Rozdział 1
1
Dla niektórych śmierć nie jest wrogiem. O wiele okrutniejszym
przeciwnikiem jest życie. Na przykład dla duchów, przepływających w ciemnościach jak cienie, dla włóczących się po nocy dziwaków o zaczerwienionych oczach, dla ćpunów o trzęsących się rękach życie jest
po prostu bezmyślną podróżą przez morze nieszczęścia, od jednej działki
do drugiej.
Podróż tę wypełniają ból i rozpacz, a czasami strach.
W mroźny poranek 2059 roku w najgorszych dzielnicach Nowego Jorku strach
i rozpacz nie opuszczały biednych i bezdomnych ani na chwilę. Dla
upośledzonych umysłowo i niedoskonałych fizycznie, którzy nie potrafią
się wpasować w struktury społeczeństwa, miasto jest po prostu
więzieniem.
Oczywiście istniało całe mnóstwo programów pomocy społecznej. W końcu
były to czasy oświecone. Tak przynajmniej twierdzili politycy. Partia
Liberalna domagała się nowych schronisk, szkół i szpitali, ośrodków
szkolenia i rehabilitacji, nie mówiąc jednak nic konkretnego na temat
finansowania tych przedsięwzięć. Partia Konserwatywna radośnie obcinała
fundusze na istniejące już programy, a potem wygłaszała płomienne mowy
na temat jakości życia i wartości rodzinnych.
Nadal jednak istniały schroniska dla tych, którzy potrafili znieść dotyk
kościstej, zimnej ręki dobroczynności. Szkolenia zawodowe i programy
pomocy czekały na potrzebujących, jeśli tylko potrafili oni przedrzeć
się przez gąszcz biurokracji, nie tracąc przy tym resztek zdrowych
zmysłów.
Jak zawsze dzieci chodziły głodne, kobiety sprzedawały swoje ciała, a mężczyźni zabijali dla garści żetonów kredytowych.
Chociaż czasy były oświecone, to ludzka natura pozostała tak
przewidywalna jak śmierć.
Nowojorskim bezdomnym styczeń przyniósł mroźne noce, podczas których nie
można się było rozgrzać ani alkoholem, ani nawet zdobytymi gdzieś
nielegalnymi prochami. Niektórzy się poddawali i powłócząc nogami, szli
do schronisk, gdzie mogli się przespać na twardym materacu pod cienkim
kocem lub zjeść trochę wodnistej zupy z kromką pozbawionego smaku chleba
sojowego, podawanego przez bystrookich studentów socjologii. Inni się
nie poddawali, zbyt zagubieni lub zbyt uparci, żeby porzucić swoje
miejsce na chodniku.
Podczas tych zimnych nocy wielu niepostrzeżenie umierało.
Zabijało ich miasto, ale nikt nie nazywał tego morderstwem.
*
Mroźnym świtem porucznik Eve Dallas jechała do centrum miasta,
niecierpliwie bębniąc palcami w kierownicę. Zwykła śmierć bezdomnego na
Bowery nie powinna wywołać większego zamieszania. Takimi przypadkami
zwykle zajmowali się, jak nazywano ich w wydziale, zbieracze sztywnych.
Patrolowali okolice, w których bezdomni najczęściej urządzali swoje
legowiska, oddzielali żywych od martwych i zabierali wyniszczone ciała
do kostnicy, gdzie je badano, identyfikowano, a następnie się ich
pozbywano.
Tę przyziemną i przygnębiającą robotę wykonywali zwykle ci, którzy wciąż
liczyli na awans do bardziej elitarnego wydziału zabójstw lub całkiem
stracili nadzieję na taki cud. Policjantów z wydziału wzywano na miejsce
zdarzenia, tylko gdy przypadek był wyraźnie podejrzany lub śmierć
nastąpiła w sposób gwałtowny.
Tego nieprzyjemnego poranka właśnie na Eve przypadła kolej wyjazdu do
takiego wezwania. Gdyby nie to, leżałaby jeszcze w miłym, ciepłym i wygodnym łóżku u boku męża.
- Pewnie jakiś strasznie przejęty swoją pracą żółtodziób ma nadzieję, że
trafił na seryjnego zabójcę - wymamrotała.
Siedząca obok niej Peabody ziewnęła szeroko.
- Moja obecność jest tu zupełnie zbędna. - Posłała Eve pełne nadziei
spojrzenie spod równo przyciętej, ciemnej grzywki. - Mogłabyś mnie
wysadzić na najbliższym przystanku transportera. Za dziesięć minut
byłabym w domu, w łóżku.
- Skoro ja cierpię, będziesz cierpieć i ty.
- Od razu czuję się mocniej kochana.
Eve parsknęła śmiechem. Wiedziała, że trudno byłoby jej znaleźć kogoś
bardziej niezawodnego i godnego zaufania niż jej asystentka. Nawet o tak
nieprzyzwoicie wczesnej porze zimowy mundur Peabody prezentował się
nieskazitelnie, guziki lśniły, a ciężkie, czarne policyjne buty były
wypolerowane do połysku. Oczy, choć trochę zaspane, na pewno dostrzegą,
co należy.
- Nie miałaś wczoraj jakiejś ważnej imprezy? - zapytała Peabody.
- Owszem, miałam, w Waszyngtonie. Roarke wydał bal dla jakiejś bardzo
ekskluzywnej organizacji charytatywnej. W celu ratowania kretów czy coś
w tym guście. Było tam tyle jedzenia, że można by nim karmić przez rok
wszystkich bezdomnych z Lower East Side.
- O rany, to miałaś ciężki wieczór. Pewnie musiałaś się wystroić,
przejechać prywatnym odrzutowcem Roarke'a i pić szampana. Po prostu
koszmar.
Słysząc ironiczny ton Peabody, Eve tylko uniosła brew.
- Mniej więcej. - Obie wiedziały, że elegancki świat, w jakim Eve
bywała, odkąd w jej życiu pojawił się Roarke, był dla niej źródłem
zażenowania i frustracji. - A potem musiałam tańczyć z Roarkiem. I to
dużo.
- Miał na sobie smoking? - Peabody widziała już męża przełożonej w smokingu. Ten obraz odcisnął się w jej pamięci po wsze czasy.
- Tak. - Dopóki nie wróciliśmy do domu i go z niego nie zdarłam, dodała
w myślach Eve. Bez smokingu wyglądał równie rewelacyjnie.
- O, rany. - Peabody zamknęła oczy i z przyjemnością skorzystała z techniki wizualizacji, której nauczyła się jeszcze w dzieciństwie, od
rodziców, zwolenników Free Age. - O, rany - powtórzyła.
- Wiesz, niejedna kobieta by się mocno wkurzyła, gdyby jej asystentka
pozwalała sobie na wyuzdane fantazje z jej mężem w roli głównej.
- Ale pani jest ponad to, pani porucznik. I właśnie to mi się w pani
podoba.
Eve jęknęła i poruszyła zesztywniałymi ramionami. To wyłącznie jej wina,
że uległa pożądaniu i przez to spała jedynie trzy godziny. Ale służba to
służba, więc musiała zapomnieć o zmęczeniu.
Spoglądała na walące się domy, zaśmiecone ulice. Blizny, narośle i guzy,
wyrastające na betonie i stali.
Smuga pary wydobywała się przez kratę w jezdni, świadcząc o życiu i handlu, toczącym się pod ulicami. Samochód wjechał w nią, jakby
przecinał mgłę unoszącą się nad brudną rzeką.
Dom Eve, od kiedy była z Roarkiem, znajdował się w zupełnie innym
świecie. Żyła wśród polerowanego drewna, skrzących się kryształów,
zapachu świec i kwiatów cieplarnianych. W zapachu bogactwa.
Ale wiedziała też, co znaczy żyć w miejscu takim jak to. W każdym
mieście wyglądało ono tak samo - te same zapachy, rytm dnia,
beznadzieja.
Ulice były niemal opustoszałe. Niewielu mieszkańców tej okropnej
dzielnicy krążyło o tak wczesnej porze po mieście. Uliczne prostytutki i dealerzy już zakończyli swoje nocne interesy i przed wschodem słońca
ukryli się w swych norach. Sklepikarze na tyle odważni, żeby tu
prowadzić sklepy, jeszcze nie usunęli pancernych zabezpieczeń z drzwi i okien. Uliczni sprzedawcy, których desperacja zapędziła w te okolice,
pracowali parami, uzbrojeni w ręczne paralizatory. Spostrzegła
czarno-biały wóz patrolowy i skrzywiła się na widok nieudolnie
zabezpieczonego miejsca zdarzenia.
- Dlaczego, do cholery, jeszcze nie rozstawili sensorów? Wyciągają mnie
z łóżka o piątej rano, a nie zabezpieczyli jeszcze miejsca? Nic
dziwnego, że są zbieraczami sztywnych. To jacyś idioci.
Peabody nic nie odpowiedziała. Jej przełożona zatrzymała się gwałtownie
za czarno-białym wozem i wyskoczyła z samochodu. Ci idioci zaraz dostaną
za swoje, pomyślała z lekkim współczuciem.
Zanim Peabody wyszła z wozu, Eve była już na chodniku i zdecydowanym
krokiem szła do dwojga policjantów, skulonych dla ochrony przez wiatrem.
W jednej chwili policjanci wyprostowali się służbiście. Dallas zawsze
tak działa na ludzi, pomyślała Peabody, wyjmując z samochodu sprzęt do
pracy w terenie. Na jej widok wszyscy stawali na baczność.
I nie chodziło tylko o wygląd. Eve Dallas była wysoka, zgrabna i szczupła, włosy miała ciemne, ale połyskiwały w nich pasemka w najróżniejszych odcieniach, jasnych i rudawych. No i te oczy. Oczy
policjantki, w kolorze dobrej irlandzkiej whisky. Podbródek był mocno
zarysowany, z niewielkim dołeczkiem. Pełne usta potrafiły zaciskać się
surowo i groźnie.
