ROZDZIAŁ II
MAREK
Siedząca vis-a-vis Marka Muszyńskiego redaktorka książek, Joanna Jackiewicz, patrzyła na niego z wyraźnym wyrzutem.
- Co się z tobą dzieje? - zapytała bardziej rozpaczliwie niż gniewnie. - Masz problemy? Przeżywasz jakiś kryzys?
- Skąd taki wniosek? - zdziwił się Marek.
- Wysnułam go na podstawie tego wiekopomnego dzieła, które dałeś mi do czytania - poinformowała go. - Nie dość, że interpunkcja to wciąż dla ciebie czysta abstrakcja i przecinkami trafiasz do celu niczym polska reprezentacja piłki nożnej do bramki na każdym Mundialu, to teraz jeszcze na dokładkę kompletnie nie potrafię zrozumieć, o co ci chodziło w fabule.
- Co jest nie tak z fabułą? - zaciekawił się Muszyński.
- Wszystko - jęknęła Jackiewicz, po czym zerknęła na leżącą przed nią kartkę z notatkami. - Po pierwsze, twój główny bohater, Karol, wraca z zaświatów. Jakim sposobem?! Przecież dwie powieści wcześniej zmiażdżyło mu głowę!
- Serio? - zdziwił się Marek. - W ogóle tego nie pamiętam.
- Yhm - potwierdziła Joanna złowieszczo. - Poza tym, skoro już jakimś cudem go wskrzesiłeś, choć nie wiem, jak niby wypowiada swoje kwestie, bo przecież nie posiada głowy, to powiedz mi łaskawie, co ma oznaczać jego romans z Andżeliką?
- No przecież ona jest bardzo atrakcyjna, a on bogaty...
- Ale ona jest jego córką! - Widać było, że Jackiewicz za moment zacznie sobie wyrywać włosy z głowy. - Chcesz wywołać większy skandal niż Nabokov "Lolitą"?!
- Naprawdę? - Marek uśmiechnął się przepraszająco. - Jakoś mi to umknęło...
- Karolowi najwyraźniej też - mruknęła wciąż zirytowana Joanna. - Nie mówiąc już o tym, że Leszek nie może mu odbić Andżeliki...
- Dlaczego?
- Bo jest jej bratem ciotecznym?! - warknęła z coraz większą złością Joanna. - I gejem?! Przypominam ci, że w poprzednim tomie przespał się z połową seminarium duchownego. Swoją drogą dziwię się, że jeszcze nikt cię nie pogonił z widłami za takie herezje.
- Co ty powiesz...? - westchnął Marek. - O tym też zapomniałem. Mógł się przecież zmienić. To się zdarza. Mój dziadek też pod koniec życia odkrył, że zamiast babci woli młodych Holendrów. Chociaż z drugiej strony, babcia miała większe wąsy od niego, więc może był świadomy swoich preferencji przez całe życie. A co do pierwszej kwestii, to przecież brat cioteczny to jest jakieś dalekie pokrewieństwo...
- Dalekie pokrewieństwo to byłby stryjeczny wuj szwagra jej drugiego męża. - Joanna nie mogła się powstrzymać przed nawiązaniem do swojej ulubionej komedii "Kogel-mogel". - A ty stworzyłeś nie thriller erotyczny, tylko grecką tragedię! Cud, że na samym końcu Leszek nie zabija Karola, a następnie nie wyłupia sobie oczu i nie rzuca się ze skały.
- Przesadzasz...
- Ja?! - Joanna znów wydała z siebie jęk, tym razem jednak bardziej rozpaczy niż wściekłości. - Do kompletu w tej książce brakuje jeszcze tylko chóru, wykonującego stasimony na końcu każdego rozdziału. Czy ty na coś chorujesz? Albo masz załamanie nerwowe? Ewentualnie zdiagnozowaną demencję? Bo nic innego nie tłumaczy tego, co właśnie mi oddałeś do redakcji!
- Mogę nie być tak do końca w formie - przyznał niechętnie Muszyński - ale przecież jakoś to wygładzisz, prawda? Jak zawsze.
- W tym wypadku chyba napiszę od początku - westchnęła Joanna bezradnie. - Nie chcę cię martwić, ale to jest naprawdę do bani. Już nie będę cię dobijać szczegółami, ale w prologu masz scenę morderstwa, popełnionego w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym roku, gdzie zabójca czatuje na ofiarę w bramie Zamku Królewskiego.
- No i...?
- Wtedy jeszcze nie było Zamku. Nawet nie zaczęli go odbudowywać! Twój morderca czatuje w bramie widmo!
- Wydawało mi się... - zaczął Marek, ale Joanna nie dała mu dokończyć.
- No właśnie, wydawało ci się! - wykrzyknęła z wyrzutem. - W tej książce wiele rzeczy ci się wydawało! Zbyt wiele! - Przez chwilę milczała, najwyraźniej opanowując nerwy. - To teraz, proszę. Wytłumacz się! Ja, oczywiście, wszystko to poprawię i wygładzę, ale chciałabym wiedzieć, z jakiego powodu mam się tyle narobić. Co takiego wydarzyło się w twoim życiu, że jesteś aż tak nieprzytomny?
Marek przez moment wyraźnie wahał się z odpowiedzią.
- Zakochałem się - wyznał w końcu niechętnie.
- Uuuuu... - Joanna spojrzała na niego badawczo, a widząc, że nie stroi sobie z niej żartów, rzekła: - Gratulować czy współczuć?
- No właśnie sam nie wiem - westchnął Muszyński. - To dziwna sytuacja. Ona niby kogoś ma, ale nie jest z nim szczęśliwa.
- A z tobą jest?
- Tak twierdzi...
- Więc w czym problem?
- To skomplikowane...
- Nie mów mi o statusie na Facebooku, tylko wytłumacz, o co chodzi. Jak normalny człowiek, którym co prawda nie jesteś, ale możesz przynajmniej poudawać...
- Ten jej ktoś jest bardzo zaborczy. I nieobliczalny. Ona się boi, że gdy ten facet dowie się o naszej relacji, to zareaguje dość gwałtownie...
- To znaczy co? Obije ci tego twojego pięknego ryjka?
- Nie wiem. Być może. W każdym razie musimy trzymać nasze spotkania w największej tajemnicy. Trochę mnie to przygnębia, bo chciałbym być z nią przez całą dobę, pokazać ją światu, poznać z moimi przyjaciółmi, znajomymi. Z tobą!
- To miło, że nie zaliczasz mnie ani do przyjaciół, ani do znajomych. - Joanna, widząc zmieszanie Muszyńskiego, lekko się uśmiechnęła. - Spokojnie... Wiem, że eks to taka kategoria z cyklu "ni pies, ni wydra".
- Nie o to chodzi... - Marek z zawstydzenia aż zrobił się lekko czerwony na twarzy. - Wiesz, że nadal cię kocham. Tylko w inny sposób.
- Jak rodzoną siostrę - zaśmiała się szczerze Joanna. - Tak, wiem. Co nie zmienia faktu, że miłość wyraźnie cię ogłupiła. I w ogóle wydajesz się ostatnio jakiś taki inny.
- Inny? - Marek nie bardzo zrozumiał.
- Tak. - Joanna przyjrzała mu się uważnie. - Coś się w tobie zmieniło...
- Może wreszcie dorastam. - Uśmiechnął się. - Widzisz? Zawsze twierdziłaś, że to nigdy nie nastąpi, a tu proszę...
Joanna nadal wpatrywała się w niego ze zmarszczonym czołem.
- Już przestań! - zażądał stanowczo Muszyński. - Lepiej wymyśl ze mną jakiś żart.
- Jaki znowu żart?
- Widzisz, za parę dni wyjeżdżam ze znajomymi na krótki wypad w góry - wyjaśnił Marek z miną, która wskazywała na to, że owa podróż nie należy do kategorii wymarzonych. - Kiedyś byliśmy zgraną paczką. W czasach licealnych.
- Czyli przed drugą wojną światową? - zapytała niewinnie Joanna.
- Hłe, hłe, bardzo zabawne. - Muszyński wykrzywił twarz w ironicznym grymasie. - Przypominam ci, że jesteś tylko o dwa lata ode mnie młodsza, więc nie masz co się tak wyzłośliwiać... Tak czy siak, w tamtych czasach zaczęliśmy robić sobie kawały. Czasem to były takie małe, niewinne rzeczy, jak podłożenie "pierdzioszka" pod tyłek, kiedy ktoś siadał przy stole...
- Bardzo dojrzałe...
- No weź, mieliśmy wtedy po szesnaście, siedemnaście lat.. Choć... - Marek zamyślił się na chwilę. - Dziewczyny śmieszyło to zdecydowanie mniej. Może faktycznie płeć piękna szybciej dojrzewa. Nieważne. W każdym razie z czasem z żarcików zaczęły nam się robić całe zaplanowane akcje wkręcania się nawzajem. Nie zapomnę, jak Lucjusz, który miał z nas najbardziej szalone pomysły, nabrał nas, że pali się chata, w której śpimy. To było tak realistyczne, że aż do dzisiaj pamiętam panikę, w jaką wpadłem, czując dym i widząc płomienie za oknem.
- Jak to zrobił?
- Podpalił gałęzie na trzech taczkach. A właściwie nie on, tylko syn gospodarzy tej chaty. To było w tym najlepsze, że sam Lucjusz spał wtedy razem z nami. Z czasem te nasze kawały zaczęły się już robić nudne, a poza tym coraz mniej nas śmieszyły, więc umówiliśmy się, że ograniczymy je tylko do wspólnych wyjazdów. Tyle że wyjechaliśmy razem jeszcze dwa, trzy razy, i tyle. Każdy z nas zaczął mieć swoje własne dorosłe życie. Teraz Lucjusz przypomniał nam, że mamy piętnastą rocznicę wspólnego wypadu. I postanowiliśmy zrobić taki zlot naszej klasy. To znaczy naszej szóstki. I przy okazji odświeżyć stary zwyczaj robienia sobie kawałów. Wydaje mi się jednak, że trochę już z tego wyrosłem, bo nic mi nie przychodzi do głowy. A wiesz, to rocznica, więc powinienem wymyślić coś spektakularnego.
- Dokąd się wybieracie?
- Do Zakopanego.
- Uuuuu... - Joanna się skrzywiła.
- No wiem. - Marek dał jej znać wymownym spojrzeniem, że w pełni zgadza się z wyrażoną tą jedną samogłoską negatywną opinią. - Ale to właśnie tam pojechaliśmy na nasz pierwszy wspólny wypad i jakoś tak było dla wszystkich oczywiste, że musimy tam wrócić, żeby uczcić ten jubileusz.
- To może ustalcie, że najlepszym dowcipem będzie jego brak - zaproponowała Jackiewicz. - Co innego, jak sztubackie żarty robią osoby młode, a co innego, jak takie w średnim wieku.
- Najgorsze, że ja w sumie nadal czuję się, jakbym był nastolatkiem - westchnął Marek.
- Tia, i nawet piszesz jak nastolatek. W dodatku niedouczony. Ubijmy interes. Ty przez najbliższe godziny popracujesz ze mną nad tym tworem, który w przypływie fantazji nazwałeś swoją nową powieścią, a ja w zamian pomogę ci wymyślić dowcip, który wyrwie twoich znajomych z kapci. Umowa stoi?
- Stoi. - Muszyński kiwnął głową.
- W takim razie bierzmy się do roboty...