Zabójczynie miłości - Jackie Collins

Reflow text when sidebars are open.
- Nie obchodzi mnie to, że nie umiesz robić nic innego. Nie dbam o to, czy stracisz dochody, dom, majątek. Pierdol to wszystko, skarbie. Po prostu zbierz w sobie szacunek i zwyczajnie porzuć to zajęcie. Być prostytutką to znaczy być zerem, zwykłym narzędziem mężczyzny. Nie zważaj na swoich alfonsów, na swoich szefów. My ci pomożemy. My ci przyjdziemy z wszelką pomocą, na jaką nas stać. My cię tak postawimy na nogi, że twoje przeszłe życie będzie się wydawać złym snem.
Margaret Lawrence Brown mówiła od piętnastu minut, a teraz przerwała, żeby wziąć łyk wody ze szklanki stojącej na prowizorycznym podium. Tłum, który się zebrał, żeby wysłuchać jej przemowy, był zadowalająco duży. Nabrzmiała masa ludzka zajmowała olbrzymi teren Parku Centralnego. Były tam głównie kobiety i rozsiana wśród nich garstka mężczyzn.
Margaret mówiła silnym, zdecydowanym głosem. Nie jąkała się w poszukiwaniu słów. Przekazywane przez nią przesłanie brzmiało głośno i wyraźnie.
Była wysoką kobietą w wieku około trzydziestu lat. Bez makijażu, o silnej, promiennej twarzy, z długimi, czarnymi włosami. Miała na sobie dżinsowe ubranie, buty powyżej kostek i sznur hipisowskich, kolorowych koralików. Obiekt kultu w Ameryce. Wszyscy o niej słyszeli.
Była niezmordowaną bojowniczką o prawa kobiet i odniosła wiele zwycięstw. Ciągle występowała w telewizji i napisała trzy książki. Zarobiła mnóstwo pieniędzy i wszystkie wydała na swoją organizację - LWK - Ligę Wolnych Kobiet.
Kiedy podjęła sprawę prostytutek, wszyscy się śmiali. Ale teraz już się nie śmiali, nie po trzech miesiącach, nie po tym, jak tysiące kobiet zaczęło porzucać swoją wybraną profesję i podążać za Margaret.
- Już teraz musicie sobie poukładać życie! - krzyknęła Margaret.
- Tak! - odkrzyknęły kobiety.
- Będziecie znów żyć! Odżyjecie!
- Tak! Tak! - Reakcja tłumu przypominała w swoim natężeniu uniesienie religijne.
- Będziecie wolne...
- Tak!
Kiedy tłum nadal tupał i krzykliwie wyrażał swoją aprobatę, Margaret upadła ciężko na ziemię. Krew wytrysnęła z małej, zgrabnej dziurki w jej głowie.
Minęło sporo czasu, zanim tłum uświadomił sobie, co się stało, zanim rozszalały się histeria i panika.
Margaret Lawrence Brown została zastrzelona.
Do tego domu w Miami można było się zbliżyć jedynie po przejściu przez elektronicznie sterowaną bramę i dokładną rewizję przeprowadzaną przez dwóch mundurowych strażników z pistoletami zatkniętymi niedbale za pas.
Alio Marcusi z łatwością przeszedł przez obszukiwanie. Był tłustym, starym mężczyzną o wodnistych, zamglonych od alkoholu oczach i chodzie kota w ciąży.
Zbliżył się do wielkiego domu, nucąc coś z cicha pod nosem, czując się niewygodnie w zbyt obcisłym, szarym garniturze w kratkę i pocąc się od upału doskonałego, bezchmurnego dnia.
Jakaś dziewczyna otworzyła drzwi. Gburowata Włoszka o wielkich kończynach słabo mówiła po angielsku, ale skinęła mu głową i powiedziała, że padrone Bassalino jest przy basenie.
Alio poklepał ją po tyłku i przeszedł przez dom do patio prowadzącego do basenu kąpielowego o olimpijskich rozmiarach.
Przywitała go Mary Ann August. Wyjątkowo ładna dziewczyna z blond włosami ułożonymi w kształt ula, obdarzona niewiarygodnym ciałem wystawionym na pokaz w skąpym, białym kostiumie bikini.
- Cześć - powiedziała z chichotem, podnosząc się z materaca. - Właśnie miałam zamiar zrobić sobie małego drinka. Też chcesz?
Stanęła przed nim w prowokującej pozie, bawiąc się złotym łańcuszkiem zawieszonym między gigantycznymi piersiami.
Alio przypatrywał się jej, oblizując wargi w oczekiwa-niu na dzień - z pewnością niezbyt odległy - kiedy Enzio będzie miał jej dość i przekaże ją dalej, tak jak wszystkie inne.
- Tak, bacardi z dużą ilością lodu. A także trochę frytek, orzechów i kilka czarnych oliwek. - Ze smutkiem poklepał się po swoim dużym brzuchu. - Nie miałem dziś czasu na lunch. Taki pracowity dzień. Gdzie Enzio?
Mary Ann wskazała w kierunku niekończących się ogrodów.
- Chyba gdzieś tam przycina swoje róże.
- Ach tak, jego róże.
Alio instynktownie zerknął do tyłu na dom, no i oczywiście była tam Rose Bassalino wyglądająca przez szczelinę w zasłonach.
Rose, żona Enzio. Od piętnastu lat nie opuszczała swojego pokoju i jedynymi ludźmi, z którymi chciała rozmawiać, byli jej trzej synowie. Nieustannie czuwała przy oknie, czekając i obserwując.
Kręcąc biodrami, Mary Ann podeszła do barku i zaczęła przyrządzać drinki. Miała dziewiętnaście lat i żyła z Enziem Bassalinem od pół roku - poniekąd rekord.
Alio usadowił się na krześle i powoli zamknął oczy. Taki bardzo pracowity dzień...
- Hej, ciao, Alio, mój przyjacielu, mój chłopcze. Jak się miewasz?
Alio obudził się ze wzdrygnięciem i podskoczył z poczuciem winy.
Enzio majaczył nad nim. Sześćdziesięciodziewięcioletni, ale z twardym, opalonym ciałem mężczyzny o połowę młodszego, ostrymi, białymi zębami i szorstką, silną, pobrużdżoną twarzą zwieńczoną gęstymi, stalowoszarymi włosami.
- Dobrze, Enzio, świetnie.
Uścisnęli sobie dłonie, poklepali się po plecach. Byli kuzynami i wszystko, co Alio posiadał, zawdzięczał Enziowi.
- Chcesz drinka, kochanie? - spytała Mary Ann, wtulając się ciałem w plecy Enzia i ocierając się o niego.
- Nie - zbył ją szybko - idź do domu. Zadzwonię, jeśli będę cię potrzebował.
Mary Ann nie spierała się. Szybko odeszła. Być może dlatego utrzymywała się dłużej niż pozostałe.
- No i?
- Załatwione - odparł Alio. - Sam to widziałem. Mistrzowska robota, jeden z chłopaków Tony'ego. Zniknął, zanim ktokolwiek się połapał, co się stało. Od razu tu przyleciałem.
Enzio skinął głową w zamyśleniu.
- Nie ma większej satysfakcji dla mężczyzny od doskonałego uderzenia. Ten chłopak od Tony'ego... Zapłać mu dodatkowy tysiąc i miej na niego oko. Taki mężczyzna może zasługiwać na awans. Publiczna egzekucja to niełatwa robota.
- To prawda - zgodził się Alio, ssąc czarną oliwkę.
***
- Ona musi mieć trzydzieści lat - syknęła jedna kobieta.
- Oczywiście, że tak - zgodziła się druga.
Pokryte zmarszczkami i zbyt podmalowane dwie kobiety w średnim wieku obserwowały, jak Lara Crichton wychodzi z basenu w Marabella Club. Była perfekcyjnie piękną, dwudziestosześcioletnią dziewczyną. Szczupła, opalona, z zaokrąglonymi, zmysłowymi piersiami i grzywą włosów z rozjaśnionymi od słońca pasemkami, które tylko bardzo bogaci potrafili pielęgnować.
Położyła się na materacu obok księcia Alfy Masseriniego i głośno westchnęła.
- Nudzi mnie to miejsce, kochanie. Czy możemy pojechać gdzie indziej?
Książę Alfa szybko podskoczył.
- Dlaczego jesteś znudzona? - zapytał. - Czy ja cię nudzę? Dlaczego miałabyś się nudzić? Przecież jesteś ze mną.
Lara znów westchnęła. On naprawdę robił się nieznośnie nudny. Ale kto jeszcze pozostał? Lara nigdy nie puszczała nikogo, dopóki na jego miejscu nie zadomowił się na dobre ktoś inny. Zaliczyła większość książąt i hrabiów, którzy byli do wzięcia, oraz paru gwiazdorów filmowych i kilku lordów. Ustawienie sobie tak wysoko poprzeczki było naprawdę męczące.
- Nie rozumiem cię, Laro. - Książę Alfa nadal utyski-wał. - Żadna kobieta nigdy mi nie powiedziała, że jest mną znudzona. Nie jestem nudziarzem, jestem energiczny, żywy, jestem - jak ty to mówisz - duszą i mózgiem towarzystwa.
Z jeszcze cięższym westchnieniem Lara dostrzegła, że w trakcie mówienia książę dostawał erekcji w swoich obcisłych, białych, jedwabnych szortach Cerutti.
- O Boże, zamknij się - wymamrotała pod nosem.
Seks stawał się największą nudą z tego wszystkiego. Taki przewidywalny, taki wypracowany, taki mechaniczny.
- Chodź. - Świadomy swojej erekcji i dumny książę Alfa nakłaniał ją, żeby wstała. - Najpierw trochę odpoczniemy. - Mrugnął. - Potem pojedziemy ferrari w góry, na małą przejażdżkę, żeby pokręcić się wśród wieśniaków.
- W porządku.
Lara niechętnie pozwoliła się podciągnąć na nogi. Kiedy wychodzili, wszystkie oczy ich śledziły.
Mieli osobne apartamenty, ale za obopólną zgodą wszelkie poczynania seksualne odbywały się u Lary. Powstrzymała go od wejścia.
- O co chodzi? - zaprotestował. - Mam dobrą erekcję, bardzo dobrą.
- Zachowaj ją na później - powiedziała łagodnie Lara. Miała nadzieję, że uprzejmie. - Odpocznę i zadzwonię do ciebie, kiedy się obudzę.
Zamknęła drzwi w trakcie jego protestów.
Czuła się niespokojna i osaczona. Uczucie, które często miewała, będąc żoną Michaela Crichtona. Rozwód rozwiązał ten problem. Ale co teraz?
Zadzwonił telefon. Podniosła słuchawkę gotowa stanowczym głosem odmówić Alfie - zdecydowanie. Ale telefon był z Nowego Jorku.
- Tak? - Lara zastanawiała się, kto wiedział o miejscu jej pobytu.
- Lara? Lara, czy to ty? Tak kiepsko słychać.
- Kto mówi?
- Lara, słyszysz mnie? Mówi Cass. Stało się coś strasznego. Margaret została zastrzelona. Zastrzelili Margaret.
Margaret Lawrence Brown została pospiesznie przewieziona do najbliższego szpitala. Nadal żyła, choć znajdowała się na krawędzi śmierci. Jej lojalne stronniczki zebrały się w zwarte, milczące grupy.
Tylko najbliżsi zostali wpuszczeni do szpitala, gdzie czekali z taką nadzieją, jaką tylko potrafili w sobie wzbudzić. Nie było łez, bo Margaret nie cierpiała płaczu. Cass Long i Rio były jej chyba najbliższe.
Cass była jej sekretarką, powiernicą, organizatorką, obrończynią. Chodziły razem do college'u.
Rio Java była najsławniejszą zwolenniczką i bliską przyjaciółką Margaret. Undergroundowa gwiazda filmowa z czworgiem dzieci i bez męża czy choćby nawet stałego mężczyzny u boku była wierną członkinią założycielką LWK.
Stały razem w pobliżu drzwi prowadzących do sali intensywnej terapii. Doktor właśnie oznajmił, że przeprowadzają transfuzję krwi.
- Gdzie jest Dukey? - spytała Rio.
- W drodze - odparła Cass z kredowo białą twarzą.
Obserwowały w milczeniu, jak pojawiali się kolejni lekarze i wchodzili do sali.
- Czy mogę ją zobaczyć? - błagała Cass, kiedy jeden z biało ubranych ludzi wynurzył się z sali.
- Czy pani jest krewną? - zapytał łagodnie, dostrzegając przesiąkniętą krwią sukienkę Cass.
Do przyjazdu karetki pogotowia tuliła głowę Margaret.
- Tak - skłamała Cass.
Doktor ujął ją za ramię.
- To nie jest przyjemny widok.
Cass przygryzła wargę, żeby się nie odezwać.
- Cóż, skoro pani jest jej krewną. Oczywiście to wbrew przepisom, ale - w porządku.
Rio skinęła głową do Cass, utwierdzając ją w tym zamiarze, i Cass weszła za doktorem na salę.
Lekarze robili wszystko, co było w ich mocy. Za pośrednictwem dwóch kateterów przetaczano pierwsze półkwarcie krwi. Do nosa podłączono rurkę. Jeden lekarz wykonywał masaż serca.
- Nie ma wielkiej nadziei, prawda? - zapytała Cass głosem bez wyrazu.
Doktor pokręcił głową i wyprowadził ją spokojnie.
- O Chryste, kto mógł coś takiego zrobić?
Cass zadawała sobie to pytanie od momentu, gdy Margaret upadła.
W myśli rozważała różne możliwości. Margaret miała wielu wrogów, mnóstwo ludzi zwyczajnie zazdrościło jej pozycji i tego, że nadal była młoda i niezmiernie atrakcyjna. Bardzo różnie też odnosili się do spraw, o które walczyła. Zazdrościli jej również tego, że prowadzi życie dokładnie tak, jak jej się podoba, i ma gdzieś krytykę i plotki pod swoim adresem. Mężczyzna, z którym obecnie żyła, nazywał się Dukey K. Williams, czarny piosenkarz soulowy o niepewnej i burzliwej przeszłości.
Cass go nie lubiła. Uważała, że Dukey wykorzystuje Margaret.
Wiedziała także o całej otrzymywanej przez Margaret poczcie z wyrazami nienawiści. "Kochanka czarnucha", "komunistyczna kurwa" i tym podobne oszczerstwa. Były też groźby, że ją zabiją.
- Lawrence Brown. Któregoś wieczoru widziałam cię w Johnny Carson Show. Nienawidzę cię, wyglądasz jak szczur. Mam nadzieję, że szybko zdechniesz. Sam mógłbym cię zabić.
Podobne listy przychodziły prawie codziennie, były takie banalne, że natychmiast szły w zapomnienie. Tym, co zawsze martwiło Cass, były groźby telefoniczne. Przytłumione głosy ostrzegające Margaret, żeby pewne sprawy pozostawiła w spokoju. Ostatnio chodziło o prostytutki, których tak wiele poszło za Margaret, że nagle sutenerzy, szefowe burdeli i część gangsterów, którzy to wszystko kontrolowali, zaczęli się martwić. Ubytek prostytutek stwarzał nieznośną sytuację, a po każdym manifestacyjnym przemówieniu Margaret następnego dnia znikały kolejne setki, zachęcone tym, że LWK oferowała im coś więcej niż tylko słowa, czyli konkretną szansę rozpoczęcia życia na nowo. Organizacja załatwiała pracę, mieszkania, a nawet pieniądze, jeśli potrzeba była pilna.
Margaret wielokrotnie grożono, żądając, aby porzuciła "Wielką Rewolucję o Prostytutki", jak to nazwał magazyn "New Month", który niedawno zamieścił jej zdjęcie na okładce, drukując w numerze sześciostronicowy artykuł na ten temat.
Dukey K. Williams przyjechał najszybciej, jak tylko mógł. Wyrwał się z sesji nagraniowej.
Wejście do szpitala wiązało się z przepychanką. Roiło się tam od policjantów, dziennikarzy i ekip telewizyjnych.
Dukey, w towarzystwie swojego menedżera i agenta prasowego, odmówił wszelkich komentarzy. Przepchnął się przez tłum, lecz został zatrzymany przez funkcjonariusza bezpieczeństwa, który nie pozwolił mu wejść do windy.
- Och, na litość boską - powiedział Dukey. - Weźcie mi tego drania z drogi, bo go rozwalę.
Gliniarz obrzucił go piorunującym spojrzeniem, a ręka zadrżała mu nerwowo przy pistolecie.
- Uspokój się, Dukey - powiedział szybko menedżer. - Oni tylko chronią Margaret. Cass musi tam być.
W końcu posłano po Cass i przekonano gliniarza, żeby go przepuścił.
- Jak to się stało? - zapytał szybko Dukey. - Czy kogoś złapali? Czy ona przeżyje?
- Chyba nie wiedzą - odparła cicho Cass. - Sprawa nie wygląda dobrze.
Rio czekała na nich przy windzie.
- Nic z tego - powiedziała krótko. - Margaret właśnie zmarła.