Zabójczy tie-break - Nikodem Pałasz

Reflow text when sidebars are open.
Robert Łysiak wychylił energicznie kieliszek wódki. Palący płyn podrażnił gardło na kilkanaście sekund. Łysiak skrzywił się, ale nie sięgnął po szklankę coli, stojącą w zasięgu ręki. Chciał uchodzić za twardziela. Od kilku lat był człowiekiem do specjalnych poruczeń, prawą ręką prezydenta miasta Adama Nowackiego. Ze swoich zadań wywiązywał się perfekcyjnie. Drobne wpadki dawno poszły w niepamięć, przynajmniej taką miał nadzieję.
Zawsze dyskretny i dokładny. Nie zwracał na siebie uwagi, robił po cichu co trzeba. Prezydent zarzucał mu jednak często, że jest za miękki, za delikatny. "Przeklnij czasem, Robciu", mówił do niego. "Mięsem rzuć przy ludziach, od razu nabiorą do ciebie szacunku". No to zaczął przeklinać. Tak sobie wziął do serca radę swojego dobroczyńcy, że już nie raz się zagalopował. I zdarzało mu się wsadzić nieparlamentarny przecinek tam, gdzie niewielu by go umieściło. Przełykając ślinę na zapitkę, przypomniał sobie, jak pewien starszy jegomość zapytał go na ulicy o godzinę. Podał czas w tak wulgarny sposób, że staruszek błyskawicznie się oddalił, a on przez chwilę poczuł wielką dumę. Spojrzał na pusty kieliszek i skrzywił się, uświadomiwszy sobie, że to nie wśród przypadkowych przechodniów ma budzić szacunek.
Teraz czuł, że nadeszła jego chwila. Klął jak najęty, walił wódkę bez popitki, świntuszył ile wlezie. Miał do zrealizowania najważniejszą misję, jaką kiedykolwiek zlecił mu prezydent. Nie mógł tego schrzanić. Dlatego wtopił się w otoczenie jak kameleon w dżunglę. Nawet zaczął zmieniać kolor, jeszcze bardziej upodabniając się do tego sprytnego gada. Robił się coraz bardziej czerwony na twarzy. Wiedział, że musi zwolnić z piciem. Ale tak wczuł się w rolę, że nie mógł przestać.
Towarzystwo zgromadzone w zamkniętej salce ekskluzywnej krakowskiej restauracji miało nieźle w czubie. Prostytutki kleiły się do eleganckich, choć tylko z wyglądu, dżentelmenów. Kelnerzy uwijali się, stawiając na stole kolejne butelki wódki, szampana lub najdroższej whisky. Po drugiej stronie stołu, naprzeciwko Łysiaka, siedział mężczyzna w średnim wieku, w czarnym garniturze i białej jak śnieg koszuli bez krawata i uporczywie się w niego wpatrywał. Łysiak nie zawracał sobie tym głowy.
Wiedział, że powinien walczyć z nadwagą, mimo to wpakował do ust kolejną tartinkę z kawiorem. Kiedy mężczyzna w czarnym garniturze wstał, Łysiak spojrzał na niego badawczo, a jego ręka zastygła w drodze po kieliszek. Nieznajomy wykonał ledwo dostrzegalny ruch głową, wskazując drzwi.
Łysiak poprawił krawat, podsuwając go wysoko, jak pętlę na szyi skazańca, i podniósł się ciężko z krzesła. Lekko szumiało mu w głowie, ale myślał jasno. Gdy wyszedł z salki i zamknął za sobą drzwi, zobaczył plecy mężczyzny znikające w głębi korytarza. Znajdowali się w piwnicy pod starą kamienicą, lokal został wynajęty na ten wieczór tylko dla nich. Zabawa przenosiła się z jednej zamkniętej sali do drugiej, w zależności od upodobań. Łysiak nie wiedział, kto jest organizatorem ani jakich gości zaproszono. Miał tu być, na polecenie prezydenta, bawić się, a w odpowiednim momencie załatwić co trzeba i z kim trzeba. Ruszył za tamtym. Przytłumione światło, wąskie korytarze, skręt w lewo, potem w prawo. Jeszcze chwila i trafimy do krypty pod Wawelem, pomyślał.
Ktoś złapał go za rękę, pociągnął. Łysiak wpadł do małego pokoju, w którym znajdowały się sofa, dwa fotele i niski stolik.
- Proszę siadać, panie Robercie - odezwał się mężczyzna w czarnym garniturze.
- Dziękuję, a z kim mam przyjemność? - zapytał i przypominając sobie radę szefa, przeklął pod nosem.
Mężczyzna uśmiechnął się pogardliwie, po czym wyciągnął rękę.
- Nowak.
- Łysiak. Robert Łysiak.
- Wiem. - Nieszczery uśmieszek nie schodził z twarzy elegancika.
Mężczyzna, o pół głowy wyższy od Łysiaka, był szczupły i miał mocny uścisk dłoni. Krótko przystrzyżone czarne włosy lekko przyprószone nad uszami siwizną. Ostre rysy, gęste ciemne brwi i niewielka blizna na górnej wardze, przez co odnosiło się wrażenie, że usta lekko się uśmiechają. Było to tylko wrażenie.
Rozsiedli się wygodnie w miękkich skórzanych fotelach.
- Sprawa jest prosta - zaczął Nowak. - Rozumiem, że Kraków chce być gospodarzem?
- Oczywiście, proszę pana. Jak najbardziej - odparł ze znikającą pewnością siebie Łysiak i po kilku sekundach namysłu dorzucił siarczyste przekleństwo.
- Dziesięć - powiedział spokojnie mężczyzna.
- Co proszę? - zająknął się Łysiak.
- Czy ja mówię niewyraźnie?
- Nie. To znaczy tak. Wyraźnie. Ale...
- Dziesięć to oferta, która nie podlega negocjacjom.
- Rozumiem. - Łysiak wytrzeźwiał w jednej chwili. - Ale jak to dziesięć?
Nowak pokręcił głową i burknął:
- Widzę, że się nie dogadamy. Euro was ominęło, ominie was i mundial. Tracę tu tylko z panem czas.
Mężczyzna wstał.
- Zaraz, zaraz, panie Nowak, proszę siadać, dogadamy się - rzucił nerwowo prezydencki pupil.
Nowak opadł na fotel, a Łysiak otarł pot z czoła. Gdyby miał ręcznik, otarłby również pot spływający mu strumyczkiem po plecach.
- Chciałbym zapytać... - zaczął.
- O co chcesz pytać? Jesteś jakiś niedorozwinięty, czy co? - przerwał mu Nowak. - Jeżeli Kraków ma być jednym z miast gospodarzy, taka jest oferta. I nie podlega żadnym negocjacjom. Wchodzicie w to czy mam iść do salki obok, w której czeka prezydent Białegostoku?
- Co? Białego... no nie! Do jasnej cholery!
- Za półtora roku odbędzie się największa i najbardziej spektakularna impreza w całej historii polskiej siatkówki. I ty jeszcze masz czelność grymasić?
- Nie... no skąd!
Nowak wyciągnął dłoń w kierunku Łysiaka.
- Dogadani?
Łysiak podał mu trzęsącą się spoconą prawicę.
- Dogadani. Dziesięć.
- No. - Mężczyzna wstał. - Szczegóły później. Cześć.
Łysiak siedział sam jeszcze przez pół godziny. Boże, co ja narobiłem? Co ja narobiłem? Ale czy było jakieś inne wyjście? Białystok miał zająć nasze miejsce? Nie! Nie mogłem do tego dopuścić. Dziesięć milionów? Matko Boska! Dziesięć milionów! Dlaczego nie powiedziałem mu od razu, że mamy na to siedem? Po policzku Łysiaka spłynęła łza. Siedem i pół to jeszcze, ale dziesięć? Stary mnie zabije. Ja pierdolę. Skąd weźmiemy te dwie i pół bańki, cholera jasna? Znowu będzie trzeba jakimś dzieciakom zabrać, przedszkolom, szkołom. Znowu będzie dym. Nie no, ja pierniczę, na kolejną kadencję to on nie ma szans. Do kogo się teraz przykleję? Co za gówniana sytuacja.
1
Leżeli na kanapie w dużym pokoju, nadzy, wtuleni w siebie. Ich ciała stygły powoli, drzemali. Wiktor pierwszy otworzył oczy. Sięgnął ręką po koc, który zsunął się na podłogę, i naciągnął go na siebie, jednocześnie okrywając Lenę. Pocałował jej ramię i zaczął delikatnie gładzić włosy. Przypomniał sobie ich pierwsze spotkanie. Pracował nad sprawą zabójstwa znanego tenisisty. To było w Zachęcie, stali przed jakimś obrazem. Ona nie miała pojęcia, kim on jest. A on wiedział o niej prawie wszystko. Zarozumiała smarkula, cholernie zgrabna i cholernie nieznośna, pomyślał i bezwiednie się uśmiechnął. Ciągle się kłóciła i o coś targowała. Miała, podobnie jak dziś, krótkie czarne włosy, sterczące na wszystkie strony. Taka stylizacja. I dwa kolczyki. Jeden w nosie, drugi w lewej brwi. Dziś został tylko ten w brwi.
- Mógłbyś trochę schudnąć, bo zajmujesz trzy czwarte kanapy. Jestem szczupła, ale nie aż tak - szepnęła, nie otwierając oczu.
- Sama schudnij - odgryzł się.
- Nie wiedziałam, że lubisz typ modelki. Kości na wierzchu i zero biustu. Wieszaki takie.