Wyrazista twarz przyciągała uwagę, zdaniem Peabody, między innymi
dlatego, że jej przełożona pozbawiona była wszelkiej próżności.
Chociaż wygląd pani porucznik mógł zwrócić uwagę policjantów, to nie dla
jej urody stawali na baczność.
Eve Dallas była najlepszą policjantką, jaką Peabody w życiu spotkała. Za
kimś takim bez wahania skacze się w ogień. Ktoś taki zawsze stanie w obronie pokrzywdzonych.
Ktoś taki zawsze skopie tyłek temu, komu się to należy, uzupełniła w myślach Peabody, słysząc, jak Eve przemawia ostro do policjantów.
- Podsumujmy - mówiła spokojnie. - Kiedy zgłaszacie zabójstwo i wyciągacie mnie z łóżka, to powinniście, do cholery, zabezpieczyć
miejsce zdarzenia i czekać tu z gotowym raportem. Wy tymczasem stoicie
jak dwie żałosne, zasmarkane niedojdy. Jeśli pracuje się w policji,
trzeba się zachowywać jak policjant.
- Tak jest, pani porucznik - odezwał się drżącym głosem młody
posterunkowy. Był to niemal dzieciak i tylko ze względu na niego Eve
powstrzymała się przed jeszcze ostrzejszą naganą. Natomiast jego
towarzyszka wyglądała na bardziej doświadczoną i to na nią Eve
spoglądała lodowatym wzrokiem.
- Tak jest - wycedziła przez zęby. W jej głosie słychać było tak głęboką
niechęć, że Eve aż przechyliła głowę ze zdumienia.
- Coś się nie podoba, posterunkowa... Bowers?
- Nie, pani porucznik. - Miała jasnoniebieskie oczy, które ostro
kontrastowały ze smagłą cerą. Ciemne krótkie włosy wystawały spod
regulaminowej czapki. Przy mundurze brakowało guzika, a brudne buty
miały zdarte obcasy.
Eve mogła jej to wytknąć, ale doszła do wniosku, że trudno stroić się co
rano do takiej okropnej roboty.
- To dobrze. - Skinęła głową, ale w jej oczach można było wyczytać
ostrzeżenie. Kiedy spojrzała na młodego policjanta, zatliła się w niej
iskra współczucia. Chłopak był blady jak ściana i roztrzęsiony. Od razu
było widać, że niedawno skończył akademię. Czuło się to na odległość. -
Posterunkowy Trueheart, moja asystentka zaraz zademonstruje, jak się
prawidłowo zabezpiecza miejsce zdarzenia. Patrz uważnie.
- Tak jest.
- Peabody. - To jedno słowo wystarczyło, żeby Peabody przystąpiła do
działania. - Bowers, pokaż mi, co tu macie.
- Ofiara jest tutejsza. Mężczyzna, rasy białej. Znany jako Snooks. To
jest jego legowisko.
Wskazała na dość zręcznie sporządzone schronienie ze skrzyni,
pomalowanej w wesołe gwiazdy i kwiaty, nakrytej pogiętą klapą od
pojemnika na odpadki. Wejście przysłaniał wygryziony przez mole koc, a nad nim wisiała tabliczka z ręcznie wypisanym imieniem właściciela.
- Jest w środku?
- Tak. Jednym z zadań patroli jest zaglądanie do takich legowisk, żeby
zobaczyć, czy nie ma tam jakichś sztywnych do zabrania. Snooks jest
niewątpliwie sztywny.
Eve dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że to stwierdzenie miało być
dowcipne.
- Niewątpliwie. Jaki miły zapach - wymamrotała, podchodząc bliżej
legowiska, gdzie wiatr już nie rozwiewał odoru.
- Właśnie to wzbudziło moje podejrzenia. Tutaj zawsze śmierdzi. Od tych
ludzi czuć potem, śmieciami i Bóg wie czym jeszcze, ale odór sztywnego
jest trochę inny.
Eve znała ten zapach doskonale. Słodkawy, mdlący. I tutaj, pod wonią
uryny i skwaśniałego potu, krył się zapach śmierci. Zmarszczyła lekko
czoło, kiedy na dodatek wyczuła ostrą, metaliczną woń krwi.
- Ktoś go zadźgał? - Ze stłumionym westchnieniem wyjęła pojemnik z substancją zabezpieczającą. - Po jaką cholerę? Bezdomni nie mają nic, co
można ukraść.
Po raz pierwszy usta Bowers wykrzywił lekki uśmieszek. Oczy nadal
pozostały zimne i twarde. Na dnie spojrzenia czaiła się gorycz.
- A owszem, ktoś mu coś ukradł. - Cofnęła się, zadowolona z siebie.
Miała nadzieję, że ta nadęta porucznik przeżyje niezły wstrząs, kiedy
zajrzy za wystrzępiony koc.
- Wezwaliście ekipę medyczną? - zapytała Eve, pokrywając substancją
zabezpieczającą ręce i buty.
- Jako pierwsza obecna na miejscu zdarzenia postanowiłam zostawić tę
decyzję komuś z wydziału zabójstw - oznajmiła zasadniczym tonem Bowers.
W jej oczach wciąż migotały złośliwe ogniki.
- Na litość boską, chyba widać, że to sztywny, co? - Eve spojrzała na
nią z niechęcią, pochyliła się i odsunęła zasłonę.
Nadal poruszały ją takie widoki, chociaż nie tak mocno, jakby sobie tego
życzyła Bowers. Eve zbyt wiele już w życiu widziała, żeby wszystko
przyprawiało ją o wstrząs. Jednak nigdy nie zobojętniała na to, jak
straszne rzeczy jeden człowiek może wyrządzić drugiemu. Poczuła w głębi
duszy smutek, którego Bowers nigdy nie doświadczyła i nigdy by nie
zrozumiała.
- Biedak - powiedziała cicho i przykucnęła, żeby dokonać oględzin.
Co do jednego Bowers miała rację. Snooks niewątpliwie był sztywny.
Przypominał worek kości, zwieńczony strzechą brudnych, posklejanych w kosmyki włosów. Oczy i usta miał szeroko otwarte, więc Eve spostrzegła,
że zachował nie więcej niż połowę zębów. Tacy jak on rzadko korzystali z dobrodziejstw opieki stomatologicznej.
Brunatnobrązowe tęczówki już mu zmętniały. Na oko miał jakieś sto lat i nawet gdyby go nie zamordowano, na pewno nie przeżyłby jeszcze
dwudziestu, jakie mogłoby mu zapewnić przyzwoite odżywianie i najnowsze
osiągnięcia medycyny.
Zauważyła, że buty ofiary, chociaż znoszone i brudne, nadają się jeszcze
do użycia, tak samo jak odrzucony na bok koc. Było tu też wiele
drobiazgów. Głowa lalki, kieszonkowa latarka w kształcie żaby,
wyszczerbiony kubek, do którego zabity włożył starannie wymodelowane
papierowe kwiaty. Na ścianach wisiało więcej papierowych ozdób: drzewa,
psy, aniołki i najwyraźniej ulubione przez Snooksa gwiazdy i kwiaty.
Nie zauważyła śladów walki, żadnych świeżych sińców lub powierzchownych
ran. Ktokolwiek zabił starca, zrobił to z wyjątkową sprawnością.
Z chirurgiczną sprawnością, doszła do wniosku Eve, przypatrując się
dziurze wielkości pięści, ziejącej w klatce piersiowej ofiary. Ten, kto
zabrał jego serce, najprawdopodobniej posłużył się skalpelem laserowym.
- Masz swoje zabójstwo, Bowers. - Eve wycofała się; zasłaniający wejście
koc opadł na swoje miejsce. Kiedy zobaczyła na twarzy policjantki pełen
samozadowolenia uśmieszek, zacisnęła gniewnie pięści. - No dobrze, nie
lubimy się, to jasne. Zdarza się. Ale radzę ci zapamiętać, że ja o wiele
bardziej mogę ci uprzykrzyć życie niż ty mnie. - Stanęła naprzeciw
Bowers tak blisko, że czubek jej buta uderzył o czubek buta policjantki.
Chciała się upewnić, że jej słowa zostaną dobrze zrozumiane. - Więc
wysil mózgownicę i przestań się głupkowato uśmiechać, a w przyszłości
nie wchodź mi w drogę.
Uśmieszek zniknął, ale oczy Bowers nadal spoglądały wrogo.
- Odzywanie się w sposób obraźliwy do niższej stopniem funkcjonariuszki
jest wbrew zaleceniom wydziału.
- Co ty, naprawdę? Nie zapomnij wspomnieć o tym w raporcie. Masz go
napisać w trzech egzemplarzach i dopilnować, żeby przed pierwszą znalazł
się na moim biurku. Odsuń się - dodała Eve spokojniej.
Dopiero po dziesięciu sekundach wrogiego spoglądania w oczy porucznik
Dallas Bowers spuściła wzrok i odstąpiła na bok.
Eve odwróciła się i nie zwracając na nią więcej uwagi, wyjęła łącze.
- Porucznik Eve Dallas. Zgłaszam zabójstwo.
*
Eve przykucnęła nad ciałem i zastanawiała się, dlaczego ktoś postanowił
ukraść takie zużyte serce. Pamiętała, że po zakończeniu wojen miejskich
kradzione narządy wewnętrzne były bardzo poszukiwanym towarem na czarnym
rynku. Bardzo często handlarze nie mieli cierpliwości i pobierali organ
jeszcze przed śmiercią dawcy. Ale działo się tak dziesiątki lat temu,
zanim zaczęto produkować doskonale działające sztuczne narządy.
Przekazywanie i sprzedaż organów nadal dość często się zdarzały.
Wiedziała też coś o tworzeniu nowych typów sztucznych narządów, ale
zwykle nieuważnie słuchała wiadomości medycznych.
Nie ufała lekarzom.
Podejrzewała, że niektórzy bogacze niechętnie odnoszą się do sztucznych
implantów. Prawdziwe ludzkie serce lub nerka, pobrane od młodej ofiary
wypadku, mogły osiągnąć wysoką cenę, jeśli tylko były w doskonałym
stanie. Żaden narząd Snooksa nie był jednak w doskonałym stanie.
Nachyliła się niżej i zmarszczyła nos. Kiedy ktoś nie znosi szpitali i centrów zdrowia tak jak ona, natychmiast rozpozna choćby najlżejszą woń
środków antyseptycznych.
Wyczuła lekki powiew w legowisku Snooksa. Zmarszczyła czoło i przysiadła
na piętach.
Badanie wstępne wykazało, że ofiara zmarła o drugiej dziesięć. Dopiero
analiza krwi i raport toksykologiczny pozwolą ustalić, czy w jej
organizmie znajdowały się jakieś narkotyki, ale i bez tego wiedziała, że
Snooks lubił wypić.
Typowa ciemna butelka wielokrotnego użytku, jakich używano do
przechowywania pędzonego chałupniczo alkoholu, leżała w kącie, prawie
pusta. Znalazła też niewielki, niemal żałosny zapas substancji
nielegalnych. Jeden cienki skręt z zonera, dwie różowe kapsułki, pewnie
jag, i małą brudną torebkę białego proszku. Eve powąchała go i doszła do
wniosku, że to pewnie grin z niewielką domieszką zeusa.
Pobrużdżoną twarz Snooksa znaczyła wiele mówiąca pajęczyna popękanych
naczynek krwionośnych. Dostrzegła na niej też oznaki niedożywienia i strupy, będące zapewne efektem jakiejś paskudnej choroby skórnej. Ofiara
była pijakiem, narkomanem, jadła byle co i najprawdopodobniej wkrótce
umarłaby we śnie.
Po co zabijać kogoś takiego?
- Pani porucznik. - Eve nie odwróciła się, kiedy Peabody odchyliła
zasłonę. - Przyjechała ekipa medyczna.
- Dlaczego wyjął mu serce? - wymamrotała Eve. - Dlaczego usunął je
chirurgicznie? Gdyby to było zwykłe morderstwo, to na pewno przedtem by
go pobił. Jeśli chodziło mu o okaleczenie, to dlaczego nie pokiereszował
go bardziej. To jest książkowa robota.
Peabody zerknęła na ciało i skrzywiła się.
- Nie widziałam żadnej operacji serca, ale wierzę ci na słowo.
- Spójrz na ranę - powiedziała z irytacją Eve. - Powinien się wykrwawić,
prawda? Na miłość boską, ma w piersi dziurę jak pięść. Ale ten tutaj
założył klamry, zaciski, czy jak to się tam nazywa, powstrzymał
krwawienie tak, jak się to robi w czasie operacji. Nie chciał bałaganu.
Jest dumny ze swojej pracy - dodała, wypełzając tyłem z legowiska.
Wstała i zaczerpnęła o wiele świeższego powietrza na zewnątrz. - Ten
ktoś zna się na chirurgii. Musiał się tego gdzieś nauczyć. I wydaje mi
się, że sam nie dałby rady. Wysłałaś patrol, żeby poszukał jakichś
świadków?
- Tak. - Peabody powiodła wzrokiem po opustoszałej ulicy, wybitych
oknach, stercie pudeł i skrzynek w zaułku po drugiej stronie jezdni. -
Życzę im powodzenia.
- Witam, pani porucznik.
- Morris. - Eve uniosła brew na widok najlepszego eksperta medycznego w całym wydziale. - Nie spodziewałam się, że przyślą mi takiego fachowca
do zwykłego bezdomnego.
Uśmiechnął się zadowolony, oczy mu rozbłysły. Włosy miał zaczesane do
tyłu i zaplecione w warkocz. Głowę chroniła czerwona narciarska czapka.
Poły długiego płaszcza w tym samym kolorze gwałtownie łopotały na
wietrze. Morris ubierał się ze smakiem.
- Akurat byłem wolny, a ten przypadek wyglądał interesująco. Brak serca?
- W każdym razie ja go nie znalazłam.
Prychnął rozbawiony i podszedł do skrzyni.
- Zobaczmy, co tu mamy.
Zadrżała i pozazdrościła mu długiego, z pewnością ciepłego płaszcza.
Miała taki - Roarke podarował jej na Gwiazdkę - ale nie wkładała go do
pracy. Za żadne skarby nie chciała dopuścić, żeby wspaniały brązowy
kaszmir pobrudził się krwią i innymi płynami ustrojowymi.
Znów kucnęła. Pomyślała z żalem, że jej nowe rękawiczki tkwią pewnie w kieszeni tego płaszcza. Dlatego właśnie ręce przemarzały jej teraz do
kości.
Wsunęła je do kieszeni skórzanej kurtki, skuliła ramiona dla ochrony
przed wiatrem i obserwowała Morrisa przy pracy.
- Piękna robota - wyszeptał. - Doskonała.
- To fachowiec, co?
- O, tak. - Umocował na czole mikrogogle i zajrzał do otwartej klatki
piersiowej. - Bez wątpienia fachowiec. To nie jest jego pierwsza
operacja. Musiał też mieć najlepsze narzędzia. Żadne tam skalpele
domowej roboty czy nieporęczne rozwieracze żeber. Nasz zabójca to
chirurg o złotych rękach. Zazdroszczę mu ich.
- Wyznawcy niektórych kultów używają ludzkich narządów do swoich
ceremonii - powiedziała Eve, trochę do siebie. - Ale zwykle zabijają
brutalnie, okaleczając ciała. Przy tym lubią rytuały, muszą mieć
odpowiednie otoczenie. Tutaj nic takiego nie widać.
- Nie wygląda mi to na sprawę związaną z religią, tylko z medycyną.
- Owszem. - To potwierdzało domysły Eve. - Czy mogła tego dokonać jedna
osoba?
- Wątpię. - Morris pociągnął się za dolną wargę. - Do tego rodzaju
operacji w tak trudnych warunkach musiał mieć pomocnika.
- Jak ci się wydaje, dlaczego wyjęli mu serce, jeśli nie chodziło o ceremonię na cześć ulubionego demona?
- Nie mam pojęcia - oznajmił radośnie Morris i dał jej znak, żeby się
wycofała. Kiedy znaleźli się na zewnątrz, wypuścił powietrze z płuc. -
Dziwię się, że stary wcześniej nie udusił się od tego smrodu. Po
oględzinach dochodzę do wniosku, że jego serce długo by nie wytrzymało.
Zebrałaś odciski i próbkę DNA do identyfikacji?
- Już zabezpieczone i gotowe do przebadania.
- W takim razie pakujemy go i zabieramy.
Eve skinęła głową.
- Zaciekawił cię na tyle, żebyś go umieścił na początku swojej kolejki
sztywnych? - spytała.
- Prawdę mówiąc, tak. - Uśmiechnął się i dał znak swojej ekipie. -
Dlaczego nie masz czapki, Dallas? Cholernie tu zimno.
Uśmiechnęła się krzywo, ale rzeczywiście, oddałaby miesięczną pensję za
kubek gorącej kawy. Zostawiła Morrisa i podeszła do Bowers i Truehearta.
Bowers zacisnęła zęby. Była przemarznięta, głodna i wcale jej się nie
spodobało, że Eve i szef działu medycyny sądowej gawędzili tak
przyjaźnie.
Pewnie z nim sypia, doszła do wniosku policjantka. Znała takie jak ta
Eve Dallas. Znała je dobrze. Awansują tylko dlatego, że rozkładają nogi
przed kim trzeba. A Bowers tylko dlatego dotychczas nie awansowała, że
nie chciała ściągnąć majtek.
Na tym to wszystko polega, myślała z goryczą. Serce zaczęło jej łomotać,
krew pulsowała w skroniach. Jeszcze kiedyś im wszystkim pokaże.
Suka, dziwka. Słowa te tłukły jej się po głowie, cisnęły na język. W ostatniej chwili je powstrzymała. Postanowiła zachować panowanie nad
sobą.
Eve zdziwiła nienawiść, jaką dostrzegła w spojrzeniu Bowers. Była zbyt
silna, jak na reakcję na krótką i zasłużoną naganę od starszego stopniem
oficera. Eve miała dziwne wrażenie, że powinna przygotować się na atak,
sięgnąć po broń. Jednak uniosła tylko brwi i przez chwilę pytająco
patrzyła na Bowers.
- Jaki wynik?
- Nikt nic nie widział, nikt nic nie wie - warknęła Bowers. - Z tymi
ludźmi zawsze tak jest. Nie wystawiają nosa ze swoich nor.
Eve patrzyła na nią, ale kątem oka spostrzegła, że jej młody kolega
lekko drgnął. Wiedziona instynktem, sięgnęła do kieszeni i wyjęła kilka
drobnych żetonów kredytowych.
- Przynieś mi kawę, Bowers.
Pogarda na twarzy policjantki w jednej chwili zmieniła się w oburzenie.
Eve musiała bardzo się starać, żeby się nie roześmiać.
- Mam iść po kawę?
- Zgadza się. Mam ochotę na kawę. - Eve chwyciła dłoń Bowers i wcisnęła
w nią żetony. - Moja asystentka również. Znasz okolicę. Skocz do
najbliższego czynnego barku i przynieś nam kawę.
- Trueheart jest niższy stopniem.
- Peabody, czy ja mówiłam do Truehearta? - zapytała miłym tonem Eve.
- Nie, pani porucznik. Odniosłam wrażenie, że zwraca się pani do
posterunkowej Bowers. - Peabody uśmiechnęła się. Jej także nowo poznana
policjantka nie spodobała się od pierwszego wejrzenia. - Piję kawę z cukrem i śmietanką, pani porucznik woli czarną. Zdaje się, że najbliższy
barek jest o jedną przecznicę stąd. Nie zajmie to wiele czasu.
Bowers stała jeszcze przez chwilę, potem odwróciła się na pięcie i odeszła.
- Suka - wymamrotała pod nosem.
- Ojej, Peabody, Bowers właśnie nazwała cię suką.
- Moim zdaniem, zwracała się do pani.
- Chyba masz rację. - Eve uśmiechnęła się złowrogo. - No, Trueheart,
mów, co wiesz.
- Słucham? - Jego twarz pobladła jeszcze bardziej.
- Co o tym sądzisz? Co wiesz?
- Ja nie...
Kiedy nerwowo zerknął na sztywno wyprostowane plecy oddalającej się
Bowers, Eve stanęła na linii, którą podążał jego wzrok. Jej oczy
spoglądały zimno i rozkazująco.
- Nie myśl o niej. Teraz masz do czynienia ze mną. Chcę usłyszeć, czego
się dowiedziałeś.
- Ja... - Jabłko Adama podskoczyło na jego szyi. - Wszyscy w najbliższej
okolicy utrzymują, że nie widzieli tu żadnych gwałtownych zajść ani nie
zauważyli, żeby ktoś odwiedzał ofiarę w czasie, który nas interesuje.
- I?
- Tylko... Chciałem to powiedzieć Bowers, ale nie dała mi skończyć -
wyjaśniał pośpiesznie.
- Powiedz to mnie - zaproponowała Eve.
- Chodzi o Kulasa. Odkąd patroluję tę okolicę, miał swoje legowisko po
tej stronie ulicy, tuż obok Snooksa. To tylko kilka miesięcy, ale...
- Przechodziłeś tędy wczoraj? - przerwała mu Eve.
- Tak jest.
- I widziałeś jego legowisko obok Snooksa?
- Tak, jak zwykle. Teraz przeniósł się na drugą stronę ulicy, prawie na
jej koniec.
- Przesłuchałeś go?
- Nie, pani porucznik. Jest nieprzytomny. Nie mogliśmy go dobudzić, a Bowers stwierdziła, że nie warto zawracać sobie nim głowy, bo jest
całkiem pijany.
Eve przyglądała mu się z namysłem. Na jego policzkach pojawiły się
rumieńce, trochę ze zdenerwowania, a trochę od ostrych podmuchów wiatru.
Spodobały jej się oczy chłopaka. Bystre i uważne.
- Kiedy skończyłeś akademię, Trueheart?
- Trzy miesiące temu.
- W takim razie można ci wybaczyć, że nie rozpoznałeś głąba w mundurze.
- Chłopak uśmiechnął się lekko. - Mam przeczucie, że jeszcze będą z ciebie ludzie. Wezwij wóz i każ przewieźć swojego kumpla Kulasa do
komendy. Kiedy wytrzeźwieje, chcę z nim porozmawiać. Zna cię?
- Tak.
- W takim razie zostań z nim i przyprowadź go do mnie, kiedy
oprzytomnieje. Chcę, żebyś wziął udział w przesłuchaniu świadka.
- Chce pani, żebym... - Oczy Truehearta zrobiły się wielkie i błyszczące.
- Zostałem przydzielony do zbieraczy... Bowers mnie szkoli.
- I chcesz, żeby tak zostało?
Zawahał się i cicho westchnął.
- Nie, pani porucznik, nie.
- Dlaczego więc nie chcesz wypełnić moich poleceń? - Odwróciła się i podeszła do policjantów zajmujących się ciałem ofiary, a Trueheart
patrzył za nią z uśmiechem.
- To było bardzo miłe - stwierdziła Peabody, kiedy wróciły do samochodu,
trzymając kubki gorącej obrzydliwej kawy.
- Nie zaczynaj.
- Daj spokój, Dallas. Bardzo się temu chłopakowi przysłużyłaś.
- Dostarczył nam potencjalnego świadka, a poza tym to była jeszcze jedna
okazja, żeby dokopać tej idiotce Bowers. - Eve uśmiechnęła się blado. -
Sprawdź ją przy najbliższej okazji. Lubię wiedzieć wszystko, co się da,
o ludziach, którzy chcą wydrapać mi oczy.
- Zajmę się tym, jak tylko dotrzemy do komendy. Mam skopiować dane?
- Tak. Przeleć też dane na temat Truehearta.
- Nie miałabym nic przeciwko temu, żeby przelecieć samego Truehearta. -
Peabody znacząco uniosła brwi. - Przystojniak.
Eve zerknęła na nią z ukosa.
- Żałosna jesteś, i w dodatku za stara dla niego.
- Jestem od niego starsza najwyżej dwa, no, może trzy lata - odparła
Peabody z urazą. - Niektórzy faceci wolą doświadczone kobiety.
- Zdawało mi się, że wciąż coś cię łączy z Charlesem.
- Spotykamy się. - Peabody wyprostowała ramiona. Nadal niechętnie
rozmawiała o nim z Eve. - Nie przyrzekliśmy sobie jednak wierności.
Licencjonowanemu pracownikowi agencji towarzyskiej trudno byłoby
zachować wierność, pomyślała Eve, ale nic nie powiedziała. Kilka tygodni
wcześniej nieopatrznie wyraziła swoją opinię na temat zbyt bliskiego
związku Peabody z Charlesem Monroem i o mało nie doprowadziło to do
zerwania łączącej ich więzi.
- Odpowiada ci to? - zapytała tylko.
- Oboje doszliśmy do wniosku, że tak będzie najlepiej. Lubimy się.
Dobrze się razem bawimy. Wolałabym, żebyś... - Peabody urwała i zacisnęła
usta.
- Nic nie powiedziałam.
- Ale bardzo głośno myślisz.
Eve zacisnęła zęby. Obiecała sobie, że tym razem się powstrzyma.
- Teraz myślę tylko o tym, żebyśmy zjadły śniadanie, zanim zaczniemy
papierkową robotę - odparła spokojnie.
Jej asystentka poruszyła zesztywniałymi ramionami.
- Bardzo chętnie coś zjem, zwłaszcza jeśli ty płacisz.
- Płaciłam ostatnim razem.
- Nie sądzę, ale mogę sprawdzić. - Rozpogodzona Peabody sięgnęła po
elektroniczny notes, co wywołało u Eve atak wesołości.
Rozdział 2
2
Najlepsze, co dałoby się powiedzieć o żarciu podawanym w stołówce
komendy, było to, że potrafi odpędzić najgorszy głód. Między kęsami
czegoś, co miało uchodzić za omlet ze szpinakiem, Peabody wyszukiwała
dane na swoim palmtopie.
- Ellen Bowers - odczytała. - Brak drugiego imienia. Skończyła
nowojorską filię akademii policyjnej w czterdziestym szóstym roku.
- W czterdziestym szóstym już tam byłam - powiedziała w zadumie Eve. -
Musiała wstąpić do akademii krótko przede mną. Nie pamiętam jej.
- Nie mogę wejść do jej kartoteki z akademii bez upoważnienia.
- Nie zawracaj sobie tym głowy. - Marszcząc ponuro czoło, Eve dziobała
widelcem kawałek dykty udający naleśnik. - Służy w policji od kilkunastu
lat i nadal zbiera sztywnych z najgorszych dzielnic miasta? Ciekawe,
kogo jeszcze wkurzyła.
- Od dwóch lat pracuje na sto sześćdziesiątym drugim posterunku.
Przedtem była na czterdziestym siódmym. Jeszcze wcześniej w drogówce. O,
rany, Dallas. W ilu miejscach ona pracowała! Jakiś czas siedziała w centralnej kartotece, potem patrolowała parki, głównie na piechotę.
Ponieważ nawet syrop nie zdołał rozmiękczyć naleśnika, Eve zrezygnowała
z niego i wypiła łyk przepalającej wnętrzności kawy.
- Wygląda na to, że nasza przyjaciółka nie potrafi sobie znaleźć nigdzie
miejsca albo że wydział lubi ją często przenosić.
- Dostęp do dokumentacji transferów i raportów o postępach
funkcjonariuszy tylko za specjalnym upoważnieniem.
Eve zastanowiła się i potrząsnęła głową.
- Nie. Nie wygląda to zachęcająco, a o niej pewnie już i tak więcej nie
usłyszymy.
- Widzę tu, że jest niezamężna. Nigdy nie wyszła za mąż, nie ma dzieci.
Trzydzieści pięć lat, rodzice mieszkają w Queens, troje rodzeństwa. Dwaj
bracia i siostra. - Peabody odłożyła komputer. - Od siebie dodam, że mam
szczerą nadzieję, że to koniec naszej znajomości z Bowers. Wydaje mi
się, że bardzo chciałaby ci zaszkodzić.
Eve tylko się uśmiechnęła.
- Na pewno okropnie ją to frustruje, co? Jak ci się wydaje, o co jej
chodzi?
- Nie mam pojęcia. Może o to, że jesteś taka, jaka jesteś, a ona w niczym cię nie przypomina. - Peabody poruszyła nerwowo ramionami. - Na
twoim miejscu miałabym się na baczności. Wygląda mi na taką, co potrafi
wbić nóż w plecy.
- Mało prawdopodobne, żebyśmy się z nią często spotykały. - Dla Eve był
to koniec całej sprawy. Nie zamierzała się nad nią dłużej zastanawiać. -
Kończ jedzenie. Chcę zobaczyć, czy ten bezdomny Truehearta coś wie.
*
Postanowiła skorzystać z pokoju przesłuchań, ponieważ jego ponure,
surowe wnętrze często pomagało rozwiązać język świadkowi. Kulas, dzięki
silnej dawce otrzeźwiacza, był już całkiem przytomny, ale jego
wychudzone ciało trzęsło się nerwowo, a oczy biegały na wszystkie
strony.
Krótki pobyt w kabinie odkażającej najprawdopodobniej oczyścił go z pasożytów i przygłuszył bijący od niego odór słabą wonią sztucznego
cytrusa.
Narkoman i alkoholik, pomyślała Eve. Od razu widać, że spora część jego
szarych komórek dawno już obumarła.
Podała mu wodę, wiedząc, że większość alkoholików po odkażaniu męczy
suchość w ustach.
- Ile masz lat, Kulas?
- Nie wiem, może pięćdziesiąt.
Wyglądał na kiepsko się trzymającego osiemdziesięciolatka, ale pewnie
mówił prawdę.
- Masz jakieś inne imię?
Wzruszył ramionami. Przy odkażaniu odebrano mu stare ubranie. Szary
fartuch i spodnie wiązane na troki wisiały na nim jak na kiju i kolorem
prawie nie różniły się od skóry.
- Nie wiem. Mówią na mnie Kulas.
- Dobrze. Znasz posterunkowego Truehearta, prawda?
- Tak, tak. - Nagle zniszczona twarz rozjaśniła się w czystym,
dziecięcym uśmiechu. - Cześć! Dałeś mi raz trochę kredytów i powiedziałeś, żebym sobie kupił zupę.
Trueheart zaczerwienił się gwałtownie i przestąpił z nogi na nogę.
- Pewnie kupiłeś za nie alkohol.
- Nie wiem. - Uśmiech Kulasa zniknął, a rozbiegane oczy znów zatrzymały
się na Eve. - A ty kto jesteś? Dlaczego mnie tu przywieźliście? Nic nie
zrobiłem. Jak nie będę pilnował, to ukradną mi moje rzeczy.
- Nie martw się o swoje rzeczy. Zajmiemy się nimi. Nazywam się Dallas. -
Mówiła cicho i spokojnie, patrzyła na mężczyznę przyjaźnie. Wiedziała,
że jeśli będzie się zachowywać jak policjantka, tylko go wystraszy. -
Chcę z tobą porozmawiać. Zjesz coś?
- A bo ja wiem. Może.
- Jak skończymy rozmowę, damy ci coś ciepłego. Włączę nagrywanie, żeby
wszystko było jasne.
- Ja nic nie zrobiłem.
- Nikt tu nie sądzi, że zrobiłeś. Włączyć nagrywanie - poleciła. -
Przesłuchanie świadka znanego jako Kulas, sprawa numer 28913-Z.
Prowadząca przesłuchanie porucznik Eve Dallas. Obecni także Delia
Peabody, posterunkowa i posterunkowy Trueheart...? - Zerknęła na młodego
policjanta.
- Troy. - Znów się zaczerwienił.
- Troy Trueheart? - Eve starała się nie roześmiać. - Dobrze. - Utkwiła
wzrok w żałosnym człowieczku siedzącym naprzeciw niej. - Przesłuchiwany
świadek nie jest podejrzany o żadne przestępstwo. Prowadząca śledztwo
docenia jego chęć współpracy. Rozumiesz to, Kulas?
- Tak, chyba tak. A co?
Powstrzymała westchnienie, ale przez chwilę się zastanawiała, czy ta
wredna Bowers nie miała co do niego racji.
- Sprowadziliśmy cię tutaj nie dlatego, że zrobiłeś coś złego. Jestem ci
wdzięczna za to, że ze mną rozmawiasz. Słyszałam, że zeszłej nocy
przeniosłeś swoje legowisko.
Oblizał spękane wargi.
- A bo ja wiem.
- Dawniej sypiałeś po drugiej stronie ulicy, obok Snooksa. Znasz
Snooksa, prawda?
- Może. - Ręka mu się trzęsła, woda z kubka wylała się na stół. -
Rysował obrazki. Ładne. Dałem mu trochę zonera za taki ładny rysunek z drzewem. Robi też ładne kwiatki.
- Widziałam jego kwiatki. Rzeczywiście ładne. Można powiedzieć, że był
twoim przyjacielem?
- Tak. - Łzy napłynęły mu do zaczerwienionych oczu, pociekły po
policzkach. - Może. Nie wiem.
- Ktoś mu zrobił krzywdę. Wiesz o tym?
Drgnął gwałtownie, jakby przeszedł go prąd, i zaczął się rozglądać po
pokoju. Łzy nadal płynęły mu po policzkach, ale oczy były suche, nic
nierozumiejące.
- Dlaczego muszę tu siedzieć? Nie lubię siedzieć w zamknięciu. Gdzie są
moje rzeczy? Ktoś na pewno ukradnie moje rzeczy.
- Widziałeś, kto go skrzywdził?
- Mogę sobie zatrzymać to ubranie? - Przekrzywił głowę i dotknął rękawa
fartucha. - Pozwolicie mi to sobie wziąć?
- Tak, weźmiesz sobie to ubranie. - Eve zmrużyła powieki i strzeliła na
wyczucie: - Jak to się stało, że nie zabrałeś mu butów? Przecież on już
nie żył, a to były dobre buty.
- Nic bym Snooksowi nie ukradł - odparł z godnością. - Nawet kiedy już
nie żył. Nie okrada się kumpla, w żadnym wypadku. Dlaczego mu to
zrobili? - Zaciekawiony, pochylił się naprzód. - Dlaczego zrobili w nim
taką wielką dziurę?
- Nie wiem. - Eve również się pochyliła, jakby prowadzili spokojną,
osobistą rozmowę. - Ciągle się nad tym zastanawiam. Czy ktoś był na
niego zły?
- Na Snooksa? Nie zrobił nikomu krzywdy. My nie wtrącamy się w cudze
sprawy, i tyle. Można trochę użebrać, kiedy nie ma w pobliżu androidów
patrolowych. Nie mamy licencji na żebranie, ale czasem udaje nam się
wyciągnąć trochę kredytów. A Snooks czasami sprzedawał swoje papierowe
kwiaty. Kupowaliśmy sobie za to trochę alkoholu albo trawy i nic innego
nas nie obchodziło. Nikt nie miał powodu, żeby zrobić mu taką wielką
dziurę, prawda?
- Prawda. Zrobili mu coś bardzo złego. Widziałeś ich tej nocy?
- A bo ja wiem. Nie wiem, co widziałem. Hej! - Znów jak dziecko
uśmiechnął się do Truehearta. - Może teraz też dasz mi trochę żetonów?
Na zupę.
Młody policjant zerknął na Eve, a ta przyzwalająco skinęła głową.
- Jasne, Kulas. Dam ci trochę na odchodnym. Ale teraz porozmawiaj
jeszcze z panią porucznik.
- Lubiłeś starego Snooksa, co?
- Bardzo go lubiłem. - Trueheart uśmiechnął się i, zachęcony spojrzeniem
Eve, ciągnął: - Rysował ładne obrazki. Dał mi jeden papierowy kwiatek.
- Dawał je tylko tym, których lubił - oznajmił pogodnie Kulas. - Ciebie
lubił. Sam mi powiedział. Nie lubił tej baby. Ja też nie. Ma złe oczy.
Gdyby mogła, toby nam przyłożyła. - Głowa bezdomnego podskakiwała jak u szmacianej lalki. - Po co się z nią zadajesz?
- Teraz jej tu nie ma - powiedział łagodnie chłopak. - Jest tu tylko
pani porucznik. Ona ma dobre oczy.
Kulas wydął usta, przyjrzał się uważniej twarzy Eve.
- Może i tak. Ale to glina. Ma oczy gliny. Gliny, gliny... - Zachichotał i łapczywie wypił łyk wody. Spojrzał na Peabody. - Gliny, gliny -
wyśpiewał.
- Szkoda mi starego Snooksa - mówił dalej Trueheart. - Założę się, że
bardzo by chciał, żebyś opowiedział pani porucznik Dallas, co się tam
wydarzyło. Chciałby, żebyś to był właśnie ty, bo byliście kumplami.
Kulas znieruchomiał i pociągnął się za ucho.
- Tak myślisz?
- Tak. Powiedz jej, co widziałeś zeszłej nocy.
- Sam nie wiem, co widziałem. - Przekrzywił głowę i zaczął uderzać
zaciśniętymi dłońmi o blat stołu. - Zjawili się jacyś ludzie. Nigdy tam
nikogo takiego nie widziałem. Przyjechał wielki czarny samochód. Wielki
jak cholera! Cały się błyszczał, nawet po ciemku. Nic nie mówili.
Eve uniosła palec, dając znak Trueheartowi, że przejmuje inicjatywę.
- Ilu ich było?
- Dwóch. W długich czarnych płaszczach. Musiały być ciepłe. Mieli na
twarzach maski, więc widziałem tylko oczy. Pomyślałem sobie, że to
przecież nie Halloween. - Roześmiał się zadowolony. - Przecież to nie
żaden pieprzony Halloween, tak sobie pomyślałem - powtórzył i prychnął z rozbawieniem. - Mieli maski i takie wielkie torby jak dzieci proszące o słodycze.
- Jak wyglądały te torby?
- Jeden miał taką dużą czarną. Też się błyszczała. A drugi niósł trochę
inną, białą. Kiedy szedł, coś w niej chlupało. Poszli prosto do Snooksa,
jakby ich zaprosił albo co. Potem nic nie słyszałem, tylko wiatr. Może
usnąłem.
- Widzieli cię?
- A bo ja wiem. Mieli ciepłe płaszcze, dobre buty, duży samochód. Kto by
pomyślał, że zrobią Snooksowi taką wielką dziurę? - Znów się pochylił, a jego brzydka twarz spoważniała. Do oczu ponownie napłynęły mu łzy. -
Gdybym coś przeczuł, może spróbowałbym im przeszkodzić, pobiegłbym po
androida. Przecież byliśmy kumplami.
Kolejny raz zapłakał. Eve położyła rękę na jego dłoni, nie zważając na
pokrywające ją strupy.
- Skąd mogłeś wiedzieć. To nie twoja wina. To ich wina. Co jeszcze
widziałeś?
- Nie wiem. - Z nosa i oczu ciekło mu jak z kranu. - Chyba zasnąłem. A potem, zdaje się, że się obudziłem i wyjrzałem na ulicę. Samochodu nie
było. Czy w ogóle widziałem jakiś samochód? Sam nie wiedziałem. Świtało,
więc poszedłem do Snooksa. Myślałem, że on mi powie, czy było tu jakieś
wielkie, czarne auto. Zobaczyłem go, zobaczyłem wielką dziurę, no i krew. Usta miał szeroko otwarte i oczy też. Zrobili mu taką wielką
dziurę. Przestraszyłem się, że może i mi coś takiego zrobią. Musiałem
uciekać, żeby nie wiem co. Zebrałem wszystkie swoje rzeczy, co do
jednej. Przeniosłem się jak najdalej. Właśnie tak zrobiłem. Potem
wypiłem, co tam miałem, i znów poszedłem spać. Nie pomogłem staremu
Snooksowi.
- Teraz mu pomagasz. - Eve usiadła prosto. - Porozmawiajmy jeszcze o tych ludziach w długich płaszczach.
*
Przepytywali go jeszcze przez godzinę, nie pozwalając mu za bardzo
zbaczać z tematu. Chociaż nie wydusili z niego więcej informacji, Eve
uznała, że nie była to godzina zmarnowana. Kulas ją rozpozna, gdyby
jeszcze kiedyś go potrzebowała. Będzie pamiętał, że ich spotkanie nie
było nieprzyjemne. Zwłaszcza że zamówiła dla niego gorący posiłek i dała
mu pięćdziesiąt żetonów kredytowych, chociaż wiedziała, że wyda je na
alkohol i narkotyki.
Powinien trafić na leczenie albo do domu przejściowego. Wiedziała
jednak, że długo by tam nie zabawił. Już dawno pogodziła się z faktem,
że nie każdego można uratować.
- Dobrze się spisałeś podczas przesłuchania, Trueheart.
Młody policjant znów się zaczerwienił. Ta cecha budziła jej sympatię,
ale Eve miała też nadzieję, że chłopak nauczy się ją kontrolować.
Koledzy z pracy pożrą go żywcem jeszcze prędzej niż złoczyńcy.
- Dziękuję, pani porucznik. Jestem wdzięczny, że dała mi pani możliwość,
żeby pomóc w tej sprawie.
- Ty go znalazłeś - odparła krótko. - Domyślam się, że nie chcesz
spędzić reszty życia na zbieraniu sztywnych.
Wyprostował się służbiście.
- Chciałbym zdobyć odznakę detektywa.
Prawie wszyscy młodzi policjanci mieli takie ambicje, ale Eve tylko
skinęła głową.
- Na razie musisz zostać tam, gdzie jesteś. Mogłabym od razu się
postarać, żeby cię przeniesiono. Pracowałbyś w innej części miasta i dostałbyś innego zwierzchnika. Ale proszę cię, żebyś się jeszcze nie
przenosił. Masz bystre oczy. Chciałabym, żebyś się uważnie rozglądał po
swoim rewirze, dopóki nie zamkniemy tej sprawy.
Był tak zdumiony jej propozycją i prośbą, że oczy o mało nie wyskoczyły
mu z głowy.
- Dobrze, zostanę tam, gdzie jestem.
- Świetnie. Bowers da ci popalić za to, co zrobiłeś.
Skrzywił się.
- Już się do tego przyzwyczaiłem.
Mogła zapytać go o więcej, wydobyć jakieś informacje na temat jego
przełożonej, ale zrezygnowała. Nie chciała stawiać go w trudnej sytuacji
i zmuszać do obsmarowania swojego bezpośredniego zwierzchnika.
- Wracaj więc na posterunek i napisz raport. Jeśli natrafisz na coś, co
może mieć związek z tą sprawą, skontaktuj się ze mną albo z Peabody.
Ruszyła do swojego biura, po drodze nakazując asystentce, żeby
skopiowała dysk z przesłuchaniem.
- I zrób listę wszystkich znanych dealerów z tej okolicy. Nie możemy
wykluczyć, że chodziło o jakieś porachunki związane z nielegalnymi
substancjami. Co prawda, nie potrafię sobie wyobrazić dealera, który dla
wyrównania rachunków chirurgicznie usuwa serce dłużnikowi, ale zdarzały
się już dziwniejsze przypadki. Sprawdzimy też wszystkie znane kulty. -
Peabody zapisywała polecenia w notatniku. - Mam przeczucie, że to nie o to chodzi, ale zajmiemy się nimi na wszelki wypadek.
- Mogę się skontaktować z Isis - zaproponowała Peabody, przypominając
sobie wyznawczynię kultu Wicca, z którą się zetknęły, prowadząc inną
sprawę.
Eve jęknęła, ale skinęła głową. Razem wskoczyły na ruchomy chodnik.
- Tak, wykorzystaj tę znajomość. Przynajmniej wykluczymy jeden motyw.
Zerknęła na przeszkloną ścianę. Po jej zewnętrznej stronie poruszały się
szklane tuby, których unikała jak zarazy, przenoszące w górę i w dół
policjantów, urzędników i cywili. Za nimi dostrzegła kilka jednostek
wspomagania powietrznego. Pomknęły ze świstem na zachód, przemykając
między reklamowym sterowcem i pociągiem podmiejskim.
Wewnątrz budynku tętniło życie. Słychać było głosy, tupot stóp ludzi
śpieszących do swoich zadań. Eve rozumiała ten rytm. Zerknęła na zegarek
i z dziwnym zadowoleniem stwierdziła, że jest dopiero dziewiąta. Była na
służbie już od czterech godzin, a dzień zaledwie się zaczął.
- Sprawdźmy, czy udało się ustalić prawdziwą tożsamość ofiary -
powiedziała, schodząc z chodnika. - Mamy jego odciski i próbkę DNA.
Jeśli Morris zaczął sekcję zwłok, to powinien mieć już wiek ofiary,
choćby w przybliżeniu.
- Zaraz się tym zajmę.
Peabody skręciła w lewo, Eve podążyła do swojego biura. Było bardzo
małe, ale tak właśnie chciała. Wąskie okno wpuszczało do środka niewiele
światła, za to bardzo dużo hałasu, czynionego przez ruch powietrzny.
Jednak autokucharz działał i nie brakowało w nim doskonałej kawy,
specjalności Roarke'a.
Eve zamówiła sobie kubek i westchnęła, kiedy mocny wspaniały zapach
pobudził jej system nerwowy. Usiadła, uruchomiła telełącze, zamierzając
uprzykrzyć trochę życie Morrisowi.
- Wiem, że robi sekcję - powiedziała do jego asystentki, która usiłowała
jej przeszkodzić. - Mam dla niego pewne informacje dotyczące zwłok.
Połącz mnie.
Usiadła prosto, z rozkoszą wypiła łyk kawy i bębniąc palcami w kubek,
czekała na połączenie.
- Dallas. - Twarz Morrisa pojawiła się na monitorze. - Wiesz, że nie
znoszę, jak mi się przerywa, kiedy mam ręce po łokcie w czyimś mózgu.
- Znalazłam świadka, który opisał mi dwóch ludzi związanych ze sprawą.
Przyjechali dużym błyszczącym samochodem, bardzo eleganckim. Jeden niósł
skórzaną torbę, drugi białą, w której, cytuję, "chlupotało". Coś ci to
mówi?
- Owszem. - Morris zmarszczył czoło. - Czy twój świadek widział, co tam
zaszło?
- Nie, to pijaczyna, przespał całe zdarzenie. Kiedy się obudził, już
odjechali, ale to on pierwszy widział zwłoki. Czy ta chlupiąca torba to
może być to, co podejrzewam?
- Tak. Pojemnik do transportowania pobranych organów. To była schludna,
profesjonalna robota. Perfekcyjne pobranie narządu. Mam już niektóre
wyniki analiz krwi. Twoja ofiara dostała odpowiednią dawkę środka
znieczulającego. Staruszek nic nie czuł. Ale sądząc po tym, co z niego
zostało, jego serce było niemal bezwartościowe. Wątroba zrujnowana,
nerki do niczego. Płuca mają kolor dna szybu w kopalni węgla. Delikwent
nie zawracał sobie głowy szczepieniami antyrakowymi czy systematycznymi
wizytami u lekarza. W jego organizmie roi się od chorób. Moim zdaniem,
za pół roku i tak by się przeniósł na tamten świat z przyczyn
naturalnych.
- Wzięli więc bezwartościowe serce - z namysłem powiedziała Eve. - Może
chcą je sprzedać jako dobre?
- Jeśli jego serce wygląda tak jak reszta organów, to nawet student
pierwszego roku medycyny zauważy, że do niczego się nie nadaje.
- A jednak było im potrzebne. Dlaczego zadali sobie tyle kłopotu, żeby
zabić zwykłego bezdomnego?
W myślach rozważyła różne możliwości. Zemsta, jakiś dziwaczny kult,
oszustwo czarnorynkowe. Zboczenie, rozrywka. Ćwiczenie dla wprawy.
- Powiedziałeś, że to była perfekcyjna robota. Ilu chirurgów w tym
mieście potrafiłoby tak przeprowadzić operację?
- Jestem lekarzem od zmarłych - oświadczył Morris z cieniem uśmiechu. -
Ci, którzy zajmują się żywymi, nie poruszają się w tych samych kręgach.
Najbardziej ekskluzywny szpital w Nowym Jorku to Centrum Drake'a. Tam
właśnie zacząłbym poszukiwania.
- Dzięki, Morris. Chciałabym jak najszybciej dostać raport końcowy.
Będzie mi potrzebny.
- W takim razie pozwól mi wrócić do grzebania w mózgu. - Z tymi słowami
przerwał transmisję.
Eve przysunęła się do komputera. Wydawał z siebie podejrzanie
brzęczenie, o którym już dwa razy mówiła tym błaznom z działu napraw.
Pochyliła się nad nim z groźną miną.
- Ty kupo złomu, poszukaj danych na temat Centrum Drake'a - wydała
polecenie. - To centrum medyczne, w Nowym Jorku.
Przetwarzam...
Komputer czknął, zapiszczał, a potem monitor zapłonął jaskrawą, kłującą
w oczy czerwienią.
- Przywróć niebieskie tło, do cholery!
Błąd systemu. Nie można przywrócić niebieskiego tła. Kontynuować
szukanie?
- Nienawidzę cię. - Postarała się jednak przyzwyczaić wzrok do
czerwieni. - Kontynuuj szukanie.
Szukam... Centrum Medyczne Drake'a mieści się przy Drugiej Alei, Nowy
Jork. Założone w 2023, dla uczczenia pamięci Waltera C. Drake'a,
wynalazcy szczepionki przeciw rakowi. Instytucja prywatna. Mieści się
tam szpital i kliniki medyczne. Amerykańskie Stowarzyszenie Medyczne
przyznało im klasę A. Centrum prowadzi ośrodek kształcenia i szkolenia
podyplomowego dla lekarzy, również klasy A. Laboratorium i ośrodek
badawczo-rozwojowy, także klasa A. Czy sporządzić listę członków zarządu
poszczególnych jednostek?
- Tak. Wyświetl i sporządź kopię na dysku.
Przetwarzam... Błąd wewnętrzny.
Brzęczenie stało się znacznie głośniejsze, a monitor zaczął migotać.
Proszę powtórzyć instrukcję.
- Chętnie zrobiłabym siekany kotlet z tych dupków z działu napraw.
Instrukcja niezrozumiała. Czy chcesz zamówić coś do jedzenia?
- Bardzo śmieszne. Nie. Proszę o spis członków zarządu Centrum
Medycznego Drake'a.
Szukam... Zarząd centrum: Colin Cagney, Lucille Mendez, Tia Wo, Michael
Waverly, Charlotte Mira...
- Doktor Mira - powiedziała cicho Eve. Świetnie się składało. Doktor
Mira była jednym z najlepszych w mieście specjalistów od psychologii
kryminologicznej, współpracowała z nowojorską policją i Ministerstwem
Bezpieczeństwa. Była też przyjaciółką Eve.
Bębniąc palcami w blat, słuchała nazwisk członków zarządu ośrodków
szkoleniowych. Jedno czy dwa wydały jej się znajome. Następnie przyszła
kolej na dział badawczo-rozwojowy.
Carlotta Zemway, Roarke...
- Stój, zaczekaj. - Zacisnęła rękę w pięść. - Roarke? Do diabła, czy on
we wszystkim musi maczać palce?
Sformułuj pytanie inaczej.
- Zamknij się, dobrze?! - Eve nacisnęła palcami na powieki i westchnęła.
- Kontynuuj odczytywanie listy - poleciła. W żołądku czuła ucisk. -
Wydrukuj, potem wyłącz się.
Błąd wewnętrzny. Zbyt złożona instrukcja.
Nie zaczęła krzyczeć, chociaż miała na to wielką ochotę.
Po trudnych do zniesienia dwudziestu minutach - tyle zajęło jej
oczekiwanie na wydruk danych - poszła do tej części wydziału, gdzie w ciasnych dusznych zagródkach, przypominających kabiny suszarek,
pracowali asystenci i pomocnicy.
- Peabody, muszę wyjść.
- Właśnie pobieram dane. Czy mam je skierować na mój przenośny sprzęt?
- Nie, zostań tutaj, skończ pracę. Nie powinno mi to zająć więcej niż
dwie godziny. Kiedy skończysz, poszukaj jakiegoś młotka.
Peabody wyjęła notatnik i już miała wpisać polecenie, ale znieruchomiała
i z uniesionymi brwiami spojrzała na przełożoną.
- Słucham? Młotek?
- Zgadza się. Duży ciężki młotek. Przyjdź z nim do mojego biura i rozwal
tę cholerną bezużyteczną imitację komputera w drobny mak.
- Aha. - Peabody była rozsądną kobietą, więc nie parsknęła śmiechem,
tylko lekko odchrząknęła. - Alternatywnym rozwiązaniem może być wezwanie
kogoś do naprawy.
- Dobrze, zawiadom dział napraw i powiedz im, że przy pierwszej okazji
wszystkich ich pozabijam. Masowe morderstwo. Potem będę się pastwić nad
ich zwłokami, tańcząc i śpiewając na całe gardło wesołe piosenki. I żaden sąd mnie za to nie skaże.
Na myśl o tym, żeby Eve mogła śpiewać i tańczyć w jakichkolwiek
okolicznościach, Peabody miała ochotę się roześmiać, ale tylko
przygryzła wewnętrzną stronę policzka.
- Powiadomię ich, że jesteś niezadowolona z ich pracy.
- Zrób to. - Eve odwróciła się na pięcie, włożyła kurtkę i gniewnie
wyszła z biura.
W zasadzie najlogiczniejszym posunięciem byłoby odszukanie doktor Miry.
Jako psychiatra, lekarz i kryminolog stanowiłaby cenne źródło
informacji. Jednak Eve pojechała do centrum, do nowojorskiej głównej
kwatery Roarke'a, mieszczącej się w wysokim lśniącym budynku.
Roarke miał wiele takich gmachów w innych miastach, również poza Ziemią.
Prowadził liczne interesy, stanowczo zbyt liczne. Wszystkie były
dochodowe i bardzo skomplikowane. Kiedyś bywały również dość podejrzane.
Jego nazwisko pojawiało się w związku w z mnóstwem prowadzonych przez
Eve spraw. Była już do tego przyzwyczajona, ale bardzo tego nie lubiła.
Zaparkowała wóz na miejscu, które mąż zarezerwował dla niej w wielopoziomowym garażu. Kiedy pierwszy raz tutaj przyjechała, niecały
rok temu, nie miała takich przywilejów. Jej głos i odciski dłoni nie
były wtedy wpisane w system bezpieczeństwa prywatnej windy. Podczas
pierwszej wizyty musiała przejść przez główny hol, wyłożony tysiącami
płytek, ozdobiony dżunglą kwiatów, migający dziesiątkami monitorów, i z przydzieloną jej eskortą poszła do gabinetu Roarke'a, żeby go
przesłuchać w sprawie morderstwa.
Teraz generowany przez komputer głos przywitał ją po imieniu, życzył jej
wszystkiego najlepszego i oznajmił, że natychmiast powiadomi męża o jej
wizycie.
Eve wsunęła ręce do kieszeni i zaczęła krążyć po kabinie windy, sunącej
bezszelestnie na szczyt wieżowca. Wyobrażała sobie, że Roarke właśnie
omawia jakąś nadzwyczaj lukratywną transakcję albo prowadzi
skomplikowane negocjacje w sprawie kupna jakiejś planety średniej
wielkości lub państwa, które popadło w finansowe tarapaty. Cóż, będzie
musiał odłożyć zarobienie kolejnego miliona na później, dopóki nie
odpowie jej na kilka pytań.
Drzwi otworzyły się z cichym szelestem, a za nimi, z grzecznym
uśmiechem, czekał już asystent Roarke'a. Jak zwykle wyglądał
nieskazitelnie, a śnieżnobiałe włosy miał gładko przyczesane.
- Miło znów panią widzieć, pani porucznik. Pani mąż właśnie jest na
spotkaniu. Prosi, żeby pani zaczekała chwilę w jego gabinecie.
- Jasne, oczywiście, w porządku.
- Może coś pani podać? - Poprowadził Eve szklanym pasażem, pod którym,
jakieś sześćdziesiąt pięter niżej, tętniło życie nowojorskiej ulicy. -
Jeśli chce pani zjeść z mężem lunch, mogę przełożyć jego następne
spotkanie, żeby dać państwu czas dla siebie.
Eve zawsze czuła się głupio, gdy ktoś odnosił się do niej z takim
szacunkiem i dbałością. Wiedziała, że to wada.
- Nie, zajmę mu tylko chwilę. Dziękuję.
- Jeśli będę mógł być w czymś pomocny, proszę dać mi znać. - Dyskretnie
zamknął za sobą drzwi i zostawił Eve samą.
Gabinet oczywiście był olbrzymi. Roarke lubił duże przestrzenie. Za
wielkimi szybami z barwionego dla ochrony przed słońcem szkła rozciągał
się oszałamiający widok na miasto. Roarke lubił też duże wysokości, ale
Eve nie dzieliła z nim tego upodobania. Nie podeszła do okna, tylko
krążyła po miękkim dywanie.
Drobiazgi zdobiące gabinet były ładne i cenne, meble nowoczesne i wygodne, w nasyconych kolorach topazu i szmaragdu. Widać było, że
wielkie mahoniowe biurko musi należeć do człowieka o niezwykłej władzy.
Skuteczność, elegancja, władza. Roarke'owi nigdy tego nie brakowało.
Kiedy dziesięć minut później wszedł przez boczne drzwi, łatwo było się
domyślić dlaczego.
Jego widok nadal przyprawiał ją o przyspieszone bicie serca. Wspaniałej
twarzy o doskonałym rysunku renesansowej rzeźby dodawały wyrazu
niesamowicie niebieskie oczy i usta, którym nie mogłaby się oprzeć żadna
kobieta. Czarne włosy opadały mu na ramiona, upodobniając go nieco do
pirata. Eve dobrze wiedziała, że pod świetnie skrojonym czarnym
garniturem kryje się smukłe, mocne ciało.
- Pani porucznik. - W jego głosie pobrzmiewał lekki irlandzki akcent. -
Co za nieoczekiwana przyjemność.
Nie uświadamiała sobie, że lekko marszczy czoło. Zdarzało jej się to
dość często, kiedy na widok męża odczuwała oszałamiającą mieszaninę
miłości i pożądania.
- Muszę z tobą porozmawiać.
Uniósł brew i podszedł bliżej.
- O czym?
- O morderstwie.
- Aha. - Ujął jej dłonie i wolno ucałował na powitanie. - Jestem
aresztowany?
- Natknęłam się na twoje nazwisko, zbierając informacje w związku ze
sprawą, którą prowadzę. Co robisz w zarządzie działu
badawczo-rozwojowego w Centrum Medycznym Drake'a?
- Wykazuję się wzorową postawą obywatelską. Tak trzeba, kiedy jest się
mężem policjantki. - Przesunął dłońmi po jej ramionach i wyczuł napięcie
mięśni karku. Westchnął. - Eve, jestem członkiem wielu zarządów i komitetów. Kogo zabili?
- Bezdomnego o imieniu Snooks.
- Nie przypominam sobie, żebyśmy się kiedykolwiek poznali. Usiądź i wyjaśnij mi, co to ma wspólnego z moim członkostwem w zarządzie Centrum
Drake'a.
- Być może nic, ale od czegoś muszę zacząć. - Nie usiadła, tylko nadal
krążyła po gabinecie.
Roarke'owi wydawało się, że emanująca z niej energia aż iskrzy wokół jej
postaci. Znając ją, wiedział, że całą tę energię poświęci na to, żeby
sprawiedliwości stało się zadość.
To była tylko jedna z jej cech, dzięki którym tak go zafascynowała.
- Serce ofiary zostało chirurgicznie usunięte. Operacji dokonano w brudnym legowisku na Bowery - mówiła Eve. - Ekspert medyczny twierdzi,
że tak sprawnie mógł przeprowadzić operację jedynie chirurg najwyższej
klasy. Postanowiłam więc zacząć od Centrum Drake'a.
- Dobry wybór. To najlepszy szpital w mieście, a pewnie i na całym
Wschodnim Wybrzeżu. - Roarke w zamyśleniu oparł się o biurko. - Wyjęli
mu serce?
- Tak. To był pijak, narkoman. Organizm miał wyniszczony. Morris
twierdzi, że to serce było do niczego. Gość za pół roku i tak by nie
żył. - Przestała krążyć po gabinecie, stanęła naprzeciw męża i włożyła
kciuki w jego kieszenie. - Co wiesz o czarnorynkowym handlu ludzkimi
organami?
- Nigdy się tym nie zajmowałem, nawet kiedy jeszcze... prowadziłem
najróżniejsze interesy - dokończył z niewyraźnym uśmiechem. - Coraz
lepsze sztuczne organy i te pobierane od ofiar nieszczęśliwych wypadków
oraz postęp medycyny ograniczyły czarny rynek niemal do zera. Nielegalny
handel organami kwitł mniej więcej trzydzieści lat temu.
- Ile teraz kosztuje serce na czarnym rynku? - zapytała.
- Naprawdę nie wiem. - Uniósł brwi i uśmiechnął się tajemniczo. -
Chcesz, żebym się dowiedział?
- Sama mogę to zrobić. - Znów zaczęła krążyć po gabinecie. - Czym się
zajmujesz w zarządzie?
- Jestem doradcą. Część mojego własnego działu badawczo-rozwojowego
również zajmuje się medycyną i współpracuje z Centrum Drake'a.
Zawarliśmy z nimi kontrakt. Dostarczamy im sprzęt medyczny, maszyny,
komputery. - Znów się uśmiechnął. - Oraz sztuczne organy. Ich dział
badawczo-rozwojowy zajmuje się głównie farmaceutyką, protezami i chemią.
Oni też produkują organy zastępcze.
- Robicie serca?
- Między innymi. Nie zajmujemy się żywą tkanką.
- Kto jest u nich najlepszym chirurgiem?
- Colin Cagney jest szefem chirurgii. Poznałaś go - dodał.
Odpowiedzią Eve był cichy jęk. Nie była w stanie zapamiętać wszystkich,
których poznała, odkąd Roarke pojawił się w jej życiu.
- Ciekawa jestem, czy on jeździ również na wizyty osobiste, czy jak to
się tam nazywa.
- Wizyty domowe - poprawił ją Roarke z lekkim uśmiechem. - Nie bardzo
sobie wyobrażam wybitnego doktora Cagneya przeprowadzającego nielegalną
operację w legowisku bezdomnego.
- Zobaczymy, co powie mi wyobraźnia, kiedy jeszcze raz go zobaczę. -
Westchnęła głęboko i przeczesała palcami włosy. - Przepraszam, że ci
przeszkodziłam.
- Poprzeszkadzaj mi jeszcze trochę - zaproponował. Podszedł do niej i przesunął kciukiem po jej pełnej dolnej wardze. - Zjedzmy razem lunch.
- Nie mogę. Muszę jeszcze odwiedzić kilka miejsc. - Jego dotyk
przyprawił ją o miły dreszcz. - Powiedz, co kupowałeś, kiedy ci
przerwałam?
- Australię. - Roześmiał się, widząc jej zaskoczoną minę. - Tylko mały
kawałek. - Zachwycony jej reakcją, przyciągnął ją do siebie i mocno
pocałował. - Uwielbiam cię.
- No to dobrze. - Kiedy słyszała z jego ust takie słowa, kolana się pod
nią uginały i czuła, że zaczyna płonąć. - Muszę uciekać.
- Chcesz, żebym spróbował się czegoś dowiedzieć na temat badań nad
organami w Centrum Drake'a?
- To moje zadanie. Wiem, jak to się robi. Miło by było, gdybyś nie
mieszał się do tej sprawy. Idź, kup sobie resztę Australii albo coś
innego. Zobaczymy się w domu.
- Pani porucznik. - Otworzył szufladę biurka. Znał jej typowy rozkład
dnia, więc rzucił jej batonik energetyczny. - To pewnie będzie twój
lunch.
Roześmiała się mimo woli i schowała batonik do kieszeni.
- Dzięki.
Kiedy wyszła, Roarke zerknął na zegarek. Do następnego spotkania zostało
mu dwadzieścia minut. Wystarczy.
Usiadł przy komputerze, uśmiechnął się na wspomnienie wizyty żony, a potem zaczął szukać danych na temat Centrum Drake'a.
Rozdział 3
3
Okazało się, że słusznie postąpiła, odwiedzając najpierw męża, a nie
doktor Mirę. Lekarki nie było. Eve zawiadomiła ją pocztą elektroniczną,
że nazajutrz chce się z nią spotkać w sprawie zawodowej, a potem
pojechała do Centrum Drake'a.
Szpital mieścił się w jednym z tych rozległych kompleksów, sięgających
od przecznicy do przecznicy. Często mijała takie budowle, ale nigdy nie
zwracała na nie uwagi. To znaczy, tak było przed pojawieniem się
Roarke'a. Odkąd zagościł w jej życiu, kilka razy odwiedziła takie
eleganckie kliniki, nakłoniona przez męża prośbą lub groźbą, czasami
zanoszona tam na rękach, gdy pilnie była jej potrzebna pomoc lekarska.
Eve nadal uparcie twierdziła, że za każdym razem wystarczyłaby podręczna
apteczka i krótka drzemka.
Nienawidziła szpitali. To, że miała teraz odwiedzić jeden z nich jako
policjantka, a nie pacjentka, nie robiło jej żadnej różnicy.
Główny budynek był stary i wyglądał bardzo szacownie, zapewne dzięki
starannym i kosztownym zabiegom konserwacyjnym, którym co jakiś czas go
poddawano. Wokół niego i z niego wyrastały przejrzyste i białe
konstrukcje, połączone lśniącymi tubami pasaży. Krążące w powietrzu
pojazdy tworzyły srebrzysty krąg wokół całego kompleksu.
W wystających częściach budowli zapewne mieściły się restauracje, sklepy
z pamiątkami i tarasy, gdzie pacjenci oraz odwiedzający mogli podziwiać
widoki i wmawiać sobie, że nie znajdują się w budynku pełnym chorych i cierpiących.
Ponieważ komputer podkładowy w wozie Eve działał sprawniej niż ten w biurze, postanowiła z niego skorzystać, żeby uzyskać kilka ogólnych
informacji. Centrum Drake'a było raczej miastem w mieście niż kompleksem
szpitalnym. Znajdowały się tam centra szkoleniowe, sale wykładowe,
laboratoria, oddziały intensywnej opieki, sale operacyjne, pokoje i apartamenty chorych, najróżniejsze pomieszczenia dla personelu i, jak
można się tego spodziewać w centrum medycznym, poczekalnie dla
odwiedzających.
Na dodatek znajdowało się tam kilkanaście restauracji - w tym dwie
pięciogwiazdkowe - piętnaście kaplic, elegancki hotelik dla członków
rodzin i przyjaciół pacjentów, którzy chcieli być w pobliżu swoich
chorych, niewielkie ekskluzywne centrum handlowe oraz trzy kina.
Były tam niezliczone ruchome mapy i punkty informacyjne, dzięki którym
goście mogli odnaleźć drogę do właściwego sektora. Transportery
kursowały między parkingami i poszczególnymi wejściami, a szklane obłe
kabiny wind, błyszczące w słońcu jak krople wody, sunęły w górę i w dół
po białych ścianach gigantycznych budowli.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki