróż do początków mojego życia. Przyniosło mi dużo bólu, ale innego nie miałam.

- Tak, książki potrafią rozdrapywać stare rany - podsumowała refleksyjnie opiekunka, po czym dodała tonem, w którym pobrzmiewała przygana: - Dobrze, że choć tym razem ten gagatek nie zawiódł.

- Gagatek? Mówisz o Filipie? - Alicja zdziwiła się, słysząc niechęć w głosie kobiety. - To przecież taki miły chłopiec.

- Miły chłopiec? Żarty, pani Alu! - Na surowej twarzy kuratorki odmalowało się zdumienie. - Przecież to patologia w najczystszej postaci!

- Kto? Filip? - Alicja z wrażenia uniosła się na łokciu.

- A oczywiście! - fuknęła kuratorka. - Ma tyle za uszami, że jestem więcej niż pewna, że w końcu wyląduje w więzieniu. Wydaje się nawet pojętny, ale zszedł na złą drogę. Nie uczy się, łazi z szemranymi typami po mieście, za drobne kradzieże o mało nie trafił do poprawczaka. Sąd dał mu ostatnią szansę poprawy, prace społeczne, no i wyznaczył kuratora, czyli mnie. Staram się, jak mogę, żeby go naprostować, by wyszedł na ludzi, lecz to wyjątkowo oporny przypadek. I taki zacięty w sobie. Szczerze mówiąc, obawiałam się go wysyłać do pani z tą książką, ale naprawdę nie mogłam sama przyjść. Zagroziłam mu jednak, że jeśli coś zmaluje, napiszę na niego taki raport, że od razu trafi za kratki.

- Aż nie chce się wierzyć. - Alicja pokręciła głową. - Zrobił na mnie dobre wrażenie.

- Obawiam się, że to błędne wrażenie, pani Alu. - Tamta machnęła ręką. - Rodzina trochę dysfunkcyjna i niezamożna. Nie powiem, matka się stara, pracuje na trójkę dzieci, każde z innego ojca. Filip jest z nich najstarszy, z ojczymem nie umie się dogadać. Zresztą on w ogóle mało mówi. Mruk z niego, marnuje wszystkie szanse, jakie dostaje, żeby wyjść na prostą.

- Może za surowo go oceniasz? - podsunęła ostrożnie Alicja. - Prawda, ma trochę kolców, ale czuję, że kryje się pod nimi dobra dusza. Może tylko trzeba okazać mu więcej serca?

- Jestem kuratorką sądową, a nie Matką Teresą - skwitowała sucho Jola. - Oceniam stan faktyczny. A stan faktyczny jest taki, że ten chłopak nie chce nic zmienić w swoim życiu. Mam go pod opieką od roku i nie widzę spodziewanej poprawy. Za długo robię w tym zawodzie, aby mieć złudzenia, że coś z niego będzie. Pójdę sprawdzić, jak tam rosół. - To powiedziawszy, wyszła do kuchni.

Może nie chcesz tego zobaczyć? - uznała w duchu Alicja nieprzyjemnie dotknięta nieprzejednaną postawą kuratorki. Więcej o Filipie nie rozmawiały. Tamta posiedziała jeszcze z godzinę i podawszy podopiecznej rosół z makaronem, szykowała się do wyjścia. Przy pożegnaniu Alicja poprosiła:

- Jolu, jeśli będziesz się widzieć z Filipem, poproś go, żeby do mnie zajrzał. Obiecał, że czasem będzie wpadać, aby mi poczytać.

- Poczytać? Przecież on ledwo duka - prychnęła opiekunka, wkładając płaszcz.

- Całkiem dobrze mu szło. Poprosisz go?

- Dobrze, jak pani chce, ale na swoją odpowiedzialność wpuści pani lisa do kurnika.

- Taki z niego lis jak ze mnie baletnica - zaśmiała się staruszka. - To naprawdę miły młody człowiek, tylko trochę zagubiony.

- Jest pani za dużą optymistką - westchnęła Jola, już gotowa do wyjścia. - Oby się tylko pani nie rozczarowała. Do widzenia, pani Alu - pożegnała się i wyszła.

Minął dzień, dwa, przeszedł cały tydzień, a Filip się nie pojawiał. Słowa kuratorki o chłopcu uwierały Alicję. Nios­ły w sobie ten sam ładunek odrzucenia, jakiego kiedyś ona także doświadczyła, choć zawierały inne treści: bękart, kłopot, wstyd.

Wtedy, w trzydziestym ósmym, gdy pojawiła się w obcym domu, nie znała znaczenia tych określeń. Zapamiętała jednak ból, jaki czuła, kiedy je słyszała. Helena nie widziała w niej cudzego kłopotu i zwyczajnie, po ludzku wzięła ją za rękę. Tym gestem i słowami otuchy ocaliła więcej, niż mogła wtedy przypuszczać.

Może właśnie dlatego Alicja nie potrafiła się zgodzić z oceną Joli. Nie dlatego, że była naiwna. Przeciwnie, przeżyła zbyt wiele, by wierzyć w bajki. Wiedziała, że ludzie potrafią upadać nisko. Wiedziała też, że nie każdego da się uratować. Ale wiedziała także coś więcej. Że czasem wystarczy jedno spojrzenie bez pogardy. Jedna wyciągnięta w porę otwarta dłoń, by kogoś uratować.

W tym sensie Filip przypominał Alicji ją samą sprzed lat. Nie wiedziała, jak wygląda jego dom ani ile jest w nim problemów, ale widziała coś innego.

Dostrzegła, jak wstrzymał oddech, gdy mówiła o Wołyniu. Jak słuchał, choć udawał znudzenie. Jak nie sięgnął po pierścionek, choć mógł to zrobić. Jak wczuwał się w rolę, czytając na głos. I jakim miękkim głosem napomykał o swoim dziadku. To wystarczało, by pojęła, że ten chłopak nie jest stracony, tylko bezgłośnie woła o pomoc i uwagę.

Sięgnęła po Wyspy szczęśliwe i drżącymi palcami pogładziła okładkę, uśmiechając się gorzko. Jej własne wyspy dawno już zniknęły, ale pamięć o nich została. U kresu życia mimo wszystko czuła też tęsknotę do jego początku i świata, który jeszcze wierzył w inne jutro, niż napisał im los.

Jednak ze wszystkich tęsknot, które dopadały Alicję w samotne wieczory, najdotkliwsza była ta za Heleną.

ROZDZIAŁ II

Kandydat na męża

KRZEMIENIEC, WIOSNA 1938

Wiosna zwykle nie przychodziła do Buczynki z dnia na dzień. Wahała się, krążyła po obejściu jak niezdecydowany gość. Zostawiała ślady w rozmiękłej ziemi i cofała się jeszcze na kilka dni, gdy sypnęło świeżym śniegiem, jakby chciała sprawdzić, czy naprawdę jest tu mile widziana.

Nie inaczej było i teraz. W początku kwietnia resztki twardego śniegu leżały jeszcze przy stodole, pod lasem i wokół drzew w sadzie, ale robiło się cieplej, ptaki śpiewały weselej, a powietrze pachniało ziemią, która chce rodzić. Na polach po roztopach rozlały się wielkie bajora, lecz rządca Walenty wraz z folwarcznymi już zaczął pierwszą orkę.

Tak jak co roku, także i teraz, ledwo puścił śnieg, głodujący na przednówku ludzie ruszyli szukać czegokolwiek nadającego się do jedzenia. Pozostawionych w ziemi zeszłorocznych kartofli, buraków, a choćby i żołędzi w lesie, szyszek czy korzonków, nim wystrzelą chwasty: lebioda, pokrzywy albo szczaw, z których przyrządzą cienką zupę.

Tym, którym bardziej dopisało szczęście, czasem udawało się zdobyć od Żyda, mającego masarnię w Krzemieńcu, trochę starych, obranych do cna kości po rozbiorze mięsa, których nikomu już nie mógł sprzedać. Gotowali je długo, żeby uzyskać pożywny wywar.

Niedostatek bardziej zajmował ludzi, bez różnicy Polaków czy Ukraińców, niż to, że jakiś tam Hitler właśnie zaanektował Austrię, o czym także pisały wołyńskie gazety. Tylko że w wioskach, gdzie mało kto znał alfabet, gazet nie czytano. Jednak przekazywana przez bardziej wykształconych nowina nie robiła na biedakach żadnego wrażenia. Sam Hitler też obchodził miejscowych tyle co zeszłoroczny śnieg.

Więcej mówiło się po chałupach albo w kwaszarni Moszego o tym, że polskie wojsko burzy prawosławne cerkwie na Chełmszczyźnie i południowym Podlasiu, aby, jak tłumaczono w prasie, bronić chrześcijańskiej cywilizacji na Kresach i stworzyć polskie prawosławie, odcinając je od ukraińskich korzeni. Mniej jednak przejmowano się samym burzeniem niż tym, że z tego powodu Ukraińcy patrzyli na Polaków jeszcze większym wilkiem niż wcześniej.

Coraz częściej dochodziły też słuchy o akcjach odwetowych ukraińskich nacjonalistów w tamtych stronach. A i w tych słyszało się, że znów gdzieś w bliższej czy dalszej okolicy spaliło się polskie gospodarstwo albo jakaś zgraja napadła i pobiła polskiego obywatela. Wzajemna niechęć obu nacji pęczniała tej wiosny prędzej niż pąki na drzewach.

Helena, choć nie miewała tego typu skojarzeń, nie mogła oprzeć się wrażeniu, że tej wiosny rozmarznięta po zimie wołyńska ziemia, prócz odwilży, pachniała też narastającym gniewem. Miała tylko nadzieję, że Seweryn, który przed niespełna miesiącem, wraz z kapitanem Rybic­kim, dostał rozkaz udania się na Chełmszczyznę i jeszcze stamtąd nie wrócił, nie splamił rąk i sumienia podłym procederem.

Rybicki ani ją ziębił, ani grzał. Po tym służbiście wszystkiego można było się spodziewać. Zamierzała jednak nagadać do słuchu Sewerynowi. Nie zniosłaby, gdyby rodzony brat okazał się zwykłym łajdakiem.

Choć wiosna, mimo panujących napięć, wyraźnie ożywiała wszystko wokół, w życiu Heleny zapanował nieznośny marazm. W dalszym ciągu nie miała pomysłu, skąd wytrzasnąć te nieszczęsne dwadzieścia tysięcy na wymarzony grunt w Borysławiu, żeby postawić swój szyb i wydobywać ropę.

Nawet pojechać tam nie mogła, by rozeznać się na miejscu, czy działka, jaką sobie upatrzyła latem, wciąż jest na sprzedaż. Podróż komplikował gips na nodze. Myśl, że jeszcze przez dwa tygodnie będzie musiała nosić przeklęte usztywnienie, przez które została uziemiona, wyjątkowo rozstrajała energiczną Helenę.

Minął miesiąc, odkąd się z nim męczyła. Nie chodziło o niewygodę czy ból, gdyż tego nie odczuwała, lecz o ograniczenie jej naturalnej aktywności. Heleny zawsze wszędzie było pełno, a teraz siedziała kamieniem w domu.

Henryk Krzemieniecki, owładnięty wizją kariery poselskiej, utyskiwał, że zamiast skupiać się na polityce i zjednywaniu pismaków, przez chorobę Heleny musi tracić czas na doglądanie sklepu i tartaku. Dobre choć tyle, że przyjął do pomocy w tartaku Artema, o co Helena wierciła ojcu dziurę w brzuchu.

Ostatecznie o posadzie dla Ukraińca przeważył argument, że wojewoda Józewski, na którego poparcie w tegorocznych wyborach parlamentarnych liczył Henryk, publicznie potępił akcję burzenia cerkwi. Krzemieniecki, chcąc zapunktować u swego protektora, wbrew woli małżonki zatrudnił w końcu Ukraińca.

To był na razie jedyny sukces, jaki osiągnęła Helena. Reszta jej spraw wciąż stała w miejscu. Nadal nie otrzymała odpowiedzi z Borysławia na wysłane zapytanie o pracę w Kompanii Naftowej. Dmytro także jeszcze się nie odezwał, więc nie miała pojęcia, co z nim się dzieje. Minęło już parę miesięcy, odkąd poszedł w świat z Grabówki i przepadł bez śladu. Szczerze martwiła się o przyjaciela, którego coraz bardziej jej brakowało.

Listy gończe za nim i jego bratem Mykytą, który także zapadł się pod ziemię, wciąż wisiały na słupach i murach Krzemieńca. Interwencja Szymona w sprawie Dmytra na posterunku policji za wiele nie dała. Bracia Mynczukowie wciąż byli ścigani za wrogą działalność przeciw polskiemu państwu.

Helena nie mogła się pogodzić z taką niesprawiedliwością, że Dmytro, w którego uczciwość nigdy nie zwątpiła, jest poszukiwany niczym groźny przestępca. Wietrzyła w tym aferę szytą grubymi nićmi przez kogoś bardzo konkretnego, lecz brakowało jej na to dowodów, a Rybicki, odkąd wyjechał na Chełmszczyznę, także jeszcze się nie objawił.

Gdyby nie ten przeklęty gips, sama zaczęłaby węszyć, pojechała na posterunek albo do Grabówki, by jeszcze raz pomówić z ojcem Dmytra, lecz przez owo nieznośne unieruchomienie wszystko brało w łeb. Na szczęście Artem wyciosał jej całkiem wygodne kule i dzięki nim mogła się poruszać w miarę swobodnie po domu i obejściu, ale to wszystko.

Aby zagospodarować nadmiar czasu, prowadziła księgi rachunkowe, zajmowała się korespondencją i całą kancelaryjną robotą, którą ochoczo scedował na nią ojciec. Udoskonalała też swoje projekty szybów, wymieniała listy z Zuzanną, lecz mimo to miała poczucie, że wciąż obraca się w próżni. Jeszcze nigdy tak długo nie siedziała w domu skazana głównie na towarzystwo mamci i jej plany wydania Heleny za mąż. Już nawet nie plany, a coraz śmielsze projekty!

Odkąd Arkady Pawlicki bywał w ich domu po kilka razy w tygodniu i okazało się, że jest kawalerem, matka już widziała w nim wymarzonego zięcia. Prędko odżałowała Rybickiego i całą uwagę skupiła teraz na kolejnym kandydacie. Wprost promieniała radością, kiedy lotnik przychodził z wizytą.

Starała się wtedy podawać lepszy poczęstunek, częściej i na dłużej zostawiała też młodych samych. I wprost nie mogła się go nachwalić, kiedy rozmawiały we dwie, jaki jest szarmancki, przystojny, pogodny i odważny. Jednym słowem ideał.

Nie wiedzieć kiedy porucznik Pawlicki stał się dla matki drogim panem Arkadym, a nawet kochanym panem Arkadym. Mizdrzyła się doń i nadskakiwała mu, gdy przychodził z wizytą. Wszystko w niej: zachowanie, gesty, słowa i spojrzenia, wręcz krzyczało, że rada by go czym prędzej powitać w rodzinie.

Wystarczył miesiąc, by Pawlicki zawojował ją z kretesem. Pani Stefania kandydatkę na żonę zachwalała przyszłemu zięciowi jak przekupka swój towar na targu. Helena jeszcze nigdy nie słyszała z ust matki tylu pochwał na swój temat, zwykle znacznie podkolorowanych, jak teraz, podczas podwieczorków z Pawlickim.

Pani Krzemieniecka tak się zaangażowała w wyswatanie córki ze sławnym lotnikiem, że wstąpił w nią nowy duch. Częściej się uśmiechała, wszystkim okazywała większą życzliwość i wręcz tryskała energią. Jakby zapomniała o strachu przed napadem Ukraińców, uspokojona regularnymi patrolami wojska i policji, kręcących się w okolicy.

Uroiła też sobie, że Pawlicki, który prawie codziennie prowadził loty szkoleniowe i zwykle koło dziesiątej rano nad Buczynką pojawiały się szybowce, także patroluje teren przez lornetkę.

- Znów ten twój lotnik, Helenko - mówiła zazwyczaj, nie kryjąc ekscytacji i zachwytu, gdy przez okna dworku patrzyły na podniebne maszyny.

- To nie jest żaden mój lotnik - odpowiadała z naciskiem Helena. - To tylko zwykły znajomy. Niech sobie mamcia niczego więcej nie dopowiada.

- Już ja tam swoje wiem. Przecież widzę, że nie jest ci obojętny, nawet teraz się rumienisz. Nie popełniaj starych błędów i nie odtrącaj tak wspaniałego mężczyzny. Jestem pewna, że jemu także na tobie zależy, skoro tak często nas odwiedza, więc postaraj się zatrzymać go przy sobie.

- A może to mamcia chciałaby zatrzymać go przy sobie? - zażartowała podczas którejś rozmowy Helena.

- No wiesz. - Matka udała oburzenie, lecz zdradziło ją pewne zmieszanie w głosie i kokieteria, z jaką poprawiała włosy. - Nie powinnaś tak mówić do matki, ale gdybym była młodsza i wolna, zapewne zrobiłabym, co w mej mocy, by go przy sobie zatrzymać. Teraz zależy mi wyłącznie na twoim szczęściu. Intuicja mówi mi, że znajdziesz je przy tym mężczyźnie.

- A mnie moja mówi, że znajdę je, gdy dokopię się do ropy. - Helena pokuśtykała od okna do łóżka, na którym rozłożyła wykresy.

- Nie wiem dlaczego, moja droga, ale tak mało jest w tobie z kobiety - fuknęła zniecierpliwiona Stefania, po czym, przewróciwszy oczami, dodała: - Ropa! Cóż znaczy jakaś tam ropa wobec męża, dzieci, rodziny? A miej sobie jedno i drugie. Jako mężatka prędzej dostaniesz kredyt - podsunęła chytrze. - Zostało jeszcze trochę dobrej mąki. Pójdę powiedzieć Felicji, żeby upiekła drożdżowe bułeczki. Arkady przyjdzie na podwieczorek.

- Dla Dmytra też by mamcia kazała piec bułeczki? - zapytała nieco złośliwie Helena.

- No wiesz! - Matka się obruszyła. - Cóż ci strzeliło do głowy równać bandytę z takim mężczyzną jak Arkady?

- Dmytro nie jest żadnym bandytą... - Helena ujęła się za przyjacielem, lecz rodzicielka jej nie słuchała.

- Doprawdy nie rozumiem cię, Heleno. Staram się, jak mogę, żeby zabezpieczyć twą przyszłość. Nie masz kilkunastu lat, aby tak beztrosko podchodzić do życia. Najwyższa pora się ustatkować, drogie dziecko. A Arkady jest idealnym dla ciebie kandydatem. Nawet profesor Niewiadomski ma o nim jak najlepsze zdanie. Nie należy ponoć do zbyt majętnej rodziny, lecz jest sławny, ma w ręku dobry fach, że tak powiem, i świetną przyszłość przed sobą.

- No więc co? Powinnam go poprosić o rękę? - ironizowała Helena, mając serdecznie dość mamcinego swatania. - Pawlickiego, rzecz jasna, nie profesora. Proszę bardzo. W końcu mamy równouprawnienie, więc nie widzę powodu, dla którego nie mogłabym wyjść z inicjatywą, jeśli to mamcię uszczęśliwi.

- Niech cię Bóg broni przed takim pomysłem! - wykrzyknęła matka. - Nie mówię przecież, żebyś mu się oświadczała, ale bądź bardziej kobieca, pokaż, że nie jest ci obojętny, a nade wszystko nie zniechęcaj go do siebie takimi, takimi... - szukała właściwego słowa - niestosownymi porównaniami do tego Ukraińca. Chyba nie chcesz, żebym przez ciebie padła trupem...

- Nie, skąd, trup mamci nie leży w moich planach, tylko ropa.

- Ty mnie naprawdę wpędzisz do grobu przez tę swoją obsesję - jęknęła pani Stefania, wychodząc z pokoju, żeby wydać polecenia w kuchni.

Taką rozmowę odbyły przed paroma dniami. Pawlicki przyszedł na tamten podwieczorek i na kolejny. Matka zaprosiła go również na Święta Wielkanocne, które wypadały w drugiej połowie kwietnia, jako że nie wybierał się do rodziny w Warszawie, a kontrakt w Krzemieńcu kończył mu się z upływem drugiego semestru.

Jutro też się go spodziewano na podwieczorku. W przeddzień, jak zwykle około dziesiątej, nad Buczynką pojawiły się szybowce. Pierwszy leciał instruktor, za nim podążało kilka innych.

Helena wiedziała, kto siedział za sterami tego na czele. Maszyny zatoczyły koło nad polami i skierowały się w stronę bazy w Kulikowie.

Helena siedziała przy oknie w swoim pokoju i patrzyła, jak znikają w powietrzu. Od rana świeciło słońce, zrobiło się cieplej, więc Stefania zarządziła w domu wiosenne porządki. Na podwórzu folwarczne kobiety trzepały dywany, kapy i draperie. Szorowały sagany, czyściły wyniesione na dwór kuchenne sprzęty i pomniejsze pokojowe meble, żeby wybić kurz z tapicerki.

Na dziedzińcu panował spory rwetes. Podobnie jak w domu, gdyż Stefania nakazała też mycie okien po zimie i froterowanie podłóg. Kręciła się po dworku i obejściu jak fryga, żeby pilnować, czy wynajęci do sprzątania folwarczni należycie przykładają się do pracy. Wszędzie za dziedziczką chodziła też Jańcia, nowa dziewczyna do posług, i pilnie słuchała pouczeń pani. Rózię przed tygodniem zabrał do Równego Szymon.

Helenę, z uwagi na złamaną nogę, szczęśliwie ominęło porządkowe szaleństwo, za którym nigdy nie przepadała. Miała też trochę spokoju od nacisków zaabsorbowanej nim mamci. Zaszyła się w kancelarii i z nogą wspartą na stołku sprawdzała firmowe rachunki, z których wiało delikatnym optymizmem, gdyż obroty w tartaku odrobinę wzrosły, a w sklepie nie spadły.

Odpowiedziała też na parę urzędowych pism, ale nie mogła skupić się na pracy. Mimowolnie jej myśli krążyły przy Arkadym Pawlickim, co ją irytowało. Wciąż nie umiała określić swoich uczuć względem lotnika.

Przez ostatni miesiąc bywał w ich domu znacznie częściej, niż wynikałoby to z czysto towarzyskich powodów. Chyba że nudził się na wołyńskiej prowincji i z braku innych rozrywek zaglądał do Buczynki? Helena czasem nad tym się zastanawiała.

Skłamałaby, gdyby powiedziała, że go nie lubi. Nawet przestała go uważać za bezczelnego impertynenta, w każdym razie nie w takiej skali jak na początku znajomości. Owszem, na swój sposób był nawet interesujący.

Wnosił także pewien koloryt w jej monotonne życie, ale też jego obecność za bardzo ją dekoncentrowała. Z jednej strony doprowadzał ją do szału, lecz z drugiej coś sprawiało, że czekała na jego kolejne wizyty. Po raz pierwszy doświadczała takiego rozdwojenia.

Charakteru tych spotkań także nie umiała określić. Pawlicki nie prawił jej czułych słówek i nie patrzył na nią maślanym wzrokiem, jak to zwykle robią zakochani. Niczego też nie deklarował.

Ot, zwyczajnie, rozmawiali o tym i owym albo raczej wymieniali mniej lub bardziej cięte riposty. Nie były to jednak takie rozmowy jak z Szymonem czy Dmytrem, którym mogła bez skrępowania powierzyć wszystkie swoje sekrety czy rozterki.

Przy Pawlickim włączał jej się podświadomie jakiś idiotyczny tryb prowadzenia z nim szermierki słownej. Nie potrafiła tego opanować. Próbowała, niestety coraz nieudolniej, wmówić sobie, iż jego wizyty są jej obojętne. Nie mogła się w nim przecież zakochać, gdyż to by zrujnowało jej życiowe plany. Ślub się do nich nie zaliczał. Nawet z takim asem przestworzy jak Arkady Pawlicki.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI