Zabójczy cios - Christina Larsson

Kup ebooka

35.90 zł
26.93 zł (13,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Po­nie­dzia­łek, 15 maja

Go­dzina 12.45

Szła od kwa­dransa, ale tyle jej wy­star­czyło, żeby się za­sta­no­wić nad tym, co ją czeka. Ma być pod­dana se­rii szcze­gó­ło­wych py­tań, swego ro­dzaju wi­wi­sek­cji. Na tej pod­sta­wie po­wsta­nie ra­port koń­cowy. Jego treść za­de­cy­duje o jej przy­szło­ści. Ko­mi­sarz po­li­cji kry­mi­nal­nej In­grid Berg­man spoj­rzała w niebo. Od wielu ty­go­dni było za­cią­gnięte chmu­rami i od czasu do czasu pa­dał deszcz. Lu­dzie prze­my­kali sku­leni przy ścia­nach do­mów z pod­cią­gnię­tymi pod brodę koł­nie­rzami. Wes­tchnęła, bo tę­sk­niła za słoń­cem i cie­płem. Je­dyną za­letą ta­kiej po­gody było to, że mo­gła ukryć pod kurtką swoją ciążę.

- Czy może mi pani opo­wie­dzieć, co się stało? - spy­tała psy­cho­lożka Gu­nilla Katz. Py­ta­nie było tak bez­po­śred­nie i nie­ocze­ki­wane, że Berg­man nie wie­działa, jak za­re­ago­wać. Nie spo­dzie­wała się ta­kiego po­czątku roz­mowy.

- To pani nie wie? - od­parła, uno­sząc brwi. - Nikt pani tego nie prze­ka­zał?

Katz, która była po sie­dem­dzie­siątce, pa­trzyła na Berg­man z nie­wzru­szoną miną, a jej wzrok mó­wił: "Je­stem tu neu­tralna". Nie miała ma­ki­jażu, a na spo­tka­nie z po­li­cjantką przy­szła w sza­rym, bez­barw­nym ubra­niu. Z szyi zwi­sały jej oku­lary w ja­skra­wo­czer­wo­nych opraw­kach na łań­cuszku w tym sa­mym ko­lo­rze. Two­rzyły barwny kon­trast, jakby Katz chciała w ten spo­sób ostrzec swo­ich roz­mów­ców, żeby nie od­wa­żyli się lek­ce­wa­żyć jej ukry­tego pod ma­ską obo­jęt­no­ści in­te­lektu. Na ko­la­nach trzy­mała no­tat­nik i dłu­go­pis.

- Ow­szem, ale to była ich wer­sja - od­parła Katz. Wy­po­wie­działa to zda­nie tak samo spo­koj­nym to­nem jak wtedy, gdy za­dała Berg­man pierw­sze py­ta­nie. Po­li­cjantka wzru­szyła ra­mio­nami.

- Po no­wym roku pro­wa­dzi­łam śledz­two w spra­wie za­bój­stwa i se­rii na­pa­dów na młode ko­biety w Göte­borgu. W pew­nym mo­men­cie po­ja­wiły się do­wody i po­szlaki wska­zu­jące na to, że to ja by­łam sprawcą i że od­po­wia­da­łam za se­rię in­nych po­waż­nych prze­stępstw. Ani moi współ­pra­cow­nicy, ani mój prze­ło­żony nie uwie­rzyli w moją winę, ale po­dej­rze­nia wo­bec mnie pod­trzy­my­wał na­czel­nik Wy­działu Spraw We­wnętrz­nych. To taka spe­cjalna ko­mórka w struk­tu­rze po­li­cji. Jej za­da­nie po­lega na ba­da­niu afer, w które za­mie­szani są funk­cjo­na­riu­sze. Mu­sia­łam się ukry­wać, żeby móc się oczy­ścić z za­rzu­tów i usta­lić, kto za tym wszyst­kim stoi.

Katz zmru­żyła oczy i lekko po­chy­liła się na krze­śle.

- Czy może pani wy­mie­nić na­zwi­ska osób, które pod­ko­py­wały pani au­to­ry­tet w miej­scu pracy?

- Nie, ale nie wy­klu­czam, że do tego do­szło. Czy to dla­tego zo­sta­łam tu we­zwana?

Berg­man spoj­rzała ko­bie­cie w oczy i cze­kała na od­po­wiedź. Za­sta­na­wiała się, o co jej cho­dzi. Po kilku se­kun­dach Katz opu­ściła głowę, za­no­to­wała coś, zmarsz­czyła czoło i po­pa­trzyła na nią.

- Od tam­tych wy­da­rzeń upły­nęły pra­wie cztery mie­siące. Od­zy­skała pani zdro­wie? Py­tam o zdro­wie fi­zyczne.

Berg­man wciąż nie ro­zu­miała, do czego Katz zmie­rza i czemu nie od­po­wie­działa na jej py­ta­nie. Miała ochotę wstać i wyjść, ale wie­działa, że bę­dzie dla niej le­piej, je­śli się przy­łą­czy do pro­wa­dzo­nej przez Katz gry i tak jak ona bę­dzie uda­wać, że nic nie jest w sta­nie jej po­ru­szyć.

- Tyle o ile, ale na­dal je­stem na zwol­nie­niu le­kar­skim.

- To była gło­śna sprawa. Me­dia sze­roko o niej in­for­mo­wały.

- Na­prawdę? I co z tego?

Katz się­gnęła po le­żącą na biurku teczkę z do­ku­men­tami, prze­rzu­ciła kilka kar­tek, a gdy zna­la­zła tę, któ­rej szu­kała, prze­czy­tała na głos jej treść:

- "Po­li­cja po­szu­kuje ko­mi­sarz In­grid Berg­man, która jest po­dej­rzana o do­ko­na­nie za­bój­stwa. Wąt­pli­wo­ści co do jej winy dzielą po­li­cję w Göte­borgu". To cy­taty z ga­zet. Jak się pani czuła, czy­ta­jąc ta­kie na­główki?

Na wspo­mnie­nie ob­raź­li­wych oskar­żeń i jej zdjęć, któ­rymi ob­wie­szony był cały Göte­borg, Berg­man po­czuła ukłu­cie w piersi. Przy­po­mniał jej się Jo­han Höök, na­czel­nik Wy­działu Spraw We­wnętrz­nych, bo to on stał za tą na­gonką. Ob­rzu­ciła Katz dłu­gim spoj­rze­niem i od­parła:

- Me­dia przez cały czas były przez ko­goś in­for­mo­wane.

- Nie od­po­wie­działa pani na moje py­ta­nie - stwier­dziła ze zmarsz­czo­nym czo­łem Katz.

- Jak się wtedy czu­łam? - spy­tała po­iry­to­wa­nym gło­sem Berg­man. - Było to dla mnie coś no­wego.

- Coś no­wego? - spy­tała prze­cią­gle Katz i znowu coś za­no­to­wała. - A czemu ani pani bez­po­średni prze­ło­żony, ani ko­le­żanki i ko­le­dzy z pracy nie uwie­rzyli w pani winę?

- Bo wie­dzieli, że bez trudu zdo­ła­ła­bym po­peł­nić te wszyst­kie prze­stęp­stwa, nie zo­sta­wia­jąc po so­bie żad­nych śla­dów.

- Ro­zu­miem.

Berg­man od­nio­sła wra­że­nie, że Katz uśmie­cha się pod no­sem, i tro­chę się roz­luź­niła.

- Stra­ciła pani po­kaźną kwotę, po­nie­waż ktoś się wła­mał na konto ban­kowe. Mimo to nie za­żą­dała pani zwrotu pie­nię­dzy. To prawda?

- Tak.

- Dla­czego?

- Bo zo­stały prze­ka­zane na konto Czer­wo­nego Krzyża i or­ga­ni­za­cji dzia­ła­ją­cej na rzecz dzieci.

- Czy może to pani roz­wi­nąć?

- A co to ma wspól­nego z oceną mo­jej zdol­no­ści do pracy?

- Pró­buję zło­żyć w ca­łość ele­menty pew­nej ukła­danki, żeby stwo­rzyć ca­ło­ściowy ob­raz pani kon­dy­cji fi­zycz­nej i stanu psy­chicz­nego. Nie musi pani od­po­wia­dać na moje py­ta­nia, ale będę mu­siała ująć to w swoim ra­por­cie.

Berg­man za­śmiała się i po­krę­ciła głową.

- W ta­kim ra­zie po­wiem wprost: Szwedzki Czer­wony Krzyż i inne po­dobne or­ga­ni­za­cje ro­bią wiele do­brego dla lu­dzi, któ­rym źle się wie­dzie. Ja so­bie ja­koś bez tych pie­nię­dzy po­ra­dzę, pod­czas gdy w przy­padku in­nych osób mogą one za­de­cy­do­wać o ich ży­ciu albo śmierci.

- Czy na­dal jest pani w związku z Ada­mem He­dénem?

- To moja pry­watna sprawa i może to pani za­cy­to­wać w swoim ra­por­cie.

- Pry­watna sprawa? Być może, nie mnie o tym de­cy­do­wać. Po­winna pani jed­nak wie­dzieć, że po tym, co się wy­da­rzyło w stycz­niu, kiedy pani twarz i na­zwi­sko stały się znane w ca­łej Szwe­cji, pry­watna sfera pani ży­cia ule­gła znacz­nemu zwę­że­niu. Opi­nia pu­bliczna uznała, że po­li­cjantka In­grid Berg­man prze­szła na stronę zła, a kiedy za­częła się pani ukry­wać, fakt ten stał się te­ma­tem roz­licz­nych tek­stów i wy­po­wie­dzi w me­diach.

- Może mi pani uwie­rzyć, że je­stem tego w pełni świa­doma.

Katz nie od­po­wie­działa, tylko przez pe­wien czas mie­rzyła po­li­cjantkę nie­zgłę­bio­nym spoj­rze­niem. W końcu stwier­dziła:

- Moja praca nie po­lega na wy­szu­ki­wa­niu sła­bo­ści, które po­tem opi­suję. Je­śli jed­nak chce pani wró­cić do swo­ich po­przed­nich obo­wiąz­ków, trzeba się bę­dzie do nich przy­go­to­wać i od­zy­skać rów­no­wagę psy­chiczną. Z tego, co się orien­tuję, w tam­tym okre­sie zmarły dwie bli­skie pani osoby: oj­ciec i sio­stra. Czło­wiek po­trze­buje czasu, żeby upo­rać się z ża­łobą, oswoić się z czymś ta­kim. Cza­sem szok i bę­dąca skut­kiem dra­ma­tycz­nych zda­rzeń re­ak­cja or­ga­ni­zmu ob­ja­wiają się po dłu­gim cza­sie, kiedy je­ste­śmy pewni, że to, co naj­gor­sze, mamy już za sobą i mo­żemy wró­cić do nor­mal­nego ży­cia. W pani przy­padku ist­nieje ry­zyko za­ła­ma­nia ner­wo­wego z po­wodu odło­żo­nej w cza­sie re­ak­cji na stres.

- Kiedy opo­wiada pani o tym w taki spo­sób, można od­nieść wra­że­nie, że za­leży pani wy­łącz­nie na tym, co jest dla mnie do­bre.

- Czy za­sta­na­wia się pani cza­sem nad tym, co by się stało, gdyby się pani wtedy nie ukry­wała, żeby usta­lić, kto pró­bo­wał pa­nią wro­bić?

- Tak.

- I co?

- Do­szłam do wnio­sku, że po­stą­pi­ła­bym tak samo.

- Czy to zna­czy, że nie ufa pani wy­ni­kom do­cho­dze­nia, które zo­stało wsz­częte w tej spra­wie przez Wy­dział We­wnętrzny?

Berg­man po­sta­no­wiła nie od­po­wia­dać na to py­ta­nie. Uznała, że to dziwne, pełne nie­do­po­wie­dzeń prze­słu­cha­nie jest jak ta­niec z dia­błem.

Katz cze­kała cier­pli­wie na od­po­wiedź. Jej twarz po­zba­wiona była wy­razu, ręce spo­czy­wały na ko­la­nie. Berg­man wie­działa, że psy­cho­lożka pró­buje ją prze­cze­kać. Wy­ko­rzy­stała pod­sta­wową tech­nikę prze­słu­chań sto­so­waną za­równo przez po­li­cję, jak i dzien­ni­ka­rzy. Jej ce­lem było na­kło­nie­nie ko­goś do wy­ja­wie­nia cze­goś wię­cej niż to, co ten ktoś skłonny był po­wie­dzieć.

- Ni­gdy nie pro­wa­dzi­łam do­cho­dzeń w taki spo­sób, jak ro­bili to lu­dzie z Wy­działu We­wnętrz­nego - od­parła.

Katz odło­żyła no­tes na biurko i na­lała wody do dwóch szkla­nek. Jedną z nich po­dała Berg­man, ale po­li­cjantka po­krę­ciła głową. Katz wzięła dwa łyki, a Berg­man do­szła do wnio­sku, że ko­bieta zro­biła to tylko w jed­nym celu: żeby zy­skać na cza­sie przed za­da­niem ko­lej­nego py­ta­nia. Katz wy­piła wodę, od­sta­wiła szklankę i po­pra­wiła oku­lary na no­sie. Przez cały czas uważ­nie przy­glą­dała się po­li­cjantce.

- Je­śli nie ma pani py­tań, mo­żemy skoń­czyć na dzi­siaj - po­wie­działa Katz.

- Czy to wy­star­czy?

- Nie, mu­simy się jesz­cze spo­tkać. Czy może pani przyjść do mnie we wto­rek o je­de­na­stej?

- Na tę chwilę od­po­wiedź brzmi "tak".

- Świet­nie - stwier­dziła Katz. Wstała z krze­sła, wy­cią­gnęła rękę na po­że­gna­nie i po raz pierw­szy się uśmiech­nęła.

2

Po­nie­dzia­łek, 15 maja

Go­dzina 14.03

- Dwie go­dziny temu w dziel­nicy Pen­ny­g?n­gen w Högsbo zna­le­ziono zwłoki star­szego męż­czy­zny - za­częła swoje wy­stą­pie­nie in­spek­tor po­li­cji kry­mi­nal­nej Ka­rin Falk. Od­po­wie­dzią były zmę­czone, lekko za­mglone spoj­rze­nia obec­nych na od­pra­wie człon­ków jej ekipy śled­czej. Z po­wodu re­or­ga­ni­za­cji i zwol­nień le­kar­skich wszy­scy byli wy­koń­czeni. Ona też nie była w lep­szym sta­nie. Spoj­rzała swój no­tes i kon­ty­nu­owała: - Funk­cjo­na­riu­sze, któ­rzy jako pierwsi zja­wili się na miej­scu zda­rze­nia, prze­ka­zali, że o zna­le­zie­niu zwłok po­in­for­mo­wał kon­ser­wa­tor bu­dynku, który przy­szedł zro­bić prze­gląd prze­wodu wen­ty­la­cyj­nego. Wcze­śniej, mimo po­dej­mo­wa­nych prób, nie udało mu się skon­tak­to­wać z wła­ści­cie­lem miesz­ka­nia. Kiedy wszedł na pię­tro i pod­niósł klapkę w otwo­rze na pocztę, po­czuł okropny smród. Na pod­ło­dze przed­po­koju le­żał stos re­klam i li­stów.

Falk zro­biła prze­rwę, zmarsz­czyła czoło i za­częła prze­glą­dać no­tatki.

- Wła­ści­ciel miesz­ka­nia na­zywa się Sven-Ber­til Lind­sten. Kon­ser­wa­tor zna­lazł jego zwłoki w za­mknię­tej na klucz gar­de­ro­bie. Klucz tkwił w zamku od ze­wnątrz.

Falk znowu zro­biła prze­rwę, żeby jej słowa za­pa­dły wszyst­kim w pa­mięci.

- Nasi tech­nicy, w tym Bo­berg i Nils­son, są od pół go­dziny na miej­scu. Przed od­prawą roz­ma­wia­łam z Bo­ber­giem. Jego zda­niem męż­czy­zna le­żał tam przy­naj­mniej od mie­siąca albo dłu­żej. Po od­pra­wie po­jadę tam z Tho­ma­sem. Po­roz­ma­wiamy z pa­tro­lem, który ode­brał zgło­sze­nie, z ad­mi­ni­stra­to­rem bu­dynku, są­sia­dami i tech­ni­kami. Zo­ba­czymy też, co znaj­dziemy w miesz­ka­niu.

Falk odło­żyła no­tes na stół, jakby chciała dać do zro­zu­mie­nia, że skoń­czyła, i każ­demu z obec­nych wrę­czyła sko­ro­szyt z pod­sta­wo­wymi in­for­ma­cjami do­ty­czą­cymi sprawy. Wszy­scy pa­trzyli na nią za­tro­ska­nym wzro­kiem.

- Nina i Vi­king zbiorą in­for­ma­cje o Lind­ste­nie. Po­roz­ma­wiaj­cie z jego ro­dziną i sprawdź­cie w na­szych re­je­strach, czy był no­to­wany.

W tym mo­men­cie roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi i do sali wszedł Al­bert Ting­ström, na­czel­nik Wy­działu do spraw Za­bójstw miej­sco­wej ko­mendy po­li­cji. Ski­nął wszyst­kim na po­wi­ta­nie głową i po­wie­dział:

- Chcę tylko prze­ka­zać, że me­dia wie­dzą już o zwło­kach w Pen­ny­g?n­gen. Nad­zór nad śledz­twem ob­jął pro­ku­ra­tor Hol­ger Bjur­stedt.

Falk jęk­nęła w my­ślach. Bjur­stedt znany był z tego, że co prawda nie mie­szał się do do­cho­dzeń pro­wa­dzo­nych przez po­li­cję, ale nie oka­zy­wał też zbyt du­żej po­mocy. Naj­bar­dziej za­le­żało mu na tym, żeby błysz­czeć w świe­tle re­flek­to­rów. Lu­bił się zna­leźć w cen­trum uwagi, ale tylko wtedy, gdy o spra­wie in­for­mo­wały me­dia. Sta­wał wtedy w pierw­szym sze­regu i zwo­ły­wał kon­fe­ren­cje pra­sowe, a śled­czym na myśl o tym, co wtedy po­wie, ze stra­chu je­żyły się włosy na gło­wie. Wcale by jej nie zdzi­wiło, gdyby się oka­zało, że Bjur­stedt był źró­dłem prze­cieku i że to od niego dzien­ni­ka­rze do­wie­dzieli się o śmierci Lind­stena.

- Trudno - od­parła z nie­chę­cią w gło­sie. - Skon­tak­tuję się z nim po po­wro­cie z miesz­ka­nia, gdy bę­dziemy wie­dzieć coś wię­cej.

Ting­ström ski­nął głową i od­wró­cił się, żeby wyjść z sali.

- Mo­ment! - za­wo­łał na­gle Tho­mas Al­freds­son. - Kiedy wróci In­grid? Co u niej sły­chać?

Na­czel­nik po­dra­pał się po bro­dzie i chrząk­nął.

- Ju­tro mam się z nią spo­tkać. Na tę chwilę tylko tyle mogę po­wie­dzieć. In­grid ma za sobą cięż­kie chwile... Zo­ba­czymy.

- Po­wiesz nam, jak już bę­dziesz wie­dział coś wię­cej? - spy­tał Vi­king Jo­hans­son.

Na­czel­nik znowu ski­nął głową i wy­szedł na ko­ry­tarz.

Falk po­czuła się na­gle nie­po­trzebna i sa­motna. Czy to, że jej lu­dzie py­tali o Berg­man, zna­czy, że źle oce­niają jej pracę? Pew­nie stale ją z nią po­rów­nują, cho­ciaż nikt o tym gło­śno nie roz­ma­wia. Prze­łknęła ślinę i kilka razy stuk­nęła dłu­go­pi­sem o blat stołu.

- Ma­cie ja­kieś py­ta­nia? - spy­tała. - Je­śli nie, koń­czymy na dzi­siaj.

- Czy w związku z tym za­bój­stwem wszyst­kie inne do­cho­dze­nia mamy odło­żyć na bok? - spy­tała na wszelki wy­pa­dek Nina Ha­mil­ton.

Falk za­sta­na­wiała się przez chwilę.

- Tak. Sku­piamy się na tej spra­wie. Inne py­ta­nia?

Nikt się nie ode­zwał, więc ze­brała pa­piery i po­wie­działa:

- Bądźmy w kon­tak­cie. Na­stępna od­prawa ju­tro o ósmej rano.

3

Po­nie­dzia­łek, 15 maja

Go­dzina 14.23

Berg­man ro­zej­rzała się po sali. Od kwa­dransa cze­kała, aż bę­dzie punk­tu­al­nie czter­na­sta trzy­dzie­ści. Bo­lało ją całe ciało, jakby przed chwilą wró­ciła z se­sji tre­nin­go­wej na si­łowni, na do­da­tek do­stała mdło­ści. Od po­czątku stycz­nia wy­mio­to­wała pra­wie co­dzien­nie. Mę­czyły ją skur­cze, które wy­wra­cały jej żo­łą­dek na drugą stronę.

Kilka me­trów od sie­bie za­uwa­żyła sto­jące przy ścia­nie krze­sła. Jedno z nich było wolne. Chciała na nim usiąść, ale za­uwa­żyła, że lu­dzie przy­glą­dają jej się z cie­ka­wo­ścią. Do­my­śliła się, że zo­stała roz­po­znana. Ja­kaś star­sza ko­bieta szturch­nęła łok­ciem sie­dzą­cego obok męż­czy­znę i wy­mie­niła z nim po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia. Pie­przony Höök, po­my­ślała chyba po raz setny Berg­man. To przez niego jej twarz zna­la­zła się w li­stach goń­czych i na pierw­szych stro­nach ga­zet. Od­wró­ciła się i ru­szyła do punktu in­for­ma­cyj­nego.

Sie­dząca w re­cep­cji ko­bieta uśmiech­nęła się do niej w pro­fe­sjo­nalny spo­sób i po­pro­siła ją, żeby tro­chę po­cze­kała, bo za­raz ktoś po nią przyj­dzie. Ale Berg­man nie miała ochoty stać i cze­kać. Czuła się nie­swojo na wi­dok szep­czą­cych lu­dzi i po­ro­zu­mie­waw­czych spoj­rzeń, któ­rymi ją ob­rzu­cali. Po­sta­no­wiła uda­wać, że czyta bro­szurę na te­mat fun­du­szy eme­ry­tal­nych.

Mi­nutę póź­niej zja­wiła się urzęd­niczka ban­kowa, z którą była umó­wiona na spo­tka­nie. Na­zy­wała się Bir­gitta Thor i była jej oso­bi­stą do­rad­czy­nią. Miała po­pie­late, ob­cięte na pa­zia włosy z ja­snymi pa­sem­kami i świet­nie zro­biony ma­ki­jaż. Ubrana była w gra­na­towy ża­kiet, na szyi miała na­szyj­nik z pe­reł. Pa­trząc na nią, Berg­man po­czuła się gor­sza. Nie­dawno w ak­cie de­spe­ra­cji ob­cięła się na jeża, żeby zmie­nić swój wy­gląd, ale włosy nie zdą­żyły jesz­cze w pełni od­ro­snąć. Wpraw­dzie dzięki po­ra­dom fry­zjerki udało jej się zmie­nić ich ko­lor z czar­nego na ja­sny, ale na­dal na wi­dok swo­jego od­bi­cia w lu­strze się wzdry­gała. Na do­da­tek przy­tyła pięć ki­lo­gra­mów, bo od kilku mie­sięcy za­nie­dby­wała tre­ningi.

Po­kój, do któ­rego wpro­wa­dziła ją urzęd­niczka, był cał­kiem duży. Wo­kół stołu stało sześć krze­seł, na bla­cie le­żały lap­top, no­tes i dłu­go­pis. Przy ścia­nie znaj­do­wał się re­gał za­peł­niony biało-nie­bi­skimi se­gre­ga­to­rami zgod­nymi z iden­ty­fi­ka­cją wi­zu­alną banku. W ca­łym po­miesz­cze­niu nie było żad­nych ob­raz­ków, ro­ślin ani okien. Wy­kła­dzina pod­ło­gowa i grube, za­mknięte drzwi sku­tecz­nie chro­niły wnę­trze przed dźwię­kami z in­nych po­ko­jów. Bra­ko­wało wy­po­sa­że­nia, które w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach stwo­rzy­łoby miłą at­mos­ferę. Thor wska­zała po­li­cjantce miej­sce na krze­śle.

- Na­pije się pani kawy? - spy­tała z za­chę­ca­ją­cym uśmie­chem.

W zwy­kłych oko­licz­no­ściach Berg­man na pewno by nie od­mó­wiła, ale te­raz na samo słowo "kawa" ro­biło jej się nie­do­brze. Po­krę­ciła od­mow­nie głową.

- Czym mogę słu­żyć? - spy­tała urzęd­niczka. - Z tego co pa­mię­tam, cho­dziło o po­życzkę, prawda?

- Tak. Chcia­ła­bym po­pro­sić o od­ro­cze­nie ter­minu spłaty ko­lej­nej raty.

Urzęd­niczka wkle­pała coś z kla­wia­tury i spoj­rzała w ekran.

- Czy może pani okre­ślić, o ja­kim prze­su­nię­ciu mó­wimy?

- Od stycz­nia prze­by­wam na zwol­nie­niu le­kar­skim i nie uzy­skuję ta­kich sa­mych przy­cho­dów jak przed­tem. Szcze­rze mó­wiąc, nie umiem okre­ślić, od kiedy będę mo­gła wró­cić do pracy. Sprawę kom­pli­kuje fakt, że je­stem w ciąży. Ter­min po­rodu wy­zna­czono na wrze­sień i do­piero wtedy za­cznę po­bie­rać za­si­łek na dziecko.

- Gra­tu­luję!

- Dzię­kuję, ale ten za­si­łek jest tak samo ni­ski jak za­si­łek cho­ro­bowy.

- Co w związku z tym?

- Nie mam oszczęd­no­ści, które mo­gła­bym na­ru­szyć, a do­póki je­stem na zwol­nie­niu, nie będę mo­gła spła­cać rat. Czy w związku z tym bank mógłby zmniej­szyć ich wy­so­kość o po­łowę i zwol­nić mnie z obo­wiązku ich spła­ca­nia do końca roku?

W po­koju za­pa­dła nie­zręczna ci­sza. Berg­man cze­kała nie­cier­pli­wie na od­po­wiedź, ale Thor uni­kała jej spoj­rze­nia.

- Sama nie mogę pod­jąć ta­kiej de­cy­zji - od­parła. - Za­de­cy­duje o tym ktoś na wyż­szym szcze­blu.

- Ile czasu to zaj­mie? Kiedy do­stanę od­po­wiedź?

- Ode­zwę się, jak tylko będę coś wie­działa, ale mu­szę o coś spy­tać. Czy nie za­sta­na­wiała się pani nad prze­pro­wadzką do lo­kalu o niż­szym stan­dar­dzie? Dzięki temu mo­głaby pani pła­cić niż­szy czynsz.

Berg­man wstała z krze­sła. Była co­raz bar­dziej po­iry­to­wana tą roz­mową.

- To nie wcho­dzi w ra­chubę. Mam na­dzieję, że po­in­for­muje mnie pani o de­cy­zji do końca bie­żą­cego ty­go­dnia. Czy mo­żemy się tak umó­wić?

Thor wstała zza biurka, sztucz­nie się uśmiech­nęła i po­dała jej rękę. Berg­man nie­chęt­nie wy­cią­gnęła do niej dłoń.

- Obie­cuję, że zro­bię to jak naj­prę­dzej. W in­te­re­sie na­szego banku jest zna­le­zie­nie ja­kie­goś roz­wią­za­nia.

Berg­man wy­szła na ulicę i gło­śno za­klęła. Za­uwa­żyła, że w swo­ich wła­snych spra­wach nie umie się tar­go­wać. Le­piej to wy­gląda w pracy, ale w ży­ciu pry­wat­nym bywa z tym kiep­sko. Za­bra­kło jej cier­pli­wo­ści, żeby po­roz­ma­wiać z Thor jak ko­bieta z ko­bietą i za­sy­pać ją kom­ple­men­tami, by po­sta­wić na swoim.

Była pewna, że bank się zgo­dzi na od­ro­cze­nie płat­no­ści rat, a te­raz zna­la­zła się w trud­nej sy­tu­acji. Jej wy­datki stale ro­sną, a ona nie ma ubez­pie­cze­nia na wy­pa­dek utraty za­rob­ków spo­wo­do­wa­nej dłu­go­trwałą cho­robą. Może le­piej sprze­dać dom? Ni­gdy w ży­ciu! Te­raz tro­chę ża­ło­wała, że nie za­żą­dała od Czer­wo­nego Krzyża i tej dru­giej or­ga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nej zwrotu przy­naj­mniej czę­ści pie­nię­dzy, które jej nie­ży­jąca sio­stra wy­pro­wa­dziła z jej konta.

Po­krę­ciła głową. Zdała so­bie sprawę z tego, że nie mo­głaby żą­dać zwrotu pie­nię­dzy od or­ga­ni­za­cji, które po­ma­gają dzie­ciom prze­żyć ko­lejny dzień, za­pew­niają im na­ukę w szkole i dach nad głową. Miała na­dzieję, że wszystko ja­koś się ułoży. Wy­star­czy, że bank się zgo­dzi na prze­su­nię­cie ter­minu spłaty rat po­życzki do mo­mentu, aż bę­dzie mo­gła wró­cić do pracy. Może po­winna to zro­bić te­raz? Być może by­łoby to naj­lep­sze roz­wią­za­nie. Chyba tylko w ten spo­sób zdoła od­zy­skać kon­trolę nad swoim ży­ciem i nie bę­dzie mu­siała li­czyć na do­brą wolę urzęd­ni­ków ban­ko­wych.

Po przyj­ściu do domu przy­go­to­wała so­bie fi­li­żankę her­baty, usia­dła na ka­na­pie i otu­liła się ko­cem.

Była bar­dzo zmę­czona. Na szczę­ście na por­ta­lach in­ter­ne­to­wych dla ko­biet w ciąży wy­czy­tała, że uczu­cie zmę­cze­nia po­winno wkrótce ustą­pić. Wy­star­czy dużo od­po­czy­wać i prze­stać się for­so­wać. Sta­rała się po­stę­po­wać zgod­nie z tymi za­le­ce­niami, ale du­żej zmiany nie od­czuła. Na wy­pa­dek gdyby jej or­ga­ni­zmowi za­częło w od­czu­walny spo­sób bra­ko­wać że­laza, zde­cy­do­wała się do­star­czać je w ta­blet­kach. Nie­stety, to też w ni­czym jej nie ulżyło.

Ju­tro idzie z Ada­mem na pierw­szą wi­zytę do kli­niki dla przy­szłych ma­tek. Była w szes­na­stym ty­go­dniu ciąży i po­winna się tam zgło­sić znacz­nie wcze­śniej. Adam na nią na­krzy­czał, ale ja­koś nie mo­gła się zdo­być na to, żeby za­dzwo­nić i umó­wić ter­min pierw­szej wi­zyty. W końcu to zro­biła, ale mu­siała na nią po­cze­kać aż dwa ty­go­dnie.

Na po­czątku nie chciała uwie­rzyć, że jest w ciąży. Prze­cież miała czter­dzie­ści sześć lat! Wie­działa, że wraz z wie­kiem ry­zyko po­ro­nie­nia i kom­pli­ka­cji znacz­nie ro­śnie, ale bar­dzo chciała uro­dzić to dziecko. Od sa­mego po­czątku było w niej coś ta­kiego, co ka­zało jej wie­rzyć i mieć na­dzieję, że ciąża jest praw­dziwa, a nie uro­jona. Wo­lała nie oka­zy­wać przed­wcze­snej ra­do­ści i do­brze wie­działa dla­czego. Jed­nym z po­wo­dów był jej wiek, dru­gim Li­nus - jej syn z pierw­szego mał­żeń­stwa z Jo­ha­nem. Chło­piec zgi­nął tra­gicz­nie w wieku dwóch lat. Te­raz, kiedy spo­dzie­wała się dru­giego dziecka, Li­nus byłby dwu­na­sto­lat­kiem.

Wes­tchnęła i włą­czyła te­le­wi­zor, żeby od­pę­dzić złe my­śli. Aku­rat le­ciały lo­kalne wia­do­mo­ści. Na ekra­nie zo­ba­czyła re­por­tera, który stał przed bu­dyn­kiem miesz­kal­nym. W tle wi­dać było dwa ra­dio­wozy i au­to­bus na­le­żący do tech­ni­ków po­li­cyj­nych, któ­rzy wy­ko­ny­wali ru­ty­nowe czyn­no­ści na miej­scu zda­rze­nia.

"Dzi­siaj w jed­nym z do­mów w dziel­nicy Pen­ny­g?n­gen w Högsbo zna­le­ziono zwłoki męż­czy­zny. Ze wstęp­nych usta­leń wy­nika, że nie żył od dłuż­szego czasu. Na ra­zie nie wia­domo, od jak dawna, ale mógł być mar­twy na­wet od kilku mie­sięcy. Z za­ufa­nego źró­dła wiemy, że zo­stał za­bity: ktoś za­mknął go w gar­de­ro­bie i praw­do­po­dob­nie za­gło­dził. Są­sie­dzi twier­dzą, że męż­czy­zna spra­wiał kło­poty i nie utrzy­my­wał re­la­cji z in­nymi ludźmi. Kon­tak­to­wa­li­śmy się z za­kła­dem opieki spo­łecz­nej i or­ga­ni­za­cją, która po­maga oso­bom star­szym i cho­rym, żeby usta­lić, na kim spo­czywa usta­wowy obo­wią­zek spra­wo­wa­nia opieki nad ta­kimi oso­bami, żeby czuły się bez­piecz­nie".

- Co oglą­dasz? - spy­tał Adam.

Berg­man nie sły­szała, jak wró­cił do domu. Wzięła pi­lota i ści­szyła głos.

- Dzień do­bry, ko­cha­nie. Nic kon­kret­nego. Chcia­łam się tro­chę od­prę­żyć i włą­czy­łam lo­kalne wia­do­mo­ści. Tra­fi­łam na ma­te­riał o męż­czyź­nie, który ja­kiś czas temu zmarł z głodu, po­nie­waż ktoś go za­mknął w gar­de­ro­bie.

- To przy­kre, że lu­dzie, któ­rzy żyją sa­mot­nie, ni­kogo nie ob­cho­dzą - od­parł Adam. Po­chy­lił się, po­ca­ło­wał ją w czoło, wska­zał jej brzuch i do­dał: - Ty na pewno nie zo­sta­niesz na sta­rość sama, bo resztę ży­cia spę­dzisz ze mną i z tym czło­wiecz­kiem.

Berg­man uśmiech­nęła się do niego i z tru­dem się wy­pro­sto­wała. Adam usiadł obok niej i ob­jął ją ra­mie­niem.

- Jak się dzi­siaj czu­jesz? - spy­tał czu­łym gło­sem.

- Jak zwy­kle. Je­stem zmę­czona i mam mdło­ści.

Adam od­wró­cił głowę i mu­snął war­gami jej szyję. Berg­man po­czuła, jak w ułamku se­kundy ogar­nęła ją fala po­żą­da­nia. Ci­cho wes­tchnęła. Adam do­brze wie­dział, co zro­bić, żeby go za­pra­gnęła.

Ro­ze­śmiał się ła­god­nie.

- Wiesz, co po­może ci naj­le­piej - szep­nął. Ujął ją jedną dło­nią za włosy i po­ca­ło­wał w usta. Berg­man po­czuła jego twardy ję­zyk w swo­ich ustach, a na po­liczku nie­go­lony za­rost, który dra­pał ją w skórę. Adam wsu­nął jej rękę pod bluzkę i za­czął pie­ścić jej ciało wo­kół biu­sto­no­sza. De­li­kat­nie po­cie­rał su­tek kciu­kiem i pal­cem wska­zu­ją­cym. Berg­man roz­pięła mu ko­szulę i wdy­chała za­pach cie­płego, mę­skiego ciała. Pra­gnęła go każ­dym skraw­kiem sie­bie. Mu­skała pal­cami jego brzuch, po­ło­żyła dłoń na roz­porku i po­czuła twardy czło­nek. Adam jęk­nął gło­śno.

- Po­cze­kaj - po­wie­dział. De­li­kat­nie od­su­nął jej dło­nie, a na­stęp­nie zdjął z niej bluzkę i biu­sto­nosz.

Pie­ścił pal­cami jej piersi, ca­ło­wał je i ssał war­gami. Krą­żył ję­zy­kiem wo­kół sut­ków, zszedł na dół brzu­cha, roz­piął jej spodnie i za­czął je z niej ścią­gać. W tym sa­mym cza­sie Berg­man roz­pięła mu roz­po­rek i też za­częła mu zdej­mo­wać spodnie.

Adam uło­żył ją w taki spo­sób, żeby le­żała na ple­cach, po czym znowu za­czął ca­ło­wać brzuch i mu­skać ję­zy­kiem oko­lice pępka. Stop­niowo scho­dził ję­zy­kiem co­raz ni­żej. Berg­man za­mknęła oczy. Prze­stała się kon­tro­lo­wać, pra­gnęła tylko jego. Adam tak długo ją ca­ło­wał, aż za­częła ję­czeć. Unio­sła bio­dra i pod­su­nęła je w jego stronę. Cała pło­nęła z po­żą­da­nia. W tym mo­men­cie byli tylko oni: In­grid i Adam.

Adam tak długo pie­ścił ją ję­zy­kiem, aż do­stała or­ga­zmu, a wtedy w nią wszedł, aż gło­śno jęk­nęła i oplo­tła no­gami jego plecy. Mocno go nimi obej­mo­wała i po­dą­żała bio­drami za jego ru­chami. Czuła się tak, jakby ni­gdy nie miała go wy­pu­ścić. Pa­trzyła mu w oczy i wy­da­wało jej się, że za­gląda w naj­głęb­sze za­ka­marki jego czu­łej, prze­peł­nio­nej mi­ło­ścią du­szy. Oboje co­raz szyb­ciej po­ru­szali cia­łami, aż w końcu Adam do­stał or­ga­zmu i się na nią osu­nął. Berg­man za­mknęła oczy i na­dal mocno go obej­mo­wała.

Seks z Ada­mem miał zwie­rzęcą, cie­le­sną na­turę. Ża­ło­wała, że w tym mo­men­cie nie może za­trzy­mać czasu. Adam po­ca­ło­wał ją czule w usta, uniósł się lekko i wsparł na łok­ciu. Sze­roko się uśmiech­nął i stwier­dził:

- Przed chwilą twier­dzi­łaś, że je­steś zmę­czona i masz mdło­ści, ale ja­koś tego nie za­uwa­ży­łem.

- Chcia­łam się tylko od­prę­żyć - od­parła żar­to­bli­wie.

Po­gła­skał ją po po­liczku.

- Obie­cuję, że przez na­stępne pięć­dzie­siąt lat bę­dziesz się każ­dego dnia od­prę­żać tyle razy, ile tylko bę­dziesz chciała.

- A co póź­niej?

- Ty za­dbasz o mnie.

Berg­man zro­biła taką minę, jakby się cze­goś wy­stra­szyła.

- Ale wtedy bę­dziesz już po­marsz­czo­nym sta­rusz­kiem. Nie wiem, czy mi się bę­dzie chciało.

- Wtedy też nie bę­dziesz chciała zre­zy­gno­wać z mo­ich piesz­czot. Je­stem tego pe­wien.

Berg­man skrzy­wiła się na twa­rzy.

- Po­ży­jemy, zo­ba­czymy.

- A pro­pos... Jak ci po­szło u pani psy­cho­log i w banku?

- Roz­mowa z pa­nią psy­cho­log prze­bie­gła do­brze... tak mi się w każ­dym ra­zie wy­daje. Bank ma mi dać od­po­wiedź do końca ty­go­dnia. Urzęd­niczka, z którą roz­ma­wia­łam, za­su­ge­ro­wała, że­bym się prze­pro­wa­dziła do mniej­szego miesz­ka­nia, bo dzięki temu będę pła­ciła mniej­szy czynsz.

- Do­bry po­mysł. Mo­gła­byś się prze­pro­wa­dzić do mnie. Fjäl­l­backa to też przy­jemne miej­sce.

- By­łoby wspa­niale, bo bar­dzo mi się tam po­doba, ale mu­sia­ła­bym tra­cić zbyt dużo czasu na do­jazdy. Uwa­żam, że po­win­nam wró­cić do pracy, żeby znowu żyć na nor­mal­nym po­zio­mie. Je­śli bank wy­razi zgodę na zmniej­sze­nie wy­so­ko­ści rat i od­ro­cze­nie ter­minu ich spłaty, wszystko się z cza­sem ułoży. Nie mam ochoty sprze­da­wać domu tylko dla­tego, że mam przej­ściowe pro­blemy ze spłatą po­życzki.

- Chcesz wró­cić do pracy?! - za­wo­łał Adam. - W tym sta­nie? Mó­wisz po­waż­nie? Za­mie­rzasz pra­co­wać do roz­wią­za­nia, wziąć urlop ma­cie­rzyń­ski i po trzech, czte­rech mie­sią­cach wró­cić do pracy? Na­prawdę tego chcesz?

Berg­man uwol­niła się z jego ra­mion, wstała z ka­napy i za­częła się ubie­rać, wy­ko­nu­jąc przy tym gwał­towne ru­chy.

- In­grid...

- A co in­nego mogę zro­bić? - spy­tała, prze­ry­wa­jąc na chwilę to, co ro­biła.

- Sprze­daj dom, za­mień go na miesz­ka­nie albo przy­naj­mniej się nad tym za­sta­nów.

- Nie ma mowy. Ku­pi­łam go za pie­nią­dze, które do­sta­łam z ubez­pie­cze­nia po śmierci Li­nusa i po roz­pa­dzie mo­jego mał­żeń­stwa z Jo­ha­nem. Być może za­brzmi to pre­ten­sjo­nal­nie, ale jest dla mnie je­dyną bez­pieczną twier­dzą i przy­sta­nią, jaką mia­łam w ży­ciu. Tak samo jest z moją pracą i do­brze o tym wiesz. Przez wiele lat ten dom sta­no­wił fun­da­ment mo­jego ży­cia. Da­wał mi po­czu­cie sta­bil­no­ści, któ­rej bar­dzo po­trze­bo­wa­łam, żeby móc so­bie ze wszyst­kim ra­dzić.

- Ale te­raz masz mnie, a ja ni­gdy cię nie zo­sta­wię - stwier­dził Adam, głasz­cząc ją po brzu­chu. - Wciąż to do cie­bie nie do­tarło? Je­ste­śmy od­po­wie­dzialni za to, żeby ten ber­beć miał do­bry start w ży­ciu.

Berg­man za­gry­zła wargi.

- Trudno się tak na­gle zmie­nić. Cza­sem od­no­szę wra­że­nie, że za bar­dzo przy­wy­kłam do ra­dze­nia so­bie w ży­ciu na wła­sną rękę.

Adam za­śmiał się gło­śno.

- Wiesz, co ci po­wiem? Je­stem tego sa­mego zda­nia. Le­piej ci z tym?

Berg­man nie mo­gła się po­wstrzy­mać od uśmie­chu.

- Tak. Dzię­kuję, że cię mam i że ze mną wy­trzy­mu­jesz.

- Za­wsze będę przy to­bie. A te­raz mu­szę ci coś wy­znać: zgłod­nia­łem. Ty też coś zjesz?

Berg­man po­krę­ciła głową, a Adam wstał z ka­napy i po­szedł do kuchni, zrzę­dząc coś pod no­sem.

Za­wsze będę przy to­bie. Berg­man przy­po­mniała so­bie, że Jo­han też jej to obie­cy­wał, a po śmierci Li­nusa wzięli roz­wód, cho­ciaż wła­śnie w ta­kiej chwili po­trze­bo­wali sie­bie bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek.

Wie­działa, że Adam ma ra­cję. Po­winna się zdo­być na od­wagę i mu za­ufać, wpu­ścić go do swo­jego ży­cia, bo ina­czej skoń­czy jak ten sta­ru­szek, o któ­rym sły­szała w wia­do­mo­ściach. Wiele mie­sięcy prze­le­żał w swoim miesz­ka­niu mar­twy i nikt tego nie za­uwa­żył, bo ni­kogo bli­skiego nie miał.

Nie mo­gła prze­stać o nim my­śleć. Ju­tro ma się spo­tkać z Ting­strömem i przy oka­zji spyta go o tę sprawę. Chcia­łaby się do­wie­dzieć, czy sta­ru­szek fak­tycz­nie zo­stał za­mor­do­wany, czy to tylko me­dia przed­sta­wiły jego śmierć jako efekt zbrodni, żeby mieć o czym pi­sać.

4

Po­nie­dzia­łek, 15 maja

Go­dzina 15.05

Falk otwo­rzyła ba­gaż­nik sa­mo­chodu i wy­jęła z niego dwa kom­bi­ne­zony ochronne: je­den dla Al­freds­sona, drugi dla sie­bie.

W Pen­ny­g?n­gen było sie­dem­set miesz­kań. Dziel­nica za­sły­nęła swego czasu po se­rii pu­bli­ka­cji me­dial­nych po­świę­co­nych prze­bu­do­wie tych te­re­nów i usta­no­wie­niu szo­ku­jąco wy­so­kich opłat czyn­szo­wych. Sza­ro­białe, dwu­pię­trowe bu­dynki po­wstały na po­czątku lat sześć­dzie­sią­tych. Falk po­my­ślała o swoim miesz­ka­niu w jed­nym z bu­dyn­ków z wy­soką pod­mu­rówką w dziel­nicy Ma­jorna z przy­tul­nym, ską­pa­nym w zie­leni po­dwó­rzem.

Domy, które po­wstały w ra­mach pro­gramu za­kła­da­ją­cego bu­dowę mi­liona miesz­kań, miały po­nury wy­gląd i były po­zba­wione du­szy. Być może pa­no­wała tu inna at­mos­fera, gdy świe­ciło słońce, a nie tak jak te­raz, gdy pa­dał deszcz, a niebo nad mia­stem za­snute było sza­rymi chmu­rami.

Przed wej­ściem do jed­nego z do­mów stał mi­kro­bus tech­ni­ków po­li­cyj­nych. W za­par­ko­wa­nym obok ra­dio­wo­zie sie­dział umun­du­ro­wany po­li­cjant i roz­ma­wiał przez te­le­fon. Na ich wi­dok ski­nął im głową, za­koń­czył roz­mowę i wy­siadł z wozu. Pod­szedł do Falk i po­wie­dział:

- Od na­szej ostat­niej roz­mowy nic się nie wy­da­rzyło, ale za to zja­wili się dzien­ni­ka­rze. Kon­ser­wa­tora bu­dynku mu­sie­li­śmy od­wieźć do szpi­tala, bo do­znał szoku. Wcale mu się nie dzi­wię. Mó­wiąc wprost: wy­glą­dało to okrop­nie.

Falk ski­nęła głową na znak, że go ro­zu­mie. Nie było się nad czym roz­wo­dzić.

- Tech­nicy oglą­dają miesz­ka­nie - kon­ty­nu­ował po­li­cjant. Głę­boko wes­tchnął i wska­zał jedno z okien. - Pierw­sze pię­tro. Nasi lu­dzie są w te­re­nie, prze­py­tują są­sia­dów, ale na ra­zie nic nam to nie dało. Je­den z nich po­je­chał z kon­ser­wa­to­rem do szpi­tala. To z nim przed chwilą roz­ma­wia­łem.

- Czy ma­cie ja­kieś ze­zna­nia, które mogą być dla nas przy­datne?

- Nie­stety nie. Sta­ru­szek był naj­praw­do­po­dob­niej sa­mot­ni­kiem i nie utrzy­my­wał z ni­kim kon­tak­tów.

- Dzięki. Te­raz już coś wiem. Chodźmy na górę.

Miesz­ka­nie znaj­do­wało się na pierw­szym pię­trze. Do klamki przy­wią­zana była nie­bie­sko­biała ta­śma po­li­cyjna. Falk za­pu­kała i w od­po­wie­dzi usły­szała kilka gło­śnych prze­kleństw. Oboje z Al­freds­so­nem od razu roz­po­znali wła­ści­ciela głosu i po­ro­zu­mie­waw­czo się do sie­bie uśmiech­nęli.

Ktoś prze­krę­cił klucz w zamku i otwo­rzył drzwi. W noz­drza ude­rzył tak okropny odór, że Falk pra­wie zwy­mio­to­wała. Ni­gdy nie mo­gła się przy­zwy­czaić do smrodu roz­kła­da­ją­cych się ludz­kich zwłok.

- Czemu przy­cho­dzi­cie tak późno? - spy­tał Ber­til Nils­son i otwo­rzył drzwi na całą sze­ro­kość, żeby Falk i Al­freds­son mo­gli wejść do środka.

Po­li­cjantka wes­tchnęła w my­ślach. Znowu ten jego zrzę­dliwy ton i kwa­śna mina.

- Co masz nam do prze­ka­za­nia? - spy­tała, nie re­agu­jąc na jego py­ta­nie.

Nils­son ubrany był w biały kom­bi­ne­zon z na­cią­gnię­tym na głowę kap­tu­rem, spod któ­rego wy­sta­wała jego po­marsz­czona twarz. Zza oku­la­rów ochron­nych pa­trzyła para ma­łych czar­nych oczu. Nils­son miał na dło­niach la­tek­sowe rę­ka­wiczki. Ujął w palce ma­seczkę ochronną i opu­ścił ją na szyję. Dwa razy chrząk­nął i za­czął skła­dać wstępny ra­port.

- Ofiarą jest star­szy męż­czy­zna, śmierć na­stą­piła dawno temu, być może przed dwoma mie­sią­cami, ale to tylko przy­pusz­cze­nie. Cze­kamy na ra­port pa­to­loga. Męż­czy­zna zo­stał za­mknięty w gar­de­ro­bie na klucz i nie mógł z niej wyjść. Klucz tkwił od ze­wnętrz­nej strony zamka. Z ciała zo­stał pra­wie sam szkie­let, tkanka mię­śniowa ule­gła roz­kła­dowi, na ko­ściach zo­stały same ścię­gna i skóra. Po­dej­rze­wamy, że za­bójca miał wła­sny klucz albo zo­stał wpusz­czony do miesz­ka­nia przez wła­ści­ciela, po­nie­waż ani na oknach, ani na drzwiach wej­ścio­wych nie zna­leź­li­śmy śla­dów wska­zu­ją­cych na wła­ma­nie.

Do przed­po­koju wszedł drugi z tech­ni­ków, Fre­drik Bo­berg. Uniósł rękę, po­zdro­wił wszyst­kich i po­wie­dział:

- Miło was wi­dzieć.

- Wza­jem­nie - od­parła Falk i za­częła wkła­dać kom­bi­ne­zon ochronny. - Czy sprawca zo­sta­wił ja­kieś ślady?

- Zna­leź­li­śmy ślady obu­wia. Zo­ba­czymy, do­kąd nas to za­pro­wa­dzi. Je­ste­śmy tu od wielu go­dzin. Co ty na to, Ber­til?

Nils­son ski­nął głową i cze­kał, aż Falk i Al­freds­son włożą kom­bi­ne­zony ochronne.

- Za­cznijmy od gar­de­roby, w któ­rej zna­le­ziono zwłoki - po­wie­dział, wcho­dząc do przed­po­koju. Sta­nął obok otwar­tych drzwi i do­dał: - Le­żały w środku, w po­zy­cji płodu. Na pod­ło­dze gar­de­roby za­le­gały stosy ubrań i bu­tów. Wi­doczny w głębi wie­szak był pu­sty. We­wnętrzna strona drzwi po­kryta była głę­bo­kimi row­kami, pęk­nię­ciami i bru­nat­nymi pla­mami za­schnię­tej krwi. Na pod­ło­dze przy wej­ściu le­żało kilka po­ła­ma­nych drew­nia­nych wie­sza­ków, które mo­gły tłu­ma­czyć uszko­dze­nia na drzwiach. Wszę­dzie le­żały mar­twe mu­chy plujki, które przy­po­mi­nały po­roz­rzu­cane kon­fetti. - Nils­son chrząk­nął i kon­ty­nu­ował: - Jak wi­dać, ten czło­wiek pró­bo­wał się stąd wy­do­stać. Świa­tło za­pala się od ze­wnątrz. Skur­wiel, który go za­mknął na klucz, nie po­my­ślał na­wet o tym, żeby mu zo­sta­wić za­pa­lone świa­tło.

Falk po­chy­liła się, żeby zaj­rzeć do gar­de­roby.

- Gdzie jest ciało?

- W dro­dze do za­kładu me­dy­cyny są­do­wej. De­cy­zją pro­ku­ra­tora za­brano je stąd kwa­drans temu. Uznał, że le­piej bę­dzie usta­lić toż­sa­mość zmar­łego od razu, niż cze­kać na was.

- Bjur­stedt?

Nils­son w od­po­wie­dzi ski­nął głową.

Falk wbiła pa­znok­cie w skórę i za­ci­snęła zęby. Gdyby śledz­two pro­wa­dziła In­grid, Nils­son ni­gdy by ni­komu nie po­zwo­lił za­brać zwłok. Ona też chciała obej­rzeć miej­sce zbrodni przed za­bra­niem ciała do szpi­tala, po­nie­waż czyn­ność ta da­wała pe­wien im­puls tej czę­ści mó­zgu, która od­po­wia­dała za in­tu­icję, co też miało bar­dzo duże zna­cze­nie.

Roz­su­nęła za­mek bły­ska­wiczny bluzy i wy­jęła spod niej te­le­fon. Czuła, że wszy­scy na nią pa­trzą. Za­mie­rzała spy­tać Ha­mil­ton i Jo­hans­sona, czego się do­wie­dzieli o za­mor­do­wa­nym męż­czyź­nie.

- W wy­dziale ewi­den­cji lud­no­ści za­re­je­stro­wany jest jako Sven-Ber­til Styr­björn Lind­sten - wy­ja­śniła Ha­mil­ton. - Ma osiem­dzie­siąt sześć lat i od czter­dzie­stu trzech jest wdow­cem.

- Miał dzieci?

- Dwoje, ale jedno nie żyje, zmarło tego sa­mego dnia co żona Lind­stena. Pró­bu­jemy na­mie­rzyć jego syna, który jest już po pięć­dzie­siątce. Mieszka na stałe w Gr?bo. Wy­daje mi się, że to dom opieki.

- Po­jedź tam i sprawdź.

- Czy to ko­nieczne? Je­ste­śmy pewni, że ofiarą jest Lind­sten?

- Nie, ale bra­kuje pod­staw, żeby po­dej­rze­wać co­kol­wiek in­nego. Coś wię­cej?

- Ro­bimy swoje - od­parła krótko Ha­mil­ton.

- Okej. Za­dzwoń do za­kładu me­dy­cyny są­do­wej i po­wiedz im, że na tę chwilę naj­waż­niej­sza jest sek­cja zwłok. Po­może nam szyb­ciej zi­den­ty­fi­ko­wać ofiarę. Zdzwo­nimy się póź­niej, je­śli bę­dzie to ko­nieczne, albo spo­tkamy się ju­tro rano. My­ślę, że do tego czasu nic mą­drego nie wy­my­ślimy.

Roz­mowa do­bie­gła końca i Falk zwró­ciła się do Nils­sona:

- Czy mo­żemy obej­rzeć resztę miesz­ka­nia?

Tech­nik ob­rzu­cił ją dłu­gim spoj­rze­niem i ski­nął głową.

- Za­cznijmy od kuchni - za­pro­po­no­wał.

Falk oglą­dała pła­skie ja­sno­nie­bie­skie wnęki, białe ka­fle nad zle­wo­zmy­wa­kiem i ni­ską ławę w kuchni. Wy­glą­dało na to, że całe wy­po­sa­że­nie jest ory­gi­nalne. Przy oknie stał czte­ro­oso­bowy stół z la­mi­na­to­wym bla­tem z miej­scem dla pią­tej osoby przy krót­szym boku, ale krze­sła były tylko dwa. Me­ble i wy­po­sa­że­nie po­cho­dziły z po­czątku lat sześć­dzie­sią­tych, co mo­gło zna­czyć, że Lind­sten wpro­wa­dził się tu za­raz po od­da­niu bloku do użytku. Wszyst­kie szafki były po­otwie­rane, szu­flady po­wy­su­wane, a ich za­war­tość le­żała po­roz­rzu­cana na pod­ło­dze. Lo­dówka i za­mra­żarka były pu­ste.

- Miej­sce wy­gląda tak, jakby zo­stało do­kład­nie splą­dro­wane - stwier­dził Al­freds­son, roz­glą­da­jąc się po kuchni. - Cie­kawe, czego tu szu­kali. Cze­goś kon­kret­nego?

- Po­wie­dzia­łeś: szu­kali? Dla­czego uży­łeś liczby mno­giej? - spy­tał lek­ce­wa­żą­cym to­nem Nils­son.

Falk po­ło­żyła dłoń na ra­mie­niu Al­freds­sona, żeby go po­wstrzy­mać przed ja­kąś gwał­towną re­ak­cją. Z ja­kie­goś po­wodu Nils­son go nie lu­bił. Zresztą z wza­jem­no­ścią.

- Czy ktoś ma jesz­cze coś do po­wie­dze­nia na te­mat kuchni? - spy­tała.

- Nie - od­parł Nils­son.

- Wo­bec tego chodźmy da­lej.

W taki sam spo­sób obej­rzeli po­zo­stałe po­miesz­cze­nia. W każ­dym z nich cze­kał ich ten sam wi­dok co w kuchni: po­wy­su­wane szu­flady, po­otwie­rane szafy i ko­mody. Falk do­szła do wnio­sku, że cho­ciaż w miesz­ka­niu pa­no­wał ba­ła­gan, jego wła­ści­ciel był czło­wie­kiem lu­bią­cym po­rzą­dek, po­nie­waż ła­zienka nie była za­ro­śnięta bru­dem, a ręcz­niki i po­ściel wy­glą­dały na czy­ste. W sy­pialni stały po­dwójne łóżko, nocna szafka i dwa krze­sła, na któ­rych można było po­wie­sić albo zło­żyć ubra­nie. Cała jedna ściana była za­bu­do­wana.

Ume­blo­wa­nie du­żego po­koju też było pro­ste i ra­czej pod­sta­wowe. Skła­dały się na nie me­ble ta­kie jak ka­napa, sto­lik, dwa fo­tele, re­gał na książki, szafka pod te­le­wi­zor i dwie lampy. Na pod­ło­dze le­żał dy­wan. Falk po­de­szła do re­gału i obej­rzała grzbiety kilku ksią­żek. En­cy­klo­pe­dia Nor­stedts, try­lo­gia Mo­berga o emi­gran­tach i imi­gran­tach, dwa kry­mi­nały au­tor­stwa Aga­thy Chri­stie. Zna­la­zła też dwa al­bumy ze zdję­ciami, mnó­stwo pa­ra­go­nów, awiza pocz­towe i inne pa­piery. Wszystko le­żało po­roz­rzu­cane po pod­ło­dze.

W trze­cim po­koju stało wiele opra­wio­nych w ramki zdjęć, które przed­sta­wiały ko­bietę z dwójką dzieci. Na pod­ło­dze le­żały ubra­nia, lalki, buty dzie­cięce, plu­szowy miś, bu­kiet za­su­szo­nych kwia­tów, szminka, para rę­ka­wi­czek i pod­ręcz­niki szkolne. Falk na­zwała to po­miesz­cze­nie "po­ko­jem wspo­mnień", bo Lind­sten urzą­dził po­kój w taki spo­sób, żeby mu przy­po­mi­nał o tra­gicz­nie zmar­łej żo­nie i córce, a także o wciąż ży­ją­cym synu.

Do przed­po­koju wró­cili w mil­cze­niu, bo nie­wiele było do po­wie­dze­nia. Wszystko mó­wiło samo za sie­bie. Miesz­ka­nie na­le­żało do sa­mot­nego męż­czy­zny, który żył wy­łącz­nie swo­imi wspo­mnie­niami. Falk głę­boko wes­tchnęła i spoj­rzała Nils­so­nowi w oczy.

- Od­prawa ju­tro rano o ósmej - po­wie­działa.

- Przyj­dziemy - od­parł Nils­son, a Bo­berg ski­nął na po­twier­dze­nie głową.

- Świet­nie. W ta­kim ra­zie wra­caj­cie do pracy. Tho­mas, sprawdź, czy już można prze­słu­chać kon­ser­wa­tora bu­dynku, a po­tem po­ga­daj z tymi, któ­rzy cho­dzili po do­mach i wy­py­ty­wali są­sia­dów. Ja tu zo­stanę, żeby spraw­dzić, czy...

- Wiesz coś o In­grid? - prze­rwał jej Nils­son. - Za­mie­rza wró­cić do pracy?

Falk za­ci­snęła zęby. Stale te sama śpiewka. Słabo za­wo­alo­wana kry­tyka.

- Ting­ström ma się z nią ju­tro spo­tkać - od­parła.

- To do­brze - stwier­dził Bo­berg. - Wra­cajmy do pracy. Czeka nas długi wie­czór.

Kiedy Al­freds­son wy­szedł z miesz­ka­nia, Falk jesz­cze raz obej­rzała wszyst­kie po­miesz­cze­nia, żeby wczuć się w pa­nu­jącą w nich at­mos­ferę. Kim był męż­czy­zna, który miesz­kał tu od pięć­dzie­się­ciu lat? Nic nie wska­zy­wało na to, że był bo­gaty, a mimo to wszystko wy­glą­dało świeżo, jakby nie­dawno zo­stało od­no­wione. Lind­sten naj­wi­docz­niej dbał o swoje rze­czy i pil­no­wał, by nic się nie po­psuło ani nie zu­żyło. Ro­dzaj pe­danta. Miesz­ka­nie wy­glą­dało tak, jakby czas za­trzy­mał się w miej­scu. Dawno temu ku­pił me­ble oraz nie­zbędne wy­po­sa­że­nie i od tam­tej pory nie­wiele tu zmie­nił.

Je­śli zna­le­ziony w gar­de­ro­bie męż­czy­zna fak­tycz­nie był wła­ści­cie­lem miesz­ka­nia, co wy­da­wało się naj­bar­dziej lo­giczne, to dla­czego ktoś miałby chcieć go za­bić? Lind­sten miał osiem­dzie­siąt sześć lat i żył prze­szło­ścią. Czy jego śmierć mo­gła być przy­pad­kowa? Ktoś za­pu­kał do drzwi, po­dał się za kon­ser­wa­tora bu­dynku i sta­ru­szek wpu­ścił go do środka?

Wró­ciła do przed­po­koju i do­piero tu­taj so­bie uświa­do­miła, dla­czego taki sce­na­riusz wy­dał jej się wąt­pliwy. Na we­wnętrz­nej stro­nie drzwi zo­ba­czyła kilka za­mon­to­wa­nych zam­ków i dwa wi­zjery: je­den na wy­so­ko­ści oczu, drugi na wy­so­ko­ści bio­der. Na­wet gdyby sto­jąca za drzwiami osoba za­kryła czymś górny wi­zjer, Lind­sten i tak mógł zo­ba­czyć przez ten dolny, kto do niego przy­szedł. Wy­star­czyło klęk­nąć. Oso­bie chcą­cej ukryć swoją toż­sa­mość mo­głoby nie przyjść do głowy, że ist­nieje drugi wi­zjer po­ni­żej.

Falk do­piero w tym mo­men­cie zdała so­bie sprawę, że przy­pa­dek, z któ­rym ma do czy­nie­nia, może się oka­zać o wiele bar­dziej skom­pli­ko­wany, niż jej się to wy­da­wało na po­czątku.

5

Po­nie­dzia­łek, 15 maja

Go­dzina 16.47

Ha­mil­ton sie­działa za kie­row­nicą nie­ozna­ko­wa­nego ra­dio­wozu i roz­ko­szo­wała się na­głym sko­kiem ad­re­na­liny wy­wo­ła­nym szybką jazdą. Wci­snęła pe­dał gazu. Cie­szyła się, że cho­ciaż na kilka go­dzin ode­rwie się od pa­pier­ko­wej ro­boty na ko­men­dzie. Obok sie­dział Vi­king Jo­hans­son, który usta­wiał na­wi­ga­cję.

- Nie ro­zu­miem, co ją ugry­zło - po­wie­działa Ha­mil­ton i zje­chała na lewy pas, żeby wy­prze­dzić cię­ża­rówkę. - Ostat­nio zro­biła się okrop­nie zrzę­dliwa.

- O kim mó­wisz?

- O Ka­rin.

Jo­hans­son za­śmiał się i oparł o fo­tel.

- Fakt, ale za­cho­wuje się de­mo­kra­tycz­nie, bo wszyst­kich trak­tuje równo.

- Jak my­ślisz, czemu się tak za­cho­wuje?

- Za dużo pracy? Stres?

- A co to za wy­tłu­ma­cze­nie? Po tej pa­skud­nej zi­mie wszy­scy je­ste­śmy wy­koń­czeni, ale to nie ozna­cza, że ktoś ma prawo za­cho­wy­wać się tak, jakby co­dzien­nie ja­dał cy­trynę na śnia­da­nie, obiad i ko­la­cję.

- W ta­kim ra­zie spy­taj ją o to.

- Dzięki za pro­po­zy­cję, ale nie sko­rzy­stam.

Kon­ty­nu­owali jazdę w mil­cze­niu do mo­mentu, aż zje­chali z drogi E20 i skie­ro­wali się na Gr?bo.

- Ładna oko­lica - stwier­dziła Ha­mil­ton, pa­trząc na łąki i brze­zinki. - Mo­gła­bym się tu prze­pro­wa­dzić. By­łoby to świetne miej­sce na wy­cho­wy­wa­nie dzieci.

- Wąt­pię, bo wszę­dzie stąd da­leko. Do skle­pów, przy­ja­ciół... do­słow­nie wszę­dzie.

- Ta­kie są ne­ga­tywne strony ży­cia w idylli. Za to lu­dzie są tu inni, trzy­mają się ra­zem. Od­wie­dzają się, po­ma­gają so­bie.

- Nie są­dzisz, że to wy­ide­ali­zo­wany ob­raz z daw­nych fil­mów, jesz­cze tych czarno-bia­łych?

- Moi dziad­ko­wie miesz­kali na wsi, a my z sio­strą spę­dza­ły­śmy u nich let­nie wa­ka­cje. Jeź­dzi­ły­śmy na ro­we­rach i cho­dzi­ły­śmy z nimi na msze nie­dzielne, po któ­rych pa­stor za­pra­szał wszyst­kich na kawę na ple­ba­nię. Roz­ma­wiało się tam o wszyst­kim: o po­go­dzie, żni­wach, o tym, kto za­cho­ro­wał, kogo nie było na mszy i dla­czego.

- To mi ra­czej przy­po­mina ga­bi­net prze­słu­chań. Co z pry­wat­no­ścią? Nikt o nią nie dbał?

- Na wsi na­zy­wają to "tro­ską o in­nych". Nie bra­ko­wało oczy­wi­ście i ta­kich, któ­rzy nie chcieli brać udziału we wspól­nych ak­tyw­no­ściach or­ga­ni­zo­wa­nych przez miej­scową wspól­notę, na przy­kład w ko­ściel­nym kółku kra­wiec­kim, ale inni i tak mieli na nich oko.

- To zna­czy?

- Nie mó­wię o tym, że ktoś się za­kra­dał w krzaki i za­glą­dał przez okna, żeby spraw­dzić, co ci lu­dzie ro­bią. Me­cha­nizm był inny. Roz­ma­wiało się na przy­kład z li­sto­no­szem albo spraw­dzano, czy w domu za­pala się i ga­śnie świa­tło.

- Taki ów­cze­sny "wielki brat"?

- Ow­szem, tak to można na­zwać, ale mnie cho­dzi o coś zu­peł­nie in­nego. W na­szych cza­sach żyje wielu sta­rych lu­dzi, któ­rymi nikt się nie in­te­re­suje. Od­no­szę wra­że­nie, że to zja­wi­sko ist­nieje tylko w du­żych mia­stach, ale nie wy­stę­puje na pro­win­cji.

- Masz na my­śli tego czło­wieka z Pen­ny­g?n­gen?

- Tak. To okropne. Nikt nie za­uwa­żył, że od tylu mie­sięcy nie da­wał znaku ży­cia.

- Masz ra­cję. Dziwne jest też to, że na­wet jego syn się nim nie za­in­te­re­so­wał.

Jo­hans­son zer­k­nął na na­wi­ga­cję i spoj­rzał przez okno.

- Za sto pięć­dzie­siąt me­trów mu­simy skrę­cić w prawo i bę­dziemy na miej­scu. Ad­res: Mjörn­bo­vägen sześć.

Oboje oka­zali le­gi­ty­ma­cje służ­bowe i zo­stali za­pro­wa­dzeni do ma­łego biura, w któ­rym urzę­do­wał kie­row­nik domu opieki. Oprócz biurka i jed­nego krze­sła dla go­ści stało w nim kilka re­ga­łów z książ­kami i se­gre­ga­to­rami oraz kilka szaf z do­ku­men­ta­cją. Nina i Vi­king po­sta­no­wili stać.

Kie­row­nik, męż­czy­zna po pięć­dzie­siątce, usiadł za biur­kiem, ale od razu zro­bił taką minę, jakby tego ża­ło­wał. Przez chwilę ba­wił się spi­na­czem, po czym wrzu­cił go do ko­sza.

- Pro­szę wejść - po­wie­dział. - Pan Stig Lind­sten ma zła­many krę­go­słup i prze­szedł wstrząs mó­zgu. Po wy­padku jeź­dzi na wózku in­wa­lidz­kim, nie mówi i nie ma z nim żad­nego kon­taktu.

- O ja­kim wy­padku pan mówi? - spy­tała Ha­mil­ton.

6

Wto­rek, 16 maja

Go­dzina 7.41

Falk przy­szła na ko­mendę już o wpół do siód­mej rano. Wolny czas po­świę­ciła na przy­go­to­wa­nie pi­sem­nego ra­portu z wi­zyty, jaką po­przed­niego dnia zło­żyła w miesz­ka­niu w Pen­ny­g?n­gen. Na od­dziel­nych kart­kach spi­sała wła­sne wnio­ski do­ty­czące miej­sca zda­rze­nia, ale po­sta­no­wiła je za­cho­wać dla sie­bie, bo była to tylko jej ocena, która w oczach prze­ło­żo­nych nie mia­łaby żad­nego zna­cze­nia.

Jesz­cze raz prze­czy­tała to, co na­pi­sała. Pró­bo­wała so­bie przy­po­mnieć, co czuła, pi­sząc ko­lejne zda­nia. Naj­moc­niej utkwił jej w pa­mięci wi­dok do­dat­ko­wych zam­ków po we­wnętrz­nej stro­nie drzwi. Nie wie­działa, co o tym my­śleć, ale z pew­no­ścią mó­wiło to coś o lo­ka­to­rze tego miesz­ka­nia. Spoj­rzała na ze­ga­rek i po­sta­no­wiła pójść do to­a­lety, a po­tem zro­bić so­bie kawę. Za kilka mi­nut za­cznie się od­prawa.

Prze­cią­gnęła się, po­ma­so­wała kark i spoj­rzała przez okno. Ku swemu zdu­mie­niu za­uwa­żyła, że przez gę­stą war­stwę chmur pró­bują się prze­bić pro­mie­nie sło­neczne. Na­resz­cie! Od dawna była zmę­czona i wy­koń­czona, jej ciało wa­żyło co­raz wię­cej. Po­winna cho­dzić na tre­ningi, ale nie była w sta­nie. Ener­gii wy­star­czyło jej je­dy­nie na pracę, opiekę nad ko­tem i za­mar­twia­nie się o zdro­wie babci, cho­ciaż też nie za­wsze. Cią­gle cho­dziła po­iry­to­wana i nic nie spra­wiało jej ra­do­ści, ale naj­gor­sze z tego wszyst­kiego było to, że nic nie mo­gła na to po­ra­dzić. Za­uwa­żyła, że kiedy była w złym hu­mo­rze, jej ko­le­dzy i ko­le­żanki w pracy wy­mie­niali się po­ro­zu­mie­waw­czymi spoj­rze­niami. Za­gry­zła wargi, żeby od­pę­dzić my­śli, ale bez po­wo­dze­nia.

Szczy­pały ją oczy i mu­siała mru­gać po­wie­kami, żeby po­wstrzy­mać łza­wie­nie. Ko­bieto, weź się w garść, do cho­lery, po­my­ślała. Do dłu­giego week­endu czerw­co­wego zo­stał jesz­cze mie­siąc, póź­niej czeka ją pięć ty­go­dni urlopu.

Jej roz­wa­ża­nia prze­rwało pu­ka­nie do drzwi, ale za­nim zdą­żyła za­re­ago­wać, do po­koju wszedł pro­ku­ra­tor Bjur­stedt. Nie­pro­szony usiadł na sto­ją­cym na­prze­ciwko niej krze­śle, roz­parł się wy­god­nie, splótł dło­nie na brzu­chu i uj­mu­jąco się do niej uśmiech­nął.

Falk była za­ła­mana. Po­czuła się tak, jakby ktoś po­ło­żył jej na ko­la­nach pięć­dzie­się­cio­ki­lo­gra­mowy wo­rek ka­mieni. Bjur­stedt wy­ko­nał kciu­kami młynka i za­czął:

- Dzień do­bry. Po­my­śla­łem, że po­win­ni­śmy zwo­łać kon­fe­ren­cję pra­sową w spra­wie za­bój­stwa w Pen­ny­g?n­gen. Może po po­łu­dniu?

- Nie usta­li­li­śmy jesz­cze toż­sa­mo­ści zmar­łego. Na sto pro­cent wiemy tylko tyle, że w gar­de­ro­bie zna­le­ziono zwłoki. Nie wiemy na­wet, ja­kiej płci była ofiara.

Pro­ku­ra­tor uniósł brwi. Falk za­ci­snęła pię­ści pod biur­kiem i rzu­ciła:

- Sam po­mysł jest do­bry.

Po­wie­działa to wbrew swo­jej woli, bo zwłoki le­żały w gar­de­ro­bie dość długo i trzeba było zna­leźć świad­ków. Ża­den z są­sia­dów, któ­rych prze­słu­chali, nie po­wie­dział o zmar­łym nic cie­ka­wego.

- Chcę jed­nak za­pro­po­no­wać, że­by­śmy po­cze­kali na wstępny ra­port z sek­cji zwłok i na ra­porty od tech­ni­ków. Kon­fe­ren­cję zwo­łamy ju­tro albo po­ju­trze, kiedy bę­dziemy wie­dzieć coś wię­cej o ofie­rze. Na przy­kład czy to wła­ści­ciel miesz­ka­nia. Je­śli nie, bę­dziemy mieli twardy orzech do zgry­zie­nia. Mu­simy też usta­lić, czy mamy do czy­nie­nia z za­bój­stwem czy z za­gi­nię­ciem.

Bjur­stedt prze­stał po­ru­szać kciu­kami i po­chy­lił się lekko do przodu.

- Masz ra­cję, ale te­raz uwaga wszyst­kich me­diów sku­piona jest na tej spra­wie.

- A pro­pos me­diów...Tak się dziw­nie składa, że sporo wie­dzą. Cie­kawe, ja­kim spo­so­bem wy­cie­kło do nich tyle in­for­ma­cji?

Pro­ku­ra­tor zmie­rzył ją uważ­nym spoj­rze­niem. Wi­dać było, że jej py­ta­nie mu się nie spodo­bało. Wy­jął te­le­fon i wstu­kał ja­kiś tekst, jakby chciał coś spraw­dzić. W tym mo­men­cie drzwi się otwo­rzyły i w progu sta­nął Al­freds­son.

- Jesz­cze tu je­steś? - spy­tał. - Za­po­mnia­łaś, że mamy od­prawę?

Bjur­stedt ze­sztyw­niał, zmru­żył po­wieki, oczy mu po­ciem­niały. Bar­dzo nie lu­bił, kiedy ktoś mu prze­ry­wał. Falk za­uwa­żyła, że drżą mu ką­ciki ust, jakby chciał coś po­wie­dzieć, ale nie po­tra­fił się zdo­być na ostrą re­plikę. Za­sta­na­wiała się, czy Al­freds­son wie, jak czę­sto iry­tuje swoje oto­cze­nie ta­kim za­cho­wa­niem. Gdyby się nad tym za­sta­no­wił, na pewno by to zro­zu­miał. Uśmiech­nęła się w my­ślach, bo wy­glą­dało na to, że spra­wiało mu to przy­jem­ność.

- Już koń­czymy, będę za pięć mi­nut - od­parła. - Za­biorę akta, zro­bię so­bie kawy i przyjdę. Ty też bę­dziesz? - spy­tała, kie­ru­jąc to py­ta­nie do pro­ku­ra­tora.

- A co z kon­fe­ren­cją pra­sową?

Falk za­mknęła lap­topa, po­ło­żyła na nim stos do­ku­men­tów, wsa­dziła za ucho dłu­go­pis. Wie­działa, że nie prze­kona Bjur­stedta, a na kłót­nie nie miała ochoty.

- Jak naj­bar­dziej - od­parła. - Po od­pra­wie po­roz­ma­wiam o tym z na­szym Biu­rem Pra­so­wym. Zro­bić ci kawy?

Bjur­stedt ob­rzu­cił ją prze­cią­głym spoj­rze­niem, wstał z krze­sła i od­parł:

- Nie, dzię­kuję. Nie przyjdę na od­prawę, mam na gło­wie waż­niej­sze sprawy. Po­in­for­muj mnie póź­niej o prze­biegu spo­tka­nia.

Falk pod­nio­sła lap­topa wraz ze sto­sem pa­pie­rów. Wie­działa, że po­winna się po­spie­szyć, ale ku jej za­sko­cze­niu cię­żar kom­pu­tera i do­ku­men­tów oka­zał się tak duży, że pa­piery zsu­nęły się na pod­łogę. Cho­lera, za­klęła w my­ślach. Po­chy­liła się, żeby je po­zbie­rać, i na­gle stwier­dziła, że w pra­wej dłoni ma słabe czu­cie. Kilka razy po­ru­szyła pal­cami, jakby chciała się upew­nić co do traf­no­ści dia­gnozy, bo od­nio­sła wra­że­nie, że mię­śnie stały się wiot­kie i słabe. Bę­dzie mu­siała wzno­wić tre­ningi. I to szybko. Pod wa­run­kiem że wróci jej dawna ener­gia.

7

Wto­rek, 16 maja

Go­dzina 8.30

Berg­man prze­cią­gnęła dło­nią po wło­sach, prze­łknęła ślinę i ru­szyła ko­ry­ta­rzem, który od wielu lat tak do­brze znała. Na pod­ło­dze le­żało brą­zowe li­no­leum, ta­kie samo jak we wszyst­kich pań­stwo­wych urzę­dach i in­sty­tu­cjach. Ściany wy­ło­żone były bia­łymi ta­pe­tami, z su­fitu zwi­sały zwy­kłe ja­rze­niówki, do ścian obok brą­zo­wych drzwi przy­krę­cone były ta­bliczki z na­zwi­skami funk­cjo­na­riu­szy. Sztuczne świa­tło spra­wiało, że bez względu na porę roku albo porę dnia twa­rze lu­dzi wy­da­wały się blade i chore. Na ścia­nach, w rów­nych od­stę­pach, wi­siały ja­kieś ob­razki. Berg­man do­piero te­raz so­bie uświa­do­miła, że ni­gdy wcze­śniej się nie za­sta­na­wiała, co przed­sta­wiają. Tkwiły tam od za­wsze jako stały ele­ment wy­po­sa­że­nia, cho­ciaż jej się wy­da­wało, że tego dnia przyj­rzała im się po raz pierw­szy w ży­ciu.

Kiedy prze­cho­dziła obok drzwi wła­snego po­koju, z ulgą za­uwa­żyła, że są za­mknięte na klucz, a ta­bliczka z jej imie­niem i na­zwi­skiem na­dal wisi na swoim miej­scu.

Miała ochotę na spo­tka­nie ze swoją ekipą, ale coś ją po­wstrzy­my­wało. Mimo to wie­działa, że wcze­śniej czy póź­niej do tego doj­dzie, bo wszy­scy na pewno się za­sta­na­wiali, co u niej sły­chać. Tym­cza­sem jej za­le­żało na tym, żeby wszystko było jak daw­niej, żeby to był nor­malny wto­rek i żeby nikt się na jej wi­dok nie dzi­wił. Zero py­tań, zero współ­czu­ją­cych spoj­rzeń.

Za­sta­na­wiała ją wszech­obecna ci­sza i wła­śnie to wy­dało jej się dziwne i nie­zręczne. Prze­cież w tym bu­dynku za­wsze pa­no­wały ruch i za­mie­sza­nie. Lu­dzie wcho­dzili do po­ko­jów albo z nich wy­cho­dzili, roz­ma­wiali ze sobą, żar­to­wali albo się śmiali, krą­żyli po ko­ry­ta­rzach i cią­gle się spie­szyli, a drzwi przez więk­szość czasu stały otwo­rem. Te­raz dla od­miany były po­za­my­kane. Wi­dok, jaki za­stała, mógł ozna­czać, że śled­czy są w te­re­nie albo na spo­tka­niach.

Sta­nęła przed po­ko­jem Ting­ströma i wy­gła­dziła fałdy na kurtce. Po­sta­no­wiła nie mó­wić mu o ciąży. Przez chwilę się za­sta­na­wiała, co się z nią wła­ści­wie dzieje. Nie może prze­cież tak stać i się wa­hać. Ener­gicz­nie za­pu­kała do drzwi, tak jak to ro­biła za­wsze, jakby nic się nie zmie­niło i na­dal była na służ­bie.

- Pro­szę - usły­szała zna­jomy głos. Otwo­rzyła drzwi i we­szła do po­koju.

Ting­ström roz­pro­mie­nił się na jej wi­dok, wstał od biurka i po­dał jej rękę na po­wi­ta­nie. Berg­man za­uwa­żyła w jego oczach ra­dość i szcze­rość. Na­czel­nik wska­zał jej ręką fo­tele koło okna. Na sto­liku le­żała taca, na któ­rej stał dzba­nek z kawą, fi­li­żanki i ta­le­rzyk z dwiema ka­nap­kami z se­rem.

Ka­napki z se­rem... Berg­man stwier­dziła w my­ślach, że pewne rze­czy po­zo­stają nie­zmienne. Usia­dła w fo­telu i cze­kała na to, co po­wie Ting­ström.

- Wi­taj - za­czął na­czel­nik. - Nie zdej­miesz kurtki?

- Nie, tak też mi wy­god­nie - od­parła. - Dziw­nie tu dzi­siaj ci­cho i spo­koj­nie. Wszy­scy są na urlo­pach czy jak?

Ting­ström ro­ze­śmiał się i usiadł na­prze­ciwko niej.

- Prze­ciw­nie. Pra­cują, i to jesz­cze in­ten­syw­niej niż zwy­kle. Mie­li­śmy tu re­or­ga­ni­za­cję i wy­ni­kają z niej nowe za­sady. Po­trzeba czasu, żeby wszy­scy się wdro­żyli. Ale chyba nie o tym mie­li­śmy po­roz­ma­wiać, prawda?

- Masz ra­cję. Chcia­ła­bym jak naj­szyb­ciej wró­cić do pracy.

- Bra­łaś udział w ba­da­niach psy­cho­lo­gicz­nych?

- Tak, ale to strata czasu i nie chcę tam wię­cej cho­dzić.

Na­czel­nik na­lał kawy do fi­li­ża­nek, wło­żył do swo­jej dwie kostki cu­kru i po­woli wy­mie­szał.

- Mu­simy usta­lić dwie rze­czy: czy je­steś zrów­no­wa­żona psy­chicz­nie i czy na­dal mo­żemy ci ufać.

Berg­man uda­wała, że po­pija kawę.

- Czuję się do­brze. Chcę po pro­stu wró­cić i pra­co­wać jak daw­niej.

Na­czel­nik wziął z ta­le­rzyka ka­napkę i ru­chem ręki za­chę­cił Berg­man, że też może się po­czę­sto­wać.

- W ta­kim ra­zie za­li­cze­nie te­stu psy­cho­lo­gicz­nego nie po­winno sta­no­wić dla cie­bie żad­nego pro­blemu, prawda?

- Masz ra­cję, ale na­dal uwa­żam, że to strata czasu i pie­nię­dzy.

- Być może, ale z cze­goś ta­kiego jak to, czego do­świad­czy­łaś, ża­den czło­wiek nie wy­cho­dzi bez szwanku. Pod­czas two­jej nie­obec­no­ści mie­li­śmy tu różne dys­ku­sje, za­równo na wy­so­kim, jak i na niż­szym szcze­blu. Także w Wy­dziale Spraw We­wnętrz­nych. Nie­któ­rzy uwa­żają, że re­pu­ta­cja po­li­cji zo­stała nad­szarp­nięta, po­nie­waż jedna z funk­cjo­na­riu­szek była ści­gana li­stem goń­czym. Twoje na­zwi­sko ko­ja­rzone jest z za­bój­stwem, i to w sen­sie ne­ga­tyw­nym, dla­tego na­dal się za­sta­na­wiamy, czy nie po­win­naś pod­jąć pracy w służ­bie we­wnętrz­nej. Je­śli nie ze­chcesz z nami współ­pra­co­wać, bę­dzie to wodą na młyn dla tych, któ­rzy są prze­ciwko to­bie. Po­wszech­nie je­steś znana jako ktoś, z kim współ­praca nie jest ła­twa.

Wi­dząc, że oczy jej po­ciem­niały, na­czel­nik uniósł ręce w obron­nym ge­ście.

- Stoję po two­jej stro­nie i do­brze o tym wiesz, ale ra­dzę ci po­słu­chać mo­jej rady. Już wiesz, ja­kie w na­szej ko­men­dzie to­czą się roz­mowy na te­mat two­jej przy­szło­ści.

Berg­man za­klęła w my­ślach. Niech to szlag! Dla­czego nie może po pro­stu wró­cić do swo­ich obo­wiąz­ków? Wie­działa, że Ting­ström ma ra­cję, że po­winna stać w jed­nym sze­regu z in­nymi i w pełni współ­pra­co­wać. Je­śli ktoś uzna, że miga się od współ­pracy, jej ka­riera do­bie­gnie końca. Wy­ślą ją do ja­kie­goś ar­chi­wum, gdzie ni­kogo nie bę­dzie ob­cho­dzić, kim była i ja­kie ma osią­gnię­cia. Na wła­snej skó­rze się prze­ko­nała, jak dużą wła­dzą dys­po­nuje na­czel­nik Wy­działu Spraw We­wnętrz­nych.

- Wiem i dzię­kuję. Do­piero nie­dawno so­bie uświa­do­mi­łam, że gdyby nie­które osoby za­dzia­łały wtedy w inny spo­sób, wszystko mo­głoby się dla mnie skoń­czyć zu­peł­nie ina­czej.

Na­czel­nik za­mru­gał, chrząk­nął i po­wie­dział:

- W ta­kim ra­zie po­in­for­muję o two­jej proś­bie dział per­so­nalny. Prze­każę im, że jak naj­szyb­ciej za­mie­rzasz wró­cić do swo­jej daw­nej pracy.

- Dzięki.

- Kiedy chcia­ła­byś pod­jąć obo­wiązki? Mo­gła­byś to do­kład­nie okre­ślić?

Berg­man uśmiech­nęła się i wzru­szyła ra­mio­nami.

- Na­wet ju­tro. Nie ma na co cze­kać.

- Po­win­naś wie­dzieć, że pyta o cie­bie wiele osób. Mam na my­śli tych, któ­rzy ocze­kują two­jego po­wrotu.

Berg­man ski­nęła głową i prze­łknęła ślinę. Zro­zu­miała, że sprawa jest na­prawdę de­li­katna. Może to, co się ostat­nio wy­da­rzyło w jej ży­ciu, od­biło się na niej zna­cze­nie bar­dziej, niż so­bie wy­obra­żała? A może po­wo­dem jest jej ciąża? Hor­mony pra­cują wtedy ina­czej, co może mieć ta­kie skutki.

- Co sły­chać w na­szym wy­dziale? - spy­tała. - Ja­kie pro­wa­dzi­cie śledz­twa? W które z nich mo­gła­bym się za­an­ga­żo­wać?

Na­czel­nik do­lał so­bie kawy i uniósł dzba­nek, jakby chciał w ten spo­sób spy­tać, czy Berg­man też chce do­lewkę. W od­po­wie­dzi po­li­cjantka po­krę­ciła głową. Ting­ström przy­glą­dał jej się przez chwilę ba­daw­czym wzro­kiem. Berg­man wska­zała głową za­le­ga­jące na jego biurku stosy akt i spy­tała:

- Nad czym te­raz pra­cu­je­cie? Sły­sza­łam w wia­do­mo­ściach o za­bój­stwie w Pen­ny­g?n­gen. Kiedy tu je­cha­łam, od­nio­słam wra­że­nie, że do­no­szą o tym wszyst­kie me­dia.

- To prawda. Śledz­two w tej spra­wie pro­wa­dzi Ka­rin. Wy­gląda na to, że fa­cet wpu­ścił sprawcę do miesz­ka­nia, a ten za­mknął go na klucz w gar­de­ro­bie. Po­wie­dzia­łem "go", bo przy­pusz­czamy, że ofiarą jest wła­ści­ciel miesz­ka­nia, który w dniu śmierci miał osiem­dzie­siąt sześć lat i zmarł z głodu. Taka śmierć wzbu­dza silne emo­cje, więc ła­two zro­zu­mieć, dla­czego me­dia tak się tą sprawą in­te­re­sują.

- Czy to prawda, że le­żał tam przez dwa mie­siące i nikt tego nie za­uwa­żył?

- Do­kład­nie nie wiem, ale mniej wię­cej tyle to mo­gło trwać. Tak po­dej­rze­wają tech­nicy, ale cze­kam na ra­port z sek­cji zwłok. Bez względu na to, jak długo ofiara le­żała w gar­de­ro­bie, na­suwa mi się je­den wnio­sek: to przy­kre, że mamy ta­kie spo­łe­czeń­stwo.

- Masz ra­cję. Trzeba mieć pie­nią­dze, żeby na sta­rość za­ła­twić so­bie miej­sce w po­rząd­nym domu opieki.

- A pro­pos... od­zy­ska­łaś swoje pie­nią­dze?

- Nie i na­wet o to nie pro­si­łam. Moja sy­tu­acja ule­gnie po­pra­wie, gdy wrócę do pracy. Ży­cie z za­siłku cho­ro­bo­wego to kiep­skie roz­wią­za­nie.

Na­czel­nik ski­nął głową, na­pił się kawy i mi­mo­wol­nie się skrzy­wił. Berg­man za­śmiała się na ten wi­dok.

- Wi­dzę, że ja­kość kawy nie ule­gła po­pra­wie.

- Ani tro­chę, ale sama wiesz, jak to jest - od­parł Ting­ström i spoj­rzał na ze­ga­rek. - Każdy pije to, co ma.

Berg­man wie­działa, że na­czel­nik jest czło­wie­kiem za­ję­tym, więc wstała z krze­sła, jakby chciała dać Ting­strömowi do zro­zu­mie­nia, że za­mie­rza wyjść. W tej sa­mej chwili do­stała mdło­ści i znowu po­czuła na so­bie ba­daw­czy wzrok.

- To wszystko? - spy­tała. Wło­żyła ręce do kie­szeni kurtki i mocno je za­ci­snęła, żeby się sku­pić na czymś in­nym niż na­gła zmiana sa­mo­po­czu­cia.

- Tak, ale chęt­nie bym z tobą jesz­cze po­sie­dział i po­roz­ma­wiał. Nie­stety, za­raz mam spo­tka­nie w spra­wie za­bez­pie­cze­nia tar­gów po­świę­co­nych po­li­tyce re­gio­nal­nej.

- Prze­cież ktoś taki jak na­czel­nik Wy­działu do Spraw Za­bójstw nie po­wi­nien so­bie za­przą­tać głowy ta­kimi spra­wami.

Ting­ström uśmiech­nął się krzywo.

- W związku z re­or­ga­ni­za­cją za­pa­dła de­cy­zja, że na­czel­nicy mo­jego szcze­bla mają się bar­dziej za­an­ga­żo­wać w co­dzienne sprawy. Wo­bec nie­któ­rych po­li­ty­ków i urzęd­ni­ków wy­so­kiego szcze­bla, któ­rzy mają uczest­ni­czyć w tar­gach, kie­ro­wano groźby. Nie­któ­rzy z nich mieli no­co­wać w Elite Park Ave­nue i brać udział w we­wnętrz­nych spo­tka­niach, ale ze względu na wspo­mniane groźby, któ­rych głów­nie do­świad­czył mi­ni­ster po­li­tyki re­gio­nal­nej, za­pa­dła de­cy­zja o za­kwa­te­ro­wa­niu tych osób w in­nych miej­scach, które ła­twiej bę­dzie nad­zo­ro­wać.

- Coś ta­kiego!

- To wła­ściwy ko­men­tarz. A te­raz na­prawdę mu­szę cię już po­że­gnać. Je­śli chcesz po­roz­ma­wiać z Ka­rin i resztą ekipy, znaj­dziesz ich w salce kon­fe­ren­cyj­nej. Na pewno się ucie­szą, je­śli do nich zaj­rzysz.

- Nie­stety, mnie też goni czas. Po­zdrów ich ode mnie i prze­każ, że u mnie wszystko w po­rządku. Do zo­ba­cze­nia ju­tro. Przyjdę o siód­mej.

- Świet­nie. Może na po­czą­tek włą­czysz się w śledz­two, które pro­wa­dzi Ka­rin?

- Chęt­nie!

- No to je­ste­śmy umó­wieni. Po­in­for­muję o tym ją i dział per­so­nalny.

8

Wto­rek, 16 maja

Go­dzina 8.39

Kiedy Falk we­szła do salki kon­fe­ren­cyj­nej dwa­dzie­ścia mi­nut po usta­lo­nej go­dzi­nie, oka­zało się, że wszy­scy już na nią cze­kają.

- To przez Bjur­stedta - wy­ja­śniła swoje spóź­nie­nie i wszy­scy z wy­jąt­kiem Nils­sona ski­nęli ze zro­zu­mie­niem głową. Tech­nik de­mon­stra­cyj­nym ru­chem skrzy­żo­wał ręce na piersi i po­krę­cił głową.

Jego za­cho­wa­nie ją zi­ry­to­wało. Po­czuła skurcz żo­łądka, ale po­sta­no­wiła zi­gno­ro­wać jego fo­chy. Usia­dła na krze­śle i głę­boko ode­tchnęła, żeby za­pa­no­wać nad emo­cjami.

- Wciąż nie udało nam się usta­lić toż­sa­mo­ści ofiary - za­częła. - Sek­cja zwłok za­częła się o siód­mej rano. Po od­pra­wie od razu tam po­jadę. Uwa­żam jed­nak, że nie mam pod­staw po­dej­rze­wać, że ofiarą może być ktoś inny niż wła­ści­ciel miesz­ka­nia. Wy­cho­dzimy z za­ło­że­nia, że ofiara...

Falk zro­biła krótką prze­rwę. Otwo­rzyła lap­topa i pod­łą­czyła go do rzut­nika. Na ekra­nie wy­świe­tliły się dane męż­czy­zny: Sven-Ber­til Lind­sten.

- Nino, kon­ty­nuuj - po­wie­działa do Ha­mil­ton.

Po­li­cjantka ski­nęła głową i za­brała głos:

- W po­rów­na­niu z tym, co wie­dzie­li­śmy o Lind­ste­nie wczo­raj, na­sza dzi­siej­sza wie­dza na jego te­mat wcale się nie po­więk­szyła. Lind­sten ma osiem­dzie­siąt sześć lat i od sa­mego po­czątku mieszka pod tym sa­mym ad­re­sem, to zna­czy od dnia, kiedy ten dom od­dano do użytku. Od po­nad czter­dzie­stu lat jest wdow­cem, bo po śmierci żony i córki nie zwią­zał się z żadną inną ko­bietą. Obie zgi­nęły w wy­padku sa­mo­cho­do­wym. Pro­wa­dził Lind­sten, ale od­niósł nie­wiel­kie ob­ra­że­nia. Sa­mo­cho­dem po­dró­żo­wał też jego syn Stig, który te­raz do­biega sześć­dzie­siątki.

- Jest w sta­nie we­ge­ta­tyw­nym i nie mo­gli­śmy go prze­słu­chać - prze­rwał jej Jo­hans­son. - Inna ważna sprawa: Stig Lind­sten prze­bywa w domu opieki, ale nikt go tam ni­gdy nie od­wie­dzał.

- Dzięki - po­wie­działa Falk i spoj­rzała na Al­freds­sona. - Czy udało się prze­słu­chać kon­ser­wa­tora bu­dynku?

- Nie, ale dziś rano kon­tak­to­wa­łem się ze szpi­ta­lem, do któ­rego tra­fił. Bę­dziemy mo­gli z nim po­roz­ma­wiać po po­łu­dniu. Po­jadę tam i sam to za­ła­twię.

- Świet­nie. Jego też do­kład­nie prze­świetl. Sprawdź, od kiedy jest kon­ser­wa­to­rem, jak wy­glą­dają za­sady zwią­zane z do­stę­pem i uży­wa­niem klu­czy do miesz­kań i tak da­lej.

- Wczo­raj pro­wa­dzi­li­śmy wstępne roz­mowy z miesz­kań­cami Pen­ny­g?n­gen. Nie­stety, nikt nie wi­dział ani nie sły­szał nic po­dej­rza­nego. Roz­ma­wia­łem z są­sia­dami z tej sa­mej klatki scho­do­wej, w któ­rej miesz­kał Lind­sten. Do­wie­dzia­łem się, że był sa­mot­ni­kiem, nie wi­tał się z są­sia­dami ani z nimi nie roz­ma­wiał. Za to zda­rzało mu się w nocy krzy­czeć, włą­czać ra­dio na cały re­gu­la­tor i wrzesz­czeć na cały głos. Miał kło­poty z cho­dze­niem. Po­ru­szał się po­chy­lony i ku­lał.

- Kiedy usta­limy do­kładny czas jego śmierci i na sto pro­cent stwier­dzimy, że to on jest ofiarą, bę­dziemy mu­sieli jesz­cze raz prze­słu­chać są­sia­dów - pod­su­mo­wała tę część dys­ku­sji Falk.

Ha­mil­ton unio­sła dłu­go­pis na znak, że chce coś po­wie­dzieć.

- Po­win­ni­śmy też po­roz­ma­wiać z za­kła­dem opieki spo­łecz­nej i Po­mocą Do­mową, żeby usta­lić, czy któ­ryś z ich pra­cow­ni­ków się z nim nie kon­tak­to­wał.

- Do­bry po­mysł. Ktoś jesz­cze?

- Sprawcą śmierci Lind­stena na pewno nie był jego syn - za­uwa­żył Al­freds­son. Wszy­scy ski­nęli gło­wami na znak, że po­dzie­lają tę opi­nię, ale nie­które osoby krzywo się przy tym uśmiech­nęły. Falk wes­tchnęła w my­ślach. Nie miała ochoty na tego ro­dzaju żarty, zwłasz­cza w tym mo­men­cie. Po­cze­kała, aż w sali znowu zrobi się ci­cho.

- Kon­ty­nu­ujemy. Ber­til?

Nils­son dwa razy chrząk­nął, spraw­dził, czy włosy na jego pra­wie ły­sej gło­wie ukła­dają się jak na­leży, i za­brał głos.

- Nic nie wska­zuje na to, żeby za­bójca wła­mał się do miesz­ka­nia. Ani w oknach, ani na drzwiach wej­ścio­wych nie zna­leź­li­śmy śla­dów świad­czą­cych o wła­ma­niu, co ozna­cza, że ofiara wpu­ściła za­bójcę do środka albo miał on do­stęp do klu­czy. Prze­szu­ka­li­śmy całe miesz­ka­nie, ale nie udało się usta­lić, czy coś zo­stało skra­dzione. Nie zna­leź­li­śmy jed­nak ani port­fela, ani kosz­tow­no­ści, ani pie­nię­dzy. Za to za­bez­pie­czy­li­śmy od­cisk buta na­le­żący do jed­nej osoby. Wiemy, że to obu­wie spor­towe. Od­da­li­śmy but do ana­lizy i cze­kamy na wy­nik. Kiedy się do­wiemy, jaki to roz­miar, co to za but i ja­kiej marki, od razu was po­wia­do­mimy. Za­bez­pie­czy­li­śmy też od­ci­ski pal­ców, które mogą być po­wią­zane z prze­stęp­stwem. Znaj­do­wały się na po­wierzch­niach szu­flad, sza­fek i ko­mód, które były otwarte lub wy­su­nięte. O tym też po­wiemy póź­niej.

Falk od­cze­kała, aż się upew­niła, że Nils­son skoń­czył, i po­wie­działa:

- Dzię­kuję. Czy ktoś ma coś do do­da­nia?

Nikt się nie zgło­sił, więc kon­ty­nu­owała.

- Po od­pra­wie jadę do za­kładu me­dy­cyny są­do­wej, a po­tem będę się przy­go­to­wy­wać do kon­fe­ren­cji pra­so­wej. Bjur­stedt i me­dia mocno nas na­ci­skają, więc nie mam in­nego wyj­ścia. Nina i Vi­king, jedź­cie do miesz­ka­nia w Pen­ny­g?n­gen i jesz­cze raz je obej­rzyj­cie. Może rzuci wam się w oczy coś no­wego. Mu­simy też prze­świe­tlić fi­nanse Lind­stena, kwe­stie dzie­dzi­cze­nia i tak da­lej. Kto się tym zaj­mie?

- Kon­fe­ren­cja pra­sowa? - zdzi­wił się Nils­son. Za­ło­żył ręce za głowę i spoj­rzał w su­fit. - Czy to na­prawdę ko­nieczne? Prze­cież jest nas tak mało. Ale cóż, rób­cie, co chce­cie. My, tech­nicy, zaj­miemy się swo­imi spra­wami. To już ko­niec na dzi­siaj?

Falk za­ci­snęła zęby, ale tym ra­zem zro­biła to tak mocno, że roz­bo­lały ją szczęki. Chciała spoj­rzeć Nils­so­nowi w oczy, ale ten wstał z krze­sła i za­czął oglą­dać swoje dło­nie, jakby je wi­dział po raz pierw­szy w ży­ciu. Falk za­uwa­żyła ką­tem oka, że Ha­mil­ton ma­cha dłu­go­pi­sem, jakby chciała zwró­cić na sie­bie uwagę.

- Tak? - spy­tała.

- My się tym zaj­miemy, to zna­czy ja i Vi­king. Spraw­dzimy stan fi­nan­sów Lind­stena i to, co się z tym wiąże.

Falk ob­rzu­ciła ją wdzięcz­nym spoj­rze­niem.

- Dzię­kuję. Na tym koń­czymy.

9

Wto­rek, 16 maja

Go­dzina 10.03

Drzwi do po­koju Ting­ströma były za­mknięte, nad wej­ściem świe­ciła się czer­wona lampka. Falk krą­żyła nie­cier­pli­wie po ko­ry­ta­rzu i co pe­wien czas spo­glą­dała na ze­ga­rek. Po­winna być już w dro­dze do za­kładu me­dy­cyny są­do­wej, ale po­sta­no­wiła po­roz­ma­wiać naj­pierw z na­czel­ni­kiem. W końcu go zo­ba­czyła, jak idzie ko­ry­ta­rzem z se­gre­ga­to­rem pod pa­chą. Uniósł rękę w ge­ście po­wi­ta­nia, jakby chciał za­sy­gna­li­zo­wać, że ją zo­ba­czył.

- Usiądź - po­wie­dział swoim spo­koj­nym, nor­r­landz­kim dia­lek­tem, gdy we­szli do po­koju i za­mknął za sobą drzwi. Od­cze­kał, aż po­li­cjantka zaj­mie miej­sce, zdjął ma­ry­narkę i po­wie­sił ją na wie­szaku. - Co cię do mnie spro­wa­dza?

- Bjur­stedt żąda zwo­ła­nia kon­fe­ren­cji pra­so­wej w spra­wie za­bój­stwa w Pen­ny­g?n­gen. Pró­bo­wa­łam mu to od­ra­dzić, bo nie znamy na­wet toż­sa­mo­ści ofiary, i za­pro­po­no­wa­łam, żeby jesz­cze po­cze­kać. Poza tym mam zbyt mało lu­dzi do pracy.

- Jak mogę ci po­móc?

- Przy­dziel mi przy­naj­mniej jed­nego do­dat­ko­wego śled­czego, a kiedy usta­limy toż­sa­mość ofiary i przy­bli­żony czas zgonu, co, jak mam na­dzieję, na­stąpi dzi­siaj, do­daj mi kilku funk­cjo­na­riu­szy, któ­rzy pójdą w te­ren po­roz­ma­wiać z są­sia­dami.

Na­czel­nik ski­nął głową.

- Zgoda, zro­bię to. Poza tym ju­tro wraca do pracy In­grid. Chcia­łaby się włą­czyć do tego śledz­twa. Co ty na to?

Falk za­gry­zła wargi. Wy­glą­dało na to, że Bjur­stedt po­szedł na skargę do Ting­ströma i skry­ty­ko­wał ją za spo­sób, w jaki pro­wa­dzi śledz­two. Nie za­mie­rzała się jed­nak pod­da­wać.

- Nie ma sprawy. Czy to zna­czy, że In­grid przej­mie ode mnie śledz­two?

Ting­ström po­pa­trzył na nią zdu­mio­nym wzro­kiem.

- Ależ skąd! Na­dal masz je pro­wa­dzić.

- Okej.

- Prze­każę jej, że sprawa jest za­ła­twiona.

- Su­per. W ta­kim ra­zie do omó­wie­nia po­zo­stała tylko jedna sprawa: Bjur­stedt i kon­fe­ren­cja pra­sowa.

Na­czel­nik spoj­rzał przez okno, jakby się za­sta­na­wiał na od­po­wie­dzią.

- Do­brze wiesz, że zo­stał przy­dzie­lony do tego śledz­twa i ma je nad­zo­ro­wać. Moim zda­niem zwo­ła­nie ta­kiej kon­fe­ren­cji to do­bry po­mysł. Na­leży to zro­bić jak naj­prę­dzej. Po­trze­bu­jemy świad­ków, bo z tego, co wiem, nie mamy ich zbyt wielu. Śledz­two może się oka­zać wy­jąt­kowo trudne.

Falk spu­ściła wzrok i ski­nęła głową.

- Niech tak bę­dzie. Zajmę się tym, a po roz­mo­wie z na­szym Biu­rem Pra­so­wym po­in­for­muję was obu o wy­ni­kach usta­leń.

Falk zro­zu­miała, że roz­mowa do­bie­gła końca, a Ting­ström nie po­prze jej w spo­rze z Bjur­sted­tem. Zresztą na obec­nym eta­pie śledz­twa nie miała sił, żeby prze­ciwko temu za­pro­te­sto­wać. Stra­ci­łaby zbyt wiele ener­gii, któ­rej bę­dzie po­trze­bo­wać w trak­cie śledz­twa.

10

Wto­rek, 16 maja

Go­dzina 10.27

Adam wy­sa­dził In­grid przed wej­ściem do po­radni dla przy­szłych ma­tek.

- Idź sama, ja w tym cza­sie po­szu­kam miej­sca par­kin­go­wego i do­łą­czę do cie­bie póź­niej. Nie ma sensu, że­byś się z tego po­wodu spóź­niła.

Berg­man wy­sia­dła z wozu i ro­zej­rzała się wo­kół sie­bie. Wzdłuż ca­łej Eklan­da­ga­tan Za­rząd Dróg Miej­skich roz­sta­wił ba­rierki i znaki dro­gowe. Z tego po­wodu kie­rowcy mu­sieli jeź­dzić zyg­za­kiem mię­dzy hał­dami pia­chu i do­łami. Nie­dawno me­dia do­no­siły, że miej­ski sys­tem wodno-ka­na­li­za­cyjny jest bar­dzo ob­cią­żony. Rury, które w więk­szo­ści miały od sześć­dzie­się­ciu do stu lat, za­częły pę­kać i prze­cie­kać, co pro­wa­dziło do osia­da­nia bu­dyn­ków i two­rze­nia się wyrw w uli­cach.

Berg­man była po­de­ner­wo­wana, przez stres co­raz bar­dziej zbie­rało jej się na wy­mioty. Do­tar­liby na miej­sce szyb­ciej, gdyby po­szli pie­chotą, ale Adam się uparł, że od­wie­zie ją sa­mo­cho­dem.

Na po­kry­tych zdo­bie­niami drzwiach z prze­łomu dzie­więt­na­stego i dwu­dzie­stego wieku wi­siała mo­siężna ta­bliczka in­for­mu­jąca, że w bu­dynku mie­ści się po­rad­nia dla przy­szłych ma­tek. Berg­man we­szła do za­dzi­wia­jąco roz­le­głego i ja­snego holu, w któ­rym wi­siały zdję­cia przed­sta­wia­jące cię­żarne ko­biety ze wszyst­kich za­kąt­ków świata. Ko­ry­tarz pro­wa­dził do przy­tul­nej po­cze­kalni po­ma­lo­wa­nej cie­płymi ko­lo­rami. Wo­kół sto­lika, na któ­rym le­żały ko­lo­rowe ma­ga­zyny i bro­szurki po­świę­cone ro­dze­niu i die­cie dla cię­żar­nych ko­biet, stały trzy ka­napy usta­wione w kształ­cie li­tery U.

W po­cze­kalni za­stała tylko jedną osobę. Na ka­na­pie sie­działa blada chuda ko­bieta, która prze­glą­dała jedno z cza­so­pism. Berg­man usia­dła na­prze­ciwko niej i wzięła ze sto­lika pierw­szą z góry ga­zetę. Po kilku se­kun­dach po­czuła na so­bie wzrok ko­biety, która bez skrę­po­wa­nia jej się przy­glą­dała. Berg­man się do­my­śliła, że zo­stała roz­po­znana. Spoj­rzała na ko­bietę i mi­mo­wol­nie wes­tchnęła. Ko­bieta przy­sia­dła się do niej i spy­tała:

- Zmę­czona?

Za bli­sko - po­my­ślała po­li­cjantka i nie­chęt­nie wzru­szyła ra­mio­nami, jakby chciała się od niej opę­dzić. Spoj­rzała na ze­gar ścienny. Za­raz jej ko­lej. W po­cze­kalni było zbyt cie­pło i zbie­rało jej się na wy­mioty. Nie miała ochoty na bab­skie po­ga­duszki.

- Który to mie­siąc? - spy­tała nie­zna­joma.

Ko­bieto - po­my­ślała Berg­man - nie ro­zu­miesz, że nie chce mi się z tobą ga­dać?

- Prze­pra­szam - po­wie­działa nie­zna­joma. Kilka razy prze­su­nęła dło­nią po brzu­chu i za­częła się ba­wić pier­ścion­kami na le­wej dłoni. Berg­man za­uwa­żyła, że ko­bieta miała po­ob­gry­zane pa­znok­cie, a skórę na dło­niach su­chą i spę­kaną. - Jesz­cze raz prze­pra­szam - po­wtó­rzyła, tym ra­zem pra­wie szep­tem.

Berg­man ski­nęła jej obo­jęt­nie głową i udała, że czyta ar­ty­kuł o die­cie we­ge­ta­riań­skiej. W pew­nej chwili mu­siała zro­bić głę­boki wdech, żeby stłu­mić od­ruch wy­miotny. Pró­bo­wała się sku­pić na tek­ście i po­woli wy­pusz­czała po­wie­trze z płuc. Gdzie jest Adam?

- Źle się pani czuje? Nie­stety, ciąża bywa cza­sem trudna.

Wy­glą­dało na to, że ko­bieta nie od­pu­ści, ale Berg­man po­sta­no­wiła ją da­lej igno­ro­wać. Ko­bieta mla­snęła ję­zy­kiem.

- Ja piję im­bir le­kar­ski i bar­dzo mi to po­maga - kon­ty­nu­owała, a słowa wprost try­skały jej z ust. - Wy­star­czy ku­pić świe­żego im­biru, po­sie­kać na drobne ka­wałki i za­lać cie­płą wodą. Na zimno też można pić. Czy pani wie, że na nad­garstku jest pe­wien szcze­gólny punkt? Kiedy się go ma­suje, mdło­ści ustę­pują. Ko­biety ro­bią to od ty­sięcy lat. Ist­nieją oczy­wi­ście le­kar­stwa syn­te­tyczne, które może prze­pi­sać le­karz, ale ja wolę to, co ofe­ruje na­tura.

Ko­bieta zro­biła prze­rwę i ro­ze­śmiała się jakby pod przy­mu­sem.

- W daw­nych cza­sach za ta­kie słowa uznano by mnie za cza­row­nicę i spa­lono na sto­sie! - do­dała, po czym po­chy­liła się nad sto­li­kiem i za­częła prze­kła­dać le­żące na nim cza­so­pi­sma. Ro­biła to tak długo, aż zna­la­zła wy­da­nie, któ­rego szu­kała: ma­ga­zyn po­świę­cony zdro­wemu od­ży­wia­niu. Po­dała go Berg­man i po­ka­zała jej ar­ty­kuł po­świę­cony im­bi­rowi i mdło­ściom. - Pro­szę - po­wie­działa. - Niech pani sama o tym po­czyta.

W tym sa­mym mo­men­cie drzwi się otwo­rzyły i z ga­bi­netu wy­szła uśmiech­nięta ko­bieta w bia­łym far­tu­chu. Wy­wo­łała Berg­man po na­zwi­sku i za­pro­siła ją do środka. Po­li­cjantka do­my­śliła się, że to po­łożna.

- Wi­tam - po­wie­działa ko­bieta, gdy Berg­man we­szła do po­koju i za­mknęła za sobą drzwi. Za­no­to­wała dane oso­bowe po­li­cjantki, oparła się ple­cami o krze­sło i zmie­rzyła ją uważ­nym spoj­rze­niem. - Jak się pani czuje? - spy­tała.

- Je­stem zmę­czona i mam mdło­ści, które się utrzy­mują od rana aż do go­dzin po­po­łu­dnio­wych. Po­tem te do­le­gli­wo­ści stop­niowo mi­jają. Sama już nie wiem, co mam za­ży­wać. Po­trze­buję po­mocy.

- To nie­stety ty­powe ob­jawy, które wy­stę­pują na po­czątku ciąży. Jest pani na zwol­nie­niu le­kar­skim, prawda?

- Tak, ale w cza­sie po­przed­niej ciąży nie czu­łam się tak źle.

- Ko­biety róż­nie prze­cho­dzą ciąże, a poza tym ma pani swoje lata. Pro­szę się po­ło­żyć, zba­dam pa­nią.

Po­łożna do­ty­kała brzu­cha, osłu­chała serce i zmie­rzyła ci­śnie­nie.

- Ma pani stre­su­jącą pracę? - spy­tała. - Czy była pani ostat­nio na­ra­żona na stres?

- W pew­nym sen­sie tak, ale je­stem do tego przy­zwy­cza­jona. Po­trze­buję po­mocy tylko w spra­wie mdło­ści.

- Nasz le­karz może coś prze­pi­sać, ale naj­le­piej bę­dzie pro­wa­dzić spo­kojny tryb ży­cia. Ju­tro rano, za­nim wsta­nie pani z łóżka, pro­szę zjeść tro­chę chrup­kiego pie­czywa i po­pić szklanką mleka albo wody ga­zo­wa­nej. Ku­ra­cję można po­wtó­rzyć w ciągu dnia.

Na samą myśl o chrup­kim chle­bie i mleku Berg­man po­czuła, jak żo­łą­dek wy­wraca jej się na wszyst­kie strony, a jego treść pod­cho­dzi jej do gar­dła. Kilka razy prze­łknęła ślinę i zdo­łała za­pa­no­wać nad tym od­ru­chem.

- Umó­wię pa­nią na wi­zytę u le­ka­rza - po­wie­działa po­łożna, po czym usia­dła przy kom­pu­te­rze i kilka razy stuk­nęła w kla­wia­turę. - Sprawdźmy... Czy pa­suje pani wto­rek o pięt­na­stej?

- Ju­tro za­czy­nam pracę. Czy le­karz nie mógłby mi po pro­stu prze­pi­sać ja­kie­goś środka na mdło­ści?

- Je­śli ma to zro­bić, po­wi­nien pa­nią zba­dać. Uwa­żam, że na­leży po­cze­kać na jego opi­nię i do­piero wtedy zde­cy­do­wać w spra­wie pod­ję­cia pracy, po­nie­waż ma pani lekko pod­wyż­szone ci­śnie­nie. Trzeba też bę­dzie od­dać mocz i krew do ana­lizy.

W tym mo­men­cie roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi i do po­koju wszedł Adam.

- Wi­dzę, że już we­szłaś - po­wie­dział i przed­sta­wił się po­łoż­nej.

- Dzień do­bry - od­parła ko­bieta. - Cie­szę się, że pan przy­szedł. Przed chwilą roz­ma­wia­ły­śmy o tym, jak ważne są spo­kój i od­po­czy­nek. Pani Berg­man wspo­mniała, że źle się czuje. W jej wieku na­leży już do grupy ry­zyka. Po­ra­dzi­łam jej, żeby ju­tro nie szła do pracy. Tak bę­dzie le­piej i dla niej, i dla dziecka.

Berg­man za­uwa­żyła nie­po­kój w oczach Adama.

- Nic złego się nie dzieje - sko­men­to­wała słowa po­łoż­nej i spy­tała: - Sły­sza­łam, że na ta­kie mdło­ści do­brze robi im­bir le­kar­ski. Czy to prawda?

- Tak - od­parła z uśmie­chem ko­bieta. - Po­maga ko­bie­tom od se­tek lat.

Adam po­ło­żył dłoń na ra­mie­niu Berg­man. Wi­dać było, że jest na nią zły.

- To prawda? - spy­tał. - Chcesz ju­tro wró­cić do pracy?

Berg­man ski­nęła głową i uchy­liła się od jego do­tyku.

- Opo­wiem ci o tym w domu - od­parła, bo nie miała ochoty roz­ma­wiać o swo­ich spra­wach w obec­no­ści ob­cej osoby.

11

Wto­rek, 16 maja

Go­dzina 10.52

Z sali, w któ­rej prze­pro­wa­dzano sek­cje zwłok, przez szcze­liny i ka­nały wen­ty­la­cyjne wy­do­by­wał się słod­kawy, me­ta­liczny, du­szący za­pach. Nie­stety, nie dało się go unik­nąć, bez względu na to, czy ktoś za­sła­niał nos men­to­lową chu­s­teczką, czy od­dy­chał przez usta. Trupy za­wsze śmier­dzą, cho­ciaż trzy­ma­nie zwłok w chłodni tro­chę ten odór ła­go­dzi. Falk nie zno­siła tego miej­sca, a zwłasz­cza wi­doku ludz­kich zwłok w róż­nym sta­dium roz­kładu.

My­ślała o roz­mo­wie z Ting­strömem. To do­brze, że In­grid za­an­ga­żuje się w śledz­two. Udział w sek­cjach zwłok ni­gdy nie sta­no­wił dla niej pro­blemu, na­wet gdy ko­goś po­sie­kano no­żem albo zmiaż­dżono mu czaszkę me­ta­lową rurą. Po­tra­fiła też swo­bod­nie roz­ma­wiać z pa­to­lo­gami o szcze­gó­łach sek­cji. Jako pro­fe­sjo­na­listka za­cho­wy­wała wła­ściwy dy­stans i sku­piała uwagę na gro­ma­dze­niu in­for­ma­cji zwią­za­nych z ba­da­nym przy­pad­kiem zgonu i jego oko­licz­no­ściami. Dzięki temu na koń­co­wym eta­pie śledz­twa za­trzy­mała sprawcę i po­sy­łała go za kraty.

Jej bra­ko­wało ta­kich cech. Okropne ob­razy do­cie­rały do jej mó­zgu, gro­ma­dziły się w nim, a póź­niej do niej wra­cały. Naj­czę­ściej działo się to w chwili, w któ­rej naj­mniej by so­bie tego ży­czyła.

Ostat­nio bu­dzi się o trze­ciej albo czwar­tej w nocy. Z po­wodu stresu jej serce bije zbyt szybko i zbyt mocno. Nie­dawno za­pi­sała na swoim kon­cie ko­lejny nie­udany zwią­zek. Po dwóch mie­sią­cach zro­zu­miała, że męż­czyź­nie, z któ­rym się spo­ty­kała, za­le­żało tylko na tym, żeby ktoś go ob­słu­gi­wał. Czy to zna­czy, że ni­gdy nie spo­tka ko­goś, z kim bę­dzie mo­gła za­ło­żyć ro­dzinę? Miała już do­syć sa­mot­nych po­ran­ków i żo­na­tych, tok­sycz­nych fa­ce­tów, któ­rzy pod­ry­wali ko­biety w lo­ka­lach. Cho­dze­nie do knajp z ko­le­gami z pracy też prze­stało jej spra­wiać przy­jem­ność. Za­sta­na­wiała się, czy ja­ki­kol­wiek męż­czy­zna ze­chce się zwią­zać z ko­bietą po czter­dzie­stce, która mieszka z ko­tem w wy­na­ję­tym miesz­ka­niu i kiep­sko za­ra­bia. Oczami wy­obraźni zo­ba­czyła swój przy­szły pro­fil na por­talu rand­ko­wym o tre­ści: "Hobby w wol­nym cza­sie: tre­ningi i od­wie­dza­nie babci dwa razy w ty­go­dniu".

Na myśl o niej na­szły ją wy­rzuty su­mie­nia. Sta­ruszka zbyt dużo czasu spę­dza w sa­mot­no­ści, a ona nie ma in­nej bli­skiej osoby. Weź się w garść, ko­bieto, je­steś te­raz w pracy, po­my­ślała i po­krę­ciła głową. Pry­watne sprawy mu­szą po­cze­kać.

Po­de­szła do re­cep­cji i spy­tała o Olofa Han­séna, wi­ce­dy­rek­tora za­kładu me­dy­cyny są­do­wej. Do­wie­działa się, że sek­cja zwłok do­bie­gła końca, a on jest już w swoim po­koju. Ode­tchnęła z ulgą i ru­szyła ko­ry­ta­rzem. Drzwi były otwarte, Han­sén sie­dział przy biurku nad sto­sem pa­pie­rów i pi­sał coś pal­cami wska­zu­ją­cymi na kla­wia­tu­rze kom­pu­tera. Oku­lary zsu­nęły mu się na czu­bek nosa. Na wi­dok Falk uśmiech­nął się i za­pro­sił ją do środka.

- Wi­tam, wi­tam - po­wie­dział. - Mu­sisz wie­dzieć, że wiele stra­ci­łaś. Rzadko mamy do czy­nie­nia z tak zmu­mi­fi­ko­wa­nymi zwło­kami.

Falk usia­dła na krze­śle.

- Jak już po­wie­dzia­łem, rzadko nam się to zda­rza - po­wtó­rzył Han­sén. Pod­cią­gnął oku­lary na czoło i kon­ty­nu­ował: - To wprost nie­wia­ry­godne. W miej­scu, w któ­rym zwłoki le­żały tak długo, po­ziom wil­got­no­ści po­wie­trza mu­siał być bar­dzo ni­ski. Ale przejdźmy do szcze­gó­łów...

Han­sén zro­bił krótką prze­rwę i lekko się uśmiech­nął.

- Ofiarą jest męż­czy­zna, choć wcze­śniej ist­niały co do tego wąt­pli­wo­ści. Przez długi czas nie jadł, co mo­gło być przy­czyną śmierci. Mu­simy jed­nak po­cze­kać na wy­niki ba­dań tok­sy­ko­lo­gicz­nych, żeby na sto pro­cent wy­klu­czyć inne przy­czyny. Czy wiesz, że taka śmierć na­stę­puje po ty­go­dniu? Oczy­wi­ście przy za­ło­że­niu, że czło­wiek może prze­żyć bez wody od sied­miu do dzie­się­ciu dni. Bez je­dze­nia można się obyć na­wet kilka mie­sięcy.

Han­sén zro­bił krótką prze­rwę i miał taką minę, jakby to, o czym opo­wia­dał, spra­wiało mu przy­jem­ność albo go ba­wiło.

- Czy zna­leź­li­ście na miej­scu coś, co by su­ge­ro­wało, że ofiara miała ja­kieś je­dze­nie albo pi­cie? Na przy­kład bu­telkę po wo­dzie albo coś w tym ro­dzaju?

- Tego nie wiem - od­parła Falk i za­czer­wie­niła się na twa­rzy. O tym aku­rat nie po­my­ślała. Na do­miar złego nie prze­czy­tała ca­łego ra­portu od tech­ni­ków. Bę­dzie mu­siała za­dzwo­nić do Nils­sona albo Bo­berga, żeby spraw­dzić, czy spo­rzą­dzili li­stę zna­le­zio­nych na miej­scu zda­rze­nia przed­mio­tów. Ewen­tu­al­nie skon­tak­tuje się z Niną i Vi­kin­giem, któ­rzy są aku­rat w miesz­ka­niu w Pen­ny­g?n­gen. Wy­jęła te­le­fon i wy­brała nu­mer.

- Za­dzwo­nię i od razu spraw­dzę - wy­ja­śniła Han­sénowi, a gdy roz­mowa do­bie­gła końca, oświad­czyła: - Na ra­zie nic na to nie wska­zuje, ale dla pew­no­ści spraw­dzą i od­dzwo­nią.

- W ta­kim ra­zie wróćmy do kwe­stii iden­ty­fi­ka­cji zwłok - kon­ty­nu­ował Han­sén. Po­pra­wił oku­lary i spoj­rzał na ekran mo­ni­tora. - Pro­ces iden­ty­fi­ka­cji do­biegł końca. Jest tak, jak po­dej­rze­wa­li­ście: osobą zna­le­zioną w gar­de­ro­bie był Lind­sten... osiem­dzie­siąt sześć lat, kom­pletne uzę­bie­nie w do­brym sta­nie.

Falk zro­biła zdzi­wiona minę, co wy­wo­łało uśmiech na twa­rzy Han­séna.

- Lind­sten le­czył zęby w pań­stwo­wej kli­nice. Je­śli ktoś to robi w pry­wat­nym ga­bi­ne­cie, iden­ty­fi­ka­cja może po­trwać dłu­żej.

- Kiedy twoim zda­niem zmarł? Od jak dawna był mar­twy?

- Bio­rąc pod uwagę sto­pień zmu­mi­fi­ko­wa­nia zwłok, trudno to okre­ślić. Zwłoki le­żały w cie­płym, su­chym śro­do­wi­sku. Mogę je­dy­nie po­twier­dzić, że ciało mu­siało tam le­żeć przy­naj­mniej mie­siąc, żeby osią­gnąć taki po­ziom wy­su­sze­nia. Nie można jed­nak wy­klu­czyć, że mo­gło to trwać dłu­żej, na przy­kład pół roku. Czy wie­cie, kiedy ktoś wi­dział go ży­wego ostatni raz?

- Jesz­cze nie. Na dzi­siaj mamy za­pla­no­waną kon­fe­ren­cję pra­sową i roz­mowy z są­sia­dami. Mam na­dzieję, że po­może to nam usta­lić kon­kretną datę.

Falk za­pi­sała so­bie w pa­mięci, żeby po po­wro­cie spraw­dzić płat­no­ści za czynsz z konta Lind­stena na konto wspól­noty miesz­ka­nio­wej, a także skon­tak­to­wać się z jego ban­kiem i ope­ra­to­rem te­le­fo­nii ko­mór­ko­wej, żeby spraw­dzić ostat­nie opłaty, bil­lingi i prze­lewy.

- To jesz­cze nie wszystko - po­wie­dział Han­sén, uno­sząc pa­lec. - Część ciała ule­gła pro­ce­sowi gni­cia, dzięki czemu wy­sła­li­śmy całą masę much plu­jek, które znaj­do­wały się na zwło­kach, do en­to­mo­loga. Cze­kamy na wy­nik ana­lizy.

- En­to­mo­loga?

- Tak. To spe­cja­li­sta od owa­dów i ro­ba­ków. Opie­ra­jąc się na róż­nych czyn­ni­kach, ta­kich jak tem­pe­ra­tura, wil­got­ność po­wie­trza, pora roku i tak da­lej, po­trafi okre­ślić liczbę po­ko­leń much, które zna­le­ziono przy zwło­kach, i na tej pod­sta­wie datę śmierci, cho­ciaż też w przy­bli­że­niu. Mimo to taka me­toda ma tę za­letę, że za­węża czas śmierci ofiary. Szcze­góły po­znamy do­piero wtedy, kiedy do­sta­niemy pro­to­kół. Może to po­trwać kilka dni, a na­wet ty­dzień.

- A ja­kie jest twoje zda­nie na ten te­mat?

Han­sén za­sta­na­wiał się przez chwilę, ba­wiąc się opraw­kami oku­la­rów.

- Mógł tam le­żeć od dłu­giego czasu, pół roku albo na­wet dłu­żej. Z koń­co­wymi wnio­skami wolę po­cze­kać na opi­nię en­to­mo­loga z la­bo­ra­to­rium kry­mi­na­li­stycz­nego.

- Ja­kim cu­dem to samo ciało ule­gło za­równo gni­ciu, jak i mu­mi­fi­ka­cji?

- Po­śladki i frag­menty ud nie ule­gły pro­ce­sowi mu­mi­fi­ka­cji tak jak reszta ciała, po­nie­waż le­żały w od­cho­dach de­nata. Do­my­ślam się, że sta­ru­szek nie był w sta­nie za­ła­twiać swo­ich po­trzeb fi­zjo­lo­gicz­nych w inny spo­sób.

Falk wzdry­gnęła się na myśl o tym, co Lind­sten czuł i my­ślał w cza­sie wielu go­dzin spę­dzo­nych w cał­ko­wi­tych ciem­no­ściach, bez wody i je­dze­nia. Na pewno pró­bo­wał się wy­do­stać i na różne spo­soby zwró­cić uwagę oto­cze­nia.

- Mo­żesz mi po­wie­dzieć coś wię­cej? - spy­tała.

- Ja­sne - od­parł Han­sén. Od­wró­cił ekran lap­topa i dał jej znak, żeby po­de­szła bli­żej. - Po­patrz na to zdję­cie - po­wie­dział, wska­zu­jąc je dłu­go­pi­sem. - Wi­dzisz, co on ma na szyi?

Falk kilka razy prze­łknęła ślinę, żeby nie zwy­mio­to­wać. Miała przed oczami ludzką skórę, która przy­po­mi­nała per­ga­min na­cią­gnięty na pra­wie cał­ko­wi­cie wy­schniętą czaszkę. Do tego pu­ste, ciemne oczo­doły. Uszy od­sta­wały od czaszki w pra­wie śmieszny spo­sób. Były cien­kie jak pa­pier i po­kryte ciem­no­brą­zową sia­teczką na­czyń krwio­no­śnych. Od czaszki od­sta­wały szare strąki wło­sów, które po­ra­stały oko­lice uszu. Wy­glą­dało to tak, jakby górę czaszki ota­czała au­re­ola z cien­kich wło­sów. Falk wie­działa, że to ko­lejny ob­raz, który bę­dzie ją na­wie­dzał w cza­sie bez­sen­nych nocy.

- Po­więk­szę to zdję­cie, że­byś mo­gła je le­piej obej­rzeć - za­pro­po­no­wał Han­sén, a gor­li­wość, z jaką wy­po­wie­dział te słowa, była ewi­dentna. - Po­patrz, te­raz ła­twiej to do­strzec. Ciemne pręgi na szyi wska­zują, że ofiara była du­szona.

Han­sén wy­świe­tlił na ekra­nie ko­lejne zdję­cie.

- Plamy na rę­kach i na ciele świad­czą o tym, że de­nat padł ofiarą prze­mocy.

Han­sén wy­świe­tlił całą se­rię zdjęć. Każde do­kład­nie opi­sy­wał i wy­ja­śnił, skąd wie, jak po­szcze­gólne ob­ra­że­nia po­wstały.

- Mam jed­nak pewne wąt­pli­wo­ści, po­nie­waż uwa­żam, że de­nat sam mógł spo­wo­do­wać część ob­ra­żeń. Mo­gły po­wstać wtedy, kiedy Lind­sten pró­bo­wał się wy­do­stać z gar­de­roby. Wiemy, że w po­miesz­cze­niu nie było okien ani oświe­tle­nia.

Han­sén uniósł brwi i spoj­rzał na Falk w taki spo­sób, jakby ocze­ki­wał od niej po­twier­dze­nia swo­ich słów.

- To prawda - od­parła. - Włącz­nik świa­tła znaj­duje się na ze­wnątrz.

- No wi­dzisz. Nie­które śledz­twa na­pa­wają czło­wieka stra­chem. Cze­goś jed­nak nie ro­zu­miem. Fa­cet miał osiem­dzie­siąt sześć lat. Ktoś, kto mu to zro­bił, znacz­nie prze­sa­dził. Po­bił go i za­mknął na klucz. Czy nikt na­prawdę nie sły­szał, jak sta­ru­szek pró­bo­wał się wy­do­stać z gar­de­roby? Na pewno na cały głos wo­łał o po­moc.

- Być może, ale pew­nie ni­komu do głowy nie przy­szło, że dzieje się coś złego, bo Lind­sten czę­sto ha­ła­so­wał i roz­ra­biał. Pew­nie dla­tego nikt z są­sia­dów nie za­re­ago­wał.

Han­sén po­krę­cił głową.

- Na ten mo­ment nic wię­cej nie mam. Mu­simy po­cze­kać na eks­per­tyzy i wy­niki ana­liz. Gdy cze­goś się do­wiem, od razu cię po­wia­do­mię. Masz jesz­cze ja­kieś py­ta­nia?

- Na tę chwilę nie - od­parła Falk i wy­szła z po­koju.

Wsia­dła do sa­mo­chodu, ale za­nim od­je­chała w kie­runku ko­mendy, wy­słała do Ting­ströma, Bjur­stedta i reszty ekipy śled­czej ese­mesa z po­twier­dze­niem, że ofiarą jest wła­ści­ciel miesz­ka­nia Sven-Ber­til Lind­sten. Po­tem za­dzwo­niła do An­dersa Ny­mana z Biura Pra­so­wego Po­li­cji i po­pro­siła go, żeby zwo­łał kon­fe­ren­cję pra­sową na go­dzinę je­de­na­stą na­stęp­nego dnia. Po­twier­dziła też, że po po­łu­dniu wpad­nie do niego w celu uzgod­nie­nia tre­ści oświad­cze­nia dla prasy.

Kiedy do­jeż­dżała na miej­sce, za­dzwo­nił Jo­hans­son. Po­in­for­mo­wał ją, że w miesz­ka­niu ofiary nic zna­leźli nic, co mo­głoby świad­czyć o tym, że Lind­sten miał w gar­de­ro­bie ja­kieś je­dze­nie albo pi­cie.

13

Wto­rek, 16 maja

Go­dzina 13.45

Falk przy­mknęła oczy, po­chy­liła się nad biur­kiem i ukryła twarz w dło­niach. W końcu jest w swoim po­koju, drzwi są za­mknięte i może się sku­pić na śledz­twie. Sie­działa tak przez kilka se­kund, po czym wes­tchnęła i wy­pro­sto­wała się na krze­śle.

Cze­kało ją mnó­stwo pracy. Po­sta­no­wiła za­cząć od list, żeby upo­rząd­ko­wać wy­niki wła­snej pracy i wy­sił­ków ca­łej ekipy. Za­da­nie miała uła­twione, bo usta­lono toż­sa­mość ofiary. Od ju­tra w skład ekipy wej­dzie In­grid.

Na­gle roz­le­gło się pu­ka­nie. Po­czuła skurcz żo­łądka, ale za­nim zdą­żyła co­kol­wiek po­wie­dzieć, drzwi się otwo­rzyły i do po­koju wszedł Al­freds­son z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy.

- Co za wia­do­mość! - za­wo­łał. - Ju­tro wraca In­grid!

Falk od­wza­jem­niła jego uśmiech.

- I bę­dzie nam po­ma­gać w śledz­twie - do­dała. - O tym też chyba wiesz?

- Ow­szem. Su­per, prawda?

- Co dzi­siaj za­ła­twi­łeś?

Al­freds­son oparł się o fra­mugę drzwi i skrzy­żo­wał ręce na piersi.

- Sporo, ale nie ma się czym za­chwy­cać. Roz­ma­wia­łem z kon­ser­wa­to­rem bu­dynku. Na­zywa się Gre­ger Karls­son, ma czter­dzie­ści dwa lata i pra­cuje na tym sta­no­wi­sku od po­nad dzie­się­ciu lat. Wła­ści­ciele tej nie­ru­cho­mo­ści, za­równo po­przedni, jak i obecny, po­twier­dzili ten fakt i wy­po­wia­dali się o nim w sa­mych su­per­la­ty­wach. Je­den z nich ujął to tak: robi to, co do niego na­leży, ni­gdy nie bie­rze zwol­nień le­kar­skich i nikt się na niego nie skarży.

Falk ski­nęła w za­my­śle­niu głową.

- A jak wy­gląda kwe­stia do­stępu do klu­czy?

Al­freds­son usiadł na krze­śle, które za­skrzy­piało pod jego cię­ża­rem. Po­li­cjant miał sto dzie­więć­dzie­siąt sie­dem cen­ty­me­trów wzroku i wa­żył dzie­więć­dzie­siąt ki­lo­gra­mów. Dwa razy się za­ko­ły­sał i po­ło­żył nogi na dru­gim krze­śle. Ten pewny sie­bie, a cza­sem za­du­fany spo­sób by­cia czę­sto de­ner­wo­wał jego oto­cze­nie, zwłasz­cza Nils­sona. Al­freds­son cie­szył się jed­nak dużą po­pu­lar­no­ścią ze względu na swój udział w szwedz­kiej edy­cji pro­gramu "Gla­dia­to­rzy", w któ­rym wy­stę­po­wał w roli Spar­ta­kusa. Jego spon­ta­niczny spo­sób by­cia, a także pro­mienny uśmiech spra­wiały, że ła­two na­wią­zy­wał kon­takt.

Zdzi­wiło ją coś in­nego, a mia­no­wi­cie to, że jego cza­rowi ule­gało tyle ko­biet, cho­ciaż wy­glą­dał jak żywa ska­mie­lina z lat osiem­dzie­sią­tych: miał po­tar­gane, roz­ja­śniane włosy i mocną opa­le­ni­znę - efekt wielu se­sji spę­dzo­nych w so­la­rium. No­sił wy­tarte dżinsy i ob­ci­słe T-shirty - z krót­kimi rę­ka­wami la­tem i dłu­gimi zimą. Cza­sem by­wał nie­sforny, ale w su­mie trudno go było nie lu­bić.

- Kon­ser­wa­tor twier­dził, że tylko on ma do nich do­stęp, ale ni­gdy nie wia­domo.

- Okej, w ta­kim ra­zie odłóżmy tę sprawę na póź­niej.

- Spraw­dza­łem w na­szych re­je­strach wła­ści­ciela nie­ru­cho­mo­ści i jego part­nerkę ży­ciową, ale oboje są czy­ści.

- Czy znał Lind­stena i wie­dział, kim jest?

- Ow­szem, wie­dział i okre­ślił go jako czło­wieka spra­wia­ją­cego kło­poty. Lind­sten wy­cho­dził na ulicę z bal­ko­ni­kiem.

- Bal­ko­ni­kiem? - zdzi­wiła się Falk. - W miesz­ka­niu, na klatce scho­do­wej ani na par­te­rze przy wej­ściu nic ta­kiego nie zna­le­ziono.

- W ta­kim ra­zie trzeba to spraw­dzić. Roz­ma­wia­łem też ze Strażą Miej­ską, któ­rej miesz­kańcy do­mów zgła­szają przy­padki za­kłó­ca­nia ci­szy noc­nej. Oka­zało się, że do­brze go tam znają. Kiedy przy­jeż­dżali z in­ter­wen­cją, wy­zy­wał ich i na nich krzy­czał. Z ich ra­por­tów wy­nika, że trzy razy byli u niego we wrze­śniu, a ostat­nio w li­sto­pa­dzie.

- A kiedy ostatni raz był wi­dziany przez są­sia­dów albo inne osoby?

- Na tak po­sta­wione py­ta­nie nie otrzy­ma­łem pre­cy­zyj­nej od­po­wie­dzi. Są­sie­dzi z jego pię­tra my­śleli, że się wy­pro­wa­dził i że wła­śnie z tego po­wodu znik­nął. Nie­stety czynsz ścią­gany jest z jego konta au­to­ma­tycz­nie, więc nic nam to nie da.

- Wy­gląda na to, że był bar­dzo sa­motny.

- Nie chciał­bym, żeby mnie to kie­dy­kol­wiek spo­tkało. Co ro­bisz po pracy? Może wy­bie­rzemy się na piwo?

Falk przy­po­mniała so­bie, co miała do zro­bie­nia i co za­mie­rzała przy­go­to­wać na na­stępny dzień. Od­czu­wała też co­raz sil­niej­sze kłu­cie w piersi. Od pew­nego czasu od­no­siła wra­że­nie, że nie robi nic in­nego, tylko pra­cuje, je i śpi. Mi­jały ko­lejne ty­go­dnie oraz mie­siące i nic się nie zmie­niało. Na pewno nie bra­kuje ta­kich osób jak ona, które sta­rość spę­dzą w sa­mot­no­ści. In­nego dnia - po­my­ślała w od­po­wie­dzi na pro­po­zy­cję Al­freds­sona.

- Dzięki, ale czeka mnie mnó­stwo pa­pier­ko­wej ro­boty. Mu­szę też tro­chę po­dzwo­nić. Nie mogę tego odło­żyć.

- Co się z tobą dzieje? Ostat­nimi czasy ni­g­dzie nie cho­dzisz. Co się stało z dawną Ka­rin, która naj­wię­cej piła i naj­gło­śniej się śmiała?

- Po pro­stu nie mam czasu - od­parła Falk. Za­ci­snęła zęby i od­wró­ciła się do mo­ni­tora.

14

Środa, 17 maja

Go­dzina 6.54

Kiedy Berg­man mi­jała sto­ją­cego przy wej­ściu do bu­dynku po­li­cji ochro­nia­rza, wró­ciło zna­jome uczu­cie. Ko­menda była jej dru­gim do­mem. Nie mo­gła zro­zu­mieć, dla­czego tak długo zwle­kała z po­wro­tem do pracy.

Po­przed­niego dnia wy­piła przed snem dwa kubki wy­waru z im­biru. To samo zro­biła rano, za­nim wstała z łóżka. Efekt był nie­sa­mo­wity. Po­dob­nie czuła się po tym, jak się dra­pała po we­wnętrz­nej po­wierzchni le­wej dłoni. Dzię­ko­wała w my­ślach ko­bie­cie, którą spo­tkała w po­cze­kalni po­radni dla przy­szłych ma­tek, bo to ona udzie­liła jej klu­czo­wej po­rady. Przed wyj­ściem z domu przy­go­to­wała nową por­cję na­poju, wlała go do ter­mosu, a ter­mos wło­żyła do ple­caka. Za­uwa­żyła, że znacz­nie le­piej sy­pia i nie jest już tak zmę­czona jak przed­tem.

Adam chciał ją pod­wieźć na ko­mendę, ale od­mó­wiła i cały dy­stans z domu do pracy po­ko­nała w dwa­dzie­ścia mi­nut pie­chotą. Ze­szła scho­dami do Göta­plat­sen, po­szła ulicą Ave­nyn, przy Träd­g?rds­före­nin­gen skrę­ciła i po­ko­nała ostatni od­ci­nek do placu Fon­tella, przy któ­rym mie­ściła się ko­menda po­li­cji.

O tej po­rze dnia z mia­sta do­bie­gały inne dźwięki niż te, które sły­chać wcze­snym ran­kiem lub póź­nym wie­czo­rem. Śpiew pta­ków za­głu­szały je­dy­nie po­je­dyn­cze tram­waje. Zgrzy­ta­nie kół o szyny przy­po­mi­nało ża­ło­sny ja­zgot, który po­wstaje w cza­sie kłótni nie­kom­pe­tent­nych po­li­ty­ków i rów­nie nie­kom­pe­tent­nych urzęd­ni­ków gmin i miast, gdy mają dojść do zgody w kwe­stii wy­dat­ków na po­trzeby swo­ich spo­łecz­no­ści. Im wię­cej po­li­ty­ków i urzęd­ni­ków o tych spra­wach dys­ku­tuje, tym trud­niej im dojść do zgody.

Drzwi do po­koju Ting­ströma były otwarte, więc po­sta­no­wiła, że go od­wie­dzi w pierw­szej ko­lej­no­ści. Na­czel­nik uśmiech­nął się na jej wi­dok i po­dał jej rękę na po­wi­ta­nie.

- Wcze­śnie przy­szłaś - za­uwa­żył.

- Nie wcze­śniej niż zwy­kle, a zwłasz­cza nie przed tobą.

Na­czel­nik gło­śno się za­śmiał.

- Miło, że wró­ci­łaś. Bra­ko­wało mi cie­bie.

Za­pa­dła ci­sza. Berg­man nie wie­działa, co po­wie­dzieć, bo prze­cież nie po­szła na zwol­nie­nie le­kar­skie z wła­snej woli.

- Po­wiedz mi, jak mam... - za­częła, ale na­czel­nik nie dał jej do­koń­czyć.

- Do­łą­czysz do ekipy, która zaj­muje się za­bój­stwem Lind­stena - wy­ja­śnił. - Śledz­two pro­wa­dzi Ka­rin. Od­prawa za­czyna się o ósmej. Pew­nie za­uwa­ży­łaś, że śmierć tego czło­wieka wy­wo­łała duże za­in­te­re­so­wa­nie. Po od­pra­wie chciał­bym cię za­brać na spo­tka­nie w spra­wie za­bez­pie­cze­nia tar­gów re­gio­nal­nych. Dzięki temu wy­ro­bisz so­bie zda­nie, jak ma wy­glą­dać na­sza praca w za­kre­sie za­po­bie­ga­nia za­gro­że­niom i re­ago­wa­nia na nie. Po­czą­tek o wpół do dzie­sią­tej. Je­śli przyj­dziesz do mnie dzie­sięć mi­nut wcze­śniej, pój­dziemy tam ra­zem. Ka­rin jest już w pracy. Nie­dawno wi­dzia­łem ją na ko­ry­ta­rzu.

- W ta­kim ra­zie od razu do niej pójdę. Chyba że mamy jesz­cze coś do omó­wie­nia?

- Nie. Do zo­ba­cze­nia póź­niej. Wi­dzimy się dwa­dzie­ścia po dzie­wią­tej.

Berg­man uśmiech­nęła się w od­po­wie­dzi.

15

Środa, 17 maja

Go­dzina 7.55

Przed od­prawą Falk zre­fe­ro­wała Berg­man treść usta­leń zwią­za­nych ze śledz­twem, co za­brało jej czter­dzie­ści pięć mi­nut. Kiedy Berg­man wcho­dziła do sali kon­fe­ren­cyj­nej, w któ­rej miała się od­być od­prawa, po­czuła zna­jomy dreszcz. Do­bie­ga­jący wcze­śniej z sali gwar na ko­ry­ta­rzu na­tych­miast ucichł.

Berg­man za­trzy­mała się na se­kundę, jakby nie wie­działa, jak się za­cho­wać. Ona, ko­mi­sarz po­li­cji kry­mi­nal­nej z naj­wyż­szą wy­kry­wal­no­ścią w ca­łym Wy­dziale do spraw Za­bójstw! Po wszyst­kim, czego tu do­świad­czyła, znała tych lu­dzi jak wła­sną kie­szeń. Znowu zo­ba­czyła tych, któ­rych na­zy­wała "swo­imi śled­czymi". Two­rzyli trzon ekipy, któ­rej w pełni ufała, bo za­wsze da­wali z sie­bie wszystko: Vi­king Jo­hans­son, Nina Ha­mil­ton, Tho­mas Al­freds­son i Ka­rin Falk. Byli też Ber­til Nils­son i Fre­drik Bo­berg, któ­rych uwa­żała za naj­lep­szych i naj­bar­dziej do­świad­czo­nych tech­ni­ków po­li­cyj­nych.

Ci­szę, jaka za­pa­dła po wej­ściu Berg­man, prze­rwał Nils­son, który gło­śno chrząk­nął i jak zwy­kle prze­su­nął dło­nią po gło­wie, jakby chciał spraw­dzić, czy włosy ukła­dają się na niej jak na­leży.

- Bę­dziesz tak stać czy w końcu usią­dziesz? Nie mam czasu, żeby tu tkwić bez po­trzeby.

Wszy­scy wy­buch­nęli śmie­chem i Berg­man też się uśmiech­nęła. Po­de­szła do stołu i usia­dła obok Falk. Na­gle po­czuła się tak, jakby na zwol­nie­niu le­kar­skim nie spę­dziła ani jed­nego dnia. Falk za­stu­kała dłu­go­pi­sem o ku­bek i po­wie­działa:

- Wszy­scy są, więc mo­żemy za­cząć. In­grid bę­dzie nam od dzi­siaj po­ma­gać w śledz­twie. Ja­kieś py­ta­nia?

W sali znowu za­pa­dła ci­sza. Na­wet Nils­son się nie od­zy­wał.

- Dzięki - po­wie­działa Berg­man. - Bar­dzo się cie­szę, że wró­ci­łam i że znowu bę­dziemy pra­co­wać ra­zem. Śledz­two jest w do­brych rę­kach. To tyle ode mnie. Mo­żemy kon­ty­nu­ować.

I znowu za­pa­dła ci­sza. Berg­man za­częła się wier­cić na krze­śle, ale w tej sa­mej chwili głos za­brał Nils­son:

- Jak już wspo­mnia­łem, nie mam za dużo czasu.

- Okej, w ta­kim ra­zie za­cznij - od­parła Falk.

Berg­man od razu za­uwa­żyła, że Falk jest bar­dzo spięta. Sie­działa na krze­śle sztywna jak kij, a palce miała sple­cione tak ści­śle, że aż zbie­lały jej kłyk­cie. Drżała jej po­wieka, a usta miała za­ci­śnięte tak mocno, jakby pró­bo­wała za­trzy­mać w nich coś, co się chciało z nich wy­do­stać. Berg­man do­my­ślała się, że Falk naj­chęt­niej ode­sła­łaby Nils­sona do wszyst­kich dia­błów, i do­brze ją ro­zu­miała. Nils­son po­tra­fił zi­ry­to­wać każ­dego, gdy był w złym hu­mo­rze. A zwy­kle był. Chrząk­nął, prze­cią­gnął dło­nią po gło­wie i za­czął:

- Wy­nik ana­lizy od­ci­sków bu­tów jest go­towy. Wiemy, że to mę­skie adi­dasy, mo­del Stan Smith Ori­gi­nals, roz­miar czter­dzie­ści. Ża­den inny mo­del ani roz­miar do tych od­ci­sków nie pa­suje.

- Wnio­sek z tego taki, że sprawca był tylko je­den - wtrą­cił Al­freds­son.

Nils­son spoj­rzał na niego i de­mon­stra­cyj­nym ru­chem prze­su­nął oku­lary na czu­bek nosa.

- Ber­til, kon­ty­nuuj - po­pro­siła Falk.

Nils­son chrząk­nął i wró­cił do prze­rwa­nego wątku:

- Od­ci­ski pal­ców, które zna­leź­li­śmy w miesz­ka­niu, na­le­żały do dwóch osób. Je­den kom­plet do ofiary, drugi, jak mnie­mam, do za­bójcy. I to tyle na dzi­siaj. Da­lej radź­cie so­bie sami.

Po tych sło­wach Nils­son wstał z krze­sła, ze­brał swoje pa­piery i spoj­rzał na Bo­berga, jakby ka­zał mu zro­bić to samo. Po­tem obaj wy­szli z po­koju.

Falk pod­łą­czyła swo­jego lap­topa do rzut­nika i spoj­rzała na ścianę. Po­sta­no­wiła za­cząć od pre­zen­ta­cji zdję­cia, które do­stała w za­kła­dzie me­dy­cyny są­do­wej, a po­tem omó­wić ra­port:

- W za­kła­dzie me­dy­cyny są­do­wej mieli kło­pot z usta­le­niem do­kład­nej daty zgonu, co utrud­nia nam pracę. Spró­bu­jemy jed­nak użyć in­nego spo­sobu, żeby ją okre­ślić. Vi­king i Nina, czy do­sta­li­ście ja­kieś in­for­ma­cje od banku albo od ope­ra­tora te­le­fo­nii ko­mór­ko­wej? Z tego co wiem, opłaty czyn­szowe były ścią­gane z konta Lind­stena au­to­ma­tycz­nie.

- Wy­gląda na to, że opła­cał tak wszyst­kie swoje ra­chunki, w tym także za prąd i te­le­fon - od­parła Ha­mil­ton. - Tak nas w każ­dym ra­zie po­in­for­mo­wano w Swed­banku. Eme­ry­tura wpły­wała na jego konto osiem­na­stego każ­dego mie­siąca i do­piero wtedy prze­le­wał trzy ty­siące na kartę klienta sieci Hem­köp. Po jego śmierci ktoś ko­rzy­stał z jego karty dwa razy na mie­siąc, aż do te­raz. Uwagę zwraca jedna rzecz: dzie­sią­tego grud­nia Lind­sten wy­pła­cił ze swo­jego konta dwa­dzie­ścia ty­sięcy ko­ron w go­tówce. Za­mie­rzam to spraw­dzić w banku.

Berg­man unio­sła rękę i Falk udzie­liła jej głosu.

- Jak to moż­liwe? Prze­cież z ra­portu spo­rzą­dzo­nego przez za­kład me­dy­cyny są­do­wej wy­nika, że Lind­sten nie żył od kilku mie­sięcy.

Berg­man zro­biła prze­rwę i po­pa­trzyła na ze­bra­nych.

- Je­śli to prawda, to za­bójca, który go ob­ra­bo­wał, po­bił i za­mknął w gar­de­ro­bie, do­ko­nał tych prze­stępstw jesz­cze w grud­niu, a na­stęp­nie sys­te­ma­tycz­nie po­bie­rał pie­nią­dze z konta. Wnio­sek z tego taki, że sprawca dużo wie­dział o Lind­ste­nie i do­brze się orien­to­wał, co po­wi­nien zro­bić, żeby nikt nie za­uwa­żył, że coś jest z nim nie w po­rządku.

- Chcesz po­wie­dzieć, że w jego oto­cze­niu nie było ni­kogo, kto by za­re­ago­wał pra­wi­dłowo? - spy­tał Jo­hans­son.

Berg­man czuła, jak ad­re­na­lina bu­zuje jej w ży­łach. Bar­dzo jej bra­ko­wało ta­kich dys­ku­sji, ana­li­zo­wa­nia do­wo­dów, roz­wa­ża­nia róż­nych wąt­ków, tro­pów, po­szlak i fak­tów. Kiedy tu przy­szła, od razu po­czuła się tak, jakby ktoś jej po­dał tlen. Do­słow­nie od­żyła. Nic nie może się rów­nać z czymś ta­kim jak prze­łom w śledz­twie, bez względu na to, ja­kie ma on zna­cze­nie dla jego dal­szego prze­biegu.

- Opie­ra­jąc się na tym, co wiemy, mo­żemy stwier­dzić, że sprawcą był sa­motny męż­czy­zna, który znał zwy­czaje Lind­stena i zdo­był jego za­ufa­nie, cho­ciaż Lind­sten był czło­wie­kiem nie­zwy­kle po­dejrz­li­wym, o czym świad­czy liczba zam­ków i wi­zje­rów w drzwiach. A te­raz pro­po­nuję małą bu­rzę mó­zgów.

Berg­man po­de­szła do bia­łej ta­blicy i spoj­rzała py­ta­jąco na Falk, która ski­nęła jej głową i w ten spo­sób udzie­liła zgody. Berg­man wzięła ma­zak i przy­sta­wiła go do ta­blicy.

- Za­sta­nówmy się, ja­kie osoby i ja­kie grupy za­wo­dowe pa­sują do ta­kiego pro­filu za­bójcy - za­częła. Ro­zej­rzała się po sali i na­gle po­czuła, że szyb­ciej od­dy­cha i że się za­czer­wie­niła na po­licz­kach.

- Kon­ser­wa­tor nie­ru­cho­mo­ści - rzu­cił Al­freds­son.

- Po­moc do­mowa - do­dała Ha­mil­ton. - Czy ktoś się z nim kon­tak­to­wał?

Falk chciała od­po­wie­dzieć, ale uprze­dziła ją Berg­man:

- Wpiszmy te su­ge­stie na li­stę. Inne po­my­sły?

- Ktoś ze sklepu Hem­köp, w któ­rym Lind­sten ro­bił za­kupy - za­su­ge­ro­wał Jo­hans­son. - Ewen­tu­al­nie ktoś z banku, w któ­rym miał swoje konta.

Berg­man za­wa­hała się, bo nie wie­działa, ja­kiej użyć liczby - po­je­dyn­czej czy mno­giej.

- Konta?

- Tak. Nie zdą­ży­łem was po­in­for­mo­wać, ale Lind­sten miał dwa konta: jedno roz­li­cze­niowe i jedno oszczęd­no­ściowe. Do tej pory roz­ma­wia­li­śmy o roz­li­cze­nio­wym. Na oszczęd­no­ścio­wym miał po­nad sześć­set ty­sięcy ko­ron.

Przez salę prze­szedł szmer. Berg­man za­pi­sała tę kwotę na ta­blicy.

- To mnó­stwo pie­nię­dzy, ale za­bójca się do nich nie do­brał. Za­do­wo­lił się wy­pła­tami, któ­rych do­ko­ny­wał co mie­siąc, plus ewen­tu­al­nie dwu­dzie­stoma ty­sią­cami, które Lind­sten pod­jął dzie­sią­tego grud­nia.

- Nie do­brał się, bo o nich nie wie­dział - spre­cy­zo­wał Al­freds­son.

