Zabrakło czwartego do brydża - Zygmunt Zeydler-Zborowski

Kup ebooka

24.99 zł
19.99 zł (17,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I

Droga wiodła pod górę. Koła wrzynały się głęboko w piaszczystą koleinę. Grzbiety końskie pociemniały od potu, a spod uprzęży spadały białe płaty piany.

Maciek zeskoczył z bryczki. Sprężystym krokiem szedł ścieżką wzdłuż leśnej ściany. Lubił upał. Głęboko wciągał w płuca powietrze przesycone zapachem rozgrzanej żywicy. Czuł się silny, zdrowy, pełen życia. Z miną zdobywcy uśmiechał się do drzew, do krzaków, do słońca.

- Niech pan siada, panie Maćku, jedziemy. Nie zdążymy na obrok.

Kuczewski strącił biczyskiem bąka z zadu rosłego kasztana i szarpnął lejcami. Konie ruszyły niechętnym kłusem. Dopiero w tej chwili uświadomił sobie, jak bardzo drażnił go ten chłopak. Ta roześmiana gęba, ten nonszalancki sposób poruszania się, ta wyzywająca, bezczelna młodość. Wiedział, że to nie ma sensu. Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że jest to zwykła, ordynarna zawiść starzejącego się mężczyzny, czującego swą bezsiłę wobec młodości. Nie umiał z tym walczyć. Upokarzało go to uczucie, ale było silniejsze od wszystkich wyrozumowanych teorii. Rosło nieustannie i mogło się przerodzić w jawną wrogość, a nawet nienawiść. Nie mógł dopuścić do tego, żeby tamten domyślił się czegokolwiek. Bał się jednak, że w jakimś momencie straci panowanie nad sobą. Początkowo jego stosunek do młodego zootechnika był obojętnie poprawny i może ta chłodna obojętność trwałaby nadal bez większych zmian, gdyby nie Nina... Nie, on jej nie uwodził, przynajmniej nic na to nie wskazywało. Zawsze w jej obecności był niesłychanie grzeczny, a nawet przesadnie powściągliwy, tak jakby się bał, że ktoś go może posądzić o to, że mu się podoba piękna pani dyrektorowa. Nie szukał jej towarzystwa, nigdy się nie narzucał, nie starał się pozyskać jej względów. Nic, ale to absolutnie nic nie można mu było zarzucić. Ale ona... Co ona? Czego on właściwie od niej chce? Ożenił się z dziewczyną, która mogła być jego córką, a teraz się dziwi, że ją interesuje młody, bardzo przystojny i bardzo zgrabny chłopak, że zaprasza go na brydża i że jeździ z nim konno. Czyż to nie naturalne? Młodzi ciągną do młodych. Po prostu nie powinien był się wiązać z taką smarkulą. W jego wieku rozsądny mężczyzna żeni się albo z dobrze gotującą gosposią, albo z pielęgniarką. On nie tylko, że się ożenił z młodziutką, rwącą się do życia dziewczyną, ale jeszcze do tego zakochał się w niej jak sztubak. Co za idiotyzm! Przecież bez trudu mógł się domyślić, że nie wyszła za niego z miłości. Zaimponowało jej to, że zainteresował się nią dojrzały mężczyzna na stanowisku, chciała być "panią dyrektorową", chciała jeździć konno. Przed ślubem mówiła mu dużo o swojej miłości. Udawał przed samym sobą, że w to wierzy, chciał wierzyć. Bardzo pragnął, żeby to była prawda. I co dalej? Wyjechać? Rzucić dobrą posadę? Zmienić pracę? Poszukać sobie czegoś innego? To nie takie proste. Co powie w ministerstwie? Czym uzasadni swoją decyzję? A zresztą choćby nawet zdecydował się stąd wyjechać, to któż mu zaręczy, że gdzie indziej nie pojawi się inny Maciek, może jeszcze bardziej atrakcyjny? Bo przecież takich Maćków są tysiące, młodych, silnych, zdrowych, pewnych siebie, idących przebojem przez życie.

- Pan dyrektor się zmęczył. Gorąco.

- Wcale się nie zmęczyłem - wybuchnął gwałtownie Kuczewski i energicznie zaciął konie.

Sławiński ze zdziwieniem spojrzał na zwierzchnika. "Co starego ugryzło?" - pomyślał, wzruszając nieznacznie ramionami. Nie spodziewał się takiej reakcji.

Wjechali w aleję ocienioną starymi topolami. Konie, poczuwszy stajnię, szły żwawo, parskając z zadowoleniem. Kopyta wesoło klaskały po kamieniach. Zatrzymali się przed dużym, świeżo otynkowanym domem. Ganek zielenił się dzikim winem. Kuczewski oddał lejce młodemu człowiekowi i z pewnym trudem wygramolił się z bryczki.

- Do widzenia - mruknął, nie oglądając się.

W sieni panował przyjemny, chłodny półmrok. Opadł ciężko na pokryty wytartą skórą fotel i odpoczywał. Dopiero po dłuższej chwili weszła Nina. Miała na sobie niebieską sukienkę z białym kołnierzykiem i z dużymi białymi guzikami. Wyglądała w niej jak siedemnastolatka.

- Jesteś już? Tak się zaczytałam, że nie słyszałam bryczki. Maciek pożyczył mi strasznie fajny kryminał. O, zmęczył się mój kochany staruszek - dodała, spojrzawszy uważniej na siedzącego bezwładnie męża i pogładziła go po spoconej łysinie.

- Wcale się nie zmęczyłem - parsknął gniewnie Kuczewski. - Spociłem się tylko. Spocić się już nie wolno w taki piekielny upał?

- Ależ wolno ci się pocić, kochanie - powiedziała z uśmiechem. - Możesz się pocić, ile tylko chcesz. Nie rozumiem, czemu się denerwujesz?

Wytarł pot z czoła, z twarzy i wstał. Nie miał wątpliwości, co do tego, że zachował się bardzo głupio. Męczył go ten upał i pewnie, dlatego...

- Co słychać?

- Nic specjalnego.

- Jak się czujesz?

- Wyśmienicie, jak zawsze.

- Był ktoś do mnie?

- Był Bednarczyk.

- Czego chciał?

- Nie wiem. Nie zwierzał mi się. Pytał o ciebie. Pewnie chodzi mu o Sułtana.

- Wtrącasz się do nie swoich spraw, a ja potem muszę przeprowadzać nieprzyjemne rozmowy.

Szeroko otworzyła zdumione, bardziej niebieskie niż kiedykolwiek oczy.

- Czesiu, cóż ty mówisz? Ja się wtrącam do nie swoich spraw?

Odwrócił się do niej plecami, udając, że poprawia na ścianie stary, popstrzony przez muchy sztych angielski. Wiedział, że nie będzie mógł utrzymać surowego tonu, patrząc na jej niewinnie zdziwioną, dziecinną minkę. O tak, Nina umiała z nim sobie radzić.

- No przecież to ty załatwiłaś Maćkowi w Związku Jeździeckim.

- No tak, pomogłam mu, bo znam Wolnickiego. Czy nie lubisz Maćka?

- A dlaczegóż miałbym go nie lubić? Zdolny, inteligentny, dobrze wychowany chłopak. Bardzo go lubię. Wprost przepadam za nim.

- Żartujesz?

- Nie, mówię zupełnie poważnie.

- No, więc dlaczego nie chcesz, żeby Maciek jeździł na Sułtanie?

Niecierpliwie poruszył ramionami.

- To nie chodzi o to, że ja nie chcę, ale widzisz, to wszystko nie jest takie proste. Bednarczyk zrobił Sułtana. To był wybrakowany koń. Mieli go dać na mięso. Bednarczyk zajął się nim, ujeździł, naskakał, zrobił z niego olimpijczyka. W tych warunkach odbierać mu teraz konia, no to jakoś nie bardzo. Nie wydaje ci się?

- Ależ to przecież prosty masztalerz.

- No to, co z tego, że prosty masztalerz? Jeździ znakomicie i zbiera dla nas medale. Zresztą albo jest demokracja albo nie, do wszystkich diabłów.

- Zrozum, Czesiu, że na zagranicznych zawodach nie może nas reprezentować takie proste chłopisko. U nas w kraju jeszcze ujdzie, ale we Włoszech, we Francji, czy w Holandii... Po prostu nie wypada. Tam, na Zachodzie, zarówno koń musi się dobrze prezentować, jak i jeździec. Nie pojmuję, że trzeba ci takie rzeczy tłumaczyć. Przecież gdybym tego nie załatwiła Maćkowi, to i tak daliby kogoś innego. Ręczę ci, że tym razem już nie pojechałby Bednarczyk.

- A jeżeli Sułtan nie będzie chciał skakać pod Maćkiem?

- Dlaczego nie miałby skakać? Maciek świetnie jeździ.

- Ale koń, moja kochana, przyzwyczaja się do jeźdźca. Nieraz już tak się zdarzało, że najlepszy skoczek odmawiał skoku pod nowym jeźdźcem. Poza tym wydaje mi się to krzywdzące dla Bednarczyka. On jest bardzo związany uczuciowo z Sułtanem.

- Nie przesadzaj. I wiesz co ci zaproponuję? Chodź na obiad. Gosposia na pewno już się niecierpliwi.

Przy stole nastrój nie był zbyt ożywiony. Kuczewski wraz z twardawą pieczenią przeżuwał swe niewesołe myśli, a pani Nina zastanawiała się nad tym, dlaczego Maciek zachowuje się ciągle z taką rezerwą. To ją drażniło, niecierpliwiło. Intrygowało. Wiedziała, że jest ładna i że mężczyźni zwracają na nią uwagę. Więc dlaczego ten chłopak zachowywał się tak dziwnie, był bez przerwy taki oficjalny, taki poprawny? Denerwowało ją to ustawiczne: "Moje uszanowanie, pani dyrektorowej", "Słucham panią dyrektorową", "Jak pani dyrektorowa sobie życzy". Początkowo sądziła, że to nieśmiałość. Ale tyle miesięcy upłynęło już od ich pierwszego spotkania, że mógłby wreszcie zrezygnować z tego etykietalnego tonu, tym bardziej, że ona starała się go ośmielić.

Chłodna uprzejmość tego chłopaka raniła jej kobiecą ambicję. Zupełnie inaczej wyobrażała sobie na początku ich wzajemny stosunek. Była pewna, że on się w niej zakocha bez pamięci i że będzie musiała powstrzymywać i studzić jego romantyczne zapały, a tymczasem... Tymczasem Maciek ani myślał wyznawać jej swą miłość, a ona nie była zupełnie pewna, czy się w nim nie zakochała. Głupia i niespodziewana sytuacja.

- Zaprosiłam Maćka dzisiaj na kolację. Nie masz chyba nic przeciwko temu?

Wzruszył ramionami.

- Cóż mógłbym mieć przeciwko temu? Uważam, że bardzo dobrze zrobiłaś.

"A może on się po prostu boi Czesława? - pomyślała i zaraz się uśmiechnęła. - Któż mógłby się bać tego poczciwego Czesia? Zupełny nonsens".

- Czemu się śmiejesz, kochanie? - spytał Kuczewski.

- Uśmiecham się do ciebie, do swojego najdroższego mężulka.

- Mam w to wierzyć?

- To już zostawiam do twojego uznania.

Spojrzał na nią uważnie.

- Bo widzisz, Nineczko, mnie się coraz częściej zdaje, że ty się śmiejesz nie do mnie, a ze mnie.

- Na miłość boską, Czesiu, dlaczegóż miałabym się z ciebie śmiać?

- Nie wiem. Istnieje dużo powodów, dla których młoda żona śmieje się ze starego męża.

- Znowu zaczynasz?

- Nic nie zaczynam. Stwierdzam po prostu smutny fakt.

Dotknęła jego dłoni.

- Przestań, kochanie. Wiesz przecież, że ja lubię tylko dojrzałych mężczyzn. Takie niedowarzone młokosy wcale mnie nie interesują.

- Nawet tacy jak Maciek?

- Jesteś zazdrosny o Maćka?

Energicznie potrząsnął głową.

- Ależ skądże. Powiedziałem tak tylko przykładowo.

- Chyba nie daję ci powodu do zazdrości?

- Oczywiście, że nie.

- No więc dlaczego ostatnio jesteś taki nie w sosie?

- Nie wiem. Może jestem przepracowany, a może ten upał.

Po obiedzie Nina poszła do swoich gołębi, a Kuczewski się położył. Był zmęczony, ale nerwy nie pozwoliły mu zasnąć. Zapalił papierosa i patrzył w okno. Szpary w okiennicach przepuszczały wąskie pasma światła. Dzisiejsza rozmowa utwierdziła go jeszcze bardziej w przekonaniu, że Nina żywo interesuje się Maćkiem. A może...? Może już ich coś łączy? Może ta cała jego powściągliwa, chłodna uprzejmość to tylko świetnie wyreżyserowana gra? Oszukują go, wykorzystują jego łatwowierność, jego dobroduszność. Na myśl, że Nina i Maciek mogliby... zerwał się z łóżka i zaczął chodzić po pokoju. Któż mu zaręczy, że nawet i w tej chwili, korzystając z jego poobiedniej drzemki... Czy rzeczywiście Nina poszła do gołębi? A może umówiła się z nim? O tej porze stajnie są puste. Bez trudu można znaleźć jakieś zaciszne miejsce. Gwałtownym ruchem zrzucił z siebie pidżamę i zaczął się ubierać. W drzwiach stanęła Nina.

- Już wstajesz, kochanie? Tak prędko?

- Tak, tak, wstaję. A ty co?

- A ja nic. Zajrzałam do gołąbków i wróciłam. Usłyszałam, że chodzisz, więc... Otworzę okiennicę. Z tej strony nie ma już słońca. - Podeszła do okna i odczepiła haczyki. Do pokoju wdarł się blask upalnego dnia. - O, idzie Bednarczyk - skrzywiła się. - Jeżeli chcesz, to mu powiem, że śpisz. Niech przyjdzie kiedy indziej.

Kuczewski pośpiesznie wciągnął buty.

- Nie, nie, pomówię z nim. Ostatecznie prędzej czy później muszę odbyć tę rozmowę. Nie ma sensu odwlekać.

- Jak sobie życzysz. Ja tam nie mam zamiaru z nim rozmawiać.

- To jest zupełnie niepotrzebne.

Skończył się ubierać i poszedł do swojego gabinetu. W tej chwili na ganku rozległy się niepewne kroki.

Bednarczyk był niewysokiego wzrostu, szczupły, ale dobrze zbudowany, muskularny. Twarz miał pociągłą, spaloną przez słońce na ciemny brąz. Mówił powoli, jakby z namysłem, co spowodowane było zapewne wrodzoną nieśmiałością i skłonnością do jąkania się. Zacinał się jednak tylko wtedy, kiedy był bardzo zdenerwowany. W normalnych warunkach nie można było dostrzec tej wady wymowy. Gdy czuł, że zbliża się moment, w którym jakieś słowo sprawi mu kłopot, cedził je bardzo wolno, co dla niewtajemniczonego mogło się wydawać trochę dziwnym, a nawet prowokacyjnym sposobem mówienia. Nade wszystko kochał konie i stajnia była dla niego nie tylko miejscem codziennej pracy, ale właściwie mogła mu zastąpić dom rodzinny, żonę, dzieci, bliższych i dalszych krewnych, przyjaciół. Najlepiej czuł się wśród koni i żył dla koni. Przez ostatnich pięć lat poświęcił się nieomal wyłącznie Sułtanowi. Ileż pracy, ileż poświęceń, ile samozaparcia. Nieraz przeżywał ciężkie kryzysy.

Pojawiało się zwątpienie, tracił wiarę w siebie i w niego. Nie był pewien czy wszystkie te wysiłki, czy cały ten przeogromny trud nie idzie na marne. Przed świtem już był w stajni. Czyścił, poił, pielęgnował, wszystko robił sam osobiście. Nie miał zaufania do nikogo, nawet do najstarszych, do najbardziej zasłużonych masztalerzy. A potem siodłanie i jazda na ujeżdżalni. Każdą przeszkodę opracowywał z najdrobniejszymi szczegółami. Pracował bez wytchnienia, nie żałując sił, zdrowia i czasu. W tym okresie jego życie osobiste nie istniało. Żył dla Sułtana. Aż wreszcie, po przeszło trzech latach mordęgi, zrobił konia na miarę europejską. Sułtan wyrósł na pięknego, ciemnoczekoladowego kasztana, o muskularnych nogach i silnym, wysokim zadzie. Skakał znakomicie i bardzo chętnie. Nie zdarzyło się, żeby odmówił skoku. Niebawem też zwrócił na niego uwagę Związek Jeździecki. Zaczęły się sukcesy. Bednarczyk wyjeżdżał za granicę i na międzynarodowych konkursach zdobywał nagrody. Podziwiano zarówno konia, jak i świetnego jeźdźca. Za Sułtana ofiarowywano bardzo wysokie sumy. I nagle, u szczytu powodzenia, postanowiono odebrać Bednarczykowi jego wychowanka.

Kuczewski siedział za biurkiem i temperował ołówki. Usiłował pokryć jakoś zakłopotanie.

- Siadajcie, Bednarczyk. No i co tam nowego? Żona zdrowa?

- Ja nie o zdrowiu żony przyszedłem porozmawiać z panem dyrektorem - powiedział twardo masztalerz.

Kuczewski ściągnął brwi. Nie spodziewał się takiego tonu.

- Cóż wy tak hardo?

- A pan dyrektor byłby lepszy, jakby panu dyrektorowi ktoś takie świństwo zrobił?

- Zastanówcie się, Bednarczyk. Co wy wygadujecie? Jakie świństwo? Kto wam zrobił świństwo?

- A to, że już nie ja mam jeździć na Sułtanie, tylko pan inżynier Sławiński, to nie jest ostatnie świństwo? No, niechże pan dyrektor sam powie, ale tak po sprawiedliwości.

- Do mnie macie o to pretensję?

- Pan dyrektor też ma coś do powiedzenia w tej sprawie. Sułtan to koń z naszej stadniny.

- O konkursach zagranicznych decyduje Związek Jeździecki - powiedział Kuczewski i zapalił papierosa, jakby dymem chciał się trochę odgrodzić od swego rozmówcy. Właściwie przyznawał w duchu rację Bednarczykowi i z pewnym zdenerwowaniem szukał kontrargumentów.

Masztalerz z gorzkim uśmiechem pokiwał głową.

- Tak, panie dyrektorze. Cham zawsze pozostanie chamem. Demokracja, nie demokracja, zawsze nas kopią.

- Zabraniam wam tak mówić! - krzyknął wyprowadzony z równowagi Kuczewski.

Bednarczyk wzruszył ramionami.

- Pan dyrektor przecież doskonale wie, że to prawda. Dopóki trzeba było pracować jak wół, mordować się z koniem, to chłop był dobry. A teraz, jak zapachniały zagraniczne konkursy, to paszoł won, bo pan inżynier pojedzie. Nie pasuje, żeby zwykły masztalerz jeździł za granicę. Pan musi jechać, szlachcic. Przypałętał się tu taki gówniarz, za przeproszeniem pana dyrektora, wielkiego fachowca odgrywa, a o niczym pojęcia nie ma. Ja panu dyrektorowi mogę przysiąc tutaj na wszystkie świętości, że Sułtan pod nim nie pójdzie. Już próbował na placu i musiał zjechać do stajni. Powiedział, że go głowa boli. Zmarnuje konia i tyle będzie z tej pańskiej jazdy. Panie dyrektorze, niechże pan mnie wyrozumie. Toż ja tymi rękami Sułtana wypracowałem, konia z niego zrobiłem takiego, że tysiące dolarów chcą teraz za niego płacić. Nikt na nim nie jeździł, oprócz mnie. Pan inżynier, nie powiem, potrafi jechać, ale doświadczenia tego nie ma i nerwus. Z koniem trzeba delikatnie, a z takim jak Sułtan, jeszcze delikatniej. Konia popsuć łatwo, panie dyrektorze, ale naprawić potem trudno.

Kuczewski westchnął. Chciało mu się spać. Zaczynała go nużyć już ta rozmowa, która właściwie do niczego nie prowadziła.

- Słuchajcie, Bednarczyk, gdyby to ode mnie zależało, to mogę was zapewnić, że nie zabierałbym wam Sułtana. Niestety, ja wam nic w tej sprawie nie mogę dopomóc. Zapadła decyzja Związku Jeździeckiego i tym razem pan Sławiński dosiądzie Sułtana na zagranicznych konkursach. W tej chwili naprawdę nic już nie mogę zrobić.

- A gdyby pan Sławiński nie mógł pojechać na te zawody? - spytał Bednarczyk.

- Jak to, gdyby nie mógł? Nie rozumiem.

- No zwyczajnie, panie dyrektorze. Przecież różne nieszczęścia chodzą po ludziach. Czasem się łamie rękę, albo nogę, czasem można gdzie głowę rozbić o drzewo, jak się w galopie nie uważa. Rozmaicie bywa.

- E, co wy mi tu za brednie opowiadacie - zdenerwował się Kuczewski. - Jeździliście wy parę razy na konkursy zagraniczne. Teraz pojedzie kto inny i nie ma, o czym mówić.

Bednarczyk zwiesił głowę. Wiedział, że nic nie wywalczy.

- Mnie nie o zagranicę chodzi, panie dyrektorze. Mnie chodzi o Sułtana. Boję się o niego. To bardzo wrażliwy koń.

- Nic się nie bójcie. Wszystko będzie dobrze. A już ja się postaram, żebyście za pracę nad Sułtanem otrzymali dodatkową premię.

- Gdzieś mam premię - mruknął rozżalony masztalerz.

- Do widzenia panu dyrektorowi. - Nasunął mocno czapkę na uszy i wyszedł powłócząc nogami.

Kuczewski jakiś czas nie ruszał się ze swego fotela. Było mu przykro. Wiedział, co przeżywa ten człowiek, rozumiał jego tragedię. Najchętniej wziąłby za kark tego pyszałkowatego smarkacza i wyrzucił do wszystkich diabłów. Póki jego tu nie było, miał spokój. Nina zajmowała się gospodarstwem i nie myślała o żadnych głupstwach. Bednarczyk jeździł na Sułtanie. Wszyscy byli zadowoleni.

Weszła Nina.

- No i jak? Poszedł?

- A co miał robić?

- Jak rozmowa?

- Normalnie.

- Zły jesteś na mnie?

- Niepotrzebnie się wtrącasz do tych spraw.

Wzruszyła ramionami.

- Przecież ci tłumaczę, że i tak Bednarczyk nie jeździłby na tym koniu.

Kuczewski machnął ręką.

- Dajmy temu spokój. Dosyć już mam gadania na ten temat. Sprawa jest definitywnie załatwiona. Nie ma sensu wałkować tego dookoła.

- Jedno mnie tylko trochę niepokoi - powiedziała Nina.

- Co mianowicie?

- To, że Bednarczyk znienawidzi Maćka. Wczoraj bardzo ostro postawił mu się w stajni. Uspokoił się dopiero na mój widok.

- Nie możesz wymagać, żeby po tym wszystkim Bednarczyk kochał Maćka. A jeśli chodzi o awantury, to bądź spokojna. Ja nie pozwolę tu na żadne wybryki, pomimo iż uważam, że temu chłopu dzieje się krzywda.

Nina położyła rękę na ramieniu męża.

- Chciałabym cię prosić, abyś dzisiaj przy kolacji nie poruszał tego tematu.

- Nie mam zamiaru.

Pochyliła się i pocałowała go w policzek.

- Czesiu, nie gniewaj się, proszę. Tak nie lubię, kiedy jesteś na mnie zły. - Głos miała miękki, pieszczotliwy.

- Wcale się nie gniewam - odburknął niby opryskliwie, ale wyczuła bez trudu, że Czesio taje pod dotknięciem jej warg.

- Już nie będziemy mówić o tej nieprzyjemnej sprawie. Dobrze?

- Nie będziemy.

Maciek na proszoną kolację stawił się punktualnie. Wyświeżony, ogolony, pachniał dobrą wodą kolońską. Miał na sobie nowy garnitur z szaro-niebieskiego tropiku. Było mu w nim bardzo do twarzy.

Ta elegancja młodego człowieka jeszcze bardziej rozdrażniła Kuczewskiego. Mimo woli dotknął dłonią podbródka pokrytego siwą szczeciną. Tak się jakoś złożyło, że nie golił się dwa dni. Po prostu nie chciało mu się.

- No i co słychać? - spytał dość opryskliwie. - Widzę, że przyszedł pan z psem.

Maciek uśmiechnął się.

- Tak wył i skowyczał, że musiałem go zabrać. Leżeć, Reks! - zwrócił się energicznie do brązowego wyżła. - Leżeć!

Nina przebrała się do kolacji. Ciemna, pozornie bardzo skromna sukienka podkreślała jej urodę. Była zaróżowiona, podniecona.

"Ładna z nich para - pomyślał Kuczewski, który przez niezbyt zrozumiałą przekorę pozostał w najstarszym, bardzo zniszczonym i poplamionym garniturze. - Wyglądam przy nich jak stary, nikomu niepotrzebny rezydent".

- Zabójczo pan wytworny, panie Maćku - powiedziała Nina. - Wystroił się pan jak na jakąś uroczystość.

- Kolacja u państwa dyrektorstwa jest dla mnie chwilą uroczystą - skłonił się uprzejmie Sławiński. Był jak zwykle, chłodny, powściągliwy, nie pozwalał sobie na swobodniejszy, czy bardziej żartobliwy ton.

- Może byśmy siedli do stołu - odezwał się Kuczewski. - Żdaje się, że już wszystko gotowe.

Podczas kolacji rozmawiali o pogodzie o urodzajach, no i oczywiście o koniach. Kuczewski miał zamiar kupić dwa nowe ogiery, Maciek postanowił ujeżdżać klacz, która niedawno wróciła ze Służewca. Była to jednak tylko uprzejmościowa wymiana zdań. Każde z nich naprawdę zajęte było swoimi myślami.

"Po jaką cholerę ten dureń tutaj przyłazi - myślał Kuczewski. - Chyba powinien się zorientować, że wcale mnie nie zachwycają te jego wizyty. Co prawda Nina go zaprasza, ale on mógłby przecież wykręcić się pod jakimkolwiek pretekstem. Tak mi zaczyna działać na nerwy ten chłopak, że najchętniej dałbym mu po pysku i wyrzucił za drzwi. Nie mogli go posłać do innej stadniny, tylko akurat do mnie? Przecież to szlag może trafić. Nina wpatruje się w niego jak w obraz. Na pewno się w nim zakochała. A może już została jego kochanką? Może on się tak świetnie maskuje, tak umiejętnie udaje obojętność? Jak bym go nakrył na jakichś amorach z Niną, to bym chyba drania zabił. I po jakiego diabła bez przerwy włóczy się z tym psem? Czy to wypada, żeby z psem przychodzić na proszoną kolację?"

A Nina myślała: "Szalenie mi się podoba ten chłopak. Zdaje mi się, że jestem w nim zakochana. Jeszcze nigdy żaden mężczyzna nie robił na mnie takiego wrażenia. Dlaczego on jest ciągle taki zimny? Co mam zrobić, żeby go trochę ośmielić? Przecież to niemożliwe, żebym mu się zupełnie nie podobała. W całej okolicy nie ma atrakcyjniejszej kobiety ode mnie. Co na niego wpływa tak hamująco? Jeździmy razem konno, do lasu. Mógłby się przecież ze mną trochę spoufalić albo chociaż próbować. A on nic.

Bez przerwy taki drętwy, że można oszaleć. Czesio w końcu miesiąca wyjeżdża służbowo do NRD i na Węgry. Może wtedy Maciek się rozrusza? Ale chyba to niemożliwe, żeby się bał Czesia. Czesio to przecież taki poczciwina. Muchy by nie skrzywdził. Jakżeż go się można bać? Koniecznie muszę to wszystko zaaranżować. Nie zniosę dłużej takiego oficjalnego stosunku z tym chłopakiem. Jest cudny. Szalenie lubię jak mu tak zmysłowo nozdrza drgają, zupełnie jak rasowemu ogierowi".

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.