Zabójczy miecz - Ann Leckie

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

- Zważywszy na okoliczności, mogłaś wykorzystać inną porucznik.

Anaander Mianaai, władczyni (w chwili obecnej) całego rozległego obszaru przestrzeni Radch, siedziała w wielkim fotelu wyściełanym haftowanym jedwabiem. To ciało, które do mnie mówiło - jedno z tysięcy - wyglądało na jakieś trzynaście lat. Czarno odziane, ciemnoskóre. Na twarzy zaznaczały się już arystokratyczne rysy, które w radchaajskiej przestrzeni stanowiły wyznacznik mody i najwyższej rangi. W normalnych okolicznościach nikt nigdy nie oglądał tak młodych wersji lord Radch, ale to nie były normalne okoliczności.

Pokój był mały, trzy i pół metra kwadratowego, ściany wyłożone kratownicą z ciemnego drewna. W jednym kącie drewna brakowało - prawdopodobnie zostało zniszczone w zeszłym tygodniu podczas gwałtownej dyskusji pomiędzy rywalizującymi częściami samej Anaander Mianaai. Po ocalałych kratach pięły się wiotkie pędy jakiejś rośliny, wąskie srebrzystozielone listki, tu i tam maleńkie białe kwiatki. To nie było miejsce publiczne ani pałacowa sala audiencyjna. Obok krzesła lord Radch stało drugie, puste, oddzielone stolikiem, na którym znajdowała się zastawa do herbaty: dzbanek i czarki z białej, gładkiej porcelany, o wdzięcznej linii, jakie na pierwszy rzut oka wydają się zwyczajne, ale już po chwili widać, że to dzieła sztuki warte więcej niż niejedna planeta.

Zaproponowano mi herbatę, poproszono, żebym usiadła. Wolałam stać.

- Powiedziałaś, że mogę wybierać oficerów. - Powinnam dodać pełne szacunku "pani", ale nie dodałam. Powinnam również uklęknąć i dotknąć czołem podłogi, kiedy weszłam do pokoju i zobaczyłam lord Radch. Tego też nie zrobiłam.

- Wybrałaś dwie. Oczywiście Seivarden i porucznik Ekalu, wybór do przewidzenia.

Nazwiska odruchowo przywołały na myśl obie te osoby. Mniej więcej za jedną dziesiątą sekundy "Łaska Kalr", zaparkowana w odległości jakichś trzydziestu pięciu tysięcy kilometrów od tej stacji, otrzyma niemal instynktowne żądanie danych, a po następnej jednej dziesiątej sekundy dotrze do mnie jej odpowiedź. Przez ostatnie kilka dni uczyłam się kontrolować ten bardzo dawny nawyk. Nie całkiem mi się udało.

- Kapitan floty ma prawo do trzech - ciągnęła Anaander Mianaai.

Trzymając piękną porcelanową czarkę w dłoni okrytej czarną rękawiczką, wykonała gest, zapewne wskazując mój mundur. Radchaajscy wojskowi nosili ciemnobrązowe kurtki i spodnie, buty i rękawiczki. Moje były inne. Lewa strona była brązowa, ale prawa czarna, kapitańskie insygnia zaś miały symbole oznaczające, że dowodzę nie tylko własnym statkiem, ale też kapitanami innych statków. Oczywiście moja flota składała się tylko z jednego statku, "Łaski Kalr", ale w pobliżu Athoek, gdzie się udawałam, nie stacjonowały inne kapitan floty, a moja ranga zapewniała mi zwierzchnictwo nad wszystkimi kapitan, jakie mogłam napotkać. Oczywiście zakładając, że będą one skłonne uznać moją władzę.

Zaledwie parę dni wcześniej wybuchł długo nabrzmiewający konflikt i jedna frakcja zniszczyła dwie z międzyukładowych bram. Najwyższym priorytetem było teraz zabezpieczenie pozostałych bram i powstrzymanie tej frakcji przed przechwyceniem bram i stacji w innych układach. Rozumiałam, dlaczego Anaander Mianaai nadała mi tę rangę, jednak mimo wszystko nie byłam tym zachwycona.

- Niech ci się nie wydaje - ostrzegłam - że pracuję dla ciebie.

Uśmiechnęła się.

- Och, wcale tak nie myślę. Mogłaś wybierać tylko spośród oficerów obecnych w tym układzie i w pobliżu stacji. Porucznik Tisarwat dopiero ukończyła szkolenie. Miała objąć swój pierwszy przydział, a teraz to oczywiście wykluczone. I pomyślałam, że spodoba ci się możliwość wyszkolenia kogoś tak, jak sobie życzysz. - Przy ostatnich słowach wydawała się rozbawiona.

Słuchając jej, wiedziałam, że Seivarden znajduje się w drugiej fazie NREM snu. Znałam puls, temperaturę, oddech, utlenowanie krwi, poziom hormonów. Potem te dane zniknęły i pojawiła się porucznik Ekalu pełniąca wachtę. Zestresowana - szczęki lekko zaciśnięte, podwyższony kortyzol. Jeszcze przed tygodniem była zwykłą żołnierką, dopóki nie aresztowano kapitan "Łaski Kalr" za zdradę. Nigdy się nie spodziewała, że zostanie oficerem. Najwyraźniej nie była całkiem pewna, czy się do tego nadaje.

- Chyba nie sądzisz - powiedziałam do lord Radch, mrugnięciem gasząc tę wizję - że to dobry pomysł, żeby mnie wysłać na świeżo rozpętaną wojnę domową tylko z jedną doświadczoną oficer.

- Nie ma nic gorszego niż braki personalne - odparła Anaander Mianaai, może zauważywszy moje chwilowe roztargnienie, a może nie. - A ten dzieciak nie posiada się z radości, że będzie służyć pod kapitan floty. Czeka na ciebie w dokach. - Odstawiła herbatę, wyprostowała się w krześle. - Ponieważ brama prowadząca do Athoek jest zniszczona i nie mam pojęcia, jaka tam jest sytuacja, nie mogę ci wydać konkretnych rozkazów. Poza tym - uniosła pustą teraz dłoń, jakby chciała uprzedzić moją wypowiedź - traciłabym tylko czas, gdybym próbowała za bardzo tobą dyrygować. Zrobisz, co uznasz za stosowne, bez względu na moje zdanie. Skończyłaś załadunek? Masz wszystkie zapasy, których potrzebujesz?

Pytanie było retoryczne - z pewnością nie gorzej ode mnie znała stan magazynów na moim statku. Wykonałam nieokreślony gest, rozmyślnie bezczelny.

- Równie dobrze możesz zabrać rzeczy kapitan Vel - dodała, jakbym odpowiedziała sensownie. - Jej już nie będą potrzebne.

Vel Osck była kapitanem "Łaski Kalr" do zeszłego tygodnia. Mogła nie potrzebować swojej własności z różnych powodów, oczywiście najbardziej prawdopodobny to ten, że nie żyła. Anaander Mianaai nie robiła niczego połowicznie, zwłaszcza jeśli chodziło o jej wrogów. Oczywiście w tym wypadku wrogiem, którego popierała Vel Osck, była sama Anaander Mianaai.

- Nie chcę ich - powiedziałam. - Odeślij je rodzinie.

- Jeśli zdołam. - Niewykluczone, że nie będzie miała takiej możliwości. - Potrzebujesz jeszcze czegoś, zanim odlecisz? Czegokolwiek?

Rozmaite odpowiedzi przyszły mi do głowy. Żadna nie wydawała się przydatna.

- Nie.

- Wiesz, będę za tobą tęsknić - wyznała. - Nikt inny nie rozmawia ze mną tak jak ty. Spotkałam bardzo niewiele osób takich jak ty, które naprawdę, szczerze nie obawiają się konsekwencji, jeśli mnie obrażą. I żadna z tych bardzo nielicznych osób nie ma tak... podobnego pochodzenia jak ty i ja.

Powiedziała tak, ponieważ dawniej byłam statkiem. SI kierującą ogromnym wojskowym transportowcem i tysiącami serwitorów, ludzkich ciał, części mnie. Wówczas nie uważałam się za niewolnicę, lecz byłam bronią ofensywną, własnością Anaander Mianaai, która sama zajmowała tysiące ciał rozsianych po całej przestrzeni Radch.

Teraz miałam tylko to jedno ludzkie ciało.

- Nic, co możesz mi zrobić, nie będzie gorsze od tego, co już mi zrobiłaś.

- Zdaję sobie z tego sprawę - odparła - i zdaję sobie sprawę, jaka przez to jesteś niebezpieczna. To pewnie krańcowa głupota z mojej strony, że pozwalam ci żyć, a na dodatek daję ci oficjalną władzę i statek, ale gry, które rozgrywam, nie są dla bojaźliwych.

- Dla większości z nas - warknęłam, teraz jawnie rozgniewana, wiedząc, że ona widzi fizyczne oznaki gniewu, choćbym zachowała beznamiętny wyraz twarzy - to nie są gry.

- Z tego również zdaję sobie sprawę - zapewniła lord Radch. - Naprawdę. Po prostu nie da się uniknąć pewnych strat.

Mogłam wybrać którąś z kilku możliwych odpowiedzi. Zamiast tego odwróciłam się i bez słowa wyszłam z pokoju. Żołnierka Piątka Kalr Jeden "Łaski Kalr", czekająca sztywno na baczność tuż przy drzwiach, ruszyła za mną, milcząca i sprawna. Piątka Kalr była człowiekiem, podobnie jak wszystkie żołnierki "Łaski Kalr", nie serwitorem. Miała nazwisko oprócz numeru, dekady i nazwy statku. Raz zwróciłam się do niej po nazwisku. Odpowiedziała na pozór obojętnie, jednak wyczułam w niej przypływ niepokoju i skrępowania. Nie próbowałam tego więcej.

Kiedy byłam statkiem - w zasadzie tylko jednym komponentem transportera wojskowego "Sprawiedliwość Toren" - zawsze znałam stan oficerów. Wiedziałam, co widzą i słyszą. Znałam każdy oddech, każde drgnienie każdego mięśnia. Stężenie hormonów, utlenowanie krwi. Nie znałam tylko ich myśli, chociaż często mogłam je odgadnąć, opierając się na doświadczeniu i bliskiej znajomości. Nigdy nie pokazywałam tego żadnej z moich kapitan - dla nich to nie miałoby większego znaczenia, strumień bezsensownych danych. Ale dla mnie wtedy to była po prostu część mojej świadomości.

Nie byłam już moim statkiem. Ale wciąż pozostawałam serwitorem, wciąż mogłam odczytywać te dane jak żaden ludzki kapitan. Jednak teraz miałam tylko jeden ludzki mózg, mogłam przyswajać tylko drobne fragmenty informacji, jakie niegdyś odbierałam bez wysiłku, nieustannie. I nawet ta niewielka ilość wymagała ostrożności - za pierwszym razem, kiedy próbowałam jednocześnie iść i odbierać dane, wpadłam prosto na gródź. Wysłałam zapytanie do "Łaski Kalr", tym razem świadomie. Byłam pewna, że mogę przejść przez ten korytarz i jednocześnie monitorować Piątkę, nie zatrzymując się ani nie potykając.

Dotarłam bez wypadków aż do pałacowej sali recepcyjnej. Piątka była zmęczona i lekko skacowana. Niewątpliwie znudzona staniem i gapieniem się w ścianę podczas mojej konferencji z lord Radch. Dostrzegłam dziwną mieszaninę oczekiwania i strachu, co mnie trochę zaniepokoiło, ponieważ nie umiałam odgadnąć, skąd się wziął ten konflikt.

Wyszedłszy na główny pasaż, szeroki, wysoki i pełen ech, wybrukowany kamiennymi płytami, skręciłam w stronę wind, które miały mnie zawieźć do doków, gdzie czekał prom, żeby mnie zabrać z powrotem na "Łaskę Kalr". Większość sklepów i biur w pasażu, a także wielcy, jaskrawo pomalowani bogowie tłoczący się na fasadzie świątyni, w oranżu, błękicie, czerwieni i zieleni, wydawali się zadziwiająco mało zniszczeni po walkach w zeszłym tygodniu, kiedy wojna lord Radch z samą sobą wyszła na jaw. Teraz obywatelki w barwnych płaszczach, spodniach i rękawiczkach, obwieszone biżuterią, przechodziły na pozór beztrosko, jakby zeszły tydzień wcale się nie wydarzył. Jakby Anaander Mianaai, lord Radch, nadal była sobą, jedną, niepodzieloną osobą, chociaż w wielu ciałach. Lecz zeszły tydzień się wydarzył i Anaander Mianaai w rzeczywistości nie była jedną osobą. Już od dłuższego czasu.

Kiedy podeszłam do wind, poczułam nagły przypływ niechęci i konsternacji. Zatrzymałam się i odwróciłam. Piątka Kalr też przystanęła i teraz patrzyła obojętnie przed siebie. Jakby ta fala niechęci, którą mi pokazał statek, nie pochodziła od niej. Nie przypuszczałam, że większość ludzi potrafi skutecznie maskować tak silne emocje - twarz Piątki była absolutnie pozbawiona wyrazu. Ale okazało się, że wszystkie z "Łaski Kalr" to umiały. Kapitan Vel była staroświecka - a przynajmniej idealizowała znaczenie słowa "staroświecka" - i żądała, żeby jej ludzkie żołnierki zachowywały się w miarę możliwości jak serwitory.

Piątka nie wiedziała, że jestem serwitorem. Wiedziała tylko, że jestem kapitanem floty Breq Mianaai, awansowaną z powodu aresztowania kapitan Vel i moich rzekomo potężnych koneksji rodzinnych. Nie podejrzewała, jak wiele o niej wiedziałam.

- Co jest? - zapytałam obcesowo.

Zbita z tropu.

- Pani? - Monotonnie. Bez wyrazu. Chciała, co zobaczyłam po minimalnej zwłoce w odbiorze sygnału, żebym przestała zwracać na nią uwagę, żebym zostawiła ją bezpiecznie w spokoju. Chciała również mówić.

Miałam rację, ta niechęć, ten strach dotyczyły mnie.

- Masz coś do powiedzenia. Więc słucham.

Zdumienie. Czysta zgroza. Ale żaden mięsień nie drgnął.

- Pani - powtórzyła i wreszcie pojawił się nikły, przelotny ślad emocji, szybko stłumiony. Przełknęła ślinę. - Chodzi o naczynia.

Moja kolej, żeby się zdziwić.

- Naczynia?

- Pani, odesłałaś rzeczy kapitan Vel do magazynu tu, na stacji.

Piękne to były rzeczy. Naczynia (i sztućce, i przybory do herbaty), które zapewne tak absorbowały Piątkę Kalr, były z porcelany, szkła, emaliowanego i zdobionego klejnotami metalu. Ale nie należały do mnie. I nie chciałam niczego od kapitan Vel. Piątka spodziewała się, że zrozumiem. Tak bardzo pragnęła, żebym ją zrozumiała. Ale nie rozumiałam.

- Tak?

Frustracja. Nawet gniew. Najwyraźniej z punktu widzenia Piątki to, czego chciała, było oczywiste. Ale dla mnie oczywisty pozostawał tylko fakt, że nie mogła po prostu tego powiedzieć, nawet kiedy ją zapytałam.

- Pani - bąknęła wreszcie; mijały nas obywatelki, niektóre rzucały zaciekawione spojrzenia, inne udawały, że nas nie widzą. - Rozumiem, że wkrótce opuszczamy układ.

- Żołnierko - warknęłam, sama zaczynając odczuwać frustrację i gniew, będąc w nie najlepszym nastroju po rozmowie z lord Radch. - Czy jesteś w stanie mówić jasno?

- Nie możemy opuścić układu bez porządnych naczyń! - rzuciła wreszcie, z twarzą wciąż imponująco pozbawioną wyrazu. - Pani. - Kiedy nie odpowiedziałam, ciągnęła, jeszcze bardziej przerażona tym, że mówi tak otwarcie: - Oczywiście dla ciebie to bez znaczenia. Jesteś kapitanem floty, twoja ranga wystarczy, żeby każdemu zaimponować. - I nazwisko mojego domu: byłam teraz Breq Mianaai. Niezbyt się ucieszyłam, że nadano mi to właśnie nazwisko, które identyfikowało mnie jako kuzynkę samej lord Radch. Nikt z mojej załogi oprócz Seivarden i pokładowej medyczki nie wiedział, że nie nosiłam tego nazwiska od urodzenia. - Ty możesz zaprosić inną kapitan na kolację i podać jej żołnierskie pomyje, a ona nie powie ani słowa, pani.

Nie mogłaby, chyba że przewyższałaby mnie rangą.

- Nie lecimy tam, dokąd lecimy, żeby wydawać proszone obiady - oświadczyłam. To ją wyraźnie speszyło, na jej twarzy przelotnie odmalowało się zakłopotanie.

- Pani! - powiedziała prosząco, coraz bardziej skrępowana. - Ty nie musisz się martwić, co inni o tobie pomyślą. Mówię tylko dlatego, że mi rozkazałaś.

Oczywiście. Powinnam była zauważyć. Powinnam była się zorientować dużo wcześniej. Martwiła się, że to ona źle wypadnie, jeśli nie będę miała zastawy odpowiedniej do swojej rangi. Że to się fatalnie odbije na samym statku.

- Martwisz się o reputację statku.

Rozgoryczenie, ale także ulga.

- Tak, pani.

- Nie jestem kapitan Vel. - Kapitan Vel bardzo dbała o takie rzeczy.

- Nie, pani.

Nie wiedziałam, czy nacisk położony na "nie" oraz ulga, jaką odczytałam w Piątce, wynikały z zadowolenia, że nie jestem kapitan Vel, czy z tego, że wreszcie zrozumiałam, co próbuje mi przekazać. Czy z jednego i drugiego.

Wyczyściłam już swoje tutejsze konto, wszystkie pieniądze w bonach trzymałam w kwaterze na pokładzie "Łaski Kalr". Niewielka suma, jaką nosiłam przy sobie, nie wystarczyłaby, żeby uśmierzyć obawy Piątki Kalr. Stacja - SI, która zarządzała tym miejscem, była tym miejscem - mogła pewnie załatwić za mnie szczegóły finansowe. Ale stacja żywiła do mnie urazę jako do przyczyny zeszłotygodniowych zamieszek i nie zgodziłaby się mi pomóc.

- Wracaj do pałacu - rozkazałam. - Powiedz lord Radch, czego potrzebujesz. - Oczy jej się nieznacznie rozszerzyły i dwie dziesiąte sekundy później odczytałam w nich niedowierzanie, a potem nagi strach. - Kiedy wszystko zostanie załatwione zgodnie z twoim życzeniem, wejdź na prom.

Minęły nas trzy obywatelki z torbami w urękawiczonych dłoniach. Usłyszałam fragment rozmowy, z którego wynikało, że kierują się do doków, żeby złapać statek do jednej z zewnętrznych stacji. Drzwi windy rozsunęły się uprzejmie. Oczywiście. Stacja wiedziała, dokąd zmierzają, nie musiały prosić.

Stacja wiedziała również, dokąd ja zmierzam, ale nie otwierała przede mną żadnych drzwi, jeśli nie wyraziłam bardzo dokładnie sformułowanego żądania. Odwróciłam się i szybko weszłam do windy jadącej do doków za tamtą trójką. Zobaczyłam, jak drzwi windy zamykają się przed przerażoną Piątką, stojącą na czarnym kamiennym bruku pasażu. Winda ruszyła, trzy obywatelki trajkotały. Zamknęłam oczy i zobaczyłam Piątkę Kalr wpatrzoną w windę, oddychającą trochę szybciej. Zmarszczyła nieznacznie brwi - nikt przechodzący obok niej by tego nie zauważył. Poruszeniem palców przywołała "Łaskę Kalr", chociaż ręce lekko jej drżały, jakby się obawiała, że statek nie odpowie.

Ale oczywiście "Łaska Kalr" już czuwała.

- Nie martw się - powiedziała "Łaska Kalr" głosem łagodnym i brzmiącym neutralnie w uszach Piątki i moich. - To nie na ciebie gniewa się kapitan floty. Idź śmiało. Wszystko będzie dobrze.

To prawda. Nie na Piątkę Kalr się gniewałam. Odepchnęłam napływające od niej dane, odebrałam dezorientujący przebłysk Seivarden, śpiącej i śniącej, oraz porucznik Ekalu, wciąż spiętej, proszącej właśnie jedną z jej Etrepa o herbatę. Otwarłam oczy. Obywatelki w windzie obok mnie śmiały się, nie wiedziałam z czego i nic mnie to nie obchodziło. Drzwi windy się rozsunęły i wyszłyśmy do przestronnego holu przed dokami, o ścianach obwieszonych ikonami wszelkich bogów, jakich podróżni uważali za pożytecznych lub niosących pociechę. O tej porze dnia hol świecił pustkami, tylko przed wejściem do biura zarządu doków stała kolejka zniecierpliwionych pilotek i dowódców statków, czekających, żeby złożyć skargę na ręce przepracowanych urzędniczek inspektoratu. Podczas zamieszek w zeszłym tygodniu wyłączono dwie międzyukładowe bramy, następne miały podzielić ten los w najbliższej przyszłości, a lord Radch zabroniła podróżowania przez pozostałe i uwięziła w układzie dziesiątki statków razem z ładunkiem i pasażerami.

Rozsunęły się przede mną na boki, kłaniając się lekko, jakby zakołysał nimi wiatr. Sprawił to mój mundur - usłyszałam, jak jedna kapitan szepcze do drugiej: "Kto to jest?", i szmer głosów, kiedy sąsiadka odpowiedziała, a inne skomentowały jej ignorancję albo dorzuciły to, co wiedziały. Dotarły do mnie słowa "Mianaai" i "Misje Specjalne". Tyle sensu zdołały znaleźć w wydarzeniach z zeszłego tygodnia. Oficjalna wersja głosiła, że przybyłam do Pałacu Omaugh w przebraniu, żeby wyplenić buntowniczą konspirację. Że przez cały czas pracowałam dla Anaander Mianaai. Każdy uczestnik tych wydarzeń, któremu później przedstawiono oficjalną wersję, wiedział albo podejrzewał, że nie jest prawdziwa. Jednak większość Radchaai prowadzących zwyczajne życie nie miała powodu w nią wątpić.

Nikt nie protestował, kiedy przeszłam obok urzędniczek do zewnętrznego biura głównej inspektorki. Daos Ceit, jej asystentka, wciąż jeszcze leczyła się z ran. Na jej miejscu siedziała urzędniczka, której nie znałam, ale szybko wstała i ukłoniła się, kiedy weszłam. To samo zrobiła młodziutka porucznik, z wdziękiem i opanowaniem, jakich się nie spodziewałam u siedemnastolatki, wciąż jeszcze składającej się głównie z patykowatych kończyn i dostatecznie lekkomyślnej, żeby wydać pierwszą pensję na oczy koloru lila - z pewnością nie urodziła się z takimi tęczówkami. Jej ciemnobrązowa kurtka, spodnie, buty i rękawiczki były świeże i nieskazitelne, ciemne proste włosy krótko ścięte.

- Kapitanie floty, pani - powiedziała. - Porucznik Tisarwat, pani. - Ponownie się ukłoniła.

Nie odpowiedziałam, tylko na nią popatrzyłam. Jeśli mój wzrok ją speszył, nie okazała tego. Nie wysyłała jeszcze danych na "Łaskę Kalr", a na jej ciemnej skórze nie dostrzegłam rumieńca. Mały, dyskretny zestaw spinek przy jednym ramieniu sugerował rodzinę dość zamożną, ale nie najbardziej prominentną w Radch. Pomyślałam, że jest albo nienaturalnie opanowana, albo głupia. Żadna z tych możliwości mnie nie zachwyciła.

- Proszę wejść, pani - powiedziała nieznajoma urzędniczka, kierując mnie w stronę wewnętrznego biura. Weszłam, nie odzywając się ani słowem do porucznik Tisarwat.

Ciemnoskóra, bursztynowooka, elegancka i arystokratyczna nawet w ciemnoniebieskim mundurze zarządu doków, główna inspektorka Skaaiat Awer wstała i ukłoniła się, kiedy zamknęłam za sobą drzwi.

- Breq. Więc lecisz?

Otworzyłam usta, żeby odpowiedzieć: "Gdy tylko wydasz zgodę na nasz start", ale przypomniałam sobie Piątkę i zadanie, z jakim ją wysłałam.

- Czekam tylko na Piątkę Kalr. Widocznie nie mogę odlecieć bez odpowiedniego kompletu naczyń.

Przez twarz głównej inspektorki przemknęło zdziwienie i natychmiast znikło. Wiedziała oczywiście, że odesłałam tu rzeczy kapitan Vel i że nie miałam czym ich zastąpić. Miejsce zdziwienia zajęło rozbawienie.

- No cóż - powiedziała. - Nie czułabyś tego samego? - To znaczy kiedy byłam na miejscu Piątki. Kiedy byłam statkiem.

- Nie, nie czułabym. Nie czułam. Niektóre inne statki czuły. Czują.

Głównie "Miecze", które i tak już uważały się za lepsze od mniejszych, mniej prestiżowych "Łask" czy wojskowych transportowców "Sprawiedliwości".

- Moje Issa Siedem dbały o takie rzeczy. - Skaaiat Awer służyła jako porucznik na statku z ludzkimi oddziałami, zanim została główną inspektorką tutaj, w Pałacu Omaugh. Skierowała wzrok na moją jedyną sztukę biżuterii, mały złoty znaczek przypięty przy lewym ramieniu. Wykonała gest, zmieniając temat, chociaż właściwie nie zmieniając tematu. - Athoek, tak?

Mojego miejsca przeznaczenia nie podano do publicznej wiadomości, w zasadzie tę informację traktowano jak poufną. Ale Awer należał do najstarszych i najbogatszych domów. Skaaiat miała kuzynki, które znały ludzi dobrze poinformowanych.

- Ja bym chyba cię tam nie wysłała.

- Tam właśnie się udaję.

Przyjęła tę odpowiedź, nie okazując zdziwienia ani urazy.

- Usiądź, proszę. Herbaty?

- Nie, dziękuję.

Właściwie miałam ochotę na herbatę, w innych okolicznościach chętnie pogawędziłabym dla odprężenia ze Skaaiat Awer, ale pilno mi było stąd się wyrwać.

To również główna inspektorka Skaaiat przyjęła ze spokojem. Sama też nie usiadła.

- Odwiedzisz Basnaaid Elming, kiedy dotrzesz na stację Athoek. - Nie pytała. Wiedziała, że to zrobię. Basnaaid była młodszą siostrą kogoś, kogo Skaaiat i ja kiedyś kochałyśmy. Kogoś, kogo zabiłam na rozkaz Anaander Mianaai. - Ona jest jak Awn pod wieloma względami, ale pod innymi nie.

- Mówiłaś, że uparta.

- Bardzo dumna. I równie uparta jak siostra. Może bardziej. Strasznie się obraziła, kiedy zaproponowałam jej patronat przez wzgląd na jej siostrę. Wspominam o tym, ponieważ podejrzewam, że zamierzasz zrobić coś podobnego. I jesteś chyba jedyną żyjącą osobą bardziej upartą niż ona.

Uniosłam brew.

- Nawet nie tyranka?

To słowo nie było radchaajskie, pochodziło z jednego ze światów zaanektowanych i wchłoniętych przez Radch. Przez Anaander Mianaai. Czyli tyrankę, bodajże jedyną osobę w Pałacu Omaugh oprócz Skaaiat i mnie, która rozpoznałaby i zrozumiała to słowo.

Wargi Skaaiat Awer drgnęły w ironicznym uśmieszku.

- Możliwe. Może nie. W każdym razie bądź bardzo ostrożna, proponując Basnaaid pieniądze albo przysługi. Nie przyjmie tego dobrze. - Machnęła ręką, dobrodusznie, ale z rezygnacją, jakby mówiła: "Ale oczywiście zrobisz, co zechcesz". - Musiałaś już poznać naszą nową małoletnią porucznik.

Chodziło jej o porucznik Tisarwat.

- Dlaczego ona przyszła tutaj, a nie prosto na prom?

- Przyszła przeprosić moją pracownicę. - Zastępczynię Daos Ceit, tam, w zewnętrznym biurze. - Ich matki są kuzynkami. - Formalnie słowo użyte przez Skaaiat oznaczało pokrewieństwo pomiędzy dwojgiem ludzi z różnych domów, którzy mieli wspólną rodzicielkę albo babkę, jednak w sensie potocznym dotyczyło dalszego krewnego, przyjaciela albo kogoś, z kim się dorastało. - Wczoraj miały się spotkać na herbacie, ale Tisarwat się nie pojawiła i nie odpowiadała na wiadomości. A wiesz, jak wojskowi się lubią z zarządem doków. - Czyli pozornie uprzejmość, a prywatnie pogarda. - Moja pracownica się obraziła.

- Dlaczego porucznik Tisarwat miałaby się przejmować?

- Widocznie nigdy matka cię nie skrzyczała, że obraziłaś jej kuzynkę, skoro pytasz - powiedziała ze śmiechem Skaaiat.

Fakt.

- Co o niej myślisz?

- Jeszcze dzień czy dwa wcześniej powiedziałabym: lekkomyślna. Ale dzisiaj jest bardzo potulna. - "Lekkomyślna" nie pasowało do tej opanowanej młodej osoby, którą widziałam w zewnętrznym biurze. Jeśli nie liczyć tych dziwacznych oczu. - Jeszcze wczoraj miała objąć biurową posadę w jakimś pogranicznym układzie.

- Tyranka przysłała mi małoletnią administratorkę?!

- Nie przypuszczałabym, że ona ci przyśle małoletnie cokolwiek - odparła Skaaiat. - Myślałam, że sama zechce z tobą polecieć. Może za mało jej tu zostało. - Nabrała powietrza, jakby zamierzała powiedzieć coś więcej, potem jednak zmarszczyła brwi, przechyliła głowę. - Przepraszam, muszę się czymś zająć.

W dokach tłoczyły się statki potrzebujące zaopatrzenia, naprawy albo pilnej pomocy medycznej, statki uwięzione w tym układzie, z załogami i pasażerami ogromnie z tego niezadowolonymi. Personel Skaaiat pracował ciężko od wielu dni, prawie bez wytchnienia.

- Oczywiście. - Ukłoniłam się. - Nie będę przeszkadzała.

Nadal słuchała wiadomości wysyłanej przez kogoś. Odwróciłam się do wyjścia.

- Breq. - Obejrzałam się. Skaaiat wciąż miała lekko przechyloną głowę, wciąż słuchała tego kogoś. - Uważaj na siebie.

- Ty też.

Wyszłam do zewnętrznego biura. Porucznik Tisarwat stała, milcząca i nieruchoma. Urzędniczka patrzyła przed siebie, poruszając palcami, niewątpliwie doglądając pilnych spraw w dokach.

- Poruczniku - rzuciłam szorstko i nie czekałam na odpowiedź, tylko wyszłam z biura w tłum narzekających kapitanów statków, do doków, gdzie znajdę prom, który mnie zabierze na "Łaskę Kalr".

*

Prom był za mały, żeby wytwarzać własną grawitację. Ja czułam się doskonale w takich warunkach, ale bardzo młode oficer często miewały kłopoty. Zostawiłam porucznik Tisarwat przy śluzie, żeby czekała na Piątkę Kalr, a potem przepchnęłam się przez niewygodną, niebezpieczną granicę pomiędzy grawitacją pałacu a nieważkością promu, za pomocą kopniaków dotarłam do fotela i przypięłam się pasami. Pilotka z szacunkiem skinęła mi głową, jako że ukłon byłby utrudniony w tych okolicznościach. Zamknęłam oczy i zobaczyłam, że Piątka stoi w dużym magazynie we właściwym pałacu, surowym, utylitarnym, o szarych ścianach. W dłoni okrytej brązową rękawiczką trzymała czarkę do herbaty z delikatnego szkła w odcieniu głębokiego różu. Przed nią w otwartej skrzyni widziałam więcej - dzbanek, jeszcze siedem czarek, inne naczynia. Jej zachwyt pięknymi rzeczami, jej pożądanie były podszyte zwątpieniem. Nie potrafiłam czytać w jej myślach, ale zgadywałam, że została skierowana do tego magazynu, znalazła ten serwis i bardzo chciała go wziąć, ale nie całkiem wierzyła, że jej na to pozwolą. Z pewnością szkło było ręcznie dmuchane i miało jakieś siedemset lat. Nie zdawałam sobie sprawy, że Piątka ma oko konesera do tych rzeczy.

Odepchnęłam tę wizję. Pewnie zajmie jej to trochę czasu, pomyślałam, więc równie dobrze mogę się przespać.

Obudziłam się trzy godziny później, kiedy liliowooka porucznik Tisarwat zręcznie przypinała się do fotela naprzeciwko mnie. Piątka Kalr - teraz promieniejąca zadowoleniem, zapewne dzięki rezultatom swojej wizyty w pałacowym magazynie - podleciała do porucznik Tisarwat, skinęła głową i rzuciwszy ciche: "Na wszelki wypadek, pani", wręczyła jej torebkę na niemal nieuniknioną chwilę, kiedy żołądek nowej oficer zareaguje na mikrograwitację.

Znałam młode porucznik, które traktowały taką ofertę jak zniewagę. Porucznik Tisarwat przyjęła torebkę z nikłym, bladym uśmiechem, nieobejmującym całej twarzy. Wciąż wydawała się całkowicie spokojna i opanowana.

- Poruczniku - powiedziałam, kiedy Piątka Kalr kopniakiem skierowała się do fotela obok pilotki, innej Kalr. - Czy zażyłaś jakieś leki?

Następna potencjalna zniewaga. Lekarstwa przeciw mdłościom były dostępne i znałam świetne oficer z długim stażem, które przez cały okres swojej służby zażywały je za każdym razem, kiedy wsiadały na prom. Żadna z nich nigdy się do tego nie przyznała.

Ostatni ślad uśmiechu znikł z twarzy porucznik Tisarwat.

- Nie, pani. - Spokojna. Zrównoważona.

- Pilotka ma trochę, jeśli potrzebujesz. - To powinno wywołać jakąś reakcję.

I wywołało, chociaż ułamek sekundy później, niż się spodziewałam. Nieznaczne zmarszczenie brwi, oburzone wyprostowanie ramion, utrudnione przez pasy bezpieczeństwa.

- Nie, dziękuję, pani.

"Lekkomyślna", powiedziała Skaaiat Awer. Zazwyczaj nie popełniała takich błędów w ocenie ludzi.

- Nie prosiłam o ciebie, poruczniku. - Mówiłam spokojnie, ale z nutą gniewu w głosie. Łatwo mi to przyszło w tych okolicznościach. - Jesteś tutaj tylko dlatego, że Anaander Mianaai tak rozkazała. Nie mam czasu ani środków, żeby niańczyć smarkate nowicjuszki. Lepiej szybko się wciągnij. Potrzebuję oficerów, którzy wiedzą, co robią. Potrzebuję całej załogi, na której mogę polegać.

- Pani - powtórzyła porucznik Tisarwat. Nadal spokojna, ale teraz z pewną powagą w głosie, odrobinę mocniej marszcząc brwi. - Tak jest, pani.

Nafaszerowana jakimiś lekami. Prawdopodobnie przeciwko mdłościom, a gdybym miała żyłkę hazardzisty, postawiłabym swoją niemałą fortunę, że nałykała się środków uspokajających. Chciałam wywołać jej osobisty zapis - "Łaska Kalr" powinna już go mieć. Ale tyranka zobaczyłaby, że wywołałam ten zapis. "Łaska Kalr" należała przecież do Anaander Mianaai, która miała kody dostępu pozwalające jej kontrolować statek. "Łaska Kalr" widziała i słyszała wszystko, co robiłam, a jeśli tyranka potrzebowała tych informacji, musiała tylko zażądać. A ja nie chciałam, żeby się dowiedziała o moich podejrzeniach. Prawdę mówiąc, chciałam, żeby moje podejrzenia okazały się bezpodstawne. Niedorzeczne.

Na razie, jeśli tyranka obserwowała - a obserwowała z pewnością poprzez "Łaskę Kalr", dopóki przebywałyśmy w układzie - niech myśli, że się złoszczę, bo wcisnęła mi małolatę, a ja wolałabym kogoś, kto zna się na rzeczy.

Przestałam zwracać uwagę na porucznik Tisarwat. Z przodu pilotka nachyliła się bliżej do Piątki i spytała cicho:

- Wszystko w porządku?

A potem w odpowiedzi na zdumione spojrzenie Piątki wyjaśniła:

- Za cicho.

- Przez cały czas? - zapytała Piątka. Wciąż w zawoalowany sposób. Ponieważ mówiły o mnie i nie chciały aktywować usługi, jakiej mogłam zażądać od statku: żeby mnie informował, kiedy załoga o mnie mówi. Miałam dawny zwyczaj - liczący jakieś dwa tysiące lat - nucenia piosenek, które akurat wpadły mi do głowy. Albo śpiewania. Początkowo załoga reagowała zdziwieniem i niechęcią - to ciało, jedyne, które mi zostało, nie dysponowało zbyt dobrym głosem. Jednak przywykły i teraz stwierdziłam z ironicznym rozbawieniem, że moje milczenie niepokoi członków załogi.

- Ani mru-mru - powiedziała pilotka do Piątki Kalr. Rzut oka w bok, nieznaczne drgnienie szyi i mięśni ramion powiedziały mi, że zamierzała się obejrzeć na porucznik Tisarwat.

- Taa - przyznała Piątka, zgadzając się z niewypowiedzianą opinią pilotki na temat tego, co mnie gryzie.

Dobrze. Niech Anaander Mianaai też to ogląda.

*

Droga powrotna na "Łaskę Kalr" trwała długo, ale porucznik Tisarwat ani razu nie skorzystała z torby ani nie zdradzała żadnych oznak niewygody. Ja przeznaczyłam ten czas na spanie i myślenie.

Statki, komunikacja, dane wędrowały między gwiazdami poprzez bramy oznakowane radiolatarniami, stale utrzymywane w otwartej pozycji. Przeprowadzono już obliczenia, wyznaczono trasy przez obcą przestrzeń bram, gdzie odległości nie pasowały do wymiarów normalnej przestrzeni. Ale okręty wojenne - jak "Łaska Kalr" - mogły generować własne bramy. To było znacznie bardziej ryzykowne - wybór niewłaściwej trasy, niewłaściwego wejścia czy wyjścia mógł skierować statek nie wiadomo dokąd albo donikąd. Tym się nie martwiłam. "Łaska Kalr" znała się na rzeczy i dolecimy bezpiecznie do stacji Athoek.

A podczas podróży przez przestrzeń bramy w naszym własnym, zamkniętym bąblu normalnej przestrzeni będziemy całkowicie odizolowane. To mi odpowiadało. Chciałam się wyrwać z Pałacu Omaugh, uwolnić od Anaander Mianaai i rozkazów, jakie mogła mi wysłać.

Kiedy dotarłyśmy prawie na miejsce i tylko minuty dzieliły nas od dokowania, statek przemówił prosto do mojego ucha:

- Kapitanie floty.

Nie musiał zwracać się do mnie w ten sposób, wystarczyło dać znać, że pragnie się ze mną skomunikować. Statek prawie zawsze wiedział, czego chciałam, nie musiałam nawet mówić. Mogłam połączyć się z "Łaską Kalr" w taki sposób, jak nikt inny na pokładzie. Nie mogłam jednak stać się "Łaską Kalr", tak jak dawniej byłam "Sprawiedliwością Toren", bo wtedy całkowicie zatraciłabym siebie. Nieodwracalnie.

- Statku - odpowiedziałam cicho.

I nie mówiłam nic więcej, kiedy "Łaska Kalr" podała mi wyniki obliczeń, które wykonała nieproszona, pełny zakres możliwych tras i terminów startu zapłonął na mojej wizji. Wybrałam najbliższy, wydałam rozkazy i niecałe sześć godzin później wystartowałyśmy.

ROZDZIAŁ 2

Tyranka powiedziała, że nasze pochodzenie jest podobne, i w pewnym sensie miała rację. Ona, tak jak dawniej ja, składała się z setek ciał o wspólnej tożsamości. Pod tym względem niewiele się różniłyśmy. Co zauważyły niektóre obywatelki (chociaż dopiero stosunkowo niedawno, mniej więcej w ciągu ostatnich stu lat) podczas dyskusji o wojskowym wykorzystaniu serwitorów.

To wydawało się okropne, kiedy pomyślałaś, że może spotkać ciebie albo przyjaciela czy krewniaka. Ale przecież lord Radch też przez to przeszła, pod pewnymi względami była taką samą istotą jak statki, które jej służyły, więc czy to mogło być takie złe, jak twierdzili krytykanci? Co zabawne, przez cały ten czas Radch ani na jotę nie odstąpiło od sprawiedliwości.

To słowo, jedno z triady. Sprawiedliwość, przyzwoitość i pożytek. Żaden sprawiedliwy czyn nie może być nieprzyzwoity, żaden przyzwoity czyn - niesprawiedliwy. W ten sposób ze sobą splecione sprawiedliwość i przyzwoitość przynosiły pożytek. Kwestia, kto i jaki odniesie pożytek, stanowiła przedmiot nocnych dyskusji nad do połowy opróżnionymi butelkami araku, z reguły jednak żaden Radchaai nie wątpił, że sprawiedliwość i przyzwoitość ostatecznie przyniosą pożytek w sposób, który podoba się bogom. Nawet, z wyjątkiem najbardziej krańcowych przykładów, nigdy nie wątpił, że Radch zawsze działa sprawiedliwie, przyzwoicie i pożytecznie.

Oczywiście, w przeciwieństwie do swoich statków, lord Radch była obywatelką - nie tylko obywatelką, ale władczynią całego Radch, absolutną. Ja byłam bronią, której używała, by rozszerzyć obszar swojej władzy. Jej sługą. Pod wieloma względami jej niewolnicą. A różnica sięgała głębiej. Każde z ciał Anaander Mianaai było identyczne, klony poczęte i hodowane w jednym celu: żeby być jej częściami. Każdy z tysięcy jej mózgów rósł i rozwijał się wokół implantów, które łączyły ją ze sobą. Przez trzy tysiące lat nigdy, ani przez chwilę nie doświadczyła istnienia jako ktoś inny niż Anaander Mianaai. Nigdy nie była osobą z jednym ciałem - najlepiej pod koniec okresu dojrzewania albo we wczesnej dorosłości, ale starsze ostatecznie też się nadadzą - schwytaną i przechowywaną w kapsule kriogenicznej przez dziesiątki, czasem setki lat, dopóki nie była potrzebna. Bezceremonialnie rozmrożoną, implant wepchnięty do mózgu, przecinający połączenia, tworzący nowe, niszczący tożsamość, którą miała przez całe życie, i zastępujący ją SI statku.

Myślę, że kto przez to nie przeszedł, nie potrafi sobie tego wyobrazić. Przerażenie i mdłości, zgroza, nawet po wszystkim, kiedy ciało już wie, że jest statkiem, że osoba, którą było przedtem, nie istnieje i nie obchodzi jej, że umarła. To mogło trwać przez tydzień, czasami dłużej, kiedy ciało i mózg przystosowywały się do nowego stanu rzeczy. Ten skutek uboczny zapewne można było wyeliminować, a przynajmniej znacznie złagodzić straszliwy wstrząs. Ale kogo obchodziła tymczasowa niewygoda jednego ciała? Jedno ciało z dziesiątek, nawet setek nic nie znaczyło, jego cierpienie stanowiło jedynie przejściową niedogodność. Jeśli było zbyt intensywne albo trwało zbyt długo, ciało usuwano i niszczono, zastępowano nowym. W magazynach znajdowało się ich mnóstwo.

Teraz jednak, kiedy Anaander Mianaai ogłosiła, że nie będzie się tworzyć nowych serwitorów - nie licząc więźniów wciąż spoczywających w ładowniach ogromnych transporterów wojskowych, tysięcy zamrożonych ciał, czekających - nikt już nie musiał się przejmować tą kwestią.

*

Jako kapitan "Łaski Kalr" miałam własną, oddzielną kwaterę, trzy na cztery metry. Dookoła pod ścianami stały ławy, stanowiące również miejsce do przechowywania rzeczy. Jedna z tych ław służyła mi za łóżko, a w środku, pod skrzynkami i pudłami zawierającymi mój dobytek, znajdowała się skrzynka, której statek nie widział ani nie wyczuwał. Ludzkie oczy mogły ją zobaczyć, nawet oczy należące do serwitora. Lecz żaden skaner, żaden mechaniczny czujnik nie mógł wykryć tej skrzyni ani broni w środku, ani amunicji - pocisków, które przepalą wszystko we wszechświecie. Tajemnicą pozostawało, jak to osiągnięto - nie tylko niepojęte właściwości pocisków, ale jakim sposobem światło wydobywające się ze skrzynki lub z broni było widoczne tylko dla ludzkich oczu, nie dla kamer, które przecież działały na tej samej zasadzie. A statek na przykład nie widział pustego miejsca tam, gdzie była skrzynka, gdzie powinno coś być, tylko zamiast niej widział to, czego się spodziewał w tym miejscu. Nic z tego nie miało sensu. A jednak tak było. Skrzynka, broń i amunicja zostały wyprodukowane przez obcych, Presgerów, których motywy były niejasne. Których lękała się nawet Anaander Mianaai, władczyni rozległych obszarów przestrzeni Radch, dowódca jego niezliczonych na pozór armii.

"Łaska Kalr" wiedziała o skrzynce i o broni, ponieważ jej powiedziałam. Dla Kalr, które mi służyły, to była tylko jeszcze jedna skrzynka wśród kilku, których nie otwierały. Gdyby naprawdę były serwitorami, które czasem udawały, na tym sprawa by się skończyła. Ale nie były nimi. Były ludźmi, zżeranymi ciekawością. Wciąż spekulowały, rozglądając się z ociąganiem, kiedy rozkładały pościel i materac, na którym spałam. Gdybym nie była kapitanem - nawet więcej, kapitanem floty - do tej pory przejrzałyby każdy milimetr mojego bagażu po kilka razy i omówiły go szczegółowo między sobą. Ale byłam kapitanem, miałam władzę życia i śmierci nad całą swoją załogą, toteż przysługiwała mi odrobina prywatności.

Ten pokój należał dawniej do kapitan Vel, zanim wybrała niewłaściwą stronę w konflikcie lord Radch ze sobą samą. Wykładzina podłogowa, tkaniny i poduszki z ławek zniknęły, zostały w Pałacu Omaugh. Vel kazała ozdobić ściany skomplikowanym rollwerkiem w purpurach i zieleniach; styl i paletę barw zaczerpnęła z minionej epoki, rzekomo szlachetniejszej i bardziej cywilizowanej niż obecna. W przeciwieństwie do kapitan Vel ja żyłam w tamtej epoce i niespecjalnie za nią tęskniłam. Kazałabym usunąć rollwerk, ale miałam inne pilniejsze sprawy, a przynajmniej zdobienia nie sięgały poza kwaterę kapitańską.

Jej bogów, ustawionych w niszy pod bogami statku - oczywiście Amaat, przywódczynię radchaajskich bogów, i Kalr, od której statek wziął nazwę - zastąpiłam Tą, Która Wyskoczyła z Lilii, EskVar (Emanacją początku i końca) oraz małą, tanią ikoną Toren. Poszczęściło mi się, że ją znalazłam. Toren była starym bogiem, niezbyt popularnym, mało kto o niej pamiętał oprócz załóg statków noszących jej imię, z których żaden nie stacjonował w pobliżu, a jeden - ja - został zniszczony

Było miejsce na więcej bogów, jak zawsze. Ale ja nie wierzyłam w żadnych. Dla załogi wyglądałoby dziwnie, gdybym nie miała żadnych bogów poza bogami statku, a te się nadawały. Nie traktowałam ich jak bóstwa, po prostu przypominały mi o czymś. Załoga tego nie wiedziała i nie zrozumiałaby, więc codziennie paliłam przed nimi kadzidła, podobnie jak przed Amaat i Kalr, i jak tamtym bogom składałam im ofiary z jedzenia i emaliowanych mosiężnych kwiatków, na które Piątka skrzywiła nos, kiedy pierwszy raz je zobaczyła, ponieważ były tanie i pospolite. Jej zdaniem nie takie ofiary powinna składać swoim bogom Mianaai i kapitan floty. Powiedziała to do Siedemnastki Kalr, dyskretnie, nie wymieniając mojego nazwiska ani tytułu. Nie wiedziała, że jestem serwitorem, nie wiedziała, jak łatwo dzięki temu statek w każdej chwili może mi pokazać, co czuje i co mówi. Była przekonana, że statek dochowa jej plotkarskiej tajemnicy.

*

Dwa dni po wejściu w bramę w drodze do Athoek w naszym maleńkim, odizolowanym wycinku wszechświata siedziałam na krawędzi swojego łóżka i popijałam herbatę z delikatnej szklanej czarki w odcieniu głębokiego różu, podczas gdy Piątka Kalr sprzątała omeny i tkaninę po porannej wróżbie. Omeny oczywiście wskazywały nieustającą pomyślność, tylko najgłupszy z kapitanów doszukałby się innego znaczenia wzoru, jaki utworzyły te metalowe krążki rzucone na tkaninę.

Zamknęłam oczy. Poczułam korytarze i pokoje "Łaski Kalr", nieskazitelnie białe. Cały statek pachniał kojąco i znajomo recyklowanym powietrzem i środkiem czyszczącym. Dekada Amaat wyszorowała swoją część tych korytarzy i pokojów, za które odpowiadała. Ich porucznik Seivarden, starsza nad porucznikami "Łaski Kalr", właśnie kończyła inspekcję tej pracy, rozdawała pochwały i nagany, przydzielała zadania na następny dzień swoim staroświeckim eleganckim akcentem. Seivarden urodziła się do tej pracy, urodziła się z twarzą świadczącą o pochodzeniu z jednego z najznamienitszych domów w Radch, dalekich kuzynek samej Anaander Mianaai, bogatych i dobrze ułożonych. Wychowano ją na dowódcę. Pod wieloma względami stanowiła modelowy przykład radchaajskiej oficer. Rozmawiając ze swoimi Amaat, odprężona i pewna siebie, wyglądała prawie jak Seivarden, którą znałam przed tysiącem lat, zanim straciła swój statek i jeden z serwitorów wepchnął ją do kapsuły ratunkowej. W kapsule zepsuł się tracker i Seivarden dryfowała przez stulecia. Kiedy ją odnaleziono i rozmrożono, kiedy odkryła, że wszyscy, których znała, nie żyją, nawet jej dom już nie istnieje i samo Radch się zmieniło, uciekła z przestrzeni Radchaai i przez kilka lat włóczyła się bez celu. Podejrzewałam, że właściwie nie chciała umrzeć, ale w głębi duszy miała nadzieję, że spotka ją jakiś fatalny wypadek. Odkąd ją znalazłam, przybrała na wadze, odbudowała część utraconej masy mięśniowej i wyglądała bardziej zdrowo, ale wciąż wydawała się przemęczona. Miała czterdzieści osiem lat, kiedy serwitor z jej statku wepchnął ją do kapsuły ratunkowej. Doliczając tysiąc lat w hibernacji, była drugą najstarszą osobą na pokładzie "Łaski Kalr".

Następna w kolejności rangi porucznik Ekalu pełniła wachtę w Dowództwie z dwiema ze swoich Etrepa. Teoretycznie nikt nie musiał pełnić żadnej wachty, skoro "Łaska Kalr" zawsze czuwała, zawsze obserwowała, stale świadoma statku, który był jej ciałem, i otaczającej go przestrzeni. Zwłaszcza w przestrzeni bramy, gdzie nic nieprzewidzianego - i szczerze mówiąc, interesującego - nie mogło się zdarzyć. Ale systemy statku niekiedy ulegały awarii, a znacznie szybciej i łatwiej można zareagować na kryzys, kiedy załoga jest już w pogotowiu. I oczywiście dziesiątki ludzi stłoczonych w małym statku potrzebowały pracy, żeby utrzymać porządek i dyscyplinę. Statek rzutował liczby, mapy i grafy na wizję porucznik Ekalu, mruczał jej do ucha, przeplatając informacje przyjacielskimi słowami otuchy. "Łaska Kalr" lubiła porucznik Ekalu, polegała na jej inteligencji i kwalifikacjach.

Kalr była dekadą kapitana, moją własną. Wszystkie pozostałe dekady "Łaski Kalr" miały po dziesięć żołnierek, ale Kalr miała dwadzieścia. Sypiały według zróżnicowanego harmonogramu, ponieważ - również w przeciwieństwie do innych dekad - Kalr zawsze pełniła służbę jako pozostałość czasów, kiedy załogę statku stanowiły serwitory, kiedy żołnierki były jego fragmentami, a nie dziesiątkami indywidualnych istot ludzkich. Kalr, które obudziły się teraz, tak jak ja, zebrały się w żołnierskiej mesie, surowej, o białych ścianach, zaledwie dostatecznie dużej, żeby dziesięć osób mogło tam jeść i zostało miejsce na naczynia. Każda stała przy swoim talerzu skelu, szybko rosnącej śluzowatej ciemnozielonej rośliny, zawierającej wszystkie składniki odżywcze, jakich potrzebuje ludzkie ciało. Do smaku trzeba było się przyzwyczaić, jeśli się na tym nie wyrosło. W rzeczywistości wielu Radchaai wyrosło na skelu.

Kalr w żołnierskiej mesie zaczęły poranną modlitwę nierównym chórem. "Kwiat sprawiedliwości to pokój". Po pierwszych słowach dopasowały się, wpadły w znajomy rytm. "Kwiat przyzwoitości to piękno myśli i uczynków".

Medyczka - miała imię i formalnie rangę porucznika, ale nigdy się do niej nie zwracano jednym ani drugim - należała do Kalr, ale nie była porucznikiem Kalr. Była po prostu medyczką. Mogła otrzymać rozkaz pełnienia wachty - robiła to już i miała robić za godzinę - a wówczas towarzyszyły jej dwie Kalr. Tylko ona jedna została ze wszystkich oficer kapitan Vel. Oczywiście trudno byłoby ją zastąpić, ale również jej udział w wydarzeniach zeszłego tygodnia był minimalny.

Była wysoka i szczupła, jasnoskóra według radchaajskich standardów, o brązowych włosach dostatecznie jasnych, żeby zwracały uwagę, ale nie w odcieniu, który wyglądał sztucznie. Często marszczyła brwi, co jednak nie wynikało ze zgryźliwego usposobienia. Miała siedemdziesiąt sześć lat i wyglądała prawie tak samo jak w czasach, gdy była po trzydziestce, i będzie tak wyglądała, dopóki nie przekroczy półtorej setki. Jej matka była lekarzem i matka jej matki, i jej prababka. Obecnie wściekała się na mnie.

Obudziła się, zdecydowana stawić mi czoło w tym krótkim czasie, zanim obejmie wachtę. Odmówiła poranną modlitwę, mamrocząc pospiesznie, jak tylko stoczyła się z łóżka. "Kwiat pożytku to Amaat cała i zupełna". Odwróciłam uwagę od Kalr w żołnierskiej mesie, ale nie mogłam wysłuchać pierwszych linijek, nie słysząc reszty. "Jestem mieczem sprawiedliwości..." Teraz medyczka stała milcząca i spięta obok swojego miejsca w pokoju dekady, gdzie jadała kadra oficerska.

Seivarden weszła do pokoju dekady na posiłek, który byłby dla niej kolacją, odprężona i uśmiechnięta, zobaczyła czekającą medyczkę, sztywną i niecierpliwą, marszczącą brwi mocniej niż zazwyczaj. Przez moment dostrzegłam w Seivarden irytację, a potem ją stłumiła, przeprosiła za swoją opieszałość, otrzymała w zamian zdawkowe mruknięcie: "Nic nie szkodzi".

W żołnierskiej mesie Kalr skończyły poranną modlitwę, wymamrotały dodatkowe linijki, które dołączyłam, krótką modlitwę za zmarłych i ich nazwiska. Awn Elming. Nyseme Ptem, żołnierka, która zbuntowała się na Ime i zapobiegła wojnie z Rrrrrr kosztem własnego życia.

Dekada Bo spała raczej w alkowie niż sypialni, ledwie mieszczącej dziesięć stłoczonych ciał, żadnej prywatności, żadnej osobistej przestrzeni, nawet w łóżkach. Wierciły się, wzdychały, śniły, bardziej niespokojne niż serwitory, które niegdyś tam spały.

We własnej maleńkiej kwaterze ich porucznik, ta bardzo młoda porucznik Tisarwat o niemożliwie liliowych oczach, również spała, spokojnie i bez snów, ale dostrzegałam w niej podskórne napięcie, poziom adrenaliny odrobinę wyższy niż normalnie. To powinno ją obudzić, jak poprzedniej nocy, ale medyczka dała jej coś na sen.

*

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji