Z półsnu, w jaki zapadł, wspominając przeszłość, wyrwało go uporczywe wibrowanie zegarka. Podnosząc się gwałtownie na hamaku, o mało nie wykonał widowiskowego salta zakończonego wywrotką. Zaklął pod nosem, dotknął smartwatcha, aby wyłączyć budzik, i ostrożnie opuścił stopy na nagrzaną słońcem ziemię.
Zbliżając się szybkim krokiem do garażu, wyciągnął z kieszeni szortów telefon i nagrał wiadomość dla Diany.
- Amore, jadę odebrać tego agronoma, spotkamy się po południu, a dopo3!
Chwilę później, zagłuszając odgłosy przyrody donośnym warkotem silnika, wyjechał na polanę, siedząc na olbrzymim motocyklu Giacoma.
W jego życiu nic już nie było takie jak kiedyś i fakt, że decydował się na korzystanie z tego środka lokomocji, był najlepszym dowodem zachodzących zmian. Jeszcze kilka lat temu wybrałby rower, jednak przeprowadzka z płaskiej jak stół Niziny Padańskiej w trudny górski teren, jaki otaczał północną część jeziora Garda, wymusiła na nim zmianę nawyków.
Z żalem zamknął swoją ukochaną Alfę Romeo 159 Spider w garażu wynajmowanym od zaprzyjaźnionego właściciela portu dla luksusowych jachtów. Naśladując praktyczne wybory sąsiadów, zainwestował w skromną, ale niezawodną pandę z napędem na cztery koła. Kiedy używała jej Diana, skazany był na piesze wycieczki lub korzystanie z jednośladu Giacoma. Mierzący ponad dwa metry długości, ciężki, dwudziestoletni motocykl guzzi też nie był najbardziej praktycznym wyborem na górskie drogi. Davide jednak nie narzekał.
Zjechał ostrożnie z trawy na wysypaną żwirkiem ścieżkę. Podjechał powoli do otwartej, pordzewiałej bramy stojącej na granicy posiadłości, wtoczył się na wyasfaltowaną drogę i dodał gazu.
Wąska i kręta droga opadała ostro w dół. Minął zabudowania należące do sąsiada i przejechał pod kolejką linową, która już od wczesnego poranka wciągała wagonikami turystów na wierzchołek Monte Baldo. Po pokonaniu ostatniego stromego zjazdu włączył się do ruchu na zatłoczonej o każdej porze dnia, biegnącej równolegle do brzegu jeziora drodze, zwanej Gardesaną. Pięć minut później zatrzymał motocykl obok kilkudziesięciu innych, zaparkowanych pod ratuszem w Malcesine.
Zdjął kask i osuszył twarz chusteczką. Dzwon na wieży stojącego za ratuszem kościoła Santo Stefano kończył wybijać dwunastą. Musiał się spieszyć.
Przepychając się między grupkami rozleniwionych urlopowiczów, którzy oblegali witryny pachnących tanią skórą butików, zszedł pochyłą uliczką w stronę portu. Skręcił w lewo i przystanął na chwilę przy zbudowanym w stylu weneckiego gotyku Pałacu Kapitanów. Przez uchyloną bramę zobaczył przedsmak tego, co czekało na niego kilka metrów dalej.
Kiedy wyszedł z ciasnego korytarza ulicy na otwartą przestrzeń, poczuł gwałtowny powiew chłodnego powietrza. Odetchnął głęboko. Rozpostarł się przed nim, rozświetlony oślepiającym blaskiem południowego słońca, lazurowy błękit jeziora. Od nadbrzeża dzieliło go kilkadziesiąt metrów, które zajmował port dla małych łodzi i żaglówek.
Otoczony z trzech stron kolorowymi kamieniczkami basen portu przypominał średniej wielkości plac, jaki można spotkać w każdym włoskim mieście. Jedyną różnicą było to, że w tym wypadku środek "placu" wypełniała woda. Od strony jeziora tę niewielką marinę osłaniał wyłożony chodnikiem falochron, pełniący funkcję rampy wyładowczej dla promów kursujących pomiędzy brzegami.
Davide spojrzał na kolorowe budynki i przypomniał sobie zawartość kartonu Montanariego. Dzięki jednej ze znalezionych w nim teczek wiedział, że widok, jaki go właśnie otaczał, mógł być wart miliony.
Z daleka dobiegł go przeciągły dźwięk syreny statku. Podniósł dłoń do czoła i mrużąc oślepione blaskiem oczy, wypatrzył oddalającą się rufę promu. Zaklął w myślach. Spóźnił się zaledwie o kilka minut, ale pasażerowie, którzy zeszli z pokładu, na pewno zdążyli się już rozejść. Podszedł szybkim krokiem w stronę nadbrzeża. Obserwując uważnie pozostałe na chodniku osoby, przystanął i oparł się plecami o stojący niedaleko brzegu portu drewniany kiosk.
- Ehila! Redattore!4 Pistacjowy czy waniliowy? - usłyszał za plecami.
- Carlo, ile razy mam ci powtarzać, że nie jestem już żadnym redaktorem - odpowiedział, odwracając się do łysego brodacza, który uśmiechał się do niego szeroko zza oszklonej lady. Pod szybą podłużne wanienki wypełnione po brzegi lodami kusiły fantazją kolorów. - Nie tym razem - dodał, patrząc z żalem na smakowicie wyglądającą zieloną masę z kawałkami pistacji. - Jestem tu w innej sprawie - usprawiedliwił się, widząc zawiedzioną minę sprzedawcy. - Nie widziałeś przypadkiem takiego starszego faceta, który zszedł przed chwilą z promu? Niski, szczupły, podobno nosi kapelusz z szerokim rondem. Miał przypłynąć do mnie z Limone.
Carlo wzruszył krępymi ramionami.
- Mnóstwo ludzi tu się przewija. Kojarzę niektórych, bo sam mam rodzinę po drugiej stronie. Ale nie wśród cytryniarzy. - Zaśmiał się z własnego żartu. - Idź, zapytaj Kurta. On tu wszystkich zna - poradził, wskazując czarną, bujną brodą bliżej nieokreślony kierunek.
- Jakiego Kurta? - zmarszczył czoło Davide.
- Kurta Mosera. Kapitana. Pływa tu od czterdziestu lat. Co najmniej! W pieluchach biegałem, gdy on ludzi woził swoją motorówką. - Znowu się zaśmiał. - Tam go znajdziesz, na końcu falochronu.
Miejsce wskazywane przez czarną brodę się skonkretyzowało. Davide podziękował za radę i ruszył przed siebie. Nie mógł się pomylić, bo motorówka Mosera była jedyną zacumowaną tuż przy samym przesmyku prowadzącym do portu. Zapewne nie było wolno się tam w ogóle zatrzymywać, ale we Włoszech zwyczaje stanowiły prawo, a starszy, ogorzały mężczyzna w kapitańskiej czapce, rozmawiający z ożywieniem z jakąś młodą kobietą, najwyraźniej stanowił część lokalnego folkloru.
Z bliska Davide usłyszał jego kanciasty niemiecki akcent, z jakim tłumaczył coś wyraźnie zmieszanej i zdenerwowanej dziewczynie.
- Tam nie wolno nurrrkować! - grzmiał, twardo przeciągając głoski. - Jak cię tam zobaczę, zadzwonię do straży przybrzeżnej albo sam ci przetrzepię tyłek, zrozumiałaś?! To dla twojego dobra, dziecko... - Ton jego głosu zrobił się niemal błagalny.
Davide nie miał wielkiej ochoty na przerywanie tego autorytatywnego pouczania, ale czas go naglił.
- Przepraszam... - wtrącił się niepewnie. Oczy rozmawiającej na nadbrzeżu pary zwróciły się w jego stronę. Może tylko mu się wydawało, ale atrakcyjna, piegowata twarz dziewczyny rozpromieniła się, jakby zobaczyła długo wyczekiwanego kochanka.
Davide, ku własnemu zaskoczeniu, spłonął rumieńcem jak dzieciak.
- Proszę pana... - odchrząknął, wracając do mężczyzny w białej czapce.
- Kapitanie - poprawił go bezceremonialnie Moser.
- Kapitanie, czy widział pan może takiego starszego...
- Davide Dobravski, tak? - przerwała mu nieoczekiwanie dziewczyna. Miała miękki, dziecinny głos, idealnie pasujący do jej drobnej, choć niezwykle hojnie obdarzonej przez naturę sylwetki.
- Tak... - wyjąkał jeszcze bardziej zmieszany.
- Cześć, jestem Laura Pomaroli, przypłynęłam tu w zastępstwie mojego pradziadka.
Wyciągnęła do niego dłoń z uśmiechem, który przyprawił go o nagły skok ciśnienia.