- No wła­śnie. Ja­kieś inne su­ge­stie? - spy­tała Berg­man, a gdy nikt się nie ode­zwał, spy­tała: - Może wiemy o ja­kimś są­sie­dzie, z któ­rym Lind­sten pro­wa­dził grzecz­no­ściowe roz­mowy? O kimś z za­kładu opieki spo­łecz­nej? Li­sto­no­szu? Kim­kol­wiek?

Po jej sło­wach za­pa­dła wy­mowna ci­sza.

- Okej, w ta­kim ra­zie na tym po­prze­sta­niemy - stwier­dziła Berg­man i po­pa­trzyła na to, co na­pi­sała na ta­blicy. Odło­żyła ma­zak i spy­tała: - Jak się po­dzie­limy obo­wiąz­kami?

Ro­zej­rzała się po sali i za­uwa­żyła, że pa­trzą na nią błysz­czą­cymi oczami, jakby w każ­dego wstą­piła nowa ener­gia. Z iskry po­wstał pło­mień.

Tylko Falk spra­wiała wra­że­nie nie­obec­nej. Berg­man miała na­dzieję, że po­li­cjantka nie po­czuła się przez nią stłam­szona. Przed od­prawą Ka­rin kilka razy ją za­pew­niała, że jest po­zy­tyw­nie na­sta­wiona do jej de­cy­zji o po­wro­cie do pracy i o udziale w śledz­twie. Wy­ra­ziła też wdzięcz­ność za to, że In­grid chce się wy­ka­zać ini­cja­tywą.

Berg­man otrzą­snęła się z tych my­śli. Znała Ka­rin od lat i wie­działa, że nie jest prze­wraż­li­wiona na swoim punk­cie. Taka po­stawa jest nie­zbędna w pracy po­li­cyj­nej. Ha­mil­ton unio­sła pa­lec, sy­gna­li­zu­jąc, że chce coś po­wie­dzieć.

- Ja i Vi­king weź­miemy to na sie­bie - po­wie­działa. - Tho­mas, który ma roz­ma­wiać z są­sia­dami, spraw­dzi, czy do­wie się cze­goś, co może nas za­in­te­re­so­wać.

- Nie ma sprawy - od­parł Al­freds­son, no­tu­jąc coś na kartce.

- A bal­ko­nik? - spy­tała Ha­mil­ton. - Ni­g­dzie go nie ma.

- To fak­tycz­nie dziwna sprawa - zgo­dził się z nią Jo­hans­son. - Ja i Nina prze­szu­ka­li­śmy miesz­ka­nie, a po­tem ze­szli­śmy do piw­nicy, żeby obej­rzeć ko­mórkę Lind­stena. Tho­mas, spy­taj są­sia­dów, co Lind­sten ro­bił z bal­ko­ni­kiem: zo­sta­wiał go na klatce scho­do­wej czy za­bie­rał do miesz­ka­nia?

Al­freds­son za­pi­sał to w no­te­sie, a Berg­man usia­dła obok Falk i spy­tała:

- O ja­kiej ko­mórce mó­wi­cie? Po­wie­cie mi coś wię­cej?

- Nie zdą­ży­li­śmy tego wpi­sać do na­szej bazy, ale ko­mórka w piw­nicy była pu­sta i nic w niej nie zna­leź­li­śmy - od­parł Jo­hans­son i wy­pro­sto­wał się na krze­śle.

- Może Lind­sten po­ży­czył go od ko­goś?

- Nie, bo pod­łoga w ko­mórce była po­kryta war­stwą ku­rzu. W środku wy­glą­dało tak, jakby od dawna nikt do niej nie wcho­dził. Wszyst­kie ko­mórki od­dzie­lone są od sie­bie kratą, więc warto by­łoby spy­tać są­sia­dów, czy ko­mórka Lind­stena za­wsze była pu­sta.

- Tho­mas? - rzu­ciła Berg­man.

Po­li­cjant ski­nął głową i za­pi­sał to w no­te­sie.

- Ope­ra­cja "Roz­mowy z są­sia­dami" za­cznie się o trzy­na­stej - od­parł.

Berg­man za­uwa­żyła, że wszy­scy pa­trzą na nią wy­cze­ku­jąco, jakby chcieli, żeby kon­ty­nu­owała.

- Jak ro­zu­miem, je­dy­nym spad­ko­biercą Lind­stena jest jego syn.

- W cza­sie prze­szu­ki­wa­nia miesz­ka­nia nie na­tknę­li­śmy się na te­sta­ment, co nie musi ozna­czać, że taki nie ist­nieje - wy­ja­śniła Ha­mil­ton. - Jed­nak po na­szych wczo­raj­szych oglę­dzi­nach do­szli­śmy do wnio­sku, że Lind­sten był bar­dzo do­kład­nym, a na­wet pe­dan­tycz­nym czło­wie­kiem. Wszystko miał upo­rząd­ko­wane i po­wkła­dane w se­gre­ga­tory, uło­żone w szu­fla­dach i szaf­kach, a do tego szcze­gó­łowo opi­sane, z datą i opi­sem za­war­to­ści. I cho­ciaż całe miesz­ka­nie zo­stało do­kład­nie prze­szu­kane, a na pod­ło­dze le­żały po­roz­rzu­cane różne przed­mioty, wi­dać było, że wcze­śniej pa­no­wał w nim wzo­rowy po­rzą­dek. Wszystko było czy­ste i wy­sprzą­tane. W gar­de­ro­bie, w któ­rej zna­le­ziono Lind­stena, stał na­wil­żacz po­wie­trza. To pew­nie dla­tego ciało ule­gło mu­mi­fi­ka­cji.

- Na­wil­żacz? Skąd wziął się na­wil­żacz? Udało wam się coś usta­lić?

- W gar­de­ro­bie były pra­wie same ubra­nia i obu­wie. Więk­szość na­le­żała do żony i córki Lind­stena, które zgi­nęły w wy­padku. Może wsta­wił ten na­wil­żacz po to, żeby te przed­mioty za­kon­ser­wo­wać? Wśród ubrań była na przy­kład suk­nia ślubna. Usta­li­li­śmy to na pod­sta­wie fo­to­gra­fii, która wi­siała na ścia­nie w sy­pialni.

Berg­man po­czuła, że znowu zbiera jej się na wy­mioty. Wie­działa, że po­winna coś zjeść, a naj­le­piej wy­pić tro­chę wy­waru im­bi­ro­wego, ale po­sta­no­wiła z tym po­cze­kać. Nie mo­gła tak po pro­stu wyjść ze spo­tka­nia, więc kon­ty­nu­owała z na­dzieją, że za­raz po­czuje się le­piej. Wsu­nęła ręce pod stół i za­częła in­ten­syw­nie po­cie­rać punkt na nad­garstku. Za­sta­na­wiała się, czy są jesz­cze ja­kieś ważne te­maty, które warto po­ru­szyć.

- Czego wam na dzi­siaj bra­kuje? - spy­tała.

- Wszel­kich in­for­ma­cji o jego przy­ja­cio­łach i zna­jo­mych, zwłasz­cza z okresu ak­tyw­nego ży­cia za­wo­do­wego. Zna­leź­li­śmy zdję­cia, ale zro­biono je w okre­sie, kiedy jego żona i córka jesz­cze żyły. Można od­nieść wra­że­nie, że po ich śmierci Lind­sten prze­stał do­ku­men­to­wać swoje ży­cie. Nie zna­leź­li­śmy też jego port­fela. Nie wiemy, czy zgi­nęły ja­kieś war­to­ściowe przed­mioty, ale w miesz­ka­niu nie było bi­żu­te­rii ani ni­czego, co można by spie­nię­żyć.

- A zamki od we­wnętrz­nej strony drzwi? Ja­kie ma­cie zda­nie na ten te­mat?

- Sta­ru­szek ka­zał je za­mon­to­wać, bo się bał - od­parł Al­freds­son.

- Nie są­dzę, żeby tak było. Ka­rin po­ka­zała mi zdję­cia, które zro­biono w miesz­ka­niu w cza­sie, gdy byli w nim nasi tech­nicy. Nie­które wy­ko­nano z bli­ska. Zamki są stare, za­in­sta­lo­wano je dawno temu. To nie­miecka kon­struk­cja, która zna­cząco się różni od zam­ków stan­dar­do­wych. Pro­po­nuję po­pro­sić o po­moc tech­ni­ków.

Falk wpi­sała coś na kla­wia­tu­rze i wy­świe­tliła na ekra­nie zdję­cia przed­sta­wia­jące obie strony drzwi.

- A dwa wi­zjery? - spy­tała. - Czemu Lind­sten umie­ścił je­den z nich na wy­so­ko­ści bio­der?

Oba py­ta­nia za­wi­sły w po­wie­trzu, a Berg­man za­częła się za­sta­na­wiać, czy ży­jący w sa­mot­no­ści Lind­sten, który miał pro­blemy z cho­dze­niem, nie miał ja­kichś daw­nych ta­jem­nic, które go w końcu do­pa­dły. Po­ha­mo­wała się jed­nak ze zbyt da­leko idą­cymi teo­riami, żeby nie dać się po­nieść fan­ta­zji. Naj­praw­do­po­dob­niej było tak, że ja­kiś dzia­ła­jący w po­je­dynkę prze­stępca zdo­łał na­kło­nić Lind­stena, żeby ten wpu­ścił go do miesz­ka­nia, a gdy sta­ru­szek za­uwa­żył, że zo­stał oszu­kany, za­czął sta­wiać na­past­ni­kowi opór. Sprawca wie­dział, że Lind­sten mógłby go póź­niej zi­den­ty­fi­ko­wać, więc go za­mknął w gar­de­ro­bie, cho­ciaż bez wąt­pie­nia zda­wał so­bie sprawę z kon­se­kwen­cji tego czynu.

- Jak wi­dać, zamki i wi­zjery nie po­mo­gły, bo Lind­sten chyba jed­nak wpu­ścił za­bójcę do środka - pod­su­mo­wała gło­śno Falk to, o czym wszy­scy my­śleli. - Za mało o nim wiemy.

- Jego no­tes z nu­me­rami te­le­fo­nów też nam w ni­czym nie po­mógł - stwier­dził Jo­hans­son. - Zna­leź­li­śmy w nim nu­mery do banku, sto­ma­to­loga i przy­chodni le­kar­skiej. Nie było nu­meru do syna ani jego ad­resu.

- A inni człon­ko­wie ro­dziny? Krewni?

- Ni­kogo. Na pod­sta­wie do­ku­men­tów z urzędu stanu cy­wil­nego wiemy, że Lind­sten nie miał ży­ją­cej ro­dziny.

- Da­lej się chyba dzi­siaj nie po­su­niemy - stwier­dziła Falk. - Chyba że ktoś ma jesz­cze coś do po­wie­dze­nia.

Wszy­scy po­krę­cili gło­wami i to za­de­cy­do­wało. Falk za­mknęła lap­topa i ze­brała le­żące na stole akta.

- W ta­kim ra­zie wra­camy do pracy, a je­śli nic się nie zda­rzy, ko­lejna od­prawa od­bę­dzie się ju­tro o ósmej rano. Je­śli do­wiemy się cze­goś no­wego, wza­jem­nie się o tym po­in­for­mujmy. Mam na­dzieję, że cze­goś wię­cej do­wiemy się po kon­fe­ren­cji pra­so­wej.

Falk wzięła lap­topa i do­ku­menty i wstała z krze­sła, jakby chciała w ten spo­sób po­ka­zać, że spo­tka­nie do­bie­gło końca. W in­nych oko­licz­no­ściach wszy­scy wy­szliby z sali w ciągu pół mi­nuty, ale tym ra­zem zo­stali dłu­żej, żeby po­roz­ma­wiać z Berg­man.

Falk spoj­rzała na ze­ga­rek. Je­śli się po­stara, zdąży zjeść lunch. Wy­szła na ko­ry­tarz, a w sali jesz­cze przez pe­wien czas sły­chać było śmie­chy i szu­ra­nie krze­seł. We­szła do swo­jego po­koju, za­mknęła drzwi i ciężko usia­dła za biur­kiem. Oparła się o fo­tel i za­częła się ga­pić nie­wi­dzą­cym wzro­kiem w su­fit.

16

Środa, 17 maja

Go­dzina 9.23

- Je­steś pe­wien, że to do­bry po­mysł? - spy­tała Berg­man, gdy ra­zem z Ting­strömem cze­kała na windę. - Na­prawdę chcesz mnie tam ze sobą za­brać?

- Tak. Jak było na od­pra­wie? Czy kiedy przy­szłaś na spo­tka­nie, reszta ekipy na­dal ak­cep­to­wała fakt, że to Ka­rin bę­dzie da­lej pro­wa­dzić śledz­two?

- Na ra­zie są czujni i tro­chę nie­ufni, jakby ją te­sto­wali, ale je­stem pewna, a znam ich od lat, że ża­den z nich nie po­ra­dziłby so­bie z tym za­da­niem le­piej niż ona.

We­szli do windy i Ting­ström zwró­cił się do Berg­man z ko­lej­nym py­ta­niem:

- Ma­cie ja­kieś nowe kon­cep­cje do­ty­czące spo­sobu pro­wa­dze­nia śledz­twa? - spy­tał, po­pra­wia­jąc kra­wat.

- Tak i nie. Ślady wska­zują, że mamy do czy­nie­nia tylko z jed­nym sprawcą. Po­dej­rze­wam, że może to być ktoś z bli­skiego oto­cze­nia ofiary. Ten ktoś znał Lind­stena i zdo­łał go prze­ko­nać, żeby go wpu­ścił do miesz­ka­nia. Do­wo­dem na to może być brak śla­dów wła­ma­nia. Bę­dziemy mu­sieli wy­ko­nać tro­chę wię­cej pracy w te­re­nie, prze­świe­tlić zwy­czaje Lind­stena, po­grze­bać w jego ży­ciu. Dzięki temu uda nam się za­wę­zić krąg po­dej­rza­nych.

- Jak zwy­kle kwe­stia czasu i uporu - stwier­dził su­chym to­nem Ting­ström.

Winda za­trzy­mała się na pię­trze, na któ­rym urzę­do­wał re­gio­nalny ko­men­dant po­li­cji. Ku swemu zdu­mie­niu Berg­man uj­rzała na ko­ry­ta­rzu dwóch uzbro­jo­nych straż­ni­ków. Obaj mieli na mun­du­rach em­ble­maty wska­zu­jące na to, że są funk­cjo­na­riu­szami Po­li­cji Bez­pie­czeń­stwa. Ski­nęli Ting­strömowi głową, a Berg­man szybko sta­nęła obok niego.

- Po co taka ob­stawa? - szep­nęła, roz­glą­da­jąc się.

- Dzień do­bry - po­wi­tał ich mniej wię­cej pięć­dzie­się­cio­letni męż­czy­zna z krótko ob­cię­tymi, przy­pró­szo­nymi si­wi­zną wło­sami i wy­raźną opa­le­ni­zną. Ubrany był w szyty na miarę gra­na­towy gar­ni­tur i białą ko­szulę. Przy man­kie­tach no­sił lśniące spinki. Po­dał Berg­man rękę i po­wie­dział: - Na­zy­wam się Claes Ferm i je­stem na­czel­ni­kiem sek­cji za­dań spe­cjal­nych w Wy­dziale Ope­ra­cyj­nym. Sły­sza­łem o pani wiele po­chleb­nych opi­nii. Wi­tam na na­szym spo­tka­niu.

Ferm nie był wy­soki, ale wy­glą­dał na wy­spor­to­wa­nego. Uśmiech­nął się do Berg­man i wbił w nią swoje sta­lo­wo­szare, błysz­czące oczy.

- Dzię­kuję - od­parła ze zdzi­wie­niem po­li­cjantka. Po jego sło­wach do­my­śliła się, że była te­ma­tem roz­mów, o któ­rych nic nie wie­działa.

Kiedy po­przed­niego dnia do­wie­działa się o tym spo­tka­niu, od­nio­sła wra­że­nie, że cho­dzi o zwy­kłą wy­mianę opi­nii. Fakt, że szef sek­cji za­dań spe­cjal­nych nie tylko na nią cze­kał, ale i od razu ją roz­po­znał, cho­ciaż ni­gdy wcze­śniej się nie spo­tkali, dał jej sporo do my­śle­nia. Za­mie­rzała spy­tać Ting­ströma, czy zna­la­zła się tam z ja­kie­goś kon­kret­nego po­wodu, o któ­rym jej nie po­wie­dział.

Ferm rów­nie cie­pło przy­wi­tał się z Ting­strömem i wska­zał obojgu, do­kąd mają się udać.

- Wszy­scy są już na miej­scu i cze­kają tylko na nas - wy­ja­śnił, pusz­cza­jąc Berg­mana i Ting­ströma przo­dem.

Kiedy we­szli do sali kon­fe­ren­cyj­nej, Berg­man od razu roz­po­znała kilka osób spo­śród tych, które sie­działy przy stole. Ski­nęła im głową i na­gle ku swemu zdu­mie­niu zo­ba­czyła na stole ta­bliczkę ze swoim imie­niem i na­zwi­skiem. Ferm za­stu­kał dłu­go­pi­sem w stół i roz­mowy uci­chły. Wszy­scy z uwagą spo­glą­dali w jego stronę.

- Wi­tam na na­szym spo­tka­niu. Jak wie­cie, bę­dziemy dzi­siaj roz­ma­wiać o groź­bach kie­ro­wa­nych wo­bec osób, które zaj­mują wy­so­kie sta­no­wi­ska pań­stwowe i mają wziąć udział w zbli­ża­ją­cych się tar­gach re­gio­nal­nych - za­czął. - Im­preza od­bę­dzie się w kom­plek­sie hal na­le­żą­cych do firmy Szwedz­kie Targi i po­trwa od piąt­ko­wego po­ranka do nie­dziel­nego po­po­łu­dnia. Je­ste­śmy pewni, że osoby, wo­bec któ­rych kie­ro­wano wspo­mniane groźby, będą chro­nione w na­le­żyty spo­sób. Mam na my­śli pana Erika Eriks­sona, mi­ni­stra go­spo­darki re­gio­nal­nej, jak rów­nież pre­zesa firmy Arla Fo­ods, prze­wod­ni­czą­cego Sto­wa­rzy­sze­nia Rol­ni­ków, szefa Szwedz­kiej Spół­dzielni Rol­ni­czej Lant­män­nen i dy­rek­tora "ATL", ogól­no­kra­jo­wego cza­so­pi­sma bran­żo­wego dla rol­ni­ków. Wszyst­kie te osoby mają za­pla­no­wane w cza­sie trzy­dnio­wych tar­gów cały sze­reg spo­tkań. We­zmą udział w róż­nego ro­dzaju se­mi­na­riach, wy­kła­dach i in­nych even­tach. Kilka z nich od­bę­dzie się w ho­telu Elite Plaza Ave­nue, w któ­rym mieli być za­kwa­te­ro­wani wszy­scy ofi­cjele. Dla wa­szej wia­do­mo­ści: wszyst­kich po­sta­no­wi­li­śmy prze­nieść w inne miej­sca. Fakt ten bę­dziemy utrzy­my­wać w ta­jem­nicy do­póty, do­póki bę­dzie to moż­liwe, żeby za­pew­nić im mak­si­mum bez­pie­czeń­stwa. Wspo­mi­nane osoby wy­ra­ziły na to zgodę. Ze wzglę­dów prak­tycz­nych, jak rów­nież ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa, za­leży nam na tym, żeby ich umie­ścić w jed­nym bu­dynku, w od­le­gło­ści nie więk­szej niż kwa­drans od hali, w któ­rej mają się od­by­wać targi.

Ferm zro­bił pauzę, na­lał so­bie wody, wy­pił ją, od­sta­wił szklankę na stół i po­pa­trzył na ze­bra­nych.

- Do ju­tra mu­simy zna­leźć obiekt, który speł­nia te wy­ma­ga­nia. Bu­dżet na ten cel wy­nosi sześć­set ty­sięcy ko­ron, z czego jedna czwarta prze­zna­czona jest na po­kry­cie kosz­tów za­kwa­te­ro­wa­nia. Uwa­żam, że umoż­liwi wam to roz­wią­za­nie tego pro­blemu w do­brym tem­pie. Ja­kieś py­ta­nia?

W sali za­pa­dła ci­sza. Naj­wi­docz­niej wszy­scy oce­nili, że sprawa jest wy­star­cza­jąco ja­sna.

- Do­dam jesz­cze, że kwota na za­kwa­te­ro­wa­nie jest do ne­go­cja­cji - po­wie­dział Ferm i znowu po­pa­trzył swo­imi sta­lo­wo­sza­rymi oczami na za­bra­nych. Wi­dząc, że nikt się nie zgła­sza, stwier­dził: - Je­śli nie ma py­tań, koń­czymy na dzi­siaj.

- Po co mnie tu za­bra­łeś? - spy­tała Berg­man, gdy zna­la­zła się sam na sam z Ting­strömem i nikt nie mógł ich sły­szeć. - Na spo­tka­nie przy­szły same wy­soko po­sta­wione osoby i lu­dzie z bez­pie­czeń­stwa. A ja? Nie przy­wró­cono mnie na­wet do pracy na daw­nym sta­no­wi­sku, a w ocze­ki­wa­niu na ocenę koń­cową zo­sta­łam zde­gra­do­wana do roli zwy­kłej śled­czej.

Ting­ström długo jej się przy­glą­dał, za­nim udzie­lił od­po­wie­dzi.

- Za­bra­łem cię z dwóch po­wo­dów. Po pierw­sze, po­win­naś wie­dzieć, z ja­kimi za­gro­że­niami bę­dziemy się mie­rzyć w cza­sie tar­gów. Po dru­gie...

- Po dru­gie, Fer­mowi za­leży na moim domu, prawda? - spy­tała Berg­man, wcho­dząc na­czel­ni­kowi w słowo.

- Twój dom jest jed­nym z kilku obiek­tów, które ich in­te­re­sują. Na jed­nym z pierw­szych miejsc. Mają też inne opcje.

- Dla­czego?

- Ferm za­dzwo­nił do mnie kilka mie­sięcy temu. Po­pro­sił mnie, że­bym się z tobą skon­tak­to­wał i zło­żył ci ofertę. Wy­ja­śni­łem mu, że to wy­klu­czone, po­nie­waż prze­by­wasz na zwol­nie­niu le­kar­skim. - Ting­ström za­wa­hał się przez chwilę, a po­tem spoj­rzał po­li­cjantce w oczy. - Wie­dzia­łem, że z po­wodu tam­tych zda­rzeń nie tylko stra­ci­łaś mnó­stwo pie­nię­dzy, lecz także ich nie od­zy­ska­łaś. Do­my­śli­łem się więc, że twoja sy­tu­acja fi­nan­sowa jest trudna. Kiedy za­tem kilka dni temu do mnie za­dzwo­ni­łaś i po­pro­si­łaś o spo­tka­nie, a póź­niej oznaj­mi­łaś, że chcia­ła­byś wró­cić do pracy, wspo­mnia­łem o tym Fer­mowi. Do­da­łem, że je­śli jego oferta na­dal jest ak­tu­alna, po­wi­nien cię po­in­for­mo­wać, że sy­tu­acja zwią­zana z groź­bami, o któ­rych sły­sza­łaś, jest po­ważna. Za­su­ge­ro­wa­łem mu, że kwota, którą chciałby ci za­ofe­ro­wać za wy­na­jem domu, po­winna być od­po­wied­nio wy­soka. Te­raz znasz prawdę i mo­żesz roz­wa­żyć jego wy­na­ję­cie.

A więc to prawda - po­my­ślała Berg­man. Wy­dział Ope­ra­cyjny chce wy­na­jąć jej dom. Po­krę­ciła głową i przez chwilę się za­sta­na­wiała, co taka oferta może dla niej ozna­czać.

- Spryt­nie po­my­ślane - stwier­dziła. - Wy­gląda na to, że wszy­scy by­liby miło za­sko­czeni, gdy­bym w cza­sie spo­tka­nia pod­nio­sła rękę i ko­kie­te­ryj­nym to­nem oznaj­miła: "Wie­cie co? Mój dom na­daje się do tego celu ide­al­nie. Mogę go wam od­na­jąć".

- To nie do końca tak - od­parł z uśmie­chem Ting­ström.

- Nie wiem, jak się za­cho­wać: ro­ze­śmiać się, roz­zło­ścić czy zro­bić jedno i dru­gie.

Ting­ström od razu spo­waż­niał.

- Wszy­scy, w tym także Ferm, da­rzą cię sza­cun­kiem i świet­nie się orien­tują, przez co ostat­nio prze­szłaś. Wie­dzą też, że masz wiel­kie do­świad­cze­nie po­parte la­tami pracy w po­li­cji. Za­uwa­ży­łem, że mo­żesz się do­my­ślić, o co w tej pro­po­zy­cji cho­dzi, i dla­tego dano ci szansę, że­byś nie mu­siała brać udziału w tym cyrku. Dzięki temu Wy­dział Ope­ra­cyjny nie mu­siał szu­kać al­ter­na­tyw­nych roz­wią­zań.

W tym mo­men­cie za­dzwo­nił te­le­fon. Na­czel­nik wy­jął go z kie­szeni ma­ry­narki i spoj­rzał na wy­świe­tlacz.

- Prze­pra­szam, mu­szę ode­brać. Przy­naj­mniej roz­waż tę pro­po­zy­cję.

Berg­man zo­stała sama. Ob­ser­wo­wała, jak Ting­ström idzie ko­ry­ta­rzem i wcho­dzi do swo­jego po­koju.

Sto pięć­dzie­siąt ty­sięcy ko­ron za dobę. Wie­działa, że je­śli przyj­mie tę ofertę, za­robi czte­ry­sta pięć­dzie­siąt ty­sięcy i jej pro­blemy fi­nan­sowe znikną jak za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdżki. Mimo to się wa­hała, po­nie­waż oferta miała pewną wadę: służby prze­szu­kają jej dom, a obcy lu­dzie będą do­ty­kać jej oso­bi­stych rze­czy. Na samą myśl o czymś ta­kim prze­szedł ją dreszcz.

Na­gle po­czuła za­pach kawy i od razu ze­brało jej się na wy­mioty. Ru­szyła szyb­kim kro­kiem do swo­jego po­koju i kilka razy głę­boko ode­tchnęła. Wzięła ter­mos i na­lała so­bie do kubka tro­chę wy­waru im­bi­ro­wego. Piła ma­łymi ły­kami i po chwili do­le­gli­wo­ści ustą­piły, a ona znowu mo­gła nor­mal­nie od­dy­chać.

Kiedy włą­czyła kom­pu­ter, oka­zało się, że w skrzynce ma pełno wia­do­mo­ści. Wes­tchnęła i prze­su­nęła po nich kur­so­rem. Przy­naj­mniej dzie­sięć e-ma­ili przy­słała jej Kri­stina Ros­berg z ga­zety "Göte­borgs-Po­sten". Otwo­rzyła je­den z nich i za­częła czy­tać.

Ros­berg chciała na­pi­sać cykl ar­ty­ku­łów po­świę­co­nych śledz­twom, które pro­wa­dziła ko­mi­sarz Berg­man. In­te­re­so­wała ją też sama praca na sta­no­wi­sku ko­mi­sarz po­li­cji kry­mi­nal­nej, a zwłasz­cza kwe­stia tego, jak praca i prze­stęp­czość zmie­niały się w Göte­borgu z bie­giem lat. Berg­man ska­so­wała tę wia­do­mość, bo nie chciała, żeby pi­sała o niej ja­ka­kol­wiek ga­zeta.

Ze­gar na ekra­nie wska­zy­wał, że do­cho­dzi je­de­na­sta. Nie­długo za­cznie się kon­fe­ren­cja pra­sowa w spra­wie za­bój­stwa w Pen­ny­g?n­gen. Za­sta­na­wiała się, czy na nią nie pójść, bo była przy­zwy­cza­jona do udziału w ta­kich spo­tka­niach. Osta­tecz­nie do­szła do wnio­sku, że nie po­winna się tam zja­wiać, bo głu­pio by się po­czuła, gdyby ktoś ją roz­po­znał. Dla dzien­ni­ka­rzy na­dal była cenną zwie­rzyną łowną.

Ro­zej­rzała się po po­koju, jakby nie wie­działa, co ma ze sobą po­cząć. Nie było w nim ani jed­nego przed­miotu, który miałby cha­rak­ter oso­bi­sty, po­nie­waż nie zdą­żyła do niego przy­nieść ani jed­nej swo­jej rze­czy. Na ścia­nach nie wi­siały zdję­cia ani dy­plomy za udział w kon­kur­sach i za­wo­dach, któ­rymi chwa­lili się jej ko­le­dzy i ko­le­żanki z pracy. O tym, kto w tym po­koju pra­cuje, in­for­mo­wała je­dy­nie ta­bliczka z imie­niem i na­zwi­skiem przy­krę­cona do ściany obok drzwi. W oknach nie stały kwiaty, po­nie­waż wszyst­kie ro­śliny, które tra­fiały do jej po­koju, w ciągu dwóch ty­go­dni wię­dły i sta­wały się tak su­che, że mu­siała je wy­rzu­cać. Na myśl o ma­ka­brycz­nym sko­ja­rze­niu z wy­su­szo­nym cia­łem Lind­stena, które przy­szło jej do głowy, spo­waż­niała. Zdję­cia zmu­mi­fi­ko­wa­nych zwłok chyba na stałe utkwiły jej w gło­wie.

Po­winna się za­po­znać z ak­tami śledz­twa, do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej i wy­snuć wła­sne wnio­ski. Może wpad­nie na nowy trop i śledz­two ru­szy z miej­sca? Przez chwilę się nad tym za­sta­na­wiała, ale osta­tecz­nie po­sta­no­wiła zejść do tech­ni­ków, żeby po­roz­ma­wiać z Nils­so­nem. On za­wsze ma cie­kawe i nie­ty­powe spoj­rze­nie na szcze­góły, które się po­ja­wiają w śledz­twach, a je­śli na do­da­tek jest w do­brym hu­mo­rze, dzieli się swo­imi prze­my­śle­niami z in­nymi oso­bami.

17

Środa, 17 maja

Go­dzina 11.04

Falk za­trzy­mała się na chwilę przed wej­ściem na salę, w któ­rej miała się od­być kon­fe­ren­cja pra­sowa. W miej­scu, w któ­rym stała, sły­chać było gło­śny gwar. Czuła się tak, jakby bra­ko­wało jej po­wie­trza. Kłuło ją w piersi, w gło­wie po­ja­wił się ćmiący ból.

Przed chwilą roz­ma­wiała z Bjur­sted­tem i rzecz­ni­kiem pra­so­wym po­li­cji An­der­sem Ny­ma­nem. Za­sta­na­wiali się, jak po­pro­wa­dzić kon­fe­ren­cję i co pod­czas niej ujaw­nić. W pew­nej chwili do­szło do dłu­giej wy­miany zdań z pro­ku­ra­to­rem i mu­siała się wy­co­fać, bo nie była w sta­nie obro­nić swo­ich ra­cji. Uznała, że gra nie­warta jest świeczki. Te­raz stała na ko­ry­ta­rzu i pró­bo­wała wziąć się w garść.

W końcu zde­cy­do­wa­nym kro­kiem we­szła do sali i usia­dła na za­re­zer­wo­wa­nym dla niej krze­śle mię­dzy Ny­ma­nem a pro­ku­ra­to­rem. Sala była pełna, bra­ko­wało wol­nych miejsc i część dzien­ni­ka­rzy tło­czyła się przy ścia­nach. Jedni roz­ma­wiali przez te­le­fony, dru­dzy za­pi­sy­wali coś w no­te­sach albo na­gry­wali na dyk­ta­fon. Jesz­cze inni cze­kali z za­wie­szo­nymi na szyi ka­me­rami. Tych było przy­naj­mniej czte­rech.

Ny­man za­pu­kał lekko w mi­kro­fon i uniósł rękę, żeby zwró­cić na sie­bie uwagę. Przy­wi­tał się ze wszyst­kimi, przed­sta­wił Falk i od­dał jej głos. Od tej pory wszy­scy sku­pili całą swoją uwagę na niej. Byli jak sępy, które tylko cze­kały, żeby za­dzio­bać ją py­ta­niami.

Na­gle Falk po­czuła, jak zbiera jej się na wy­mioty. Ośle­piały ją lampy, więc mu­siała zmru­żyć oczy. Mimo to wszystko wi­działa jak przez mgłę. Pró­bo­wała otwo­rzyć oczy i usta, ale nie mo­gła nic po­wie­dzieć. Nie wie­działa też, co mia­łaby mó­wić. Sły­szała tylko, że na okrą­gło po­wta­rza swoje imię i na­zwi­sko. W pew­nej chwili prze­szył ją in­ten­sywny ból. Za­czął się w sto­pie, prze­mie­ścił przez całe ciało i do­tarł do głowy.

Kilka razy głę­boko ode­tchnęła i spoj­rzała na Bjur­stedta. Czy to on na­dep­nął jej przed chwilą na stopę? Jego wzrok mó­wił, że tak wła­śnie było. Po­czuła pul­su­jący ból, który po­woli ob­jął całą nogę. Po­my­ślała, że pro­ku­ra­tor na pewno zmiaż­dżył jej któ­rąś kość. Bjur­stedt uniósł wy­mow­nie brwi, za­ci­snął wargi. Otwo­rzył sze­roko oczy i w tym sa­mym mo­men­cie Falk za­brała głos. Jak we mgle prze­ka­zy­wała dzien­ni­ka­rzom fakty, które zgod­nie z usta­le­niami miała ujaw­nić. W pew­nym mo­men­cie zro­biła pauzę i ro­zej­rzała się po sali. Dzien­ni­ka­rze gor­li­wie za­pi­sy­wali albo na­gry­wali jej słowa. W pew­nym mo­men­cie zro­biła pauzę i na­tych­miast unio­sło się wiele rąk, ale ona zi­gno­ro­wała ten fakt i kon­ty­nu­owała wy­po­wiedź:

- Zwra­camy się z ape­lem do wszyst­kich osób, które mogą nam udzie­lić in­for­ma­cji o panu Lind­ste­nie, zwłasz­cza tych, które do­ty­czą ostat­nich dni jego ży­cia. Chcemy się do­wie­dzieć, kiedy ostatni raz wi­dziano go ży­wego i czy był wtedy w to­wa­rzy­stwie in­nych lu­dzi. In­te­re­sują nas in­for­ma­cje o jego miesz­ka­niu i oso­bach, które go od­wie­dzały. Krótko mó­wiąc, pro­simy o szcze­góły, które po­mogą nam w śledz­twie.

Falk spoj­rzała na rzecz­nika pra­so­wego po­li­cji, który pra­wie nie­wi­dzial­nym ru­chem ski­nął jej głową. Po­pa­trzyła też na Bjur­stedta, a gdy on zro­bił to samo, zwró­ciła się do ze­bra­nych:

- Pro­szę o za­da­wa­nie py­tań.

W jej kie­runku od razu wy­cią­gnęło się wiele mi­kro­fo­nów, unio­sło się mo­rze rąk. Falk na chy­bił tra­fił ski­nęła głową jed­nemu z dzien­ni­ka­rzy, któ­rego znała z wcze­śniej­szych kon­fe­ren­cji.

- Dla­czego po­li­cja uważa, że ma do czy­nie­nia tylko z jed­nym sprawcą?

- Wy­nika to z ba­dań i ana­liz wy­ko­na­nych przez na­szych tech­ni­ków.

- Czy wy­ty­po­wa­li­ście już ja­kichś po­dej­rza­nych?

- Nie, ale mamy różne teo­rie, które po­zwolą nam za­wę­zić ich krąg.

- Co to za teo­rie?

- Na tym eta­pie śledz­twa nie wolno mi o tym mó­wić. Na­stępne py­ta­nie.

- Czy miesz­ka­nie zo­stało okra­dzione?

- Tego na ra­zie nie wiemy. Nie udało nam się skon­tak­to­wać z oso­bami, które były w miesz­ka­niu ofiary, i dla­tego nie mo­żemy się na ten te­mat wy­po­wia­dać. Miesz­ka­nie zo­stało jed­nak do­kład­nie prze­szu­kane, więc po­dej­rze­wamy, że sprawca szu­kał war­to­ścio­wych przed­mio­tów. Nie zna­leź­li­śmy port­fela pana Lind­stena ani bal­ko­nika, któ­rego na co dzień uży­wał.

- Dla­czego nie chce­cie opu­bli­ko­wać zdję­cia ofiary? Dzięki temu mo­gli­by­ście do­trzeć do świad­ków.

- Nie zro­bi­li­śmy tego, bo nie mamy ak­tu­al­nego zdję­cia.

- Czy kon­ser­wa­tor bu­dynku, który zna­lazł zwłoki, jest wśród po­dej­rza­nych?

- Nie.

- Za­kład opieki spo­łecz­nej twier­dzi, że wy­peł­nia swoje obo­wiązki i w na­le­żyty spo­sób do­gląda osób star­szych i sa­mot­nych. Czy jest to zgodne z prawdą?

Falk miała ochotę za­prze­czyć, bo do­brze wie­działa, że wiele star­szych osób boi się wy­cho­dzić z domu bez czy­je­goś to­wa­rzy­stwa. Ozna­cza to, że mu­szą so­bie ra­dzić na wła­sną rękę albo spę­dzać czas w sa­mot­no­ści. Domy opieki w Göte­borgu za­my­kane są jedne po dru­gich, a opie­ku­no­wie od­wie­dzają co ja­kiś czas star­szych lu­dzi w ich wła­snych miesz­ka­niach. Ta­kie roz­wią­za­nie oka­zało się po pro­stu tań­sze.

18

Środa, 17 maja

Go­dzina 12.07

Berg­man szybko za­uwa­żyła, że pra­cow­nicy działu tech­nicz­nego bacz­nie jej się przy­glą­dają, i dla­tego od razu przy­spie­szyła. Sta­rała się uda­wać, że nie wi­dzi cie­kaw­skich spoj­rzeń, tylko wpa­try­wała się sztywno w pod­łogę albo wprost przed sie­bie. Dzięki temu nie mu­siała się z ni­kim wi­tać ani wda­wać w po­ga­wędki.

Drzwi ga­bi­netu Nils­sona były sze­roko otwarte, więc we­szła bez pu­ka­nia i od razu je za sobą za­mknęła. Nils­son, który prze­glą­dał ja­kieś pa­piery, uniósł wzrok, wska­zał jej ge­stem krze­sło i prze­cią­gnął dło­nią po gło­wie.

- A więc wró­ci­łaś - stwier­dził cierp­kim gło­sem.

- Jak wi­dać - od­parła Berg­man. - Po­my­śla­łam so­bie, że... Od ostat­niego spo­tka­nia nie roz­ma­wia­li­śmy. Nie zdą­ży­łam ci po­dzię­ko­wać.

Nils­son ze­brał le­żące na biurku pa­piery i kilka razy ude­rzył nimi o blat, aż wszyst­kie się równo uło­żyły.

- Nie ma o czym mó­wić - stwier­dził. - Miejmy to już za sobą. Co są­dzisz o za­bój­stwie w Pen­ny­g?n­gen? Zdą­ży­łaś się za­po­znać ze szcze­gó­łami tej sprawy?

- Nie do końca. Wpraw­dzie Ka­rin wpro­wa­dziła mnie w nią dzi­siaj rano, ale je­śli ktoś nie uczest­ni­czył w śledz­twie od sa­mego po­czątku, trudno mu od razu ob­jąć ca­łość.

Nils­son za­śmiał się gło­śno, a po­tem uśmiech­nął się do niej.

- Zwłasz­cza, je­śli ten ktoś nie po­cią­gał od sa­mego po­czątku za wszyst­kie sznurki?

Po­li­cjantka od­wza­jem­niła uśmiech i ski­nęła głową.

- Można tak po­wie­dzieć. I dla­tego chcia­ła­bym po­roz­ma­wiać z tobą o tej spra­wie, po­znać twój po­gląd i spo­sób ro­zu­mo­wa­nia.

Nils­son na­brał po­wie­trza i po­woli wy­pu­ścił je no­sem.

- Uwa­żam, że za­bójcą jest czło­wiek wy­ra­cho­wany i cał­ko­wi­cie po­zba­wiony uczuć. Wła­śnie ko­goś ta­kiego szu­kamy.

- Dla­czego tak my­ślisz?

- Przede wszyst­kim dla­tego, że do­kład­nie prze­szu­kał całe miesz­ka­nie, cho­ciaż mu­siało to tro­chę po­trwać. W tym sa­mym cza­sie ofiara wal­czyła, żeby wy­do­stać się z za­mknię­tej na klucz gar­de­roby. Sprawca na pewno to sły­szał, ale naj­wy­raź­niej nie zro­biło to na nim żad­nego wra­że­nia. Pew­nie wie­dział, że jego ofiara to sa­mot­nik, na któ­rym ni­komu nie za­leży... ani są­sia­dom, ani in­sty­tu­cjom, które zo­stały do tego po­wo­łane.

- Zga­dzam się z tobą. Mo­gło być też tak, że za­bójca miał go na oku od dłuż­szego czasu, a może na­wet w pe­wien spo­sób go wy­se­lek­cjo­no­wał spo­śród in­nych po­ten­cjal­nych ofiar.

Nils­son ski­nął w za­my­śle­niu głową.

- Mó­wiąc mię­dzy nami: wcale by mnie nie zdzi­wiło, gdy­by­śmy zna­leźli ko­lejne zwłoki. Mam na­dzieję, że do tego nie doj­dzie.

Nils­son zro­bił pauzę. Przez chwilę bęb­nił pal­cem o blat, a po­tem kon­ty­nu­ował:

- Czę­sto się zda­rza, że star­sze osoby prze­cho­wują go­tówkę i war­to­ściowe przed­mioty w domu. Nasz za­bójca zna­lazł so­bie wy­godną ni­szę, a mia­no­wi­cie ra­buje sta­rych, sa­mot­nych lu­dzi. Fakt, że ta zbrod­nia zo­stała od­kryta po tak dłu­gim cza­sie, mu­siał go utwier­dzić w prze­ko­na­niu, że jest bez­karny, i jego pew­ność sie­bie znacz­nie wzro­sła.

- Za­brzmiało to tak, jakby w co dru­giej gar­de­ro­bie le­żał trup ja­kie­goś sta­rego czło­wieka, który wcze­śniej zo­stał ob­ra­bo­wany.

- To tylko teo­ria, bo nie wiemy, jak sprawca ro­zu­muje. Ale, jak wspo­mnia­łem, wcale bym się nie zdzi­wił, gdyby była słuszna. Wy­gląda też na to, że sprawca nie ma pro­blemu ze sto­so­wa­niem prze­mocy. Nie da się jed­nak z całą pew­no­ścią stwier­dzić, czy coś zo­stało zra­bo­wane ani czy sprawca szu­kał cze­goś kon­kret­nego.

- No wła­śnie. Z ko­lei mnie nie daje spo­koju myśl o do­dat­ko­wych zam­kach za­mon­to­wa­nych od we­wnętrz­nej strony drzwi. Mu­simy usta­lić, jak sprawca się do­stał do miesz­ka­nia Lind­stena.

- Tak, to jedno z naj­waż­niej­szych py­tań, bo kiedy znaj­dziemy na nie od­po­wiedź, bę­dziemy mo­gli za­wę­zić krąg po­dej­rza­nych.

W cza­sie tej roz­mowy Berg­man czuła się co­raz bar­dziej nie­przy­jem­nie. Na­gle za­częło jej się spie­szyć. W cza­sie, kiedy Nils­son snuł swoją teo­rię o więk­szej licz­bie ofiar, in­tu­icja za­częła jej pod­po­wia­dać, że miał ra­cję. Trzeba bę­dzie po­szu­kać ko­lej­nych zwłok, je­śli fak­tycz­nie tak jest, a przede wszyst­kim za­po­biec ko­lej­nym zbrod­niom.

- Od razu po­roz­ma­wiam o tym z Ka­rin - po­wie­działa i wy­jęła te­le­fon. Za­uwa­żyła, że do­stała kilka no­wych ese­me­sów i ma nie­ode­brane po­łą­cze­nia.

Przy­po­mniała so­bie, że przed ósmą rano, za­nim po­szła na od­prawę, wy­łą­czyła dźwięk, a po­tem za­po­mniała go włą­czyć. Za­klęła w my­ślach i po­ka­zała wy­świe­tlacz Nils­so­nowi. Ten spoj­rzał na nią krzywo i po­krę­cił głową.

- Wi­tamy w daw­nym świe­cie - stwier­dził su­chym to­nem.

Po wyj­ściu z działu tech­nicz­nego Berg­man od­słu­chała na­gra­nia i prze­czy­tała ese­mesy. Je­den był od Adama, który py­tał, jak się czuje. Uśmiech­nęła się. Ko­chany Adam. Za­wsze się o nią trosz­czy. Wczo­raj wie­czo­rem do­szło mię­dzy nimi do pierw­szej po­waż­nej kłótni. Na samo wspo­mnie­nie tego zda­rze­nia stra­ciła hu­mor.

Było jej wstyd, że za­re­ago­wała tak gwał­tow­nie. Adam tylko wy­ra­ził tro­skę o jej zdro­wie. Ro­zum jej pod­po­wia­dał, że miał ra­cję, ale jej pro­blem po­le­gał na tym, że od dawna była przy­zwy­cza­jona bro­nić swo­ich ra­cji w każ­dej sy­tu­acji, my­śleć "sa­mo­dziel­nie i sta­now­czo". Za­wsze tak było, za­równo w la­tach jej mło­do­ści, jak i w okre­sie pracy w po­li­cji.

Kłót­nia z Ada­mem za­koń­czyła się po­jed­naw­czym sek­sem. Na wspo­mnie­nie tego, co ro­bili, za­czer­wie­niła się na twa­rzy. Na chwilę za­mknęła oczy, żeby so­bie przy­po­mnieć, jak Adam pie­ścił jej ciało.

W głębi ko­ry­ta­rza trza­snęły drzwi, dzięki czemu wró­ciła do rze­czy­wi­sto­ści. Zaj­rzała do skrzynki od­bior­czej w te­le­fo­nie i od­słu­chała wia­do­mość od Bir­gitty Thor, która pro­siła o kon­takt. Berg­man do­stała mdło­ści i skur­czów żo­łądka. Po po­wro­cie do po­koju na­lała so­bie ku­bek wy­waru im­bi­ro­wego i po­tarła nad­gar­stek, żeby po­wstrzy­mać od­ruch wy­miotny. Uznała, że dzięki temu bę­dzie my­śleć trzeź­wiej.

Po­winna się skon­tak­to­wać z Ka­rin, ale uznała, że roz­mowa z ban­kiem jest waż­niej­sza.

- Wy­ko­na­li­śmy ana­lizę pani zdol­no­ści kre­dy­to­wej i do­szli­śmy do wnio­sku, że ani prze­su­nię­cie płat­no­ści rat mie­sięcz­nych na inny ter­min, ani zgoda na cza­sowe za­wie­sze­nie płat­no­ści nie po­mogą pani w roz­wią­za­niu pro­blemu - oznaj­miła bez owi­ja­nia w ba­wełnę Thor.

- Co to ozna­cza w prak­tyce? - spy­tała Berg­man.

- Że pani wnio­sek zo­stał od­rzu­cony. Na­szym zda­niem na­leży na­tych­miast wy­sta­wić dom na sprze­daż. Chyba że ma pani dla nas inną pro­po­zy­cję.

Berg­man z ca­łej siły za­ci­snęła zęby, sko­czył jej puls. Była obu­rzona, że urzęd­niczka roz­ma­wia z nią tak lek­ce­wa­żą­cym, for­mal­nym ję­zy­kiem.

- Nie wie­rzę wła­snym uszom - od­parła. - Je­stem wa­szą klientką od pra­wie trzy­dzie­stu lat, a kiedy pro­szę o kil­ku­mie­sięczne od­ro­cze­nie płat­no­ści, mój bank się na mnie wy­pina? Wie pani co? Wła­śnie pod­ję­łam de­cy­zję. Po­sta­no­wi­łam zmie­nić bank, ale nie mu­si­cie się nie­po­koić. Do­sta­nie­cie swoje pie­nią­dze z po­wro­tem.

- Nie musi się pani po­su­wać aż do ta­kiego kroku. Chcemy, żeby na­dal była pani na­szą klientką, ale mu­simy dbać o in­te­resy, także w przy­szło­ści. Przy­kro mi sły­szeć, że pod­jęła pani taką de­cy­zję.

- Dzię­kuję za roz­mowę. Te­raz już wiem, co o was my­śleć, a wy wie­cie, że już nie chcę być wa­szą klientką. Że­gnam pa­nią.

Berg­man się roz­łą­czyła i drżącą dło­nią za­częła szu­kać wi­zy­tówki Ferma. Ode­brał po pierw­szym sy­gnale, jakby cze­kał na tę roz­mowę. Nie był też wcale zdzi­wiony. Berg­man od razu prze­szła do rze­czy:

- Mam kilka za­strze­żeń co do wy­najmu domu.

- Chęt­nie po­słu­cham - od­parł z nutką roz­ba­wie­nia w gło­sie.

- Do­my­ślam się, że ma pan jego do­kładny plan?

- Oczy­wi­ście. To ogól­nie do­stępny do­ku­ment.

- Część piw­niczna zo­sta­nie wy­łą­czona z umowy. Chcę tam za­miesz­kać na czas wy­najmu i mieć do­stęp przez dawne wej­ście dla służby, które znaj­duje się na ty­łach bu­dynku. Nie­które szafy, moją sy­pial­nię i biuro na par­te­rze za­mknę na klucz. Przed­tem mo­że­cie te po­miesz­cze­nia obej­rzeć, ale tylko w mo­jej obec­no­ści. Po­tem wszystko za­plom­bu­jemy. Nie zga­dzam się na fo­to­gra­fo­wa­nie wnętrz. Wszyst­kie osoby tam prze­by­wa­jące będą mu­siały pod­pi­sać zo­bo­wią­za­nie, że to, co tam zo­ba­czą, za­cho­wają w ta­jem­nicy. Je­śli coś znik­nie albo zo­sta­nie uszko­dzone, ob­ciążę was kosz­tami, a wy je bez dys­ku­sji za­pła­ci­cie. Jak pan z pew­no­ścią wie, w moim domu za­in­sta­lo­wany jest sys­tem alar­mowy. Wy­sta­wię wam peł­no­moc­nic­two do kon­tak­to­wa­nia się z firmą ochro­niar­ską, która go za­in­sta­lo­wała.

Ferm od razu za­ak­cep­to­wał te żą­da­nia. W jego gło­sie znowu po­ja­wiła się po­waga.

- Do­pil­nuję, żeby wszyst­kie te wa­runki zo­stały uwzględ­nione w umo­wie najmu. Za­pła­cimy pani sto pięć­dzie­siąt ty­sięcy ko­ron za dobę. Kwota zo­sta­nie prze­ka­zana na pod­sta­wie wa­run­ków uję­tych w umo­wie. Chcemy jak naj­szyb­ciej uzy­skać do­stęp do bu­dynku, że­by­śmy mo­gli go za­bez­pie­czyć.

- Mo­żemy się umó­wić na szó­stą rano.

- Zgoda.

Roz­mowa do­bie­gła końca, a Berg­man ze zdu­mie­niem wpa­try­wała się w te­le­fon. Wszystko po­szło nad­spo­dzie­wa­nie gładko! Musi opo­wie­dzieć o tym Ada­mowi. Za­częła szu­kać w te­le­fo­nie jego nu­meru, ale prze­rwało jej pu­ka­nie do drzwi.

- Pro­szę! - za­wo­łała.

Do po­koju we­szła Falk. Spoj­rzała na Berg­man i spy­tała ją, czy jest za­jęta.

- Nie - od­parła po­li­cjantka. - Wła­śnie mia­łam do cie­bie dzwo­nić.

Falk usia­dła na krze­śle i za­częła ener­gicz­nie po­cie­rać skro­nie.

- Wra­cam z kon­fe­ren­cji pra­so­wej. Dzięki Bjur­sted­towi na­sze śledz­two pro­wa­dzone jest od te­raz w spra­wie "mu­mii z gar­de­roby".

Obie po­li­cjantki uśmiech­nęły się do sie­bie po­ro­zu­mie­waw­czo. Nie mu­siały nic mó­wić, zro­zu­miały się bez słów. Pro­ku­ra­tor znany był z tego, że lu­bił się prę­żyć w świe­tle re­flek­to­rów. Falk po­chy­liła się i oznaj­miła po­waż­nym to­nem:

- Ka­za­łam Ni­nie po­szu­kać w na­szym ar­chi­wum po­dob­nych spraw, w któ­rych do­szło do na­padu, tyle że bez skutku śmier­tel­nego. Ktoś mnie o nie spy­tał w cza­sie kon­fe­ren­cji pra­so­wej. Boję się, że za­bójca Lind­stena znowu ko­goś za­mor­duje, o ile już tego nie zro­bił.

- Ja też się tego oba­wiam - od­parła Berg­man i opo­wie­działa Falk o swo­jej roz­mo­wie z Nils­so­nem.