Zabójstwo doskonałe - Robert Baer

-
Proszę czekać

 

PROLOG

Nigdy nie poświęcałem zbyt wiele uwagi kwestii skrytobójstwa, aż do pewnego ranka, kiedy dwaj nienagannie ubrani agenci FBI machnęli mi przed nosem odznakami, oschłym tonem odczytali moje prawa, po czym jeszcze bardziej oschłym tonem poinformowali mnie, że zostałem objęty śledztwem w sprawie usiłowania zabójstwa Saddama Husajna.

Najwyraźniej niewiele ich obchodziło, że byłem zaprzysiężonym agentem federalnym, że Saddam uchodził wówczas za naszego wroga numer jeden i że wysłano mnie do Iraku z misją przeprowadzenia lethal finding, "odszukania ze skutkiem śmiertelnym" - na mocy tajnej dyrektywy prezydenta, dopuszczającej podjęcie dowolnych środków w celu zlikwidowania dyktatora.

Sprawa bynajmniej się nie wyjaśniła, kiedy w połowie "przesłuchania" jeden z agentów pozwolił sobie na sugestię, że Departament Sprawiedliwości może zmienić kwalifikację czynu na przestępstwo zagrożone karą śmierci. Znów chodziło o sytuację z Iraku, kiedy oddział partyzantów pod moim dowództwem opanował kilka pozycji wojskowych, co pociągnęło za sobą trudną do oszacowania liczbę ofiar wśród żołnierzy Saddama.

Przyszło mi na myśl, żeby poprosić agentów FBI o określenie różnicy między skrytobójstwem a wsparciem zorganizowanego ruchu oporu w celu unieszkodliwienia zdeklarowanego wroga. Przecież jedno i drugie prowadzi do śmierci nieprzyjaciela. Wiedziałem jednak, że nie doczekam się żadnej odpowiedzi.

Wiedziałem też, że nie mogę liczyć na pomoc zleceniodawcy. Przed wyjazdem do Iraku zwróciłem się do swojego zwierzchnika z CIA z pytaniem o definicję skrytobójstwa. Po chwili wahania odparł: "To kula podpisana imieniem ofiary". Zastanawiałem się, co to miało znaczyć.

Nie chcę przez to powiedzieć, że w Iraku miałem po raz pierwszy do czynienia ze skrytobójstwem. W połowie lat osiemdziesiątych CIA wysłała mnie do Bejrutu z misją wyśledzenia najsłynniejszego zamachowca naszych czasów. Robiłem wszystko, żeby wykluczyć go z gry, a mimo to sam ledwo uszedłem z życiem. Wiele lat później zajął się nim ktoś inny. Kolejna panna młoda, która niejeden raz zwiała sprzed ołtarza.

FBI nie miało jakoś serca do śledztwa w sprawie egzekucji Saddama i wkrótce się z tego wycofało. Moje życie wróciło do normy, ale od tamtej pory wciąż rozmyślam nad kwestią skrytobójstwa. Dwa nieudane podejścia nie czynią ze mnie eksperta, jestem wszakże głęboko przekonany, że najprostszą drogą do zrozumienia jest bezpośrednie zaangażowanie.

Przedstawiam więc owoc moich długoletnich przemyśleń: Dostojewski napisał kiedyś, że stopień ucywilizowania społeczeństwa poznaje się po tym, jak wyglądają jego więzienia. Mam wrażenie, że znacznie trafniej można go rozpoznać po tym, jak dokonuje ono zabójstw politycznych i kto pada ich ofiarą.

 

WPROWADZENIE

Buttonwillow, Kalifornia, weekend przed 4 lipca 2011 roku: jeszcze nie ma jedenastej, a temperatura już przekroczyła 37 stopni. Chmura syfiastego smogu wisi nad Doliną Kalifornijską jak brudne prześcieradło. W związku z robotami na jednym z pasów autostrady międzystanowej nr 5 samochody wloką się w żółwim tempie. Zirytowani monotonią korków, zjeżdżamy na bok, żeby napić się kawy.

Zostawiam żonę z córką w Starbucksie i zawracam na stację Valero po drugiej stronie autostrady. Czekając, aż zwolni się dystrybutor, sprawdzam wiadomości w telefonie i znajduję SMS od brytyjskiego korespondenta z Libanu: "Gratsy. Pokazali cie wlasnie w Al-Manar w kontekscie poparcia aktu oskarzenia przez Nasrallaha".

Gapię się w ekran, jakbym chciał go zaczarować i zmienić treść odczytanej wiadomości. Wzmianka w Al-Manar, stacji telewizyjnej Hezbollahu, nie wróży nic dobrego. Informacja, że mnie tam "pokazali", zabrzmiała jak wyrok.

Do czasu powstania Al-Kaidy Hezbollah przelał więcej amerykańskiej krwi niż jakakolwiek inna organizacja niezaangażowana bezpośrednio w działania wojenne. W latach osiemdziesiątych dokonał zamachów na dwa nasze przedstawicielstwa w Bejrucie; w ataku na ambasadę zginął szef CIA na Bliski Wschód; ofiarą wybuchu ciężarówek pułapek na terenie koszar Korpusu Amerykańskiej Piechoty Morskiej przy lotnisku padło 241 żołnierzy. Hezbollah siał spustoszenie na całym świecie, od Bangkoku po Bue­nos Aires, od Paryża po Berlin. Pod imieniem "Nasrallah" krył się Hasan Nasrallah, posępny, odziany w czarną szatę teolog muzułmański, przywódca Hezbollahu. Człowiek splamiony krwią, podobnie jak jego sługusi.

Wiem też, o co chodzi z "aktem oskarżenia". Pojawiły się właśnie przecieki, że Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze ma przedstawić zarzuty czterem członkom Hezbollahu w związku z zamachem na multimilionera Rafika Haririego, byłego premiera Libanu. Śmierć dopadła go w walentynki 2005 roku, kiedy zamachowiec samobójca wbił się furgonetką wypełnioną materiałami wybuchowymi w konwój przejeżdżający przez centrum Bejrutu. Hariri i 21 innych osób spłonęło żywcem. Zabójstwo Haririego, ulubieńca Białego Domu i pałaców królewskich w Rijadzie, wstrząsnęło wieloma możnymi tego świata.

Od tamtej pory Hezbollah próbował wszystkiego, by zatrzeć ślady swoich powiązań z tym zamachem, od mordowania najważniejszych osób zaangażowanych w śledztwo po szukanie frajera, który weźmie odpowiedzialność za atak. Nie było więc tak, jak w SMS-ie dziennikarza: Nasrallah nie poparł, a "odparł" akt oskarżenia. Drobna literówka, która może wywołać śmiertelne skutki.

Teraz już za późno, ale prawda jest taka, że wszedłem w to gówno na własne życzenie i z pełną świadomością, w co się pakuję. Dwa lata temu zostałem niespodziewanie wezwany przez Trybunał w Hadze, który chciał mnie wykorzystać do zebrania informacji o zabójcach Haririego. Sędziowie uznali, że mam kilka niezłych pomysłów i zatrudnili mnie jako konsultanta. Widocznie im nie przeszkadzało, że jestem byłym agentem CIA i człowiekiem z niejasną przeszłością. Okazałem się jednak wystarczającym idiotą, by nie przewidzieć, że Hezbollah zorientuje się w sytuacji i wyciśnie z niej wszystko, co się da.

Dzwonię do brytyjskiego korespondenta w Libanie, który potwierdza moje przypuszczenia: Nasrallah skarżył się na Trybunał i wszystkich jego zwolenników. Wyparł się jakichkolwiek powiązań z zamachem na Haririego, zapewniając swoją wierną trzodę, że Hezbollah padł ofiarą kolejnej manipulacji.

Wyobrażam sobie Nasrallaha, jak kieruje cały swój sprawiedliwy gniew pod adresem Trybunału w Hadze, podpierając się, rzecz jasna, potężnym autorytetem rzekomego potomka Proroka. W rzeczywistości jest niepozornym mężczyzną o gęstej szpakowatej brodzie i zimnych rybich oczach ukrytych za szkłami tandetnych okularów, ma jednak niezwykły dar wymowy, którym porywa słuchaczy.

Dziennikarz mówi, że pojawiłem się na ekranie mniej więcej w połowie programu, w jakiejś migawce telewizyjnej, ponoć sprzed dwóch lat. Spiker z offu oskarżył mnie o spiskowanie z Trybunałem, który zamierza wrobić Hez­bollah w sprawę zamachu na Haririego. Dlaczego? Żeby poprzeć Izrael, oświadczył spiker. Syjonistyczne sługusy.

- Posłuchaj tego - mówi Angol.

Żeby przekonać widzów Al-Manar, że jestem kimś więcej niż tylko zwykłym draniem z CIA, spiker "ujawnił nieznane fakty", jakobym stał za próbą zamachu na wielkiego ajatollaha Libanu. Na wypadek, gdyby ktoś zapomniał o tym niechlubnym wydarzeniu, pokazali archiwalny materiał filmowy, przedstawiający domy w płomieniach, spalone samochody i porozrzucane szczątki ludzkie. Wybuch samochodu pułapki oszczędził ajatollaha, zabił jednak przeszło osiemdziesiąt osób, w tym kobiety i dzieci.

Ajatollah zmarł kilka lat temu z przyczyn naturalnych, ale do dziś ma szerokie grono oddanych wyznawców, również w Stanach Zjednoczonych, gdzie ich liczba idzie w setki tysięcy. (Z jakichś tajemniczych powodów większość z nich utrzymuje się ponoć z handlu używanymi samochodami).

Już chciałem się zarzekać, że nie mam nic wspólnego z nieudanym zamachem, kiedy przyszło mi do głowy, że właśnie ogłoszono coś w rodzaju dżihadu przeciwko mnie. Jeśli tak, nie ma co liczyć, że wyznawcy zdobędą się na chwilę refleksji i dojdą do wniosku, że to ja padłem ofiarą manipulacji Hezbollahu, który próbuje w ten sposób odwrócić uwagę od własnych zbrodni.

Walczę z narastającą paranoją, pocieszając się myślą, że Libańczycy mają długą historię bagatelizowania przemocy politycznej i przenoszenia odpowiedzialności na Bogu ducha winne kozły ofiarne, z reguły cudzoziemców. Przecież nie będą zawracać sobie głowy jakimś wymoczkowatym byłym agentem CIA, który jedzie do teściów na Dzień Niepodległości. Już mam o tym powiedzieć, kiedy Angol wchodzi mi w słowo:

- Robi się coraz gorzej.

Na tle jakiejś dziwnej mieszanki bębnienia w kotły z mocno pokiereszowaną wersją uwertury Rok 1812 Czajkowskiego zabrzmiał drżący głos spikera, który szykował się do obwieszczenia widzom, że planowałem kiedyś zbrodnię jeszcze obrzydliwszą niż zamach na wielkiego ajatollaha Libanu - chciałem zamordować speca od bomb, starszego Hezbollahu otoczonego powszechnym szacunkiem.

Facet był mózgiem wszystkich najkrwawszych akcji Hezbollahu - zamachu na ambasadę w Bejrucie, ataku na koszary piechoty morskiej, aktów terroru w Buenos Aires i Bangkoku. Dowodził najokrutniejszymi kampaniami partyzanckimi naszych czasów, zmuszając Izrael do wycofania się z Libanu; wojska izraelskie po raz pierwszy w historii ugięły się pod ostrzałem przeciwnika. Nawiasem mówiąc, spotkał go zasłużony koniec - w 2008 roku zginął w zamachu bombowym w Damaszku.

Dla Hezbollahu była to klęska iście biblijnych rozmiarów - coś jakby Żydzi stracili Mojżesza podczas przejścia przez Morze Czerwone. Nic dziwnego, że organizacja zaliczyła go w poczet największych szahidów męczenników. Plakaty z jego podobizną wiszą w całym Libanie, jego grób stał się celem pielgrzymek. Powstało nawet muzeum jego pamięci. Nikomu nie przeszkadzało, że ręce miał unurzane po łokcie we krwi, także Haririego. Zaczęto go uznawać za kogoś pośredniego między Jerzym Waszyngtonem a świętym Franciszkiem - zaiste, trudno o lepsze połączenie.

Chwilę mi to zajęło, ale w końcu zacząłem sobie uświadamiać, jak daleko zabrnąłem w to bagno. Istotnie, podjąłem kiedyś niewydarzoną próbę zlikwidowania tego człowieka; uczyniłem nawet do tego aluzję w jednej z moich książek. Ale litości, to było wieki temu, plan spalił na panewce, facetowi nie spadł włos z głowy. Po co mieliby to teraz rozgrzebywać?

Myśli kłębią mi się pod czaszką jak ptaki uwięzione w klatce. Czyżby chcieli mnie wrobić w zamach, w którym zginął? Omiatam wzrokiem stację Valero, jakbym spodziewał się wyśledzić siepacza z Hezbollahu, który przyczaił się, żeby uczynić swoją powinność i poderżnąć gardło niecnemu agentowi CIA.

Już mam poinformować Angola, że nie mam nic wspólnego ze śmiercią tego mężczyzny, kiedy połączenie zaczyna się rwać. Chciałbym sięgnąć w głąb słuchawki i chwycić faceta za kołnierz, żeby zaczął mnie słuchać, ale tylko wrzeszczę:

- Niech się Nasrallah zastanowi dwa razy, zanim znów kogoś zamorduje. To on jest skrytobójcą, nie ja.

Kątem oka, za dystrybutorem, dostrzegam faceta o wyłupiastych oczach, ubranego w szorty khaki i różowoczerwoną bejsbolówkę. Przestał lizać lody i gapi się na mnie.

Połączenie zerwało się na amen, ale zamiast oddzwonić, kończę tankować i przejeżdżam na drugą stronę szosy, żeby odebrać ze Starbucksa żonę, córkę i moje frapuccino.

*

Kiedy włączamy się znów do ruchu na I-5, zaczynam powoli odzyskiwać zimną krew, w każdym razie na tyle, żeby zdobyć się na ogólniejszą refleksję nad ideą skrytobójstwa. Dawno złożona obietnica, że rozważę wszystkie za i przeciw, wciąż nie daje mi spokoju. Jak to zwykle ze mną bywa, skoro już coś sobie postanowię, muszę to zrobić, w przeciwnym razie będzie mnie dręczyło.

Wystarczająco dobrze orientowałem się w kwestii morderstw politycznych, by zyskać pewność, że angażując się w śledztwo Trybunału w sprawie śmierci Haririego, dałem się wciągnąć w niezłe bagno. Rządzące się własną, bezlitosną logiką, gdzie zamachowiec dopina celu pojedynczym, sprawnie przeprowadzonym aktem przemocy. Czyjaś głowa poleci i koniec dyskusji. Wykaz białych plam na politycznej mapie świata, gdzie rządzą podobne reguły, zajęłaby kilka stron. Zastanawiam się jednak, czy nie lepiej poszukać odpowiedzi na odwieczne pytanie, dlaczego większość zamachów kończy się porażką.

W normalnym przypadku wystarczyłoby odwołać się do standardowych źródeł - do czegoś w rodzaju clausewitzowskiej teorii skrytobójstwa. Tylko że takowa nie istnieje. Prace historyków też nie na wiele się zdadzą. Uczeni poprzestają z reguły na skrupulatnym wyliczeniu mordów politycznych, wzdragając się nadmienić choćby w przypisie, że zamachowcy mogli kierować się określonym zestawem reguł taktycznych. Wszystko dlatego, że skrytobójstwo wciąż jest tematem tabu. Tylko idiota odważyłby się sformułować hipotezę, że usuwanie czarnych owiec ze stada też jest swoistą sztuką.

Mam pełną świadomość, że powinienem sprowadzić zagadnienie skrytobójstwa do rozsądnych rozmiarów. Najprościej pominąć kwestię prawomocności bądź formalnego uzasadnienia aktu oskarżenia. Czy zabójca Haririego miał wyrzuty sumienia? Czy jakikolwiek zamachowiec ma wyrzuty sumienia? Ale nie o tym będzie ta książka. Nie będzie też o uzbrojonych psychopatach samotnikach, dokonujących "zamachów na celebrytów", jak nazwał to Hunter Thompson. Przypadek "Piskliwej" Fromme, która oddała niecelny strzał do Geralda Forda, nie wnosi nic do obrazu mordu politycznego. Nie interesują mnie również zamachy związane ze zbrojną rebelią, intrygami pałacowymi, sporami o sukcesję czy nienawiścią rasową. W tych przypadkach w grę wchodzą raczej uprzedzenia, zachłanność i osobiste ambicje niż prawdziwa polityka.

Bardziej interesują mnie morderstwa polityczne, które naprawdę zmieniają bieg historii, na gorsze lub lepsze. Na przykład zabójstwo Icchaka Rabina, premiera Izraela. Dwa pociski na długie lata pogrzebały nadzieję pokoju na Bliskim Wschodzie. Co jednak odróżnia tę śmierć od rzek krwi przelanych w tym regionie przez ostatnie stulecia?

Dawno temu, jeszcze w starożytności, ktoś doszedł do wniosku, że najskuteczniejszą metodą walki z nieznośną tyranią jest tyranobójstwo. Znacznie lepszą niż konflikt zewnętrzny bądź wojna domowa. Od tamtej pory nikt nie próbował spierać się z tym twierdzeniem. Dlatego się zastanawiam, czemu nie miałbym zastosować podobnej miary do mordu politycznego. Jeśli zabójstwo łagodzi przemoc albo popycha historię we właściwym kierunku, można je uznać za dopuszczalną formę umowy społecznej. Jeśli nie, wręcz przeciwnie. Przeważająca większość zamachów nie spełnia tych standardów. Warto jednak wyciągnąć naukę z nielicznych wyjątków.

Skrytobójstwo, nawet po obwarowaniu go pewnymi ograniczeniami, jest rozległym i trudnym tematem, postanowiłem więc wziąć sobie za przewodnika kogoś, kto trzymał się reguł i dopiął celu. Czyli zabójcę Haririego. Jednym sztychem zgładził najgroźniejszego wroga - libańskich sunnitów, których pozbawił przywódcy i puścił w rozsypkę. Wyeliminowawszy Haririego, pomógł Hezbollahowi zacieśnić nieubłaganą kontrolę nad Libanem, w zamian dając udręczonym obywatelom swoistą namiastkę pokoju. Gdyby po drodze nie doszło do "arabskiej wiosny", Hez­bollah po dziś dzień cieszyłby się niekwestionowanym autorytetem. (Akurat z tym się nie zgodzę, swoje argumenty przedstawię jednak później).

Hariri zresztą nie był jedyną ofiarą tego zamachowca. Śledziłem z bliska jego karierę - w Libanie, od początku lat osiemdziesiątych. Patrzyłem, jak wyłania się ze zgliszczy wojny domowej niczym Wenus z morskiej piany, coraz lepiej zorientowany w zmiennych, wyrafinowanych relacjach między przemocą a władzą. Instynktownie przeczuwał, że zarówno mord symboliczny, jak i bezmyślna rzeź zaprowadzą go w ślepy zaułek. Że każda kropla rozlanej krwi musi realnie wzmacniać zamachowca. Że skrytobójstwo jest działaniem zachowawczym, służącym utrwaleniu siły i odroczeniu możliwych starć zbrojnych. Że w gruncie rzeczy pomaga uniknąć wojny domowej i konfliktu zewnętrznego.

Zabójca Haririego, niczym młody Budda, wprawiał się w swoim fachu od najmłodszych lat - jego bomby zawsze wybuchały, nigdy nie zabił niewłaściwej osoby i nie dał się złapać (aż do zamachu na Haririego). Gdyby porównać go z innymi współczesnymi skrytobójcami, którzy zbrukali świat krwią niewinnych ofiar, okazałby się Leonardem da Vinci w sztuce morderstwa politycznego. Jego kunszt doceniali nawet najbardziej zajadli wrogowie. W każdym razie, gdyby zabójca Haririego wciąż pozostawał wśród żywych, kazałby nam wpierw opanować podstawy albo w ogóle nie brać się do rzeczy.

Zdaję sobie sprawę, że próba rozpatrzenia problemu oczami martwego, pozbawionego skrupułów mordercy niekoniecznie okaże się miłą lekturą na letnie wieczory w hamaku. (Poza tym nie każdy czytelnik uzna za zachętę to, że autor planował kiedyś zgładzić bohatera swojej książki). Ale raz jeszcze powtórzę, to nie ja, to ataki dronów zmieniły mord polityczny w usankcjonowany instrument rządzenia państwem. W tej bulgoczącej pierwotnej zupie trzeba się uczyć, na czym popadnie - co przyzna każdy, kto miał z nią do czynienia. Nikt nie był w tym lepszy niż człowiek, którego poznaliśmy pod przydomkiem Hadżdż Radwan - czyli "miły, sympatyczny" - równie przewrotnym, jak trafnym.

Spędziłem najlepsze lata życia, próbując dopaść tego drania, i choć nigdy nie stanąłem z nim twarzą w twarz, byliśmy parą najbliższych nieprzyjaciół. Oto jego reguły - przynajmniej ja je tak rozumiem. Oto jego życie, w którym stosował się do tych reguł. A także moje, bo przez tyle lat żyłem w wynalezionym przez niego świecie.

 

Reguła 1

DRAŃ MUSI SOBIE NA TO ZASŁUŻYĆ

Ofiara musi być dla ciebie śmiertelnym zagrożeniem, dzięki czemu zyskasz przyzwolenie na jej zabicie. Sam akt zabójstwa nie może mieć nic wspólnego z zemstą, osobistymi porachunkami, prawem własności ani pozycją społeczną.

Tak więc skrytobójca - prawdziwy skrytobójca, nie szaleniec wiedziony żądzą mordu - jest czymś w rodzaju najczulszej komórki w ciele społeczeństwa, która reaguje natychmiast i włącza się pierwsza w obronę organizmu.

Edward Hyams

Bejrut, wrzesień 1986 roku; z pięciu osób, które tamtego ranka podjęły decyzję o zgładzeniu Hadżdża Radwana, tylko ja pozostałem przy życiu. Ambasador zmarł kilka lat temu na białaczkę. Mój szef odszedł we śnie. Jego zastępca strzelił sobie w łeb na parkingu przed szpitalem w północnej Wirginii. Mój przyjaciel Chuck był jednym z pasażerów feralnego lotu nr 103 i zginął 21 grudnia 1988 roku w zamachu na samolot linii Pan Am nad Lockerbie w Szkocji. (Ofiarą tej katastrofy padł również agent, który miał przejąć moją misję).

Nie chcę być źle zrozumiany: nie twierdzę, że Hadżdż Radwan przyczynił się bezpośrednio do ich śmierci. Po prostu miał więcej szczęścia i zdołał ich wszystkich przeżyć. Hadżdż Radwan uczestniczył w krwawym procederze mordu politycznego całe ćwierć wieku, znacznie dłużej, niż przewidywali jego protektorzy.

Pomysł zabicia Hadżdża Radwana wypłynął przypadkiem, na marginesie całkiem innej dyskusji. Ambasador wezwał nas do swojego gabinetu, nie pamiętam już, w jakiej sprawie. Wyleciało mi też z pamięci, w którym momencie rozmowa zeszła na Hadżdża Radwana.

Departament Sprawiedliwości wydał na niego tajny nakaz aresztowania w związku z porwaniem amerykańskiego samolotu do Bejrutu i zabójstwem jednego z pasażerów, nurka marynarki Stanów Zjednoczonych. Nie było jednak żadnego dopisku drobnym druczkiem, w jaki sposób zrealizować ten nakaz. Ani tym bardziej sugestii, żeby pójść na skróty i zgładzić podejrzanego.

Nasza rozmowa zaczęła się w tonie gdybania. A gdyby udało się dorwać Hadżdża Radwana? A gdyby ktoś się tego podjął w naszym imieniu?

Chuck posłał mi konspiracyjny uśmiech. Jeśli o niego chodzi, nie miał żadnych wątpliwości. Żołnierz rangersów, oddelegowany do służby w CIA, o niczym innym nie marzył, jak tylko o tym, żeby wreszcie wziąć udział w jakiejś akcji. Nie ruszał się z biura bez karabinu i podręcznego zapasu granatów.

Mój szef, weteran wojny wietnamskiej i były jeździec rodeo, niezwłocznie wylał na nas kubeł zimnej wody, zauważywszy od niechcenia, że nie mamy nawet pojęcia, gdzie szukać Hadżdża Radwana, a tym bardziej jak go dopaść.

Jego zastępca, uważający Liban za dom wariatów, który należy traktować z dozą czarnego humoru, rzucił propozycję, żeby zapukać do drzwi Hadżdża Radwana serią pocisków artyleryjskich kalibru 155 mm, wystrzelonych z prędkością ośmiuset kilometrów na godzinę.

Ambasador wszedł mu w słowo.

- Panowie - oznajmił, zerkając na nas znad okularów - muszę wykonać jeden telefon.

Kiedy jednak zaczęliśmy po cichutku przesuwać się w stronę wyjścia, zawołał:

- Znajdźcie człowieka, a wtedy zdecydujemy, jakie siły trzeba będzie zgromadzić!

Mój szef:

- Przecież pan wie, że on nie da się wziąć żywcem.

- Proszę informować mnie na bieżąco - odparł ambasador i podniósł słuchawkę.

Chuck zatrzymał mnie na korytarzu i poczekał, aż wszyscy nas wyminą.

- Nie słyszałem, żeby powiedział "nie".

Wiedziałem, że chodzi mu o zamach na Hadżdża Radwana. Rozprawialiśmy o tym od kilku miesięcy, z powagą nastolatków, którzy grożą rodzinie, że się zaciągną do francuskiej Legii Cudzoziemskiej. Ale Chuck miał rację. Ambasador dał nam wolną rękę. Może nie sformułował tego aż tak dosadnie, jak Henryk II, który w Morderstwie w katedrze T.S. Eliota wykrzyknął do swoich rycerzy: "Któż uwolni mnie od tego mącicielskiego klechy?!", wystarczająco jednak dobitnie, żeby rozważyć taką możliwość.

Chuck był potężnym mężczyzną, miał prawie dwa metry wzrostu i temperament gburowatego niedźwiedzia. Hadżdża Radwana traktował śmiertelnie poważnie, podobnie jak ja. Powtarzał mi od miesięcy, że Hadżdż Radwan go zna i zamierza zabić. Kiedy Chuck zginął w katastrofie lotu Pan Am 103, kilku agentów ochrony poszło wyczyścić jego mieszkanie. Znaleźli kable prowadzące od wejścia do klimatyzatora zawieszonego pod sufitem w holu. Kable były przymocowane do min przeciwpiechotnych z zapalnikami uruchamiającymi się po otwarciu drzwi. Niespodzianka od Hadżdża Radwana? Na szczęście Chuck zdążył je rozbroić przed wyjazdem z Bejrutu.

Odwróciłem się, ale Chuck znów mnie zatrzymał:

- Wchodzę w to tylko razem z tobą.

Wybuchnąłem śmiechem. Marne widoki, że nam się kiedykolwiek uda, pomyślałem. A zresztą, co mi tam! Uścis­nąłem dłoń Chucka, żeby przypieczętować naszą umowę.

Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, właśnie od tamtej chwili zacząłem patrzeć na Hadżdża Radwana pod kątem zamachu na jego życie. Wiedziałem już wtedy, że to spaczony punkt widzenia. Ale przecież właśnie tak patrzył na nas Hadżdż Radwan.

*

Chuck miał wszelkie powody, żeby reagować paranoją na Hadżdża Radwana. Jak już powiedziałem, był mistrzem starego jak świat intymnego tańca polityki z mordem. Nigdy nie chybił ani nie zmarnował kuli. Był najprawdziwszym Szakalem, żywcem wziętym z powieści Fredericka Forsythe'a. I oto trafił mu się człowiek, którego nie był w stanie dopaść. Próbuję wam tylko uzmysłowić, że gdyby Hadżdż Radwan postanowił zabić Chucka, nie powstrzymałaby go nawet skrzynka min przeciwpiechotnych.

Chwilę nam to zajęło, ale i tak dość wcześnie zdaliśmy sobie sprawę, że Hadżdż Radwan jest jednym z najwybitniejszych taktyków w dziejach. Dzięki umiejętności przemienienia zwykłego samochodu, tony materiałów wybuchowych i zamachowca samobójcy w precyzyjny pocisk kierowany zyskał przewagę na polu bitwy z Izraelem, i to znikomym kosztem. W podobny sposób doprowadził do wycofania wojsk zachodnich z Libanu. Zorganizowawszy atak, w którym zginęło najwięcej żołnierzy amerykańskiej piechoty morskiej od zakończenia drugiej wojny światowej, zmusił nasz kraj do zrewidowania dotychczasowej stra­tegii.

Potem, niczym Cezar w Galii, wykonał kolejny zwrot taktyczny i nauczył się tak ogniskować przemoc, by jeszcze skuteczniej osiągać jasno określone cele wojskowe. Biegle łącząc precyzję i szybkość działania z zaskoczeniem, siał panikę w szeregach nieprzyjaciół, którzy poszli w rozsypkę. Ilekroć zdarzyła mu się okazja, kierował przemoc na konkretną osobę. Intuicyjnie przeczuwał, że nieoczekiwana kombinacja precyzji i skuteczności poruszy w ludziach najczulsze struny. Wzbudzi w nich strach pierwotny, silniejszy od wszelkich przejawów agresji.

Kiedy Hadżdż Radwan porwał samolot TWA do Bejrutu - za co wydano na niego tajny nakaz aresztowania - zamordował tylko jednego mężczyznę, nurka marynarki wojennej. Zlekceważył pozostałych Amerykanów na pokładzie. W innym samolocie, porwanym na trasie do Teheranu, zgładził dwóch amerykańskich dyplomatów, oszczędziwszy resztę pasażerów. Czyżby chciał w ten sposób dać do zrozumienia, że prowadzi wojnę z rządem Stanów Zjednoczonych, nie z narodem amerykańskim? Całkiem prawdopodobne, sęk jednak w tym, że obydwa porwania oraz atak na koszary piechoty morskiej i zamachy na dwa nasze przedstawicielstwa w Bejrucie były aktami tak zdyscyplinowanej i ściśle zogniskowanej przemocy, że wywołały w Waszyngtonie istny popłoch: kim jest ten pieprzony barbarzyńca, który tak precyzyjnie dawkuje agresję?

Dwadzieścia lat później, kiedy pośpieszył na pomoc szyitom podczas drugiej wojny w Zatoce Perskiej, wyszło na jaw, że zrobił ogromne postępy. Jednego z ludzi Hadżdża Radwana przyłapano z laptopem wyposażonym w przystawkę oscyloskopową, umożliwiającą analizę szumów generowanych przez zagłuszacze (zabezpieczające przed zdalnym detonowaniem bomb przydrożnych). Zrozumieliśmy, że zbrodniarz może nas pokonać naszą własną bronią, wykraść pilnie strzeżone tajemnice technologiczne. Ale też nic nie wskazywało, żeby miał zrezygnować ze swojej dotychczasowej taktyki.

Tuż przed szóstą wieczorem 20 stycznia 2007 roku przed główną kwaterę amerykańsko-irackich sił porządkowych w Karbali zajechały dwa czarne chevrolety suburbany. W środku było kilkunastu mężczyzn uzbrojonych w amerykańską broń i ubranych w mundury polowe armii Stanów Zjednoczonych. Nosili amerykańskie znaczki identyfikacyjne. Przynajmniej jeden mówił po angielsku. I jeden miał jasną czuprynę.

Ledwo się zatrzymali, wyskoczyli z samochodów i przypuścili atak na budynek. Mieli doskonałe rozeznanie, od razu wiedzieli, gdzie szukać dwóch najwyższych rangą oficerów amerykańskich. Wiedzieli też, gdzie postawić blokadę, żeby nikt nie mógł przybyć na odsiecz. Jeden z naszych żołnierzy zginął podczas ataku, czterech kolejnych, w tym dwóch wspomnianych już oficerów, wywieziono na pustynię i tam zgładzono. Czy ogólna liczba pięciu ofiar miała coś symbolizować, czy wynikła z czystego zbiegu okoliczności?

Dziewięć dni przed incydentem w Karbali żołnierze amerykańscy w Irbilu aresztowali pięciu oficerów irańskiego wywiadu. Iran na próżno domagał się uwolnienia swoich obywateli - aż do ataku na kwaterę sił porządkowych. Oficjalnie nikt nie potwierdził związku między zabójstwami w Karbali a wypuszczeniem Irańczyków, ja jednak sądzę, że napastnicy zabili pięciu naszych żołnierzy właśnie dlatego, że w Irbilu zatrzymano pięciu agentów irańskich.

Kiedy usłyszałem, że w atak był zamieszany jeden z poruczników Hadżdża Radwana, przypomniała mi się inna sytuacja, w której Libańczyk zadbał o symbolikę liczb. W latach osiemdziesiątych pewien niewielki college w muzułmańskiej części Bejrutu zaczął się martwić o bezpieczeństwo kadry dydaktycznej z zagranicy, zwłaszcza wykładowców amerykańskich. Amerykanie mogli opuszczać campus tylko w towarzystwie zbrojnej eskorty. Wszystko szło dobrze aż do dnia, w którym przed uczelnią zjawiła się grupka policjantów, by poinformować Amerykanów o nowo wykrytych zagrożeniach. Gdy udało się już zebrać wszystkich wykładowców, policjanci - jak wyszło na jaw, fałszywi - wzięli ich do niewoli i przez dłuższy czas przetrzymywali w skandalicznych warunkach.

Kradzione mundury, doskonały wywiad i błyskawiczne tempo akcji były charakterystyczne dla działań podejmowanych przez Hadżdża Radwana, podobnie jak proporcjonalne zastosowanie przemocy. Porywacze ujęli czterech amerykańskich profesorów, ponieważ sprzyjająca Stanom Zjednoczonym milicja chrześcijańska porwała (i zamordowała) czterech sojuszników Hadżdża Radwana - trzech dyplomatów irańskich i libańskiego szyitę. Pięciu za pięciu w Karbali, czterech za czterech w Bejrucie.

Uświadamiam sobie, że gdy twoje życie zaczyna sprowadzać się do oczekiwania, aż uzdolniony i odnoszący wyjątkowe sukcesy skrytobójca przyjdzie poderżnąć ci gardło, jesteś gotów przypisać mu nadludzką moc. Czyżbyśmy obaj z Chuckiem przeceniali Hadżdża Radwana? Niewykluczone. Co tym bardziej tłumaczy podjętą przez nas decyzję.

Jak zwieść psy z tropu

Mieliśmy kłopot nie tylko z odnalezieniem Hadżdża Ra­dwana. Zacznijmy od tego, że szacowny system prawny Stanów Zjednoczonych nie do końca był po naszej stronie. Prawdę powiedziawszy, skrytobójstwo zostało uznane za nielegalne w 1976 roku, na mocy dekretu wykonawczego 12333 prezydenta Forda:

"Żadna osoba zatrudniona przez rząd Stanów Zjednoczonych bądź działająca w jego imieniu nie może angażować się bezpośrednio ani pośrednio w działania skrytobójcze".

Na ówczesnym etapie kariery byłem już jednak dostatecznie rozeznany w świecie, by wiedzieć, że spraw drażliwych, zwłaszcza tak drażliwych jak skrytobójstwo, nie należy nazywać po imieniu. Weźmy na przykład rozkaz wydany żołnierzom sił specjalnych SEAL, żeby "aresztować" Osamę bin Ladena w jego rezydencji w Abbottabad. Nikt rozsądny się nie spodziewał, że terrorysta wyjdzie stamtąd o własnych siłach. Albo skrytobójcze zamachy CIA przy użyciu dronów. Całkiem niedawno dostałem e-mail z pytaniem od Agencji, czy byłbym tak uprzejmy i przestał posługiwać się określeniem skrytobójstwo podczas wystąpień w mediach. Rozsądniej, gdybym nazywał je "działaniami antyterrorystycznymi przeciwko celom o dużym znaczeniu". Tak czy siak, chcę w ten sposób zasugerować, że jednym z naszych priorytetów był skrytobójczy zamach na język angielski. Innymi słowy, gdyby Chuckowi i mnie udało się jakimś tajemnym sposobem zlikwidować Radwana, musielibyśmy stworzyć pozory, że coś poszło nie tak przy próbie jego aresztowania.

Kolejna rzecz, z jaką musiałem się pogodzić, to świadomość, że będę musiał ululać to dziecię właściwie sam. Choć Chuck i kilku innych podobnie myślących spiskowców zgłosiło chęć pomocy, tak się akurat złożyło, że tylko ja dysponowałem zaufanymi informatorami w muzułmańskiej części Bejrutu, gdzie mieszkał Hadżdż Radwan. Miałem też dojścia do paru zawodowym morderców. I to ja - z Bożą pomocą - miałem naginać przepisy prawa amerykańskiego na ich korzyść.

Poza tym, dziwnym zbiegiem okoliczności, posiadłem wyjątkowo rozległą wiedzę o Hadżdżu Radwanie. Potrafię nawet wskazać dzień, w którym namaszczono mnie na eksperta. Siedziałem w swoim boksie w centrum antyterrorystycznym CIA, obserwując poranne korki uliczne, kiedy za moimi plecami wyrósł nagle mój szef Duane Clarridge. Obok niego stał drobny, schludny mężczyzna w drogim garniturze.

Clarridge poznał mnie z Oliverem Northem, wówczas głównym specem Białego Domu do spraw terroryzmu. Clarridge, który potrafił wykorzystać każdą nadarzającą się okazję, powiedział Northowi (niezupełnie zgodnie z prawdą), że wiem wszystko, co trzeba wiedzieć o Hadżdżu Radwanie. Dodał, że stworzyłem nawet coś w rodzaju diagramu Venna, żeby go lepiej rozpracować.

Na prośbę Clarridge'a podszedłem do tablicy i narysowałem modelowy wykres spaghetti, przedstawiający moją interpretację powiązań Hadżdża Radwana - który zaczął jako zwykły żołnierz walczący po stronie Palestyńczyków, ale na boku wykonywał różne roboty dla bojówek muzułmańskich. Dopiero później zaoferował swoje usługi Irańczykom i Hezbollahowi.

Kiedy zacząłem wgłębiać się w szczegóły, spostrzegłem, że Northa guzik to wszystko obchodzi. Postanowiłem więc podrzucić mu jakiś soczystszy kąsek:

- Wzięliśmy pod lupę jego rodzinę. Niektóre tropy prowadzą do Afryki Zachodniej.

- Wie pan, gdzie mieszkają jego krewni? - spytał North, tym razem żywo zainteresowany.

Skinąłem głową.

- To co z tym robimy?

W tym momencie wkroczyłem na grząski i niepewny grunt. Rzecz jasna, powinienem był odpowiedzieć, że nie mam pojęcia. Zamiast tego poszedłem za ciosem i podsunąłem mu kretyńską sugestię, żeby wziąć kilkoro z nich do niewoli i przetrzymać w jakimś tajnym lochu, aż Hadżdż Radwan przejrzy na oczy i przestanie mordować oraz porywać Amerykanów. Zaszantażować go.

Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, dotarło do mnie, że pomysł jest idiotyczny. Hadżdż Radwan miał serce jak lód. Nie kiwnąłby palcem, gdyby na jego oczach wypatroszyli mu matkę. Uświadamialiśmy sobie z rosnącym niepokojem, że kierował się wyłącznie czystą, bezkompromisową żądzą władzy.

Ale North połknął haczyk i wyznał mi w zaufaniu, że to samo doradził prezydentowi Reaganowi. Zbierając się do wyjścia, położył mi dłoń na ramieniu i powiedział, że zostałem oficjalnym zwiadowcą w służbie Białego Domu i mam wytropić Hadżdża Radwana. Dodał, że jeśli uda mi się go namierzyć, zapewni mi należyte "wsparcie ogniowe", żebym mógł go "dopaść".

Wierzcie mi, potraktowałem te słowa poważnie. Właś­nie się dowiedziałem, że North zezwolił oddziałom Delta Force na porwanie wybranego na chybił trafił frachtowca na Morzu Śródziemnym, wzięcie zakładnika spośród załogi i wpakowanie się w sam środek dowolnego kryzysu pod przykrywką szacownej misji handlowej. Zanim świat zdążyłby się zorientować, że Stany Zjednoczone posunęły się do aktu piractwa, ewentualne odbicie zakładnika z rąk Delty i w ogóle jakiekolwiek działania oddziałów specjalnych byłyby już pieśnią przeszłości. O ile mi wiadomo, Delta nie przejęła żadnego statku, ale i tak zyskałem pewność, że North jest niezłym ryzykantem - gdzie kule biją, taki szef sprawdza się najlepiej.

Od tamtej pory przeglądałem wszelkie możliwe dane publiczne i dokumenty rządowe, żeby wyłuskać z nich perełki mające związek z Hadżdżem Radwanem. Spędziłem wiele tygodni w Bibliotece Kongresu, wertując archiwalną prasę libańską, źródła do dziejów libańskich rodzin i książki o wojnie domowej w Libanie. Zaciągnąłem się do Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, żeby przekopać się przez ich "gadułkę" - zapisy przechwyconych rozmów telefonicznych i kontaktów przez walkie-talkie - pod kątem informacji o Hadżdżu Radwanie. Analizowałem zdjęcia satelitarne wysokiej rozdzielczości, przedstawiające jego rodzinną wioskę i dzielnicę, gdzie mieszkał w Bejrucie.

Po roku udało mi się opracować dość dokładne drzewo genealogiczne zamachowca, z uwzględnieniem wszelkich powinowactw i więzów krwi. Sporządziłem też całkiem obszerną listę znajomych, kolegów ze szkoły i zatrudnionych przez niego ludzi od mokrej roboty. Ochrzciliśmy ich "gangiem z Ayn al-Dilbah", ponieważ większość wywodziła się z bejruckich slumsów o tej nazwie.

Niezależnie od wartości tych wszystkich drobiazgów byłem dziwnie przekonany, że włączę się do gry dzięki podsłuchom telefonicznym. Libańczycy są dobrym i hojnym narodem, ale ich walutą polityczną są nie twarde fakty, lecz plotki i wymiana poufnych informacji. Przechwycona na łączach rozmowa da mi największą szansę zlokalizowania Hadżdża Radwana. A przy odrobinie szczęścia w połączeniu z dobrze wymierzoną odchyłką kątową powinienem oddać czysty, celny strzał.

*

Po spotkaniu z ambasadorem wróciłem do swojego gabinetu, w którym było duszno i ciemno jak na dnie szybu windowego. Nie musiałem pstrykać włącznikiem, żeby się upewnić, że w całym mieście nastąpiła awaria elektryczności. Mógłbym odsunąć zasłony, ale wiedziałem, że dostęp światła i tak jest odcięty przez stalową, grubą na prawie pół metra ścianę przeciwwybuchową i ciąg hermetycznie uszczelnionych, oplecionych drutem kolczastym osłon przeciwmoździerzowych. Jeśli chciałem cokolwiek zobaczyć, musiałem znaleźć jakąś latarkę.

Siedziałem w ciemnościach, sam na sam z własnymi myślami, oswajając się z gorzką prawdą, że konieczność egzystowania w tej zasranej dziurze, w tej nowoczesnej twierdzy krzyżowców, zawdzięczam właśnie Hadżdżowi Radwanowi. Skoro wysadził już w powietrze dwa nasze przedstawicielstwa dyplomatyczne i koszary piechoty morskiej, nie mogliśmy się spodziewać, że na tym poprzestanie.

Im dłużej myślałem, tym dobitniej zdawałem sobie sprawę, że szansa zlokalizowania i zgładzenia Hadżdża Radwana jest równie nikła, jak ta, że dostanę nagłą propozycję angażu od baletu Teatru Bolszoj. Nie umiałem pogodzić się z tym, że w chwili, kiedy ja muszę się dekować w jakimś schronie z żelazobetonu, Hadżdż Radwan grasuje na zewnątrz, niewidzialny jak duch, eksperymentując do woli i wykorzystując każdą sposobność, by doskonalić się w niecnej sztuce zabijania. Rzeczywiście, do dziś się zastanawiam, ilu moich rodaków padło jego ofiarą.

Czułem się, jakby Hadżdż Radwan uczestniczył w naszym porannym spotkaniu z ambasadorem, stał w kącie jak widmo, ze skrzyżowanymi ramionami, z zimną krwią zdejmując z nas miarę na śmierć, podczas gdy my stroiliśmy sobie żarty, jak to wystrzelimy mu w dupę gorącą serię pocisków artyleryjskich kalibru 155 mm. Wiem, że mój pogląd nie pokrywa się z oficjalnym punktem widzenia władz, że nie mogę go wesprzeć żadnym niezbitym dowodem. Departament Sprawiedliwości odrzuciłby go z miejsca, jako oparty na bezwartościowych pogłoskach.

A ja myślę, że właśnie tak się to odbyło: ambasador Stanów Zjednoczonych w Libanie miał zabukowane miejsce w samolocie Pan Am na 21 grudnia 1988 roku, na trasie Londyn Heathrow - Nowy Jork JFK, jednak nad ranem odwołał rezerwację. To drobny szczegół, przeważnie lekceważony, bo urzędnik ambasady dokonał rezerwacji na inne nazwisko. Nawet zarząd Pan Am nie był świadom, że tamtej feralnej nocy na pokładzie lotu 103 mógł znaleźć się nasz ambasador.

Nie jest też powszechnie wiadome, że Departament Stanu prowadził wówczas śledztwo w sprawie Hadżdża Radwana, który umieścił w ambasadzie swoją wtyczkę - miejscowego libańskiego strażnika. Po przeanalizowaniu rezerwacji na lot Pan Am 103 śledczy zdołali ustalić, że wtyczka najprawdopodobniej miała wgląd w szczegóły dotyczące bezpieczeństwa ambasadora. Dzięki temu mog­ła kontrolować każdy jego ruch, włącznie z planami podróży za ocean.

Nic z tego nie wyszło poza sferę hipotez roboczych, kilku śledczych zastanawiało się jednak, czy zamach na samolot Pan Am był wymierzony w ambasadora... i czy stał za tym Hadżdż Radwan. Tym bardziej to wszystko upiorne, że jeden ze śledczych badających sprawę wtyczki znalazł się na pokładzie lotu Pan Am 103.

Kiedy zetknąłem się z tą teorią po raz pierwszy, odrzuciłem ją jako przejaw urojeń spiskowych. Agent libijskiego wywiadu został postawiony w stan oskarżenia, osądzony i uznany za winnego zamachu bombowego. Jeden z głównych śledczych FBI w sprawie ataku na samolot Pan Am powiedział mi - ba, oświadczył kategorycznie - że jestem w grubym błędzie, próbując połączyć z zamachem Hadżdża Radwana i doszukując się tropów irańskich. Sprawa zamknięta.

Nie myślałem o tym aż do śledztwa w sprawie zabójstwa Haririego, kiedy wyszło na jaw, że ludzie Hadżdża Radwana wydzwaniali do ambasady, prawdopodobnie po to, by połączyć się z libańskim pracownikiem. Z tą samą wtyczką, co poprzednio? Może. Albo z kimś nowym, jeśli tamten odszedł już na emeryturę. Tak czy inaczej, chyba rozumiecie, dlaczego wciąż podejrzewam, że za zamachem na lot Pan Am 103 stał nie tylko agent wywiadu libijskiego.

Rzecz jasna, nie potrafię dowieść, że telefony ludzi Hadżdża Radwana do ambasady miały cokolwiek wspólnego z tym lotem. Podobnie jak nie mogę stwierdzić z całym przekonaniem, że strącenie samolotu Pan Am było w istocie próbą zabójstwa ambasadora Stanów Zjednoczonych w Libanie. Łatwo uwierzyć, nie sposób udowodnić.

Odgrzebuję tę starą historię po to, by uzmysłowić czytelnikom, w jak mocnym szachu Hadżdż Radwan trzymał nas w Bejrucie - i dlaczego uznaliśmy, że drań sobie na to, co go spotkało, zasłużył. Powinienem jeszcze dodać, że to nie było jakieś nagłe objawienie. W pewnym sensie nasze drogi skrzyżowały się znacznie wcześniej.

Notatka dla skrytobójców: Na morderstwo, podobnie jak na zdradę, trzeba sobie zasłużyć.