- Wieszaki to najbardziej lubię w szafie. I jakoś cię tam nie widzę.
- No widzisz.
Spróbował wysunąć ramię spod jej głowy.
- Idziesz zrobić kawę?
- Raczej chciałem przenieść się na łóżko w sypialni.
Otworzyła lewe oko.
- Która godzina?
- Nie wiem. Muszę wstać po telefon.
- Nie wstawaj - mruknęła i wtuliła się w niego.
Przez szparę w zasłonach do pokoju wpadało światło lampy ulicznej. Zegar ścienny, który Wiktor odziedziczył po prababci, wybił drugą w nocy.
Lena otworzyła prawe oko.
- Muszę o siódmej wyjść do redakcji. Mamy dla siebie jeszcze całe pięć godzin. - Szturchnęła go delikatnie. - Chyba nie masz zamiaru spać?
- Dziewczyno, daj pożyć. Jutro świat się nie skończy - odburknął i ziewnął przeciągle. - A poza tym, jestem po czterdziestce.
- Na razie forma dopisuje. Służy ci ta policyjna emerytura.
Westchnął. Od trzech miesięcy nie widział się z żadnym kumplem z tamtego życia, ani razu nie gadał o firmie czy o starych sprawach. I jakoś nie tęsknił.
- Powiedz, jak ci się znudzę. Może wrócę tam, gdzie ktoś mnie będzie potrzebował - rzucił z ironią w głosie.
Podniosła głowę i spojrzała na niego czujnie. Po chwili dała mu lekki prztyczek w nos.
- A co zrobimy, jak mi się nie znudzisz?
- Nie wiem. Co proponujesz?
- Obiecaj mi coś, dobrze?
- Tak to ja się nie bawię. Jak mogę ci obiecać coś w ciemno, zastanów się. Nie ze mną te numery.
- Musisz mi to obiecać! Bo się wścieknę.
- A to trzeba było tak od razu. Obiecuję. - Uśmiechnął się.
- Obiecujesz, że dopóki mi się nie znudzisz, nie wrócisz do policji?
- Obiecuję.
- I że nie będziesz zajmował się żadnymi śledztwami ani dochodzeniami?
- Słowo harcerza!
- I że będziesz codziennie przynosił mi śniadanie do łóżka?
- No, to już przesadziłaś!
Wpił się w jej usta, tylko dlatego, żeby uniemożliwić stawianie dalszych warunków. A może zwyczajnie pragnął tego bardziej niż czegokolwiek?
2
Po całym dniu nieróbstwa, oglądania telewizji i zastanawiania się, czy zadzwonić znowu do Leny, czy jeszcze poczekać, ubrał się i wyszedł na spotkanie z Markiem, wciąż będącym na etacie w Komendzie Stołecznej. Umówili się w brazylijskiej knajpie przy Marszałkowskiej. Wiktor pochłonął mega beef burgera, a Marek pierogi z manioku z sosem aji. Zamówili piwo. Kiedy Marek zaczynał trzecie, Wolski był dopiero w połowie pierwszego.
- Nie smakuje ci? - zapytał z niepokojem Janik.
- Smakuje, bardzo dobre. Wiesz, że lubię pszeniczne - odparł obojętnie Wiktor.
- A może jesteś chory? - Marek nie odpuszczał.
- Daj spokój, po prostu delektuję się. - Wolski uśmiechnął się do kumpla, którego kiedyś bez wątpienia nazwałby przyjacielem. Dziś nie był już tego taki pewny.
Policjant pokiwał głową ze zrozumieniem.
- To jakie masz plany?
- Mój plan - Wiktor wziął mały łyk - to nie mieć planów.
- Nie korci cię, żeby wrócić do firmy?
- Odpuściłem.
Marek popatrzył na kolegę, który nie tak dawno przekroczył czterdziestkę, a zachowywał się, jakby dźwigał szósty krzyżyk na grzbiecie. Twarz Wolskiego pokrywała gęsta czarna broda, co już powinno być sygnałem alarmowym. Przyjrzał się uważniej jego sylwetce i zauważył, że od ostatniego spotkania, które miało miejsce jakieś trzy miesiące wcześniej, muskularne ciało byłego policjanta nabrało podejrzanie owalnych kształtów. Nie żeby był strasznie gruby, ale salki treningowej to chyba nie widział od dawna.
- Nie wierzę - mruknął i zaryzykował odrobinę humoru: - Przecież nic innego nie potrafisz robić. Ochroniarzem zostaniesz? Z czegoś trzeba żyć.
- Na razie żyję chwilą - odparł Wolski. - A potem może pojadę do Szkocji do pracy. Wiesz, w tym kraju nie ma perspektyw dla młodych. Same szopy, zgliszcza i kamieni kupa.
Janik nie zaśmiał się, tylko zrobił kwaśną minę i zapytał:
- A co z Agą? Mieliśmy znaleźć tych gnojków, co ją załatwili.
Wiktor wzruszył ramionami.
- To była wspaniała dziewczyna, będę pamiętał o niej do końca życia, ale... - Zawahał się. - Nie ona pierwsza i nie ostatnia zginęła na służbie.
- Jak możesz tak mówić? - oburzył się Marek.
- Chcesz być następny? - wypalił Wiktor. Spojrzeli sobie czujnie w oczy. - Bo ja nie.
- Wiktor, nie poznaję cię.
- Ludzie się zmieniają.
- Ludzie może tak, ale nie ty.
Marek kręcił głową z niedowierzaniem. Ich stolik minęła atrakcyjna kelnerka w kusym stroju reprezentacji Brazylii. Janik odprowadził ją wzrokiem do baru, Wiktor nawet na nią nie spojrzał.
- Zawsze byłeś dla mnie wzorem, punktem odniesienia - zżymał się Marek. - Byłeś jak ten... azymut. Burza na morzu, ale ty zawsze miałeś twarde zasady. Nieruchomy jak skała.
- Kropla wydrąży każdą skałę. Nie da się tak funkcjonować całe życie. Mam się mścić? Rozpętać kolejną wojnę? Jestem już zmęczony tym ciągłym ganianiem za złymi chłopcami. To takie dziwne?
- Nie wierzę - powiedział twardo Marek. - Ktoś cię zahipnotyzował?
- Mam ponad czterdzieści lat i nie będę żył wiecznie. Nie rozumiem, czego tu nie rozumieć. Chcę jak normalny facet siadać z piwkiem na kanapie przed telewizorem i oglądać Ligę Mistrzów albo... albo... Śniadanie u Tiffany'ego z Audrey Hepburn. A nie żyć w ciągłym stresie w oczekiwaniu na kolejnego trupa. Z nikłą nadzieją, że nie będę nim ja.
- Popieprzyło cię do reszty?! - wrzasnął Marek. - Śniadanie u Tiffany'ego? Żaden normalny facet nie ogląda takich filmów! Może mi jeszcze powiesz, że ściągnąłeś sobie ostatni tysiąc odcinków Mody na sukces?
- Nie. Ale mam listę tytułów do obejrzenia i jest na niej na przykład...
- Przestań! - Marek nie pozwolił mu dokończyć. - Nie interesuje mnie żadna lista jakichś pieprzonych filmów puszczanych w domach starców. Dwa miesiące temu mieliśmy inne plany. I ja traktowałem je całkiem poważnie.
- Ciesz się, że Schmidt dał ci spokój, i rób swoje. Jedź na jakiś staż do Stanów albo do Australii i zostaw sprawy, na które nie masz wpływu.
- Myślałem, że jesteśmy po tej samej stronie.
Wiktor dokończył piwo i z hukiem postawił na stole pustą szklankę.
- Ja już spasuję. Na dziś mi wystarczy.
- To znaczy, że nie masz zamiaru dochodzić prawdy i dowiedzieć się, kto stoi za zabójstwem naszej przyjaciółki? - zapytał Marek, mocniej akcentując ostatnie słowo.
- Nie, nie mam zamiaru - odparł Wiktor. Wstał i wyciągnął do Marka dłoń na pożegnanie. A po chwili dodał: - Bo ja to wiem. I tę wiedzę zabiorę ze sobą do grobu. Cześć.
3
Do domu wracał taksówką, rozklekotanym czarnym passatem, prowadzonym przez kierowcę ze sporym przebiegiem życiowym. Taryfiarz skakał między stacjami radiowymi, aż w końcu zatrzymał się na tej, której najwyraźniej szukał.
- W naszym studiu gościmy dziś wieczorem pana prezydenta Egona Kirsza. Dobry wieczór - powiedziała znana prowadząca, irytująco zachrypniętym głosem.
- Dobry wieczór pani redaktor, witam szanownych radiosłuchaczy - odparł miękki, ciepły głos.
Ku niezadowoleniu Wiktora kierowca pogłośnił.
- Za miesiąc pierwsza tura wyborów prezydenckich, czy czuje pan już gorączkę przedwyborczą?
- Droga pani. - Prezydent zrobił krótką pauzę. - Wybory to jedno, a praca dla kraju to drugie. Intensywnie pracuję nad projektami trzech ważnych ustaw, wczoraj wróciłem z pięciodniowej wizyty w Wielkiej Brytanii, podczas której miałem honor spotkać się z królową. Odbyłem wielogodzinne rozmowy z premierem Cameronem. Przypomnę, że jeszcze wczoraj rano wspólnie oddaliśmy hołd polskim pilotom walczącym w Bitwie o Anglię, pod pomnikiem w Northolt. Ja cały czas pracuję, pani redaktor, nie mam czasu na zastanawianie się, czy czuję gorączkę wyborczą.
- Dlatego nie weźmie pan udziału w telewizyjnej debacie, w której uczestniczyć będą wszyscy pozostali kandydaci?
Wiktor popatrzył na taksówkarza. Przebieg radiowej rozmowy zajmował go dużo bardziej niż trasa na plac Inwalidów.
- A skąd pani wie, że nie wezmę w niej udziału?
- Takie wypływają informacje z pańskiego otoczenia.
- To ciekawe... bo do mnie one nie dopłynęły. - Kirsz zaśmiał się. - Może oświeci mnie pani, w którym miejscu są przecieki? Wezwę hydraulika.
- A więc weźmie pan udział w tej debacie czy nie? - zapytała chłodno prowadząca, ignorując zaczepkę Kirsza.
- Oczywiście, że wezmę. Dlaczego miałbym unikać bezpośredniego starcia z pozostałymi kandydatami? Każdy, kto zebrał sto tysięcy podpisów pod swoją kandydaturą na urząd prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, wymaga poważnego traktowania. Szanuję każdego przeciwnika, nikogo nie lekceważę.
- Nawet lidera narodowców Pawła Irgę-Nowackiego?
- Naturalnie.
- Osiem lat temu nazwał go pan... zacytuję... "zagrożeniem dla demokracji". A teraz spotka się z nim pan oko w oko w studiu.
- Pięć lat temu wyrwało się pani na antenie słowo na literę "k". Czy to oznacza, że dzisiaj też go pani użyje?
Wiktor patrzył przez okno na zalane deszczem ulice, próbując wyłączyć się, ale kierowca nie pozwolił mu na to.
- Dobry jest ten Kirsz! - gruchnął basem, wyrywając Wolskiego z zamyślenia.
- Co to ma do rzeczy? Nie odpowiedział pan na pytanie. - Dziennikarka próbowała atakować prezydenta.
- Ludzie się zmieniają. Pan Irga-Nowacki przeszedł daleką drogę, od młodzieńczej fascynacji przemocą do szefostwa partii politycznej, przestrzegającej reguł obowiązujących w demokracji.
- Nie będzie go pan rozliczał z przeszłości?
- Droga pani, ja nie jestem od rozliczania ludzi. Trzeba mu pogratulować, że z pseudokibica stał się politykiem. Jak pani zapewne zauważyła, chcę skończyć z polityką publicznego prania brudów. Moja kampania oparta jest na pozytywnych wartościach, na celach możliwych do zrealizowania przez Polskę, a nie na zaglądaniu ludziom w biografie czy jeszcze gorzej... pod łóżko. Od lat staram się wprowadzać nowe standardy w polskiej polityce. I przypomnę, że dzięki temu wygrałem poprzednie wybory. Nikogo nie opluwam, dyskutuję merytorycznie. Ludzie się zmieniają i trzeba ufać w szczerość tych przemian. Może kiedyś w wyborach prezydenckich wystartuje były biznesmen, może były ksiądz, a może muzyk rockowy. Czy to ważne, że jeden kiedyś był narkomanem, drugi alkoholikiem, a na przykład trzeci zdradzał żonę? Jeżeli zbierze sto tysięcy podpisów, to ja to uszanuję. I podczas spotkania, dajmy na to... debaty, podejmę wyłącznie merytoryczną dyskusję, bez zniżania się do zagrywek w stylu... "pan to chyba miał w przeszłości problemy z alkoholem". Przeszkadza to pani? Woli pani, jak leje się krew, a politycy walą się po gębach? Skaczą wtedy słupki oglądalności, ale czy dzisiaj ludzie tego właśnie oczekują od polityków?
- Wie pan, dlaczego będę na niego głosował?! - ryknął właściciel passata z przebiegiem.
- Nie - mruknął Wiktor. Odpowiedź taksówkarza w ogóle go nie interesowała, ale i tak ją usłyszał.
- Bo to w porządku gość! Kultura, panie, klasa, a do tego wie, co mówi. To była dobra prezydentura. Przynajmniej nie musieliśmy się go wstydzić w świecie. Widziałeś pan, jak stał koło Obamy? Albo jak tego, Putina, zgasił wzrokiem... klasa.
Dziennikarka próbowała pytać o gospodarkę, ale Kirsz odparł atak:
- Proszę pani, przestańmy zanudzać słuchaczy tym politycznym bełkotem. Za kilka dni odbędzie się w Warszawie inauguracja największej sportowej imprezy w tym roku - zaczął z entuzjazmem. - Mistrzostwa świata w siatkówce to wielkie święto wszystkich Polaków. Jestem przekonany, że organizacyjnie i sportowo pokażemy się z najlepszej strony. To będzie nasz wielki wspólny sukces. Piękne miasta, tłumy kibiców, emocje... Sport łączy wszystkich... Czasem trzeba po prostu zostawić politykę i cieszyć się razem z tego, co mamy. Warszawa, Kraków, Poznań...
- Dobrze gada! Dać mu wódki! - wrzasnął taksówkarz, czym rozsierdził Wiktora dokumentnie.
- Zatrzymaj się pan!
- Co?
- Stawaj, wysiadam! Dalej pójdę piechotą... - warknął Wolski, wciskając kierowcy pomięte banknoty. - Reszty nie trzeba.
- Dziękuję, łaskawco - usłyszał jeszcze, wysiadając.
A udław się, pomyślał, kiedy deszcz lunął mu na głowę, a wiatr w ułamku sekundy zmroził plecy.
4
Siedzieli w Ministerstwie Kawy przy Marszałkowskiej i zajadali się tartą cytrynową.
- Wezmę jeszcze bezę żurawinową - oświadczyła Lena, odsuwając pusty talerzyk.
- A bierz sobie. Jutro o dziewiątej pojadę po świeże pączki na Górczewską do Zagoździńskiego.
- Ja się w sobotę nie ruszam z łóżka do dwunastej. Co prawda wobec ciebie miałam te same plany, ale jeżeli nie zajmie ci to dłużej niż godzinę, to pozwalam.
- Dzięki.
Zamoczył usta w kawie. Gorąca etiopia biftu gudina rozpaliła zmysły Wolskiego nie mniej niż Lena dwa dni wcześniej.
Zamieszał w filiżance.
- Wszystko w porządku? - zapytała Lena, obserwując jego ruchy.
- Jasne! A dlaczego pytasz?
- Bo czwarty raz mieszasz tę kawę. I w dodatku jej nie posłodziłeś.
- Tak? - zdziwił się.
- Co jest?
- No bo... - zaczął, odkładając łyżeczkę na stół, obok spodka. - Tak sobie...
- Wydusisz to z siebie wreszcie?
- Tak, zupełnie hipotetycznie sobie pomyślałem, czy... - Nabrał powietrza w płuca.
- Bawimy się w kalambury? Może pokaż to na migi - rzuciła złośliwie Lena.
- Teoretycznie rzecz biorąc... zastanawiałem się, czy gdyby, na przykład...
Poczuł, jak w ustach robi mu się sucho, jak słowa stają się ciężkie niczym kamienie. Przełknął ślinę. Spojrzał jej w oczy. Cholera, chyba się zabujałem. Taki numer, na stare lata. Co się z tobą dzieje, Wolski?
- Co byś powiedziała, gdybym zaproponował ci, żebyś się do mnie przeprowadziła? - wypalił. I zaraz skorygował kierunek lotu pocisku ziemia-powietrze: - Taki luźny pomysł. Niezobowiązujący. Idea taka.
Lena roześmiała się na cały głos. Para emerytów, siedząca przy stoliku obok, odwróciła się w ich kierunku, po czym zaczęła szeptać coś do siebie, łapiąc się ukradkiem za ręce i przesyłając sobie ciepłe uśmiechy.
- Wariat jesteś - parsknęła i chwyciła komórkę.
- Gdzie dzwonisz? - przestraszył się Wiktor.
- Do firmy przeprowadzkowej. Muszę przewieźć do ciebie parę mebli. Wyrzucimy twój stary stół i kredens z dużego pokoju. No i łóżko w sypialni do wymiany. Aha... moją komodę ustawimy zamiast tej twojej, wiesz której? Garderobę trzeba przerobić, no i oczywiście zaplanować remont łazienki. Na tę glazurę w morskim stylu nie da się patrzeć dłużej niż pięć minut. Wywalamy mikrofalę, to zabójstwo! Właściwie jedyne, co w tym mieszkaniu nadaje się do użytku, to ty i twój ekspres do kawy.
Nagle spoważniała i popatrzyła na niego groźnie.
- Co? Już zmieniłeś zdanie?
- Nie. - Uśmiechnął się niepewnie. - Rozumiem, że mój pomysł jest okej?
- Okej.
Pocałował ją.
- Żartowałam - szepnęła. - Nie musimy nic zmieniać. Wystarczy, że my tam będziemy.
Gdyby jakoś miał określić tę relację z Leną, odparłby: it's complicated. To skomplikowane. Jak cholera. Przespali się ze sobą kilka razy, a potem on powiedział "żegnam" i zniknął na prawie dwa lata. A właściwie osiemnaście miesięcy. Miała być Haga i kariera w Europolu. A wyszło, jak wyszło. Odpuścił i wrócił do kraju, próbując dostać się z powrotem do Komendy Stołecznej, która jakoś nie czekała z otwartymi ramionami. Tylko z glanem, który dał mu kopa w tyłek i wyrzucił na bruk.
Na brak propozycji jednak nie narzekał. Trzy miesiące temu rozwiązał sprawę morderstwa czarnoskórego piłkarza, a przy okazji... Po co wróciłem? Właściwie powinienem zapytać siebie, dlaczego ją wcześniej rzuciłem. Czy wracając wtedy do kraju, miałem nadzieję, że w ogóle będzie chciała ze mną gadać?
Na szczęście chciała. A nawet więcej. Nie dała mu w pysk, mimo że ewidentnie miała na to ochotę, kiedy pojawił się pod jej mieszkaniem pewnego lipcowego dnia z zaproszeniem na kawę. I propozycją pomocy przy pewnym śledztwie. Tak to się na nowo zaczęło. I tak trwa do dziś. Choć z początku nie było łatwo, chyba w końcu wybaczyła mu tę dziecinną ucieczkę. Uciekał nie od niej, ale od nowego związku, na który nie był gotowy. Przynajmniej tak sądził wtedy w swej naiwności. Idiota.
1
O siódmej dwadzieścia dwie w restauracji warszawskiego hotelu Sheraton pojawił się Leo Price, a dziesięć minut później siedziała tam już niemal cała reprezentacja siatkarek Izraela. Szef ochrony, Dor Rafaelov, trzymał się jak zawsze z boku. Ulokował się przy oknie, naprzeciwko masażysty drużyny, Michaela Sparksa, zajadającego się parówkami.
Price zajął miejsce w głębi sali, z dobrym widokiem na wejście. Pił czarną kawę i powoli przeżuwał tosta z miodem. Nie smakował mu ten polski miód. Może jakiś sztuczny podali? W tej Unii Europejskiej wszystkiego się można spodziewać.
- Co jest, trenerze? - zagadnęła go wysoka dziewczyna, ostrzyżona na chłopczycę. - Nie smakuje śniadanko?
Trener reprezentacji spojrzał na zegarek. Za dziesięć ósma.
- Siadaj, Karin, pogadamy.
Siatkarka odsunęła krzesło i posadziła na nim swój zgrabny tyłek, co nie uszło uwadze Rafaelova, połykającego ogromny kawałek mięsa.
- Znasz zasady - szepnął Price. - Co wy, do cholery, wyprawiacie?
- Ale o co trenerowi chodzi? - Karin zrobiła zdziwioną minę.
Udaje czy będzie ją kryć? A może to był jednak błąd z tą Kati? Co za koszmarne śniadanie.
- Nie udawaj - syknął. - Gdzie jest Kati?
- A, o to chodzi. - Dziewczyna rozejrzała się po sali. - Nie wiem, może poszła do kuchni po jajecznicę?
- Czy ty sobie ze mnie żarty stroisz?
- Skąd? - Karin wydęła usta. - Nie mam pojęcia, o co biega.
- Pojutrze nasz pierwszy mecz. Ustaliliśmy, że do końca rozgrywek grupowych zero imprez, tak? Dyscyplina, tak? Żadnych wypadów na miasto, tak?
- No tak - przyznała z pokorą Karin.
- To może ty, kapitan tej cholernej drużyny, powiesz mi, gdzie się podziewa nasza gwiazda. Bo nie zeszła na śniadanie, czym złamała ósmy punkt regulaminu.
- Trenerze, ale ja... - Karin zawahała się. - Ja naprawdę nie miałam pojęcia, że jej nie ma. Słowo honoru. To może... zaraz zadzwonię i...
Price wyjął z kieszeni telefon, włączył i pokazał zawodniczce.
- Dzwoniłem pięć razy. Ma wyłączoną komórkę.
- Strasznie mi głupio. - Karin próbowała się uśmiechać. - Pójdę po nią.
- Teraz to już sam po nią pójdę. Widzimy się za dziesięć minut u mnie w pokoju.
2
Leo Price miał pięćdziesiąt pięć lat, metr siedemdziesiąt w kapeluszu i solidne zakola. Trzymał się prosto i nie musiał wciągać brzucha, żeby wyglądać na wysportowanego faceta. Odkąd odszedł z wojska, dbał o formę; nieznajomi dawali mu góra czterdzieści wiosen. Potrafił doskonale panować nad nerwami. Może dlatego został saperem. Miał okazję zasłużyć się w wojnie libańskiej, która zaczęła się w 1982 roku.
Kiedy Karin weszła do pokoju, nawet się nie poruszył. Stał wpatrzony w okno, z rękami założonymi na piersiach.
- Co jest? - zapytała.
Siedzący na fotelu Dor Rafaelov wstał i popatrzył jej prosto w oczy.
- Czekamy do południa - rzucił, po czym minął ją i zniknął za drzwiami.
Price powoli odwrócił się do Karin. Ruchem głowy wskazał na fotele. Usiedli naprzeciwko siebie.
- Nigdzie jej nie ma - zaczęła.
- Wiem - odparł spokojnie. - Zdajesz sobie sprawę ze skali problemu?
- Niestety tak.
- Wątpię. Pozwól, że pokrótce ci wytłumaczę, na czym stoimy. O dziesiątej zaczynamy trening. Jeżeli pieprzona Kati pojawi się na nim, powinienem ją wyrzucić za złamanie regulaminu i zawiesić na jeden mecz. Jeżeli to zrobię, cholerni dziennikarze rozkręcą z tego wielką narodową aferę. Jeżeli rozkręcą z tego aferę, to nie da się jej ukryć przed zawodniczkami i jesteśmy ugotowani już przed pierwszym meczem. Być może drużyna wstawi się za nią, co nawet nie byłoby takie głupie. Mogę też jej nie zawieszać. Ale wtedy podepczę zasady, które sam wprowadziłem. Z tym mógłbym żyć. Media nie. A komu się najwięcej dostanie? Mnie! Czyj to był pomysł przywrócić do kadry Kati Israel? Leo Price'a! Kto odpowiada za konflikt w zespole? Leo Price!
- Jaki konflikt, trenerze? - przerwała mu.
- Ale media tak to przedstawią! Wszystko, co budowaliśmy przez ostatni rok, może zostać zniszczone jednym głupim wyskokiem. Jestem pewien, że dziennikarze już wiedzą, że nie zeszła na śniadanie. Już wiedzą, że nie było jej w nocy w hotelu. Jeżeli jeszcze żaden pismak nie wrzucił tej informacji na Twittera, Facebooka czy jakieś inne modne gówno, to tylko dlatego, że chce zrobić z tego dużą sprawę. Może nawet mają już jej zdjęcia z jakiejś dyskoteki.
- Czy jest coś, w czym mogę teraz pomóc, trenerze? - zapytała rzeczowo Karin.
- Tak - warknął Price i raptownie wstał z fotela. - Znajdź ją!
3
Po treningu Leo Price wrócił do hotelu, przebrał się i zamówił taksówkę. Wysiadł tuż przed bramą Cmentarza Żydowskiego, przy ulicy Okopowej. Zrobił się mały korek, samochody z tyłu zaczęły trąbić, ale on niespiesznie rozliczył się co do złotówki z taksówkarzem, sympatycznym chłopakiem z Bródna. Chwilę później nacisnął ciężką metalową klamkę i wszedł do nieistniejącego świata.
Pierwsze kroki skierował ku pomnikowi upamiętniającemu milion najmłodszych ofiar Holokaustu - żydowskich dzieci. Wstąpił na czarne płyty, uformowane na kształt ogromnej menory, i spojrzał w niebo. Dziesiątki rozwrzeszczanych wron krążyło nad cmentarzem. Większość liści opadła już z drzew, ptaki siadały na łysych gałęziach i zaraz podrywały się, irytująco kracząc. Chmury zasnuły niebo szczelną białą powłoką, przez którą nie przebijał żaden promień słońca. Było zimno, wiał wiatr. Ciałem Price'a wstrząsnął dreszcz. Chłód czy przejmujący smutek tego miejsca? Popatrzył na zdjęcia dzieci ułożone na niewielkim stosie kamieni. Z tyłu wznosił się mur z czerwonej cegły, zwieńczony drutem kolczastym. Symbolika getta warszawskiego.
Wyjął z kieszeni jeden z kamieni, które przywiózł z Izraela, i położył na pomniku. Zamknął oczy i powtórzył w pamięci trzy strofy wiersza Mały szmugler Henryki Łazowertówny, który w trzech językach został umieszczony na ścianie po prawej stronie.
A jeśli dłoń losu znienacka
Dosięgnie mnie kiedyś w tej grze,
To zwykła jest życia zasadzka,
Ty Mamo nie czekaj już mnie.
Mały szmugler... gdybym urodził się kilkanaście lat wcześniej, mogłoby tu leżeć moje zdjęcie, pomyślał. Albo nie byłoby żadnego zdjęcia, tylko pył z komina.
Na symbolicznym grobie Janusza Korczaka położył kolejny kamień. Spojrzał na nową stelę nagrobną kilka kroków dalej. Podszedł tam i przeczytał imię i nazwisko. "Data urodzin 1913, data śmierci 2013. Urodzona w Warszawie jako Ruta Bursztyn, uratowała się z Zagłady dzięki swej woli życia i pomocy Polaków".
Szedł główną aleją do grobu Marka Edelmana, znajdującego się obok symbolicznego pomnika Bundu z płaskorzeźbą brodatego bojownika, trzymającego w górze nad głową zaciśniętą pięść z granatem, a w drugiej ręce karabin. "Bundowcom, cukunftowcom, bojownikom getta warszawskiego". Z tyłu stała samotnie wysoka macewa zmarłego w 1965 roku Michała Szuldenfreia.
Potem skręcił w uliczkę czwartą i minął groby rodziny Pinkiert. Józefa Izaaka, który zmarł w 1998 roku, przeżywszy lat osiemdziesiąt, Józefa, zamordowanego w listopadzie 1942 roku przez "siepaczy hitlerowskich" w wieku czterdziestu dwóch lat, Eliasza, zamordowanego 18 sierpnia 1942 roku w wieku lat osiemdziesięciu, oraz Mojżesza, lat trzydzieści dziewięć, z datą śmierci dziewiąty sierpnia 1942. Ostatnia płyta była popękana, a tablica czarna od pleśni, ledwo czytelna.
Szedł wolno, spoglądając raz na prawo, raz na lewo. Ziemia pokryta była złotymi, czerwonymi i rudymi liśćmi. Przez chwilę miał wrażenie, że znalazł się na polanie usłanego liśćmi magicznego lasu, w środek którego jakiś olbrzym zrzucił z wielkiej wysokości setki macew, a one powbijały się byle jak i byle gdzie. Większość z nich była przechylona - do przodu, do tyłu, na bok. Wiele było połamanych, popękanych czy ukruszonych.
Po prawej minął kwaterę Wawelbergów, z wysokim katafalkiem Henryka, zmarłego w 1891 roku, i dużo mniej efektownym grobem jego syna Hipolita, fundatora osiedla tanich mieszkań robotniczych, stojącego po dziś dzień na Woli przy ulicy Górczewskiej.
Zatrzymywał się, czytając niektóre inskrypcje. "Nasz niewinny i ukochany ojciec". "Nasz umiłowany syn, który był poważanym, młodym człowiekiem". "Nasz ukochany ojciec, dobry wierzący człowiek, cieszący się owocami swojej pracy". "Skromna i dobra kobieta".
Na jednej z macew zobaczył dłonie złączone kciukami i palcami wskazującymi, a nad nimi koronę. Gest kapłańskiego błogosławieństwa. Na innych lwa skierowanego pyskiem ku księdze czy dłoń z dzbanem.
Po kilkudziesięciu krokach skręcił w prawo, w wąską alejkę. Liście szeleściły pod stopami, a wrony hałasowały wśród gałęzi. Kra, kra, kra. Z lewej miał szpaler macew, niektóre były tak wysokie, że sięgały jego głowy. Minął kilka podłużnych nagrobków, na których leżały pęknięte na pół płyty. Nagrobki były w środku wypełnione kolorowymi liśćmi. Szedł dalej, aż zobaczył po prawej stronie posąg kobiety naturalnych rozmiarów. Stojąc w długiej sukni i chuście na głowie, oparła się na obelisku, kryjąc twarz w ramionach. To nagrobek Stefanji Mosin z Moszkowskich, zmarłej w 1929 roku, dłuta Abrahama Ostrzegi.
Skręcił w lewo i stanął przy katafalku z rozbitą płytą nagrobną. "Marcin Levy. Umarł dnia 21 maja 1875 r., nie skończywszy lat osiemnastu". Rozejrzał się. Zrobił kilkanaście kroków w kierunku kwatery trzydzieści osiem i znalazł się w części kirkutu, w której stele nagrobne były osadzone gęściej. Poczuł, jakby otaczało go istne morze macew. Po horyzont tylko drzewa, liście i przechylone nagrobki. Wiele było roztrzaskanych, dziesiątki płyt leżało na ziemi, niemal całkowicie przykrytych liśćmi. W głębi lasu zobaczył zwalone drzewo, przygniatające kilka grobów.
Doszedł do kwatery trzydziestej siódmej, jeszcze kilkadziesiąt kroków i stanął na ścieżce, z której widać było Cmentarz Powązkowski. Dwa żyjące obok siebie narody. Dwa leżące obok siebie cmentarze, pomyślał. Odgrodzone murem.
Ścieżka oddzielała kwaterę trzydzieści osiem od osiemdziesiątej ósmej. Miał przed sobą niewielką polanę, obrosłą chaszczami, a na niej kilkanaście grobów. Podszedł do jednego z nich, wyjął z kieszeni kamień i położył na macewie.
1
Łysiak czuł się fatalnie. Za dużo zjadł, za dużo i za szybko pił. Zanim się zorientował, sałatka, którą w pośpiechu pochłonął kilkadziesiąt minut wcześniej, wylądowała na marynarce jakiegoś łysego faceta w okularach. Żeby nie zarzygać sobie ubrania kolejnym wyrzutem, popędził do łazienki. Biegł korytarzem z prędkością światła, trzymając rękę na ustach, jakby mogło to w jakimś stopniu zapobiec katastrofie gastrycznej. Nawet nie zauważył, że minął jedną toaletę. Kiedy wreszcie dopadł do jakichś drzwi z trójkątem, runął do środka jak taran i rzutem na taśmę znalazł się z twarzą w sedesie. Zdążył. Co za ulga.
Mężczyźni, którzy stali obok siebie przy pisuarach, spojrzeli na niego ze zdziwieniem. Starszy z nich odwrócił się szybko do młodszego i syknął przez zęby:
- Daję ci miesiąc.
Po czym wyszedł, zostawiając kolegę sam na sam z jękami pijanego Łysiaka.
2
Inauguracja mistrzostw świata wypadła wspaniale. Poza obrzyganiem garnituru jednego z zaproszonych na raut dyrektorów, wszystko przebiegało zgodnie z planem. Mieczysław Przegroda, prezes Narodowej Federacji Siatkówki, z uśmiechem na twarzy przyjmował gratulacje. Efektowna ceremonia otwarcia i szybkie zwycięstwo reprezentacji Polski nad Serbią 3:0 wprawiło zebranych oficjeli w szampański nastrój. Przyjęcie, odbywające się w dostępnej tylko dla wybranych strefie VIP, wkraczało właśnie w decydującą fazę. Mecz zakończył się tuż przed dwudziestą drugą i już dziesięć minut później szampan polał się strumieniami do gardeł wszystkich zasłużonych dla polskiej siatkówki. Z prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej Egonem Kirszem na czele.
- Brawo! Brawo, maestro! - ryknął Kirsz i wzniósł w górę kieliszek dom pérignon blanc vintage 2000, patrząc na rozbawionego Przegrodę.
Prezes Narodowej Federacji Siatkówki ukłonił się uprzejmie i dorzucił z energią:
- Za obecnego i przyszłego prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, pana Egona Kirsza!
Sala rozbrzmiała okrzykami rozentuzjazmowanych VIP-ów, pragnących przypodobać się wciąż urzędującej głowie państwa.
- Na zdrowie!
- Niech żyje!
- Za Kirsza!
Kiedy z ust zgromadzonych posypały się kolejne toasty, Kirsz dyskretnie wyszedł z sali bankietowej. Po chwili siedział w małej loży, z której rozciągał się doskonały widok na płytę główną stadionu. Przegroda, ze szklanką whisky w dłoni, uśmiechał się do prezydenta przyjaźnie. Stojący przy drzwiach Novak Koźmiński, szef ochrony głowy państwa, udawał obojętność, dłubiąc paznokciem małego palca w zębach.
- Pięknie to zorganizowałeś - rzucił Kirsz. - Dziękuję.
Prezes polskiej siatkówki spojrzał na boisko, wybudowane na środku Stadionu Narodowego. Pokiwał głową w zamyśleniu, po czym odparł:
- Nie ma za co. Teraz twoja kolej. Widziałem dzisiejsze sondaże. Jest dobrze.
Na te słowa Novak wyprostował się odruchowo.
- Mietek, w polityce nigdy nie jest dobrze. - Kirsz zacisnął lewą pięść. - Nie w demokracji. Zawsze jesteś po kryzysie, przed albo w trakcie. Te sondaże, które widzisz, są gówno warte. To lipa. Blef.
- Ja się tam w politykę nie mieszam. - Przegroda zamoczył usta w bursztynowym płynie.
- Jestem ci wdzięczny i umowy dotrzymam. A teraz wybacz, na nas już czas. Wchodzimy w decydującą fazę kampanii. - Kirsz wstał z fotela i spojrzał wymownie na Novaka. Zrobił krok w kierunku drzwi, ale Przegroda błyskawicznie zerwał się ze swojego miejsca i chwycił prezydenta za ramię.
- Liczę na ciebie. Liczę... że wygrasz.
Kirsz spojrzał mu prosto w oczy.
- Ja też. W przeciwnym razie nie byłoby mnie tutaj.
3
Szli korytarzem w otoczeniu obstawy. Novak Koźmiński trzymał się pięć kroków za prezydentem. W pewnej chwili dostrzegł otwierające się drzwi od jednej z sal. Odruchowo sięgnął pod marynarkę, ale po chwili uspokoił się. Tłustawa postać, która wytoczyła się na korytarz, wydała mu się dziwnie znajoma. W ciągu trzech sekund jego mózg przeskanował kilkaset obrazów. Kiedy mijali mężczyznę, spojrzał w jego mętne oczy. Idiota z Krakowa.
4
Łysiak zatoczył się lekko i wpadł na drzwi. Kiedy oparł się na klamce, w jednej chwili znalazł się na korytarzu, twarzą w twarz z prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej. Zdębiał. Stał jak zahipnotyzowany, nie wiedząc, co zrobić. Zasalutować? Ukłonić się? Przywitać? Zanim podjął decyzję, obstawa zniknęła za zakrętem. Miał już nieźle w czubie, ale czuł, że to jego dzień, jego wieczór. Otwarcie się udało, jutro mecze w Krakowie. Pięknie jest! Poczłapał w kierunku sali bankietowej. Kiedy tam dotarł, od razu odnalazł wzrokiem ministra sportu.
- Panie ministrze, pozwoli pan, że się przedstawię, jestem... - Łysiak kiwał się w tył i w przód i wyglądał, jakby zaraz miał zwrócić krewetki królewskie, które pochłonął podczas trzeciego seta. - Łysiak. Robert Łysiak. Jestem tu z prezydentem Krakowa, panem...
- Proszę wybaczyć, ale muszę się zająć żoną. - Minister zniknął Łysiakowi z oczu z prędkością sprintera. Jak na byłego sportowca przystało.
- O... nie ma sprawy, panie ministrze - wybełkotał Łysiak i namierzył kolejną ofiarę. Żonę prezesa Narodowej Federacji Siatkówki. - Pani pozwoli, młoda damo, Łysiak. Kraków. Polska.
Złapał ją za rękę, próbując szarmancko ucałować dłoń. Zszokowana, blisko sześćdziesięcioletnia kobieta nie stawiała oporu. Łysiak był niezwykle zapobiegawczy. Dłoń kobiety przyciągnął sobie do ust, bo wolał się nie nachylać, żeby nie doprowadzić do torsji. Biorąc pod uwagę różnicę wzrostu, Łysiak miał blisko metr dziewięćdziesiąt, kobieta zaś niecałe metr sześćdziesiąt, gest ten spowodował znaczne komplikacje. Zaskoczona prezesowa upuściła talerzyk, trzymany w drugiej ręce. Jego zawartość znalazła się na sukni jej interlokutorki, niemłodej, ale dobrze utrzymanej kochanki prezesa dużej spółki węglowej. Kochanka odskoczyła w tył, próbując ratować wypożyczoną od Zienia kreację. Trafiła plecami w plecy kelnera, który stał przed wicepremierem z tacą pełną kieliszków czerwonego wina, pysznego bordeaux chateau montrose.
- Co pan... - zdołał wydusić z siebie wice, zanim pochłonął go czerwony wodospad, wart jakieś trzy tysiące złotych. To i tak trzy razy mniej niż garnitur, który nadawał się teraz do kosza. Całe szczęście, że zegarek miał wodoodporny.
- Co za potworny cham! - wrzasnął Łysiak, i nieświadomy, że to on był pierwszym ogniwem tego łańcucha nieszczęść, podbiegł do kelnera i zaczął go okładać pięściami. - Ja ci dam, gnoju! Premiera olewasz?!
Adam Nowacki, prezydent Krakowa, obserwował całą sytuację z odległości kilkunastu kroków. Kiedy chwilę wcześniej zobaczył, jak zataczający się Łysiak podchodzi do ministra sportu, chciał wkroczyć do akcji i wyprowadzić pijanego współpracownika z sali. Byłby to zrobił, gdyby nie prezes giełdy, który akurat w tym momencie podszedł do niego z jakimś bzdurnym pytaniem. Po kilkudziesięciu sekundach wydarzyła się katastrofa. Nowacki ukrył twarz w dłoniach. Zapowiadała się ciężka noc, a zniszczony garnitur wicepremiera mógł się okazać najmniejszym z problemów.
5
Hotelowy pokój Price'a zamienił się w sztab dowodzenia. Dochodziła dwudziesta trzecia, ale nikomu nie chciało się spać. Ani trenerowi, ani żadnej z czterech innych znajdujących się tam osób.
- Kati nie pojawiła się wczoraj na treningu, więc zaczęliśmy poszukiwania. - Dor Rafaelov mówił spokojnie, wolno przenosząc wzrok z jednego uczestnika spotkania na drugiego. - Shelina, która mieszka z nią w pokoju, opowiedziała nam ze szczegółami, co się działo we wtorek wieczorem.
Współlokatorka Kati kiwnęła głową na potwierdzenie słów szefa ochrony.
- Rozmawiałem z ochroną hotelu, przejrzałem kilka nagrań z kamer ulokowanych przy każdym z wejść głównych. Resztę zapisów zabezpieczyłem.
Dor spojrzał na stojącego obok Price'a mężczyznę. Miał wrażenie, że już kiedyś go spotkał. Może na jakimś szkoleniu? Szef ochrony ambasady Izraela miał nie więcej niż czterdzieści lat, szkła kontaktowe zmieniające kolor oczu na zielony i krótko przystrzyżone rude włosy. Dor był pewien, że ufarbowane. Nie pasowały do jego ciemnej karnacji.
- O dwudziestej drugiej dwanaście Kati wyszła z hotelu i poszła w kierunku parku Rydza-Śmigłego - kontynuował Dor, nie patrząc w notatki, które trzymał w ręku. - O dwudziestej drugiej pięćdziesiąt trzy wysłała do Sheliny esemesa o treści: "Wrócę późno". Shelina odpowiedziała "OK", na co Kati przesłała uśmiechniętą buźkę. To ostatni kontakt, jaki z nią mieliśmy, to znaczy, jaki miała z nią Shelina.
- W porządku - wtrącił rudy. - Mam kilka pytań.
- Proszę - odparł chłodno Dor.
- Przepraszam - rzuciła Shelina. - Spóźniłam się chwilkę, więc nie bardzo wiem, kim pan jest.
- Pułkownik Ami Nissim, szef ochrony ambasady Izraela. Wystarczy? - Nissim spojrzał chłodno na Shelinę i mając nadzieję, że zgasił siatkarkę, otworzył usta, żeby coś powiedzieć. Jednak Shelina nie dawała się.
- A stan cywilny? - wypaliła.
Karin uśmiechnęła się pod nosem, ale Price'owi nie było do śmiechu, więc warknął:
- Masz coś jeszcze do powiedzenia?
Shelina Puchalski, która przyjaźniła się z Kati i na każdym zgrupowaniu zajmowała pokój razem z nią, wydęła wargi i odwróciła głowę.
- Mogę? - zapytał Nissim.
Dor przyglądał się tej scenie z irytacją. To był jego osiemnasty wyjazd z kadrą. Zdawał sobie sprawę, że odkąd do reprezentacji wróciła Kati Israel, lekko nie będzie. Czuł, że jeżeli tym razem wydarzyło się coś poważniejszego, zostanie obciążony winą. Powinien wiedzieć, dokąd wybrała się Kati. Wciąż jeszcze łudził się, że to tylko kolejny imprezowy wypad zawodniczki. Podczas Mistrzostw Europy w Helsinkach zniknęła na trzy dni. Imprezowała z jakimiś studentami ze Stanów. Miał nadzieję, że pierwszy tydzień w Polsce będzie spokojny, że przynajmniej do pierwszego meczu uda się trzymać wszystko w ryzach, bez żadnej afery czy skandalu obyczajowego. Teraz już wiedział, jak bardzo się pomylił. I że jest umoczony po uszy.
- Kati Israel zniknęła czterdzieści osiem godzin temu - mówił Nissim głębokim, niemal teatralnym głosem. - A to oznacza, że musimy zawiadomić tutejszą policję i rozpocząć oficjalne poszukiwania. Pan Rafaelov przekazał mi zapisy swoich rozmów z Sheliną Puchalski i Karin Ravitz. Ale to za mało. Niezależnie od działań polskich służb my robimy swoje. Moi ludzie przesłuchają teraz wszystkie zawodniczki.
- Teraz? - jęknął Price.
- Tak, teraz.
- Ale jutro pierwszy mecz. Dochodzi północ. - Price spojrzał z nadzieją w zielone oczy Nissima. - Jutro zaczynamy turniej.
- Przykro mi. Ktoś nie dopilnował swoich obowiązków, więc ktoś inny musi to teraz naprawić.
Dor poczuł, jak dreszcz przebiega mu po plecach.
- Panie pułkowniku, chciałbym prosić o wyrozumiałość. - Price nie dawał za wygraną.
- Panie poruczniku, kto jak kto, ale pan najlepiej powinien wiedzieć, że są pewne procedury. - Nissim celnie odbił piłkę.
- Tak. - Trener skinął głową. - Jasne, nie ma sprawy. Proponuję, żeby rozmowy odbyły się w moim pokoju. Chciałbym być przy nich obecny.
- No waśnie - wtrącił Dor. - Ja także, jeśli to nie problem.
- Nie ma takiej możliwości. Wszystkie zawodniczki zostaną przewiezione na teren ambasady i tam przesłuchane przeze mnie oraz moich ludzi.
- Co? Nigdzie nie jadę! To jakaś komedia! - wrzasnęła Shelina. - Co wy sobie wyobrażacie? Nigdzie się stąd nie ruszę.
- Będziemy was wozić dwoma samochodami po trzy osoby, tak na zmianę. Do piątej rano powinniśmy się z tym uporać - kontynuował Nissim. - A pani akurat nie musi jechać. Na razie wystarczy mi to, co dostałem od Rafaelova.
Price westchnął.
- Może oszczędzi pan przynajmniej pierwszą szóstkę? Właściwie czwórkę, skoro Karin i Shelina zostały już przesłuchane.
- Co najwyżej mogę je wziąć na pierwszy ogień - odparł Nissim.
Kiedy obie siatkarki wyszły z Price'em budzić swoje koleżanki, Nissim i Rafaelov zostali w pokoju sami. Dor czuł, że to, co zaraz usłyszy, nie będzie miłe.
- Koncertowo pan to spieprzył - walnął Nissim. - Jeżeli tej dziewczynie coś się stało, nie chciałbym być w pańskiej skórze, Rafaelov.
- Co mogę powiedzieć? - mruknął Dor. - To mój osiemnasty wyjazd z kadrą. Nigdy nic mi się nie wymknęło spod kontroli. A już na pewno nie coś tak dużego jak dwumetrowa siatkarka.
- Zawsze musi być ten pierwszy raz... - odparł Nissim - kiedy się daje dupy.
1
Marek Janik drzemał na dużym łóżku w sypialni, obok spała jego trzymiesięczna córeczka, Klaudia. Dochodziła północ. Gdy zadzwonił telefon, od razu zerwał się na równe nogi. Spojrzał na małą, potem na drzwi. Sylwia zasnęła na kanapie w salonie, przy włączonym telewizorze. To nie pierwszy raz, kiedy zmęczony odpływał, leżąc obok córki. Tylko przymknę oczy, tłumaczył sobie, a potem budził się w środku nocy, gdy przychodził czas karmienia i Sylwia krzątała się koło Klaudii, próbując go nie budzić.
Spojrzał na komórkę i odebrał, szepcząc. Ubrał się, po czym wziął śpiącą żonę na ręce i przeniósł do sypialni.
- Co się dzieje? - zapytała, nie otwierając oczu.
- Nic, śpij, jadę do pracy.
Pół godziny później wbiegał do bramy budynku przy ulicy Wolność 2B na warszawskiej Woli. Przy krawężniku parkowało kilka radiowozów. Nieco dalej stał samochód techników. Mundurowi wskazali mu drogę.
Piwnica była słabo oświetlona. Wszędzie kręcili się ludzie w białych kombinezonach. Na miejsce przybył już prokurator Edward Okoński. Janik założył rękawiczki i ochraniacze na buty.
- Co jest? - rzucił na powitanie.
- Kobieta, około trzydziestu, może trzydziestu trzech lat. Znalazł ją mieszkaniec kamienicy. Leży tu prawdopodobnie od wczoraj. Tak na oko. - Prokurator mrugnął do Marka.
To miał być żart? - pomyślał Janik. Zaczął oglądać pomieszczenie. Podszedł do zwłok.
- Ładna, nie? - szepnął prokurator, stając obok.
- Uraz głowy? - zapytał Marek, lekceważąc zaczepkę.
- Na to wygląda, ale poczekajmy na wynik sekcji. Może zadławiła się orzeszkami? - Prokurator szturchnął Marka w bok.
Jeszcze jeden dowcip i mu przywalę. Marek uważnie przyglądał się zwłokom.
- Długa jakaś taka - mruknął.
- Też to zauważyłem - dodał Okoński. - To była piękna wysoka dziewczyna. Od razu widać, że wysportowana. Mój typ.
- A jaki jest twój typ? - rzucił Marek w zamyśleniu.
- Wysokie, wysportowane, z dużym biustem. Sportsmenki lubię. Wiesz... lekkoatletki, koszykarki, siatkarki.
- Siatkarki? - zdziwił się Marek i przeniósł wzrok na prokuratora. - Siatkarki... czy dzisiaj przypadkiem nie było inauguracji mistrzostw świata na Narodowym?
- Była. Piękny mecz! Nasze dziewczyny skopały Serbki trzy zero. Ale grały, mówię ci.
Marek machnął lekceważąco ręką i mruknął z niezadowoleniem:
- No to zabierajmy się do tej... siatkarki.
2
Prezydent Kirsz pojawił się o 3:15. Miał na sobie granatowy garnitur i błękitną koszulę bez krawata. Novak z zadowoleniem skonstatował, że prezydent zdążył wziąć szybki prysznic, ogolić się, wklepać w policzki wygładzający krem i ułożyć włosy, mimo że obudzono go po dwóch godzinach snu. Wyglądał, jakby miał za chwilę wejść do studia telewizji śniadaniowej. Jak zawsze przystojny i energiczny. Klasa, pomyślał szef ochrony pierwszego człowieka w państwie.
Ambasador Izraela Mordechai Feigenbaum czekał niecałe pół godziny. Kirsz spojrzał na niego pełen obaw. Poznał zarys sprawy od swoich ludzi, ale większość szczegółów była mu obca. Nie żyje jakaś Żydówka. No i co z tego? Nie potrzebowali żadnej afery podczas kampanii. Szczególnie związanej z Izraelem.
- Panie prezydencie. - Mordechai Feigenbaum wstał i ukłonił się.
- Panie ambasadorze - odparł Kirsz i wskazał na fotele.
Spotkanie odbywało się w niewielkiej salce Pałacu Prezydenckiego, wyposażonej w oryginalne meble z okresu Królestwa Polskiego. Gdyby dokładnie obejrzeć niektóre z nich, można by znaleźć na konstrukcji wypalone "AI", czyli "Aleksander I". Po utworzeniu Kongresówki powołano w Warszawie Zarząd Pałaców Carskich. Meble znajdujące się w rezydencjach imperatora Rosji i króla Polski stemplowano znakiem C.Д. lub później pieczęcią ВАР. ИМПЕР. ДВОРЦЫ (Warszawa. Carskie. Rezydencje). Kiedy tron obejmował nowy car, wypalano kolejne litery i cyfry rzymskie symbolizujące kolejnego władcę. Po "AI" było to "MI", czyli Mikołaj I, i "AII" - Aleksander II.
Novak zajął miejsce na sofie, pięć metrów od nich. Feigenbaum w milczeniu przyglądał się prezydentowi. Zauważył, że jego pociągła, lekko opalona w solarium i z pozoru wypoczęta twarz była napięta jak struna. Kirsz miał pięćdziesiąt osiem lat i mimo diety i regularnych ćwiczeń na siłowni, odczuwał trudy wyczerpującej kampanii wyborczej.
Prezydent również milczał, zastanawiając się, co go czeka w ciągu najbliższych minut. Kolejny cios? A może wręcz przeciwnie? Jakiś dar od losu, który odwróci niekorzystny bieg wydarzeń i słabnącą pozycję w sondażach. Tych nieoficjalnych.
- Proszę przyjąć wyrazy współczucia - zaczął po chwili. - Dowiedziałem się pół godziny temu. Bardzo mi przykro.
- Dziękuję, panie prezydencie. - Feigenbaum władał perfekcyjną polszczyzną. - Sytuacja nie wygląda najlepiej.
Kirsz zmarszczył brwi i spojrzał na Novaka, swojego najbliższego współpracownika i powiernika, choć tylko w randze szefa ochrony. Co jest? Instynkt. To było silniejsze od niego. Novak przełknął ślinę. W tym momencie jedynie tyle był w stanie zdziałać.
- Zrobimy, co w naszej mocy... - Kirsz zawiesił głos. - Czy pan ambasador ma jakąś wiedzę, która może pomóc nam w śledztwie?
Feigenbaum pokręcił głową.
- Szkoda - powiedział cicho prezydent.
- To nie wam trzeba pomóc w śledztwie. - Ambasador zdjął okulary i zaczął się nimi bawić. - My je będziemy prowadzić, panie prezydencie. Oczywiście za pana aprobatą.
- Nie rozumiem.
- Ponieważ zamordowano obywatelkę Izraela...
- Pan wybaczy, ambasadorze, ale dochodzenie leży w gestii polskiej policji - przerwał mu Kirsz.
- Ponieważ na terenie warszawskiego getta... zamordowano obywatelkę Izraela... - uzupełnił Feigenbaum, lecz nie dane mu było dokończyć.
- Co takiego? - Kirsz wytrzeszczył oczy. Gdyby spojrzał na Novaka, zobaczyłby, że ten zrobił to samo.
- Na terenie warszawskiego getta zamordowano Żydówkę, panie prezydencie. Aż ciśnie się na usta określenie... znowu...
- Nie no, pan wybaczy, ambasadorze, ale to jakaś kpina! - Kirsz poderwał się z fotela. - Jakiego getta? Co "znowu"? Jak pan może?
Feigenbaum założył okulary, wstał i popatrzał na Kirsza.
- Pan wybaczy, panie prezydencie, źle się wyraziłem - kontynuował rzeczowo. - Zamordowano Żydówkę w kamienicy, leżącej w granicach dawnego getta.
Gdyby ktoś mógł teraz zajrzeć w głowę Novaka Koźmińskiego, zobaczyłby, jak palą się zwoje i komputer jest bliski przegrzania.
- Panie ambasadorze - wtrącił się do rozmowy. - Skąd ma pan te informacje?
Ambasador odwrócił się w jego kierunku i powiedział spokojnie:
- Ponad dwie doby temu zaginęła jedna z naszych siatkarek. Od razu poinformowano ambasadę. Wczoraj o dwudziestej trzeciej trzydzieści zaginięcie zgłoszono polskiej policji. Około północy znaleziono zwłoki jakiejś kobiety w jednej z piwnic na Woli. Szybko połączono te fakty. Około pierwszej trzydzieści zidentyfikowano ofiarę. Szef ochrony naszej placówki oraz człowiek z ochrony drużyny pracują nad tym od kilkunastu godzin.
- Czy polskie służby zostały poinformowane, że prowadzicie jakieś akcje na ich terenie? - zapytał twardo Koźmiński.
Feigenbaum wzruszył ramionami.
- To nie były żadne akcje, szanowny panie. Szukaliśmy zguby.
- Czy zdaje pan sobie sprawę z tego, że gdybyście zgłosili zaginięcie od razu, być może dziewczyna by żyła? - naciskał szef ochrony Kirsza, czując, że ktoś tu popełnił błąd.
Prezydent błyskawicznie wyczuł jego intencje. To może być owocne spotkanie, pomyślał. Agenci z ambasady Izraela dali ciała? A może sam ambasador zlekceważył to i teraz ma kłopot?
- Zrobiliśmy, co w naszej mocy - odparł Feigenbaum.
Aha, czyli już przyznają się do błędu. Kirsz spojrzał na Koźmińskiego i delikatnym ruchem głowy dał mu znak, żeby odpuścił.
- Co pan proponuje? - zapytał ambasadora.
- Być może zabójstwo naszej siatkarki to czysty przypadek. Ale nie możemy wykluczyć, że miejsce nie jest przypadkowe - odparł Feigenbaum.
- Ale dlaczego przychodzi pan z tym do mnie, a nie do premiera czy ministra spraw wewnętrznych?
- Bo to pan, panie prezydencie, najbardziej z was trzech potrzebuje teraz pomocy. A więc to pan będzie skłonny do współpracy. - Ambasador uśmiechnął się przyjaźnie. - Warto sobie pomagać, prawda?
- Co ma pan na myśli, twierdząc, że potrzebuję teraz pomocy?
- Jest pan cztery punkty procentowe za Joanną Brodzicką.
- Bzdura! Nie widział pan wczorajszych sondaży?
Ambasador tym razem roześmiał się głośno.
- No dobrze, wiem, że tracę - przyznał prezydent. - Ale jeszcze sporo czasu do pierwszej tury.
- Niecały miesiąc... No cóż... Pierwszej tury nie uratujemy, ale zaatakuje pan w drugiej, prawda? - szepnął ambasador.
Kirsz przytaknął bez słowa.
- Śledztwo tu, w Warszawie, będzie prowadzić nasz człowiek. Wyznaczycie kogoś od was do pomocy. Kogoś dobrego. Bardzo dobrego. Ale to my kierujemy sprawą. A wy... - Feigenbaum ruchem głowy wskazał na Novaka - ...trzymacie rękę na pulsie. Żeby wam się ten polski glina nie wymknął spod kontroli.
- Brzmi rozsądnie - rzucił prezydent i zwrócił się do Novaka: - Jak myślisz?
- Da się zrobić - mruknął szef ochrony. - Ale jeżeli tak to ma wyglądać, śledztwo trzeba oficjalnie umorzyć. To musi być wypadek, a nie morderstwo. Gdy znajdziemy sprawcę, dochodzenie się ewentualnie wznowi.
Ambasador skinął potakująco głową.
- Dorzucimy okrągły milion złotych do pana kampanii - powiedział po chwili. - Po wejściu do drugiej tury.
- Nie - rzucił twardo Kirsz. - Drugi raz nie dam się zrobić w balona. Co było przy pociskach Arrow Trzy? O mało nie wsadziliście mnie na minę. Chcieliście mi wepchnąć kota w worku. Rok lobbowaliśmy, a potem okazało się, że są problemy z tym cholernym systemem. Że faza testowa się przeciąga. A my ponieśliśmy konkretne koszty!
Ambasador spoważniał i czekał na ofertę Kirsza.
- Trzy miliony. Z góry. Mamy otrzymać pieniądze w przyszłym tygodniu.
- Pan wybaczy, panie prezydencie, ale trzy miliony za jedno śledztwo to chyba lekka przesada.
- To zaległe rozliczenie za Arrow Trzy. I będziemy kwita.
- Muszę się skonsultować.
- Chcecie legalnie prowadzić własne śledztwo w obcym kraju? Jakiś izraelski glina ma mieć wolną rękę w tej sprawie, pod nosem prokuratury i Komendy Stołecznej, a pan się jeszcze targuje? I do tego morderca ma pewnie trafić pod Ścianę Płaczu bez ekstradycji? Ile dla pana jest warta śmierć tej biednej Żydówki?
Ambasador stał naprzeciw prezydenta i milczał. Przechylił lekko głowę i zmrużył oczy. Kirsz spokojnie czekał. Novak czuł, że są górą. Czuł, że jeszcze się odwrócą losy kampanii.
- Dwa miliony - powiedział w końcu Feigenbaum. - I ani złotówki więcej.
- Umowa stoi - odparł Kirsz i wyciągnął rękę do ambasadora. - Przelew ma trafić na konto pewnej cypryjskiej spółki. Novak zajmie się stroną techniczną.
3
Godzinę później w tym samym pomieszczeniu Kirsz sączył spokojnie aromatyczną kawę ze śmietanką i wygodnie rozparty na sofie czekał na swojego gościa.
- Siadaj, Mieciu, siadaj. - Uśmiechnął się do prezesa Przegrody, kiedy ten został wprowadzony do sali przez Koźmińskiego. - Może kawki?
- O tej porze to ja śpię, a nie raczę się kawą - syknął prezes, sadowiąc się w fotelu naprzeciwko prezydenta.
- Ja nie mam czasu na takie luksusy, cztery godziny snu to dla mnie norma podczas kampanii.
- Ale ja nie mam kampanii - odciął się Przegroda.
- Tak ci się tylko wydaje, Mieciu.
Prezes Narodowej Federacji Siatkówki odchrząknął, po czym zapytał:
- Dlaczego o wpół do piątej rano zrywają mnie z łóżka twoje draby i przywożą tutaj jak jakiegoś przestępcę?
- Przestępcę? - zdziwił się prezydent. - Raczej gościa specjalnego.
Przegroda przeczesał ręką rozczochrane włosy. Nie zdążył porządnie się ubrać. Pogniecione spodnie od garnituru i sweter naciągnięty na koszulkę polo uświadomiły Kirszowi, że jego gość być może jeszcze nie otrząsnął się z sennego letargu. Trzeba go szybko obudzić, postanowił prezydent.
- To ty masz trupa pod łóżkiem, a nie ja.
- Trupa? Pod jakim łóżkiem? - Przegroda skrzywił się. - Nie rozumiem.
- Dziś w nocy znaleziono zwłoki Kati Israel.
- Co? - Szef siatkarskiej federacji poderwał się z fotela. - Jaja sobie robisz? Co to za wygłupy?
- Niewykluczone, że tę Żydówkę zamordowano w tym samym czasie, kiedy odbywała się impreza otwarcia. Wyobrażasz to sobie? - zapytał spokojnie Kirsz.
- O Matko Boska! - jęknął Przegroda i złapał się za głowę. - O Jezusie Nazareński!
- Przestań się modlić, tylko zacznij myśleć - podpowiedział Kirsz.
- No ale... no ale... - Przegroda opadł bezwładnie na fotel. - Jest trup? Jak jest trup, to co tu można zrobić?
- A bo ja wiem? - rzucił drwiąco prezydent. - Wymyśl coś.
- Jak to się stało?
- Ktoś ją zgwałcił, a potem zamordował.
- Ożeż... - Przegroda skulił się w sobie, a do oczu napłynęły mu łzy. - Co za cholerne gówno! Co za pech! Taka impreza! Taka piękna impreza!
Kirsz w milczeniu obserwował męki prezesa.
- Gwałt na zawodniczce Izraela? Morderstwo! - lamentował Przegroda. - Znam ich metody. Przecież oni zaraz wycofają się z turnieju i oskarżą nas o niedopilnowanie procedur bezpieczeństwa. Skandal na cały świat. Zażądają milionowych odszkodowań. Polskie media mam pod kontrolą, ale to będą kolejne pieniądze. Grube pieniądze. I zawsze może trafić się jakaś menda, co napisze prawdę. A jak zaczną znowu węszyć wokół związku?
- Mieciu, jesteś w czarnej dupie, wiesz?
- Potrafisz pocieszyć człowieka, nie ma co. Mój głos w wyborach masz jak w banku.
Kirsz popatrzył z uwagą na prezesa.
- A od czego są przyjaciele, Mieciu?
- Co? - Przegroda zdawał się nie rozumieć pytania.
- Musimy działać - szepnął prezydent. - I to szybko.
- Ale jak? Jest trup przecież.
- Przyjaciele muszą sobie pomagać, prawda?
- Egon, ja cię błagam, ty mi już oszczędź na dziś niespodzianek. - Przegroda popatrzył prezydentowi prosto w oczy. - Co można zrobić?
- Jak myślisz... gdyby to był nieszczęśliwy wypadek? - Kirsz zawiesił głos. - Bez znamion przemocy na tle seksualnym.
- Brzmi dużo lepiej - westchnął Przegroda.
- Śledztwo szybko by umorzono, nikt by nie węszył. Wizerunek mistrzostw mógłby doznać tylko niewielkiego uszczerbku. A może żadnego?
- Kati Israel to znana zawodniczka, tak zupełnie nie da się tego wyciszyć, ale jeżeli byłby to jakiś wypadek, jestem w stanie opanować media.
- Wyciszymy to. I będę musiał w twoim imieniu dogadać się z ambasadą Izraela.
- W moim imieniu? - Przegroda zmarszczył czoło.
- A kto jest organizatorem mistrzostw? Kto zarabia na tym miliony?
- Daj spokój z tymi milionami.
- Ty myślisz, że to jest do załatwienia na ładne oczy?
- Ile? - spytał rzeczowo prezes.
- Koszta szacuję na jakieś pół miliona.
Przegroda skinął głową.
- W porządku - odparł.
- W ciągu tygodnia kasa musi być na stosownym koncie.
- Będzie.
Kirsz wstał i wyciągnął dłoń do swojego gościa.
- Cholernie przez ciebie ryzykuję, Mietek.
Uścisnęli sobie ręce.
- Masz w tym interes, Egon, a poza tym... - Przegroda uśmiechnął się. - Jesteśmy przyjaciółmi na dobre i na złe, prawda?
- Prawda, Mieciu, prawda. Czym jest te parę euro wobec naszej wielkiej przyjaźni?
Na dźwięk słowa "euro", uśmiech zniknął z twarzy Przegrody. Prezydent Kirsz właśnie na to liczył.
* * *
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji